Lilli. Zjednoczeni władcy

Lilli. Zjednoczeni władcy

Autorzy: M. R. Marco

Wydawnictwo: Autorskie

Kategorie: Inne

Typ: e-book

Formaty: EPUB

cena od: 20.81 zł

„Zjednoczeni władcy” to trzecia i ostatnia część trylogii „Lilli”. Po przebyciu niezwykłej podróży główna bohaterka dociera do gór Birralad. Wraz ze swymi przyjaciółmi oraz władcami Tyrastaren w ostatecznej wojnie stanie naprzeciw legionom nieumarłych. Czy wystarczy jej mocy i sił, by pokonać samego Pana Śmierci? Czy może wesprze ją ktoś, kto czekał w ukryciu przez wiele wieków, by odrodzić się i ukazać całemu Tyrastaren?
Marek Rogowicz – od najmłodszych lat żyje między rzeczywistością a fantazją. W wieku dziewięciu lat pierwszy raz zagrał w gry komputerowe, w których się zakochał i dzięki nim rozwijał swą wyobraźnię. Wielbiciel książek fantasy. Od 2004 roku mieszka w Irlandii. Pracował w branżach, w których monotonia puka do drzwi, a znudzenie wydaje polecenia. W tym czasie tworzył w głowie swój magiczny, fascynujący świat. Po namowach przyjaciół do pisania stworzył Lilli, powieść składającą się z trzech części.

Projekt okładki

Krzysztof Krawiec

Copyright © by M.R. Marco, 2018

ISBN 978-83-942891-5-7

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora.

Napisałeś książkę i chcesz ją wydać? Zapraszamy do serwisu Rozpisani.pl.

Znajdziesz tu szeroki zakres usług wydawniczych, dzięki którym Twoja książka trafi do księgarń.

Pomożemy Ci dotrzeć do czytelników na całym świecie!

Kontakt

www.rozpisani.pl

info@rozpisani.pl

Konwersja do epub i mobi A3M Agencja Internetowa

Rozdział 1

THORUNGLA

„A więc jednak tam idę… Wciąż nie dowierzam, że to wszystko dzieje się naprawdę. Co mnie jeszcze czeka?” – rozmyślała Lilli, kierując się w stronę gór Birralad.

Śnieg był coraz głębszy. Im bardziej Podróżniczka zbliżała się do Przełęczy Thorungla, tym ciężej był jej się poruszać. Wiatr wiał coraz mocniej, a mróz najbardziej dawał się we znaki wróżce – zza dekoltu Podróżniczki było widać tylko połowę jej głowy, którą i tak co jakiś czas chowała. Liliana radziła sobie lepiej. Magia lodu w pewien sposób chroniła ją przed mrozem i coraz lepiej czuła się w zimnie.

Około czterdziestu nieumarłych wojowników, nie odczuwając zimna ani strachu, poruszało się do przodu i z daleka obserwowało Podróżniczkę. Lilli od jakiegoś czasu czuła, że wchodzi na wzniesienie między potężnymi skałami osypanymi śniegiem. Zatrzymała się i lekko zmrużyła oczy, widząc, że wystająca ze zbocza skała jest już coraz bliżej.

– Bianeczko, już niedaleko!… Wkrótce będziemy na miejscu! – zawołała głośno.

– Co powiedziałaś!? – zapytała wróżka, zaraz chowając głowę.

– Mówiłam, że już niedaleko!

– Co? Przez ten wiatr nie słyszę!

– Już nic…

– Co!? – zawołała ponownie Bianka.

Lilli już nie odpowiedziała, a wróżka krzyknęła:

– Aaa! Głodna jesteś? Ja też!

Podróżniczka uśmiechnęła się. Idąc dalej, zauważyła, że śnieg zagina się na horyzoncie. Doszła do tego miejsca i zobaczyła, że na skraju wzniesienia droga schodzi w dół, a nad nią unoszą się szpiczaste, ostre lodowe skały z pokrywą śnieżną. Z nieba zaczął sypać śnieg i jeszcze mocniej zawiało. Podróżniczka zaczęła schodzić. Im niżej schodziła, tym mniej wiało, a śnieg opadał swobodniej. Gdy przeszła około czterystu metrów, śnieg opadał już lekko, prosto z góry na dół, lecz nad jej głową wciąż było słychać głośne wycie wiatru. Razem z wróżką, która też to zauważyła, spojrzały w górę i zobaczyły, jak nad ich głowami rozpętała się śnieżna burza.

– Lilli, dlaczego tam w górze tak wieje, a tu jest zupełna cisza? – zapytała Bianka.

Podróżniczka rozejrzała się dookoła.

– Wiesz, Bianeczko, ten wiatr chyba pochodzi z tych wysokich gór i szybko opada w tę stronę. Przed nami jest ten wystający szczyt, a po bokach następne, mniejsze, i to chyba one nas chronią przed burzą.

Bianka rozejrzała się.

– Chyba masz rację. Ale to dobrze, bo inaczej miałybyśmy przechlapane. A tak w ogóle, to ty chyba nie marzniesz? Tu, w twoim dekolcie, jest tak cieplutko. Jak to możliwe?

– Też się nad tym zastanawiałam.

– No i co wymyśliłaś?

Lilli wciąż poruszała się powoli do przodu.

– To ubranie ze smoczych łusek. Chroni mnie przed mrozem. Mimo że nie jest grube, utrzymuje ciepło, a magia lodu chroni mnie przed zimnym wiatrem. Tak mi się wydaje…

– Wiesz, Lilli, chyba jako jedyna mogłabyś tu mieszkać. Ale w samotności to za szczęśliwa byś nie była. Ja też rzadziej bym cię odwiedzała albo nawet i wcale, bo te wietrzysko wywiałoby mnie aż do miasta kroków. A tam nie za bardzo chce mi się wracać…

– I nie wrócimy, bo idziemy dalej przed siebie – dodała Lilli, a Bianka z całych sił krzyknęła:

– I nikt nas nie zatrzyma!

Echo rozniosło się we wszystkie strony. Lilli zatrzymała się i obie nasłuchiwały, jak odbijający się głos Bianki powoli zanika między skałami i górami.

– Nie wiedziałam, że potrafię tak głośno krzyczeć – zdziwiła się wróżka. – Może spróbuję jeszcze raz?…

– Nie! – powiedziała szybko Lilli, przerywając Biance głębokie wciąganie powietrza.

– Dlaczego nie?

– Wiesz, co to jest lawina?

– Nie. A co?

– To się dzieje w górach. Twój krzyk może obruszyć śnieg na szczytach, a wtedy z ogromną siłą spadnie go tyle, że może nas zasypać i zabić.

Bianka ogarnęła wzrokiem szczyty gór nad jej głową.

– To ja już lepiej nie będę się odzywać, dopóki nie opuścimy tego miejsca. I na pewno bym cię nie odwiedziła, gdybyś tu mieszkała – dodała na koniec.

– Możesz mówić, ale rób to po cichu, wtedy nic się nie stanie – odparła Lilli.

– A ten wiatr na górze? Przecież on też mocno wieje! I co? Nie wywoła tej lawiny? – zapytała bardzo cicho Bianka.

– Nie wiem, moja mała wróżko – Podróżniczka ruszyła dalej – to jest naturalne, lecz wiatr pewnie czasem też ją wywołuje. Na pewno głośny hałas przyspiesza zejście lawin śnieżnych. Jedno jest pewne. Na razie powstrzymaj się od głośnego mówienia i krzyku, a wszystko powinno być w porządku.

– Obiecuję, Lilli, że wytrzymam i dotrzymam obietnicy – powiedziała dumnie Bianka.

Podróżniczka uśmiechnęła się do wróżki i pogłaskała ją lekko palcem po policzku.

Niedaleko za nimi wciąż cicho i ostrożnie szli nieumarli. Byli coraz bliżej.

Z daleka, głęboko w dole, Lilli dostrzegła jasne punkty, a jeden z nich poruszał się na boki, w tę i z powrotem.

– Bianko, widzisz to? Tam! Przed nami, na samym dole.

Wróżka zaczęła się wpatrywać.

– Masz rację, coś tam jest. Może to ten posłaniec od Krukina na nas czeka? Ruszaj, ale ostrożnie, bo tu jest dość stromo – powiedziała wróżka.

Lilli zaczęła się rozglądać.

– Bianeczko, śnieg przestał padać, pewnie zakrył całą górę, a poza tym jestem głodna.

– Ja też… I to bardzo. Idź i schodź ostrożnie. Nie wiem, co za poszukiwacz przygód znalazł tę przełęcz, ale naprawdę musiał zabłądzić, skoro tu dotarł.

– Zgadzam się z tobą, moja mała wróżko.

Liliana, stawiając ostrożnie kroki, zaczęła schodzić.

– Wiesz, Lilli, jeśli ty do mnie mówisz „mała wróżko”, to jakoś dobrze się z tym czuję, lecz gdy te słowa wypowiada czarodziej lub ten cham z bagien z całą swoją świtą to mam ochotę… Mam ochotę… yyy.. Nie wiem, co bym zrobiła. Może coś mi podpowiesz?

Liliana uśmiechnęła się i schodziła dalej.

– Nie teraz, mała wróżko… Tu jest bardzo ślisko i muszę uważać.

– I zimno – dodała Bianka.

Nagle noga Liliany poleciała do przodu i Podróżniczka poślizgnęła się, upadając na plecy. Razem z Bianką krzyknęły w jednym momencie:

– Aaaaaa! – Po czym obie zasłoniły usta ręką, przypomniawszy sobie o lawinie.

Podróżniczka ześlizgiwała się w dół na plecach przez około dwustu metrów, aż w końcu zatrzymała się. Leżąc, obie zaczęły nasłuchiwać, czy dziwne dźwięki, puknięcia lub pęknięcia nie dochodziły z góry. Rozejrzały się. Wyglądało na to, że wszystko w porządku.

– Uff, Bianeczko, ale nam się udało. Myślałam, że nas zasypie.

Wróżka podniosła głowę i spojrzała Lilli w oczy.

– A jednak nam się udało. Nie dość, że jesteśmy całe, to zobacz, ile drogi zaoszczędziłyśmy.

Podróżniczka uśmiechnęła się, wstała i otrzepała się ze śniegu. Echo nadal niosło się wszędzie od puknięć. Liliana rozejrzała się dookoła.

– Zobacz, Bianeczko, jak tu ładnie.

Wróżka przetarła oczy.

– Rzeczywiście…

Przed nimi ukazała się duża, na kilkadziesiąt metrów przestrzeń. Gdzieniegdzie spod śniegu wystawały ostre skały, a kryształy światła tworzyły w różnych miejscach jasne okręgi, takie same, jakie wcześniej

widziały po drodze. Liliana dojrzała most, a za nim potężną, wysoką na trzydzieści metrów głowę w hełmie, z wielkim nosem, warkoczami oraz otwartymi ustami. W nich znajdowało się wejście do gór Birralad. Most prowadził prosto do ust. Z nieba bezwładnie opadały płatki śniegu.

– Jednak to miejsce ma swój urok. Ktoś, kto to wykonał, miał naprawdę talent. W tak niedogodnych warunkach wykuć w skale tak potężną głowę…

– Szkoda, że tego nędznego władcy z bagien tu nie ma. Zobaczyłby prawdziwe, krasnoludzkie rzemiosło. Ależ to jest piękne, naprawdę piękne…

– Bianeczko, pamiętasz? Mówiłam ci, że widziałam poruszający się punkt?

– Tak, tak, rzeczywiście. Ale nikogo tu nie ma. Musiało nam się przewidzieć.

– Chyba nie… Na pewno coś widziałam.

Obie ostrożnie rozglądały się. Lilli dała kilka kroków do przodu i zatrzymała się. Tymczasem nieumarli schodzili w miejscu, gdzie Podróżniczka poślizgnęła się.

Nagle zza jednej z wystających skał wyszedł gnom sięgający Lilianie do bioder. Był ubrany w puszystą kurtkę, spodnie, buty. Przez dwa otwory kaptura wystawały uszy. Na twarzy miał zawiązaną chustę, a na szyi błyszczał jasny kryształ. Lilli zatrzymała się i razem z Bianką patrzyły, jak mała istota zbliża się do nich. Podróżniczka, nie wiedząc, kto to jest, wezwała magię lodu, a jej oczy zmieniły kolor. Bianka to wyczuła.

– Lilli! Uspokój się! Nic nam się nie stanie. To tylko gnom.

– Tak, jestem gnomem – odezwała się postać, która zaraz po tych słowach zaczęła się trząść.

– Nie bój się, nic ci nie zrobimy – powiedziała Bianka.

– Nie… Nie was się boję, lecz… – Gnom pokazał palcem za plecy Podróżniczki.

Lilli z Bianką usłyszały za sobą szmery, a gnom zaczął uciekać przez most w kierunku wyrzeźbionej krasnoludzkiej głowy. Podróżniczka odwróciła się i zobaczyła biegnące w ich stronę dziwne istoty z przenikliwym, pustym wzrokiem w czarnych zbrojach, z białymi włosami, dzierżące miecze w rękach. Lilli złapała wróżkę i wyrzuciła ją zza dekoltu, krzycząc:

– Uciekaj za gnomem!

W tym samym momencie sztylet rzucony przez jednego z nieumarłych końcówką swego ostrza rozciął Lilianie delikatnie skroń. Chwilę później jej ubranie zamieniło się w zbroję. Lilli wyciągnęła oba miecze, których ostrza momentalnie pokryły się szronem, i czekała na zbliżających się wysłanników Pana Śmierci. Bianka zatrzymała się blisko mostu, trzęsąc się z zimna i ze strachu.

– Przecież ja zginę od tego mrozu – wyszeptała. – Muszę jakoś pomóc Lilianie…

Dotarło pierwszych pięciu nieumarłych. Lilli machnęła mieczem, z ziemi wystrzeliły ostre sople, przebiły trzech, a z nich wyleciały czarne chmury. Z dwoma Liliana zaczęła walczyć. Nauka u Krukina niewiarygodnie jej się przydała. Podróżniczka dzielnie odpierała ataki. Bianka wiedziała, że Lilli jest zbyt słaba fizycznie i długo nie wytrzyma. W jej głowie pojawiła się jedna myśl: lawina. Nie zastanawiając się długo, z całej siły zaczęła krzyczeć. Jej głos nie był zbyt potężny, lecz bardzo piskliwy, a echo rozchodzące się po skałach potęgowało go coraz bardziej. Liliana zaczęła się wycofywać i bronić, tworząc następne lodowe sople. Przebiła dwóch nieumarłych, których lód wyniósł ponad jej głowę. Po jej bokach bardzo szybko wyrastały lodowe kolumny, blokując uderzenia kolejnych nieumarłych. Podróżniczka przebiła swym mieczem następnego i zobaczyła, że w jej kierunku biegnie około trzydziestu kolejnych. Jej oczy rozbłysły na niebiesko, a przed nią wyrosła ogromna lodowa ściana, blokując nieumarłych wojowników. Ściana lodu zatoczyła wokół niej koło i zamknęła się od góry.

Bianka krzyczała coraz głośniej. Nieumarli dobiegli do zapory z lodu i zaczęli rąbać ją mieczami, nie zwracając uwagi na to, że w miejscu, skąd przybyli, zaczęły dobiegać trzaski i głośne pękania. W pewnym momencie nastąpił huk i z góry zaczęły spadać potężne bloki śniegu, jeden za drugim, aż utworzyła się lawina. Bianka ucieszyła się, widząc ją po raz pierwszy, lecz jednocześnie wystraszyła jej mocy, widząc, z jaką prędkością zmierza w ich kierunku. Nieumarli odwrócili się, słysząc trzaski, lecz nie bali się śmierci. Wiedzieli, że się odrodzą i powrócą do tego świata. Nadal z całej siły uderzali mieczami w lodową kopułę, w której siedziała Podróżniczka.

Lilli, dostrzegając przez lód niewyraźny kształt czegoś, co nadciąga w jej kierunku, czuła drgania pod swymi nogami. Zrozumiała, co to jest. Chwilę później śnieżna lawina uderzyła z całą swą mocą i do połowy zasypała lodową kopułę. Podróżniczka, widząc stale napierający śnieg, bała się, czy aby jej bariera wytrzyma. Część śniegu spadła do przepaści, nad którą przeleciała Bianka. Wróżka schowała się w wejściu jaskini Birralad, rozglądając się za gnomem. Niestety nigdzie go nie znalazła.

– A to tchórz jeden! Uciekł… – wyszeptała, trzęsąc się.

Odwróciła się i patrzyła w kierunku Liliany uwięzionej w zasypanej do połowy kopule. Gdzieniegdzie ze śniegu wylatywały czarne dusze nieumarłych i znikały, część z nich jednak przeżyła i się wygrzebywała.

– Zrób coś, Podróżniczko. Oni wychodzą, zabij ich… – szeptała.

Ci, którzy wygrzebali się ze śniegu, podbiegali do lodu i ponownie zaczynali kuć go mieczami. Inni nieumarli z całej siły uderzali w kopułę pięściami lub drapali swymi ostrymi pazurami. Liliana rozejrzała się dookoła.

„O nie… Jestem uwięziona” – pomyślała. Wystraszona rozejrzała się jeszcze raz i zaczęła biegać od jednego końca do drugiego. W końcu zatrzymała się i spojrzała w miejsca, gdzie nieumarli próbowali się do niej dostać.

– Muszę jak najszybciej ich zabić lub jakoś się ich pozbyć, bo Bianka nie poradzi sobie sama i zamarznie. Pewnie już słabnie – szeptała Podróżniczka i nie myliła się.

Wróżka była mała i drobna, dlatego chłód szybko zaczął dawać się jej we znaki. Dygocząc, coraz wolniej machała skrzydełkami, aż w końcu straciła w nich czucie i spadła na śnieg. Zwinęła się przy wejściu do jaskiń przypominających otwarte usta krasnoluda, dmuchała sobie w dłonie, szepcząc:

– Pośpiesz się, proszę, bo umrę… Lilli, proszę, ja zamarzam…

Oczy Liliany zaświeciły się na brązowo, a poza kopułą, tuż przy jej ścianie, wyskoczyła ogromna szpiczasta skała. Podróżniczka spojrzała w górę, słysząc, jak kilku nieumarłych wojowników wspina się na sam środek kopuły i uderza w nią z całej siły. Liliana lekko zadrżała i zamknęła oczy. Gdy je otworzyła, jedno jej oko było niebieskie, a drugie brązowe. Stożkowa skała, która pojawiła się obok kopuły, zaczęła bardzo szybko obracać się dookoła jej lodowego schronienia, miażdżąc i zabijając stojących tam nieumarłych. W tym samym momencie z kopuły wystrzeliły lodowe kolce, dokładnie w miejscach, gdzie Podróżniczka widziała nieumarłych. Kolce, jeden za drugim, raniły, zabijały i strącały ich prosto na kręcącą się skałę. Po kilkudziesięciu sekundach skała zatrzymała się, a na zewnątrz zapanowała zupełna cisza.

Liliana zbliżyła się do lodowej ściany i wbiła w nią miecz. Lód okazał się bardzo gruby. Mimo że miecz wszedł po samą rękojeść, na zewnątrz wystawał tylko jego czubek. Obie źrenice Podróżniczki z powrotem stały się niebieskie, a ostrze miecza rozbłysło niebieskim światłem. Liliana pociągnęła miecz w dół z taką łatwością, jakby cięła powietrze. Potem następny raz i następny, aż wykroiła wyjście. Schowała miecz i wysunęła ręce. Z boków kopuły wysunęły się lodowe dłonie, które wbiły się w wyciętą bryłę i wciągnęły ją do środka, tym samym otwierając przejście. Liliana rzuciła się do przodu, przeszła przez otwór i wspięła się na śnieg. Gdy tylko dotarła na samą górę, rozejrzała się dookoła. Wszędzie panowała zupełna cisza. Dostrzegła, że ze śniegu wygrzebują się następni nieumarli. Odwróciła się i zaczęła uciekać w kierunku kamiennego mostu. Biegła, ile tylko miała sił, krzycząc:

– Bianko! Bianko! Gdzie jesteś?!

Dotarła do otwartych krasnoludzkich ust i przy wejściu zobaczyła zwiniętą z zimna wróżkę. Podniosła ją, skupiła się, a jej zbroja zmieniła się ponownie w ubranie. Nie zwracając uwagi na zimno, włożyła Biankę za dekolt razem z resztkami śniegu. W tym samym momencie za plecami usłyszała duszący, gardłowy krzyk. Odwróciła się. Sześciu nieumarłych wbiegało na most. Oczy Liliany zmieniły się w brązowe, wbiegła do środka jaskini, położyła rękę na skale, a wyrzeźbiona w kamieniu głowa zamknęła swe usta, blokując wejście przez Przełęcz Thorungla. Z drugiej strony dochodziło lekkie pukanie, lecz nieumarli nie byli w stanie sforsować grubej, skalnej przeszkody. Liliana nachyliła się i zaczęła chuchać na wróżkę, raz za razem mówiąc:

– Obudź się, obudź. Nie chcę cię stracić drugi raz. Otwórz oczy, moja Bianeczko, proszę cię.

Bianka powoli podniosła powieki i od razu zaczęła się na nowo trząść.

– Co… co się stało? Gdzie ja jestem? – pytała zdezorientowana.

Na twarzy Podróżniczki pojawił się szeroki uśmiech.

– Już jesteś bezpieczna, już nic ci nie grozi.

Wróżka bacznie przyglądała się Lilianie.

– Krew ci leci… blisko oka.

Podróżniczka przetarła dłonią miejsce, na które patrzyła Bianka, i poczuła, że coś ją szczypie.

– To tylko małe skaleczenie. A ty? Powiedz, jak ty się czujesz?

Bianka spojrzała po sobie.

– Tu, w twoim dekolcie, jest mi coraz cieplej.

– To chyba dobrze.

– Teraz już sobie wszystko przypominam. Tak mocno zmarzłam, że moje skrzydełka mnie nie słuchały i przestały się poruszać. Wtedy wpadłam w śnieg i myślałam o tobie, żebyś jak najszybciej mnie znalazła. A dalej już nie pamiętam, co się działo. Chyba zemdlałam. Tu jest strasznie zimno. Gdyby nie ty, to pewnie już bym się nie obudziła. Ile razy jeszcze będziesz mi ratować życie, moja przyjaciółko? Może kiedyś przyjdzie czas, że ci się odwdzięczę tym samym i ocalę cię – dokończyła wróżka.

– Na pewno, ale teraz odpoczywaj – dodała Podróżniczka.

– Tak, Lilli, wiem. Jestem bardzo zmęczona. Od samego rana podróżujemy bez wytchnienia, musimy odpocząć.

Liliana rozejrzała się dookoła. Ze ścian wystawały kryształy, rozświetlając wszystko w środku. Uderzenia z zewnątrz ustały.

– O, chyba nieumarli dali sobie spokój, zrozumieli, że nie przejdą. To chyba dobra wiadomość dla nas, wróżko. Tylko gdzie teraz jest ten mały gnom? Mam nadzieję, że nas tu samych nie zostawił.

Podróżniczka wciąż się rozglądała wokół, patrzyła w górę. Pomieszczenie było dość duże, a z niego wychodziło tylko jedno wyjście.

– Zobacz, Bianeczko, chyba musimy iść w tamtą stronę.

Wróżka nabrała trochę sił, wysunęła się zza dekoltu i spojrzała przed siebie.

– Chyba tak, lecz to gnom miał nas poprowadzić. Spójrz Lilli, tam są jego ślady. Podążaj za nimi.

Podróżniczka spojrzała na śnieg przed sobą i zobaczyła ślady małych stóp.

– Idziemy. I mam nadzieję, że tu się nie zgubimy, bo z tego, co mówił Krok, to jest cała sieć tuneli, a nie tylko jeden. Jeśli ktoś tu się zgubi, to tylko cud wyprowadzi go z tego labiryntu.

– Też mam taką nadzieję. Na chwilę zamknę oczy, moja przyjaciółko, bo czuję się bardzo zmęczona. Tylko na chwilkę, dobrze?

Lilli spojrzała na Biankę.

– Wypoczywaj, ile się da. Ruszam za tym małym, strachliwym gnomem. Jak go znajdę, od razu dam ci znać.

– Obiecujesz?

– Obiecuję, a teraz wypoczywaj.

Wróżka zamknęła oczy i od razu zasnęła. Podróżniczka zaczęła iść po pozostawionych śladach gnoma, mając nadzieję, że możliwie szybko go znajdzie. Gdy weszła do korytarza, kryształy światła wyrastały obficie. Zdawało się jej, że nastał dzień.

„Tyle dobrego, że nie muszę iść po ciemku” – pomyślała i weszła w kolejny korytarz.

Nieumarli wojownicy, którzy przetrwali uderzenie lawiny, wspinali się z powrotem w kierunku, z którego przyszli. Skupiając się, dali sygnał głównemu nekromancie.

„Jakie wieści? Odnaleźliście ją? Zabiliście?”.

„Nie, panie! Ona żyje, lecz w ostatniej chwili, gdy zasłoniła się zbroją, jeden z wypuszczonych sztyletów zranił ją”.

„To dobrze. To bardzo dobrze, moi wojownicy. Wasza misja się udała. Szkoda, że jej nie zabiliście, ale tak też jest dobrze. Teraz jej losem zajmie się nasz Pan, gdy tylko jej świadomość rozdzieli się z jej ciałem. Wtedy zginie, a Pan Śmierci przejmie jej ciało i stworzy swego najpotężniejszego dowódcę, zdolnego zniszczyć całe chordy żywych stworzeń. A teraz mam dla was następną misję. Wszyscy, którzy przetrwali, a czuję, że nie zostało was dużo, udajcie się w kierunku starych ruin między Birralad a Lasem Życia. Zabijajcie wszystkich, którzy będą tamtędy przechodzić!”.

„Tak jest, nasz Panie” – odpowiedzieli chórem nieumarli, idąc przed siebie, by wykonać następny rozkaz.

„Zadanie wykonane, mój Panie” – nekromanta przekazał wiadomość Panu Śmierci. „Moja krew połączy się z nią, teraz wszystko będzie zależało od ciebie”.

„To dobrze… Jesteś moim najlepszym nekromantą i dowódcą. Gdy tylko wyczuję, że jest gotowa, przeniknę do jej umysłu. Jutrzejszy wschód słońca przyniesie zgubę i strach do Tyrastaren. Dzięki niej nawet smok będzie mi służył. Nic nas nie powstrzyma. Śmierć tego świata jest naszym życiem, a moc Drzewa Życia stworzy nową potęgę zdolną niszczyć następne światy”.

„Tak jest, mój panie… Niech stanie się to, co nieuniknione, i zapanuje wieczna ciemność” – dokończył nekromanta medytujący przed wejściem do fortecy swego Pana, spoglądając na stale rosnącą armię nieumarłych.

Liliana przemierzała przez jaskinie i wydrążone w nich korytarze, nie mając pojęcia, gdzie się znajduje. Czasem zerkała na śpiącą i osłabioną Biankę, upewniając się, czy wszystko z nią w porządku.

– Gdzie ja jestem? – szeptała do siebie, – I gdzie jest ten mały gnom? Jak mógł nas tu tak zostawić? Przecież te korytarze nie mają końca. Który jest właściwy? – Podróżniczka zadawała sobie pytania. – Na szczęście jest tu dużo kryształów, bo w zupełnych ciemnościach na pewno nie byłabym w stanie gdziekolwiek iść. Jest tu ktoś?! – krzyknęła Lilli, a echo rozniosło się we wszystkich korytarzach.

Podróżniczka szła dalej. Przeszła przez grotę najeżoną zielonymi kryształami, następnie z niebieskimi, w kolejnej grocie dostrzegła kilka żółtych i ponownie białe. Przez niektóre korytarze musiała się przeciskać. Ponownie zawołała:

– Gnomie! Gdzie jesteś?! Wracaj! Nic ci nie zrobię, nieumarli już odeszli!

Bianka, słysząc głośne nawoływanie, otworzyła zmęczone oczy.

– Co się dzieje? Dlaczego krzyczysz? Nieumarli wrócili?

Lilli pogłaskała ją palcem po głowie.

– Nic, nic. Śpij, odpoczywaj, wyprowadzę nas stąd.

Wróżka mrugnęła jeszcze kilka razy i ponownie zasnęła. Liliana przecisnęła się przez kolejny korytarz i znalazła się w pomieszczeniu z trzema wyjściami – dwoma po bokach i jedno naprzeciw. Okolica wydała jej się znajoma.

„Co się dzieje?” – pomyślała.

Ruszyła naprzeciw i zobaczyła na ziemi śnieg. Jej twarz zbladła.

– Nie wierzę…

Idąc po swoich śladach, znalazła się w punkcie wyjścia, przy zamkniętym przejściu Przełęczy Thorungla. Bezsilność w szukaniu drogi bez wyjścia wzięła nad nią górę. Liliana usiadła na śniegu.

– Tyle drogi przeszłam na marne, żeby tu wrócić. Krok miał rację. Korytarze i jaskinie w tych górach nie mają końca i śmierć czeka tu na głupca, który się zgubi. Przynajmniej jest mi ciepło, a przecież siedzę w śniegu. Czarodzieju z bagien, chyba tego nie przewidziałeś… Twój posłaniec nas zostawił i uciekł. A może on zrobił pułapkę na mnie i wróżkę, a w chwili, gdy go zobaczyłyśmy, zjawili się też nekromanci. Kto wie… – szeptała zmęczona Lilli. – Tylko jedno może poprawić mi teraz humor…

Podróżniczka sięgnęła do torby i wyciągnęła prezent od Kroka. Otworzyła go. Przed sobą trzymała małe ubranie z ropuchy. Oglądała je cicho, chichocząc, aby nie obudzić Bianki.

– Ależ ona by w tym śmiesznie wyglądała.

Następnie zwinęła je i schowała z powrotem do torby. Potem wyciągnęła ciasto od czarodzieja, oderwała kawałek i zjadła ze smakiem.

– Kto wie, jak długo tu jeszcze zabawię, muszę oszczędzać jedzenie..

Oparła głowę o ścianę i patrzyła w strop jaskini, z którego wystawał gruby, biały kryształ mieniący się światłem.

– Szkoda, że u nas takich nie ma, byłoby o wiele piękniej… Dom… Czego bym nie dała, żeby teraz się tam znaleźć… Od razu wzięłabym ciepłą kąpiel i leżałabym tak długo, jak tylko się da. Po co ja się na to

zdecydowałam? – Spojrzała na śpiącą wróżkę. – Ale bym ciebie nie poznała, a ty jesteś większą nagrodą niż to, o czym teraz marzę…

Lilli z powrotem oparła głowę o ścianę. „Ile czasu już tu jestem?” – pomyślała, a na jej twarzy pojawił się grymas.

– Nie pamiętam, jak długo tu jestem… Coraz mniej myślę o tamtym miejscu. Czuję, jakby ten świat coraz bardziej mnie pochłaniał. Obym tylko nie zapomniała, skąd pochodzę – wyszeptała zmęczona. – Nie wiem, czy powinnam się przespać, czy dalej szukać wyjścia. Ale moje nogi niedługo odmówią mi posłuszeństwa, więc chyba chwilę się prześpię. Potem zniszczę tę skałę i wyjdę na zewnątrz. A może nie? Co jeśli tam czeka cała armia tych stworów z pustym wzrokiem? Wtedy obie z Bianką zginiemy. Lepiej ruszyć tymi korytarzami i wybrać ten, który jest naprzeciw, żeby nie błądzić wokoło jak przed chwilą.

Lilli westchnęła głęboko, a jej powieki robiły się coraz cięższe. Każde następne mrugnięcie spowalniało je, aż w końcu zmęczona Podróżniczka otworzyła je ostatni raz, po czym zamknęła, zasypiając głębokim snem po długiej i męczącej podróży.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Lilli. Zjednoczeni władcy