Moje serce w dwóch światach

Moje serce w dwóch światach

Autorzy: Jojo Moyes

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 20.99 zł

Josh ma spojrzenie zupełnie jak Will. Ten sam uśmiech, ten sam kolor włosów. Lou zaniemówiła, kiedy zobaczyła go po raz pierwszy. Czy to możliwe, że istnieje mężczyzna aż tak podobny do miłości jej życia? Miłości, która, jak się zdawało, bezpowrotnie odeszła?

Nowy Jork, miasto drapaczy chmur, urokliwych restauracji, rozświetlonych alei i ludzi w ciągłym biegu. Miasto, które spełnia marzenia. Lou przyjeżdża tam, by nauczyć się nowych rzeczy. Wie, jak wiele kilometrów dzieli ją od Londynu, w którym mieszka Sam, jej nowy chłopak. Wie, że świeży związek może nie przetrwać próby odległości. Właśnie wtedy poznaje Josha. Jasne staje się, że każda decyzja, którą podejmie, całkowicie zmieni jej życie.

Jojo Moyes powraca do swoich ukochanych bohaterów

ZANIM SIĘ POJAWIŁEŚ i KIEDY ODSZEDŁEŚ.

 

Czy warto żyć dawnym uczuciem, czy może lepiej bez oglądania za siebie otworzyć się na kogoś zupełnie innego?

#CzytamMoyes

Dla kochanej Saskii:

noś swoje rajstopy w paski z dumą

Wiedz najpierw, kim jesteś, a potem odziewaj się odpowiednio.

Epiktet

1

To wąsy uświadomiły mi, że nie jestem już w Anglii: solidna szara gąsienica przesłaniająca górną wargę mężczyzny, wąsy w stylu Village People, wąsy kowboja, miniaturowa miotła, która oznaczała kłopoty. W domu nigdy nie widywałam takich wąsów. Nie mogłam oderwać od nich wzroku.

– Proszę pani?

Jedyną osobą, jaką kiedykolwiek widziałam z takimi wąsami, był pan Naylor, nasz nauczyciel matematyki – zbierał w nich okruchy ciastek, które potem liczyliśmy podczas algebry.

– Proszę pani?

– Och, przepraszam.

Mężczyzna w mundurze przywołał mnie kiwnięciem krótkiego palca. Siedział z nosem przyklejonym do monitora. Czekałam w boksie i czułam, jak zgromadzony przez wiele godzin lotu pot powoli wsiąka w moją sukienkę. Mężczyzna uniósł dłoń i pomachał czterema grubymi palcami. Upłynęło kilka sekund, zanim dotarło do mnie, że w ten sposób domaga się mojego paszportu.

– Nazwisko.

– Tam jest napisane – podpowiedziałam.

– Nazwisko, proszę pani.

– Louisa Elizabeth Clark. – Zerknęłam na komputer. – Ale tej „Elizabeth” nigdy nie używam. Dopiero jak mnie nazwali, moja mama uświadomiła sobie, że jestem Lou Lizzy. A jeśli powie się to dostatecznie szybko, brzmi jak wariatka*. Chociaż mój tata uważa akurat, że mi to pasuje. Nie żebym była wariatką. To znaczy, na pewno nie chcielibyście wpuścić wariatki do swojego kraju. Ha! – Mój głos odbijał się nerwowo od pleksiglasu.

Mężczyzna spojrzał na mnie po raz pierwszy. Miał szerokie bary i wzrok przeszywający jak paralizator. Nie uśmiechnął się. Zaczekał, aż mój uśmiech zbladł.

– Przepraszam – powiedziałam. – Denerwuję się w obecności służb mundurowych.

Obejrzałam się przez ramię. Przez całą sekcję kontroli paszportowej wiła się za mną kolejka, która zakręcała tyle razy, że aż stworzyła nieprzeniknione, niespokojne morze ludzi.

– Chyba trochę dziwnie się czuję przez stanie w tej kolejce. Serio, to najdłuższa kolejka, w jakiej w życiu stałam. Zastanawiałam się nawet, czy nie zacząć planować w niej świąt.

– Proszę położyć dłoń na skanerze.

– To standardowy rozmiar?

– Skanera? – Zmarszczył brwi.

– Kolejki.

Chyba nie usłyszał. Wpatrywał się w coś na monitorze. Położyłam palce na urządzeniu. I wtedy zabrzęczał mój telefon.

Mama: Wylądowałaś?

Sięgnęłam po telefon drugą ręką, żeby odpisać, a mężczyzna gwałtownie podniósł głowę.

– Proszę pani, korzystanie z telefonów komórkowych w tej strefie jest zabronione.

– To tylko moja mama. Chce wiedzieć, czy już wylądowałam. – Ukradkiem próbowałam wysłać jej emotkę z uniesionym kciukiem, zasłaniając telefon przed pogranicznikiem.

– Cel podróży?

Co to jest?

– odpisała mama natychmiast. Przyswoiła esemesowanie błyskawicznie i teraz wstukiwała wiadomości szybciej, niż mówiła. Czyli w zasadzie z prędkością światła.

Wiesz, że mój telefon nie obsługuje tych małych obrazków. Czy to SOS? Louisa, napisz, że wszystko w porządku.

– Cel podróży, proszę pani. – Wąs zadrżał z irytacją. Mężczyzna dodał powoli: – Co będzie pani robić tutaj, w Stanach Zjednoczonych?

– Mam nową pracę.

– To znaczy?

– Zatrudniła mnie rodzina z Nowego Jorku. Central Park.

Mężczyzna na ułamek sekundy uniósł brwi. Sprawdził adres na moim formularzu, by to potwierdzić.

– Jaka to praca?

– To trochę skomplikowane. Ale jestem tak jakby damą do towarzystwa.

– Damą do towarzystwa?

– To było tak. Pracowałam dla pewnego człowieka. Byłam jego osobą do towarzystwa, ale podawałam mu też leki, zabierałam na spacery i karmiłam. To wcale nie jest takie dziwne, jak się wydaje… On był częściowo sparaliżowany. To nie było nic perwersyjnego. W sumie trochę było, bo trudno nie zbliżyć się do ludzi, którymi się opiekujemy, a Will, ten mężczyzna, był wspaniały i my… No cóż, zakochaliśmy się w sobie. – Zbyt późno poczułam znajome pieczenie łez pod powiekami. Szybko otarłam oczy. – No więc to chyba będzie coś podobnego. Tylko bez miłości. I bez karmienia.

Mężczyzna gapił się na mnie. Spróbowałam się uśmiechnąć.

– Zazwyczaj nie płaczę, gdy mówię o swojej pracy, serio. Nie jestem wariatką mimo tego imienia. Ha! Ale go kochałam. A on kochał mnie. A potem… Cóż, postanowił odebrać sobie życie. A ja próbuję zacząć od nowa. – Łzy płynęły z kącików moich oczu już całymi strumieniami. Żenujące. Nie mogłam ich powstrzymać. W ogóle niczego nie mogłam powstrzymać. – Przepraszam. To pewnie jet lag. Tak normalnie jest jakaś druga w nocy, prawda? Poza tym rzadko o nim mówię. To znaczy, mam już nowego chłopaka. Jest wspaniały! To ratownik medyczny! Do tego superprzystojny! Jakbym wygrała los na loterii, no nie? Przystojny ratownik medyczny?

Zaczęłam grzebać w torebce za chusteczką. Gdy podniosłam wzrok, mężczyzna przesunął w moją stronę całe pudełko. Wzięłam jedną.

– Dziękuję. No więc mój przyjaciel Nathan… Jest z Nowej Zelandii… Pracuje tutaj i pomógł mi znaleźć tę pracę, a ja w sumie nie wiem jeszcze, na czym dokładnie będzie ona polegać. Mam się opiekować żoną bogatego człowieka, która popada w depresję. Postanowiłam, że tym razem spróbuję żyć tak, jak chciał tego dla mnie Will, bo poprzednim razem nie poszło mi najlepiej. Wylądowałam w pracy na lotnisku.

Zamarłam.

– Nie… Hm… Nie żeby w pracy na lotnisku było coś złego! Kontrola paszportowa to na pewno ważna praca. Bardzo ważna. Ale ja mam plan. Co tydzień będę robić coś nowego, skoro już tu jestem, i będę mówiła „tak”.

– Mówiła „tak”?

– Nowościom. Will ciągle powtarzał, że zamykam się na nowe doświadczenia. Dlatego to jest mój nowy plan.

Urzędnik zaczął przeglądać moje papiery.

– Nieprawidłowo wypełniła pani pole adresu. Potrzebny mi kod pocztowy.

Popchnął formularz w moją stronę. Sprawdziłam numer na kartce, którą wydrukowałam, i przepisałam go drżącą ręką. Zerknęłam w lewo, kolejka za mną coraz bardziej się niecierpliwiła. W okienku obok dwaj mundurowi przesłuchiwali chińską rodzinę. Gdy kobieta zaprotestowała, zaprowadzili wszystkich do pomieszczenia z tyłu. Nagle poczułam się bardzo samotna.

Mężczyzna w mundurze zerknął na czekających, po czym nagle podbił mój paszport.

– Powodzenia, Louiso Clark – powiedział.

Spojrzałam na niego.

– To wszystko?

– To wszystko.

Uśmiechnęłam się.

– O, dziękuję! To bardzo miłe. To znaczy, to takie dziwne znaleźć się na drugim końcu świata w pojedynkę pierwszy raz w życiu. Teraz czuję się trochę tak, jakbym poznała pierwszą miłą osobę i…

– Proszę przejść dalej.

– Oczywiście. Przepraszam.

Zebrałam swoje rzeczy i odsunęłam wilgotne pasmo włosów z twarzy.

– Proszę pani…

– Tak? – Od razu zaczęłam się zastanawiać, co znów źle zrobiłam.

Mężczyzna nie odrywał wzroku od monitora.

– Proszę uważać, jak będzie pani mówiła „tak”.

Nathan czekał w hali przylotów, tak jak obiecał. Nieśmiało rozglądałam się w tłumie, przekonana w duchu, że nikt po mnie nie przyjdzie, ale on tam był, machał ogromną dłonią nad morzem falujących wokół niego ciał. Podniósł drugą rękę i uśmiechnął się szeroko, po czym utorował sobie drogę w moją stronę, porwał mnie w ramiona i uścisnął.

– Lou!

Gdy tylko go zobaczyłam, poczułam ucisk w gardle – zalała mnie fala wspomnień o Willu, żal z powodu jego śmierci i emocje wywołane siedzeniem przez siedem godzin we wstrząsanym turbulencjami samolocie – i ucieszyłam się, że Nathan przytula mnie mocno, dając mi chwilę na wzięcie się w garść.

– Witaj w Nowym Jorku, Mikrusie! Widzę, że gust ci się nie zmienił.

Odsunął mnie na odległość ramienia, uśmiechając się szeroko. Wygładziłam sukienkę w stylu lat siedemdziesiątych w lamparcie cętki. Uznałam, że będę w niej wyglądać jak Jackie Kennedy z czasów, gdy była żoną Onassisa. Gdyby Jackie Kennedy oblała się kawą podczas lotu.

– Dobrze cię widzieć.

Podniósł moje ciężkie walizki, jakby były wypakowane pierzem.

– Chodź. Jedziemy do domu. Prius trafił do przeglądu, więc pan G. pożyczył mi swój samochód. Straszne korki, ale dotrzesz na miejsce w wielkim stylu.

Samochód pana Gopnika był elegancki, czarny i wielki jak autobus, a drzwi zamykały się w nim z tym stanowczym, lecz dyskretnym trzaśnięciem, które świadczyło o sześciocyfrowej cenie. Nathan włożył moje walizki do bagażnika, a ja z westchnieniem osunęłam się na siedzenie pasażera. Sięgnęłam po telefon, odpisałam na czternaście esemesów mamy jednym, w którym poinformowałam ją tylko, że już siedzę w samochodzie i zadzwonię jutro, po czym odpisałam Samowi, który napisał, że za mną tęskni.

Wylądowałam :**

– A co u twojego faceta? – zapytał Nathan, zerkając na mnie.

– Wszystko w porządku, dzięki. – Dodałam jeszcze kilka buziek dla pewności.

– Nie czepiał się bardzo, jak się dowiedział, że tu przylecisz?

Wzruszyłam ramionami.

– Uznał, że powinnam to zrobić.

– Jak my wszyscy. Po prostu trochę ci zajęło, zanim znalazłaś coś dla siebie, i tyle.

Schowałam telefon, usiadłam wygodniej i zaczęłam się rozglądać po nieznanej okolicy: Milo’s Tire Shop, Richie’s Gym, karetki i furgonetki U-Haul, rozpadające się domy z odłażącą farbą i krzywymi schodami, boiska do koszykówki, kierowcy pijący coś z wielkich plastikowych kubków. Nathan włączył radio i jakiś Lorenzo zaczął opowiadać o meczu bejsbolowym, a ja przez chwilę poczułam się tak, jakbym znalazła się w alternatywnej rzeczywistości.

– No więc masz cały jutrzejszy dzień, żeby się ogarnąć. Co chcesz robić? Pomyślałem, że pozwolę ci pospać, a potem wyciągnę cię na brunch. Powinnaś zobaczyć, jak wygląda prawdziwa nowojorska knajpa w swój pierwszy weekend tutaj.

– Świetny pomysł.

– Oni wracają z country clubu dopiero jutro wieczorem. Trochę się kłócili w tym tygodniu. Wprowadzę cię we wszystko, jak już się wyśpisz.

Zerknęłam na niego.

– Żadnych sekretów, prawda? Nie będzie tak, jak…

– To nie są Traynorowie. Tylko przeciętna, dysfunkcyjna rodzina multimilionera.

– Czy ona jest miła?

– Jest świetna. Kłopotliwa… Ale świetna. On też.

Nie spodziewałam się po Nathanie bardziej pogłębionej charakterystyki. Zaraz potem umilkł – nigdy nie był specjalnie gadatliwy – a ja siedziałam w eleganckim, klimatyzowanym mercedesie GLS i walczyłam z sennością, która ogarniała mnie raz po raz. Myślałam o Samie, który na pewno już mocno spał kilka tysięcy kilometrów stąd w swoim wagonie kolejowym. Myślałam o Treenie i Thomie w moim maleńkim mieszkaniu w Londynie. A potem rozległ się głos Nathana:

– No i masz.

Podniosłam opuchnięte powieki i zobaczyłam za mostem Brooklińskim Manhattan iskrzący się milionem poszarpanych odłamków światła, zachwycający, błyszczący, niewiarygodnie skondensowany i piękny, krajobraz tak znajomy z telewizji i filmów, że nie potrafiłam do końca zaakceptować tego, iż widzę go naprawdę. Wyprostowałam się na siedzeniu oniemiała, gdy pędziliśmy ku najsłynniejszej metropolii świata.

– Ten widok nigdy się nie nudzi, nie? Ciut większe miasto niż Stortfold.

Chyba dopiero w tamtej chwili to do mnie dotarło. Mój nowy dom.

– Cześć, Ashok. Co słychać? – Nathan wwiózł moje walizki do marmurowego lobby, a ja wbiłam wzrok w biało-czarne płytki i mosiężne poręcze, próbując się nie potknąć, gdy moje kroki niosły się echem po tym ogromnym wnętrzu.

Przypominało ono trochę hol wspaniałego, nieco podupadłego hotelu: winda z polerowanej miedzi, czerwono-złota wykładzina na podłodze, nieco za ciemna recepcja. Wokół unosił się zapach pszczelego wosku, pasty do butów i wielkich pieniędzy.

– W porządku, stary. A to kto?

– To jest Louisa. Będzie pracować dla pani G.

Portier w liberii wyszedł zza biurka i wyciągnął do mnie rękę, by się przywitać. Miał szeroki uśmiech i oczy, które widziały już wszystko.

– Miło cię poznać, Ashok.

– Brytyjka! Mam kuzyna w Londynie. Mieszka w Croy-down. Znasz Croy-down? Byłaś tam kiedyś? To duży gość, wiesz, o co mi chodzi?

– Słabo znam Croydon – odparłam. A gdy mina mu zrzedła, dodałam: – Ale rozejrzę się za nim następnym razem, gdy tam będę.

– Louisa. Witamy w Lavery. Jeśli będziesz czegoś potrzebować, będziesz chciała się czegoś dowiedzieć, daj znać. Jestem tutaj dwadzieścia cztery godziny na dobę.

– On nie żartuje – wtrącił Nathan. – Czasami chyba nocuje pod tym biurkiem. – Wskazał mi gestem brudnoszare drzwi windy towarowej na tyłach lobby.

– Trójka dzieciaków poniżej piątego roku życia, człowieku – mruknął Ashok. – Możecie mi wierzyć, tylko dzięki tej robocie jeszcze nie zwariowałem. Nie mogę powiedzieć tego samego o mojej żonie. – Uśmiechnął się szeroko. – Serio, panno Louiso. Jeśli będziesz czegoś potrzebować, wal do mnie jak w dym.

– W sensie: narkotyków, prostytutek, adresów znanych burdeli? – szepnęłam, gdy drzwi windy towarowej zamknęły się za nami.

– Nie. W sensie: biletów do teatru, stolika w restauracji, adresu najlepszej pralni chemicznej – odparł Nathan. – To jest Piąta Aleja. Jezu. Coś ty robiła w tym Londynie?

Rezydencja Gopników obejmowała sześćset pięćdziesiąt metrów kwadratowych na pierwszym i drugim piętrze budynku z czerwonej cegły w stylu neogotyckim. Dwupoziomowe mieszkania stanowiły rzadkość w tej części Nowego Jorku i dowodziły wielopokoleniowej zamożności rodziny. Nathan powiedział, że Lavery to pomniejszona kopia słynnej Dakoty i jedna z najstarszych spółdzielni mieszkaniowych na Upper East Side. Nikt nie mógł kupić ani sprzedać mieszkania tutaj bez zgody rady mieszkańców, którzy stanowczo sprzeciwiali się zmianom. Podczas gdy w nowych budynkach po drugiej stronie parku mieszkali nuworysze – rosyjscy oligarchowie, gwiazdy pop, chińscy magnaci stalowi i technologiczni miliarderzy – mając pod ręką swoje restauracje, siłownie, przedszkola i baseny bez krawędzi, rezydenci Lavery woleli być wierni tradycji.

Apartamenty przekazywano tutaj z pokolenia na pokolenie, a ich mieszkańcy tolerowali kanalizację z lat trzydziestych, toczyli długie i skomplikowane boje o pozwolenia na zmianę czegokolwiek więcej niż tylko przełącznik światła i uprzejmie ignorowali to, że Nowy Jork zmienia się wokół nich, tak jak odwracali głowy na widok żebraków z kartonowymi wywieszkami.

Tylko rzuciłam okiem na wspaniałe wnętrza z parkietami na podłogach, wysokimi sufitami i adamaszkowymi zasłonami, bo udaliśmy się prosto do części dla personelu upchniętej na dalekim końcu pierwszego piętra i długiego wąskiego korytarza, który zaczynał się w kuchni – anomalii stanowiącej pozostałość odległej epoki. Budynki nowsze lub takie po generalnym remoncie nie miały kwater dla służby – gospodynie i nianie przyjeżdżały z Queens i New Jersey pierwszymi pociągami i wracały do domów po zmroku. Rodzina Gopników dysponowała tymi klitkami, odkąd postawiono budynek. Nie można ich było przebudować ani odsprzedać – były związane notarialnie z główną rezydencją i stanowiły obiekt pożądania, ponieważ nadawały się do przechowywania różnych rzeczy. Bardziej niż do mieszkania.

– Proszę. – Nathan otworzył drzwi i postawił na ziemi moje bagaże.

Mój pokój mierzył mniej więcej trzy i pół na trzy i pół metra. Znajdowały się w nim podwójne łóżko, telewizor, komoda i szafa. Stojący w kącie mały, obity beżową tkaniną fotel z zapadłym siedziskiem dowodził wyczerpania wielu poprzednich mieszkańców. Wąskie okno wychodziło chyba na południe. Albo północ. A może wschód. Trudno powiedzieć, ponieważ zaledwie dwa metry dalej wyrastała ślepa ściana z cegieł budynku tak wysokiego, że niebo mogłam dostrzec tylko, przyciskając twarz do szyby i wyciągając szyję.

W korytarzu obok znajdowała się kuchnia, którą dzieliłam z Nathanem i gospodynią mieszkającą naprzeciwko. Na moim łóżku leżało pięć ciemnozielonych koszulek polo i czarne spodnie o tanim teflonowym połysku.

– Nie powiedzieli ci o mundurkach?

Sięgnęłam po jedną z koszulek polo.

– To tylko góra i spodnie. Gopnikowie uważają, że mundurek wszystko ułatwia. Każdy wie, jakie zajmuje stanowisko.

– Jeśli ktoś lubi wyglądać jak zawodowy golfista.

Zajrzałam do maleńkiej łazienki wyłożonej brązowym marmurem z plamami osadu. Znajdowały się w niej kibelek, mała umywalka jak z lat czterdziestych i prysznic. Z boku leżały owinięte w papierek mydło i stała puszka spreju na karaluchy.

– W sumie to całkiem dużo jak na manhattańskie standardy – zapewnił mnie Nathan. – Wiem, że wygląda marnie, ale pani G. mówi, że możemy odmalować. Parę dodatkowych lamp, krótki wypad do Crate and Barrel i będzie…

– Bardzo mi się podoba – wtrąciłam. Odwróciłam się do niego, a mój głos zaczął drżeć. – Jestem w Nowym Jorku, Nathan. Naprawdę tu jestem.

Uścisnął moją rękę.

– No. Naprawdę jesteś.

Udało mi się nie zasnąć na tyle długo, by się rozpakować, zjeść coś, co Nathan zamówił z dowozem, przejrzeć część z ośmiuset pięćdziesięciu dziewięciu kanałów na moim małym telewizorze – leciały na nich w pętli głównie mecze futbolu amerykańskiego, reklamy środków na trawienie i kiepsko oświetlone seriale kryminalne, o których nigdy nie słyszałam – ale w końcu się poddałam. Obudziłam się nagle za dwadzieścia piąta rano. Przez kilka otępiałych minut kręciło mi się w głowie od odległych odgłosów nieznajomych syren i niskiego jęku cofającej ciężarówki, po czym włączyłam światło, przypomniałam sobie, gdzie jestem, i poczułam dreszcz podekscytowania.

Wyjęłam laptop z torby i wklepałam wiadomość do Sama na chacie.

Jesteś tam? :**

Czekałam, ale nie odpisał. Uprzedzał mnie, że wróci do pracy, a ja byłam zbyt skołowana, by połapać się w strefach czasowych. Odłożyłam laptop i przez chwilę próbowałam znów zasnąć (Treena mówi, że jak się nie wyśpię, wyglądam jak smutny koń). Nieznajome odgłosy wielkiego miasta wzywały mnie jednak jak syreni śpiew, więc o szóstej wstałam i wzięłam prysznic, próbując ignorować rdzę w strzelającej nierównym strumieniem ze słuchawki prysznicowej wodzie. Ubrałam się (dżinsowa sukienka bezrękawnik i vintage’owa turkusowa bluzka z krótkim rękawem i zdjęciem Statuy Wolności), po czym wyruszyłam na poszukiwania kawy.

Szłam korytarzem, próbując sobie przypomnieć, gdzie znajduje się kuchnia dla personelu, którą Nathan pokazał mi poprzedniego wieczoru. Gdy otworzyłam drzwi, stojąca za nimi kobieta odwróciła się i spojrzała na mnie. Była w średnim wieku, przysadzista, miała ciemne włosy ułożone w schludne fale jak gwiazda filmowa z lat trzydziestych. Miała też piękne ciemne oczy i wargi zaciśnięte w grymasie permanentnego niezadowolenia.

– Hm… Dzień dobry!

Nie spuszczała ze mnie wzroku.

– J-jestem Louisa? Nowa? Asystentka pani Gopnik?

– To nie jest pani Gopnik – oświadczyła zagadkowo kobieta.

– A pani musi być… – Łamałam sobie zamuloną jet lagiem głowę, ale nie przychodziło do niej żadne imię ani nazwisko. No daj spokój, nakazałam sobie. – Bardzo przepraszam. Mój mózg przypomina dzisiaj owsiankę. Jet lag.

– Mam na imię Ilaria.

– Ilaria. Oczywiście, że tak. Przepraszam. – Wyciągnęłam rękę. Nie ujęła jej.

– Wiem, kim jesteś.

– Hm… Czy możesz mi pokazać, gdzie Nathan trzyma mleko? Chciałam tylko napić się kawy.

– Nathan nie pije mleka.

– Naprawdę? Dawniej pił.

– Myślisz, że cię okłamuję?

– Nie. Nie to miałam na m…

Przesunęła się w lewo i wskazała szafkę, która była o połowę mniejsza od pozostałych i wisiała nieco za wysoko, by jej dosięgnąć.

– Ta jest twoja.

Otworzyła drzwi lodówki, by odłożyć sok, a ja zauważyłam na jej półce pełną dwulitrową butelkę mleka. Zamknęła lodówkę, po czym zmierzyła mnie nieustępliwym spojrzeniem.

– Pan Gopnik wróci dzisiaj o wpół do siódmej. Załóż mundurek, zanim się z nim zobaczysz. – Po tych słowach wyszła. Kapcie klaskały o podeszwy jej stóp.

– Bardzo miło było cię poznać! Jestem przekonana, że będziemy się często widywać! – zawołałam za nią.

Zerknęłam na lodówkę i doszłam do wniosku, że na pewno nie jest za wcześnie, by wyskoczyć po mleko. Bądź co bądź przeprowadziłam się do miasta, które nigdy nie śpi.

Nowy Jork może nie spał, ale w Lavery panowała tak nieprzenikniona cisza, jakby cała tutejsza społeczność funkcjonowała na zopiklonie. Przeszłam przez korytarz, delikatnie zamknęłam za sobą drzwi, po czym osiem razy sprawdziłam, czy mam torebkę i klucze. Doszłam do wniosku, że wczesna pora i śpiący mieszkańcy to dla mnie okazja, by dokładniej przyjrzeć się miejscu, w którym wylądowałam.

Gdy szłam na palcach po miękkim dywanie, który tłumił moje kroki, za jakimiś drzwiami zaczął szczekać pies – jazgotliwie, z oburzeniem protestując – a jakaś staruszka krzyknęła coś, czego nie zrozumiałam. Przyspieszyłam, nie chcąc brać na siebie odpowiedzialności za pobudkę innych mieszkańców, i zamiast zejść głównymi schodami, zjechałam na dół windą towarową.

W lobby również nie było nikogo, więc wyszłam na ulicę prosto w zgiełk i powódź światła tak obezwładniającą, że musiałam na chwilę przystanąć, by się nie przewrócić. Przede mną rozpościerała się na wiele kilometrów zielona oaza Central Parku. Po mojej lewej na bocznych uliczkach już panował ruch – potężni mężczyźni w kombinezonach wypakowywali skrzynki z otwartej furgonetki. Przyglądał im się policjant, który krzyżował na brzuchu ręce wielkie jak szynki. Zamiatarka mruczała pracowicie. Taksówkarz dyskutował z jakimś facetem przez otwarte okno. W głowie odhaczałam na liście widoki charakterystyczne dla Wielkiego Jabłka. Konne powozy! Żółte taksówki! Niewiarygodnie wysokie budynki! Gdy się rozglądałam, obok przeszło dwoje zmęczonych turystów z dziećmi w wózkach. W dłoniach ściskali styropianowe kubki z kawą, wciąż funkcjonując w jakiejś odległej strefie czasowej. Manhattan rozciągał się we wszystkich kierunkach, ogromny, skąpany w słońcu, rojny i pełen blasku.

Mój jet lag wyparował w pierwszych promieniach słońca. Wzięłam głęboki oddech i ruszyłam przed siebie, wiedząc, że uśmiecham się jak wariatka, ale nie mogłam się powstrzymać. Przeszłam osiem przecznic i nie zauważyłam ani jednego sklepu spożywczego. Skręciłam w Madison Avenue, mijałam masywne witryny luksusowych domów handlowych, które wciąż były zamknięte, od czasu do czasu restaurację z oknami zaciemnionymi niczym zamknięte oczy, a także pozłacany hotel, przed którym stał portier w liberii i nawet na mnie nie spojrzał.

Pokonałam jeszcze pięć przecznic, zanim dotarło do mnie, że nie jest to okolica, w której można tak po prostu wpaść do spożywczaka. Wyobrażałam sobie, że w Nowym Jorku na każdym rogu jest jadłodajnia, w której pracują aroganckie kelnerki i stołują się mężczyźni w kapeluszach z szerokimi rondami, ale tutaj wszystko było masywne, błyszczące i na pewno nie skrywało za drzwiami omleta z serem ani kubka herbaty. Mijali mnie głównie turyści tacy jak ja albo zajadli umięśnieni biegacze w lycrze i ze słuchawkami w uszach, którzy zwinnie wymijali bezdomnych przyglądających im się gniewnie spod nastroszonych brwi na pobrudzonych twarzach. W końcu natknęłam się na dużą kawiarnię sieciową, w której zebrała się chyba połowa nowojorskich rannych ptaszków, by w boksach pochylać się nad swoimi komórkami lub karmić nienormalnie radosne dzieciaki przy akompaniamencie popularnych piosenek sączących się z głośników na ścianach.

Zamówiłam cappuccino i muffinkę, którą, zanim zdołałam cokolwiek powiedzieć, barista przeciął na pół, podgrzał i posmarował masłem, nie odrywając się przy tym ani na chwilę od rozmowy o meczu bejsbolowym, którą toczył z kolegą.

Zapłaciłam, usiadłam z owiniętą w folię muffinką i odgryzłam kawałek. Była to, nawet biorąc pod uwagę dręczący mnie jetlagowy głód, najlepsza rzecz, jaką w życiu jadłam.

Siedziałam przy oknie, obserwując wczesny poranek na manhattańskiej ulicy przez mniej więcej pół godziny. Moje usta na przemian napełniały się lepką maślaną muffinką i parzącą mocną kawą, a ja bez przeszkód toczyłam swój wewnętrzny monolog (Piję nowojorską kawę w nowojorskiej kawiarni! Spaceruję po nowojorskich ulicach! Jak Meg Ryan! Albo Diane Keaton! Jestem w prawdziwym Nowym Jorku!). W tamtej chwili rozumiałam doskonale, co Will próbował mi opisać dwa lata temu: przez kilka minut, czując w ustach nieznajome smaki i sycąc oczy nieznajomymi widokami, egzystowałam tylko w tym jednym momencie. Byłam w nim całkowicie obecna, moje zmysły żyły, całe moje ja otwierało się na nowe doświadczenia wokół. Byłam w jedynym miejscu na świecie, w jakim mogłam być.

A potem, na pozór bez żadnego powodu, dwie kobiety przy stoliku obok zaczęły się okładać pięściami. Kawa i kawałki ciastek latały wokół nich, a bariści rzucili się, by je rozdzielić. Otrzepałam sukienkę z okruchów, zamknęłam torebkę i uznałam, że najwyższa pora wracać do zacisznego Lavery.

* ang. lunacy

2

Gdy weszłam do lobby, Ashok rozdzielał ogromne bele gazet na ponumerowane stosy. Wyprostował się z uśmiechem.

– No dzień dobry, panno Louiso. Jak mija twój pierwszy poranek w Nowym Jorku?

– Wspaniale. Dziękuję.

– Nuciłaś sobie pod nosem Let the River Run podczas spaceru?

Aż przystanęłam.

– Skąd wiedziałeś?

– Wszyscy to robią, gdy przyjeżdżają na Manhattan. Cholera, nawet ja to czasami robię. A wcale nie wyglądam jak Melanie Griffith.

– Czy w okolicy są jakieś sklepy spożywcze? Przeszłam chyba milion kilometrów, żeby kupić sobie kawę. I nie mam pojęcia, gdzie kupić mleko.

– Panno Louiso, mogłaś mi powiedzieć. Chodź. – Zaprosił mnie gestem za swoją recepcję, otworzył drzwi i wprowadził mnie do pogrążonego w mroku biura, którego obskurność i zagracenie kontrastowały z mosiądzem i marmurami na zewnątrz. Na biurku stała masa monitorów, a pomiędzy nimi stary telewizor, duża księga, a także kubek, książki w miękkich oprawach i mnóstwo zdjęć uśmiechających się bezzębnych dzieci. Za drzwiami kryła się też stara lodówka. – Proszę. Weź to. Potem mi oddasz.

– Wszyscy portierzy to robią?

– Żaden portier tego nie robi. W Lavery jest inaczej.

– No to dokąd ludzie chodzą tutaj na zakupy?

Zrobił minę.

– Mieszkańcy tego budynku nie chodzą na zakupy, panno Louiso. Chyba nawet o tym nie myślą. Przysięgam, że połowa uważa, że ugotowane jedzenie pojawia się na stołach za pomocą magii. – Obejrzał się za siebie i zniżył głos. – Założę się, że osiemdziesiąt procent kobiet w tym budynku nie ugotowało niczego od pięciu lat. A co najmniej połowa w ogóle nie je, kropka.

Gdy na niego spojrzałam, wzruszył ramionami.

– Bogacze nie żyją tak jak ty czy ja, panno Louiso. A bogacze z Nowego Jorku… Cóż, nikt nie żyje jak oni.

Sięgnęłam po karton mleka.

– Jeśli czegoś potrzebujesz, musisz zrobić zakupy z dowozem. Przyzwyczaisz się.

Chciałam zapytać go jeszcze o Ilarię i panią Gopnik, która podobno wcale nie była panią Gopnik, a także o resztę rodziny, którą miałam poznać. On jednak oderwał ode mnie wzrok i spojrzał na lobby.

– Witam, witam, pani De Witt!

– Co te wszystkie gazety robią na podłodze? Lobby wygląda jak jakiś koszmarny kiosk.

Filigranowa staruszka cmoknęła z niezadowoleniem na widok stosów „New York Timesa” i „Wall Street Journal”, które Ashok wciąż rozpakowywał. Pomimo wczesnej pory była ubrana jak na wesele. Miała na sobie malinowy płaszcz, czerwony toczek i ogromne szylkretowe okulary przeciwsłoneczne, które zasłaniały jej drobną pomarszczoną twarz. Na smyczy prowadziła sapiącego mopsa z wyłupiastymi oczami, który gapił się na mnie wojowniczo (przynajmniej tak mi się wydawało, choć pewności nie miałam, ponieważ jego oczy rozbiegały się w różnych kierunkach). Podeszłam, by pomóc Ashokowi uprzątnąć gazety z jej drogi, ale gdy się pochyliłam, pies rzucił się na mnie, warcząc. Odskoczyłam i niemal potknęłam się na „New York Timesie”.

– Och, na miłość boską! – rozległ się drżący, władczy głos. – A teraz zdenerwowałaś psa!

Poczułam na łydce muśnięcie kłów mopsa i pieczenie zadraśniętej skóry.

– Proszę dopilnować, by to… to składowisko zostało uprzątnięte, zanim wrócimy. Ciągle powtarzam panu Ovitzowi, że ten budynek schodzi na psy. Ach, Ashok, zostawiłam przed drzwiami worek z odpadkami. Proszę niezwłocznie go usunąć, zanim cały korytarz przesiąknie zapachem zwiędłych lilii. Bóg jeden wie, kto przesyła w prezencie lilie. Przecież to pogrzebowe kwiaty. Dean Martin!

Ashok uchylił czapki.

– Oczywiście, pani De Witt. – Zaczekał, aż odejdzie, po czym odwrócił się i zerknął na moją nogę.

– Ten pies próbował mnie ugryźć!

– Tak. To Dean Martin. Najlepiej schodzić mu z drogi. To najwredniejszy mieszkaniec tego budynku, a to coś znaczy. – Pochylił się nad gazetami, przeniósł następną porcję na biurko i przegonił mnie ręką. – Tym się nie przejmuj, panno Louiso. Są ciężkie, a ty masz dość na głowie z tymi na górze. Miłego dnia.

Zniknął, zanim zdołałam zapytać, co ma na myśli.

Dzień upłynął mi jak we mgle. Przez resztę poranka porządkowałam swój mały pokój – posprzątałam łazienkę, ustawiłam zdjęcia Sama, rodziców, Treeny i Thoma, by poczuć się jak w domu. Nathan zabrał mnie do jadłodajni niedaleko Columbus Circle, gdzie jadłam z talerza wielkości opony samochodowej i wypiłam tyle mocnej kawy, że dłonie mi się trzęsły, gdy wracaliśmy. Nathan pokazał mi też miejsca, które mogą mi się przydać – bar otwarty do późna, food truck z niezłymi falafelami, bezpieczny bankomat do wypłacania gotówki… W głowie mi się kręciło od nowych obrazów, nowych informacji. Wczesnym popołudniem poczułam się nagle taka otumaniona i ociężała, że Nathan odprowadził mnie do mieszkania, obejmując mnie ramieniem. Ucieszyłam się na widok cichego, ciemnego wnętrza budynku i windy towarowej, która uratowała mnie przed wspinaczką po schodach.

– Prześpij się – doradził mi, gdy zdjęłam buty. – Ale nie dłużej niż godzinę, bo całkiem rozregulujesz zegar biologiczny.

– O której wracają Gopnikowie? – Mój głos stał się bełkotliwy.

– Zazwyczaj koło szóstej. Jest trzecia, więc masz czas. No idź się zdrzemnąć. Znów poczujesz się jak człowiek.

Zamknął drzwi, a ja z wdzięcznością osunęłam się na łóżko. Już miałam zasnąć, gdy nagle uświadomiłam sobie, że jeśli to przełożę, nie zdołam już dzisiaj pogadać z Samem. Sięgnęłam więc po laptop, wyrywając się na krótko z otępienia.

Jesteś?, wpisałam do komunikatora.

Kilka minut później rozległ się bulgoczący dźwięk, a jego zdjęcie zaczęło się powiększać, aż w końcu pojawił się w swoim wagonie kolejowym, pochylając się całym swoim masywnym ciałem nad ekranem. Sam. Ratownik. Człowiek góra. Mój bardzo jeszcze nowy chłopak. Uśmiechnęliśmy się do siebie jak wariaci.

– Cześć, piękna! Co słychać?

– W porządku! – odparłam. – Miałam ci pokazać mój pokój, ale boję się, że wpadnę na ścianę, jeśli odwrócę ekran. – Wykręciłam laptop tak, by mógł zobaczyć moją maleńką sypialnię w całej krasie.

– Moim zdaniem wygląda nieźle. Ty w nim jesteś.

Utkwiłam wzrok w szarym oknie za jego plecami. Widziałam wszystko wyraźnie – deszcz bębniący o dach wagonu, szybę, która przytulnie zaparowała, drewno, wilgoć, kury na zewnątrz szukające schronienia pod przeciekającymi taczkami. Sam patrzył na mnie, a ja otarłam powieki, nagle żałując, że pamiętałam o nałożeniu makijażu.

– Byłeś w pracy?

– No. Zakładają, że za tydzień będę mógł wrócić na dobre. Muszę wydobrzeć na tyle, by nie pozrywać szwów przy podnoszeniu jakiegoś ciała. – Instynktownym gestem położył dłoń na brzuchu tam, gdzie trafiła go kula zaledwie kilka tygodni temu… Podczas rutynowej wizyty domowej, która niemal go zabiła i scementowała nasz związek. Ten gest mnie zabolał i wytrącił z równowagi.

– Szkoda, że mnie tam nie ma – szepnęłam, nie mogąc się powstrzymać.

– Ja też żałuję. Ale to pierwszy dzień twojej przygody, która na pewno okaże się super. A za rok będziesz siedziała tutaj.

– Nie – przerwałam mu. – W twoim skończonym domu.

– W moim skończonym domu – poprawił się. – Będziemy przeglądać zdjęcia na twoim telefonie, a ja będę myślał w duchu: „O Boże, znowu to samo, wiecznie gada o tym Nowym Jorku”.

– Napiszesz do mnie? List pełen miłości i tęsknoty zwilżony łzami samotności?

– Ech, Lou. Przecież wiesz, że marny ze mnie pisarz. Ale będę dzwonił. I widzimy się za cztery tygodnie.

– Jasne – powiedziałam, czując ucisk w gardle. – Dobra. Muszę się zdrzemnąć.

– Ja też – odparł. – Będę o tobie myślał.

– W obrzydliwy pornolski sposób? Czy romantycznie jak w powieści Nory Ephron?

– A który sposób nie wpędzi mnie w kłopoty? Dobrze wyglądasz, Lou – dodał po chwili. – Na… podekscytowaną.

– Jestem podekscytowana. Jak bardzo, bardzo zmęczona osoba, która troszeczkę chce eksplodować. Jeszcze się nie odnalazłam. – Przycisnęłam dłoń do ekranu, a po chwili on przyłożył swoją do mojej. Czułam jego dotyk na skórze. – Kocham cię. – Wciąż jeszcze musiałam pokonywać skrępowanie, by to powiedzieć.

– Ja ciebie też. Pocałowałbym ekran, ale pewnie zobaczyłabyś tylko moje włosy w nosie.

Zamknęłam komputer z uśmiechem i po sekundzie już spałam.

Ktoś wrzeszczał w korytarzu. Obudziłam się otępiała, spocona, z wrażeniem, że nadal śnię, i usiadłam na łóżku. Po drugiej stronie drzwi naprawdę krzyczała kobieta. Tysiąc myśli przeleciało przez mój otumaniony mózg, nagłówki o morderstwach, Nowym Jorku i o tym, jak zawiadomić o przestępstwie. Na jaki numer należy dzwonić? Raczej nie 999 jak w Anglii. Myślałam i myślałam, ale nic nie przyszło mi do głowy.

– Dlaczego? Dlaczego mam siedzieć z uśmiechem na ustach, gdy te wiedźmy mi obrażają? Ty nie słyszysz nawet połowy, co mówią! Jesteś mężczyzna! Zachowujesz, jakbyś miał klapki na uszach!

– Kochanie, uspokój się. Proszę. To nie czas ani miejsce.

– To nigdy nie jest czas ani miejsce! Bo tutaj zawsze ktoś jest! Muszę sobie kupić własne mieszkanie tylko po to, żeby móc się gdzie z tobą kłócić!

– Nie rozumiem, dlaczego tak się tym denerwujesz. Musisz zrozumieć…

– Nie!

Coś rozbiło się na podłodze z twardego drewna. Byłam już całkiem przytomna, serce waliło mi w piersi.

Zapadła ciężka cisza.

– Teraz mi odpowiesz, że to była pamiątka rodzinna.

Pauza.

– Cóż, tak, była.

Stłumiony szloch.

– Nie obchodzi mnie to! Nie obchodzi! Krztusi mnie ta twoja rodzinna historia! Słyszysz? Krztusi!

– Agnes, kochanie. Nie w korytarzu. Chodź. Porozmawiamy o tym później.

Usiadłam nieruchomo na krawędzi łóżka.

Znów rozległy się stłumione szlochy, a potem zapadła cisza. Odczekałam chwilę, po czym wstałam, na palcach podeszłam do drzwi i przycisnęłam do nich ucho. Nic. Zerknęłam na zegar – szesnasta czterdzieści sześć.

Umyłam twarz i szybko włożyłam mundurek. Wyszczotkowałam włosy, po czym cicho wyszłam z sypialni i podeszłam do załomu korytarza.

Przystanęłam.

Nieco dalej, obok kuchni, leżała na ziemi młoda kobieta zwinięta w kulkę. Starszy mężczyzna otaczał ją ramionami, przyciskając plecy do drewnianej boazerii. Prawie siedział, jedno kolano miał ugięte, drugie wyprostowane, jakby próbował ją złapać i ugiął się pod jej ciężarem. Nie widziałam jej twarzy, przesłaniała ją grzywa długich blond włosów. Długa szczupła noga wystawała nieelegancko spod granatowej sukienki. Jej knykcie pobielały – tak kurczowo się go trzymała.

Gdy to zobaczyłam, głośno przełknęłam ślinę, a wtedy mężczyzna podniósł wzrok. Rozpoznałam pana Gopnika.

– Nie teraz. Dziękuję – powiedział cicho.

Głos uwiązł mi w gardle. Wycofałam się szybko do swojego pokoju i zamknęłam drzwi. Puls łomotał mi w uszach tak głośno, że oni na pewno również go słyszeli.

Wpatrywałam się niewidzącym wzrokiem w ekran telewizora przez następną godzinę. Obraz tej splątanej pary wrył mi się w pamięć. Rozważałam esemes do Nathana, ale nie wiedziałam, co mu napisać. Za pięć szósta wyszłam z pokoju i z wahaniem skierowałam się ku głównemu apartamentowi za drzwiami łącznika. Minęłam ogromną pustą jadalnię, coś, co wyglądało jak pokój gościnny, i dwoje zamkniętych drzwi, podążając za odległym pomrukiem rozmowy. Moje stopy miękko kroczyły po parkiecie. W końcu dotarłam do salonu i przystanęłam tuż przed progiem.

Pan Gopnik siedział przy oknie z telefonem. Podwinął rękawy bladoniebieskiej koszuli, jedną rękę trzymał za głową. Przywołał mnie gestem, nie przerywając rozmowy. Po mojej lewej na różowej zabytkowej sofie siedziała blondynka – może pani Gopnik? – i nerwowo stukała palcami w iPhone. Musiała się przebrać w międzyczasie, co na chwilę zbiło mnie z tropu. Czekałam skrępowana, aż pan Gopnik skończy rozmawiać. Zauważyłam, że podniósł się z pewnym wysiłkiem. Podeszłam jeszcze bliżej, by nie musiał się forsować, i uścisnęłam jego dłoń. Była ciepła i miękka, uścisk miał mocny. Młoda kobieta wciąż stukała w telefon.

– Louiso. Cieszę się, że dotarłaś bez przygód. Wierzę, że otrzymałaś wszystko, czego potrzebujesz.

Powiedział to tonem człowieka, który nie spodziewa się, że w odpowiedzi o coś poprosisz.

– Wszystko mam, dziękuję.

– To moja córka Tabitha. Tab?

Dziewczyna uniosła rękę i uśmiechnęła się przelotnie, po czym wróciła do telefonu.

– Proszę, wybacz Agnes, że nie mogła cię powitać. Położyła się na godzinę. Rozbolała ją głowa. To był długi weekend.

Na jego twarzy odmalowało się zmęczenie, lecz po chwili zniknęło. Nic w jego zachowaniu nie wskazywało na to, co widziałam mniej niż dwie godziny temu.

Uśmiechnął się.

– Tak więc… Dzisiejszy wieczór masz do swojej dyspozycji, a od jutrzejszego ranka będziesz towarzyszyć Agnes wszędzie, dokąd się wybierze. Oficjalnie piastujesz stanowisko asystentki, będziesz wspierać ją w codziennych obowiązkach. Ma bardzo napięty grafik… Poprosiłem swojego asystenta, by wtajemniczył cię w nasz rodzinny kalendarz, będziesz też każdorazowo otrzymywać mailem powiadomienia o zmianach. Najlepiej sprawdzać pocztę około dwudziestej drugiej… Wtedy właśnie wprowadzamy ostatnie poprawki. Resztę drużyny poznasz jutro.

– Świetnie. Dziękuję. – Gdy usłyszałam słowo „drużyna”, wyobraziłam sobie przelotnie ekipę futbolistów truchtającą po mieszkaniu.

– Co na kolację, tato? – zapytała Tabitha, jakby w ogóle mnie tam nie było.

– Nie wiem, kochanie. Chyba mówiłaś, że wychodzisz.

– Nie jestem pewna, czy chce mi się jechać przez całe miasto. Może zostanę.

– Jak chcesz. Tylko uprzedź Ilarię. Louiso, czy masz jakieś pytania?

Starałam się wymyślić coś przydatnego.

– Och, mama prosiła, żebym zapytała, czy znalazłeś ten obrazek. Miró.

– Kochanie, nie będziemy do tego wracać. Miejsce obrazu jest tutaj.

– Mama mówi, że to ona go wybrała. Tęskni za nim. Podobno nigdy go nie lubiłeś.

– To nie ma nic do rzeczy.

Przestąpiłam z nogi na nogę, nie mając pewności, czy zostałam już odprawiona czy nie.

– Ależ właśnie że ma, tato. Mamie czegoś potwornie brakuje, a ciebie w ogóle to nie obchodzi.

– Obraz jest wart osiemdziesiąt tysięcy dolarów.

– Mamie nie zależy na pieniądzach.

– Czy możemy odłożyć tę rozmowę na później?

– Później będziesz zajęty. Obiecałam mamie, że to załatwię.

Dyskretnie wykonałam krok w tył.

– Nie ma tu nic do załatwiania. Ugoda została sfinalizowana osiemnaście miesięcy temu. Wszystko zostało załatwione wtedy. Och, kochanie, jesteś. Lepiej się czujesz?

Obejrzałam się. Do pokoju weszła uderzająco piękna kobieta bez makijażu, z jasnymi blond włosami zebranymi do tyłu w luźny węzeł. Jej wysokie kości policzkowe były lekko piegowate, a kształt jej oczu sugerował słowiańskie pochodzenie. Musiała być mniej więcej w moim wieku. Podeszła boso do pana Gopnika i pocałowała go, muskając dłonią jego kark.

– O dużo lepiej, dziękuję.

– To jest Louisa – poinformował ją.

Odwróciła się do mnie.

– Moja nowa sojuszniczka – powiedziała.

– Twoja nowa asystentka – poprawił ją pan Gopnik.

– Cześć, Louiso. – Wyciągnęła szczupłą dłoń i uścisnęła moją.

Poczułam na sobie jej wzrok, przyglądała mi się, jakby próbowała coś zrozumieć, po czym uśmiechnęła się, a ja musiałam odwzajemnić się tym samym.

– Ilaria ładnie przygotowała dla ciebie pokój? – Miała miękki głos, mówiła z wschodnioeuropejskim akcentem.

– Pokój jest idealny. Dziękuję.

– Idealny? Och, masz bardzo krótkie wymagania. Ten pokój wygląda jak szafka na miotły. Jeśli coś ci się nie podoba, musisz powiedzieć i coś odradzimy. Prawda, kochanie?

– Czy nie mieszkałaś kiedyś w jeszcze mniejszym pokoju, Agnes? – zapytała Tabitha, nie odrywając wzroku od iPhone’a. – Tata mówi, że dzieliłaś go z piętnastoma innymi imigrantkami.

– Tab. – W głosie pana Gopnika zabrzmiało łagodne ostrzeżenie.

Agnes wzięła płytki oddech i uniosła podbródek.

– Prawda, mój pokój był mniejszy. Ale dziewczyny, z którymi dzieliłam, były bardzo miłe. Więc to nie był problem. Jeśli ludzie dla ciebie mili i grzeczni, wszystko wytrzymasz, nie sądzisz, Louiso?

Przełknęłam ślinę.

– Tak.

Do pokoju weszła Ilaria, odchrząknęła. Miała na sobie taką samą koszulkę polo i ciemne spodnie jak ja, a na tym biały fartuch. Nawet na mnie nie spojrzała.

– Kolacja gotowa, proszę pana – powiedziała.

– Znajdzie się coś dla mnie, kochana Ilario? – zapytała Tabitha, kładąc dłoń na oparciu sofy. – Chyba zostanę.

Na twarzy Ilarii odmalowało się ciepło. Jakby stanęła przede mną zupełnie inna osoba.

– Oczywiście, panienko Tabitho. Zawsze gotuję więcej w niedziele, gdybyś postanowiła zostać.

Agnes stała na środku pokoju. Zrobiła przerażoną minę i zaraz potem zacisnęła wargi.

– W takim razie chcę, żeby Louisa tak z nami zjadła – oświadczyła.

Zapadła cisza.

– Louisa? – zapytała Tabitha.

– Tak. Miło było ją lepiej poznać. Masz plany na wieczór, Louiso?

– Um… nie – wymamrotałam.

– W takim razie jesz nami. Ilario, mówisz, że ugotowałaś ekstra, tak?

Ilaria spojrzała prosto na pana Gopnika, który udawał, że pochłonęło go coś na telefonie.

– Agnes – dodała Tabitha po chwili. – Rozumiesz, że my nie jadamy ze służbą?

– A „my” jest kto? Nie wiedziałam, że jest jakiś spis zasad. – Agnes wyciągnęła przed siebie rękę i spojrzała na swoją obrączkę z wystudiowanym spokojem. – Kochanie? Zapomniałeś dać mi spis zasad?

– Z całym szacunkiem, choć jestem przekonana, że Louisa jest bardzo miła – oświadczyła Tabitha – są pewne granice. Istnieją one dla dobra nas wszystkich.

– Mnie to jest obojętne… – wtrąciłam. – Nie chcę powodować żadnych…

– Cóż, z całym szacunkiem, Tabitho, chciałabym, Louisa zjadła ze mną kolacją. Jest moją nową asystentką i spędzamy razem każdy dzień. Nie ma więc problemu w tym, że chcę ją trochę poznać.

– Nie ma żadnego problemu – orzekł pan Gopnik.

– Tato…

– Nie ma żadnego problemu, Tab. Ilario, nakryj, proszę, do stołu dla czterech osób. Dziękuję.

Ilaria szeroko otworzyła oczy ze zdumienia. Zerknęła na mnie i zacisnęła wargi w wąską linię w skrywanym gniewie, jakbym zaplanowała to straszne wykroczenie przeciw domowej hierarchii, po czym zniknęła w jadalni, skąd zaczęło dobiegać wiele mówiące brzęczenie talerzy i sztućców. Agnes odetchnęła płytko i odrzuciła włosy do tyłu. Posłała mi nikły konspiracyjny uśmiech.

– Chodźmy – powiedział pan Gopnik po chwili. – Louiso, może masz ochotę na drinka?

Kolacja upłynęła w stłamszonej, ciężkiej atmosferze. Onieśmieliły mnie wspaniały mahoniowy stół, kosztowne srebrne sztućce i kryształowe kieliszki, przez co poczułam się nie na miejscu w swoim mundurku. Pan Gopnik milczał i dwa razy zniknął, by odebrać telefon w biurze. Tabitha bawiła się swoim iPhone’em, z determinacją nie angażując się w żadne rozmowy, a Ilaria podała kurczaka w sosie z czerwonego wina z dodatkami, po czym zebrała talerze z taką miną, jakby jej ktoś sprał tyłek, jak ujęłaby to moja matka. Chyba tylko ja zauważyłam, z jakim głośnym stuknięciem wylądował przede mną mój talerz, i to, jak Ilaria znacząco chrząkała za każdym razem, gdy przechodziła obok mojego krzesła.

Agnes prawie nie tknęła kurczaka. Siedziała naprzeciwko mnie i dzielnie ze mną gawędziła, jakbym była jej nową najlepszą przyjaciółką. Od czasu do czasu zerkała ukradkiem na męża.

– A to twój pierwszy raz w Nowym Jorku – powiedziała. – Gdzie jeszcze zwiedziłaś?

– Hm… Niewiele miejsc. Późno zaczęłam podróżować. Zwiedziłam Europę z plecakiem jakiś czas temu, a wcześniej… Byłam na Mauritiusie. I w Szwajcarii.

– Ameryka całkiem inna. Każdy stan wyjątkowy moim zdaniem dla nas, Europejczyków. Byłam z Leonardem tylko w paru miejscach, ale czułam, jakbym zwiedzała inne kraje. Cieszysz się, że tu jesteś?

– Bardzo – odparłam. – Zamierzam wykorzystać wszystko, co Nowy Jork ma do zaoferowania.

– To tak jak ty, Agnes – wtrąciła Tabitha słodko.

Agnes zignorowała ją, nie odrywając ode mnie wzroku. Miała hipnotyzująco piękne oczy, zwężające się do uroczych uniesionych w górę kącików. Dwa razy musiałam sobie przypominać, by zamknąć usta, jak się na nią gapiłam.

– Opowiedz mnie o swojej rodzinie. Masz braci? Siostry?

Opisałam moją rodzinę najlepiej, jak potrafiłam, i tak, by bardziej przypominali Waltonów niż Addamsów.

– Twoja siostra mieszka teraz u ciebie w mieszkaniu w Londynie? Z synem? Przyjedzie ciebie odwiedzić? A rodzice? Będą za tobą tęsknić?

Przypomniałam sobie, jak tata zawołał na pożegnanie: „Nie spiesz się z powrotem, Lou! Przerabiamy twoją sypialnię na jacuzzi!”.

– O tak. Bardzo.

– Moja mama płakała przez dwa tygodnie po moim wyjeździe z Krakowa. Masz chłopaka?

– Tak. Ma na imię Sam. Jest ratownikiem medycznym.

– Ratownik medyczny! Prawie jak lekarz? Urocze. Proszę, pokaż mnie zdjęcia. Uwielbiam oglądać zdjęcia.

Wyjęłam telefon z kieszeni i zaczęłam przeglądać fotki, aż trafiłam na moją ulubioną – Sam w ciemnozielonym kombinezonie siedzący na moim tarasie na dachu. Właśnie skończył pracę, pił herbatę z kubka i uśmiechał się do mnie. Słońce zachodziło za jego plecami, a ja na sam widok przypomniałam sobie dokładnie, jak się wtedy czułam, gdy moja herbata stygła na parapecie, a on czekał cierpliwie, pozwalając, bym robiła zdjęcie za zdjęciem.

– Taki przystojny! On też jedzie do Nowego Jorku?

– Hm, nie. Buduje dom, więc to trochę skomplikowane. I pracuje.

Agnes szeroko otworzyła oczy.

– Ale musi przyjechać! Nie możecie mieszkać w różne krajach! Jak kochać swojego mężczyznę, jeśli nie ma go tutaj z tobą? Ja nie mogłabym żyć od Leonarda. Nie lubię, gdy wyjeżdża chociaż na dwa dni w interesach.

– Tak, wierzę, że musisz pilnować, by zawsze być blisko – mruknęła Tabitha.

Pan Gopnik oderwał wzrok od talerza i zmierzył nim najpierw żonę, a potem córkę, ale nic nie powiedział.

– W sumie – kontynuowała Agnes, poprawiając serwetkę na kolanach – Londyn wcale niedaleko. A miłość to miłość. Prawda, Leonardzie?

– Oczywiście – odparł, a jego twarz złagodniała w przelotnym uśmiechu. Agnes pogłaskała go po dłoni, a ja szybko wbiłam wzrok w talerz.

W jadalni zapadła cisza.

– Chyba jednak wrócę do domu. Zbiera mi się na mdłości. – Głośno szurając krzesłem, Tabitha wstała od stołu i upuściła serwetkę na talerz, a białe płótno od razu nasiąkło sosem z czerwonego wina.

Musiałam zwalczyć pokusę rzucenia mu się na ratunek.

Wstała i pocałowała ojca w policzek. Podniósł drugą rękę i czule dotknął jej ramienia.

– Zadzwonię w tygodniu, tato. – Odwróciła się. – Louiso… Agnes. – Skinęła lekko głową, po czym wyszła z pokoju.

Agnes odprowadziła ją wzrokiem. Możliwe, że mruknęła coś pod nosem, ale Ilaria zebrała mój talerz i sztućce z takim dzikim hałasem, że niczego nie usłyszałam.

Po wyjściu Tabithy Agnes nagle opuściła cała wola walki. Skurczyła się na swoim krześle, zwiesiła ramiona i głowę tak nisko, że uwidoczniły się wgłębienia pod jej obojczykami. Wstałam.

– Chyba wrócę już do swojego pokoju. Bardzo dziękuję za kolację. Była pyszna.

Nikt nie zaprotestował. Pan Gopnik opierał teraz rękę na mahoniowym stole i głaskał dłoń żony.

– Zobaczymy się rano, Louiso – odparł, nie patrząc na mnie.

Agnes wpatrywała się w niego z posępną miną.

Wyszłam z jadalni powoli i przemknęłam obok kuchni do swojego pokoju tak, by Ilaria nie zdążyła zasztyletować mnie wzrokiem, gdy biegłam.

Godzinę później Nathan przysłał mi wiadomość. Umówił się na piwo z kolegami w Brooklynie.

Podobno przeszłaś prawdziwy chrzest bojowy. Wszystko w porządku?

Nie miałam siły na ciętą ripostę. Ani żeby go zapytać, skąd, do cholery, wiedział.

Zrobi się łatwiej, jak ich poznasz. Obiecuję.

Do zobaczenia rano, odpisałam. Opadły mnie chwilowe wątpliwości – w co ja się wpakowałam? – ale przemówiłam sobie do rozumu i zapadłam w kamienny sen.

Tej nocy śniłam o Willu. Rzadko mi się śnił – co stanowiło dla mnie źródło smutku na pierwszym etapie, gdy tak bardzo za nim tęskniłam, że czułam, jakby ktoś wypalił we mnie dziurę na wylot. Sny urwały się, gdy poznałam Sama. Znów się jednak pojawił, tuż przed świtem, tak realny, jakby stał obok mnie. Siedział na tylnej kanapie samochodu, drogiej czarnej limuzyny, takiej jak auto pana Gopnika – zobaczyłam go, idąc ulicą. Poczułam ulgę, że wcale nie umarł, że nie odszedł, ale instynktownie wiedziałam, że nie powinien jechać tam, dokąd zmierzał. Musiałam go powstrzymać. Ilekroć jednak próbowałam przejść przez ruchliwą ulicę, pojawiał się przede mną dodatkowy sznur samochodów pędzący z taką szybkością, że nie mogłam się przedrzeć do Willa. Ryk silników zagłuszał mnie, gdy wołałam jego imię. Znajdował się tuż poza moim zasięgiem, jego twarz miała odcień gładkiego karmelu, a jego wargi rozciągały się w lekkim uśmiechu. Mówił coś do kierowcy, ale go nie słyszałam. W ostatniej chwili zauważył mnie – jego źrenice lekko się powiększyły – i wtedy obudziłam się spocona i zaplątana w kołdrę.

3

Od: BusyBee@gmail.com

Do: Samfielding1@gmail.com

Piszę w przelocie – pani G. ma lekcję gry na pianinie – ale zamierzam pisać do Ciebie codziennie, żeby móc przynajmniej poczuć, jakbyśmy rozmawiali. Tęsknię za Tobą. Proszę, odpisz. Wiem, że nienawidzisz maili, ale zrób to dla mnie. Prooooszę. (Teraz wyobraź sobie moją błagalną minę). Albo, no wiesz, LISTY!

Kocham Cię,

L. :***

– No, dzień dobry!

Wielki Afroamerykanin w bardzo obcisłej szkarłatnej lycrze stanął przede mną, opierając dłonie na biodrach. Zamrugałam, nieruchomiejąc na progu kuchni w podkoszulku i majtkach, i zaczęłam się zastanawiać, czy jeszcze śpię i czy jak zamknę drzwi, a potem je otworzę, on nadal tu będzie.

– Ty musisz być Louisa? – Wyciągnął ogromną dłoń i ujął moją, po czym potrząsnął nią tak entuzjastycznie, że aż mimowolnie podskoczyłam. Zerknęłam na zegarek. Nie, naprawdę było piętnaście po szóstej.

– Jestem George. Trener pani Gopnik. Słyszałem, że biegniesz z nami. Nie mogę się doczekać!

Obudziłam się po kilku niespokojnych godzinach i jeszcze nie otrząsnęłam się z pokręconych snów, które dręczyły mnie przez całą noc. Wyszłam na korytarz na autopilocie – spragnione kofeiny zombie.

– Okej, Louiso! Trzeba się nawadniać! – Sięgnął po dwie butelki z wodą, po czym zniknął, biegnąc lekko korytarzem.

Nalałam sobie kawy i stanęłam, by ją wypić, gdy do kuchni wszedł Nathan – ubrany i pachnący wodą po goleniu. Spojrzał na moje gołe nogi.

– Właśnie poznałam George’a – powiedziałam.

– Ten facet wie wszystko o mięśniach pośladków. Masz buty do biegania, prawda?

– Ha! – Upiłam łyk kawy, ale Nathan wciąż przyglądał mi się z wyczekiwaniem. – Nathan, nikt mi nie powiedział o bieganiu. Ja nie biegam. No wiesz, jestem antysportowa, leń kanapowy. Przecież mnie znasz.

Nathan nalał sobie czarnej kawy i odłożył dzbanek na podstawkę ekspresu.

– Poza tym jakiś czas temu spadłam z dachu budynku. Pamiętasz? Dużo mi się w środku połamało. – Teraz już mogłam żartować o tamtej nocy, kiedy to pogrążona w żalu po utracie Willa po pijaku zsunęłam się z gzymsu mojego londyńskiego domu. Do dzisiaj przypominało mi o tym kłucie w biodrze.

– Nic ci nie dolega. I jesteś asystentką pani G. Twoja praca polega na byciu obok przez cały czas, staruszko. Jeśli ona ma ochotę pobiegać, to biegasz. – Upił łyk kawy. – No nie rób takiej przerażonej miny. Spodoba ci się. Za kilka tygodni będziesz wyglądać jak modelka. Tutaj wszyscy biegają.

– Jest szósta rano.

– Pan Gopnik wstaje o piątej. Właśnie skończyliśmy jego fizjoterapię. Pani G. lubi dłużej poleżeć.

– To znaczy, że o której biegamy?

– Za dwadzieścia siódma. Spotkaj się z nimi w głównym holu. Do zobaczenia później! – Pomachał mi i zniknął.

Agnes była oczywiście jedną z tych kobiet, które rano wyglądają jeszcze lepiej – całkiem bez makijażu, trochę zaspana, ale w taki seksowny sposób. Włosy zebrała w luźny koński ogon, a w dopasowanym topie i spodniach do biegania przypominała supermodelkę po godzinach. Wyszła na korytarz sprężystym krokiem niczym wyścigowy palomino w okularach przeciwsłonecznych i uniosła elegancką dłoń w geście powitania, jakby na mówienie było zwyczajnie za wcześnie. Ja miałam tylko jedne sportowe szorty i podkoszulek bez rękawów, w których wyglądałam pewnie jak pulchny budowlaniec. Trochę stresowało mnie to, że nie ogoliłam się pod pachami, i dlatego cały czas przyciskałam łokcie do talii.

– Dzień dobry, pani G.! – George zmaterializował się obok nas i podał Agnes butelkę wody. – Gotowa?

Pokiwała głową.

– Gotowa, Louiso? Dzisiaj robimy tylko sześć kilometrów. Pani G. chce bardziej popracować nad brzuchem. Rozgrzałaś się, prawda?

– Hm, ja…

Nie miałam też ani wody, ani butelki. Ale ruszyliśmy.

Nieraz słyszałam powiedzenie „zacząć z przytupem”, ale dopóki nie poznałam George’a, nie rozumiałam, co to naprawdę znaczy. Wystartował z prędkością sześćdziesięciu kilometrów na godzinę, a gdy tylko pomyślałam, że będzie musiał zwolnić przed windą, otworzył przed nami podwójne drzwi na końcu korytarza, żebyśmy mogli zbiec cztery piętra po schodach. Przemknęliśmy przez lobby i obok Ashoka w takim tempie, że prawie przegapiłam jego dyskretne powitanie.

Dobry Boże, było na to o wiele za wcześnie. Starałam się dotrzymać im kroku, gdy pędzili przed siebie bez wysiłku niczym para zaprzęgowych koni, ale nie byłam w stanie im dorównać na moich krótszych nogach. Kości we mnie klekotały, gdy uderzałam stopami o chodnik, i cały czas mamrotałam przeprosiny, lawirując pomiędzy przechodniami, którzy wchodzili mi w drogę niczym kamikadze. Mój były, Patrick, uprawiał jogging. Dla mnie bieganie było jak jarmuż – jedna z tych rzeczy, o których wiesz, że istnieją i pewnie są dla ciebie dobre, ale w sumie życie jest za krótkie, żeby którejś z nich spróbować.

Weź, przestań, dasz radę, powiedziałam sobie. To twoja pierwsza okazja, żeby powiedzieć „tak”! Uprawiasz jogging w Nowym Jorku! To całkiem nowa ty! Przez kilka wspaniałych kroków niemal w to wierzyłam. Ruch się zatrzymał, światło na skrzyżowaniu się zmieniło, a my zatrzymaliśmy się przy krawężniku – George i Agnes truchtali lekko na palcach, a ja skryłam się za nimi. Przebiegliśmy na drugą stronę ulicy do Central Parku, ścieżka znikała pod naszymi stopami, odgłosy ruchu samochodowego cichły, gdy zanurzaliśmy się w zielonej oazie w sercu miasta.

Zrobiliśmy zaledwie kilometr, gdy uświadomiłam sobie, że to nie był dobry pomysł. Bardziej szłam, niż biegłam, ale mój oddech i tak zaczął się rwać, a moje poobijane biodro zaprotestowało. Od lat nie pokonywałam dystansów większych niż piętnaście metrów do autobusu, który i tak mi uciekał. Gdy podniosłam wzrok, zauważyłam, że George i Agnes biegną i rozmawiają. Ja nie mogłam złapać tchu, a oni prowadzili autentyczną rozmowę.

Pomyślałam o kumplu taty, który dostał zawału podczas joggingu. Tata zawsze wykorzystywał to jako dobitny przykład na szkodliwość sportu. Dlaczego nie powiedziałam nikomu o moim wypadku? Czy to możliwe, żebym wypluła płuco tutaj, na środku parku?

– W porządku, Louiso? – George odwrócił się i biegł tyłem.

– Świetnie! – Radośnie uniosłam kciuki do góry.

Zawsze chciałam zobaczyć Central Park. Ale nie tak. Zastanawiałam się, co by się stało, gdybym padła trupem w pierwszym dniu pracy. Jak przetransportowaliby moje ciało do domu? Skręciłam, by uniknąć zderzenia z kobietą z trójką identycznych błąkających się dwulatków. Proszę cię, Boże, błagałam w duchu, patrząc na dwójkę biegnącą przede mną bez wysiłku. Niech jedno z nich się przewróci. Nie musi łamać nogi, wystarczy drobne zwichnięcie. Jedna z tych dolegliwości, które trwają dwadzieścia cztery godziny i wymagają leżenia na kanapie przed telewizorem z uniesioną nogą.

Oddalali się coraz bardziej, a ja nic nie mogłam zrobić. Po co w parku wzgórza? Pan Gopnik będzie wściekły, że nie trzymam się blisko jego żony. Agnes uświadomi sobie, że jestem głupią tłustą Angielką, a nie jej sojuszniczką. Zatrudnią kogoś szczupłego i pięknego, kto ma lepsze ciuchy do ćwiczeń.

W tej właśnie chwili wyprzedził mnie jakiś staruszek. Odwrócił się, by na mnie spojrzeć, po czym zerknął na swoją opaskę monitorującą aktywność i pobiegł dalej, lekko unosząc się na palcach i ze słuchawkami w uszach. Musiał mieć z siedemdziesiąt pięć lat.

– Bez jaj. – Obserwowałam, jak oddala się coraz bardziej. A potem zauważyłam powóz. Przyspieszyłam, by zrównać się z woźnicą. – Hej! Hej! Mógłby pan podjechać bliżej tamtych ludzi?

– Jakich ludzi?

Wskazałam mu drobne postaci na horyzoncie. Zerknął w ich kierunku i wzruszył ramionami. Wsiadłam do powozu i ukryłam się za mężczyzną, który ponaglił konia lekkim plaśnięciem lejców. Kolejne nowojorskie doświadczenie, które nieco rozminęło się z moimi oczekiwaniami, pomyślałam, kuląc się za nim. Gdy podjechaliśmy bliżej, poklepałam go po ramieniu, by mnie wypuścił. Pokonaliśmy najwyżej pięćset metrów, ale przynajmniej znalazłam się bliżej nich. Zeskoczyłam na ziemię.

– Czterdzieści dolców – mruknął woźnica.

– Co?

– Czterdzieści dolców.

– Przejechaliśmy ledwie pięćset metrów!

– Tyle to kosztuje, paniusiu.

George i Agnes wciąż byli pochłonięci rozmową. Wyjęłam dwa dwudziestodolarowe banknoty z tylnej kieszeni, cisnęłam nimi w woźnicę, po czym skuliłam się za powozem i zaczęłam biec. W tej samej chwili George się odwrócił i mnie zauważył. Znów radośnie uniosłam kciuki, jakbym pędziła za nimi przez cały ten czas.

George w końcu się nade mną zlitował. Zauważył, że utykam, i wrócił do mnie, podczas gdy Agnes się rozciągała – jej długie nogi wyginały się jak u jakiegoś flaminga.

– Wszystko w porządku, Louiso?

To znaczy, wydawało mi się, że to on. Nic nie widziałam, ponieważ pot zalewał mi twarz. Zatrzymałam się, oparłam dłonie na kolanach i zaczęłam ciężko dyszeć.

– Jakiś problem? Zaczerwieniłaś się.

– Trochę… zardzewiałam – wysapałam. – Problemy… z biodrem.

– Masz kontuzję? Trzeba było mówić!

– Nie chciałam… tego przegapić! – odparłam, ocierając oczy dłońmi. Jeszcze bardziej zaczęły przez to piec.

– Co się stało?

– Lewe biodro. Złamanie. Osiem miesięcy temu.

Położył dłonie na moim biodrze i poruszył moją lewą nogą do tyłu i do przodu, by wyczuć rotację. Starałam się nie krzywić.

– Wiesz co, na dzisiaj ci chyba wystarczy.

– Ale ja…

– Nie, wracaj do domu, Louiso.

– Och, jeśli nalegasz. Wielka szkoda.

– Widzimy się w mieszkaniu. – Poklepał mnie po plecach z taką energią, że niemal upadłam na twarz. A potem pomachali mi radośnie i zniknęli.

– Dobrze się bawiłaś, panno Louiso? – zapytał Ashok, gdy kuśtykając, weszłam do lobby czterdzieści pięć minut później. Okazało się, że jednak można się zgubić w Central Parku.

Przystanęłam, by odkleić mokry od potu podkoszulek od pleców.

– Cudownie. Doskonale.

Gdy weszłam do mieszkania, odkryłam, że George i Agnes wrócili do domu całe dwadzieścia minut przede mną.

Pan Gopnik powiedział mi, że Agnes ma napięty grafik. Mimo że jego żona nie pracowała i nie miała dzieci, była w zasadzie najbardziej zajętą osobą, jaką kiedykolwiek spotkałam. Po wyjściu George’a miałyśmy pół godziny na śniadanie (dla Agnes był to omlet z białek, jagody i srebrny dzbanek z kawą, ja pożarłam muffinkę zostawioną dla mnie przez Nathana w kuchni dla personelu), a potem odbyłyśmy półgodzinne spotkanie z asystentem pana Gopnika Michaelem, żeby wpisać do kalendarza wydarzenia, w których zamierzała w tym tygodniu wziąć udział Agnes.

Gabinet pana Gopnika wyglądał jak uosobienie męskiego miejsca pracy – cały w ciemnym drewnie i z mnóstwem półek na książki. Usiedliśmy w masywnych tapicerowanych fotelach wokół stolika kawowego. Za nami stało ogromne biurko pana Gopnika z masą telefonów i skórzanych notesów, a Michael od czasu do czasu prosił Ilarię o dolewkę jej przepysznej kawy, którą podawała, uśmiechając się tylko do niego.

Omówiliśmy prawdopodobną treść spotkania w sprawie fundacji charytatywnej Gopników, kolację dobroczynną w środę, lunch na cześć kogoś tam i przyjęcie koktajlowe w czwartek, a także wystawę sztuki i koncert w Metropolitan Opera w Centrum Lincolna w piątek.

– Zapowiada się spokojny tydzień – oświadczył Michael, zerkając na ekran iPada.

Grafik Agnes na ten dzień pokazywał wizytę u fryzjera o dziesiątej (odbywały się trzy razy w tygodniu), wizytę u dentysty (rutynowa higienizacja), lunch z koleżanką z dawnej pracy i spotkanie z dekoratorem wnętrz. O czwartej miała lekcję gry na pianinie (dwa razy w tygodniu), spinning o piątej trzydzieści, a potem wybierała się na kolację z panem Gopnikiem do restauracji w Midtown. Ja kończyłam pracę o szóstej trzydzieści.

Taki plan dnia najwyraźniej zadowalał Agnes. A może poprawił jej się humor po bieganiu. Włożyła niebieskie dżinsy i białą koszulę, spod kołnierzyka wystawał naszyjnik z dużym diamentem. Otaczała ją dyskretna chmura perfum.

– Wszystko wygląda w porządku – oświadczyła. – Dobrze. Muszę zadzwonić.

Założyła chyba, że będę wiedziała, gdzie ją potem znaleźć.

– Gdybyś miała wątpliwości, czekaj w holu – szepnął Michael, gdy wyszła. Uśmiechnął się, na chwilę zrzucając maskę profesjonalisty. – Gdy ja zaczynałem, nigdy nie wiedziałem, gdzie ich szukać. Nasza praca polega na pojawianiu się, gdy wydaje im się, że nas potrzebują. Ale nie, no wiesz, na łażeniu za nimi do łazienki.

Nie mógł być wiele ode mnie starszy, ale należał do tych osób, które wynurzają się z macicy przystojne, skoordynowane kolorystycznie i w idealnie wypolerowanych butach. Zaczęłam się zastanawiać, czy w Nowym Jorku wszyscy poza mną są właśnie tacy.

– Jak długo tu pracujesz?

– Nieco ponad rok. Musieli zwolnić poprzednią osobę odpowiedzialną za kalendarz towarzyski, ponieważ… – Urwał, jakby opadło go skrępowanie. – No cóż, nowy początek i tak dalej. A po jakimś czasie doszli do wniosku, że system z jednym asystentem się nie sprawdza. I tak pojawiłaś się ty. No więc witaj! – Wyciągnął do mnie rękę.

Uścisnęłam ją.

– Podoba ci się tutaj? – zapytałam.

– Bardzo. Nigdy nie wiem, kogo kocham bardziej, jego czy ją. – Uśmiechnął się szeroko. – On jest genialny. I do tego taki przystojny. A ona jest urocza.

– Biegasz z nimi?

– Biegam? Żartujesz? – Wzdrygnął się. – Nie lubię się pocić. Chyba że z Nathanem. O mamo. Dla niego mógłbym się spocić. Prawda, że jest cudowny? Zaproponował, że wymasuje mi ramię, i od razu się zakochałem. Jak, na miłość boską, udało ci się tak długo z nim pracować i nie rzucić się na to rozkoszne ciacho z Antypodów?

– Ja…

– Nic nie mów. Jeśli to zrobiłaś, nie chcę wiedzieć. Musimy zostać przyjaciółmi. Dobra. Pędzę na Wall Street.

Wręczył mi kartę kredytową („Na wszelki wypadek… Ona wiecznie zapomina swojej. Wszystkie wyciągi przychodzą do niego”) i tablet, a potem pokazał mi, jak ustawić PIN.

– Masz tutaj wszystkie potrzebne numery kontaktowe. A cały kalendarz jest tutaj – dodał, przesuwając palcem po ekranie. – Każda osoba ma swój kolor: pan Gopnik jest niebieski, pani Gopnik czerwona, a Tabitha żółta. Nie prowadzimy już jej kalendarza, bo nie mieszka w domu, ale warto wiedzieć, kiedy gdzie będzie i czy mają jakieś wspólne rodzinne zobowiązania, takie jak spotkania funduszów powierniczych albo fundacji. Założyłem ci prywatną pocztę, a jeśli pojawią się jakieś zmiany, będziemy się kontaktować między sobą, żeby je potwierdzić. Musisz zatwierdzać wszystko podwójnym kliknięciem. Kolidujące harmonogramy to jedyne, co może go doprowadzić do szewskiej pasji.

– Okej.

– Musisz więc codziennie rano sprawdzać jej pocztę i uzgadniać z nią, w czym chce wziąć udział. Ja to potem z tobą zweryfikuję, bo zdarza się, że ona się na coś nie zgadza, ale to on decyduje. Więc niczego nie wyrzucaj. Po prostu rozdzielaj to na dwa stosy.

– Dużo jest tych zaproszeń?

– Och, nawet sobie nie wyobrażasz. Gopnikowie to w zasadzie najwyższy szczebel w hierarchii. To oznacza, że dostają zaproszenia na wszystko i prawie na nic nie chodzą. Drugi szczebel jest wtedy, kiedy marzysz o połowie z tych zaproszeń i chodzisz na wszystko, na co cię zaproszą.

– A trzeci?

– Nieproszeni goście. Tacy, co pójdą nawet na otwarcie food trucka z burrito. Natkniesz się na nich nawet tutaj. – Westchnął. – Żenujące.

Przejrzałam kalendarz, po czym powiększyłam podgląd tego tygodnia, który wyglądał jak przerażająca tęczowa plama. Starałam się nie pokazywać po sobie zniechęcenia.

– A brązowy?

– To kolor Felixa. Kota.

– Kot ma własny kalendarz towarzyski?

– To głównie groomerzy, weterynarze, higienizacja zębów, tego typu sprawy. O nie, ma w tym tygodniu behawiorystę. Pewnie znów zrobił kupę na zieglerze.

– A fioletowy?

Michael zniżył głos.

– To poprzednia pani Gopnik. Jeśli zauważysz obok wydarzenia fioletowy blok, to znaczy, że ona też będzie obecna. – Już miał coś dodać, ale zadzwonił jego telefon.

– Tak, proszę pana… Tak. Oczywiście… Tak, zrobię. Zaraz tam będę. – Włożył telefon do torby. – Okej. Muszę lecieć. Witamy w drużynie!

– Ile nas jest? – zapytałam, ale on już biegł do drzwi z płaszczem przewieszonym przez ramię.

– Pierwszy Fioletowy Problem jest za dwa tygodnie. Okej? Napiszę do ciebie. I noś normalne ubrania poza domem! Bo będziesz wyglądać, jakbyś pracowała w Whole Foods.

Dzień upłynął jak we mgle. Dwadzieścia minut później zeszłyśmy do czekającego na dole samochodu, który zabrał nas do luksusowego zakładu fryzjerskiego kilka przecznic dalej. Rozpaczliwie próbowałam pozować na osobę, która całe życie spędziła w wielkich czarnych limuzynach o wnętrzach z kremowej skóry. Siedziałam na brzegu kanapy, gdy włosy Agnes myła i czesała kobieta ostrzyżona jak od linijki. Godzinę później samochód zawiózł nas do dentysty, gdzie znów usiadłam w poczekalni. Wszystkie te miejsca były zaciszne, wysmakowane, a od szaleństwa ulicy dzieliły je lata świetlne. Włożyłam tego ranka jeden z moich poważniejszych zestawów: granatową bluzkę w kotwice i ołówkową spódnicę w paski, ale niepotrzebnie zawracałam sobie tym głowę – w każdym z tych miejsc stawałam się od wejścia niewidzialna. Zupełnie, jakbym słowo PERSONEL miała wytatuowane na czole. Zaczęłam też zauważać inne osobiste asystentki, które spacerowały na zewnątrz z komórkami albo wpadały do środka z odebranym praniem lub też kawą premium w kartonowych uchwytach. Zastanawiałam się, czy ja też powinnam zaproponować Agnes kawę albo pracowicie wykreślać rzeczy z jakiejś listy. W zasadzie w ogóle nie byłam pewna, po co tu jestem. Wszystko funkcjonowało jak w zegarku i beze mnie. Jakbym pełniła funkcję ludzkiej tarczy – przenośnej bariery pomiędzy Agnes a resztą świata.

Agnes była z kolei bardzo rozkojarzona, rozmawiała po polsku przez komórkę albo prosiła, żebym zapisywała różne rzeczy na tablecie.

– Musimy zapytać Michaela, szary garnitur Leonarda wrócił już z pralni. I może zadzwonimy do pani Levitsky o mojej sukni Givenchy… Chyba schudłam, odkąd ostatnio mam ją na sobie. Może ubierze po centymetrze. – Zajrzała do swojej wielkiej torby Prady, wyjęła z niej plastikową fiolkę pastylek i wrzuciła dwie z nich do ust. – Woda?

Rozejrzałam się i zauważyłam butelkę w schowku w drzwiach. Odkręciłam ją i podałam jej. Samochód się zatrzymał.

– Dziękuję.

Kierowca – mężczyzna w średnim wieku o gęstych ciemnych włosach i obwisłych policzkach, które trzęsły się, gdy się poruszał – wysiadł, by otworzyć jej drzwi. Gdy zniknęła za drzwiami restauracji, w których portier powitał ją jak starą znajomą, ja też zaczęłam wysiadać, ale wtedy kierowca zamknął drzwi. Zostałam na tylnym siedzeniu.

Siedziałam na nim przez chwilę, zastanawiając się, co robić.

Rzuciłam okiem na telefon. Wyjrzałam przez okno, by sprawdzić, czy znajdę w pobliżu jakiś sklep z kanapkami. Zaczęłam tupać stopą. W końcu pochyliłam się pomiędzy fotele.

– Mój tata często zostawiał mnie i moją siostrę w samochodzie, gdy szedł do pubu. Przynosił nam colę i opakowanie monster munch o smaku marynowanej cebuli i na trzy godziny miał spokój. – Zabębniłam palcami w kolano. – Teraz pewnie poszedłby za to siedzieć jak za znęcanie się nad dziećmi. Ale my uwielbiałyśmy monster munch o smaku marynowanej cebuli. Najlepsza część naszego tygodnia.

Kierowca nie odpowiedział.

Pochyliłam się jeszcze bardziej, nasze twarze dzieliły już tylko centymetry.

– No to jak długo to zazwyczaj trwa?

– Tyle, ile trzeba. – Oderwał wzrok od moich oczu w lusterku.

– A pan czeka tutaj przez cały ten czas?

– Taka praca.

Siedziałam przez chwilę, po czym wysunęłam do przodu rękę.

– Jestem Louisa. Nowa asystentka pani Gopnik.

– Miło mi.

Nie odwrócił się. To były ostatnie słowa, jakie do mnie skierował. Wsunął płytę CD do odtwarzacza.

– Estoy perdido – powiedziała jakaś Hiszpanka. – ¿Dónde está el baño?

– Es-toj per-dii-do. Don-de es-ta el baa-nio – powtórzył kierowca.

– ¿Cuánto cuesta?

– Kłan-to kłes-ta – padła odpowiedź.

Kolejną godzinę spędziłam na tylnym siedzeniu samochodu, gapiąc się na iPad, próbując nie słuchać ćwiczeń językowych kierowcy i zastanawiając się, czy powinnam robić coś pożytecznego. Wysłałam maila do Michaela, żeby go o to zapytać, a on odpisał po prostu: To twoja przerwa na lunch, skarbie. Miłej zabawy! :**

Nie chciałam go informować, że nie wzięłam żadnego jedzenia. W ciepłym wnętrzu samochodu zmęczenie zaczęło brać nade mną górę niczym fala przypływu. Oparłam głowę na szybie, powtarzając sobie, że to normalne, iż czuję się taka zagubiona, wyobcowana. „Przez jakiś czas będziesz się czuła niekomfortowo w swoim nowym świecie. Człowiek zawsze dziwnie się czuje, gdy

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

4

Dostępne w wersji pełnej.

5

Dostępne w wersji pełnej.

6

Dostępne w wersji pełnej.

7

Dostępne w wersji pełnej.

8

Dostępne w wersji pełnej.

9

Dostępne w wersji pełnej.

10

Dostępne w wersji pełnej.

11

Dostępne w wersji pełnej.

12

Dostępne w wersji pełnej.

13

Dostępne w wersji pełnej.

14

Dostępne w wersji pełnej.

15

Dostępne w wersji pełnej.

16

Dostępne w wersji pełnej.

17

Dostępne w wersji pełnej.

18

Dostępne w wersji pełnej.

19

Dostępne w wersji pełnej.

20

Dostępne w wersji pełnej.

21

Dostępne w wersji pełnej.

22

Dostępne w wersji pełnej.

23

Dostępne w wersji pełnej.

24

Dostępne w wersji pełnej.

25

Dostępne w wersji pełnej.

26

Dostępne w wersji pełnej.

27

Dostępne w wersji pełnej.

28

Dostępne w wersji pełnej.

29

Dostępne w wersji pełnej.

30

Dostępne w wersji pełnej.

31

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

32

Dostępne w wersji pełnej.

33

Dostępne w wersji pełnej.

34

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Tytuł oryginału

Still me

Copyright © Jojo’s Mojo Ltd, 2018

Copyright © for the translation by Agnieszka Myśliwy

Copyright © for the translation by Nina Dzierżawska

Projekt okładki

Katarzyna Borkowska

kb-design@o2.pl

Fotografia na okładce

Copyright © Westend61/Getty Images

Opieka redakcyjna

Przemysław Pełka

Anna Steć

Copyright © by Autor Książki XXXX

ISBN 978-83-240-4886-1

Między Słowami

ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

e-mail: promocja@miedzy.slowami.pl

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Kolory pawich piór Srebrna zatoka Zanim się pojawiłeś Moje serce w dwóch światach Ostatni list od kochanka We wspólnym rytmie 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy