Czy Chiny zbawią świat ?

Czy Chiny zbawią świat ?

Autorzy: Grzegorz W. Kołodko

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Publicystyka

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 18.90 zł

To niezwykle ważne i ciekawe opracowanie podejmuje kwestie kluczowe dla, nie waham się użyć tego stwierdzenia, przyszłości świata. Rozumienie chińskiego fenomenu - przyczyn, uwarunkowań i skutków nadzwyczajnego skoku cywilizacyjnego - jest w świecie Zachodu, także w Polsce, powierzchowne, skażone tradycyjnym oglądem i przykładaniem zużytych miar do zjawisk nowych albo sprzecznych ze stanem ugruntowanej wiedzy naukowej. Autor z dużym powodzeniem przełamuje ten stan rzeczy, co stanowi kluczową wartość książki, która daleko wykracza poza standardowe studium gospodarki chińskiej.
Z recenzji prof. Macieja Bałtowskiego, Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej

Książka profesora Kołodki obszernie dokumentuje osiągnięcia gospodarcze Chin, ale stawia sobie o wiele ambitniejsze zadanie, a mianowicie odpowiada na pytanie, czy sukcesy gospodarcze i społeczno-polityczne pomogą w rozwiązywaniu narastających problemów o charakterze globalnym. Wielką zaletą pracy jest przedstawianie stanu i perspektyw rozwojowych Chin na tle światowych wyzwań. W całej książce najistotniejsze jest to, jaką rolę Chiny spełniają w racjonalizacji globalizacji. Autor skłania się do poglądu, że Chiny mogą istotnie pomóc we współkształtowaniu pożądanego oblicza przyszłości. Prof. Kołodko widzi w Chinach coraz większą skłonność do stawiania na nowy pragmatyzm, na uwzględnianie zagrożeń wynikających z narastania problemów globalnych – klimatycznych, finansowych i będących pochodną nierówności.
Z recenzji prof. Władysława Szymańskiego, Akademia Nauk Społecznych

Grzegorz W. Kołodko - intelektualista i polityk, jeden z głównych architektów polskich reform gospodarczych, czterokrotnie wicepremier i minister finansów w latach 1994-1997 i 2002-2003. Profesor ekonomii i popularyzator wiedzy społeczno-gospodarczej. Członek Europejskiej Akademii Nauki, Sztuki i Literatury. Dyrektor Centrum Badawczego Transformacji, Integracji i Globalizacji TIGER w Akademii Leona Koźmińskiego. Najczęściej na świecie cytowany polski ekonomista (h-indeks 35).
Autor i redaktor ponad 50 książek oraz licznych artykułów naukowych opublikowanych w 26 językach, w tym czterech książek i ponad 50 artykułów po chińsku. Doktor Honoris Causa dziesięciu zagranicznych uniwersytetów, w tym trzech w Chinach. Distinguished Professor of Emerging Markets Institute na Uniwersytecie Normal w Pekinie, Non-resident Senior Fellow na Uniwersytecie Renmin w Pekinie, Visiting Professor na Huangzhou University of Science and Technology w Wuhan, International Advisor Center for China and Globalization. Maratończyk i podróżnik; zwiedził 170 krajów.

Copyright © Grzegorz W. Kołodko, 2018

Projekt okładki

Prószyński Media

Redakcja

Joanna Perzyńska

Korekta

Jolanta Tyczyńska

Bożena Hulewicz

Indeks

Zofia Wiankowska-Ładyka

Recenzenci

prof. Maciej Bałtowski

prof. Władysław Szymański

ISBN 978-83-8123-757-4

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

Tym, którzy liczą na Chiny,

ku pokrzepieniu serc…

i ku przestrodze.

Rzecz dzieje się w roku tysiąc dziewięćsetnym

SCENA 1.

CZEPIEC, DZIENNIKARZ

CZEPIEC

Cóż tam, panie, w polityce?

Chińcyki trzymają się mocno!?

DZIENNIKARZ

A, mój miły gospodarzu,

mam przez cały dzień dosyć Chińczyków.

CZEPIEC

Pan polityk!

DZIENNIKARZ

Otóż właśnie polityków

mam dość, po uszy, dzień cały.

CZEPIEC

Kiedy to ciekawe sprawy.

DZIENNIKARZ

A to czytaj, kto ciekawy;

[Stanisław Wyspiański, Wesele]

Rzecz dzieje się w roku dwa tysiące osiemnastym i potem…

Refleksje początkowe

To co teraz będzie? A co będzie potem? Co będzie dalej? Jak potoczą się nasze losy? To ostatnio coraz częściej zadawane pytania, przy czym przez „my” rozumie się różne podmioty – począwszy od jednostek i rozmaitych grup ludności, poprzez narody i społeczeństwa, aż po całą ludzkość; od krajów i ich gospodarek narodowych, poprzez regiony i kontynenty, aż po całą gospodarkę światową. Ileż to już razy słyszeliśmy, że oto cywilizacja znajduje się na rozdrożu, i faktycznie niejednokrotnie w przeszłości tak było, ale zawsze jakoś te zwrotne epoki pokonywano, by ostatecznie dojść do współczesności. I oto znowu znaleźliśmy się na rozdrożu, ale jakże odmiennie jest ono ukształtowane od tych, które znamy z bliższej bądź bardziej odległej historii.

Do niedawna wydawało się, że odpowiedź na pytanie o kierunek, w jakim będzie zmierzał świat, zależy od tego, w jakim stopniu Zachód się sprawdzi. Dziś już widać, że Zachód się nie sprawdza, że współczes­nej partii gry o jutro nie potrafi dobrze poprowadzić, nie daje sobie bowiem rady z rozwiązywaniem fundamentalnych wyzwań cywilizacyjnych i nie potrafi zagwarantować nie tylko całej ludzkości, lecz nawet samemu sobie, egzystencjalnej racjonalności. Trzy epokowe wyzwania, z którymi trzeba sobie poradzić, aby o tę racjonalność skutecznie się zatroszczyć, to problem ludnościowy, kwestia ekologiczna i syndrom zróżnicowania dochodów. Te trzy zadania trzeba rozwiązywać jednocześnie ze względu na sprzężenia, jakie między nimi występują. Trzeba powiedzieć wyraźnie: albo będą one rozwiązane razem, albo w ogóle nie będą rozwiązane – z katastrofalnymi konsekwencjami. W świecie przyszłości siła tych związków będzie jeszcze większa, mimo rozmaitych neonacjonalistycznych resentymentów i „staro-nowego” ekonomicznego protekcjonizmu. Z tymi schorzeniami wprawdzie będzie można sobie poradzić, ale tylko wtedy, gdy zostaną pozbawione pożywki, na której wyrastają, a którą daje im dotychczasowa nieskuteczność w przeciwstawianiu się narastającym trudnościom.

Nie rozwiążemy problemów racjonalności egzystencjalnej, co jest warunkiem sine qua non przetrwania cywilizacji i jej dalszego rozwoju, jeśli nie będziemy myśleć i działać wspólnotowo. To wymóg globalizacji, która jest nieodwracalna z dwóch powodów. Po pierwsze, globalizacja zostaje z nami, a my z nią ze względów technicznych; nie można od niej odejść z powodu usieciowienia gospodarki – transnarodowych powiązań finansowych, handlowych, usługowych i produkcyjnych. Po drugie, globalizacja przetrwa, ponieważ odchodzenie od niej nie ma ekonomicznego sensu, uniemożliwiłoby to bowiem rozwiązywanie egzystencjalnych problemów gospodarczych. Innymi słowy, nie można od globalizacji uciec ze względów technicznych i nie ma sensu od niej się odwracać z powodów ekonomicznych. To bynajmniej nie oznacza, że z globalizacją nie ma i nie będzie kłopotów. Rzecz w tym, by posługując się nią, radzić sobie z fundamentalnymi wyzwaniami cywilizacji.

Współczesność stwarza nam wiele poważnych problemów między innymi dlatego, że podczas minionego pokolenia globalizacja ekonomiczna poczyniła ogromne postępy, natomiast globalizacja polityczna wciąż pozostaje w powijakach. Istnieje współzależna, sprzężona, ogólnoświatowa gospodarka, ale nie ma żadnego podmiotu sterującego tą machiną. Przejawem skrajnej naiwności jest przekonanie, że może tu wystarczyć sam rynek. Potrzebne są podmioty sterujące ekonomicznym ruchem zasobów i strumieni oraz instytucje regulujące ten ruch. Zachód niestety pokazał, że nie potrafi ich dostarczyć i – jak dotychczas – nikt go w tym nie zastąpił. Czy sytuacja ta może się zmienić?

Może, o ile wyłonią się siły i mechanizmy, które potrafią sterować procesami gospodarczymi długofalowo i działać wspólnotowo, twórczo wykorzystując przy okazji niebywały postęp naukowo-techniczny, na który na szczęście jesteśmy skazani. To ogromne zadanie, ale teoretycznie ma ono rozwiązanie, które polegać musi na reinstytucjonalizacji gospodarki światowej. Niezbędne jest sprzęgnięcie potęgi mechanizmów rynkowych z potęgą regulacji, tyle że teraz już nie dokonywanych instytucjonalną siłą jakiegoś państwa, ale wciąż jeszcze nieukształtowanego ich globalnego układu. Natomiast czy w praktyce zadaniu temu uda się sprostać, o tym przekonamy się podczas następnych kilkudziesięciu lat, zanim cywilizacja stanie na kolejnym rozdrożu.

W grze o jutro nikogo nie należy lekceważyć, ale też nikogo nie powinniśmy przeceniać. Realistycznie wszak patrząc w przyszłość, nie sposób nie dostrzegać rosnącej roli Chin. To już obecnie największa gospodarka świata (oceniając wielkość produkcji przez pryzmat siły nabywczej), a zarazem państwo, które będzie miało coraz więcej do powiedzenia w kształtowaniu nowego, globalnego ładu instytucjonalnego. Tak jak podczas minionych czterdziestu lat wskutek szczególnie wysokiej dynamiki produkcji rósł znacząco i szybko udział chińskiej gospodarki w światowej produkcji, tak podczas następnych dekad szybko i znacząco będzie rosła pozycja Chin w kształtowaniu tego ładu. Rola ta już teraz staje się ważniejsza od tego, o ile szybciej rośnie produkcja w Państwie Środka w porównaniu z bogatym Zachodem.

Dla niejednego obserwatora światowej sceny politycznej i ekonomicznej zaskakujące jest to, jak na naszych oczach Chiny stały się obrońcą globalizacji z takimi jej atrybutami, jak wolny handel czy swoboda przepływów kapitałowych, co jeszcze pokolenie temu było nie do pomyślenia. Dzieje się tak, ponieważ właśnie dzięki globalizacji fenomen chiński stał się możliwy. Żaden kraj nie wykorzystał jej na swoją korzyść w takiej skali, w jakiej potrafili to uczynić Chińczycy, przede wszystkim czyniąc dźwignię rozwoju ze wspieranego przez państwo eksportu (ekonomista doda, że znakomicie stosując w tym celu instrumenty keynesowskie). Dziwne byłoby, gdyby opowiedzieli się oni teraz przeciwko kontynuacji globalizacji, której przeciwnicy pojawili się głównie na bogatym Zachodzie.

Niektórych wielce to irytuje, zwłaszcza wobec kulturowej i politycznej odmienności Chin od wspaniałego Zachodu, który miał nas zbawić, ale nie dał rady. Inni pokładają w tym nadzieje na przyszłość, dostrzegając, że Chiny stały się potęgą gospodarczą, nie pozwalając kapitałowi na zdobycie władzy. To państwo sprawuje tam władzę. Jakie to ma implikacje dla przyszłości, teraz już nie tylko Chin, lecz również innych gospodarek połączonych ze sobą więzami globalizacji? Czy coś z tego wynika dla świata przyszłości, czy też jest to jedynie jakiś wschodni „wypadek przy pracy”?

To co teraz będzie?

Rozdział 1

Gospodarka i bezpieczeństwo

1.1. Druga zimna wojna

Czasy niby pokojowe, ale wojny się toczą. Niemało mamy regionalnych konfliktów i wybuchów lokalnych starć, ale lepsze takie zło niż wielka globalna eksplozja. Spory między tytanami tego świata są na szczęście – dotychczas – bezkrwawe. Nie ma tu świętych co do intencji i czynów, bo żaden z trójki współczesnych, najpotężniejszych światowych graczy na scenie polityczno-militarnej – Stany Zjednoczone, Chiny i Rosja – nie jest niewinny. Cała trójka pręży muskuły, co psuje stosunki międzynarodowe i zatrąca o nową zimną wojnę, a przy okazji szkodzi współpracy gospodarczej i kształtowaniu bardziej inkluzyjnego oblicza globalizacji.

Niestety, możemy już mówić o drugiej zimnej wojnie. Tak określiłem obecny stan rzeczy kilka lat temu, przy okazji 100-lecia wybuchu pierwszej wojny światowej. Pisałem wtedy: „100 lat temu rozpętano wojnę. Trwała prawie cztery i pół roku, zginęły miliony ludzi. Na początku nikt nie wiedział, że będzie to wojna światowa, ale szybko nabrała takiego charakteru. W latach 1920. i 1930. nazywano ją wielką wojną. Musiała wybuchnąć 25 lat później kolejna wojna, aby tamtą, z lat 1914–1918, nazwać I wojną światową. Wkrótce po zakończeniu II wojny światowej, tej z lat 1939–1945, rozpętano zimną wojnę. Uczynił to Zachód w konfrontacji ze Wschodem, który został po kilkudziesięciu latach pokonany. Zdarzyło się nawet, że z tej okazji ogłoszono po 1989 roku »koniec historii«. Jakże przedwcześnie…

Wystarczyło, że minęło tylko jedno pokolenie czasów w miarę pokojowych, aby rozpoczęto II zimną wojnę. Bo teraz już o tej z lat 1946–1989 historycy będą mówić jako o I zimnej wojnie. Wygrali ją ci, którzy ją zaczęli; Zachód. Teraz, w roku 2014, także Zachód rozkręca II zimną wojnę. Ale tej nie wygra. Nie wygra jej też Wschód. Wygrają ją Chiny, które robią swoje, przede wszystkim konsekwentnie reformując i rozwijając gospodarkę, której międzynarodowa pozycja wzmacnia się z każdym rokiem. Za kilka, kilkanaście lat – gdy zmęczeni będą swoją zimno­wojenną nierozwagą i jastrzębie z USA oraz ich sojusznicy, i z Rosji – Chiny będą jeszcze większą potęgą; tak absolutnie, jak i względnie w porównaniu z USA, Unią Europejską, Rosją… Relatywnie lepsza będzie także pozycja innych krajów, w tym emancypujących się gospodarek, które nie dają się wplątać w kolejną zimnowojenną zawieruchę” [Kołodko, 2014]. Otóż to; nie dać się w to wplątać.

Najbogatszy kraj świata, Stany Zjednoczone, zamiast w trosce o współtworzenie ekonomicznych przesłanek pokojowego rozwoju zwiększać swoje wydatki pomocowe, obcina je po to, aby mieć więcej środków na zbrojenia. Przy ich i tak już bardzo wysokim poziomie amerykański Senat forsuje dalszy wzrost o 80 miliardów w 2019 roku i następne 85 miliardów w 2020 roku [US Senate…, 2018]. Na rok 2018 zostały one ustalone na 692,1 miliarda dolarów (około 35 procent więcej, niż rocznie wytwarza cała Polska), rosnąc w porównaniu z rokiem poprzednim o skokowe 18,7 procent. W tym samym czasie Rosja redukuje wydatki wojskowe o 9,2 procent, tnąc je do poziomu 2,77 biliona rubli (42,3 miliarda dolarów) [Bershidsky, 2017]. To zaskakująco mało w porównaniu z USA, ale relatywnie dużo więcej, kiedy bowiem Stany Zjednoczone przeznaczają na swój budżet wojskowy „tylko” 3,3 procent, to w Rosji jest to około 5 procent. O ile jej prezydent, Władimir Putin, uzasadnia redukcję wydatków wojskowych potrzebą zwiększenia nakładów na ochronę zdrowia, edukację, naukę i kulturę (czemu należałoby tylko przyklasnąć), o tyle jego krytycy nie omieszkają podkreślać, że to jedynie doraźny zabieg marketingu politycznego czyniony przed odbywającymi się na wiosnę 2018 roku wyborami prezydenckimi (co należałoby zganić).

W Chinach wskaźnik określający wydatki wojskowe w stosunku do dochodu narodowego jest o prawie połowę mniejszy niż w USA i wynosi 1,9 procent PKB, ale szybko rośnie. W kwotach bezwzględnych chińskie wydatki wojskowe to zaledwie trzecia część amerykańskich, około 230 miliardów dolarów rocznie, ale pamiętajmy, że ponoszone są też wydatki w rzeczywistości militarne, choć księgowane w innych niż „obrona” pozycjach, na przykład niektóre wydatki badawcze i wdrożeniowe ewidentnie służące wojsku są realizowane w dziale „nauka”. Dodajmy, że nie jest to jakaś chińska specyfika; inni postępują podobnie.

Chińskie wydatki wojskowe są zatem wciąż tylko niewielką cząstką amerykańskich, ale trzeba podkreślić, że o ile USA – mimo ostatnio mocno zwiększanych nakładów – wciąż jeszcze wydają mniej niż dziesięć lat temu, o tyle Chiny wydają o prawie 120 procent więcej. Mała pociecha z tego, że nie na aż taką skalę więcej wydają również inni w gronie państw, których budżety wojskowe są największe na świecie.

Rysunek 1.1. Zmiany wydatków obronnych głównych potęg wojskowych (wzrost w procentach w dziesięcioleciu 2007–2016)

Źródło: na podstawie danych Stockholm International Peace Research Institute.

Fachowi analitycy podkreślają dominację wydatków na broń i urządzenia defensywne w całości nakładów obronnych Chin. Jednym z ważniejszych zadań na tym polu jest rozwój sektora produkującego broń, która miałaby w przypadku konfliktu odepchnąć siłę militarną USA jak najdalej od chińskich wybrzeży, najlepiej w odleglejsze rejony Pacyfiku. Chodzi więc o to, aby odsunąć cudzą armię od swoich wybrzeży, a nie zbliżyć swoją do cudzych. Taka strategia jest znana w wojskowym żargonie jako blokada dostępu (anti-access area denial – A2AD). To bynajmniej nie przeszkadza w rozwoju rozmaitych asortymentów broni ofensywnej – także bardzo wyrafinowanych produktów, jak chociażby drony – którą Chiny na coraz większą skalę zaczęły eksportować. Od USA i Rosji, a także Wielkiej Brytanii i Francji, dzieli je pod tym względem ogromny dystans, ale mówi się, że przy jakości w 75 procentach dorównującej zachodnim wyrobom Chiny sprzedają je za 50 procent zachodniej ceny [Marcus, 2018]. Dla wielu nabywców jest to dobry interes, więc wyścig zbrojeń, niestety, znowu się nakręca.

Niepokoić tym bardziej musi, że amerykański prezydent, Donald Trump, miast szukać dróg porozumienia i tworzyć nowe kanały dobrej współpracy międzynarodowej i globalnej, w rok po objęciu wciąż najważniejszego na świecie urzędu ogłasza, że Chiny i Rosja to nie tyle partnerzy Stanów Zjednoczonych, ile ich przeciwnicy. Mniej zatem dziwi, że nawet tak opiniotwórczy tygodnik jak anglo-amerykański „The Economist” przestrzega przed rosnącym zagrożeniem wybuchu konfliktu między wielkimi mocarstwami. Nie było to kwestią przypadku, że uczynił tak w numerze ukazującym się dokładnie w trakcie dorocznego Światowego Forum Gospodarczego w styczniu 2018 roku, aby spotykającym się w Davos politykom i biznesmenom, finansistom i bankierom, ludziom nauki i mediów jeszcze bardziej podnieść poziom adrenaliny [The Growing Danger…, 2018]. Czy zatem mamy czego się bać? A jeśli tak, to kto i co nam zagraża?

W wielu częściach świata straszy się przede wszystkim Chinami i ich rosnącą potęgą, która jakoby ma zagrażać spokojowi i pokojowi innych. Obawiają się ich nie tylko niektórzy mieszkańcy pochodzący z tego samego regionu, nie tylko wywodzący się spośród ich najbliższych sąsiadów, takich jak Japonia, Korea Południowa, Indie i Pakistan, lecz także z bardziej odległych rejonów świata, w tym z Zachodu, zwłaszcza ze Stanów Zjednoczonych i niektórych ulegających sinofobii państw Europy. Inni odwrotnie; pokładają w ekspansji Chin pewne nadzieje na bardziej zrównoważony świat, na nowy globalny ład ukształtowany na skutek wyłaniającej się przeciwwagi dla dominacji Zachodu zapatrzonego we własne interesy.

Antychińska narracja intensyfikuje się przede wszystkim wśród amerykańskiego establishmentu i niektórych, zwłaszcza konserwatywnych mediów oraz części środowiska skupionego wokół nauk społecznych. Nadmierna nerwowość w sferze biznesu z pewnością jest czymś niepożądanym, a nawet szkodliwym, choć można ją tłumaczyć sytuacjami, w których kapitaliści i menedżerowie zarządzający ich firmami frustrują się tym, że nie dają sobie rady z konkurencją zagraniczną, którą jakże często utożsamia się właśnie z Chinami. Jeszcze gorzej jest, gdy przestają panować nad nerwami politycy oraz lobbyści, a także osoby powiązane z mediami i środowiskiem akademicko-badawczym.

Przypadkiem niespotykanym od dłuższego czasu, chyba od poprzedniej zimnej wojny, jest agresywny, bardziej emocjonalny niż racjonalny atak publiczny – atak, bo to już nie jest chłodna merytoryczna krytyka – tygodnika „The Economist”, który tytułuje swój wiodący artykuł How the West got China wrong. Przy tej okazji stwierdza, że Zachód „zakładał, iż Chiny pójdą w kierunku demokracji i gospodarki rynkowej. Gra się nie powiodła. (…) Chiny nie są gospodarką rynkową i pozostając na obecnym kursie, nigdy nią nie będą. Zamiast tego coraz częściej kontrolują biznes jako ramię władzy państwowej. Uważają, że wiele branż jest strategicznych. Na przykład plan »Made in China 2025« ma na celu wykorzystanie dotacji i ochrony do stworzenia światowych liderów w dziesięciu branżach, w tym w lotnictwie, technice i energetyce, które łącznie obejmują prawie 40 procent produkcji” [How the West…, 2018]. Cóż, to fakt, że Chiny nie idą drogą zderegulowanej na zachodnią modłę gospodarki rynkowej, lecz aktywnie w nią ingerują, uprawiając dobrze ukierunkowaną politykę przemysłową, którą skądinąd stosowało wiele państw zachodnich, a niektóre, jak chociażby Korea Południowa, nadal się tym bynajmniej nie brzydzą. Gdyby zaiste było aż tak źle, jak usiłują to wmawiać ci, którym chińska droga nie odpowiada, bo nie im, ale Chińczykom ułatwia życie, to dalsze rozważania powinny ograniczyć się do poszukiwania odpowiedzi, dlaczego tak się stało i co z tego wynika. Rzeczywistość jest jednak dalece bardziej skomplikowana.

Oczywiście, krytyka adresowana do Chin bynajmniej nie jest bezpodstawna, gdyż ich polityka gospodarcza i rozwiązania systemowe nastawione na poprawę sytuacji wewnętrznej bywają niekiedy kosztowne dla innych, którzy w istniejących warunkach nie są w stanie uporać się z konkurencją. Niezależnie od strukturalnej niemożności zrównoważenia amerykańskiego bilansu handlowego, co nie od dziś jest ważką przesłanką antychińskich resentymentów, wciąż zdarzają się przypadki wywiadowczej aktywności Chin w USA oraz w niektórych innych krajach Zachodu i rozmaite próby oddziaływania miękkimi sposobami na to, co tam się dzieje. Ale to Chińczycy mogliby się w tej materii więcej nauczyć od Amerykanów niż odwrotnie.

Deficyt handlowy Stanów Zjednoczonych jest w pierwszej kolejności funkcją ich słabej, niedostatecznie konkurencyjnej oferty eksportowej, a nie – jak chcą Donald Trump i inni ulegający sinofobii – nieuczciwej chińskiej konkurencji. Czas wreszcie pojąć, że fundamentalną przyczyną niekonkurencyjności niektórych amerykańskich sektorów jest życie ponad stan, co wyraża się między innymi w zbyt wysokich płacach pracowników, kompensatach menedżerów i zyskach właścicieli. W ciąg­nionym rachunku ekonomicznym to przede wszystkim płace przesądzają o kosztach, które ostatecznie okazują się relatywnie zbyt wysokie na zliberalizowanym rynku światowym. Uciekanie się na dłuższą metę do praktyk protekcjonistycznych nie na wiele się tu zda, a werbalny atak na Chiny na pewno nie zda się na nic, co najwyżej psuje i tak już nie najlepszą atmosferę.

Rysunek 1.2. Amerykańskie obroty handlowe z Chinami w latach 1985–2017 (w miliardach dolarów)

Źródło: na podstawie danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego.

Pomstując na zaiste ogromną nadwyżkę chińskiego eksportu do USA nad amerykańskim do Chin, nie ocenia się stosunków dwustronnych w sposób kompleksowy. Chociażby Polska ma relatywnie, w stosunku do dochodu narodowego, dużo większy deficyt w handlu z Chinami, ale w skali całkowitych obrotów handlu zagranicznego umie go zrównoważyć, odnotowując nadwyżki na innych rynkach. Statystyki lubią upraszczać rzeczywistość. To fakt, że w dwustronnych stosunkach handlowych dolarów płaconych Polsce przez Chiny za jej bezpośredni tamże eksport jest 12 razy mniej niż tych płaconych przez Polskę Chinom za import stamtąd. Zarazem niebagatelna część niemieckiego eksportu do Chin to samochody, których podzespoły produkowane są w Polsce. Samochody to pierwsza pozycja w olbrzymim niemieckim eksporcie wynoszącym 1,4 biliona dolarów, z czego 6,4 procent idzie prosto do Chin. Jeśli przyjąć, że w tym niemieckim eksporcie samochodów jest, biorąc wartościowo, 10 procent wyrobów polskiego przemysłu motoryzacyjnego, daje to kwotę rzędu 30–35 miliardów złotych (około 1,5 procent naszego PKB). Jeśli zatem przeprowadzi się kompleksowy rachunek, to okaże się, że wymiana handlowa z Chinami tworzy w Polsce dużo więcej zatrudnienia, dochodów i wpływów budżetowych, niż jest to widoczne na powierzchni zjawisk.

Stany Zjednoczone nie potrafią tego zrobić i cały czas mają znaczny deficyt handlowy. W 2017 roku, przy całkowitej luce w wysokości 566 miliardów dolarów, w obrotach towarowych z Chinami wyniósł on 375 miliardów. To zaognia retorykę – zarówno tę skierowaną przeciwko Chinom, jak i niektórym innym krajom, zwłaszcza sąsiedniemu Meksykowi – ale daleko tam jeszcze do gorączki w rodzaju antyradzieckiej aberracji z czasów maccartyzmu w latach 50. Faktem jest jednak, że nad Potomakiem lubią straszyć Chińczykami. „Chińskie wysiłki mające na celu wywieranie ukrytego wpływu na Zachód są tak samo niepokojące jak rosyjska dywersja” – stwierdza Mike Pompeo, szef amerykańskiego wywiadu, CIA. „Pomyślcie o skali tych dwóch gospodarek (…) Chińczycy mają znacznie większe niż Rosjanie możliwości wykonywania tej misji” [CIA Chief Says…, 2018]. Nie może nie zastanawiać, jeśli nie wręcz niepokoić, kiedy coś takiego mówi jeden z bardziej znaczących waszyngtońskich polityków.

Na skali historycznej kreśli się zgoła przeciwstawne obrazy. Na pierwszym z nich jeden imperializm – ten zachodni, kapitalistyczny – miałby zostać zastąpiony innym, tym wschodnim, „komunistycznym”. Realna perspektywa czy też irracjonalizm do kwadratu, bo ani w Chinach nie ma komunizmu, ani nie dążą one do zdominowania świata. Na drugim obrazie Chiny mają zbawić świat od wstrząsających nimi niebezpieczeństw gospodarczych i ekologicznych, gdyż mają wyjątkową zdolność długookresowego i kompleksowego podejścia do rozwiązywania problemów i nie są egoistycznie skupione na wyłącznie własnych interesach. Ściany naszego wspólnego światowego domu dałoby się jeszcze ozdobić wieloma innymi obrazami, którym można byłoby się przyglądać jak w galerii eklektycznej sztuki.

Tymczasem przeciwstawne wartości, konflikty interesów, niejednoznaczne sytuacje i niejasne intencje powodują, że te same fakty bywają zgoła odmiennie interpretowane. Podczas gdy nikt złego słowa nie pisnął z okazji powołania Angeli Merkel na czwartą już kadencję na kanclerza Niemiec, spora wrzawa została podniesiona, kiedy w chińskiej konstytucji zlikwidowano zapis o ograniczeniu okresu sprawowania prezydentury do dwu kadencji. Pomijając fakt, że najważniejsze stanowisko w chińskiej hierarchii politycznej sprawuje przewodniczący rządzącej monopartii, a prezydent w istocie niewiele ma do powiedzenia, niektórzy są skłoni tylko z tego powodu orzekać, iż z tą chwilą obecny przywódca Chin, Xi Jinping, który skądinąd dopiero co rozpoczął swoją drugą pięcioletnią kadencję, staje się dozgonnym dyktatorem. Inni natomiast podkreślają, że to słuszny ruch, który doraźnie nie przesądza jeszcze, kto będzie personalnie sprawował władzę, ale w razie potrzeby umożliwia kontynuację w sferze kierowania długookresową polityką rozwojową. Jest to szczególnie ważne w czasach, gdy pojawia się coraz więcej problemów wymagających właśnie długofalowego podejścia.

Nie rozstrzygając antynomii „dyktator czy strateg” (i abstrahując od tego, że teoretycznie można być jednym i drugim), warto podkreślić, że zdarza się, iż to właśnie kadencyjność zbyt często na zbyt krótko wybieranych władz pociąga za sobą krótkoterminowość w myśleniu i działaniu, z oczywistymi negatywnymi następstwami w odniesieniu do rozwoju społeczno-gospodarczego. Tego rodzaju krótkoterminowość, czyli skracanie horyzontu czasowego, dla którego rozważa się rozmaite warianty działań, z pewnością nie jest cechą chińskiej polityki; wręcz odwrotnie. Niejednokrotnie to właśnie przesądza o przewadze chińskiej metody sterowania gospodarką, ponieważ negatywny wpływ cykli politycznych, typowych dla zachodnich liberalnych demokracji, w Chinach nie występuje.

O ile w tym naszym pięknym, demokratycznym świecie ciągle odbywają się jakieś referenda bądź wybory – jak nie w Grecji, to we Włoszech, jak nie w Wielkiej Brytanii, to we Francji, jak nie w Austrii, to w Holandii, jak nie w Hiszpanii, to w Niemczech – o tyle w Chinach spokój… Gdzieś tam, bardzo daleko, w Brazylii, odwołali panią prezydent, gdzieś bliżej, w Korei Południowej, też zdjęli ze stanowiska panią prezydent, w Republice Południowej Afryki zmusili do rezygnacji prezydenta, a w Chinach spokój… W Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie kompromitacja arabskiej wiosny, a w Chinach spokój… Nawet w wydawałoby się instytucjonalnie dojrzałej i gospodarczo zaawansowanej Unii Europejskiej co rusz trzeba kogoś zganić albo odwołać ze stanowiska, a w Chinach spokój… No, przynajmniej względny spokój.

Chiny ze swoim specyficznym systemem gospodarczym i politycznym ukształtowanym podczas minionego siedemdziesięciolecia stały się przedmiotem rosnącego zainteresowanie wielu innych państw na dorobku. W sytuacji, kiedy zawiodła – no bo przecież zawiodła – klasyczna ekonomia rozwoju [Easterly, 2002; 2006], dla niejednego ekonomisty i polityka – od Bangladeszu do Senegalu i Ekwadoru, od Azji do Afryki i Ameryki Łacińskiej – chiński model, który sprawdził się w praktyce, jest godny wnikliwej i krytycznej obserwacji oraz twórczej adaptacji i zastosowania u siebie. Chiny to unikatowy kraj, który w ciągu zaledwie dwu pokoleń, od 1978 roku, kiedy to zapoczątkowano stopniowe rynkowe reformy, przechodzi od statusu kraju bardzo biednego (w nomenklaturze Banku Światowego low income country) do kraju zamożnego (high income country), który to poziom osiągnie, jak się szacuje, już w 2024 roku [Hofman, 2018].

Wskazując na cztery zasadnicze różnice między krajami wysoko i słabo rozwiniętymi albo – w innym ujęciu – bogatymi i biednymi, podkreśla się przewagę tych pierwszych w wyposażeniu kapitałowym, zaawansowaniu technologicznym, zdolnościach edukacyjnych i jakości kapitału ludzkiego oraz poziomie rozwoju nowoczesnej infrastruktury. Pod każdym z tych względów Chiny dokonały ogromnego ilościowego i jakościowego postępu. W niektórych aspektach wyprzedzają nawet kraje bogate, zwłaszcza jeśli chodzi o kapitał pozostający do dyspozycji inwestorów oraz niektóre elementy twardej infrastruktury. Wystarczy uzmysłowić sobie, że zaledwie trzy dekady temu w całym tym wielkim kraju było niecałe 600 kilometrów autostrad, a obecnie jest ich stukrotnie więcej, bo około 60 tysięcy kilometrów. O ile wtedy nie było w ogóle szybkich pociągów, o tyle obecnie ich linie mają długość 20 tysięcy kilometrów (w USA nie ma ich wcale). Z tego punktu widzenia Chiny radzą sobie zupełnie nieźle i niewiele, jeśli w ogóle, pozostają w tyle. Natomiast sferą, w której wciąż pozostaje widoczne zacofanie wobec wysoko rozwiniętego Zachodu, jest miękka infrastruktura.

Kraje biedne są biedne przede wszystkim dlatego, że nie opanowały zdolności administrowania gospodarką i regulowania procesów ekonomicznych. Bez tych umiejętności sam rynek nie na wiele się zdaje; jest on funkcjonalny w przypadku jarmarku czy targowiska, ale nie ogromnie złożonego organizmu, jakim jest gospodarka narodowa wraz z funkcjonującymi w jej ramach społeczeństwem i państwem. Nikt, kto widział ruchliwość ludzi i ich niespożytą energię na ulicach Dhaki czy Limy albo na granicy Nigerii i Beninu, nie odmówi tej masie ludzkiej pracowitości i przedsiębiorczości, ale trudno dostrzec w tym mrowiu przemieszczających się osób i towarów jakieś wyrafinowane formy organizacji, zarządzania, koordynacji, nadzoru czy sterowania. To może wystarczyć, gdy obraca się skrzynkami pomidorów albo bateriami do latarek (importowanych z Chin, bo skądże by indziej?), ale nie gdy chodzi o nowoczesne, wielce złożone, dynamiczne systemy gospodarcze. Do tego jest potrzebny zaawansowany stan administracji i dojrzała regulacja, czego chronicznie brakuje w najbiedniejszych krajach.

Niedomagania w sferze instytucji gospodarki rynkowej to jedna z podstawowych przyczyn słabej kondycji gospodarek [Acemoglu, Robinson, 2012]. Chodzi tu o instytucje nie w ujęciu organizacyjnym, ale w znaczeniu behawioralnym, a więc o zasady postępowania, o reguły gry w gospodarce, zarówno te skodyfikowane w przepisach obowiązującego prawa, jak i te zakorzenione w kulturze i zwyczajach wynikających z praktycznego doświadczenia [North, 1990; 2005; Kolodko, 2004, s. 45–79].

W centralnie planowanych gospodarkach administrowania i regulowania bynajmniej nie brakowało; w Chinach także. Instytucje te miały jednak scentralizowany i zhierarchizowany charakter i jakże często przybierały uciążliwą, nadmiernie zbiurokratyzowaną formę. Przy właściwych dla państwowego socjalizmu tendencjach do preferowania przemysłu ciężkiego, w tym sektora zbrojeniowego, sprzyjało to mobilizowaniu środków i akumulacji kapitału niezbędnego do ekspansji, ale towarzyszący temu priorytet dla produkcji środków produkcji nie sprzyjał produkcji środków konsumpcji. Nic przeto dziwnego, że takie potęgi jak Związek Radziecki (wcześniej) czy Chiny (później) były w stanie zorganizować produkcję bomby atomowej i podbijać kosmos, ale nie potrafiły zapewnić ciągłości zaopatrzenia ludności w podstawowe artykuły spożywcze.

Chiny, obierając historyczny kurs na niwelowanie dystansu dzielącego je od krajów rozwiniętych, radykalnie zmniejszyły cztery wspomniane różnice wobec bogatych gospodarek oraz osiągnęły ogromny postęp w eliminowaniu luki instytucjonalnej. Dokonują tego nie tylko przez twórczą adaptację instytucji sprawdzających się w gospodarkach rynkowych Zachodu oraz modyfikację niektórych wcześniej stosowanych sposobów administrowania i regulacji, lecz także wdrażając włas­ne oryginalne rozwiązania instytucjonalne. I tutaj widać, jak ważne jest krea­tywne sterowanie ciągłością i zmianą w reinstytucjonalizacji gospodarki. Wciąż wszakże sporo pozostaje do zrobienia i z pewnością w doganianiu krajów bogatych w przyszłości więcej jest do zrobienia właśnie na tym polu niż w sferach akumulacji kapitału fizycznego i ludzkiego, nowoczes­nych technologii oraz twardej infrastruktury. To tu będzie się rozgrywała jedna z głównych batalii o przyszłość.

Ale… No właśnie, tych „ale” nie brakuje. Podobnie jak cholesterolu w cyrkulującej w biologicznym organizmie krwi może być za dużo bądź za mało, tak i w społecznym obiegu gospodarczym – w odniesieniu do produkcji i magazynowania, dystrybucji i sprzedaży, oszczędności i inwestycji, bankowości i finansów, przedsiębiorstw i państwa – instytucji może być zbyt dużo bądź zbyt mało. Co więcej, tak jak jest dobry i zły cholesterol, tak też są dobre i złe instytucje. Tym samym nie każda zmiana instytucjonalna sprzyja wzrostowi i równowadze gospodarczej, nie każda przyczynia się do rozwoju gospodarczego. Bywa wręcz odwrotnie. Jeśli administrowanie, interweniowanie i regulowanie nie służy akumulacji kapitału i optymalizacji jego alokacji, lecz wysysaniu części owoców wspólnego gospodarowania przez zbiurokratyzowany i skorumpowany aparat państwowy, przez tych słynnych „urzędników” i „elity polityczne”, to działa jak zły cholesterol. Schorzenie może także szkodzić organizmowi przy niedostatku dobrego cholesterolu, a więc przy wychyleniu się w przeciwstawną stronę. Tak się dzieje, jeśli słabość państwa i jego regulacyjnych funkcji umożliwia żerowanie na efektach cudzej pracy pozbawionym skrupułów biznesmenom, tym słynnym „kapitalistom”.

We współczesnych Chinach takiego swoistego ryzyka instytucjonalnego nie brakuje, wiele bowiem spraw nie jest jeszcze ostatecznie rozstrzygniętych, o ile w ogóle mogą być przesądzone raz na zawsze. Zważywszy, że system gospodarczy jest in statu nascendi i zachodzi wiele zmian w sferze regulacji gospodarki, co w licznych przypadkach grozić może z jednej strony jej przeregulowaniem, a z drugiej niedoregulowaniem, nie sposób ocenić, co obecnie w Chinach stanowi większe zagrożenie. Nieustannie trzeba uważać na jedno i drugie.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

Refleksje początkowe

Rozdział 1. Gospodarka i bezpieczeństwo

1.1. Druga zimna wojna

1.2. Kaskada zagrożeń

1.3. Technologia i polityka

Rozdział 2. Wiek Azji z Chinami na czele?

2.1. Państwo w środku Azji

2.2. Nowy Jedwabny Szlak zamiast eksportu rewolucji

2.3. Nikt nie lubi twardego lądowania

Rozdział 3. Ludzie i towary w wędrującym świecie

3.1. Między demograficzną eksplozją a ludnościowym dołkiem

3.2. Jak długo, jak szybko?

3.3. Gdzie Wschód, gdzie Zachód?

3.4. Mit doskonałości wolnego rynku

Rozdział 4. Socjalizm, kapitalizm czy chinizm?

4.1. Gospodarka – społeczeństwo – państwo

4.2. W poszukiwaniu równowagi

4.3. Socjalizm z chińską charakterystyką czy skorumpowany kapitalizm kolesiów?

4.4. Dokąd zmierzają Chiny i co innym do tego

4.5. Tertium datur

Rozdział 5. Recepta na kryzys

5.1. Kosztem wielu na korzyść nielicznych

5.2. Legalnie, ale niemoralnie

Rozdział 6. O co pytają Chińczycy?

6.1. Właściwe pytania we właściwym czasie

6.2. Co chcą wiedzieć studenci

6.3. Chiński wachlarz pytań

Rozdział 7. Nowy pragmatyzm z chińską charakterystyką

7.1. Wizja, nie iluzje

7.2. Inicjatywa 16+1

7.3. Chiny na ratunek?

Refleksje końcowe

Bibliografia

Spis treści

Refleksje początkowe

Rozdział 1. Gospodarka i bezpieczeństwo 1.1. Druga zimna wojna

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Czy Chiny zbawią świat ? Nowy pragmatyzm kontra nowy nacjonalizm Droga do teraz Świat na wyciągnięcie myśli Grzegorz W. Kołodko i ćwierćwiecze transformacji 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pokochawszy: O miłości w języku Wybieraj wystarczająco dobrze Listy niezapomniane W rodzinie ojca mego