Na wskroś piękna

Na wskroś piękna

Autorzy: Arael Zurli

Wydawnictwo: Iskry

Kategorie: Biografie Kultura / sztuka Powieść, opowiadanie, poezja Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 27.93 zł

Legendarna już za życia. Inteligentna i wrażliwa artystka, niekwestionowana królowa polskich desek teatralnych. Debiutowała na prowincjonalnych galicyjskich scenach, by pełnię swego talentu zaprezentować przed publicznością za Oceanem. Helena Modrzejewska do dziś w równym stopniu zachwyca, co intryguje: czy była nieślubną córką księcia Władysława Sanguszki? Jej fascynujące życie, rozpięte pomiędzy dwa kontynenty, Europę i Amerykę, pełne jest zagadek, domysłów i mitów. Na wskroś piękna, na wskroś tajemnicza.

WARSZAWA 2018

Opracowanie graficzne: Andrzej Barecki

Redakcja: Katarzyna Wójcik

Korekta: Jolanta Spodar

Na obwolucie wykorzystano portret Heleny Modrzejewskiej

namalowany przez Tadeusza Ajdukiewicza w 1880 roku

Źródła zdjęć: Laski Diffusion/East News;

Archiwum Karlicki/East News; Muzeum Literatury/East News

Copyright © by Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2018

Copyright © by Arael Zurli

Wydanie elektroniczne 2018

ISBN 978-83-244-0502-2

Wydawnictwo ISKRY

al. Wyzwolenia 18

00-570 Warszawa

tel. 22 827 94 15

iskry@iskry.com.pl

www.iskry.com.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

SPIS TREŚCI

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział XII

Rozdział XIII

Rozdział XIV

Rozdział XV

Rozdział XVI

Rozdział XVII

Rozdział XVIII

Rozdział XIX

Rozdział XX

Rozdział XXI

Kalendarium ważniejszych wydarzeń z życia Heleny Modrzejewskiej

Bibliografia

Indeks osób

Silną wolą można wszystko zwalczyć.

HELENA MODRZEJEWSKA

Rozdział I

Kraków płonął. Ulice wokół Rynku zamieniły się w morze huczących płomieni, nad którym górowały wieże mariackie i ostra sylweta kościoła Dominikanów. Ogień trawił Bibliotekę Jagiellońską, Pałac Biskupi, Pałac Wielopolskich, kościoły, kamienice, składy handlowe... Zewsząd buchały kłęby czarnego dymu.

Na Błonia Świętego Sebastiana nadciągali coraz liczniejsi pogorzelcy, w nadchodzącym lipcowym zmierzchu obserwując wysiłki czynione przez ratowników w walce z żywiołem. Wokół leżały sterty ocalałego dobytku, biegały domowe zwierzęta, kobiety głośno się modliły, płakały wystraszone dzieci, lecz dziesięcioletnia Helenka nie zwracała na to wszystko uwagi, nie mogąc oderwać wzroku od pożaru. Urzeczona jego grozą i pięknem zawołała wreszcie: „Jakie to wspaniałe!”.

Wtedy ciotka Teresa z rozmachem uderzyła ją w twarz. Nic dziwnego – rodzina straciła dzisiaj całe swoje mienie.

W pożarze Krakowa, który rozpoczął się 18 lipca 1850 roku i trwał aż dziesięć dni, Józefie Bendowej przepadły dwie kamienice, dzięki którym utrzymywała się razem z piątką dzieci o różnych nazwiskach i siostrą Teresą Goltz. Bendowa prowadziła pierwszą w mieście kawiarnię tylko dla pań, a zajęta osobistym obsługiwaniem gości miała bardzo mało czasu dla rodziny, dlatego dziećmi opiekowała się ciotka Teresa. Helena Jadwiga, urodzona 12 października 1840 roku, należała do najmłodszych; w dwa lata po niej urodziła się Józia, a później jeszcze jedna dziewczynka, zmarła w niemowlęctwie. Braci było czterech: Józef, Feliks, Szymon, Adolf.

Dlaczego dzieci nosiły różne nazwiska? To dość skomplikowana sprawa. Pani Józefa z domu Mizel (Misel) była wdową po uszlachconym kupcu o nazwisku Benda, z którym miała trzech starszych chłopców. Córki przyszły na świat z nieślubnego związku z urzędnikiem miejskim Michałem Opidem, mającym już żonę i syna Adolfa – jak widzimy, nie rodzonego, lecz przybranego brata Helenki. Obie dziewczynki, noszące panieńskie nazwisko matki, czyli Mizel, nazywane były więc Opidównami. Ich domniemany ojciec zresztą opuścił matkę i wyjechał w rodzinne górskie okolice, gdzie wkrótce zmarł. Był wtedy rok 1845.

Ale żeby to wszystko jeszcze bardziej zagmatwać, wieść gminna przypisywała Helence zupełnie innego ojca, nader niezwykłego. Miał nim być książę Władysław Sanguszko z nieodległych Gumnisk. Plotka? Legenda? Być może. Za to jaka malownicza! Dlatego do księcia Sanguszki jeszcze wrócimy.

Teraz należy zająć się dzieciństwem Heleny Jadwigi, na mocy świadectwa chrztu noszącej nazwisko Benda, lecz w aktach cywilnych pozostającej Mizelówną. Dopóki rodzina była w miarę zamożna, miała środki, aby kształcić dziewczynkę na prywatnej pensji pani Radwańskiej, której dwie córki prowadziły tam nauczanie na całkiem niezłym poziomie. Pożar wszystko zmienił. Jak często bywa w takich wypadkach, pech chciał, że Bendowa o dziesięć dni spóźniła się z zapłaceniem składek za ubezpieczenie kamienic, więc oczywiście nie dostała żadnego odszkodowania. Ponieważ spalony dom nie nadawał się do zamieszkania, rodzina wynajęła kwaterę w innej części miasta. Helenkę posłano do publicznej szkoły sióstr prezentek przy ul. św. Jana.

Jej wiara uległa zachwianiu dwa lata wcześniej, gdy była zaledwie ośmioletnią dziewczynką – w pamiętnym roku 1848. 26 kwietnia wojsko wyszło na ulice, zaś austriacka artyleria ostrzeliwała z Wawelu miasto, więc rodzina Bendów schroniła się do piwnicy, zapomniawszy zabrać z mieszkania dwoje dzieci, Helenkę i Adolfa. Dziesięciolatek, szalejąc z radości, zaciągnął siostrę do najbardziej zagrożonego ostrzałem narożnego pokoju, aby wraz z nim zbierała do fartuszka karabinowe kule, gęsto wpadające przez okna. Gdy wojsko odeszło, dzieci ujrzały przez wyrwę po urwanym granatem balkonie leżącego na ulicy umierającego mężczyznę, którego jakaś kobieta rozpaczliwie usiłowała ratować. Nad tą parą z niezmiennym łagodnym uśmiechem unosiła się figurka Madonny, wmurowana w ścianę przeciwległego domu – figurka, do której Helenka tylekroć się modliła! Dziewczynka nie mogła zrozumieć, dlaczego Matka Boska nie ocaliła tego niewinnego przechodnia przed śmiercią. Za to nieuszkodzona rzeźba do dzisiaj stoi w swojej wnęce.

W domu nienawidzono Austriaków, nazywanych ogólnie Niemcami, tym bardziej że po upadku Wiosny Ludów ich język stał się w szkołach obowiązkowym przedmiotem. U prezentek uczono również francuskiego, poza tym program szkolny nie był skomplikowany: obejmował jeszcze język polski, religię, rysunki oraz historię powszechną i historię naturalną, czyli odpowiednik późniejszych lekcji przyrody. Zakonnice lubiły słuchać deklamacji Helenki, która, pokonując nieśmiałość, wchodziła wtedy na wielki stół w refektarzu. Jej dwaj bracia występowali już wówczas w teatrze: Józef na prowincji, w Stanisławowie, Feliks w Krakowie, więc Adolf z Helenką, pragnąc ich naśladować, wspólnie napisali bardzo romantyczny utwór o greckiej arystokratce i jej ukochanym, po czym wystąpili w tych rolach przed zebranymi w pokoju domownikami i dziećmi sąsiadów. Poczciwa ciotka Teresa popłakała się ze wzruszenia, lecz pani Bendowa orzekła trzeźwo, że udział w podobnym sztuczydle raczej ośmiesza młodocianych aktorów. Obrażona Helenka podarła rękopis, o teatrze jednakże nie przestawała myśleć.

A wyobraźnię miała wspaniałą. Już jako kilkuletnie dziecko przeżywała prawdziwe ekstazy w gotyckim kościele Dominikanów, spadając w imaginacji spod wysokiego sklepienia. Lubiła też łączyć pod światło palce wyprostowanych dłoni i wyobrażać sobie, że to należąca tylko do niej malutka kapliczka z trzema ostrołukami, bramą i oknem przeświecającym w głębi. Ponieważ nie miała w pokoju lustra, ćwiczyła gesty i pozy przed pustą ścianą, ustawiwszy za sobą zapaloną lampę. Cień, który padał na ścianę, dawał jej pojęcie o własnej sylwetce oraz gracji wykonywanych ruchów. Prawdziwy teatr przeżywała tak silnie, że matka starała się oszczędzać jej tego rodzaju wrażeń – jednakże dla artystycznej natury swoistym teatrem był cały Kraków.

Sześćdziesięcioletnia Helena opisuje we wspomnieniach niezwykłe przeżycia związane z krakowskimi obchodami świąt religijnych czy narodowych, piękno ludowych strojów, poezję okolicznej przyrody i zabytkowych budowli, legendy z nimi związane. Nie jest w swych opowieściach odosobniona, bowiem to samo czytamy u Zofii Stryjeńskiej oraz innych krakowian, a choć dzisiejszy Kraków stracił na malowniczości, wciąż pozostaje miastem o niezwykłej atmosferze. Zresztą posłuchajmy Modrzejewskiej: „[Kraków] był mi wszystkim: kołyską, niańką, opiekunem i wychowawcą. Tutaj się urodziłam i tutaj wyrosłam. Tutejsze drzewa i gwiazdy uczyły mnie myśleć. Od tych tutaj łąk i pól usianych dzikimi kwiatami uczyłam się harmonii barw, a tęskny śpiew słowika odzywał się w moich pierwszych marzeniach o miłości i pięknie. Sławny dzwon Zygmunta w katedrze, jego głos dźwięczny i głęboki przyzywał mi w pamięci chlubną przeszłość Polski; organy kościelne mówiły o Bogu i Jego Aniołach; witraże, posągi i ołtarze – o sztuce, o jej znaczeniu i godności”.

Pani Bendowa w miarę swoich zarobków dbała o rozszerzenie edukacji dzieci. Helenka brała u prezentek dodatkowe lekcje francuskiego, w domu uczyła się muzyki, od czasu do czasu chodziła też na płatne lekcje tańca. W języku niemieckim wszystkim dzieciom pomagał pan Gustaw – kolejny ważny bohater tej książki. Nazywał się Gustaw Adolf Sinnmayer, co później sfonetyzowało się na Zimajer. Kim dokładnie był – nie wiadomo, pomimo że znamy kilka podstawowych faktów z jego życiorysu.

Urodził się w roku 1825 w Gródku Jagiellońskim, w spolonizowanej niemieckiej rodzinie, służbę wojskową odbył w Niemczech, konkretnego zawodu nie miał, co zostało skrupulatnie odnotowane w krakowskim spisie ludności. W roku pożaru miasta pojął za żonę zamożną krakowską wdowę, niemal dwukrotnie od siebie starszą, ale dalszych losów tego małżeństwa nie znamy. Jesienią tego samego roku Zimajer pojawił się w domu Bendów jako kolega najstarszego z braci Helenki, Józefa. Pojawił się i natychmiast został bez mała członkiem rodziny. Uczył dzieci znienawidzonego przez nie języka niemieckiego, zaś pani Bendowej pomagał prowadzić kawiarnię oraz załatwiać trudne sprawy związane z odbudową spalonych kamienic. Odbudowa, od początku obciążona jakimś dziwnym pechem, zupełnie się nie wiodła, toteż obydwie posesje zostały w końcu sprzedane. Zimajer zabierał też dzieci do teatru; uczuciowa Helenka po latach wspominała, jak wielkie wrażenie wywarła na niej oglądana wówczas tragedia Schillera Intryga i miłość. Sztukę grano po niemiecku, czym pani Bendowa oczywiście nie była zachwycona, lecz gdy Zimajer roztoczył przed nią obraz korzystnego dla dzieci oswojenia się z językiem, zezwoliła na obejrzenie przedstawienia. Zimajer miał rację: zaraz na drugi dzień Helenka kupiła sobie niedrogie wydanie Schillera i ze słownikiem w ręku przeczytała wszystkie jego dramaty. Nieco później ustawiła w pokoju malutkie metalowe popiersie ukochanego autora.

To właśnie Zimajer wprowadził do domu Bendów zwyczaj głośnego czytania książek. Ponieważ nafta była droga, nie opłacało się oświetlać każdego pomieszczenia; rodzina gromadziła się wokół dużego stołu w jadalni, gdzie kobiety szyły i cerowały, dzieci przynosiły swoje zabawki, a wszyscy słuchali kolejnego odcinka powieści Dickensa, Dumasa ojca czy bardzo modnego Waltera Scotta. Helenka rozczytywała się również w poezji polskich „trzech wieszczów” oraz Bohdana Zaleskiego, zwanego słowikiem Ukrainy.

Matka nie zwalczała poezji, szczególnie polskiej, ale ze wszystkich sił starała się odwieść Helenkę od zamiaru zostania aktorką. W owych czasach nie był to zawód odpowiedni dla kobiety. Pani Bendowa zaplanowała, że jej córka będzie nauczycielką i musi przygotowywać się do egzaminu w tym kierunku. Zdolnej dziewczynie nauka nie sprawiała żadnych trudności, toteż posłusznie przyswajała sobie wiadomości z zakresu historii i matematyki, lecz zarazem pozwoliła, aby brat Feliks zaprowadził ją do Józefy Hubertowej, znanej aktorki krakowskiej sceny. Zdecydował się na to, gdy usłyszał z sąsiedniego pokoju, jak Helenka deklamuje urywki z Marii Antoniego Malczewskiego, bardzo popularnego wówczas poematu o nieszczęśliwej miłości.

Józefę Radzyńską-Hubertową Helenka znała ze sceny, ponieważ wtedy już często chodziła z matką do teatru, jeżeli grano polskie sztuki. Znała – to właściwie za dużo powiedziane. Aktorzy nie stali się jeszcze bożyszczami tłumów, nic nie wiedziano o ich życiu prywatnym, które nikogo nie obchodziło, a jeśli chodzi o grę, tkwili w ciasno ujętym emploi, czyli charakterystycznych dla siebie rolach: amanta, komika, czarnego charakteru, „pierwszej naiwnej” itd. W swoich wspomnieniach Modrzejewska pisze, że nie wiedziano nawet dokładnie, jak dany artysta wygląda, ponieważ scena bynajmniej nie tonęła w potokach światła, a strój i charakteryzacja potrafiły zmienić do niepoznaki. Toteż Helenka mocno się zdziwiła, gdy w przeciętnym mieszczańskim pokoju zobaczyła zajętą robótką chudą damę, zupełnie niepodobną do efektownej piękności w aksamitach i gronostajach, którą zapamiętała ze sceny.

Pani Hubertowa nie sprawiała wrażenia zachwyconej umiejętnościami przedstawionego jej podlotka, ale nie chcąc z góry przesądzać sprawy, dała Helence egzemplarz krótkiej sztuki francuskiego autora z zaleceniem wyuczenia się na pamięć zaznaczonych kwestii. Dziełko nosiło tytuł Papugi naszej babuni, a jego treść była tego rodzaju, że nawet po kilkudziesięciu latach spisująca swe wspomnienia Modrzejewska nie mogła użyć innego określenia niż „idiotyczna”. Ale oceńmy sami, bo to też stanowi smaczek epoki.

Ponieważ tytułową babunię zdradził w młodości ukochany, wychowywała ona swoje dwie wnuczki w ścisłej izolacji od przedstawicieli rodzaju męskiego, bez żadnego pojęcia, że w ogóle istnieją na świecie. Niestety, przypadek spowodował ukazanie się dwóch takich osobników na murze ogrodu otaczającego pustelnię pamiętliwej babuni. Wdali się oni w rozmowę z wnuczkami, które następnie ufnie zapytały babunię, z jakimi to stworzeniami przyszło im mieć do czynienia. Stara dama bez mrugnięcia okiem odpowiedziała: „To były p a p u g i”. Zakończeniem, również w stylu epoki – należałoby dodać: każdej epoki, gdyż widzowie nieodmiennie spragnieni są happy endu – było oczywiście podwójne małżeństwo.

Helenka nauczyła się wprawdzie wymaganych od niej kwestii, ale nie mogła ich wypowiedzieć bez śmiechu, toteż Hubertowa uznała ją za zbyt infantylną, aby kiedykolwiek wystąpiła na prawdziwej scenie. Nie trzeba dodawać, że pani Bendowa przyjęła ten wyrok z nieskrywaną ulgą.

Nie zdawała sobie jednak sprawy, od kogo będzie zależał dalszy bieg wypadków. Swoje własne plany co do Helenki miał już Gustaw Zimajer.

Tutaj trzeba wtrącić, że nie należał on do świetlanych postaci. Choć nie znamy dokładnie jego życiorysu, kładą się na nim cieniem podejrzenia o działalność wręcz kryminalną. Podobno jako pracownik krakowskiego magistratu dopuścił się oszustwa podczas sprzedaży parcel przyfortecznych i nawet siedział za to w więzieniu. A dalsze jego postępki raczej potwierdzają te przypuszczenia, niż je rozwiewają. Ale nie uprzedzajmy wypadków.

Zimajer wymyślił mianowicie, że Helenka powinna zostać niemiecką aktorką. Niemiecką – gdyż w należącym do Austro-Węgier Krakowie przedstawienia odbywały się na zmianę po polsku i po niemiecku i właśnie w tym drugim zespole łatwiej było się wybić. Nieustannie pilnował samokształcenia dziewczyny, znosił jej książki, załatwiał lekcje gry i śpiewu. Ról niemieckich, jak Małgorzata z Fausta czy Ludwika z Intrygi i miłości, bezpłatnie uczył Helenkę aktor nazwiskiem Axtmann, tak ubogi, że kiedyś w trakcie lekcji zemdlał z głodu. Śpiew studiowała przez kilka miesięcy u Franciszka Mireckiego, w prowadzonej przez niego szkole muzycznej.

Nie były to jej jedyne zajęcia, gdyż miała mnóstwo roboty w domu. Matki nie stać było na utrzymywanie stałej służącej, więc tylko dwa razy dziennie przychodziła kobieta do zmywania naczyń i do prania. Przy tylu domownikach wciąż było coś do zeszycia lub zacerowania, w dodatku na kilkunastolatkę spadła opieka nad obłożnie chorą ciotką Teresą i małą brataniczką Stasią, córką jej najstarszego brata Feliksa, który wyjechał z żoną do zaboru rosyjskiego. Dziewczynka była psotna niczym chłopak, toteż nikt poza cierpliwą Helenką nie mógł sobie z nią dać rady. A przecież Helenka musiała jeszcze pomagać w kawiarni! Od czasu pożaru stała się ona dostępna także dla mężczyzn i bardzo wielu młodych klientów przychodziło do lokalu pani Bendowej tylko po to, aby zamówione mleko i kanapki podała im prześliczna kelnerka o melodyjnym głosie.

W wieku kilkunastu lat Helenka była smukła i nadzwyczajnie gibka, gdyż razem z braćmi uprawiała ćwiczenia fizyczne; od nich nauczyła się również pływać, a nawet skakać głową w dół do wody, co jak na kobietę było rzeczą zupełnie niezwykłą. Miała ciemne włosy, wielkie ciemne oczy, które sama określała jako czarne, a regularność jej rysów i proporcje sylwetki sprawiały wrażenie doskonałej harmonii. Nic więc dziwnego, że jej związek z „przyjacielem domu” wkrótce przestał być platoniczny. Według mocno wyidealizowanego, spisywanego w późnym wieku wspomnienia, oboje czytali sagę o Nibelungach, gdy padło pytanie: „Czy zostaniesz moją żoną?”. Udzielona bez namysłu odpowiedź była twierdząca.

Helenka miała wtedy lat najwyżej dziewiętnaście, a biorąc poprawkę na autocenzurę, konieczną ze względów prestiżowo-obyczajowych, mogła być znacznie młodsza. Współcześni komentatorzy na ogół z oburzeniem podkreślają, że Zimajer cynicznie uwiódł nieletnią, aby całkowicie nad nią zapanować. W jakiś sposób tłumaczy to sama „narzeczona”: przez ciągłe obcowanie Gustaw stał się jej równie bliski jak bracia, a wciąż karmiona poezją romantyczna wyobraźnia nadała mu wszelkie cechy idealnego kochanka. O małżeństwie nie mogło być mowy, bo przecież był już żonaty. Ten fakt Modrzejewska w swoich wspomnieniach skrupulatnie pominęła, dla przyzwoitości od początku nazywając Zimajera „panem Modrzejewskim”, choć to nazwisko obydwoje mieli przybrać później, a ślubu nie wzięli nigdy.

[...]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Na wskroś piękna Szkło i brylanty Wojciech Kossak Szatan z papieskiego rodu 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Komeda Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana