Nienasycony – Robert Lewandowski - Tylko w Legimi możesz przeczytać ten tytuł przez 7 dni za darmo.

Nienasycony – Robert Lewandowski - Tylko w Legimi możesz przeczytać ten tytuł przez 7 dni za darmo.

Autorzy: Paweł Wilkowicz

Wydawnictwo: Agora

Kategorie: Biografie Sport

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 25.08 zł

Podczas mistrzostw świata 2018 minie 12 lat, od kiedy w Legii orzekli, że Robert Lewandowski nie ma zdrowia do wielkiego futbolu. Jak to się stało, że największy chuderlak w dziecięcych drużynach stał się gladiatorem? Jak piłkarz z kraju, którego kluby grają w Lidze Mistrzów raz na 20 lat, został jednym z najskuteczniejszych strzelców w tych rozgrywkach? 
Paweł Wilkowicz ponownie porozmawiał z Robertem i Anną Lewandowskimi, gronem ich najbliższych współpracowników i przyjaciół oraz kolegami Roberta z boiska, by uzupełnić historię o wydarzenia z jego życia i kariery z ostatnich dwóch lat. Z jakimi problemami musiał się mierzyć Robert podczas Euro 2016? Jak przygotowuje się do mistrzostw świata w Rosji? Dlaczego w tym roku zakończył 10-letnią współpracę z dotychczasowym menedżerem, kto go będzie dalej reprezentował i jak planuje swoją karierę? Jakimi rodzicami są Robert i Anna Lewandowscy? Co w ich życiu zmieniły narodziny Klary? Tego wszystkiego można się dowiedzieć z nowych wątków książki. 
„Nienasycony – Robert Lewandowski” to książka o obsesji strzelania goli, o sukcesie i jego cenie. O napastniku, który nie chciał przyjąć do wiadomości, że historia taka jak jego nie może się wydarzyć w polskim futbolu.

Redakcja: Mariusz Burchart

Konsultacja merytoryczna: Piotr Koźmiński

Korekta: Marta Śliwińska

Projekt graficzny okładki: Tomasz Majewski

Zdjęcie na okładce: © Marta Wojtal, przygotowanie i retusz: PLUPART, Kuba Atys/Agencja Gazeta (tył)

Fotoedycja: Sylwia Tukendorf

Przygotowanie zdjęć do druku: Paweł Bajer

Projekt graficzny makiety i skład: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN® – www.panczakiewicz.pl

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Katarzyna Kubicka

© copyright by Robert Lewandowski 2018

© copyright by Paweł Wilkowicz 2018

© copyright by Agora SA 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2018

ISBN: 978-83-268-2145-5 (epub), 978-83-268-2146-2 (mobi)

Wydanie drugie, rozszerzone

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Spis treści

WSTĘP. Gol między brwiami

ROZDZIAŁ 1. Blizny

ROZDZIAŁ 2. Co to jest talent?

ROZDZIAŁ 3. Kontuzja

ROZDZIAŁ 4. The Body

ROZDZIAŁ 5. Misjonarze diety

ROZDZIAŁ 6. Zatrzymaj w sobie Pruszków

ROZDZIAŁ 7. Menedżer, czyli projekt Robert

ROZDZIAŁ 8. Lech, czyli na budowie

ROZDZIAŁ 9. Zakład z Kloppem

ROZDZIAŁ 10. Już nigdy nie będzie takiego lata

ROZDZIAŁ 11. Kuszenie, czyli cztery razy z Realem

ROZDZIAŁ 12. Lepiej mądrze stać, niż głupio biegać

ROZDZIAŁ 13. Republika piłkarska Bayernu Monachium

ROZDZIAŁ 14. Ile poety jest w Guardioli

ROZDZIAŁ 15. Pięć w dziewięć, czyli jak zostać kosmitą

ROZDZIAŁ 16. Zabij idola

ROZDZIAŁ 17. Ludzie widzą tylko niedziele

ROZDZIAŁ 18. Córeczka tatusia

ROZDZIAŁ 19. Od Gdańska do Gdańska

ROZDZIAŁ 20. Wodzirej

ROZDZIAŁ 21. Między La Baule a mundialem

ZAKOŃCZENIE. Meta

Kalendarium

WSTĘP

Gol między brwiami

- A ja ciebie, Robert, nie mogę zrozumieć.

- I nigdy nie zrozumiesz.

- Wiem. Z Messim też tak miałem. Wy jesteście jacyś inni.

Znali się już od kilkunastu miesięcy. Był styczeń 2016 roku, już drugi raz byli razem w Katarze, na zimowym zgrupowaniu Bayernu Monachium. Zdobyli już wspólnie jedno mistrzostwo Niemiec, przegrali jedną Ligę Mistrzów. Mieli za sobą czas nieufności, kiedy się poznawali, mieli za sobą czas, gdy trener poddawał swojego napastnika próbom, a napastnik próbował im sprostać. I ten czas, gdy się z tego próbowania urodziła prawdziwa więź. Spędzili razem setki godzin na treningach, w podróżach, na kolacjach drużyny, na bankietach, które Bayern wydaje po meczach wyjazdowych dla przyjaciół i sponsorów klubu. Nawet ich żony, sąsiadki z trybun Allianz Areny, zdążyły się już dobrze poznać.

– A ja ciebie ciągle nie mogę zrozumieć – powiedział Pep Guardiola do Roberta Lewandowskiego.

– I nigdy go nie zrozumiesz – wtrącił się Manel Estiarte. Cień Guardioli, jego przyjaciel, anioł stróż. Człowiek, który jest przy nim zawsze: w szatni, na ławce, w drodze przez strefę wywiadów. Który go zawsze w Bayernie eskortował przez żółty korytarz w podziemiach Allianz Areny do windy, a potem na górę, aż do chwili, gdy Pep po meczu siadał z rodziną przy swoim stoliku w klubowej restauracji. Estiarte jest z Guardiolą zawsze. Był w Barcelonie, był w Bayernie, jest w Manchesterze City. W różnie nazwanych rolach – w Bayernie: asystenta trenera – ale zawsze tuż obok szefa.

Estiarte jest w sztabie trenerskim, ale nie wtrąca się w ustalanie taktyki, w rozliczanie, kto, jak i gdzie kopnął, ile przebiegł. On jest trochę jak przewodnik duchowy Guardioli. Ma się odezwać, gdy widzi, że Pep się w czymś zatraca. Albo gdy widzi, że któryś z piłkarzy potrzebuje porozmawiać. O sporcie, o życiu. Jak sportowiec ze sportowcem. Wybitny sportowiec z byłym wybitnym sportowcem. Manel zdobył półtora tysiąca goli dla reprezentacji Hiszpanii. Nie w piłce nożnej. W piłce wodnej. W Hiszpanii to bardzo ważny sport, a on był jego legendą. Sześciokrotnym olimpijczykiem, chorążym Hiszpanii na igrzyskach w Sydney, Leo Messim basenu. Dlatego zabrał głos.

– Nigdy go nie zrozumiesz, bo nie byłeś napastnikiem. Nawet gdy na igrzyskach wygrywaliśmy, a ja nie zdobyłem tylu bramek, ile trzeba, nie byłem do końca spełniony – wyjaśnił Estiarte.

– Wiem – odpowiedział Guardiola. – Z Messim w Barcelonie miałem to samo. Wygrywamy mecz. Graliście świetnie. Ale oczywiście wiecie swoje. Nie było waszego gola, to chodzicie ze spuszczonymi głowami.

●●●

Środkowy napastnik miał zginąć mniej więcej w połowie 2006 roku. Trwały właśnie mistrzostwa świata w Niemczech, młody Leo Messi siedział jeszcze na ławce rezerwowych Argentyny, młody Cristiano Ronaldo nie był wtedy nawet najlepszym strzelcem swojej drużyny, a Ronaldo, brazylijski geniusz ataku, schodził właśnie ze sceny. Przedstawienie kradł obrońca Fabio Cannavaro, maestro przeszkadzania. To on zostanie wybrany na piłkarza roku 2006.

Niemiecki mundial w relacjach komentatorów to było epitafium dla środkowego napastnika: ten gatunek ginie, trenerom żal miejsca w drużynie na wystawianie kogoś, kto jedynie poluje na okazje w polu karnym. Coraz trudniej dziś o gole.

W tym samym czasie w Warszawie lekarze Legii pisali dla swoich szefów opinię, w której uzasadniali pozbycie się z klubu młodego napastnika. Tego, który szybko rósł, ale miał nogi jak patyki. I kulał po kontuzji. Jeden lekarz orzekł, drugi potwierdził: nic z niego nie będzie. Robert Lewandowski ma problemy ze zdrowiem, które uniemożliwią mu grę w piłkę na wysokim poziomie.

●●●

Napastnik to tajemnica. Jego najtrudniej jest wytrenować. Na wybitnego napastnika trzeba czekać. Może się taki objawi, może nie. Trzeba dać mu się poboksować z życiem, trzeba w nim podtrzymywać głód. Arsène Wenger, trener Arsenalu, mówi nawet, że Europa już przestała produkować napastników. Zrzuciła to zadanie na Amerykę Południową. Bo, jak twierdzi Wenger, społeczeństwo się zmieniło. Europa uciekła w strefę komfortu, wszyscy jesteśmy bardziej mięczakami niż kiedyś. Nie ma gdzie zahartować napastnika. Dać mu pograć na ulicy, w parku, z kolegami na byle czym. Tak jak się jeszcze gra w Ameryce Południowej, choć i tam coraz rzadziej.

Napastnik to łowca. Akademie piłkarskie, w których wszystko jest podane na tacy, mogą przytępić jego instynkt. Wenger sugeruje, że być może trzeba przemyśleć sposób, w jaki się tam z napastnikami pracuje. Dwie potęgi szkolenia młodzieży, Niemcy i Hiszpania, wychowały w ostatnich latach dziesiątki fantastycznych pomocników, świetnych obrońców, bramkarzy. Z wychowywaniem wybitnych środkowych napastników miały ogromny problem. A taki się wychował w Polsce, kraju, który szkolenie zaniedbał na lata.

Piłka nożna bywa niepojęta.

– Wiedziałem, że po przejściu z Borussii do Bayernu stanę się lepszym piłkarzem – mówi Robert. W cztery lata gry w Monachium zdobył cztery tytuły mistrza Niemiec, trzy razy docierał do półfinału Ligi Mistrzów, dwa razy był królem strzelców Bundesligi. Żaden piłkarz w lidze niemieckiej nie strzelił przez te cztery lata więcej bramek niż on.

Futbol to dziś obsesja kontroli. Czujniki GPS na treningach, kamery filmujące każdy detal. Ale pole karne, ostatnie 16 metrów do bramki, pozostało dżunglą. „W szesnastce jest inaczej”. „W szesnastce musisz to”. „W szesnastce musisz tamto” – wyłapuję co chwila z opowieści Roberta Lewandowskiego o jego miejscu pracy. Czy, jak kto woli, o jego miejscu polowań. Lewandowski pracował przez ostatnie lata z najbardziej rozchwytywanymi trenerami. W Borussii Dortmund z Jürgenem Kloppem, w Bayernie z samymi zwycięzcami Ligi Mistrzów: Pepem Guardiolą, Carlo Ancelottiim, Juppem Heynckesem. W Borussii szedł w górę razem z całym klubem, w Bayernie został wrzucony na szczyt i musiał walczyć o swoje. Praca z tymi trenerami to było jak terminowanie u wielkich wynalazców. Borussia – jak szansa pracy w Apple’u w czasach garażowych. Bayern – przeskoczenie od razu do Apple’a korporacji z czasów iPhone’a. Ale i w Borussii, i w Bayernie Robert słyszał od swoich trenerów: w szesnastce wynalazcami jesteście wy, a nie ja.

– Guardiola ufał naszym instynktom. Mówił: ja zawsze byłem piłkarzem defensywnym. Nie grałem jako napastnik, więc to wy powiedzcie mi, co powinniśmy zrobić. Klopp mówił to samo: nie wiem, jak napastnik na tym poziomie powinien się zachowywać. Obaj dawali swobodę. Bo możesz wypracować sobie jakiś ruch na treningach, ale potem w meczu w polu karnym to już będzie co innego. Ancelotti to był typ obserwatora, który rzadko ingerował. Raczej patrzył, co robimy, i na chłodno analizował. Ale nawet Jupp Heynckes, który był świetnym napastnikiem, nie zasypuje mnie radami, co musi robić napastnik. Ogranicza się do podpowiedzi, jak rozwiązywać konkretne sytuacje boiskowe – mówi Robert.

Guardiola, uważany za trenera z obsesją kontroli, powtarzał, że dobra gra obronna jest efektem pracy. Ale atak to kwestia talentu. Drużyna ma wprowadzić napastnika w pole karne, dać mu tam piłkę w jak najdogodniejszym miejscu, ale nie może dla niego zrobić już nic więcej. Można coś zaplanować i zbudować na dwóch trzecich boiska, ale ta ostatnia część to zawsze żywioł.

– Mogę wam powiedzieć, jak macie bronić, jak atakować. Ale gdy jesteście w szesnastce, to zdaję się już tylko na waszą finezję i waszą fantazję. Nie powiem: idźcie w lewo, bo tak strzelicie bramkę – mówił piłkarzom Bayernu Guardiola, uważany za trenera z obsesją kontroli.

– Guardiola wymagał tylko jednego, jeśli chodzi o grę pod samą bramką. Żeby w każdej akcji, czy na treningu, czy w meczu, być w stu procentach skoncentrowanym. I żebym zawsze próbował strzelić bramkę, niezależnie od tego, ile już strzeliłem – opowiada Robert.

– Hej! Zobacz: stoi obok ciebie jakieś pięćset goli! Przypatrz się, jak to wygląda – zaczepia czasem w żartach Jupp Heynckes, gdy akurat jest obok Lewandowskiego i zbliża się ktoś jeszcze. – Przypatrz się nam, przypatrz. Gdybyśmy grali razem z Robertem w ataku, to nikt by nas nie zatrzymał – mawia.

Heynckes strzelił w Bundeslidze 226 goli. Jest trzecim najlepszym strzelcem w historii ligi. A Robert jest już w czołowej dziesiątce, z lepszą średnią goli na mecz, niż miał jego trener. Heynckes lubi piłkarzom opowiadać, jak było kiedyś, a jak jest teraz, jak się zmieniały wymagania. Ale akurat o strzelaniu goli zawsze można było powiedzieć to, co powtarza Robert: najtrudniejsza praca w futbolu. Dlatego najlepiej płatna.

●●●

W hiszpańskojęzycznym świecie o napastnikach mówi się, że pachną golem. Że mają gola między brwiami. Że mają jakiś szósty zmysł do strzelania. Że ten instynkt to nie wymysł. Ale trudno go nazwać.

– To jest jakiś specjalny rodzaj inteligencji. Bywali przecież piłkarze tak po ludzku prości, że aż zęby bolały. Ale futbol rozumieli znakomicie – mówi prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej Zbigniew Boniek, jedyny Polak, który strzelał gole i na mundialach (1978 i 1982), i w finale któregoś z europejskich pucharów (Puchar Zdobywców Pucharów 1984).

Robert przekonuje, że 70 procent goli bierze się z głowy. Romelu Lukaku, belgijski napastnik, że to nawet 90 procent.

– Głowa. Głowa. Głowa. Nie ma dla napastnika ważniejszej części ciała. Strzelasz bramki tylko wtedy, jeśli jesteś pewny siebie. Masz na boisku ułamek sekundy. I w tym ułamku sekundy albo zostaniesz bohaterem, albo winowajcą. Gdy jest kryzys, pracujesz na to, żeby ta pewność siebie wróciła. Ja oglądałem powtórki swoich dobrych akcji, żeby się podnieść na duchu. Robiłem sobie wizualizacje przed zaśnięciem – opowiada Cezary Kucharski. Napastnik, który grał z Legią w Lidze Mistrzów, z kadrą na mundialu i przez wiele lat był menedżerem Roberta. Gdy Lewandowski miał w Borussii kryzys, Kucharski przysyłał mu płyty z nagraniami jego bramek jeszcze z Lecha Poznań. Gdy Lewandowski miał mecze bez gola jeszcze w Lechu, Kucharski dzwonił i prosił, żeby nie chodził jak struty, żeby się nie obrażał na futbol i cały świat.

– Popatrzcie, tak wygląda jakieś pięćset goli – żartował Jupp Heynckes, gdy stawał obok Roberta Lewandowskiego. Trener Bayernu był jednym z najlepszych napastników w historii Bundesligi. – Gdybyśmy grali w ataku razem z Robertem, nikt by nas nie zatrzymał – mówił Heynckes.

– Mówiłem mu: gdybyś nie miał sytuacji, tobym się na twoim miejscu martwił. A tak się nie martw. Nie było jeszcze takiego napastnika, który by wykorzystał wszystkie sytuacje.

Nie było jeszcze napastnika, który by strzelił wszystkie gole. Ale nie było też napastnika, który by tego nie chciał.

– Napastnikowi gol i brak gola ustawiają cały następny tydzień – uważa Kucharski. Urugwajczyk Luis Suárez mimo powracających ataków agresji, gryzienia rywali, długo nie chciał iść do psychologa, bo bał się, że przy okazji stępi on u niego głód goli.

– Dla napastnika gol jest jak dla alkoholika piwo przed snem. Napastnik nie zaśnie spokojnie bez gola – twierdzi Zbigniew Boniek, który typowym napastnikiem nie był. Bywał przekwalifikowany na napastnika. Mówi, że jego najmilsze wspomnienie z kariery to nie własny gol, tylko ten, przy którym podawał: bramka Andrzeja Buncola w meczu z Peru na mundialu 1982.

– Roberta też asysty cieszą, zwłaszcza w ważnych meczach. Gole kolegów go cieszą, nawet jeśli nie miał przy nich udziału. Ale póki sam nie strzeli, to nie czuje się rozliczony. Ma poczucie, że on swojego zadania nie wypełnił – opowiada Iwona Lewandowska. Już się oduczyła dzwonić do syna w dniu meczu albo zagadywać, gdy jest u niego z wizytą. Wie, że to nie ma sensu. – Będzie rozmowa o wszystkim i o niczym, bo on już jest pochłonięty zadaniem. Ale jak wraca i strzelił bramki, od razu jest inna rozmowa.

Siedzimy z Robertem w kawiarni jednego z monachijskich hoteli. Wybieramy jego najlepsze albo najbardziej pamiętne mecze do dokładniejszego opisania. Początek listy to samograj: cztery gole z Realem w półfinale Ligi Mistrzów, pięć goli z Wolfsburgiem w Bundeslidze, trzy gole z Bayernem w finale Pucharu Niemiec. Polska – Grecja, mecz trauma na otwarcie Euro 2012: gol, ale i rozczarowanie.

– A potem może ten mecz z Niemcami? 2:0 na Narodowym? – rzucam. I już widzę jego spojrzenie. „Z Niemcami? Mecz bez mojego gola?”.

Miał w tym meczu asystę. Zaorał boisko, pracował, by jego koledzy mieli na murawie więcej miejsca. Polacy wygrali z Niemcami pierwszy raz w historii, w jeden wieczór zmienili sposób, w jaki przez kilka ostatnich lat się na nich patrzyło. Ale on uznał, że skoro bramki nie zdobył, to nie ma prawa tego meczu dopisać do listy swoich wielkich. Niech dopiszą ci, którzy strzelali.

– On właściwie nigdy nie jest z siebie zadowolony. Nieważne, czy strzelił jednego gola, czy pięć. Pamiętam, jak było po czterech golach z Realem. W domu w Dortmundzie impreza jak w sylwestra, bailando, bailando. Druga w nocy, a on siada i mówi do mnie: kurczę, szkoda, że nie było tej piątej – wspomina Tomek Zawiślak, najbliższy przyjaciel Roberta, który jeszcze w ich dziecięcych czasach w Varsovii, klubiku z siedzibą na granicy warszawskiego Nowego Miasta i Muranowa, asystował przy niejednym golu Lewandowskiego. – Szkoda, że nie było piątej... Tłumaczę mu: przestań, zrobiłeś wielką rzecz. Ale jemu zawsze jest mało.

– Ja nie mogę żyć bez goli – mówi Robert. – Gole to jest pełnia szczęścia.

●●●

Gole, wbrew obawom z lata 2006, nie stały się dobrem rzadkim. Przeciwnie, można mieć wrażenie, że nas zalewają z każdej strony, że jest ich więcej niż kiedykolwiek. Tyle że uniezależniły się od typowego środkowego napastnika. Wielcy łowcy goli, Leo Messi i Cristiano Ronaldo, zostali do strzelania oddelegowani z innego miejsca na boisku, z innych specjalności. I przenieśli to strzelanie w inny wymiar. Fabio Cannavaro pozostał ostatnim specjalistą od przeszkadzania, którego wybrano na piłkarza roku. Po nim Złotą Piłkę zdobył jeszcze ofensywny pomocnik Kakà, a potem na lata futbol podzielili między siebie Messi i Cristiano Ronaldo. Aberrację, czyli strzelanie kilkudziesięciu goli w sezonie, zamienili w normę. Messi doszedł do 91 goli w jeden rok, w 2012 roku, bijąc wieloletni rekord Gerda Müllera. Gole stały się miarą wszystkiego. Łowcy bramek nigdy nie mieli się lepiej.

– Gra jest szybsza. Dobre kluby stwarzają mnóstwo sytuacji. Kadry drużyn są bardzo wyrównane, najlepsi napastnicy na treningach w klubach mają przeciw sobie znakomitych obrońców. Potem w meczu jest im łatwiej – uważa Andrzej Juskowiak, król strzelców igrzysk olimpijskich w Barcelonie w 1992 roku, ostatni przed Robertem Polak, który był tak skuteczny w Bundeslidze (jesienią 1998 roku prowadził w klasyfikacji strzelców z 11 golami dla Wolfsburga, ale rundę rewanżową miał nieudaną), w Lechu Poznań indywidualny trener Lewandowskiego.

– Dziś wszystko sprzyja strzelcom. Nasza piłka była trzy razy wolniejsza, inne było przygotowanie, było indywidualne krycie, a nikt nie lubi grać z „plastrem” na plecach. Kiedyś faule to było prawdziwe polowanie na kości, dziś piłkarze są pod większą ochroną sędziego. Kiedyś rykoszet był z reguły bramką samobójczą, dziś z reguły jest zapisywany strzelcowi. W Lidze Mistrzów w rundzie grupowej mocny klub zawsze ma okazję, żeby postrzelać jakiemuś słabemu, a w dawnych czasach grup nie było, tylko nokaut od pierwszej rundy. Nic, tylko strzelać – śmieje się Zbigniew Boniek.

O gole łatwiej, to prawda. Ale konkurencja do tytułu tego najskuteczniejszego jest mordercza jak nigdy. Mierzysz się z maszynami, na które pracują całe drużyny. Z piłkarzami, którzy wszystko podporządkowali futbolowi. Messi i Cristiano nawet po poważnych kontuzjach błyskawicznie wracają do formy, zawsze chcą grać. Argentyński dziennikarz Juan Pablo Varsky mawia, że Messi ciągle żyje w czerwcu 1986 roku. Czyli jest ciągle w stanie takiego natchnienia, w jakim Diego Maradona był na mundialu 1986. A Cristiano nakręca się, by dotrzymać mu kroku. Messi to lekko zaspany geniusz, któremu wszystko przychodzi łatwiej „na tych krótkich nóżkach”, jak kiedyś powiedział Robert w wywiadzie dla „Playboya”. Na krótkich nóżkach, czyli z niskim środkiem ciężkości, tak zawsze łatwiej dryblować. Na drugim biegunie czeka wysoki Cristiano, wyżyłowany jak komandos, polujący na ten moment, gdy jego mała zmora zwolni tempo. Za nimi Neymar, którego lata spędzone u boku Messiego w Barcelonie przeniosły na inny poziom. Obok Luis Suárez, też jak Lewandowski środkowy napastnik. Piłkarz instynkt i piłkarz z misją: zamazania golami tego wszystkiego, co mu się zdarzyło nawyrabiać na boisku, gdy puszczały nerwy.

I wśród tych najlepszych chłopak z podwarszawskiego Leszna, który zawziął się, że też taki będzie, i zaczął utrzymywać tempo kilkudziesięciu goli na sezon. Chłopak, którego od zawsze pociągały dwie rzeczy – strzelanie goli i ryk silników. Piłkarz nie z żadnej akademii, tylko z małego międzyszkolnego klubu ze Śródmieścia. Wychowany tam przez trenerów, którzy sami w biegu uczyli się nowoczesnego futbolu, gdy granice zaczęły się dla Polaków otwierać. Największy mikrus w dziecięcych drużynach, a dziś gladiator. Środkowy napastnik w czasach, gdy takich środkowych miało już nie być. Napastnik z czołówki strzelców Ligi Mistrzów, choć z kraju odciętego na lata od Ligi Mistrzów. Piłkarz, który przez całą karierę ma z tyłu głowy: ja już dość czasu straciłem, nie mogę więcej. Nie mogę teraz zwolnić.

– On jest w ciągłym biegu. Rozmawia ze mną i w tym czasie ma trzy telefony. Czasem tak się zakręci, że potrafi mnie zaprosić na mecz w Monachium, zapominając, że właśnie grają na wyjeździe – śmieje się Iwona Lewandowska.

Jak mówi Tomek Zawiślak: – Robert zawsze, gdy gdzieś szedł, to biegł. On nienawidzi chodzić.

●●●

Dopisał się do tego wyścigu w zbieraniu goli, wiedząc, jakie to jest wyzwanie.

– Żeby być tak powtarzalnym, musisz się przenieść w inny świat. Musisz udźwignąć ten moment, gdy sensacją jest, że nie strzeliłeś gola, a nie, że strzeliłeś. Musisz mieć ileś cech wybitnych, które zbierzesz w całość. I wtedy możesz ogrywać tych, którzy cały tydzień czekają, by cię zatrzymać – mówi Andrzej Juskowiak.

To wymaga życia jak w transie, szukania każdej przewagi. A jednocześnie pilnowania, żeby się w tym nie zatracić. Żeby to pozostało na poziomie: mogę i chcę. A nie: muszę. Bo przymus paraliżuje potem na boisku. Szukanie równowagi oznacza, że wszystko, co cię oddala od gola, musisz przecierpieć w taki sposób, żeby drużyna nie ucierpiała. A Robert musi przecierpieć. Jürgen Klopp wystawiał go przez jakiś czas za napastnikiem – Lewandowski cierpiał. Już w Varsovii, gdy tak czasem musiał grać – cierpiał. Gdy Guardiola go testował, rzucał na boki boiska – cierpiał. Nawet gdy go Pep zdejmował kilkanaście minut przed końcem ostatniego meczu w sezonie 2014/2015, z Mainz, w dniu mistrzowskiej fety, też cierpiał, bo wierzył, że jeszcze mógł strzelić dwa gole i dogonić prowadzącego w tabeli strzelców Alexandra Meiera. Ale zagryzał zęby i brał z tego poddawania go próbom siłę, by znaleźć jakąś kolejną lukę, przez którą się przeciśnie na wyższy poziom. Zrobi kolejne postanowienie noworoczne, poszuka jeszcze czegoś do poprawy w diecie, w siłowni, w ćwiczeniach nad koncentracją. Będzie powtarzać wszystko tak często, aż na boisku zamieni się w automat.

– My, napastnicy – mówi mi Robert Lewandowski – żyjemy z automatyzmów.

Gdy słyszysz potem pod szatnią po meczu – a słyszysz często – że „na tym poziomie decydują szczegóły”, myślisz: ale banał. Bla, bla, bla. A za tym „bla, bla, bla” kryje się czasem cały świat. Ta książka jest właśnie o tym świecie.

Gol na 4:1 dla Bayernu w meczu z Wolfsburgiem, 22 września 2015 roku. Jeden z pięciu goli strzelonych tego dnia przez Roberta, w niespełna dziewięć minut. „Meteoryt Lewandowski uderzył w Allianz Arenę” – napisało o tym wieczorze „Süddeutsche Zeitung”.

Warszawa, 1990 rok. Dwuletni Robert na spacerze z rodzicami i siostrą Mileną.

ROZDZIAŁ 1

Blizny

- Bobek, gamoniu, jak ty zagrałeś? - Jak coś było nie tak, to Bobek dostawał listę rzeczy do poprawy.

Blizna z prawej strony ust jest po szkle. Upadł na schodach, kiedy niósł szklankę z sokiem. Na górze bawiły się dzieci, na dole rodzice z przyjaciółmi zaczynali imieninową imprezę. Spieszył się do nich. Upadł. Dziś mówi: nic wielkiego. To znaczy: krew go zalała, płaszcz matki – Iwony – zrobił się czerwony, a tata Krzysztof pruł samochodem z podwarszawskiego Leszna do szpitala z taką prędkością, że wolał nie patrzeć na licznik. Dobrze zapowiadającą się imprezę trzeba było przerwać – i na ostry dyżur. Na Bielany, czyli w rodzinne okolice. Tam urodził się Robert i jego starsza o trzy lata siostra Milena. Tam na pierwszym roku AWF-u poznali się rodzice. Tam mieli pierwsze mieszkanie – niedaleko szkoły i piekarni na Wrzecionie. Tam tata grał w piłkę w Hutniku Warszawa.

Robert nie pamięta, ile miał lat, gdy zdarzył się ten rajd do szpitala. Może trzy, może cztery. Nie może też pamiętać, że mniej więcej w tamtym czasie UEFA wymyślała Ligę Mistrzów, a Rupert Murdoch wpadł na pomysł sojuszu futbolu z płatną telewizją. Efektem była Premier League, fabryka pieniędzy i wzór dla innych lig.

Z rany po szklance została kreska przy ustach.

– Zostało też sporo blizn z innych okazji, głównie tutaj – Robert śmieje się i przejeżdża ręką po włosach. Zostało wspomnienie złamanej nogi, którą trzeba było łamać jeszcze raz pod narkozą. Wspomnienia tego wszystkiego, co zwykło się nazywać szczęśliwym dzieciństwem.

– Najbardziej się cieszę, że wychowywałem się w domu z ogrodem. Do tego miałem boisko pod nosem, bo mieszkaliśmy tuż obok szkoły. Biegałem za piłką całymi dniami, sam albo z sąsiadem. Obok był las. Czyli kolejny plac zabaw. Krążyłem po całej okolicy. To było takie dzieciństwo, jakie już odchodzi w przeszłość. Bo rodzice się coraz bardziej boją spuścić dzieci z oczu. Pamiętam, że kiedy wracałem po bójkach, tata wcale się nie martwił, czy coś mi nie jest, tylko pękał z dumy, że dałem radę. To mama była od martwienia się. Ale rodzice podchodzili do wszystkiego spokojnie. Rozciąłem głowę, więc się zakładało szwy i jedziemy dalej.

●●●

Las ze wspomnień Roberta to Kampinoski Park Narodowy, który zaczyna się tuż przy domu w Lesznie. Szkoła to podstawówka i gimnazjum, gdzie obydwoje rodzice uczyli wuefu. Wcześniej Iwona Lewandowska była siatkarką, grała w I lidze w AWF-ie Warszawa. A Krzysztof Lewandowski – judoką, kiedyś juniorskim mistrzem Europy. Do Leszna trafili z Bielan w połowie lat 80. właśnie za sprawą tego domku z dużym ogrodem. Kończyli już kariery sportowców, urodziła się Milena. Leszno kusiło młodych nauczycieli pracą. Łatwiej było też kupić tu działkę.

– Były pegeery, była cukrownia. Dziś już ich nie ma. Po sąsiedzku mieszkały inne nauczycielskie rodziny. Ten kolega, który z Robertem kopał piłkę od rana do wieczora, to Adam, syn polonistki – opowiada Iwona Lewandowska.

Krzysztof Lewandowski, judoka i piłkarz, chciał, żeby jego syn spróbował w dzieciństwie każdego sportu. Na zdjęciu czteroletni Robert w hali w Lesznie.

Zanim się umówimy na spotkanie, mama Roberta robi slalom przez swój plan tygodnia: poniedziałek niestety nie, bo rada pedagogiczna, tutaj mam siłownię, tutaj zajęcia. Do rozmowy siada, zabawiając małego Leona, siostrzeńca Roberta. Podobieństwo syna do matki widać najbardziej, gdy Iwona Lewandowska się uśmiecha. Energiczna, elegancka, nadal z sylwetką sportsmenki. Nadal przeżywająca każdy mecz syna. Przyznaje: bezczynność ją przeraża. Woli już być na trzech etatach. Była nauczycielką, trenerką, swego czasu szefową hali sportowej, przejęła tę funkcję po mężu. Nadal mieszka w domu przy lesie, tam jest u siebie od 30 lat. Tam ma koleżanki, które przeniosły się do Leszna w tym samym czasie co Lewandowscy.

– Byliśmy szalonym małżeństwem, które chodziło razem biegać, jeździć na rowerze, a rytm weekendów wyznaczały mecze Roberta i Mileny. Każdy z nich to było święto. Do tej pory, jeśli jest weekend, a nie ma meczu Roberta, to jest tak jakoś dziwnie... – zamyśla się.

Milena trenowała u mamy siatkówkę, do zrobienia większej kariery zabrakło jej kilku centymetrów wzrostu. Roberta brał w obroty tata. Na szkolnym wuefie, na treningach w Partyzancie Leszno, gdzie prowadził drużynę. Uczył go każdego sportu, który znał, wysyłał na każde szkolne zawody. W koszykówce, piłce ręcznej, biegach przełajowych, tenisie stołowym. – Miałem żal do taty, że tak rzadko gramy na wuefie w piłkę, że cały czas próbujemy czegoś innego. Potem sobie zdałem sprawę, po co to robił – wspomina Robert.

Robert odbiera medal za zwycięstwo w międzypowiatowych mistrzostwach w biegach przełajowych, rok 2000. – W przełajach wygrałem w podstawówce i gimnazjum wszystko, co się dało. Ale nie potrafiłem uciec od strachu przed porażką. Dlatego już od liceum nikt mnie na starty w biegach nie namówił.

Benzynę we krwi też ma po tacie. I słabość do psów. Bokserka Koka to była jego najwierniejsza przyjaciółka z dzieciństwa. Koka, czyli najniższa kara w judo. – Moją chrzestną jest żona Wojciecha Borowiaka, trenera, który doprowadził Pawła Nastulę do złota igrzysk w Atlancie – opowiada Robert. – Borowiakowie mieli dwa psy, Ippona i Yuko. Więc nasza suczka została Koką. Zrobiliśmy mamie niespodziankę, pojechaliśmy z tatą do znajomych, którym urodziły się boksery. Brązowe, tylko jeden czarny. Wskoczył mi na klatkę piersiową i tak to się zaczęło. Wychowywałem się z psem, trenowałem z psem, biegałem z psem, gdy musiałem się rehabilitować po kontuzji.

●●●

Urodził się niespełna miesiąc po tym, jak Holender Marco van Basten pokonał Rinata Dasajewa najpiękniejszym wolejem w historii mistrzostw Europy – pociskiem wystrzelonym z boku pola karnego, pod poprzeczkę, między rękami radzieckiego bramkarza. W tę niedzielę 21 sierpnia 1988 roku, gdy Robert przychodził na świat, generał Wojciech Jaruzelski na nadzwyczajnym posiedzeniu biura politycznego partii pierwszy raz powiedział głośno, że trzeba zacząć rozmowy z Lechem Wałęsą i opozycją. To był sierpień strajków i ostatnich w historii Polski przygotowań do stanu wyjątkowego. Generał Czesław Kiszczak jeszcze straszył w telewizji wprowadzeniem godziny milicyjnej, ale już pół roku później był Okrągły Stół, a wolne wybory nadeszły, zanim Robert nauczył się chodzić. Rzeczywistość wokół pędziła, wszystko się zmieniało. A pod polskim sportem zapadła się ziemia.

Z siostrą Mileną na Agrykoli, po meczu Varsovii w 1997 roku.

Kluby z dnia na dzień zostały bez pieniędzy z państwowych zakładów, szkoleniem młodzieży przestały sobie zawracać głowę, bo nawet na wyczynowców nie wystarczało, dziwni nowobogaccy wchodzili ze swoimi pieniędzmi w futbol i wychodzili, działacze nie działali, tylko próbowali przetrwać. Jak powie po latach jeden z ministrów sportu: dwa były w Polsce światy, w których czas się zatrzymał, gdy padł komunizm – świat działkowców i działaczy sportowych.

W polskim futbolu już od połowy lat 80. skończył się czas budowania czegokolwiek, a zaczął czas wyprzedawania. Kto mógł, ten wyjeżdżał zarabiać za granicą, korzystając z tego, że Polak to ciągle w futbolu brzmiało dumnie. A terapia szokowa przełomu lat 80. i 90. dolała benzyny do tego pożaru. Srebrny medal igrzysk w Barcelonie 1992 roku (ze wspomnianym tytułem króla strzelców dla Andrzeja Juskowiaka), medal młodych piłkarzy, dał fałszywą nadzieję, że szybko nadejdzie lepsza przyszłość. A to było tylko wyciskanie resztek. Potem jeszcze takie resztki skapywały i przez moment było przyjemnie: mistrzostwo Europy 16-latków z 1993 roku, mistrzostwo Europy 18-latków z 2001. Jednak żaden system się z tego nie urodził.

Dziecięcy sport mało kogo obchodził. Nie było ani pieniędzy, ani tradycji wolontariatu znanej choćby z brytyjskiego czy skandynawskiego sportu, gdzie starsi ludzie włączają się w funkcjonowanie klubów, organizację zawodów dla samej przyjemności działania. Nawet w byłym bloku wschodnim trudno znaleźć drugi kraj, który po upadku komunizmu tak wytrwale jak Polska nie przyjmował do wiadomości, że warto inwestować w sport powszechny, a nie tylko zawodowy. I że nawet z punktu widzenia zawodowego sportu nie ma lepszej inwestycji niż inwestycja w młodzież, bo kto ma dobrych wychowanków, ten oszczędza na transferach, a kibice też bardziej kochają piłkarzy wychowanych przez klub niż kupionych z innych drużyn. Pamiętali o tym choćby za wschodnią granicą Polski, a tam też by się przecież po upadku komunizmu znalazło sporo wymówek, żeby nie dbać o szkolenie dzieci. Andrij Szewczenko, ostatni wschodnioeuropejski zdobywca Złotej Piłki, z 2004 roku, zwycięzca Ligi Mistrzów 2003, dorastał na biednej Ukrainie w czasach, gdy rozpadał się stary system. Ale szkółka piłkarska Dynama Kijów, słynna akademia Niwki, z tradycją sięgającą jeszcze lat 50. (wychowała też poprzedniego zdobywcę Złotej Piłki wywodzącego się z Dynama, Ołeha Błochina), nie tylko przetrwała rozpad systemu, ale jeszcze się w nowej rzeczywistości rozrosła. Andrij, talent z podkijowskiej wsi, trafił tam, gdzie się na szkoleniu znali i uważali je za na tyle ważne, żeby już pod koniec lat 90. zacząć budować dla tej młodzieży supernowoczesny ośrodek.

W tym czasie szkolenie w Polsce to były wysepki, na których przetrwali zapaleńcy. Na taką wysepkę, niedaleko stadionu Polonii Warszawa, trafił ośmioletni Robert. Do Varsovii, w której nie było gdzie się wykąpać po meczu, a boisko było nierówne i kurzyło się z niego na wszystkie strony. Ale była tam pasja do uczenia dzieci i wyszukiwania talentów. Wcześniej rodzice pojechali z Robertem między innymi na Legię. Ale Legia tamtego roku grała w ćwierćfinale Ligi Mistrzów i prowadzenie drużyn dla ośmiolatków było poniżej jej godności.

●●●

Mieć rodzica sportowca, a jeszcze lepiej – rodziców sportowców, to była polisa na lepszy start. Geny, wiadomo. Ale nie liczą się tylko one. Chodzi o przykład, o pokazanie, skąd się w sporcie bierze sukces, ilu wymaga wyrzeczeń. Również o to, żeby szybko zauważyć talent i zaopiekować się nim, zapewnić rozwój. Tak było z najlepszymi napastnikami, którzy w ostatnich dekadach urodzili się w Polsce. Niektórzy grali dla Polski, niektórzy nie. Miroslav Klose, syn piłkarza i piłkarki ręcznej. Lukas Podolski, syn piłkarza i piłkarki ręcznej. Euzebiusz Smolarek, syn wielkiego piłkarza. Tyle że ich trzech wychowały już inne kraje, świetne szkoły sportowców z Niemiec i Holandii. A Lewandowscy musieli być przez pierwsze lata nie tylko polisą na lepszy start, ale też ubezpieczeniem od braku systemu szkolenia, od słabego wuefu w polskich szkołach. A gdy już znaleźli tę wysepkę dobrych chęci i zaangażowania w Varsovii, byli gotowi trzy, cztery razy w tygodniu wozić dziecko na trening z Leszna do Śródmieścia.

– Mieć taki przykład w domu, a potem znaleźć dobre warunki do treningów to jest kapitalne połączenie. Robert ten pęd do sportu po prostu odziedziczył. Poznałem jego mamę, gdy prowadziłem reprezentację. Od niej bije energia, ona jest całą sobą nastawiona na sport – opowiada Waldemar Fornalik, były trener kadry narodowej. – Pchanie dziecka w stronę takiej kariery, gdy się samemu nic nie robi, często kończy się zupełnym zniechęceniem. Ale i w takiej sportowej rodzinie trzeba mieć wiele taktu, by wyczuć, czy dziecko naprawdę takiej drogi chce. To jak z rodzinami lekarzy. Jeśli dziecko chce i umie pójść w ślady rodziców – nie ma lepszego scenariusza. Jeśli robi to tylko dla rodziców, wszyscy się umęczą.

Roberta do niczego nie trzeba było zmuszać. W rodzinie mówią, że urodził się z piłką przy nodze.

– Inne sporty lubiłem, dawały mi przyjemność. Ale tylko futbol kochałem. Od początku czułem, że piłka to jest coś na całe życie.

●●●

Rodzice wozili na treningi (nawet i półtorej godziny w jedną stronę, gdy były korki), dopingowali, ale i wymagali. Nie tylko od Roberta i Mileny, od innych uczniów też. Nie potrafili się pogodzić z tym, że ktoś, u kogo odkryli sportowy talent, nie chce go rozwijać. Wspierali, ale umieli na swoje dzieci spojrzeć krytycznie. Mama jeszcze całkiem niedawno zapytana przez dziennikarzy o syna, „najlepszego napastnika na świecie”, zaczęła od poprawki: „Jednego z kilku najlepszych”. Krzysztof Lewandowski nie tylko posyłał syna na zawody, ale też niektóre zawody organizował i prowadził. Zresztą do mikrofonu go nigdy nie trzeba było długo prosić, urodził się na wodzireja.

– W szkole bywałem żywą pomocą dydaktyczną, tata zabierał mnie na wuefy do starszych klas, żebym pokazywał, jak należy wykonać jakieś ćwiczenie.

– Tata znał się na sporcie, był wesoły i spokojny. Choć gdy na letnim obozie zaczepili naszych chłopaków, to był gotów się bić. Lubił dogadywać Robertowi: Bobek, z ciebie to nic nie będzie! A gdy Bobek dyskutował, ucinał: Co ty tam będziesz gadał! A Robert się wtedy denerwował – wspomina trener Krzysztof Sikorski z Varsovii.

Bobek, tak go nazywali od małego. Dostał na imię Robert, żeby było łatwiej wymawiać, gdy zrobi karierę za granicą. Robert, Bob. Bobek.

– Mąż się z nim droczył. Mówił: Bobek, ty gamoniu, jak ty zagrałeś? To trzeba zrobić tak i tak – śmieje się Iwona Lewandowska. – Ale uwagi zawsze zatrzymywaliśmy dla siebie, póki mecz się nie skończył. Żeby nie wchodzić w paradę trenerom i powiedzieć wszystko na spokojnie. Jak coś było nie tak, to Bobek miał listę elementów do poprawy i poprawiał je.

Lewandowscy pilnowali się jednak, żeby nie zostać KOR-owcami. Nie dołączyć do Komitetu Oszalałych Rodziców, koszmaru trenerów młodzieży. Marek Krzywicki, który trenował Roberta pod koniec jego gry w Varsovii, mówi, że akurat u nich w klubie nie było z tym wielkich problemów. Ale historii o KOR-owcach zna mnóstwo. – Rodzice przyprowadzają sześciolatka i już są przekonani, że robią nam tym zaszczyt, bo to on będzie tu najlepszy. Drugi Messi. A ten drugi Messi jeszcze nawet nie jest pewny, że w ogóle chce grać w piłkę. Ja krzyczę: podaj, rodzic krzyczy: strzelaj. Zdarzało się i tak, że dzieci grały mecz, a rodzice bili się przy linii. Nie u nas, ale zdarzało się – opowiada Krzywicki.

Z rodzicami i siostrą.

– Widywałem różnych rodziców. Również takich, którzy stali przy liniach i krzyczeli na swoje dziecko. Straszne. Jasne, że rodzice powinni być na meczach, ale po to, żeby dopingować, a nie wtrącać się w to, co trener wymyślił. Tata bardzo moją grę przeżywał, ale nigdy mi niczego nie narzucał – wspomina Robert.

Marek Krzywicki uważa, że bez względu na kraj czy epokę każdy rodzic będzie uważał, że jego dziecko jest najlepsze. Dlatego w niektórych zagranicznych klubach i szkółkach piłkarskich rodzic nie ma nawet prawa rozmawiać bezpośrednio z trenerem. Kontaktami między klubem i rodziną zajmują się przygotowani do tego specjaliści.

– U nas tak się nie da – mówi Krzywicki. – Na Zachodzie rodzice często nie muszą płacić za szkolenie. Tymczasem u nas bywa tak, że klub nie jest w stanie poradzić sobie bez rodziców. Bo jeden rodzic załatwi to, inny tamto i trudno potem zabronić im się wtrącać. Kończy się to wynikomanią, która jest przekleństwem polskiego szkolenia młodzieży. Rocznik Roberta przez pół roku nie był w ogóle zgłoszony do rozgrywek. Ci chłopcy nie byli jeszcze gotowi do gry. Trzeba było czasu, żeby nauczyć ich techniki, zanim zaczną rywalizować. Ale rodzice mieli do nas o to pretensje. Są też rodzice, którzy co pół roku przenoszą dziecko z akademii do akademii, bo wszędzie jest nie tak. Brakuje zaufania. Rodzice zapewniają naukę piłki, dwóch języków, wieczorem basen, ale zapominają o dawaniu okazji, by dziecko wyszło spod klosza i nauczyło się życia – mówi Krzywicki.

Przypomina mu się niedawny telefon do klubu. Dzwoni rodzic. – Dzień dobry, czy będzie dziś trening? – A dlaczego miałoby nie być? – Bo chmury się zbierają.

– Często to nie sam piłkarz, ale właśnie jego rodzice są problemem – twierdzi Cezary Kucharski. – Rozmawiam z rodzicami, którzy nadopiekuńczością ograniczają swoje dziecko w rozwoju. Oczekują, że jako menedżer będę niańką piłkarza, przyniosę, podam, pozamiatam. Może jeszcze pampersy zmienię? Chronią dzieci przed porażkami, a to jest fatalne. Piłkarz niańczony nigdy nie dojdzie do mistrzostwa. Nie wiem, skąd to przekonanie, że futbol zapewnia życie łatwe i przyjemne. Ono nie jest ani łatwe, ani przyjemne. To jest świat dla twardych.

Iwona Lewandowska, gdy Kucharski w 2008 roku został menedżerem syna, powtórzyła mu tylko to, co wcześniej mówiła w klubach, do których trafiał Robert. – Nie skrzywdźcie mi go. Bo ktoś na was patrzy z góry.

„Zaczynałem na Varsovii” – zachęcają plakaty z Robertem. W jego czasach to była inna Varsovia: z klepiskiem zamiast boiska i starymi barakami.

ROZDZIAŁ 2

Co to jest talent?

- Krążyliśmy z tatą po warszawskich klubach. Odsyłali mnie, kazali czekać. Tylko Varsovii nie przeszkadzało, że miałem dopiero osiem lat.

– Jakim był chłopakiem? Niech pan spojrzy – dyrektor Varsovii Marek Krzywicki sięga po album. Otwiera na stronie ze zdjęciem z jakiegoś klubowego wyjazdu. Robert siedzi w ostatnim rzędzie autobusu. Rozbawiony. – Wiadomo, kto siada w ostatnich rzędach. Wiadomo też, że kto jest dobrym piłkarzem, tego grupa dobrze przyjmuje.

„Chuderlak z instynktem” – mówi dziś Krzywicki o tamtym Robercie. Czasami, kiedy ogląda go w telewizorze w wielkich meczach, wciąż widzi małego Bobka: jego ruchy, jego charakterystyczny sposób przyjęcia piłki pod presją, idealne wyczucie czasu.

Krzywicki był ostatnim trenerem Roberta w Varsovii. Prowadził grupę piłkarzy o rok starszych, ale 15-letni wówczas Lewandowski potrzebował takiego wyzwania. Ćwicząc z rówieśnikami, już się nie rozwijał.

– Był u mnie najmłodszy, trafił do zespołu, gdzie hierarchia była już ustalona, więc aż tak nie dokazywał – opowiada Marek Krzywicki. – Zresztą Robert, żeby się poczuć pewnie, musi uznać, że sobie na to zasłużył. Że ma umiejętności, które uzasadniają jego oczekiwania wobec otoczenia. Dobrze się z nim pracowało. On naprawdę umiał słuchać, co do niego mówiliśmy. Mieliśmy z nim jeden problem: czasem musieliśmy go hamować. Uważaliśmy, że zbyt wiele robi poza klubem. U nas trenował, po meczu jechał do ojca do Leszna i grał „na lewo” w Partyzancie. W szkole też brali go do wszystkich sportów, bo we wszystkich był dobry.

– Kiedyś go pytam przed meczem: Co ty taki nieswój jesteś? „Nie, nie, trenerze, wszystko w porządku” – uciął. Dopiero w przerwie do mnie dotarło: Ożeż ty, rano mecz grałeś, przyznaj się! Był niesamowicie wydolny, chłopak nie do zabiegania – wspomina Krzysztof Sikorski, trener, który pracował z Lewandowskim w Varsovii najdłużej.

Tego chuderlaka z szóstym zmysłem do strzelania goli podesłał mu do drużyny Marek Siwecki. Pierwszy trener, do którego trafił Robert.

– Krążyliśmy z tatą po warszawskich klubach. Żaden nie miał tak młodego rocznika jak mój. Odsyłali mnie, kazali czekać. A Varsovia nas przyjęła, nie przeszkadzało im, że miałem tylko osiem lat. Znali mnie z halowych turniejów międzyszkolnych. Wiedzieli, jak gram – wspomina Robert.

Drużyna Marka Siweckiego raz grała jako Varsovia, raz jako Polonia. Ale zawsze trenowała na Varsovii. Te dwa kluby współpracowały, ze stadionu Polonii do bramy wjazdowej Varsovii jest tak blisko, że mocno kopnięta piłka doleci. Nawet gdy współpraca przestała się układać, pierwszy klub Roberta nadal był kojarzony z Polonią. Kibice Legii do dzisiaj zostawiają na murach Varsovii pozdrowienia dla swoich rywali z Konwiktorskiej. Niezamalowane graffiti z „elką” ostrzega: „Będziecie jeb...”.

U Marka Siweckiego, z chłopakami o dwa lata starszymi, Robert ćwiczył półtora roku. W jego drużynie był między innymi Cezary Wilk. Też przyszły reprezentant Polski, choć tylko dwukrotny. Piłkarz m.in. Wisły Kraków i Deportivo La Coruña. Syn Sławomira, dziennikarza i naukowca specjalizującego się w kulturze fizycznej, dyrektora Instytutu Sportu i Rekreacji w Wyższej Szkole Edukacja w Sporcie. Czyli w uczelni, w której Robert studiuje. U Sławomira Wilka ma niedługo pisać pracę licencjacką, a potem może pomyśli o studiach magisterskich.

Varsovia po wygranym meczu, rok 1999. Obok bramkarza, po prawej i lewej stronie, dwóch przyjaciół z boiska: Tomasz Zawiślak i Robert.

Treningi z Cezarym Wilkiem i resztą rocznika ’86 musiał przerwać, bo gdy starsi koledzy urośli, ich przewaga fizyczna stała się zbyt duża. Trudno mu było w ogóle dorwać się do piłki, nie było z takich treningów żadnego pożytku. Całe szczęście w Varsovii właśnie powstała drużyna z jego rocznika.

– Weź go, jest super. W sam raz dla was – powiedział Siwecki do Sikorskiego. Robert przyszedł, poćwiczył i powiedział: to ja już tu zostanę. I został na kilka lat, w drużynie, która w trampkarskiej lidze nigdy nie zajęła miejsca niższego niż trzecie.

W żadnym innym klubie w karierze nie był tak długo jak w Varsovii. – Wszyscy chcieli grać w drużynie z jego rocznika. Miałem w trampkarzach ponad 30 piłkarzy – mówi Krzysztof Sikorski. – Ale jak Bobek się spóźniał, a graliśmy mecz, to cała drużyna była w nerwach. „Trenerze, może nie przyjedzie?”. „Przyjedzie na pewno”. A jak przyjeżdżał, to było wiadomo, że zwycięstwo mamy niemal pewne. Był liderem, choć nie pokazywał tego po sobie. Kiedy grał, wszystko w zespole lepiej się kleiło. Do tego on nienawidził przegrywać. Raz nawet mi się w przerwie popłakał, bo jakoś im nie szło. Powiedziałem: spokojnie, jeszcze macie drugą połowę. Wiedziałem, że te moje foksteriery ruszą na nich i dadzą radę. Jemu piłka zawsze pod nogi spadała – mówi Sikorski. Wspomina, że Robert był dobry technicznie, miał tylko jeden problem: dziwnie skręcał stopę przy strzale. Do środka. A stopę miał zawsze sporą. Trener ciosał mu kołki na głowie, rysował kreski na trawie, jak ma się odbijać, gdzie spadać, gdzie pociągnąć nogą. Aż go czasem kierownik drużyny Ryszard Zawiślak prosił, żeby już Bobkowi dał spokój.

Ryszard Zawiślak, czyli ojciec Tomka, przyjaciela Roberta. Rodziny Lewandowskich i Zawiślaków trzymały się blisko, spotykały się na grillach. Zawiślakowie mieszkali z tej samej strony Warszawy, w Babicach, 15 kilometrów od Leszna. Czasem Tomek i jego tata zajeżdżali po Roberta, żeby go zabrać na trening albo zgrupowanie. Gdy Tomek z Robertem robili pierwsze wypady, żeby poimprezować w warszawskich lokalach, wracali z tych imprez nocnym na Górczewską, a potem pieszo, nocować u Zawiślaków.

– Jeszcze wtedy nie było podmiejskich autobusów do Leszna, a busiki jeździły, jak chciały. Droga z domu Roberta na Nowe Miasto to był w tamtych czasach naprawdę wyczyn i dziś myślę sobie, że on w Lesznie miał chyba czas już tylko na spanie – opowiada Tomek.

●●●

Krzysztof Sikorski dziś już nie trenuje dzieci. Jest prezesem nauczycielskiej spółdzielni mieszkaniowej na Bielanach i tam do niego przyjeżdżają telewizje kręcące reportaże o Robercie (– Właśnie skończyłem z Katarczykami – mówi, gdy umawiamy się na rozmowę). W Varsovii jest społecznym prezesem Uczniowskiego Klubu Sportowego. Na co dzień w Międzyszkolnym Ośrodku Sportowym nr 3 rządzi dyrektor Krzywicki. Siedzimy w jego gabinecie, zaskakująco przytulnym jak na kontenerowiec przy boisku. W Varsovii wszystko jest kontenerowcem: przy piętrowym niebieskim kontenerowcu z biurem dyrektora stoi piętrowy zielony kontenerowiec z innymi pomieszczeniami, a na końcu najniższy biały kontenerowiec z szatniami. To na nim wisi plakat z Robertem i przypomnieniem: „Zaczynałem na Varsovii”. Zaczynałem w małym klubiku, wciśniętym w park na terenie fortyfikacji z czasów carskich.

Krzysztof Lewandowski z piłkarską reprezentacją podstawówki w Lesznie i jej najlepszym strzelcem Robertem. Rok 1998, zdjęcie zwycięzców turnieju powiatowego w Lesznie.

Sztuczne boisko Varsovii znajduje się przy samej baszcie artyleryjskiej Fortu Traugutta. Gdy Robert przyszedł tu trenować, fort był jeszcze obiektem tajnym, w środku było archiwum wojskowe, przy bramie trzymali wartę żołnierze. Polska właśnie wchodziła do NATO. Gdy już weszła, okazało się, że natowskie przepisy nie pozwalają na trzymanie dokumentów wojskowych w takim miejscu, i długo nie było pomysłu, co z fortem zrobić. Kupił go współwłaściciel firmy CD Projekt, producenta gry „Wiedźmin”. Teraz to on, a nie wojsko, jest sąsiadem boiska. Od fortu odchodzą podziemne tunele i nikt tak naprawdę nie wie, po czym młodzi piłkarze Varsovii biegają. Kiedyś zapadł się kawałek boiska i pokazała się wielka dziura. Nieopodal zapadł się kawał ulicy. Taki urok trenowania w zabytku w środku miasta. W pięknym miejscu, ważnym dla polskiej piłki.

Odrodzona Polonia w czasach dorastania Roberta została mistrzem Polski i grała w europejskich pucharach. Na Konwiktorską przyjeżdżał nieznany jeszcze wtedy szerzej José Mourinho, by podglądać zespół, na który jego Porto trafiło w Pucharze UEFA. W hotelu Ibis obok stadionu niejeden ligowy zespół spędził noc przed meczem w Warszawie. W biurowcu obok mieściła się wtedy redakcja „Piłki Nożnej”. To do hotelu Ibis Cezary Kucharski na początku współpracy z Robertem zaprosił jego rodzinę, by bliżej wszystkich poznać, i tam przekonywał jego mamę, siostrę i narzeczoną, że wyrośnie z Lewandowskiego wielki piłkarz.

●●●

Na korty pod balonami obok boiska Varsovii wpada czasem pograć Wojciech Fibak, ma tu niedaleko ze swojej galerii na Krakowskim Przedmieściu. Swoje dzieci na treningi do Varsovii posyłają aktorzy, muzycy. Klub ma sponsorów. Plakat „Zaczynałem na Varsovii” i zdjęcie Lewandowskiego robią swoje. Miłe miejsce, żeby stąd wyruszyć w świat. Tyle że to nie było ono takie, gdy Robert uczył się piłki.

W jego czasach tam, gdzie jest elegancka sztuczna murawa, było piaszczysto-wyboiste boisko. A tam, gdzie kontenerowce, stały stare, obskurne baraki. Zostały po pracownikach, którzy mieli tu budować jakąś halę, ale nigdy nie wybudowali.

Mecz na tamtym starym boisku oznaczał burzę piaskową nad Varsovią. Dziś kurzyć się może najwyżej z dużego parkingu przy kontenerowcach.

– Jeśli na jakimś zdjęciu z meczu Roberta boisko się zieleni, to znaczy, że jest tuż po wakacjach, po przerwie w graniu – mówi Marek Krzywicki.

– Albo że jest maj, wtedy też się trawa zieleniła po rogach i mieliśmy namiastkę boiska. Prysznic niby był, ale ze 100 metrów od szatni. Więc nie zawsze się chciało i dało umyć. W zimne miesiące kończyło się na szybkim przemyciu przy rynnach z wodą. Stały niedaleko boiska, można było tam sobie piach z ust wypłukać – wspomina Tomasz Zawiślak.

Na większości zdjęć z czasów Varsovii Robert (na pierwszym planie, najbliżej piłki) jest najmniejszy w drużynie. Na wszystkich – najdrobniejszy.

Robert pamięta, że czasem szli do parku obok, bo tam przynajmniej można było potrenować na trawie. I że rodzice rozkładali folię w samochodzie, żeby nie nabłocił, gdy go wieźli z treningu.

– W dzisiejszych czasach ojcowie i matki, widząc coś takiego, zabraliby dziecko z klubu – mówi Sikorski. – Już by do nas nikt nie przyszedł, gdybyśmy nie poprawili bazy – dodaje Marek Krzywicki. Nie trenowałyby tu dzieci celebrytów, a plakat „Spełniamy marzenia” wyglądałby jak żart. Ale wtedy się mierzyło inną miarą. Legia grała w Lidze Mistrzów, mając barak za szatnię. A jej młode drużyny kopały na piachu w Forcie Bema, na terenie kolejnej carskiej fortyfikacji, tam gdzie Robert uczył się na studiach u Sławomira Wilka (dziś siedziba uczelni jest już gdzie indziej). Treningi na piachu, obskurna szatnia, po której czasem przebiegł szczur – tak to dziś wspominają trenerzy, którzy wtedy w Legii pracowali z młodzieżą. Akademia Legii powstała dopiero w 1999 roku i tylko dzięki temu, że Piotra Strejlaua (syna Andrzeja, byłego trenera reprezentacji) nosiło w biurowej pracy. Chciał poczuć się trenerem, a piłkarz Maciej Murawski pisał pracę magisterską o Ajaxie Amsterdam, który słynął ze szkolenia młodzieży. Obaj się uparli, namówili kilku innych piłkarzy Legii, by pomogli przy naborze i ćwiczeniach, a od prezesa wydębili 1200 złotych na start. Nie wystarczyłoby nawet na bramki, ale na szczęście bramki dla młodzieży zostały po jakimś firmowym turnieju. Brzmi to jak opowieść z międzywojnia albo o pionierach sportu pod zaborami. Ale działo się u progu XXI wieku. Nie tylko w Warszawie, bo właściciel Wisły Kraków, symbolu sportowego sukcesu ostatniego 20-lecia, też długo nie dawał się przekonać, że warto otwierać akademię dla młodzieży.

●●●

Młodzi z Legii grali na piasku albo klepisku. Polonia swoich piłkarzy wychowywała na placu, który do dziś jest zwany „Saharą”, choć jest tu też już nowoczesne boisko. W Varsovii wszyscy czekali na mecze na Agrykoli, bo tam był piękny dywan. Poza tym Agrykola, też klub międzyszkolny, była głównym rywalem Varsovii. – Ze wszystkimi możecie przegrać, tylko nie z nimi – zaklinali trenerzy.

– Zazdroszczę dzieciakom, które teraz uczą się grać w piłkę – mówi Tomasz Zawiślak.

Marek Krzywicki w rozmowę co chwila wplata, jak jest w Athleticu Bilbao, w Lezamie, jednej z najsłynniejszych akademii piłkarskich Europy. Wrócił właśnie z tygodniowego stażu w Bilbao. Kolega był tam wcześniej na Erasmusie, wydeptał ścieżki. Mieli w Lezamie dostęp do wszystkiego, co związane ze szkoleniem, słuchali odpraw w akademii, oglądali treningi pierwszego zespołu, rozmawiali z psycholożką, która pracuje z piłkarzami Athleticu od ćwierć wieku.

– A my, gdy był u nas Robert, mieliśmy tutaj tylko trzy drużyny i trzech czy czterech trenerów. Dopiero zaczynaliśmy się uczyć, jak to robią na świecie, podglądać – mówi Marek Krzywicki. Nie mieli jeszcze wtedy systemu szkolenia. Było po prostu szkolenie. Bez dzielenia na etapy, bez koordynatorów, bez specjalizacji, bez zmiany trenera co trzy lata. Grupa chłopaków dorastała z trenerem.

– Ja się nie wziąłem z żadnego systemu, tylko wbrew wszystkiemu – mówi Robert.

– Wiem, że Robert może mieć dziś żal o to, ilu rzeczy go Polska nie nauczyła – mówi Marek Krzywicki. – Widzi, jak się z dziećmi pracuje w Dortmundzie czy w Monachium. Ale wtedy były naprawdę inne czasy. Robiliśmy, co się dało, wałowaliśmy to nasze boisko, żeby było w miarę równo. A z drugiej strony tak się hartował charakter Roberta. Kto wie, gdzie by doszedł, gdyby miał wszystko podane na tacy? Gdyby nie musiał dojeżdżać, gdyby tu były luksusy.

Krzywicki mówi, że dziś polskie akademie metodami już niewiele odbiegają od zachodnich. Kuleją z infrastrukturą, z dbałością o detale, ale metody są podobne. A kiedy ćwiczył tu Robert, Polskę od świata dzieliła przepaść. W lidze grało się jeszcze trójką obrońców, ze stoperem. – To było nasze święte 3-5-2, od ekstraklasy aż po mecze dzieciaków. Dopiero Wisła Kraków u Henryka Kasperczaka na dobre zaczęła grać czterema obrońcami. To już była nowoczesność. Gdy zacząłem uczyć tego ustawienia nasze dzieciaki, one miały już po 14 lat. Zresztą ja też dopiero wtedy się tego uczyłem. Przecież mnie całe życie wychowywali do systemu 3-5-2 – wspomina Marek Krzywicki.

Przy oknie jego gabinetu, z widokiem na boisko i Fort Traugutta, wiszą zdjęcia z dedykacjami i proporczyki. Jest pamiątka z Bilbao. Obok ze zdjęcia pozdrawia Wojciech Kowalewski, czyli szkolny kolega trenera Krzywickiego z Suwałk i bramkarz kadry, gdy debiutował w niej Robert. Varsovię pozdrawia też Francesco Totti, to pamiątka ze stażu w Romie. Varsovia Roberta z Romą zagrała jeden ze swoich ważniejszych meczów.

– Bolesne 1:6 – wspomina Tomek Zawiślak. W turnieju we Włoszech grały Roma, Sunderland, Sparta Praga i Varsovia. Jedynego gola dla niej podczas lania od Romy zdobył Lewandowski z podania prawoskrzydłowego Zawiślaka. – Włosi byli z innego świata, jeśli chodzi o podejście do piłki, zrozumienie, w co gramy. Wiedzą o piłce bili nas na głowę – wspomina Zawiślak. – My byliśmy grupką piłkarzy, a oni całością. Tam na nabór od lat zgłaszają się tysiące chłopców. A my byliśmy zbieraniną, która akurat trafiła w to miejsce.

Ale jego zdaniem Varsovia i tak w tamtym czasie była ewenementem. Jedynym klubem z okolicy, który wprowadzał jakieś zalążki skautingu. Ryszard Zawiślak jeździł po Warszawie i przyległościach, sprowadzał co zdolniejszych chłopaków.

– Raz udało mu się zorganizować zgrupowanie w Chorwacji i sparing z Hajdukiem. Mieliśmy wtedy chyba lepiej zorganizowane przygotowania niż niektóre kluby ekstraklasy – wspomina Zawiślak. W Romie, jeśli dobrze pamięta, grał Stefano Okaka Chuka, późniejszy reprezentant Włoch. Ale najbardziej zapamiętał chłopaka o imieniu Loris.

– To był największy talent, jaki widziałem – opowiada Zawiślak. Ale nie wyrósł z niego nawet przeciętny piłkarz. Nigdy później ani Tomek, ani Robert Lorisa w żadnej drużynie nie widzieli.

[...]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Nienasycony – Robert Lewandowski - Tylko w Legimi możesz przeczytać ten tytuł przez 7 dni za darmo. Nienasycony – Robert Lewandowski Misja Brazylia 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Komeda Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana