Zanim się pojawiłeś

Zanim się pojawiłeś

Autorzy: Jojo Moyes

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 19.83 zł

Lou, energiczna i pogodna dwudziestokilkulatka, ma opinię ekscentryczki. Jej kolekcja wielokolorowych butów wzbudza sensację, niezliczone gafy wywołują pobłażliwy uśmiech u bliskich, a praca w kawiarni wydaje się spełnieniem jej marzeń.

Wszystkich zaskakuje więc, że Lou dostaje posadę opiekunki Willa, bogatego bankiera, który cudem przeżył dramatyczny wypadek, ale zupełnie stracił chęć do życia. Szybko okazuje się, że praca Lou to nie tylko parzenie herbaty i podawanie lekarstw – w rzeczywistości jej zadanie jest dużo ważniejsze. Sytuację komplikuje fakt, że między nią a Willem rodzi się wielkie uczucie, które na zawsze odmieni życie obojga.

 

Czytelniczki na całym świecie uznały Zanim się pojawiłeś za jedną z najzabawniejszych i zarazem najbardziej poruszających powieści ostatnich lat. Wielkim sukcesem był także oparty na książce film z Emilią Clarke i Samem Claflinem w rolach głównych.

 

Pierwsza książka bestsellerowego cyklu Jojo Moyes o Lou Clark.

#CzytamMoyes

Charlesowi, z miłością

Podziękowania

Dziękuję swojej agentce Sheili Crowley z Curtis Brown i redaktorce Mari Evans z Penguin UK. Obie natychmiast dostrzegły w tej książce to, czym naprawdę jest: historię o miłości.

Szczególne podziękowania składam Maddy Wickham, która zachęcała mnie do pracy w chwili, gdy nie byłam pewna, czy potrafię ani czy powinnam pisać.

Chciałabym podziękować fantastycznym redaktorkom Pameli Dorman i Julie Miesionczek z Penguin USA oraz Clare Ferraro, szefowej Viking, która bardzo wspierała tę książkę. Dziękuję też Louise Moore, Clare Ledingham i Shân Morley Jones z Penguin UK.

Dziękuję wspaniałemu zespołowi w Curtis Brown, zwłaszcza Jonny’emu Gellerowi, Tally’emu Garnerowi, Katie McGowan, Alice Lutyens i Sarah Lewis za ich entuzjazm i doskonałą pracę.

Jestem ogromnie wdzięczna wszystkim członkom forum Writersblock – mojego prywatnego fight clubu, w którym nie stosuje się przemocy.

Dziękuję też Indii Knight, Samowi Bakerowi, Emmie Beddington, Trish Deseine, Alex Heminsley, Jess Ruston, Sali Hughes, Tarze Manning i Fanny Blake.

Dziękuję Lizzie i Brianowi Sandersom oraz Jimowi, Bei i Clemmie Moyesom. Ale najbardziej jak zwykle dziękuję Charlesowi, Saskii, Harry’emu i Lockiemu.

Prolog

2007

Gdy on wychodzi z łazienki, ona już nie śpi, siedzi oparta o poduszki i przegląda katalogi biur podróży, które leżały obok łóżka. Ma na sobie jedną z jego koszulek, a na widok jej długich, potarganych włosów od razu przypomina mu się poprzednia noc. Mężczyzna stoi, rozkoszując się tym przelotnym wspomnieniem, i wyciera głowę ręcznikiem.

Kobieta odrywa wzrok od katalogu i robi nadąsaną minkę. Jest już chyba trochę zbyt dorosła na nadąsane minki, ale spotykają się od niedawna, więc nadal wydaje mu się to urocze.

– Naprawdę musimy robić coś, co ma związek z wędrówkami po górach albo wiszeniem nad wąwozami? To nasze pierwsze wspólne wakacje, a nie widzę tu dosłownie żadnej wycieczki, która nie obejmowałaby skakania z niebezpiecznej wysokości albo – udaje, że się wzdryga – noszenia polaru.

Rzuca katalogi na łóżko i przeciąga się, unosząc opalone ręce. Ma ochrypły głos świadczący o niewyspaniu.

– Może wybralibyśmy się do luksusowego spa na Bali? Leżelibyśmy na piasku… Rozpieszczaliby nas godzinami… Wieczory byłyby długie i odprężające…

– Nie nadaję się na tego rodzaju wyjazdy. Muszę coś robić.

– Na przykład skakać z samolotów.

– Nie krytykuj, dopóki nie spróbujesz.

Kobieta robi niezadowoloną minę.

– Jeśli pozwolisz, zostanę przy krytykowaniu.

Koszula przylegająca do jego skóry jest lekko wilgotna. Mężczyzna przeczesuje włosy grzebieniem i włącza komórkę, krzywiąc się na widok listy wiadomości, która natychmiast pojawia się na małym wyświetlaczu.

– No tak – mówi. – Muszę już iść. Zrób sobie śniadanie. – Pochyla się, żeby ją pocałować. Czuje od niej ciepło, zapach perfum i coś bardzo seksownego. Wdycha tę woń z jej włosów i na chwilę zapomina o esemesach, bo jej ramiona oplatają jego szyję i ciągną w stronę łóżka.

– Ale wyjeżdżamy w ten weekend?

Niechętnie wyswobadza się z jej uścisku.

– Wszystko zależy od tej transakcji. Na razie nic nie jest pewne. Możliwe, że będę musiał polecieć do Nowego Jorku. Tak czy inaczej, zjedzmy razem kolację w jakimś miłym miejscu mniej więcej w czwartek. Sama wybierz restaurację. – Sięga po skórzaną kurtkę motocyklową wiszącą na drzwiach.

Kobieta mruży oczy.

– Kolację. Z panem BlackBerry czy bez niego?

– Co?

– Przy panu BlackBerry czuję się jak piąte koło u wozu. – Znowu robi nadąsaną minkę. – Jakby cały czas był z nami ktoś, kto zabiega o twoją uwagę.

– Wyłączę dźwięk.

– Willu Traynorze! – beszta go. – Chyba czasami możesz wyłączyć komórkę.

– Wyłączyłem ją wczoraj wieczorem, prawda?

– Musiałam zastosować przymus bezpośredni.

Mężczyzna się uśmiecha.

– Więc tak to się teraz nazywa?

Wkłada spodnie. I Lissa wreszcie traci władzę nad jego wyobraźnią. Mężczyzna zarzuca na ramię skórzaną kurtkę i wychodząc, posyła kobiecie całusa.

W komórce czekają dwadzieścia dwie wiadomości, pierwsza z nich przyszła z Nowego Jorku o 3.42 w nocy. Jakiś problem natury prawnej. Will zjeżdża windą do podziemnego parkingu, starając się nadrobić zaległości.

– Dzień dobry, panie Traynor.

Ochroniarz wychodzi z budki. Została ocieplona, mimo że garaż jest ogrzewany. Will czasami się zastanawia, co ten człowiek robi tu, na dole, w środku nocy, patrząc w monitory telewizji przemysłowej i na błyszczące zderzaki kosztujących sześćdziesiąt tysięcy funtów samochodów, które nie mają szansy się ubrudzić.

Powoli wkłada skórzaną kurtkę.

– Jaką mamy dziś pogodę, Mick?

– Paskudną. Leje jak z cebra.

Will przystaje.

– Naprawdę? Lepiej nie jechać motorem?

Mick kręci głową.

– Lepiej nie. Chyba że ma pan przy nim ponton. Albo życie panu niemiłe.

Will wpatruje się w motocykl, a następnie zdejmuje kurtkę. Wbrew temu, co myśli Lissa, nie jest człowiekiem lubiącym podejmować niepotrzebne ryzyko. Wkłada kurtkę do skrzynki przy motorze, zamyka ją i rzuca kluczyk Mickowi, który łapie go zgrabnie jedną ręką.

– Wsuń mi go pod drzwi, dobrze?

– Nie ma sprawy. Złapać panu taksówkę?

– Nie. Nie ma sensu, żebyśmy obaj mokli.

Mick wciska przycisk otwierający automatyczny szlaban i Will wychodzi, unosząc rękę w geście podziękowania. Poranek jest ciemny i wokół słychać grzmoty. Ruch uliczny w środkowym Londynie już zgęstniał i spowolnił, mimo że minęło dopiero wpół do ósmej. Mężczyzna stawia kołnierz i rusza ulicą w stronę skrzyżowania, na którym są największe szanse na złapanie taksówki. Asfalt lśni od wody, szare światło odbija się w kałużach na chodniku.

Klnie w duchu na widok innych ludzi w garniturach czekających przy krawężniku. Odkąd to cały Londyn wstaje o tak wczesnej porze? Pewnie wszyscy zadają sobie to pytanie.

Zaczyna się zastanawiać, gdzie najlepiej się ustawić, i wtedy dzwoni jego komórka. To Rupert.

– Już jestem w drodze. Właśnie próbuję złapać taryfę. – Kątem oka zauważa taksówkę z pomarańczowym światełkiem nadjeżdżającą po drugiej stronie ulicy, i rusza w jej stronę, mając nadzieję, że nikt inny jej nie zauważył. Autobus mija go z głośnym warkotem, a za nim przejeżdża ciężarówka z piszczącymi hamulcami, które na chwilę go ogłuszają, tak że nie słyszy, co mówi Rupert. – Nie słyszę cię, Rupe – przekrzykuje uliczny hałas. – Powtórz. – Na moment przystaje na wysepce, pojazdy mijają go jak rzeka, widzi pomarańczowe światełko, podnosi wolną rękę i ma nadzieję, że kierowca zauważy go w ulewnym deszczu.

– Musisz zadzwonić do Jeffa w Nowym Jorku. Jeszcze nie śpi, czeka na twój telefon. W nocy usiłowaliśmy się z tobą skontaktować.

– Co się stało?

– Problem natury prawnej. Dwie klauzule, które forsują… w części… podpisy… dokumenty… – Przejeżdżający samochód zagłusza Ruperta, koła syczą na mokrej nawierzchni.

– Nie słyszę.

Taksówkarz go zauważył. Zwalnia po drugiej stronie ulicy, lekko rozbryzgując kałuże. Kawałek dalej Will zauważa biegnącego mężczyznę, który zwalnia rozczarowany, widząc, że nie dotrze do taksówki wcześniej. Willa powoli ogarnia poczucie zwycięstwa.

– Słuchaj, powiedz Cally, żeby położyła wszystkie dokumenty na moim biurku – krzyczy. – Będę za dziesięć minut.

Rozgląda się, po czym pochyla głowę i pokonuje biegiem ostatnie kilka metrów w stronę taksówki, mając już w ustach słowo „Blackfriars”. Deszcz przedostaje się przez szczelinę między kołnierzem marynarki a koszulą. Zanim dotrze do biura, będzie zupełnie przemoknięty, mimo że pokonał pieszo tak krótki dystans. Mógł od razu wysłać sekretarkę po suchą koszulę.

– I zanim przyjdzie Martin, musimy rozpracować kwestię należytej staranności…

Will podnosi głowę, słysząc pisk hamulców, nieuprzejme wycie klaksonu. Widzi przed sobą bok czarnej błyszczącej taksówki – kierowca już opuszcza szybę – ale kątem oka zauważa coś, czego w pierwszej chwili nie rozpoznaje, co zbliża się z niezwykłą prędkością.

Odwraca się i w ułamku sekundy uświadamia sobie, że stoi temu czemuś na drodze, że nie zdąży uciec. Zaskoczony otwiera dłoń, upuszczając blackberry. Słyszy krzyk, być może swój. Ostatnią rzeczą, jaką widzi, jest skórzana rękawica, twarz w kasku, przerażenie w oczach drugiego mężczyzny odzwierciedlający przerażenie, które sam czuje. Następuje eksplozja i wszystko rozpada się na kawałki.

A potem nie ma już nic.

1

2009

Dom dzieli od przystanku autobusowego sto pięćdziesiąt osiem kroków, które jednak mogą się rozciągnąć do stu osiemdziesięciu, jeśli ci się nie spieszy – na przykład jeśli masz na nogach buty na platformie. Skręciłam za róg, wchodząc w naszą ulicę (sześćdziesiąt osiem kroków) i zobaczyłam dom – czteropokojowy bliźniak w rzędzie innych trzy- i czteropokojowych bliźniaków. Samochód taty stał przed budynkiem, co oznaczało, że tata nie pojechał jeszcze do pracy.

Za moimi plecami słońce zachodziło za stortfoldzkim zamkiem, którego ciemny cień zsuwał się ze wzgórza jak topniejący wosk, żeby mnie pochłonąć. Innego dnia mogłabym wam opowiedzieć o przeróżnych przygodach, jakie przydarzyły mi się na tym odcinku: o tym, jak tata nauczył mnie jeździć rowerem bez bocznych kółek, o tym, jak pani Doherty w przekrzywionej peruce piekła nam walijskie ciastka, o tym, jak Treena strąciła gniazdo os w żywopłocie i uciekałyśmy z krzykiem aż do zamku.

Trójkołowy rowerek Thomasa leżał przewrócony na ścieżce i gdy zamykałam za sobą furtkę, zaciągnęłam go pod werandę, po czym otworzyłam drzwi. Ciepło uderzyło we mnie z siłą poduszki powietrznej. Mama cierpi katusze z powodu zimna, więc ogrzewanie działa u nas przez okrągły rok. Tata ciągle otwiera okna, narzekając, że wszyscy przez nią zbankrutujemy. Twierdzi, że nasze rachunki za ogrzewanie są wyższe niż PKB małego afrykańskiego kraju.

– To ty, skarbie?

– Tak. – Powiesiłam kurtkę na kołku, gdzie walczyła o przestrzeń z innymi.

– Która ty? Lou? Treena?

– Lou.

Zajrzałam do salonu. Tata leżał twarzą w dół na kanapie, trzymając rękę głęboko między poduszkami, jakby połknęły ją w całości. Thomas, mój pięcioletni siostrzeniec, przykucnął i obserwował go w skupieniu.

– Lego. – Tata odwrócił się do mnie czerwony z wysiłku. – Nie mam pojęcia, dlaczego te przeklęte klocki muszą być takie małe.

– Gdzie jest mama?

– Na górze. Czy nie byłoby lepiej, gdyby każdy klocek ważył kilogram?

Podniosłam głowę i usłyszałam znajome skrzypienie deski do prasowania. Josie Clark, moja mama, nigdy nie odpoczywała. Poczytywała to sobie za punkt honoru. Słynęła z tego, że stoi na zewnątrz na drabinie i maluje ramy okien, co jakiś czas przerywając pracę, żeby komuś pomachać, podczas gdy reszta z nas zajada pieczeń na kolację.

– Spróbujesz znaleźć ten cholerny klocek? Szukam go od pół godziny, a muszę przyszykować się do pracy.

– Idziesz na nocną zmianę?

– No. Już wpół do szóstej.

Spojrzałam na zegarek.

– Właściwie to wpół do piątej.

Wydobył rękę spomiędzy poduszek i mrużąc oczy, spojrzał na zegarek.

– Co robisz w domu tak wcześnie?

Z roztargnieniem pokręciłam głową, jakbym nie zrozumiała pytania, i weszłam do kuchni.

Dziadek siedział na krześle obok okna w kuchni, wpatrując się w sudoku. Lekarz powiedział, że dobrze to wpłynie na jego koncentrację, pomoże mu się skupić po udarze. Byłam chyba jedyną osobą, która zauważyła, że dziadek wypełnia pola tymi liczbami, które akurat przyszły mu do głowy.

– Cześć, dziadku.

Spojrzał na mnie i uśmiechnął się.

– Napijesz się herbaty?

Pokręcił głową i lekko otworzył usta.

– Wolisz coś zimnego?

Przytaknął.

Otworzyłam drzwi lodówki.

– Nie ma soku jabłkowego. – Przypomniałam sobie, że jest za drogi. – Wody?

Kiwnął głową, a gdy podałam mu szklankę, mruknął coś, co prawdopodobnie było podziękowaniem.

Do kuchni weszła mama, niosąc olbrzymi kosz starannie poskładanych upranych rzeczy.

– To twoje? – spytała, machając parą skarpetek.

– Chyba Treeny.

– Tak myślałam. Dziwny kolor. Chyba zafarbowała je fioletowa piżama taty. Wcześnie wróciłaś. Wybierasz się dokądś?

– Nie. – Napełniłam szklankę wodą z kranu i wypiłam ją.

– Przyjdzie dziś Patrick? Dzwonił jakiś czas temu. Miałaś wyłączoną komórkę?

– Mhmm.

– Mówił, że robi rezerwacje na wasz wakacyjny wyjazd. Twój tata widział coś na ten temat w telewizji. Jak się nazywa to miejsce, które wam się spodobało? Ipsos? Kalipsos?

– Skiathos.

– O właśnie. Lepiej dokładnie wszystko sprawdzić. Przez internet. Widzieli coś na ten temat z dziadkiem w wiadomościach w południe. Podobno połowa tych tanich ofert to place budowy i człowiek dowiaduje się o tym dopiero na miejscu. Tato, napiłbyś się herbaty? Lou ci nie zaproponowała? – Nastawiła czajnik, a potem znowu na mnie spojrzała. Być może wreszcie zauważyła, że się nie odzywam. – Wszystko w porządku, kochanie? Wyglądasz strasznie blado. – Wyciągnęła rękę i dotknęła mojego czoła, jakbym miała znacznie mniej niż dwadzieścia sześć lat.

– Chyba nie pojedziemy na wakacje.

Ręka mamy zastygła w bezruchu. Jej spojrzenie miało moc promieni rentgenowskich, którą znałam od czasów dzieciństwa.

– Macie z Patem jakieś problemy?

– Mamo…

– Nie próbuję się wtrącać. Po prostu jesteście ze sobą już bardzo długo. To zupełnie naturalne, że od czasu do czasu sprawy trochę się komplikują. Ja i twój ojciec…

– Straciłam pracę.

Zapadła cisza. Moje słowa wisiały w powietrzu, odciskając się w nim jeszcze długo po tym, jak je wypowiedziałam.

– Co takiego?

– Frank zamyka kawiarnię. Jutro. – Wyciągnęłam rękę z lekko wilgotną kopertą, którą ściskałam przez całą drogę do domu. Przez wszystkie sto osiemdziesiąt kroków od przystanku autobusowego. – Dał mi trzymiesięczną odprawę.

Ten dzień zaczął się jak każdy inny. Nie znam nikogo, kto lubiłby poniedziałkowe poranki, ale osobiście nigdy nic przeciwko nim nie miałam. Lubiłam przychodzić przed czasem do Bułki z Masłem, włączać olbrzymi samowar w kącie, wnosić zostawione na podwórku za budynkiem skrzynki z mlekiem i pieczywem oraz gawędzić z Frankiem, przygotowując się do otwarcia.

Lubiłam duszne, pachnące bekonem ciepło kawiarni, lekkie podmuchy chłodnego powietrza towarzyszące otwieraniu i zamykaniu drzwi, cichy szmer rozmów, a gdy nie było klientów, metaliczne dźwięki radia Franka, które grało sobie w kącie. To nie było modne miejsce – na ścianach wisiały zdjęcia zamku stojącego na wzgórzu, stoliki nadal miały plastikowe blaty, a jeśli pominąć dodanie brownie do tacy ze słodkimi wypiekami, menu nie zmieniło się, odkąd zaczęłam tu pracować.

Najbardziej lubiłam jednak klientów. Hydraulików Keva i Angela, którzy przychodzili prawie codziennie rano i droczyli się z Frankiem, pytając, skąd bierze mięso. Dmuchawcową Damę zawdzięczającą to przezwisko burzy białych włosów, jadającą od poniedziałku do czwartku jajko z frytkami, czytającą darmowe gazety i sączącą dwie filiżanki herbaty. Zawsze starałam się zamienić z nią parę słów. Przypuszczałam, że to jedyne rozmowy, jakie ta staruszka prowadzi w ciągu dnia.

Lubiłam turystów, którzy zaglądali do nas w drodze do zamku albo z powrotem, piszczące dzieci, które wpadały po szkole, stałych klientów z biur po drugiej stronie ulicy oraz fryzjerki Ninę i Cherie znające liczbę kalorii w każdym produkcie oferowanym w Bułce z Masłem. Nie przeszkadzali mi nawet denerwujący klienci, tacy jak ruda kobieta, która prowadziła sklep z zabawkami i co najmniej raz w tygodniu wykłócała się o resztę.

Patrzyłam, jak przy stolikach rodzą się i umierają związki, jak byli małżonkowie przekazują sobie dzieci, widziałam zabarwioną poczuciem winy ulgę rodziców, którzy nie byli w stanie zmierzyć się z gotowaniem posiłków, i skrywaną przyjemność emerytów jedzących coś smażonego na śniadanie. W kawiarni zawsze przewijali się jacyś ludzie i większość z nich zamieniała ze mną kilka słów, żartowała albo rzucała uwagi znad kubków parującej herbaty. Tata zawsze powtarzał, że gadam, co mi ślina na język przyniesie, ale w kawiarni nie miało to znaczenia.

Frank mnie lubił. Był cichy z natury i mówił, że moja obecność ożywia jego kawiarnię. Przypominało to trochę pracę barmanki, ale nie musiałam się użerać z pijakami.

I nagle po południu, gdy pora lunchu dobiegła końca i lokal na chwilę opustoszał, Frank, wycierając ręce w fartuch, wyszedł zza płyty do podgrzewania potraw i odwrócił tabliczkę z napisem ZAMKNIĘTE w stronę ulicy.

Nerwowo wykręcał ścierkę i jeszcze nigdy nie widziałam, żeby był tak skrępowany. Przez chwilę zastanawiałam się, czy przypadkiem ktoś się na mnie nie poskarżył. Skinął, żebym usiadła.

– Louisa, przykro mi – powiedział, gdy już przekazał mi złą wiadomość. – Wracam do Australii. Z moim tatą nie jest za dobrze, a poza tym wszystko wskazuje na to, że właściciel zamku otworzy małą kawiarnię. Moje dni są policzone.

Zdaje się, że siedziałam i patrzyłam na niego z rozdziawionymi ustami. Wtedy podał mi kopertę i odpowiedział na kilka pytań, jeszcze zanim zdążyłam je zadać.

– Nigdy, no wiesz, nie podpisaliśmy oficjalnej umowy ani niczego w tym rodzaju, ale chciałem cię jakoś zabezpieczyć. W środku jest trzymiesięczna odprawa. Jutro zamykamy.

– Trzymiesięczna odprawa! – wybuchnął tata, gdy mama wcisnęła mi do ręki kubek z posłodzoną herbatą. – No, no, bardzo hojny gest, biorąc pod uwagę, że zapieprzała u niego jak wół przez ostatnie sześć lat.

– Bernardzie. – Mama rzuciła mu ostrzegawcze spojrzenie, kiwając głową w stronę Thomasa. Rodzice codziennie opiekowali się nim po szkole, dopóki Treena nie wróciła z pracy.

– Co ona teraz zrobi, do diabła? Powinien był dać jej więcej czasu niż jeden cholerny dzień.

– Po prostu… będzie musiała znaleźć inną pracę.

– Josie, do cholery, tu nie ma innej pracy. Wiesz o tym równie dobrze jak ja. Jesteśmy w samym środku przeklętej recesji.

Mama na chwilę zamknęła oczy, jakby próbowała się uspokoić, po czym powiedziała:

– To bystra dziewczyna. Na pewno coś znajdzie. Ma porządną historię zatrudnienia, prawda? Frank da jej dobre referencje.

– O kuźwa, to cudownie! „Louisa Clark bardzo dobrze smaruje grzanki masłem i po mistrzowsku obsługuje stary dzbanek do herbaty”.

– Dzięki za słowa uznania, tato.

– Tak tylko mówię.

Znałam prawdziwy powód jego niepokoju. Rodzina potrzebowała mojej pensji. Treena marnie zarabiała w kwiaciarni. Mama nie mogła iść do pracy, bo musiała zajmować się dziadkiem, którego emerytura to były grosze. Tata żył w ciągłym strachu o swoją pracę w fabryce mebli. Jego szef od miesięcy przebąkiwał o możliwych zwolnieniach. W domu szeptało się o długach i żonglowało kartami kredytowymi. Dwa lata temu jakiś nieubezpieczony kierowca skasował samochód taty i to wystarczyło, żeby cała chwiejna struktura finansowa naszej rodziny wreszcie runęła. Moje skromne dochody były fundamentem domowego budżetu i dzięki nim mogliśmy jakoś przetrwać kolejne tygodnie.

– Nie wyprzedzajmy faktów. Jutro pójdzie do urzędu pracy i zobaczy, co mają do zaoferowania. Na razie ma dość pieniędzy, żeby jakoś sobie poradzić. – Rozmawiali ze sobą, jakby mnie tam nie było. – Poza tym jest bystra. Jesteś bystra, prawda, kochanie? Może mogłaby pójść na kurs bezwzrokowego pisania na komputerze. Znaleźć jakąś posadę w biurze.

Siedziałam i słuchałam, jak rodzice dyskutują o innych możliwościach zatrudnienia dla osoby z tak ograniczonymi kwalifikacjami. Praca w fabryce, operatorka maszyny, osoba smarująca bułki masłem. Po raz pierwszy tego popołudnia chciało mi się płakać. Thomas przyjrzał mi się dużymi, okrągłymi oczami i w milczeniu podał mi pół rozmiękłego ciastka.

– Dzięki, Tommo – powiedziałam, bezgłośnie poruszając ustami, po czym je zjadłam.

Był w klubie sportowym, tak jak przypuszczałam. Od poniedziałku do czwartku Patrick z regularnością pociągu ćwiczył na siłowni albo biegał w kółko po oświetlonym reflektorami torze.

– Pobiegaj ze mną – wysapał, kiedy się do mnie zbliżył. Wydychane przez niego powietrze przybierało postać bladych obłoczków. – Zostały mi jeszcze cztery okrążenia.

Wahałam się tylko przez chwilę, zanim zaczęłam biec obok niego. Tylko w ten sposób mogłam z nim porozmawiać. Miałam na sobie różowe tenisówki z turkusowymi sznurówkami – jedyne moje buty, które nadawały się do biegania.

Spędziłam dzień w domu, starając się robić coś pożytecznego. Już po mniej więcej godzinie zaczęłam wchodzić mamie w paradę. Mama i dziadek mieli ustalony porządek dnia i moja obecność im przeszkadzała. Tata spał, bo w tym miesiącu chodził do pracy na nocki, i nie wolno było go budzić. Posprzątałam w pokoju, potem usiadłam i oglądałam telewizję ze ściszonym dźwiękiem, a gdy co jakiś czas przypominałam sobie, dlaczego jestem w domu w środku dnia, czułam w piersi najprawdziwszy ból.

– Nie spodziewałem się ciebie – powiedział Patrick.

– Miałam dość siedzenia w domu. Pomyślałam, że moglibyśmy razem coś zrobić.

Spojrzał na mnie z ukosa. Jego twarz pokryła się warstewką potu.

– Skarbie, im szybciej znajdziesz nową pracę, tym lepiej.

– Minęły dopiero dwadzieścia cztery godziny, odkąd straciłam poprzednią. Mogę przez chwilę pobyć trochę markotna i zniechęcona? No wiesz, tylko dzisiaj?

– Lepiej spójrz na to w pozytywny sposób. Wiedziałaś, że nie będziesz tam pracować wiecznie. Człowiek powinien piąć się w górę, podążać naprzód. – Dwa lata temu Patricka uznano w Stortfold za Młodego Przedsiębiorcę Roku i po tym zaszczycie jeszcze nie doszedł do siebie. Zyskał wspólnika, Gingera Pete’a, oferującego trening personalny klientom rozproszonym w promieniu sześćdziesięciu pięciu kilometrów, i dwa opatrzone znakami firmowymi vany na kredyt. – Lou, zwolnienie z pracy może odmienić ludzkie życie. – Spojrzał na zegarek, sprawdzając, w jakim czasie przebiegł ostatnie okrążenie. – Co chciałabyś robić? Mogłabyś się przekwalifikować. Na pewno są jakieś programy dla takich ludzi jak ty.

– Dla takich ludzi jak ja?

– Dla ludzi szukających nowych możliwości. Kim chcesz być? Mogłabyś zostać kosmetyczką. Jesteś dosyć ładna. – Dał mi kuksańca, nie zwalniając kroku, jakby uważał, że powinnam być wdzięczna za komplement.

– Wiesz, jak dbam o urodę. Mydło, woda, od czasu do czasu papierowa torba na głowę.

Patrick zaczynał się irytować.

Coraz bardziej zostawałam w tyle. Nienawidzę biegać. Nienawidziłam Patricka za to, że nie zwolnił.

– Słuchaj… ekspedientka. Sekretarka. Pośredniczka w handlu nieruchomościami. Bo ja wiem… Na pewno jest coś, czym chciałabyś się zajmować.

Nie miał racji. Lubiłam pracę w kawiarni. Lubiłam wiedzieć wszystko, co można było wiedzieć o Bułce z Masłem, lubiłam słuchać o życiu przychodzących do niej ludzi. Było mi tam dobrze.

– Skarbie, nie możesz się nad sobą rozczulać. Musisz przezwyciężyć ten kryzys. Wszyscy najlepsi przedsiębiorcy potrafili odbić się od dna. Jeffrey Archer. Richard Branson. – Poklepał mnie po ramieniu, żebym przyspieszyła.

– Wątpię, żeby Jeffreya Archera kiedykolwiek zwolniono z pracy polegającej na podgrzewaniu ciastek do herbaty. – Brakowało mi tchu. W dodatku miałam na sobie nieodpowiedni stanik. Zatrzymałam się, oparłam dłonie o kolana.

Patrick odwrócił się i zaczął biec tyłem, a jego głos unosił się w nieruchomym, zimnym powietrzu.

– Tak tylko mówię. Prześpij się, włóż elegancki kostium i wybierz się do urzędu pracy. Albo jeśli chcesz, przeszkolę cię i będziemy pracować razem. Wiesz, że to dochodowa branża. I nie przejmuj się wakacjami. Ja zapłacę.

Uśmiechnęłam się do niego.

Posłał mi całusa, a po chwili jego głos odbił się echem po pustym stadionie:

– Będziesz mogła mi oddać, jak już staniesz na nogi.

Pierwszy raz w życiu złożyłam wniosek o zasiłek dla bezrobotnych. Poszłam na czterdziestopięciominutową rozmowę i na wywiad grupowy, podczas którego siedziałam w zbieraninie dwudziestokilkulatków. Połowa z nich miała lekko oszołomioną minę, jaka prawdopodobnie malowała się i na mojej twarzy, a druga połowa tępe, obojętne spojrzenie ludzi, którzy uczestniczyli w tym już zbyt wiele razy. Miałam na sobie coś, co mój tata nazywał moim „cywilnym” ubraniem.

W rezultacie tych starań przeżyłam krótką przygodę z nocną zmianą w zakładzie przetwórstwa drobiu (potem tygodniami śniły mi się koszmary) i dwudniowe szkolenie na „doradczynię do spraw energii elektrycznej dla domu”. Dość szybko zdałam sobie sprawę, że w gruncie rzeczy uczy się mnie, jak otumaniać starszych ludzi, żeby zmienili dostawcę prądu, i oznajmiłam swojemu osobistemu „doradcy”, że nie mogę wykonywać takiej pracy. Nalegał, żebym kontynuowała, więc wymieniłam kilka sposobów, które polecali mi stosować, a wtedy na chwilę zamilkł i zaproponował, żebyśmy (zawsze „my”, choć było oczywiste, że pracy nie ma tylko jedno z nas) spróbowali czegoś innego.

Przez dwa dni pracowałam w barze należącym do fastfoodowej sieci. Odpowiadały mi godziny pracy, byłam w stanie pogodzić się z tym, że od uniformu elektryzują mi się włosy, ale nie potrafiłam trzymać się listy „stosownych odpowiedzi” obejmującej zwroty takie jak „czym mogę dzisiaj służyć?” i „dodajemy do tego duże frytki?”. Podziękowano mi za współpracę, gdy jedna z dziewczyn od pączków przyłapała mnie na dyskutowaniu z czterolatką na temat nierównej wartości darmowych zabawek. Co mogę powiedzieć? To była bardzo bystra czterolatka. Zresztą ja też uważałam, że Śpiące Królewny to słodkie idiotki.

Podczas czwartej rozmowy mój doradca Syed przewijał oferty na ekranie dotykowym, szukając innych „możliwości zatrudnienia”. Nawet on, cechujący się niezłomnym optymizmem człowieka, który potrafi znaleźć pracę najbardziej opornym kandydatom, sprawiał wrażenie lekko zrezygnowanego.

– Hm… Brałaś kiedyś pod uwagę zatrudnienie się w branży rozrywkowej?

– Na przykład w charakterze mima? Albo śpiewaczki operowej?

– Właściwie to nie. Jest zapotrzebowanie na kobietę tańczącą na rurze. Właściwie to na kilka kobiet.

Uniosłam brew.

– Proszę, powiedz mi, że to żart.

– To trzydzieści godzin tygodniowo na zasadzie samozatrudnienia. Zdaje się, że można liczyć na wysokie napiwki. Mówiłaś, że dobrze radzisz sobie z ludźmi. I chyba lubisz… estradowe ubrania. – Spojrzał na moje zielone, połyskliwe rajstopy. Myślałam, że poprawią mi humor. Przy śniadaniu Thomas prawie cały czas nucił mi melodię z Małej Syrenki.

Syed wystukał coś na klawiaturze.

– Co powiesz na „koordynatorkę gorącej linii dla dorosłych”?

Wbiłam w niego spojrzenie.

Wzruszył ramionami.

– Mówiłaś, że lubisz rozmawiać z ludźmi.

– Nie. Nie interesuje mnie też posada półnagiej barmanki. Ani masażystki. Ani operatorki kamery internetowej. Daj spokój, Syed. Chyba jest coś, czym mogłabym się zająć bez obawy, że przyprawię swojego ojca o zawał.

Najwyraźniej zbiło go to z tropu.

– Zostało niewiele możliwości poza pracą w nienormowanych godzinach w handlu detalicznym.

– Chodzi ci o nocne wykładanie towaru na półki? – Rozmawiałam z nim wystarczająco wiele razy, żeby poznać jego język.

– Jest lista oczekujących. Taką pracę biorą zwykle rodzice, bo łatwiej dopasować ją do godzin nauki szkolnej – powiedział przepraszająco. Znowu spojrzał na monitor. – Więc tak naprawdę pozostaje nam tylko pielęgniarstwo środowiskowe.

– Podcieranie tyłków staruszkom.

– Obawiam się, Louiso, że twoje kwalifikacje starczają na niewiele poza tym. Jeśli chcesz się przekwalifikować, z radością wskażę ci odpowiedni kierunek. Jest mnóstwo kursów w ośrodku kształcenia dla dorosłych.

– Przecież już to przerabialiśmy, Syed. Jeśli się zdecyduję, stracę zasiłek, prawda?

– Jeśli nie będziesz mogła podjąć pracy, to tak.

Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu. Spojrzałam na drzwi, przy których stali dwaj krzepcy ochroniarze. Zastanawiałam się, czy znaleźli tę posadę przez urząd pracy.

– Syed, słabo się dogaduję ze starszymi ludźmi. Dziadek mieszka z nami, odkąd miał udar, i jakoś nie potrafię się z nim porozumieć.

– Aha. Więc jednak masz pewne doświadczenie jako opiekunka.

– Niezupełnie. Wszystkim zajmuje się mama.

– Czy twoja mama chciałaby pójść do pracy?

– Zabawne.

– Wcale nie żartuję.

– Miałabym zostać w domu i opiekować się dziadkiem? Nie, dziękuję. Nawiasem mówiąc, on też by tego nie chciał. Nie szukają kogoś do kawiarni?

– Louiso, chyba zostało za mało kawiarni, żeby zagwarantować ci zatrudnienie. Moglibyśmy spróbować w KFC. Może tam poszłoby ci lepiej.

– Dlatego że Kubełek Strips&Bites sprzedawałoby mi się lepiej niż Chicken McNuggets? Wątpię.

– W takim razie chyba będziemy musieli poszukać czegoś dalej od domu.

– Do naszego miasta kursują tylko cztery autobusy. Przecież wiesz. Tak, mówiłeś, żebym wzięła pod uwagę autobus turystyczny, ale zadzwoniłam na dworzec i okazuje się, że ostatni kurs jest o siedemnastej. Poza tym bilet kosztuje dwa razy więcej niż normalny.

Syed opadł na oparcie.

– Louisa, na tym etapie naprawdę muszę podkreślić, że jako osoba w pełni sprawna i zdolna do pracy, chcąc nadal spełniać warunki pobierania zasiłku, powinnaś…

– …wykazać, że staram się zdobyć pracę. Wiem.

Jak miałam mu wytłumaczyć, że bardzo chcę pracować? Nawet sobie nie wyobrażał, jak bardzo tęsknię za swoją dawną pracą. Do niedawna bezrobocie było dla mnie tylko pojęciem monotonnie powtarzanym w wiadomościach w odniesieniu do stoczni albo fabryk samochodów. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że pracy może brakować jak utraconej kończyny – stale, odruchowo. Nie przypuszczałam, że pomijając oczywiste obawy o pieniądze i przyszłość, utrata pracy sprawia, że człowiek czuje się niekompetentny i trochę bezużyteczny. Że trudniej będzie mi się wstawało o poranku niż wtedy, gdy budzik brutalnie wyrywał mnie ze snu. Że mogłabym tęsknić za ludźmi, z którymi pracowałam, bez względu na to, jak niewiele mnie z nimi łączyło. Ani nawet że zacznę przyłapywać się na tym, że idąc główną ulicą, będę się rozglądała w poszukiwaniu znajomych twarzy. Gdy po raz pierwszy zobaczyłam Dmuchawcową Damę przechadzającą się obok sklepów i chyba równie zagubioną jak ja, musiałam zwalczyć impuls, który nakazywał mi podejść do niej i ją uściskać.

Z zadumy wyrwał mnie głos Syeda.

– O. To mogłoby być dobre.

Próbowałam spojrzeć na monitor.

– Właśnie się pojawiło. Dokładnie w tej chwili. Posada opiekunki.

– Mówiłam ci, że nie dogaduję się z…

– Nie chodzi o starszych ludzi. To… posada w domu prywatnym. Szukają kogoś do pomocy i mieszkają jakieś trzy kilometry od ciebie. „Opieka nad niepełnosprawnym mężczyzną i dotrzymywanie mu towarzystwa”. Umiesz prowadzić samochód?

– Tak. Ale czy musiałabym podcierać mu…

– Z tego, co widzę, nie ma tu słowa na temat podcierania tyłka. – Przejrzał informacje na ekranie. – To… człowiek z porażeniem czterokończynowym. Potrzebuje kogoś, kto będzie go karmił i pomagał mu w ciągu dnia. W tego typu pracy często chodzi o towarzyszenie ludziom, gdy chcą gdzieś pojechać, o pomoc w podstawowych czynnościach, których nie są w stanie wykonać samodzielnie. O. Dobrze płacą. To o wiele więcej niż stawka minimalna.

– Pewnie dlatego, że trzeba podcierać tyłek.

– Zadzwonię i dopytam, czy podcieranie wchodzi w rachubę. A jeśli się okaże, że nie, pójdziesz na rozmowę?

Powiedział to tak, jakby to było pytanie.

Ale obydwoje znaliśmy odpowiedź.

Westchnęłam i sięgnęłam po torebkę, szykując się do powrotu do domu.

– Jezu Chryste – powiedział tata. – Wyobrażacie sobie? Wyślą tam naszą Lou, żeby dotrzymywała mu towarzystwa! Jakby wylądowanie na przeklętym wózku nie było wystarczająco okropne.

– Bernardzie! – zbeształa go mama.

Za moimi plecami dziadek chichotał do kubka z herbatą.

2

Nie jestem tępa. Chciałabym, żebyśmy od razu to sobie wyjaśnili. Trudno jednak nie czuć się lekko upośledzoną umysłowo, jeśli dorasta się obok młodszej siostry, która przeskoczyła nie tylko jedną klasę, dostając się do mojej, lecz potem także drugą, lądując o klasę wyżej.

Katrina była pierwsza we wszystkim, co ma jakikolwiek związek z rozumem i inteligencją, mimo że jest ode mnie o półtora roku młodsza. Pierwsza przeczytała każdą książkę, którą kiedykolwiek wzięłam do ręki, wszystko, o czym zdarzyło mi się wspomnieć przy kolacji, ona już wiedziała. Jest jedyną znaną mi osobą, która naprawdę lubi egzaminy. Czasami myślę, że ubieram się tak, jak się ubieram, dlatego że jedyną rzeczą, jakiej Treena nie potrafi, jest właściwe dobieranie ciuchów. To dziewczyna spod znaku swetra i dżinsów. Jej wyobrażenie o elegancji sprowadza się do wyprasowania spodni.

Mój ojciec twierdzi, że mam „charakterek”, dlatego że zwykle mówię pierwszą rzecz, jaka przyjdzie mi do głowy. Matka nazywa mnie „indywidualistką”, czym w uprzejmy sposób wyraża swój brak zrozumienia dla mojego stylu ubierania się.

Pomijając jednak krótki okres, gdy byłam nastolatką, nigdy nie chciałam wyglądać jak Treena czy inne dziewczyny w szkole. Mniej więcej do czternastego roku życia wolałam chłopięce ciuchy, a teraz zwykle ubieram się tak, jak mi się podoba – w zależności od tego, w jakim jestem akurat nastroju. Nie widzę sensu w dążeniu do konwencjonalnego wyglądu. Jestem niska, mam ciemne włosy i według taty twarz elfa. Przy czym wcale nie chodzi mu o „elfią urodę”. Nie jestem brzydka, ale wątpię, żeby ktokolwiek nazwał mnie kiedyś piękną. Brakuje mi wdzięku. Patrick nazywa mnie ślicznotką, gdy chce mnie zaciągnąć do łóżka, ale obydwoje wiemy, o co mu wtedy chodzi. Znamy się od blisko siedmiu lat.

Miałam dwadzieścia sześć lat i nie byłam pewna, kim jestem. Zanim straciłam pracę, w zasadzie nawet się nad tym nie zastanawiałam. Przypuszczałam, że kiedyś wyjdę za Patricka, urodzę gromadkę dzieci, zamieszkam kilka ulic od rodziców. Pomijając egzotyczne upodobania odzieżowe i to, że jestem raczej niska, niewiele różni mnie od ludzi, których mijacie na ulicy. Pewnie nie zaszczycilibyście mnie drugim spojrzeniem. Zwyczajna dziewczyna prowadząca zwyczajne życie. W zasadzie byłam z tego całkiem zadowolona.

– Na rozmowę w sprawie pracy trzeba pójść w kostiumie – upierała się mama. – W dzisiejszych czasach wszyscy są stanowczo zbyt swobodni.

– Bo kostium w prążki jest niezbędny podczas karmienia pacjenta geriatrycznego.

– Nie wymądrzaj się.

– Nie stać mnie na kostium. Co będzie, jeśli nie dostanę tej pracy?

– Możesz włożyć mój. Uprasuję ci do niego jakąś ładną bluzkę. I chociaż raz nie czesz się jak – wskazała moje włosy, które zazwyczaj tworzyły dwa ciemne węzły po bokach głowy – jakaś księżniczka Leia. Po prostu postaraj się wyglądać jak normalny człowiek.

Wiedziałam, że lepiej się z nią nie spierać. Poza tym czułam, że tata został poinstruowany, by nie komentować mojego wyglądu, gdy niezbyt zgrabnym krokiem wychodziłam z domu w za ciasnej spódnicy.

– Pa, kochanie – powiedział i kąciki jego ust lekko zadrgały. – Powodzenia. Wyglądasz bardzo… rzeczowo.

Żenujące było nie to, że miałam na sobie kostium własnej matki, ani to, że jego krój był modny pod koniec lat osiemdziesiątych, ale to, że w zasadzie okazał się na mnie trochę za mały. Czując, jak pasek wpija mi się w brzuch, zasłoniłam go dwurzędową marynarką. Jak mawia tata, nawet na wsuwce do włosów jest więcej tłuszczu niż na mamie.

Podczas krótkiej podróży autobusem czułam lekkie mdłości. Nigdy wcześniej nie byłam na prawdziwej rozmowie w sprawie pracy. Zatrudniłam się w Bułce z Masłem po tym, jak Treena założyła się ze mną, że nie zdołam znaleźć pracy w jeden dzień. Weszłam do środka i najzwyczajniej w świecie spytałam Franka, czy potrzebuje dodatkowej pary rąk. Otworzył kawiarnię akurat tego dnia i wydawał się wręcz oszołomiony wdzięcznością.

Wspominając to teraz, nie byłam w stanie sobie przypomnieć, czy w ogóle rozmawialiśmy o pieniądzach. Zaproponował tygodniówkę, ja się zgodziłam, a on raz w roku oznajmiał, że trochę ją podniósł, zwykle dając mi nieco więcej, niż sama bym poprosiła.

O co właściwie pytają na rozmowach w sprawie pracy? Syed powiedział, że ci ludzie zatrudniają już pielęgniarza, który dba o zaspokojenie „intymnych potrzeb” pacjenta (zadrżałam, słysząc to sformułowanie). Dodał, że obowiązki drugiego opiekuna są na razie „trochę niesprecyzowane”. Wyobraziłam sobie, jak wycieram ślinę cieknącą z ust staruszka, pytając podniesionym głosem: „ZROBIĆ PANU HERBATY?”.

Gdy dziadek zaczął dochodzić do siebie po udarze, początkowo nie był w stanie nic wokół siebie zrobić. Wszystkim zajmowała się mama.

– Twoja matka jest święta – powiedział tata, co zinterpretowałam w ten sposób, że podciera dziadkowi tyłek, zamiast uciekać z krzykiem.

Byłam przekonana, że o mnie nikt by tak nie powiedział. Kroiłam dziadkowi jedzenie i parzyłam mu herbatę, ale do całej reszty raczej nie byłam stworzona.

Dom o nazwie Granta House znajdował się po drugiej stronie zamku Stortfold, niedaleko średniowiecznych murów, przy długim nieutwardzonym odcinku drogi, przy której stały tylko cztery domy i sklep Narodowego Funduszu na rzecz Renowacji Zabytków, wciśnięty w sam środek strefy turystycznej. Przechodziłam obok niego z milion razy, ale nigdy mu się nie przyglądałam. Teraz, mijając parking i tory miniaturowej kolejki, puste i ponure tak, jak potrafią być puste i ponure jedynie letnie atrakcje w lutym, zobaczyłam, że dom jest większy, niż przypuszczałam: miał ściany z czerwonej cegły i dwuskrzydłowe drzwi wejściowe, należał do tego rodzaju domów, jakie widuje się w starych numerach „Country Life” w poczekalni u lekarza.

Szłam po długim podjeździe, starając się nie myśleć o tym, czy ktoś obserwuje mnie przez okno. Długi podjazd stawia człowieka w niekorzystnej sytuacji – od razu wywołuje poczucie niższości. Właśnie się zastanawiałam, czy przypadkiem nie powinnam dygnąć, lecz nagle drzwi się otworzyły, aż podskoczyłam.

Jakaś kobieta, niewiele starsza ode mnie, wyszła na werandę. Miała na sobie białe spodnie i pielęgniarską tunikę, a pod pachą trzymała płaszcz i jakąś teczkę. Mijając mnie, uprzejmie się uśmiechnęła.

– I dziękujemy, że pani przyszła. – Dobiegł mnie czyjś głos ze środka. – Będziemy w kontakcie. O. – Pojawiła się jakaś kobieta, w średnim wieku. Była piękna, miała zadbaną fryzurę będącą zapewne dziełem drogiego fryzjera. Ubrana była w kostium, który, jak się domyślałam, kosztował więcej, niż wynosiła miesięczna pensja mojego taty. – Panna Clark, prawda?

– Louisa. – Pospiesznie wyciągnęłam rękę, tak jak kazała mi mama. Rodzice zgodnie uznali, że w dzisiejszych czasach młodzi ludzie nigdy nie podają ręki. Dawniej nikomu nie przyszłoby do głowy mówić do kogoś „hejka” albo co gorsza przesyłać mu całusy. Ta kobieta nie wyglądała na osobę, która byłaby zadowolona z takiego całusa.

– Tak. Proszę, niech pani wejdzie. – Cofnęła rękę najszybciej, jak to możliwe, ale czułam, że nie odrywa ode mnie wzroku, jakby już poddawała mnie ocenie. – Zechce pani wejść dalej? Porozmawiamy w salonie. Nazywam się Camilla Traynor. – Wydawała się znużona, jakby od rana wypowiadała te słowa wiele razy.

Poszłam za nią przez olbrzymie pomieszczenie z wysokimi oknami tarasowymi. Ciężkie zasłony elegancko zwisały z masywnych mahoniowych karniszy, a na podłodze leżały misternie zdobione perskie dywany. Pachniało woskiem pszczelim i zabytkowymi meblami. Wszędzie stały eleganckie stoliki do kawy, a ich wypolerowane powierzchnie zastawiono dekoracyjnymi pudełkami. Przez chwilę zastanawiałam się, gdzie, na litość boską, Traynorowie stawiają filiżanki z herbatą.

– Więc przyszła tu pani z ogłoszenia zamieszczonego w urzędzie pracy, prawda? Proszę usiąść.

Gdy przeglądała dokumenty z teczki, rozejrzałam się ukradkiem po pokoju. Myślałam, że Granta House będzie trochę przypominał dom spokojnej starości, wszędzie podnośniki i łatwe w czyszczeniu powierzchnie. Kojarzył się jednak raczej z przerażająco drogimi hotelami przesiąkniętymi starymi pieniędzmi i pełnymi wypieszczonych przedmiotów, które wyglądają na cenne same w sobie. Na kredensie stały zdjęcia w srebrnych ramkach, ale były za daleko, żebym mogła dojrzeć twarze. Gdy gospodyni przeglądała dokumenty, przesunęłam się lekko, żeby lepiej widzieć.

I właśnie wtedy usłyszałam charakterystyczny odgłos prujących się szwów. Spojrzałam na dół i zobaczyłam, że dwa kawałki materiału łączące się z boku mojej prawej nogi oderwały się od siebie, a postrzępione fragmenty jedwabnej nici sterczą, tworząc brzydkie frędzle. Poczułam, jak moja twarz oblewa się rumieńcem.

– A zatem… panno Clark… czy ma pani jakieś doświadczenie z porażeniem czterokończynowym?

Odwróciłam się do pani Traynor, wiercąc się, żeby żakiet zasłonił jak największy fragment spódnicy.

– Nie.

– Od dawna opiekuje się pani chorymi?

– Hm… W zasadzie to nigdy tego nie robiłam – powiedziałam, po czym dodałam, jakby w moich uszach rozległ się głos Syeda: – Ale na pewno mogę się nauczyć.

– Wie pani, co to jest tetraplegia?

Zawahałam się.

– To jak… człowiek jest przykuty do wózka?

– Chyba można tak powiedzieć. Istnieją różne postacie tego stanu, ale w tym przypadku mówimy o zupełnej utracie władzy w nogach i o bardzo ograniczonej władzy w rękach. Czy to by pani przeszkadzało?

– Nie tak bardzo jak jemu. – Uśmiechnęłam się, ale twarz pani Traynor nadal była pozbawiona wyrazu. – Przepraszam… Nie chciałam…

– Umie pani prowadzić samochód?

– Tak.

– Ma pani prawo jazdy?

Przytaknęłam.

Camilla Traynor odhaczyła coś na swojej liście.

Rozdarcie się powiększało. Widziałam, jak nieubłaganie pełznie w górę uda. Jeśli tak dalej pójdzie, pomyślałam, za chwilę będę wyglądała jak tancerka rewiowa z Vegas.

– Dobrze się pani czuje? – Pani Traynor znów mi się przyglądała.

– Po prostu trochę mi za ciepło. Nie będzie pani miała nic przeciwko temu, że zdejmę żakiet? – Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, płynnym ruchem zdjęłam z siebie żakiet i przewiązałam się nim w talii, zasłaniając rozdarcie spódnicy. – Bardzo tu gorąco – dodałam, uśmiechając się do niej. – No wie pani, jeśli przed chwilą weszło się z dworu.

Na ledwie zauważalną chwilę zastygła, po czym skupiła się z powrotem na dokumentach.

– Ile ma pani lat?

– Dwadzieścia sześć.

– I w poprzednim miejscu przepracowała pani sześć.

– Tak. Gdzieś tam powinna być kopia moich referencji.

– Mm… – Pani Traynor uniosła ją i zmrużyła oczy. – Pani poprzedni pracodawca napisał, że jest pani „osobą serdeczną, rozmowną i mającą ożywczy wpływ na otoczenie”.

– Tak, zapłaciłam mu za to.

Znowu ta twarz pokerzysty.

O cholera, pomyślałam.

Czułam, że ta kobieta poddaje mnie analizie. Niekoniecznie życzliwej. Nagle koszula mamy wydała mi się tania, syntetyczne włókna lśniły w słabym świetle. Powinnam była włożyć najzwyklejsze spodnie i koszulkę. Cokolwiek, byle nie ten kostium.

– Dlaczego odchodzi pani z pracy, w której najwyraźniej tak wysoko panią cenią?

– Frank, właściciel, sprzedał kawiarnię. To ten lokal u stóp zamku. Bułka z Masłem. Z radością pracowałabym tam dalej.

Pani Traynor pokiwała głową – albo dlatego, że nie czuła potrzeby, by cokolwiek dodawać, albo dlatego, że sama też z radością by mnie tam odesłała.

– A co zamierza pani zrobić ze swoim życiem?

– Słucham?

– Ma pani jakieś ambicje zawodowe? Czy to byłby dla pani krok na drodze do czegoś innego? Ma pani jakieś marzenia, które chciałaby pani spełnić?

Patrzyłam na nią z tępym wyrazem twarzy.

Czy to było podchwytliwe pytanie?

– No… w zasadzie to nie wybiegam myślami aż tak daleko. Straciłam pracę, więc… – przełknęłam ślinę – chcę po prostu znaleźć nową.

Zabrzmiało to słabo. Kto przychodzi na rozmowę w sprawie pracy, nie mając pojęcia, co chce robić? Mina pani Traynor wskazywała, że ona też się nad tym zastanawia.

Odłożyła pióro.

– Zatem, panno Clark, dlaczego powinnam zatrudnić panią, zamiast, powiedzmy, poprzedniej kandydatki, która ma kilkuletnie doświadczenie w pracy z osobami z porażeniem czterokończynowym?

Spojrzałam na nią.

– Hm… szczerze? Nie wiem. – Nie wywołało to żadnej reakcji, więc dodałam: – Pewnie wszystko zależy od pani.

– Nie potrafi pani podać ani jednego powodu, dla którego powinnam panią zatrudnić?

Nagle przed oczami stanęła mi twarz matki. Perspektywa powrotu do domu w porwanym kostiumie i kolejnej porażki w staraniach o pracę była ponad moje siły. W dodatku płacono tu więcej niż dziewięć funtów za godzinę.

Wyprostowałam się.

– No… szybko się uczę, nigdy nie choruję, mieszkam po drugiej stronie zamku i jestem silniejsza, niż wyglądam… Wystarczająco silna, żeby pomagać pani mężowi…

– Mojemu mężowi? Nie chodzi o opiekę nad moim mężem. Chodzi o mojego syna.

– O pani syna? – Zamrugałam. – Hm… nie boję się ciężkiej pracy. Dogaduję się ze wszystkimi ludźmi i… parzę cholernie dobrą herbatę. – Plotłam trzy po trzy. Wiadomość, że chodzi o jej syna, wytrąciła mnie z równowagi. – Mój tata uważa, że nie jest to żadna szczególna umiejętność. Ale z mojego doświadczenia wynika, że filiżanka porządnej herbaty potrafi rozwiązać prawie każdy problem…

W spojrzeniu pani Traynor było coś dziwnego.

– Przepraszam – wykrztusiłam, gdy zdałam sobie sprawę, co przed chwilą palnęłam. – Nie sugeruję, że to coś… to porażenie poprzeczne… czy raczej czterokończynowe… pani syna… można wyleczyć filiżanką herbaty.

– Powinna pani wiedzieć, panno Clark, że to nie jest umowa na stałe. Najwyżej na pół roku. To dlatego wynagrodzenie jest… współmierne. Zależy nam na zatrudnieniu odpowiedniej osoby.

– Proszę mi wierzyć, po kilku zmianach w zakładzie przetwórstwa drobiu nawet pół roku pracy w Guantánamo wydaje się atrakcyjne.

Och, zamknij się, Louisa. Przygryzłam wargę.

Wyglądało jednak na to, że pani Traynor w ogóle mnie nie słucha. Zamknęła teczkę.

– Mój syn Will został ranny w wypadku drogowym prawie dwa lata temu. Wymaga stałej opieki, którą w większości zapewnia mu specjalnie przeszkolony pielęgniarz. Niedawno wróciłam do pracy i będziemy potrzebowali opiekunki, która dotrzyma Willowi towarzystwa w ciągu dnia, pomoże mu w jedzeniu i piciu. Ogólnie rzecz biorąc, zapewni dodatkową pomoc i dopilnuje, żeby nic mu się nie stało. – Camilla Traynor spuściła wzrok na kolana. – To niezwykle ważne, żeby Will miał przy sobie kogoś, kto rozumie, jak odpowiedzialne jest to zadanie.

Wszystko, co mówiła, nawet sposób, w jaki kładła nacisk na słowa, zdawał się sugerować, że jestem głupia.

– Rozumiem. – Sięgnęłam po torebkę.

– Więc chciałaby pani tę posadę?

Tak bardzo mnie zaskoczyła, że początkowo nie byłam pewna, czy się nie przesłyszałam.

– Słucham?

– Chcielibyśmy, żeby zaczęła pani jak najszybciej. Będziemy pani płacili raz w tygodniu.

Na chwilę odebrało mi mowę.

– Woli pani mnie niż… – zaczęłam.

– Godziny pracy są dość długie: od ósmej rano do piątej, czasami dłużej. Nie ma przerwy obiadowej jako takiej, ale w porze lunchu przychodzi Nathan, stały pielęgniarz Willa, i wtedy będzie pani miała wolne pół godziny.

– Nie potrzebują państwo kogoś z doświadczeniem… medycznym?

– Will ma zapewnioną wszelką pomoc lekarską, jaką jesteśmy w stanie mu zaoferować. Potrzebujemy raczej kogoś pełnego wigoru… i pogodnego. Jego życie jest teraz… skomplikowane i mój syn potrzebuje zachęty, żeby… – Umilkła, wpatrując się w coś za oknem tarasowym. W końcu się do mnie odwróciła. – Cóż, powiedzmy po prostu, że jego stan psychiczny jest dla nas równie ważny jak fizyczny. Rozumie pani?

– Chyba tak. Czy mam… nosić jakiś uniform?

– Nie. Zdecydowanie nie. – Spojrzała na moje nogi. – Ale chyba byłoby lepiej, gdyby ubierała się pani… trochę skromniej.

Spojrzałam na dół i zobaczyłam, że żakiet podsunął się do góry, odsłaniając spory kawałek nagiego uda.

– To… Przepraszam. Puścił szew. Tak naprawdę ten kostium jest pożyczony.

Ale pani Traynor chyba już mnie nie słuchała.

– Kiedy pani zacznie, wszystko wyjaśnię. Ostatnio przebywanie w pobliżu Willa bywa trudne. Ta praca będzie wymagała odporności psychicznej w równym stopniu co… ewentualnych kompetencji zawodowych. No tak. Więc widzimy się jutro?

– Jutro? Nie chce pani… Nie chce pani, żebym go poznała?

– Will ma dziś kiepski dzień. Chyba będzie lepiej, jeśli zaczniemy jutro.

Wstałam, uświadamiając sobie, że pani Traynor już czeka, żeby odprowadzić mnie do drzwi.

– Tak – powiedziałam, zasłaniając się żakietem mamy. – Hm. Dziękuję. Do zobaczenia jutro o ósmej.

Mama wkładała ziemniaki na talerz taty. Włożyła dwa, on zripostował, zdejmując z półmiska trzeci i czwarty. Zablokowała jego kolejny ruch, przekładając ziemniaki z powrotem na półmisek, i w końcu trzepnęła go po knykciach łyżką, gdy znowu po nie sięgnął. Wokół małego stołu siedzieli moi rodzice, siostra z Thomasem, dziadek i Patrick – który zawsze przychodził w środę na obiad.

– Tatusiu – zwróciła się do dziadka mama. – Chciałbyś, żeby ktoś pokroił ci mięso? Treeno, pokroisz dziadkowi mięso?

Treena przechyliła się do dziadka i zaczęła z wprawą kroić jego porcję. Wcześniej zrobiła to samo dla Thomasa siedzącego po jej drugiej stronie.

– Jak źle jest z tym człowiekiem, Lou?

– Nie może być dobrze, skoro zamierzają do niego dopuścić naszą córkę – zauważył tata. Za moimi plecami grał telewizor, żeby tata i Patrick mogli oglądać mecz. Od czasu do czasu zastygali w bezruchu i wpatrzeni w jakiś punkt obok mnie, na chwilę przestawali poruszać szczękami, obserwując udane podanie albo sytuację podbramkową.

– Myślę, że to wspaniała szansa. Będzie pracowała w jednym z tych dużych domów. U porządnej rodziny. To ludzie z wyższych sfer, kochanie?

Na naszej ulicy „wyższe sfery” oznaczały każdego, kto nie miał w rodzinie kogoś objętego prewencyjnym zakazem sądowym dotyczącym zachowań antyspołecznych.

– Chyba tak.

– Mam nadzieję, że przećwiczyłaś dyganie – powiedział z uśmiechem tata.

– Poznałaś go? – Treena przechyliła się w bok, żeby Thomas nie strącił łokciem swojego soku. – Tego kalekę. Jaki on jest?

– Poznam go jutro.

– W każdym razie to trochę dziwne. Będziesz z nim spędzała całe dni. Dziewięć godzin. Będziesz go widywała częściej niż Patricka.

– O to akurat nietrudno – powiedziałam.

Siedzący naprzeciwko mnie Patrick udał, że nie słyszy.

– Ale za to nie będziesz musiała się przejmować napastowaniem seksualnym, co? – wtrącił tata.

– Bernardzie! – oburzyła się mama.

– Mówię tylko to, co każdy myśli. To chyba najlepszy szef, jakiego można sobie wymarzyć dla swojej dziewczyny, co, Patrick?

Patrick się uśmiechnął. Był akurat zajęty odmawianiem ziemniaków mimo usilnych starań mojej mamy. W tym miesiącu nie jadł węglowodanów, bo przygotowywał się do maratonu na początku marca.

– Wiesz, tak się zastanawiałam… Będziesz musiała się nauczyć języka migowego? No bo skoro on nie jest w stanie się komunikować, skąd będziesz wiedziała, czego chce?

– Mamo, ta kobieta wcale nie powiedziała, że on nie mówi. – Tak naprawdę nie mogłam sobie przypomnieć, co dokładnie usłyszałam od pani Traynor. Nadal byłam w lekkim szoku, że ostatecznie dostałam tę pracę.

– Może porozumiewa się za pomocą któregoś z tych urządzeń. Tak jak ten cały naukowiec. Ten z Simpsonów.

– Frajer – powiedział Thomas.

– Nie – powiedział tata.

– Stephen Hawking – podsunął Patrick.

– Więc to twoja wina – powiedziała mama, popatrując oskarżycielsko na Thomasa i tatę. Tym spojrzeniem mogłaby kroić steki. – To ty uczysz go brzydkich wyrazów.

– Wcale nie. Nie wiem, skąd je zna.

– Frajer – powiedział Thomas, patrząc prosto na swojego dziadka.

Treena się skrzywiła.

– Chyba bym oszalała, gdyby mówił do mnie przez takie pudełko. Wyobrażacie to sobie? „Po-daj-mi-szklan-kę-wo-dy” – przesylabizowała.

Mądrala – ale nie aż tak mądra, żeby nie dać zrobić sobie dziecka, jak czasami mamrotał tata. Jako pierwsza osoba z naszej rodziny poszła na studia, z których musiała zrezygnować na ostatnim roku, gdy pojawił się Thomas. Mama i tata nadal żywili nadzieję, że pewnego dnia przyniesie rodzinie fortunę. Albo chociaż będzie pracowała w miejscu wyposażonym w recepcję, w której nie ma monitora telewizji przemysłowej. Zadowoliłyby ich oba scenariusze.

– Dlaczego jeżdżenie na wózku miałoby oznaczać, że mówi jak robot? – spytałam.

– W każdym razie będziesz musiała się do niego zbliżyć. W najgorszym razie wycierać mu usta, podawać napoje i takie tam.

– No i? Przecież to nie fizyka kwantowa.

– Powiedziała kobieta, która założyła Thomasowi pieluchę na lewą stronę.

– Tylko raz.

– Dwa razy. A przewijałaś go trzy.

Nałożyłam sobie fasolki szparagowej, starając się wyglądać na większą optymistkę, niż się czułam.

Jednak już kiedy jechałam autobusem do domu, w głowie zaczęły mi się kłębić te same myśli. O czym będziemy rozmawiać? A jeśli przez cały dzień będzie się na mnie gapił i kołysał głową? Czy się wystraszę? A jeśli nie zrozumiem, czego ode mnie chce? Słynęłam z tego, że nie potrafię się niczym opiekować: nie mieliśmy już w domu ani roślin doniczkowych, ani zwierząt – po katastrofach z udziałem chomika, patyczaków i złotej rybki o imieniu Randolph. I czy ta jego sztywna matka zamierzała często kręcić się w pobliżu? Wolałam nie być pod ciągłą obserwacją. Pani Traynor sprawiała wrażenie kobiety, której spojrzenie zmienia zręczne dłonie w dwie lewe ręce.

– Patrick, a ty co o tym wszystkim myślisz?

Patrick pociągnął duży łyk wody i wzruszył ramionami.

Deszcz bębnił w szyby w oknach, ledwie słyszalny pośród brzęku talerzy i sztućców.

– To dobre pieniądze, Bernardzie. W każdym razie lepsze niż za pracę na nocną zmianę w zakładzie przetwórstwa drobiu.

Przy stole dały się słyszeć potakujące pomruki.

– No tak, to bardzo wymowne, że jedyna dobra rzecz, jaką jesteście w stanie powiedzieć o mojej nowej pracy, to to, że jest lepsza niż przerzucanie martwych kurczaków w dawnym hangarze lotniczym – powiedziałam.

– W wolnych chwilach możesz zadbać o formę i wpadać do Patricka na trening personalny.

– Zadbać o formę. Dzięki, tato. – Zamierzałam sięgnąć po kolejnego ziemniaka, ale się rozmyśliłam.

– A dlaczego nie? – Mama wyglądała, jakby za chwilę miała usiąść. Wszyscy na chwilę zamarli… ale nie, znowu była na nogach i nakładała dziadkowi jakiegoś sosu. – W przyszłości warto mieć to na uwadze. Przecież nie można ci odmówić łatwości wysławiania się.

– Raczej łatwości otłuszczania się – prychnął tata.

– Właśnie zdobyłam pracę – powiedziałam. – Nawiasem mówiąc, lepiej płatną niż poprzednia.

– Ale tylko tymczasową – wtrącił Patrick. – Twój tata ma rację. Warto by było, żebyś popracowała nad kondycją. Gdybyś trochę się postarała, byłabyś dobrym trenerem personalnym.

– Ale ja nie chcę być trenerem personalnym. Nie podoba mi się… całe to… podskakiwanie. – Bezgłośnie poruszając ustami, obrzuciłam Patricka przekleństwem, a on tylko się uśmiechnął.

– Lou woli pracę, w której można leżeć do góry brzuchem i całymi dniami oglądać telewizję, karmiąc przez słomkę jakiegoś starego weterana – powiedziała Treena.

– Tak. Bo przekładanie przywiędłych dalii z wiadra do wiadra wymaga znacznie większego wysiłku fizycznego i umysłowego, prawda, Treen?

– Tylko się z tobą przekomarzamy, kochanie. – Tata sięgnął po kubek z herbatą. – To wspaniale, że dostałaś pracę. Już teraz jesteśmy z ciebie dumni. I nie przejmuj się, że popracujesz tam tylko pół roku. Założę się, że kiedy już zaczepisz się w tym dużym domu, ci frajerzy nie będą chcieli cię wypuścić.

– Frajerzy – powtórzył Thomas.

– To nie ja – powiedział tata, wracając do jedzenia, zanim mama zdążyła się odezwać.

3

– To dobudówka. Kiedyś mieściły się w niej stajnie, ale doszliśmy do wniosku, że Willowi będzie tu lepiej niż w domu, bo wszystko znajduje się na jednym poziomie. Tutaj jest pokój gościnny, w którym w razie konieczności nocuje Nathan. Początkowo dość często potrzebowaliśmy pomocy.

Pani Traynor żwawo szła korytarzem, pokazując kolejne pomieszczenia i nie oglądając się za siebie, a jej wysokie obcasy stukały w kamienne płyty. Najwyraźniej oczekiwała, że dotrzymam jej kroku.

– Kluczyki do samochodu są tutaj. Dopisałam panią do naszego ubezpieczenia. Zakładam, że dane, które mi pani przekazała, są aktualne. Nathan pokaże pani, jak działa podnośnik. Musi pani jedynie pomóc Willowi odpowiednio się ustawić, resztę załatwi mechanizm. Choć… obecnie Will nie jest szczególnie skory do wychodzenia z domu.

– Na dworze jest chłodnawo – powiedziałam.

Pani Traynor zdawała się tego nie słyszeć.

– W kuchni może pani robić sobie herbatę i kawę. Dbam o zaopatrzenie. Łazienka jest tam…

Otworzyła drzwi, a ja utkwiłam wzrok w białym podnośniku z metalu i plastiku umieszczonym nad wanną. W otwartej przestrzeni pod prysznicem stał złożony wózek inwalidzki. Przeszklona szafka w kącie ukazywała równiutkie rzędy fiolek w foliowych opakowaniach. Z tej odległości nie widziałam, co to jest, ale wszystko pachniało lekko środkiem dezynfekującym.

Pani Traynor zamknęła drzwi i na chwilę odwróciła się w moją stronę.

– Podkreślam, to bardzo ważne, żeby przy Willu cały czas ktoś był. Poprzednia opiekunka zniknęła raz na kilka godzin, żeby oddać samochód do naprawy, i Will… zranił się pod jej nieobecność. – Przełknęła ślinę, jakby nie mogła się otrząsnąć po tym przeżyciu.

– Nie będę nigdzie wychodziła.

– Oczywiście będzie pani potrzebowała… przerw na skorzystanie z toalety. Chcę tylko wyraźnie zaznaczyć, że nie można zostawiać go samego na dłużej niż, powiedzmy, dziesięć, piętnaście minut. Jeśli mimo wszystko pojawi się jakiś problem, proszę albo dzwonić przez interkom, bo mój mąż Steven może być w domu, albo telefonować na moją komórkę. Jeśli naprawdę będzie pani musiała wziąć wolne, będę wdzięczna za poinformowanie mnie o tym z jak największym wyprzedzeniem. Nie zawsze jest łatwo znaleźć zastępstwo.

– Tak.

Pani Traynor otworzyła szafkę w korytarzu. Mówiła jak osoba wygłaszająca dobrze przećwiczone przemówienie.

Przez chwilę zastanawiałam się, ile opiekunek pracowało tu przede mną.

– Gdy Will będzie zajęty, mogłaby pani wykonać podstawowe prace domowe. Uprać pościel, odkurzyć i tak dalej. Środki czystości są pod umywalką. Możliwe, że nie będzie chciał, żeby towarzyszyła mu pani przez cały czas. Będziecie musieli wypracować odpowiedni poziom interakcji.

Pani Traynor spojrzała na moje ubranie, jakby widziała je po raz pierwszy. Miałam na sobie bardzo włochatą kamizelkę, w której według taty wyglądam jak emu. Spróbowałam się uśmiechnąć. Musiałam w to włożyć dużo wysiłku.

– Oczywiście mam nadzieję, że zdołacie… dojść do porozumienia. Byłoby miło, gdyby mógł panią uważać za przyjaciółkę, a nie za płatną opiekunkę.

– Tak. A co on… hm… lubi robić?

– Ogląda filmy. Czasami słucha radia albo muzyki. Ma jeden z tych cyfrowych odtwarzaczy. Jeśli umieści pani to urządzenie obok jego dłoni, zwykle sam będzie w stanie je obsługiwać. Zachował trochę władzy w palcach, ale ma trudności z chwytaniem przedmiotów.

Poczułam, jak poprawia mi się humor. Skoro Will lubi muzykę i filmy, na pewno uda nam się znaleźć wspólny język, prawda? Wyobraziłam sobie, jak śmiejemy się razem, oglądając jakąś hollywoodzką komedię, i jak odkurzam w sypialni, podczas gdy on słucha muzyki. Może nie będzie tak źle. Może nawet się zaprzyjaźnimy.

– Ma pani jakieś pytania?

– Nie.

– W takim razie chodźmy, przedstawię panią. – Spojrzała na zegarek. – Nathan pewnie już skończył go ubierać.

Zatrzymałyśmy się przed drzwiami i pani Traynor zapukała.

– Jesteś tam, Will? Przyprowadziłam pannę Clark.

Nikt nie odpowiedział.

– Will? Nathan?

– Will jest już gotowy, pani T. – zabrzmiał głos z silnym nowozelandzkim akcentem.

Otworzyła drzwi. Wbrew pozorom salon w dobudówce był olbrzymi, a jedną ze ścian tworzyły wielkie szklane drzwi, za którymi rozciągały się pola. W umieszczonym w kącie piecyku na drewno cicho płonął ogień, a naprzeciwko telewizora z płaskim ekranem stała niska beżowa kanapa. Na siedzeniu rozłożono wełnianą narzutę. Pomieszczenie było gustownie urządzone i panowała w nim spokojna atmosfera – kawalerka w skandynawskim stylu.

Na środku pokoju stał czarny wózek inwalidzki wyściełany owczą skórą. Solidnie zbudowany mężczyzna w białym fartuchu bez kołnierzyka kucał, ustawiając stopy drugiego mężczyzny na podnóżkach. Gdy weszłyśmy, mężczyzna na wózku spojrzał na nas spod rozczochranych, zapuszczonych włosów. Popatrzył mi w oczy i po chwili wydał z siebie jęk, od którego krew ścięła mi się w żyłach. Potem wykrzywił usta i nieludzko zawył.

Poczułam, że jego matka sztywnieje.

– Will, przestań!

Nawet na nią nie spojrzał. Z jego piersi wydobył się kolejny prehistoryczny dźwięk. Brzmiał okropnie, rozdzierająco. Robiłam wszystko, żeby się nie wzdrygnąć. Mężczyzna wykrzywił usta, jego głowa opadła i zatopiła w ramionach. Cały czas mnie obserwował. Wyglądał groteskowo, trochę jakby był wściekły. Uświadomiłam sobie, że ściskam torebkę, aż pobielały mi knykcie.

– Will! Proszę. – W głosie jego matki dała się słyszeć nutka histerii. – Proszę, nie rób tego.

Boże, pomyślałam. Nie dam rady. Głośno przełknęłam ślinę. Mężczyzna wciąż nie odrywał ode mnie wzroku. Jakby czekał, aż coś zrobię.

– Jestem… Mam na imię Lou. – Mój drżący jak rzadko kiedy głos przeciął ciszę. Przez chwilę zastanawiałam się, czy wyciągnąć rękę, ale przypomniałam sobie, że nie byłby w stanie jej uścisnąć, więc tylko niemrawo pomachałam. – To skrót od Louisa.

Wtedy ku mojemu zdziwieniu jego

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

4

Dostępne w wersji pełnej.

5

Dostępne w wersji pełnej.

6

Dostępne w wersji pełnej.

7

Dostępne w wersji pełnej.

8

CAMILLA

Dostępne w wersji pełnej.

9

Dostępne w wersji pełnej.

10

Dostępne w wersji pełnej.

11

Dostępne w wersji pełnej.

12

Dostępne w wersji pełnej.

13

Dostępne w wersji pełnej.

14

Dostępne w wersji pełnej.

15

Dostępne w wersji pełnej.

16

Dostępne w wersji pełnej.

17

Dostępne w wersji pełnej.

18

Dostępne w wersji pełnej.

19

NATHAN

Dostępne w wersji pełnej.

20

Dostępne w wersji pełnej.

21

STEVEN

Dostępne w wersji pełnej.

22

Dostępne w wersji pełnej.

23

Dostępne w wersji pełnej.

24

Dostępne w wersji pełnej.

25

KATRINA

Dostępne w wersji pełnej.

26

Dostępne w wersji pełnej.

27

Dostępne w wersji pełnej.

Epilog

29 września

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Tytuł oryginału

Me Before You

Copyright © Jojo’s Mojo Ltd, 2012

Copyright © for the translation by Anna Gralak

Projekt okładki

Katarzyna Borkowska

kb-design@o2.pl

Fotografia na okładce

Copyright © alter_photo/Adobe Stock

Opieka redakcyjna

Przemysław Pełka

Anna Steć

Korekta

Pracownia Mole

ISBN 978-83-240-4888-5

Między Słowami

ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

e-mail: promocja@miedzy.slowami.pl

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Srebrna zatoka Zanim się pojawiłeś Moje serce w dwóch światach Ostatni list od kochanka We wspólnym rytmie Kiedy odszedłeś 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy