Epoka spektaklu

Epoka spektaklu

Autorzy: Tom Dyckhoff

Wydawnictwo: Karakter

Kategorie: Inne

Typ: e-book

Formaty: EPUB

cena od: 35.50 zł

Napisana z polotem opowieść o architekturze ostatnich dziesięcioleci. Od Londynu po Dubaj dzisiejsi architekci prześcigają się w projektowaniu coraz bardziej monumentalnych, ostentacyjnych i ekstrawaganckich budynków, które radykalnie zmieniają miejski krajobraz. Ale pod wpływem globalizacji i wielkiego kapitału zmieniły się także prawa, jakimi rządzi się miejska przestrzeń – i w rezultacie to, jak wygląda nasze życie w miastach. Tom Dyckhoff, brytyjski krytyk architektury i urbanistyki, opowiada o tym wszystkim ze znawstwem, swadą i poczuciem humoru.

Gdy zejdziemy z powrotem na poziom ulicy, zostawimy The Shard, miniemy tarki do sera i korniszony i dojdziemy do ronda Old Street, które leży pół godziny drogi na północ od City, to natkniemy się na budynek o dziwnym wyglądzie. W pierwszej chwili trudno znaleźć słowa, żeby go opisać. Bo co można powiedzieć o ogromnym bloku mieszkalnym ze stali i szkła składającym się z dwóch połączonych kul, wyglądających jak para oderwanych od reszty ciała pośladków z odciśniętą na nich kratką? Rondo Old Street nie jest piękne. Przestrzeń o tego typu trudnej urodzie agenci nieruchomości nazywają ‘miejscem z charakterem’.

Książka Dyckhoffa pozwala z dystansem spojrzeć na to, co nazywane bywa „architekturą dla jednego procenta”.

Pro­log. Bu­dy­nek, któ­ry wy­glą­da jak para gaci

Wstęp. Po­czą­tek spek­ta­klu

Roz­dział pierw­szy. Wi­dok stąd

Roz­dział dru­gi. Mia­sto umar­łych

Roz­dział trze­ci. Pre­sja spo­łecz­na

Roz­dział czwar­ty. Sprze­dać mia­sto

Roz­dział pią­ty. Kra­jo­bra­zy ma­rek

Roz­dział szó­sty. Pra­wo do kup­na

Roz­dział siód­my. Dziw­ne zwy­cza­je star­chi­tek­tów

Roz­dział ósmy. Gdy­by ścia­ny mo­gły mó­wić

Roz­dział dzie­wią­ty. Po­znaj­cie naj­słyn­niej­sze­go ar­chi­tek­ta świa­ta

Za­koń­cze­nie. Nowy Ba­bi­lon

Po­dzię­ko­wa­nia

Źró­dła ilu­stra­cji

Książ­kę de­dy­ku­ję mo­jej żo­nie i dzie­ciom.

Wła­śnie to ro­bi­łem w ga­bi­ne­cie za za­mknię­ty­mi drzwia­mi.

No do­bra, sie­dzia­łem jesz­cze na Twit­te­rze.

Co­py­ri­ght © Tom Dyc­khoff, 2017

First pu­bli­shed by Ran­dom Ho­use Bo­oks, an im­print of Cor­ner­sto­ne.

Cor­ner­sto­ne is a part of the Pen­gu­in Ran­dom Ho­use gro­up of com­pa­nies.

The Au­thor has as­ser­ted his ri­ght to be iden­ti­fied as the au­thor of the Work.

Pu­bli­shed by Agre­ement with Cor­ner­sto­ne, part of the Pen­gu­in Ran­dom Ho­use gro­up of com­pa­nies and Book/lab Li­te­ra­ry Agen­cy, Po­land.

Pro­log

Bu­dy­nek, któ­ry wy­glą­da jak para gaci

Cza­sem prze­strzeń kła­mie.

Hen­ri Le­fe­bvre1

Tyl­ko płyt­cy lu­dzie nie są­dzą po wy­glą­dzie. Praw­dzi­we mi­ste­rium świa­ta jest w tym, co wi­dzial­ne, a nie nie­wi­dzial­ne.

Oskar Wil­de2

Co wła­ści­wie spra­wi­ło, że osta­tecz­nie stra­ci­łem cier­pli­wość? Czwar­te­go wrze­śnia 2012 roku na Twit­te­rze wy­świe­tlił mi się wpis: „Za­pro­jek­to­wa­ny przez Bry­tyj­czy­ków dra­pacz chmur przy­po­mi­na wiel­kie ga­cie – twier­dzą roz­złosz­cze­ni Chiń­czy­cy”3. Wła­śnie tak: ga­cie. Wiel­kie maj­ty. Klik­ną­łem w na­głó­wek i zo­ba­czy­łem to. Bu­dy­nek, któ­ry wy­glą­da jak para gaci. A do­kład­nie: jak 74-kon­dy­gna­cyj­na para gaci. Po­wie­dział­bym, że ra­czej ka­le­so­nów niż sli­pów czy bok­se­rek, ale z całą pew­no­ścią była to bie­li­zna.

W swo­im ży­ciu wi­dzia­łem już gma­chy przy­po­mi­na­ją­ce wszyst­ko. Gi­gan­tycz­ny ana­nas? Ka­mien­ny Dun­mo­re Pi­ne­ap­ple w Szko­cji wznie­sio­no w XVIII wie­ku jako szklar­nię do upra­wy – cze­go? – ana­na­sów wła­śnie. Lor­net­ka? Pro­szę bar­dzo. Bi­no­cu­lars Bu­il­ding [Bu­dy­nek Lor­net­ka] pro­jek­tu Cla­esa Ol­den­bur­ga, Co­osje van Brug­gen i Fran­ka Geh­ry’ego w Ve­ni­ce Be­ach, ob­sza­rze na­le­żą­cym do aglo­me­ra­cji Los An­ge­les, jest dość nie­kon­wen­cjo­nal­ny, na­wet – za­pew­niam was – jak na mia­sto ukształ­to­wa­ne na po­trze­by ego i show­biz­ne­su. Nie­mniej – biu­ro dla fir­my z bran­ży re­kla­mo­wej, pro­fe­sjo­nal­nie zaj­mu­ją­cej się przy­cią­ga­niem uwa­gi, w for­mie ogrom­nej lor­net­ki? Pra­wie w punkt. No ale ka­le­so­ny. To jed­nak coś zu­peł­nie in­ne­go.

Bra­ma do Wscho­du, jak ofi­cjal­nie zwa­ne są gi­gan­tycz­ne ga­cie, sta­nę­ła w Su­zhou, jed­nym z nie­ustan­nie roz­ra­sta­ją­cych się chiń­skich me­ga­miast. Zwa­żyw­szy na na­zwę, pro­jekt miał naj­wy­raź­niej od­zwier­cie­dlać przej­ście bram­ne albo łuk trium­fal­ny. Chiń­scy dzien­ni­ka­rze po­wi­ta­li bu­dy­nek cie­pło i ochrzci­li mia­nem „wschod­nie­go Łuku Trium­fal­ne­go”, co brzmia­ło, jak­by grzecz­nie cy­to­wa­li pod­su­nię­ty im tekst in­for­ma­cji pra­so­wej. Wkrót­ce jed­nak na­strój siadł. „To łuk czy po pro­stu ga­cie?”, py­tał „Shan­ghai Da­ily”. Ga­cie – zgod­nie od­po­wia­da­ła spo­łecz­ność chiń­skich blo­ge­rów. „Nie­któ­rzy od­wa­ży­li się na bar­dziej nie­cen­zu­ral­ną kry­ty­kę – do­no­sił «Da­ily Te­le­graph» – za­uwa­ża­jąc, że fal­licz­ny lon­dyń­ski «Kor­ni­szon» – 30 St Mary Axe, czy­li Gher­kin pro­jek­tu Nor­ma­na Fo­ste­ra – wszedł­by gład­ko mię­dzy dwie nogi Bra­my do Wscho­du w Su­zhou. «No jaz­da, po­łą­czyć je!» – dy­szał je­den z tych lu­bież­nych po­stów”.

Gmach za­pro­jek­to­wa­ła bry­tyj­ska fir­ma RMJM, za­ło­żo­na w la­tach pięć­dzie­sią­tych XX wie­ku, wów­czas ucie­le­śnie­nie po­waż­ne­go, wręcz od­py­cha­ją­ce­go mo­der­ni­zmu, jed­no z tych biur ar­chi­tek­to­nicz­nych, któ­rych chle­bem po­wsze­dnim było pro­jek­to­wa­nie szkół, uni­wer­sy­te­tów i szpi­ta­li, czy­li fun­da­men­tów bry­tyj­skie­go po­wo­jen­ne­go pań­stwa opie­kuń­cze­go.

Po sześć­dzie­się­ciu la­tach RMJM naj­wy­raź­niej jed­nak zmie­ni­ła kie­ru­nek. Żad­ne­go po­waż­ne­go, od­py­cha­ją­ce­go mo­der­ni­zmu. Te­raz stu­dio pro­jek­to­wa­ło kli­kal­ny kon­tent. Epo­ka spek­ta­klu nie­odwo­łal­nie się roz­po­czę­ła.

Wstęp

Po­czą­tek spek­ta­klu

Hi­sto­rie, któ­re opo­wia­da­my o mia­stach, są tak­że hi­sto­ria­mi o nas sa­mych.

Jane Ren­dell1

Przed­się­bior­czy czło­wiek Za­cho­du nie usta­je w wy­sił­kach, by po­pra­wiać swój los. Od świe­cy do lam­py naf­to­wej, od lam­py naf­to­wej do ga­zo­wej, od lam­py ga­zo­wej do świa­tła elek­trycz­ne­go – jego dą­że­nie ku ja­sno­ści nie ma koń­ca, nie szczę­dzi przy tym tru­du, aby usu­nąć naj­mniej­szy na­wet cień, je­śli go wy­tro­pi.

Jun’ichi­rō Ta­ni­za­ki2

Sza­leń­stwa mło­do­ści

Na moje osiem­na­ste uro­dzi­ny oj­ciec chrzest­ny za­brał mnie do bu­dyn­ku fir­my Lloyd’s w Lon­dy­nie. Nie żeby tak po pro­stu go obej­rzeć, lecz żeby wejść do środ­ka. Do środ­ka! Dla na­sto­lat­ka z pro­win­cjo­nal­ne­go mia­stecz­ka w Mi­dlands już sam po­byt w Lon­dy­nie bez ro­dzi­ców był atrak­cją. A co do­pie­ro przej­ście obok umun­du­ro­wa­nych straż­ni­ków i wej­ście do bu­dyn­ku! Te­raz wiem, że by­łem tro­chę dziw­nym na­sto­lat­kiem. Z pew­no­ścią by­łem ner­dem, ale do­dat­ko­wo dziw­nym. Wia­do­mo, że nerd, jak inne ner­dy, pie­lę­gnu­je swo­ją ob­se­sję na punk­cie kom­pu­te­rów czy ko­mik­sów, a ja, jako je­dy­ny wśród zna­jo­mych, mia­łem ob­se­sję na punk­cie bu­dyn­ków, pa­choł­ków ulicz­nych i pla­no­wa­nia prze­strzen­ne­go. I gdy osiem­na­sto­lat­ko­wie miesz­ka­ją­cy w mod­niej­szych miej­scach niż ja od­kry­wa­li ec­sta­sy czy acid ho­use, ja eks­cy­to­wa­łem się Zahą Ha­did. Na­krę­ca­łem się, czy­ta­jąc „Ar­chi­tec­tu­ral Re­view”. By­łem je­dy­nym na­sto­let­nim ner­dem ar­chi­tek­to­nicz­nym w Wor­ce­ster.

Uro­dzi­łem się w od­po­wied­nim mo­men­cie. Ar­chi­tek­tu­ra za chwi­lę mia­ła za­cząć za­mie­niać się w spek­takl. Mo­imi ido­la­mi byli Da­niel Li­be­skind i Frank Geh­ry, a nie su­per­bo­ha­te­ro­wie czy gwiaz­dy pop. Gdy mia­łem osiem­na­ście lat, bu­dy­nek Lloyd’s był dla mnie Spi­der­ma­nem, Sto­ne Ro­ses i Je­sus and Mary Cha­in ar­chi­tek­tu­ry w jed­nym. I oto zna­la­złem się w jego wnę­trzu.

W 1989 roku, trzy lata po otwar­ciu, Lloyd’s wciąż był naj­słyn­niej­szym gma­chem Wiel­kiej Bry­ta­nii. Wcze­śniej zna­łem go tyl­ko ze zdjęć w ga­ze­tach, z któ­rych co ty­dzień wy­ci­na­łem stro­ny po­świę­co­ne ar­chi­tek­tu­rze i sta­ran­nie wpi­na­łem do se­gre­ga­to­ra, oraz w cza­so­pi­smach ar­chi­tek­to­nicz­nych, któ­re gro­ma­dzi­łem pod łóż­kiem, by czy­tać je po no­cach. Spi­ra­le błysz­czą­cej sta­li wy­glą­da­ły na fo­to­gra­fiach tak ide­al­nie, na okład­kach ma­ga­zy­nów tak urze­ka­ją­co, tak oso­bli­wie. Wów­czas je­dy­nym ry­wa­lem Lloyd’s w wy­ści­gu o sła­wę była Neue Sta­ats­ga­le­rie w Stut­t­gar­cie, gwiaz­da po­pu­lar­nej w la­tach osiem­dzie­sią­tych w bry­tyj­skiej te­le­wi­zji re­kla­my Ro­ve­ra, w któ­rej nie­miec­cy użyt­kow­ni­cy sa­mo­cho­du zjeż­dża­ją z gra­cją z krzy­wizn bu­dyn­ku i są zszo­ko­wa­ni od­kry­ciem, że zo­stał on za­pro­jek­to­wa­ny przez „bhry­tyj­skie­go ar­szi­tek­ta” Ja­me­sa Stir­lin­ga. Jak się wy­da­je, zdu­miał ich fakt, że po­mi­mo bru­tal­nej dez­in­du­stria­li­za­cji z lat sie­dem­dzie­sią­tych i osiem­dzie­sią­tych XX wie­ku Wiel­ka Bry­ta­nia zdo­ła­ła wy­my­ślić, za­pro­jek­to­wać i wy­two­rzyć coś no­wo­cze­sne­go, znacz­nych roz­mia­rów i w do­brym gu­ście bez ogła­sza­nia straj­ku.

Lloyd’s był jed­nak czymś wię­cej niż gwiaz­dą – był sym­bo­lem. W ma­ga­zy­nach ar­chi­tek­to­nicz­nych, któ­re tak uwiel­bia­łem, re­pre­zen­to­wał osta­tecz­ny, spóź­nio­ny triumf mo­der­ni­zmu. Bry­tyj­ska ar­chi­tek­tu­ra lat osiem­dzie­sią­tych XX wie­ku była cał­ko­wi­cie zdo­mi­no­wa­na przez „woj­nę sty­lów”, roz­gry­wa­ną me­to­dą oko za oko mię­dzy księ­ciem Ka­ro­lem a mo­der­ni­sta­mi. Kom­pro­mis nie wcho­dził w grę. To była woj­na po­zy­cyj­na. Kto nie jest z nami, ten prze­ciw­ko nam. Przez więk­szą część lat osiem­dzie­sią­tych górą byli tra­dy­cjo­na­li­ści. Ksią­żę Ka­rol miał tak sil­ny wpływ na ko­mi­sje urba­ni­stycz­ne kon­ser­wa­tyw­ne­go bry­tyj­skie­go graj­do­ła, że przez lata nie po­wsta­ły tu pra­wie żad­ne li­czą­ce się współ­cze­sne w wy­ra­zie bu­dyn­ki. Wzra­sta­łem w cza­sach, gdy na­sza ar­chi­tek­tu­ra się­gnę­ła dna.

Aż do mo­men­tu, kie­dy po­ja­wił się Lloyd’s. Wo­kół roz­cią­ga­ły się pola bi­tew prze­gra­nych przez zwo­len­ni­ków no­wo­cze­sno­ści – na za­cho­dzie Pa­ter­no­ster Squ­are, na wscho­dzie Man­sion Ho­use, sie­dzi­ba lor­da ma­jo­ra Lon­dy­nu, gdzie ksią­żę wy­gło­sił swo­je słyn­ne prze­mó­wie­nie3, a po dru­giej stro­nie uli­cy te­ren, na któ­rym po­ten­tat na ryn­ku nie­ru­cho­mo­ści Pe­ter Pa­lum­bo miał na­dzie­ję wskrze­sić daw­no umar­ły pro­jekt ar­cy­mo­der­ni­sty Mie­sa van der Rohe, za­pla­no­wa­ny na­prze­ciw­ko Bank of En­gland, ale Ka­rol wszedł mu w pa­ra­dę. Ja by­łem mo­der­ni­stą. Oczy­wi­ście, że by­łem mo­der­ni­stą. Mia­łem kil­ka­na­ście lat. To była moja au­tor­ska, ner­dow­ska wer­sja bun­tu na­sto­lat­ka. W do­dat­ku, co naj­lep­sze, Lloyd’s zo­stał za­pro­jek­to­wa­ny przez mo­je­go ido­la, Kró­la Mo­der­ni­stów, Ri­char­da Ro­ger­sa, któ­ry do dzi­siaj po­zo­sta­je zmo­rą księ­cia Ka­ro­la.

Jed­nak dla nie­któ­rych, na przy­kład dla Vica, mo­je­go po­nad­sześć­dzie­się­cio­let­nie­go ojca chrzest­ne­go, Lloyd’s sta­no­wił sym­bol nie­po­żą­da­nej zmia­ny. Vic pra­co­wał jako agent ubez­pie­cze­nio­wy w City, dziel­ni­cy fi­nan­so­wej Lon­dy­nu, już za cza­sów me­lo­ni­ków, czar­nych pa­ra­so­li i no­szo­ne­go pod pa­chą „Fi­nan­cial Ti­me­sa”. Ta­kich jak on były ty­sią­ce. Jed­nak­że od cza­su, gdy „wiel­ki wy­buch” z 1986 roku zde­re­gu­lo­wał spo­sób, w jaki City za­ra­bia­ło pie­nią­dze, i otwo­rzył je na nie­po­wstrzy­ma­ne, szyb­kie jak bły­ska­wi­ca mię­dzy­na­ro­do­we prze­pły­wy ka­pi­ta­łu, te­ry­to­rium Vica za­czął za­sie­dlać nowy, bar­dziej agre­syw­ny i prze­bo­jo­wy ga­tu­nek. To dwa bliź­nia­cze de­mo­ny bry­tyj­skiej po­pkul­tu­ry lat osiem­dzie­sią­tych XX wie­ku: yup­pies w czer­wo­nych szel­kach i z przy­li­za­ny­mi wło­sa­mi oraz przed­sta­wi­cie­le kla­sy ro­bot­ni­czej, w ty­pie „chłop­ca z Es­sex”4, na­pa­le­ni na ro­bie­nie kasy, krzy­czą­cy do swo­ich te­le­fo­nów na no­wych, skom­pu­te­ry­zo­wa­nych par­kie­tach gieł­do­wych. Nowy szef Vica był ja­pi­szo­nem i sto­sun­ki mię­dzy nimi były bar­dzo na­pię­te.

Dla mo­je­go chrzest­ne­go gmach Lloyd’s stał się sym­bo­lem na­głej zmia­ny w jego ży­ciu; po­ja­wił się w tym nie­gdyś spo­koj­nym i w su­mie dość przy­jem­nym miej­scu, w któ­rym ten przez całe ży­cie po­wo­li, ale sku­tecz­nie piął się po szcze­blach ka­rie­ry. Gdy opro­wa­dzał mnie po bu­dyn­ku, czu­łem, że te­raz, po trzech la­tach, nie miał zbyt do­bre­go zda­nia o swo­im no­wym, mon­stru­al­nym miej­scu pra­cy. „W dro­dze do to­a­le­ty za­wsze się gu­bię” – przy­znał dość smęt­nie. Nie po­do­ba­ła mu się na­wet za­pie­ra­ją­ca dech w pier­si plą­ta­ni­na prze­zro­czy­stych ru­cho­mych scho­dów z wy­sta­wio­ny­mi na wi­dok me­cha­ni­zma­mi, umiesz­czo­na w otwar­tej prze­strze­ni tego no­wo­mod­ne­go wy­na­laz­ku – atrium. Ależ to był od­jazd!

Nie mo­głem się na­cie­szyć tym bu­dyn­kiem. Był bez­czel­ny, był ele­ganc­ki, był ro­man­tycz­ny. Nie pa­so­wał do oko­li­cy, bez wzglę­du na to, jak bar­dzo Ri­chard Ro­gers upie­rał się, że jego pro­jekt od­no­si się z sza­cun­kiem do śre­dnio­wiecz­ne­go pej­za­żu miej­skie­go City, czy też jak bar­dzo kre­atyw­ni sta­ra­li się być re­cen­zen­ci, któ­rzy do­pa­try­wa­li się w tym gma­chu współ­cze­snej in­ter­pre­ta­cji strze­li­stej ar­chi­tek­tu­ry go­tyc­kiej. Ta­blo­idy na­zwa­ły go „ma­szy­ną do espres­so”. Zu­peł­nie nie wie­dzia­łem, co to jest espres­so. Nie mie­li­śmy cze­goś ta­kie­go w Wor­ce­ster. I co z tego? Lloyd’s nie ko­ja­rzył mi się z ni­czym zna­jo­mym. Był zam­kiem ze sta­li. Ka­te­drą ze szkła. Już samo pa­trze­nie na nie­go z ze­wnątrz było eks­cy­tu­ją­ce, na te przy­pra­wia­ją­ce o za­wrót gło­wy spi­ra­le scho­dów, wi­ją­ce się do nie­ba ze zdro­wo­roz­sąd­ko­wych ulic City, któ­rych ostre za­koń­cze­nia były znacz­nie bar­dziej im­po­nu­ją­ce niż ko­ściel­ne wie­życz­ki.

W Lloyd’s po­dzi­wia­łem do­kład­nie to, co kry­ty­ko­wa­li re­cen­zen­ci – no­wa­tor­stwo, dziw­ny kształt, in­ność. Po­do­ba­ło mi się, że nie pa­so­wał. Dla mnie Lloyd’s to było scien­ce fic­tion. To było Me­tro­po­lis. To był sta­tek ko­smicz­ny z Ob­ce­go. To było Los An­ge­les z Bla­de Run­ne­ra. Wspa­nia­łe szkla­ne scho­dy ru­cho­me to był czy­sty Ro­ald Dahl5. W tym cza­sie Vic pró­bo­wał mi opo­wia­dać o swo­jej pra­cy. Ale trud­no jest za­in­te­re­so­wać ubez­pie­cze­nia­mi na­sto­lat­ka, na­wet je­śli jest on ner­dem. Zwłasz­cza gdy aku­rat prze­by­wa w stat­ku ko­smicz­nym.

Po kil­ku mie­sią­cach za­bra­łem tam pew­ne­go wie­czo­ru moją dziew­czy­nę – by po­pa­trzeć na gmach, gdy był ro­man­tycz­nie (jak uwa­ża­łem) pod­świe­tlo­ny na nie­bie­sko. Jesz­cze bar­dziej niż zwy­kle przy­po­mi­nał sta­tek ko­smicz­ny. „Czy wi­dzia­łaś kie­dy­kol­wiek coś rów­nie nie­sa­mo­wi­te­go?”. Za­pew­ne wi­dzia­ła. Kil­ka dni póź­niej ze­rwa­ła ze mną. Trud­no ją wi­nić.

Ale nie prze­ją­łem się nią. To była przy­szłość.

Przy­pi­sy

Pro­log. Bu­dy­nek, któ­ry wy­glą­da jak para gaci

1. Hen­ri Le­fe­bvre, The Pro­duc­tion for Spa­ce, Wi­ley-Blac­kwell 1991, s. 92.

2. Lord Hen­ry Wot­ton w roz­mo­wie z Do­ria­nem Gray­em, Oskar Wil­de, Por­tret Do­ria­na Graya, przeł. Je­rzy Ło­ziń­ski, Zysk i S-ka, 2015, s. 38.

3. „Da­ily Te­le­graph”, 4 wrze­śnia 2012.

Wstęp. Po­czą­tek spek­ta­klu

1. Jane Ren­dell, „Ba­za­ar Be­au­ties” or „Ple­asu­re Is Our Pur­su­it”: A Spa­tial Sto­ry of Exchan­ge, w: The Unk­nown City: Con­te­sting Ar­chi­tec­tu­re and So­cial Spa­ce, red. Iain Bor­den, Joe Kerr, Jane Ren­dell, Ali­cia Pi­va­ro, MIT Press, 2001, s. 106.

2. Jun’ichi­rō Ta­ni­za­ki, Po­chwa­ła cie­nia, przeł. Hen­ryk Lip­szyc, Ka­rak­ter, 2016, s. 61.

3. W grud­niu 1987 roku na do­rocz­nej ko­la­cji z urzęd­ni­ka­mi miej­ski­mi w Man­sion Ho­use ksią­żę Ka­rol w swo­jej mo­wie ostro skry­ty­ko­wał współ­cze­śnie pro­jek­to­wa­ną ar­chi­tek­tu­rę cen­tral­ne­go Lon­dy­nu (przyp. tłum.).

4. Ste­reo­typ za­kom­plek­sio­ne­go, gło­śne­go, nie­zbyt roz­gar­nię­te­go cwa­nia­ka o złym gu­ście (przyp. tłum.).

5. Ro­ald Dahl był eks­cen­trycz­nym, nie­zwy­kle po­pu­lar­nym au­to­rem ksią­żek, głów­nie dla dzie­ci (m.in. Char­lie i fa­bry­ka cze­ko­la­dy), zna­nych z kry­ty­ki świa­ta do­ro­słych, szcze­ro­ści i czar­ne­go hu­mo­ru (przyp. tłum.).

Ty­tuł ory­gi­na­łu: The Age of Spec­tac­le. Ad­ven­tu­res in Ar­chi­tec­tu­re and the 21st-Cen­tu­ry City

Re­dak­cja: Ka­mil Bo­gu­sie­wicz

Opie­ka re­dak­cyj­na: Ewa Ślu­sar­czyk

Ko­rek­ta: Agniesz­ka Stę­plew­ska, Alek­san­dra Pio­trow­ska

Pro­jekt gra­ficz­ny: Prze­mek Dę­bow­ski

Kon­wer­sja do for­ma­tów EPUB i MOBI: Mał­go­rza­ta Wi­dła

102. pu­bli­ka­cja wy­daw­nic­twa Ka­rak­ter

Co­py­ri­ght © Tom Dyc­khoff, 2017

Co­py­ri­ght © for the trans­la­tion by Agniesz­ka Ra­smus-Zgo­rzel­ska, 2018

ISBN 978-83-65271-78-5

Wy­daw­nic­two Ka­rak­ter

ul. Gra­bow­skie­go 13/1, 31-126 Kra­ków

ka­rak­ter.pl

Za­pra­sza­my in­sty­tu­cje, or­ga­ni­za­cje oraz bi­blio­te­ki do skła­da­nia

za­mó­wień hur­to­wych z atrak­cyj­ny­mi ra­ba­ta­mi. Do­dat­ko­we in­for­ma­cje do­stęp­ne

pod ad­re­sem sprze­daz@ka­rak­ter.pl oraz pod nu­me­rem te­le­fo­nu 511 630 317

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Epoka spektaklu