Kroniki Drugiego Kręgu 3. Kamień na szczycie

Kroniki Drugiego Kręgu 3. Kamień na szczycie

Autorzy: Ewa Białołęcka

Wydawnictwo: Jaguar

Kategorie: Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 23.20 zł

Po ucieczce od starych mistrzów, którzy próbowali nimi zawładnąć, grupa chłopców obdarzonych potężnymi zdolnościami magicznymi osiada na Jaszczurze, jednej z wysp Smoczego Archipelagu. Ukrywają się w krainie fantastycznych stworów, smoków, lamii i syren, tworząc Drugi Krąg, konfraternię magów związanych przyjaźnią i niechęcią do nauczycieli, którzy sprzeniewierzyli się powołaniu. Ich towarzyszką i młodzieńczą miłością staje się Jagoda, dziewczyna o równie dużym talencie magicznym, która jak oni musi ukrywać się przed wysłannikami Zamku Magów. Przyjaciele dorastają jednak i z czasem izolacja zaczyna im ciążyć, bezpieczeństwo zmienia się w nudę, pojawiają się zarzewia pierwszych konfliktów. Co gorsza, okazuje się, że świat też nie do końca o nich zapomniał i spokój baśniowej wyspy rychło może zostać zburzony.

ILUSTRACJA NA OKŁADCE: Bogna Gawrońska

PROJEKT OKŁADKI: Magdalena Zawadzka/Aureusart

REDAKCJA: Paweł Gabryś-Kurowski

KOREKTA: Danuta Szczepańska

SKŁAD I ŁAMANIE: Arkadiusz Zawadzki/Aureusart

Copyright © Ewa Białołęcka 2018

Copyright for the Polish edition © 2018 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ISBN 978-83-7686-707-6

Wydanie pierwsze w tej edycji, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2018

ADRES DO KORESPONDENCJI:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Kazimierzowska 52 lok. 104

02-546 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

youtube.com/wydawnictwojaguar

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

snapchat: jaguar_ksiazki

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Część pierwsza. Długi cień Kręgu

Część druga. W cieniu

Część trzecia. Calkiem inny swiat

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Część pierwsza

Długi cień Kręgu

Spieniona woda spadała ze skały. Przypominała żywe stworzenie – biała i hałaśliwa. Zmienny, ruchliwy obraz, nie do uchwycenia okiem, dający tylko wrażenie piękna, które trwa ułamek sekundy, a potem jest zastępowane innym, równie wspaniałym. I tak samo krótkotrwałym. Mały Wędrowiec, zwany Myszką, leżał na brzuchu wśród zarośli. Twarz podparł rękoma, przypatrywał się kaskadzie szeroko otwartymi oczami. Nad jego głową lekko chwiały się ciemnozielone mięsiste liście, jakich pełno było w wilgotnej dżungli nad brzegami małego jeziorka. Ukrywały z powodzeniem niewielką postać Myszki. Nie dojrzałby go nikt z otwartej przestrzeni, a jemu zależało na dyskrecji. W płytkiej wodzie rozlewiska brodziła naga dziewczyna. Spojrzenie młodego maga prześliznęło się po jej smukłej talii, zawadziło o niewielkie piersi, z przyjemnością zarejestrowało pasemko białych włosów, które wymknęło się z warkocza upiętego dokoła głowy i teraz powiewało swawolnie u skroni. Potem wzrok znów wrócił do wodospadu. Postać jasnoskórej, białowłosej Jagody była ładnym dopełnieniem krajobrazu. Myszka zatopił się w kontemplacji. Jak zachować ten widok? Biel wody i dziewczęcej postaci, spłachetki błękitu nieba odbijającego się w powierzchni jeziorka, dokoła sto odmian soczystej zieleni puszczy, podkreślających piękną kompozycję jasnych barw centrum. Myszka opuścił powieki, starając się zatrzymać choć przez parę chwil ten obraz – żywy i wyraźny. Potem znów otworzył oczy. Jagoda oblewała się wodą, którą czerpała dużą, karbowaną muszlą małża falbanowego. Strumyczki wody spływały po jej skórze, migocąc w słońcu przesianym przez liście. Krople staczały się w dół, leciały przez powietrze, lśniąc jak małe diamenty, i spadały na powierzchnię falującej wody, wzbudzając zwielokrotnione krążki – efektowny, kąpielowy deszcz. Myszka zmrużył oczy i patrzył przez rzęsy. Obraz zamglił się, nabierając tajemniczości i dziwnej nierealności sennego marzenia. Ciało Jagody można by wyrzeźbić w białym marmurze albo twardym gipsie. Śliczną, młodą dziewczynę w rozkwicie urody. Ale jak w takim razie uchwycić spadającą wodę? Myszka zamyślił się głęboko. Wykuta w martwym kamieniu, także będzie martwa. Sztywna, twarda… nie taka, jaką chciałby utrwalić. A może jednak namalowany obraz? Jednak na pewno bardzo trudno będzie tak narysować kaskadę, by woda nie wyglądała jak kłąb bawełnianej przędzy.

„Naradzę się z Pożeraczem Chmur”, pomyślał Myszka i uśmiechnął się, zadowolony. Młody smok miał bez wątpienia duży talent do rysunku. Sporo czasu spędzał we własnej postaci smukłego, skrzydlatego zwierza – po to, by polować i spotykać się z rodziną; ale gdy tylko mógł, transformował, przybierając ulubioną postać ludzkiego nastolatka. Mając parę rąk, oddawał się swej pasji – tworzył dziesiątki szkiców czarnym tuszem, kolorowe malunki na kawałkach skóry i płatach kory lub wielkie barwne freski na skalnych ścianach. Nie było to typowe zajęcie dla smoka. Ale czy ktokolwiek z gromadki dobrowolnych wygnańców na smoczej wyspie był taki do końca zwyczajny?

Myśli chłopca podążyły w inną stronę. Był ktoś, kto z pewnością stworzyłby wspaniały wizerunek. Oddałby całe piękno wodospadu, dynamikę spadającej wody i kruchość nagiej dziewczęcej sylwetki na jej tle. Ale Kamyk – Mistrz Iluzji – nigdy tu nie przychodził. A w każdym razie nie wtedy, gdy była tu Jagoda. Myszka westchnął i przekręcił się na plecy, wbijając wzrok w zieleń nad sobą.

Tymczasem po drugiej stronie jeziorka inni obserwatorzy nie spuszczali oka z kąpiącej się. Skryci w zaroślach, leżeli rządkiem obok siebie, wyciągając szyje, by nie stracić nawet odrobiny z widowiska.

– Nie pchaj się…!

– O, bogowie… co za proporcje… – mruknął tęsknie któryś. – Wymierzyłbym ją na wszystkie strony.

– Akurat ci pozwoli – szepnął z przekąsem jego sąsiad, odsuwając liść z linii wzroku.

Dziewczyna tymczasem chlapała się beztrosko, całkiem jak ptak, trzepiący się w kałuży. Nabierała wodę w złożone dłonie i rzucała w powietrze. Spadała na nią niczym deszcz drobnych klejnocików.

– Nie będę spał tej nocy – westchnął jeden z chłopców. – O… jak mi serce wali.

– Ucha-cha… Wykończysz się, Stalowy.

Jagoda otrząsnęła się i wybiegła na brzeg. Ściągnęła z gałęzi ręcznik, zaczęła wycierać się powolnymi ruchami. Była w nich zmysłowość, chyba nie do końca uświadomiona. Włożyła żółtą tunikę, przewiązała ją szarfą, po czym bez żadnych ceremonii zawołała w stronę kryjówki podglądaczy:

– Gryf! Stalowy, Promień, Wężownik! I Diament! Koniec przedstawienia! Wynocha do domu! Myślicie, że nie wiem, jakie świństwa wam po głowach chodzą?!

Podnosili się kolejno, z niezadowoleniem mamrocąc pod nosem, mrucząc jak podrażnione lwy. Ale cóż, Jagoda była czymś w rodzaju ciastka za szkłem – smakowita, lecz nieosiągalna. Ustaliła twarde reguły i zmuszeni byli ich przestrzegać. Spośród całej piątki odważył się zostać tylko Gryf. Zbrojny w powagę swych ukończonych dziewiętnastu lat, świadom własnych walorów chłopca nie tylko dobrze zbudowanego, ale i przystojnego.

– Mogłabyś chociaż udawać, że nic nie wiesz – rzekł z krzywym uśmiechem. – To nas jednak trochę poniża.

Jagoda rozplotła warkocz i szczotkowała wilgotne włosy. Fala mlecznej bieli sięgała jej prawie do pasa.

– Udawać? A po co? Ja wiem… wy wiecie, że ja wiem, że wy wiecie…

Wzruszyła ramionami.

– I tak się was nie pozbędę z tych krzaków, więc nie dbam o pozory. Czujesz się poniżony, Gryf? A co ja mam powiedzieć: obmacywana spojrzeniami jak towar na sprzedaż?

– Wydaje mi się, że jednak dość dobrze się bawisz – rzekł Gryf. – Mogłabyś jednak w końcu wybrać któregoś z nas.

Czerwonoróżowe oczy dziewczyny zwęziły się ironicznie.

– „Któregoś”… to znaczy ciebie?

– Dlaczego nie? – Gryf rozłożył ramiona w geście prezentacji. – Pasowalibyśmy do siebie. Ja Obserwator, ty Obserwatorka…

– I znalibyśmy nawzajem wszystkie swoje myśli – przerwała mu. – To mnie zupełnie nie pociąga, Mistrzu Obserwatorze. Kobieta lubi mieć w zanadrzu jakieś tajemnice. I lubi być także zas­kakiwana.

– Więc może Stalowy? – spytał z kpiną. – Biedak świata poza tobą nie widzi.

– Stalowy poszedłby i za małpą, gdyby ją ubrać w kieckę. A tyś nie lepszy – mruknęła, szczotkując włosy z coraz większą energią.

– Diament? A może Zwycięski Promień Świtu? Wysoko urodzony… wspaniały łucznik… co szkodzi, że trochę… ostry? – podsunął Obserwator tonem kupca oferującego towar.

Jagoda roześmiała się w głos.

– Daruj sobie. Na Miłosierdzie! Tylko nie Promień!

Zaczęła splatać włosy w warkocz. Gryf milczał, obskubując z liści zerwaną z krzaka gałązkę.

– I tak wiem, o kogo ci chodzi – rzekł po chwili oschle. – Po co te uniki? On tu nie przychodzi i nie przyjdzie nigdy. Ma ciebie w takim samym poważaniu, jak ty nas. Brak mu jaj, ot co!

– Hajgońska zabaweczka – dodał pogardliwie.

Jagoda powoli opuściła ręce, wyprostowała się. Gryf bezwiednie cofnął się o mały krok. Twarz dziewczyny ściągnęła się w gniewie. Wyglądała tak, jakby za chwilę miała wydrapać mu oczy.

– Ty świnio! – syknęła. – Kłamiesz i to podle! Wynoś się stąd i proś Los, żebym nie powtórzyła tego Wiatrowi Na Szczycie. Połamane palce bardzo bolą. Precz!

Gryf cofał się przed dziewczyną podczas całej tej przemowy. Odszedł, zmieszany i zły, w tempie tylko o włos wolniejszym, niż gdyby uciekał. Jagoda patrzyła za nim przez chwilę, a potem, jakby nagle wyciekła z niej cała energia, osunęła się na ziemię i zapatrzyła w przestrzeń niewidzącym wzrokiem, gryząc paznokieć kciuka.

Gryf i Myszka prawie wpadli na siebie, nadchodząc z przeciwnych stron ścieżki wydeptanej wzdłuż brzegu.

– Dokąd się wybierasz? – spytał od niechcenia Gryf, spoglądając z góry na młodszego kolegę.

– Umówiłem się z Jagodą, gdy skończy kąpiel – odpowiedział Myszka.

Gryf popatrzył wprost w jego jasne oczy, ale znalazł w nich tylko niewinność i spokój. Spokój, który, prawdę mówiąc, zaczynał go ostatnimi czasy coraz bardziej denerwować.

– Skąd wiesz, że skończyła? – warknął. – Kąpie się według zegara?

– Nie trzeba zegara – odparł mały Wędrowiec, obracając w palcach kwiat storczyka. – Starczy wypatrywać, kiedy wracacie.

– Pilnuj swego nosa! – prychnął Gryf. Nagle wyrwał Myszce kwiat i cisnął nim, nie patrząc gdzie. Storczyk pofrunął łukiem między pnączami, uderzył w duży liść, po czym stoczył się z niego prosto do wody. Myszka popatrzył za nim, potem z wyrzutem na kolegę.

– Przepraszam – wymamrotał Obserwator. – Mam zły dzień.

– To się zdarza – rzekł Myszka ostrożnie. – Ale nie oznacza… że wolno być niegrzecznym.

Gdy Gryf odszedł, Myszka wyciągnął rękę w stronę unoszącego się na powierzchni wody kwiatu. Na krótką chwilę przestrzeń między chłopcem i kwiatkiem zwinęła się, dwa punkty wszechświata zetknęły się, zmuszone do tego talentem Wędrowca, i oto na dłoni Myszki leżał mokry storczyk. Chłopiec otrząsnął z niego nadmiar wody.

– Cha… biedaku, ty też masz zły dzień. Najpierw zerwany, a potem prawie utopiony.

Jagoda czekała na umówionym miejscu. Patrząc w malutkie lusterko, malowała oczy. Zręcznie operowała pędzelkiem, ciągnąc ciemnoniebieską farbką cieniutkie kreski od kącików oczu ku skroniom.

– Witaj, Myszka.

– Pozdrowienie. Kąpiel była przyjemna?

Jagoda zaśmiała się, nie otwierając ust, co zabrzmiało jak ironiczne: „mhm-mhm-mhm”, po czym dodała:

– Byłoby milej bez tej publiczności w krzakach. Powariowali zupełnie.

Myszka usiadł obok Jagody i wsunął jej storczyk za ucho.

– No właśnie – ciągnęła. – Kiedy ty dajesz mi coś, to po to, żeby zrobić mi przyjemność. Nie oczekujesz niczego w zamian. A wiesz, jak jest z resztą… Wyobrażają sobie, że można handlować uczuciami.

Myszka kiwnął głową.

– Coś w tym rodzaju. Ale ja też chcę coś w zamian, pamiętasz? Przyniosłaś?

Jagoda wskazała palcem plecioną torbę, wiszącą na gałęzi. Poruszała się lekko. Na twarz chłopca wypłynął wyraz niepewności.

– Rezygnujesz? – spytała dziewczyna. – A może to przełożymy?

– Nieee… Przecież się zdecydowałem.

Jagoda zdjęła torbę, delikatnie położyła ją na ziemi i ostrożnie rozwiązała sznurek zaciskający wylot. Z torby natychmiast wysunęła się płaska głowa węża. Rozwidlony język lizał powietrze. Zwierzę było zaniepokojone. Jego szyja wygięła się w poziomie jak ściśnięta sprężyna. Jagoda schwyciła węża zręcznie tuż za głową. Rzucił się raz i drugi, sycząc gniewnie i prezentując długie zęby. Myszka przycisnął łokcie do boków, podkurczył palce w odruchu podświadomego lęku.

– Nie jest jadowity – powiedziała Jagoda, układając sobie ciało węża na przedramieniu. – To mały dusiciel. Dotknij go. Nie bój się. Jest śliczny, prawda? Spójrz na te wzory na jego skórze…

Mówiła cały czas łagodnym, monotonnym głosem, chcąc uspokoić i ośmielić towarzysza. Myszka wyciągnął rękę i ostrożnie dot­knął lśniącej łuski. Potem natychmiast cofnął palce, ale jego dłoń zawisła w powietrzu, gotowa podjąć następną próbę.

– To tylko mały pełzacz… taki łazik nadrzewny… Bardziej się boi ciebie, niż ty jego – ciągnęła Jagoda.

Myszka znów delikatnie położył drżącą rękę na wężowym grzbiecie. Jagoda dostrzegła to i starannie ukryła uśmiech. Nie chciała peszyć Myszki. Wystarczająco długo drwili z niego koledzy. Tak długo, że biedak zdecydował się stoczyć walkę ze swoim lękiem. Nieśmiały chłopiec, który bał się węży i pająków. Nie cierpiał przemocy i przelewu krwi. Dziewczyna obserwowała go ukradkiem, myśląc, że mimo wszystko bardziej zasługuje na sympatię niż niejeden z pozostałych młodych magów. Tych pewnych siebie, błyskotliwych, silnych, zręcznych chłopców, którzy uważają siebie za dorosłych mężczyzn. A tymczasem brakowało im tego, co cechowało Myszkę – wrażliwości, wyobraźni, spokojnej inteligencji. Było w Myszce coś, co pozwalało Jagodzie ufać mu bez zastrzeżeń. Zwierzać się z osobistych przemyśleń i zmartwień, wierząc, że nigdy tego zaufania nie zawiedzie. I nawzajem. On zdawał się pokładać w niej takie samo zaufanie. Świadczyła o tym choćby ta ostatnia, dziwna prośba, by schwytać dla niego jakiegoś niedużego węża. Żeby mógł się choć trochę przyzwyczaić…

– Właściwie nie jest śliski – rzekł Myszka cicho. – Po prostu bardzo gładki. Jak polakierowany.

– Pewnie niedawno zrzucił skórę.

Mały drzewołaz syknął powtórnie. Zdążył owinąć się wokół przedramienia Jagody, a teraz zacisnął sploty.

„Skąd tyle siły w tym maluchu?”, zastanowiła się dziewczyna mimochodem. Nacisk prawie miażdżył mięśnie na kościach. Pewnie zostanie jej na pamiątkę parę sinych bransoletek. Przesunęła palec i przycisnęła tchawicę węża. Niezbyt mocno. Po chwili rozluźnił mięśnie. Myszka odważył się dotknąć głowy gada. Spojrzał w paciorkowate ślepka.

– Kamyk łapał węże. Tam, w domu. Podobno było ich pełno w okolicy. Większość jadowita. Raz nawet złapał białego węża magów. Od jego jadu umiera się tak szybko, że nawet nie wiesz kiedy.

Jagoda zaśmiała się.

– Znam tę historię. Schwytał białego węża, zabił i miał zamiar wypchać. Schował go pod łóżkiem, a jego ojciec wymiótł zwłoki przy sprzątaniu i omal nie padł trupem z wrażenia. Awantura była straszna.

– Ale tego węża Kamyk i tak zatrzymał – uzupełnił Myszka. – Trzymał go w słoju, zalanego alkoholem. On to chyba niczego się nie boi – dodał z lekkim smutkiem i podziwem jednocześnie.

Jagoda westchnęła. Rzecz była stara jak świat, a w każdym razie liczyła sobie już ponad dwa lata. Tyle, ile czasu Myszka znał Kamyka. Starszy chłopak, Tkacz Iluzji w randze Mistrza, bliski przyjaciel p r a w d z i w e g o s m o k a, duchowy przywódca Drugiego Kręgu Magów, szermierz i biolog w jednej osobie, imponował Myszce straszliwie. Niczego mały Wędrowiec nie pragnął tak bardzo, jak tego, by dorównać swemu ideałowi. I jednocześnie boleśnie zdawał sobie sprawę z jasnego faktu, że nigdy nie zdoła tego dokonać. Ale przynajmniej próbował.

– Nawet nie przypuszczasz, ilu rzeczy tak naprawdę Kamyk się boi – odparła dziewczyna. – Nie znosi ciemności, nienawidzi ciasnych, zamkniętych miejsc… Najgorsza rzecz, jaka mogłaby go spotkać, to utknięcie w rurze akweduktu.

– W rurze…? – zdziwił się Myszka. – Dlaczego akurat w rurze?

– Nie wiem. Ale właśnie to mu się śni czasami jako najgorszy koszmar. Złap go tutaj, za głową – powiedziała Jagoda jednym ciągiem, podsuwając chłopcu węża.

– „Czytałaś” Kamyka bez jego zgody? – zgorszył się Myszka i wziął zwierzę do ręki, na sekundę przed tym, zanim zdał sobie sprawę, co właściwie robi. – Eeech…! Zabierz go!!

– Spokojnie. Nic ci nie zrobi. Myszka! Nic takiego się nie dzieje. Po prostu trzymaj go! Połóż go na kolanach!

Jagoda zrozumiała, że chciała zbyt wiele za pierwszym razem. Myszka był jak sparaliżowany. Wąż, trzymany w sztywno wyciągniętej ręce, miotał się w powietrzu, usiłując uwolnić od palców zaciśniętych kurczowo na jego karku. Jeszcze moment i ogarnięty paniką chłopak okaleczy go trwale. Jagoda „sięgnęła” do Myszkowego umysłu. Owszem, słyszał ją i rozumiał, ale nie był w stanie zmusić swego ciała do wykonywania poleceń. Siłą rozwarła mu palce, chwyciła sponiewieranego węża i odrzuciła w zarośla, zanim zdążył zrobić użytek z zębów.

– P…przepraszam… – zająknął się chłopiec. – Nie chciałem…

Dygotał trochę i zbladł pod opalenizną.

– Nie twoja wina – pocieszyła go Jagoda. – I tak bardzo dobrze ci poszło. Nawet lepiej, niż się spodziewałam. Następnym razem… Będzie następny raz? – spytała.

Myszka kiwnął głową. Uspokajał się już i odzyskiwał normalne kolory.

– Pewnie. Tak od razu nie zrezygnuję. Powiedz, dlaczego wchodziłaś do snów Kamyka? – dodał niespodzianie.

Jagoda zmieszała się. Wścibstwo, do jakiego przyznała się niechcący, było bardzo niemile widziane. Żaden z młodych magów nie był święty, ale co do jednego zgadzali się jednomyślnie – myśli towarzyszy są rzeczą intymną, bardziej nawet niż sprawy ciała. Wkradanie się do czyjegoś umysłu bez wiedzy i zgody właściciela porównywalne było do kradzieży. O ile się orientowała, żaden z chłopców, posiadających talenty pokrewne jej zdolnościom, nie przekroczył dotąd tego zakazu. Czuła na sobie badawczy wzrok Myszki.

– Lubię Kamyka – przyznała się z wysiłkiem. – Chcę wiedzieć, o czym myśli, co czuje… Po prostu być z nim. – Podniosła oczy na towarzysza. – A on nie ma dla mnie czasu.

– Rozumiem – szepnął Myszka. – Dla kogo on w ogóle ostatnio ma czas?

Sposępnieli oboje.

– Zawsze był taki – powiedziała Jagoda z odcieniem zniechęcenia. – Milczek i samotnik. Albo tkwił obłożony pergaminami, świata nie widząc, albo włóczył się po wyspie całkiem sam, nawet bez Pożeracza Chmur.

– Ale nie ciągle. Przecież często pływaliśmy razem albo graliśmy w pierścienie, albo coś budowaliśmy…

– Odsunął się. Sam wiesz dobrze. Teraz siedzi w bibliotece całymi dniami. Nawet jak gdzieś wyjdzie, to sam. Trzech ludzi razem to już dla niego tłum nie do wytrzymania. Kiedy ostatni raz odwiedził Nocnego Śpiewaka i Srebrzankę? Kiedyś często bawił się z moimi braćmi. A teraz co? Przestał lubić dzieci? Z moim ojcem prawie się nie widuje, odkąd ten przeniósł się do letniego domu nad zatokę. Wiatr Na Szczycie poluje sam albo z Promieniem. Kamyk zaniedbał nawet Pożeracza Chmur, chociaż kiedyś byli nierozłączni. A ja… – Jagoda zamilkła, ugryzłszy się w język.

– A ty go bardzo lubisz – dokończył Myszka i oblał się rumieńcem, zawstydzony własnym tupetem.

– No nie…! – wybuchnęła Jagoda i urwała.

– No… tak – dokończyła niechętnie.

– Myszka, co ja w nim widzę?! – jęknęła. – To przecież bałwan! Zapatrzony w siebie tłumok. Nie zależy mu na nikim, tylko na sobie. Taki ambitny! Taki święty! Taki nieskazitelny, psia jego morda! Naukowiec! Im więcej się uczy, tym głupszy! Nie klnie, nie pije, nie zażywa, nie używa…! Myśli, że jest lepszy niż inni, czy co?!

Zabrakło jej oddechu, więc Myszka wtrącił ostrożnie:

– No bo chyba jest taki? Trochę lepszy…?

Jagoda spojrzała z ukosa. Wciąż wyglądała na wściekłą.

– Ale fakt, że głupio robi – kontynuował. – Ja na jego miejscu byłbym milszy dla ciebie, bo… bo jesteś piękna – dokończył mężnie.

Jagoda nie wierzyła własnym uszom. Myszka też…? A jednak nie, nie była to deklaracja uczuć, tylko zwykłe stwierdzenie faktu, choć zabrzmiało nieco dwuznacznie.

– Myszko, czy byłeś kiedyś zakochany?

– Byłem – odpowiedział krótko.

– Bardzo?

– Bardzo a bardzo.

– No i …

– Porzuciła mnie – rzekł Myszka dramatycznie, rozkładając ręce. – Zdeptała moje serce, bo tamten miał kucyka i karmił ją karmelkami. Sprzedajna dziewka!

Kucyk? Słodycze? Ile lat mogła liczyć ta miłość? Sześć? Osiem? Mimo najszczerszych chęci Jagoda nie mogła się powstrzymać. Ukryła twarz w dłoniach i chichotała, dusząc się prawie i płacząc ze śmiechu. Całe napięcie uchodziło z niej w tym śmiechu. Nie mogła się uspokoić. Myszka nie wydawał się urażony. W rzeczywistości celowo chciał rozśmieszyć dziewczynę. Wyciągnął z szarfy chustkę i podał ją Jagodzie, by wytarła twarz.

– Oczywiście potem były inne, równie niewierne – powiedział z humorem. – Ale najgorzej cierpiałem właśnie za pierwszym razem. Więc cię rozumiem.

Zdumiał ją jeszcze mocniej. Nagle przypomniała sobie, że są przecież rówieśnikami. Oboje skończyli już po szesnaście lat. Dlaczego więc zwykle wydawało jej się, że Myszka jest młodszy? Czy powodowała to jego delikatna, całkiem nie chłopięca uroda? Czy też nieśmiałość, skłonność do rumieńców? A tymczasem Myszka miewał miłostki. Niewinne, rzecz jasna, ale jednak. Wyglądało na to, że jest bardziej w tym względzie doświadczony od niej.

– To co mam robić? – spytała, wyciągając lusterko. Rzut oka utwierdził ją w obawach. Tusz rozmazany na pół twarzy, koszmar! Zaczęła wycierać się pospiesznie.

– Omotaj go – rzekł Myszka stanowczo. – Za mało się starasz. Złap Kamyka, zanim całkiem się oderwie od ludzi. Chciałbym, żeby był taki, jak dawniej.

– Żeby znów się śmiał – dodała Jagoda.

– Tak. Żeby znowu się kłócił z Promieniem, dyskutował z Końcem, pracował razem ze wszystkimi… Po prostu… żeby przypomniał sobie, że nie jest sam. I że inni go potrzebują.

– Ale jak go omotam, to wcale nie znaczy, że będzie chciał przebywać z wami. Może będzie wolał m n i e – powiedziała dziewczyna trzeźwo.

Myszka machnął ręką.

– Wszystko lepsze od tego, co się dzieje z nim teraz. Próbowałem wyciągnąć go na plażę dziś rano. Wykręcił się. Patrzył przeze mnie jak przez szkło. Nie trzeba być Obserwatorem, by to wyczuć. Czekał, aż sobie pójdę i przestanę mu przeszkadzać. I jeszcze jedno: jego pamiętnik leży na półce, zamknięty i zakurzony. Już nie pisze.

– Nie ma o czym – oświadczyła Jagoda melancholijnie. – Teraz czyta tylko cudze książki.

– Więc postarajmy się, by miał o czym pisać.

Cień ażurowej okiennej przesłony tworzył ozdobny wzór na karcie papieru. Pióro Tkacza Iluzji bez pośpiechu kreśliło na niej kolejne znaki.

Czasami bardzo trudno ustalić, kiedy następują znaczące zmiany w życiu. Sięgając pamięcią wstecz, można stwierdzić: to zaczęło się wtedy a wtedy. Ale są to określenia nieprecyzyjne. Wszelkie rozgraniczenia stają się sztuczne. Bo właściwie kiedy zarzuciłem szermierkę? Od którego dnia przestał do mnie zachodzić Pożeracz Chmur, zniechęcony moim ciągłym brakiem czasu? Co gorsza, zdałem sobie sprawę, że już nie pamiętam ostatniej stworzonej przez siebie iluzji. A to znaczyło, że nie używałem talentu od bardzo dawna. W zakurzonym tomie diariusza ziała ogromna dziura – żadnych zapisów już od pół roku, żadnych kartek z notatkami wetkniętych pod okładkę. Patrzyłem na czyste kartki z przykrym uczuciem, jakbym od pół roku nie żył. Rozejrzałem się po swojej izbie, jakbym znalazł się tu po raz pierwszy. Uważnie, analizując to, co mnie otaczało. Półki uginające się pod ciężarem starych woluminów, stół zarzucony papierami i zużytymi piórami. Na ścianach pozawieszane karty z próbkami znaków starożytnego pisma. Niestarannie zaścielone łóżko. Brudne talerze. Pod powałą zawieszone trzy lampy, których klosze proszą już o wyczyszczenie. Wyglądało to tak, jakby mieszkał tu starzec, a nie młody człowiek, którym przecież byłem. Wspomniałem, jak wyglądała komnata, którą kiedyś w Zamku Magów dzieliłem z Nocnym Śpiewakiem – zarzucona kolorowymi przedmiotami, w wesołym nieładzie. Widać było, że ktoś tam mieszkał, żył, bawił się i kochał. A tutaj, teraz, u mnie? Co się stało? Dlaczego jedynym barwnym przedmiotem jest bukiet kwiatów przyniesiony przez Jagodę?

A właśnie przez Jagodę dopadło mnie całe to rozmyślanie. Zaczęło się od tego, że mi przeszkadzała. Ni stąd ni zowąd zaczęła mnie codziennie odwiedzać. Czy może raczej n a – w i e d z a ć, bo te wizyty były mi równie miłe, jak ukazywanie się natrętnego ducha. Czytała mi przez ramię, chuchając przy tym w ucho i doprowadzając do szału. Zasypywała ciasteczkami i suszonymi owocami tak, że wciąż miałem na stole pełno okruchów, a w duszy narastający wstręt do słodyczy. Znosiła też różne kolorowe wiechcie gubiące płatki oraz nasionka. Przez nią moja praca nie posuwała się do przodu w tempie kulawego ślimaka. Jagoda, jakby celowo, rozpraszała mnie i to skutecznie. Przychodziła z grubsza o tej samej porze, więc już godzinę wcześniej nie byłem w stanie się skupić, w każdej chwili spodziewając się ujrzeć w drzwiach smukłą postać w jasnej sukience. Zwykle siedziała długo, nawet po trzy godziny z rzędu. Z początku traktowałem ją jak gościa i próbowałem zabawiać, ale wkrótce gość zaczął zachowywać się jak stały lokator. Dziewczęce rączki bezceremonialnie przekładały moje rzeczy, robiły porządki w mej odzieży, zszywały tuniki, które „puściły” na szwach. Nie podejrzewałem Jagody o takie umiejętności. Nawet miło było spojrzeć, jak igła miga w jej zręcznych palcach. Nie wypadało też wyganiać kogoś, kto wyświadcza ci uprzejmość. Gdy szyła, to przynajmniej nie robiła rzeczy znacznie gorszych. Nie kładła się na moim łóżku i nie rzucała we mnie oberwanymi główkami kwiatów. Nie zabierała mi spod rąk notatek, które inaczej musiałbym jej odbierać. I gdy szyła, to nie przeglądała obrazków w książkach, kładąc przy tym nogi na stole. Spódnica zjeżdżała jej wtedy aż do… do najniższego możliwego punktu. Nogi miała bardzo ładne, to muszę przyznać, lecz sam już nie wiem, ile razy brała mnie chętka, by ująć w dłoń kałamarz i wolniutko polać je strugą atramentu. Powstrzymywała mnie jedynie myśl, że byłaby to pewnie ostatnia rzecz, jaką zrobiłbym w życiu. Nie mam złudzeń, że Jagoda nie wiedziała, jak się męczę; że nie szpiegowała moich myśli. Dyskrecja zawsze była jej słabą stroną. A jednak próbowała tym wszystkim robić mi na złość i … chyba zwrócić na siebie moją uwagę. Tylko dlaczego szukała mojego towarzystwa, skoro pod ręką miała chłopców chętniejszych, milszych oraz o wiele, wiele bardziej rozmownych niż ja? Czasem pytałem, czy się nie nudzi, czy nie wolałaby pospacerować poza moją pracownią (kiedyś przecież uwielbiała się włóczyć). Odpowiadając mi, zwykle robiła tylko dwa znaki w mowie rąk: „nie” i „słońce”. O tak, umiała sobie znaleźć zajęcie, niech to zaraza! Zrozumiałe też, że wolała spędzać czas w cieniu. Dla niej każde przejście po nasłonecznionej plaży bez osłony szczelnie zapiętego ubrania, bez kapelusza lub parasola, było jak oblanie wrzątkiem. Delikatna, biała skóra dziewczyny nie nabierała opalenizny, tylko po prostu przypiekała się. Cień był dla Jagody zbawienny… lecz czy to musiał być MÓJ cień?! Wszystko to (i jeszcze więcej) doprowadziło mnie do pożałowania godnej sytuacji, gdy stałem w swoim zakątku i oceniałem sam siebie. I wolniutko kiełkowała we mnie wstydliwa myśl, czy Jagoda przypadkiem nie usiłowała mnie uwodzić. Z marnym jednak skutkiem. I czy czasem nie miała trochę racji, z takim lekceważeniem traktując moją pracę. Kto właściwie to czyta, prócz mnie i od czasu do czasu Słonego? Nawet Koniec – historyk z zamiłowania – znudził się, zwątpił w sens tych starań.

Rozejrzałem się jeszcze raz po surowym wnętrzu. Szaro. Wzrok mój padł na stertę pudełek leżących w kącie, od tak dawna nieruszanych, że zdążyły pokryć się matowym kurzem. Uśmiechnąłem się sam do siebie. Zawierały zbiór motyli. Po powrocie na wyspę, w porywie pierwszego entuzjazmu, próbowałem zebrać taką samą kolekcję, jaką ofiarowałem ojcu. Od tamtej pory minęły prawie dwa lata, a zbiór nadal pozostawał niepełny. I pewnie taki pozostanie. Zdmuchnąłem kurz z wieczka. Odsłoniłem owada o podługowatych skrzydłach – brązowych z delikatnym beżowym deseniem. W tej samej skrzyneczce znalazłem jeszcze cytrynowożółtą piękność, strojną jak wielka dama, w białą koroneczkę po brzegach. Ta właśnie uroda zgubiła skrzydlatą istotkę.

Kiedyś Stalowy sporządził dla siebie komplet igieł do nakłuwania węzłów nerwowych (po prawdzie, potrzebny mu jak psu piąta noga). Igły okazały się zbyt grube, a Stalowy zamiast je przerobić, ofiarował mnie. Wyciągałem teraz jednego motyla po drugim i tymi właśnie igłami przypinałem je do półek, drewnianych listew, zasłon przeciw moskitom… Pomieszczenie poweselało. Rozglądałem się, zadowolony z efektu. Pstre łatki, rozrzucone to tu, to tam, cieszyły oko i wlewały w mą duszę uczucie zapomniane – zachwyt i zastanowienie nad różnorodnością form, jakie przybiera istnienie. Piękno. Tym powinien zajmować się Tkacz Iluzji. Przypomniałem sobie pokaz, który kiedyś zrobiłem dla dziewcząt z Ogródka Rozkoszy. Jak były zachwycone, gdy pokazałem im wizję miejsc, których nie miały szansy nigdy oglądać. Jak bardzo byłyby zadowolone, gdybym teraz otoczył je rojem takich motyli. Taka powinna być moja rola. Pokazywać innym, jak wspaniały może być świat. I znów ukłucie przykrości – gdzie są ci „inni”? Garstka przyjaciół, jaka otaczała mnie tutaj, na smoczej wyspie, była nędznym odpowiednikiem widowni, jaką miałbym… jaką powinienem mieć na kontynencie. Nagle zobaczyłem swą przyszłość jako długą, prostą linię niezawierającą żadnych niespodzianek. Wciąż w tym samym miejscu, ciągle przy tych samych zajęciach, których nikt nie doceni. I tak może do końca życia… Otrząsnąłem się. Na Miłosierdzie! Miałem dopiero dziewiętnaście lat! Wziąłem na siebie obowiązki, które z ochotą spełniałby Strażnik Słów. Rola Tkacza Iluzji nie powinna polegać na zakopaniu się w stosie papierów. Spojrzałem na swój stół do pracy i poczułem, że zupełnie, ale to zupełnie nie mam ochoty do niego znów zasiadać. Natomiast z chęcią poszedłbym… na ryby. Koniecznie z Pożeraczem Chmur, który dostarczyłby mi dodatkowych wrażeń, teatralnie narzekając na bliskość wody i sugerując, że ryby powinny wyłazić na ląd dla jego wygody.

Wtedy ktoś zarzucił mi od tyłu ramiona na szyję. Szarpnąłem się, kompletnie zaskoczony. Uścisk wzmógł się. Upłynęła chwila, zanim zorientowałem się w sytuacji. Napastnik pachniał Jagodą. Po prostu nie zauważyłem jej wejścia, a ona stanęła za mną na stołku. Straciła równowagę i zawisła na mnie. Złapałem dziewczynę, by się nie potłukła. Raptem jej twarz znalazła się tuż przy mojej. Widziałem z bliska oko Jagody – różowoczerwone jak płatek kwiatu, z fascynująco purpurową źrenicą. I nagle następna niespodzianka – jej wargi na moich! Ciepłe i wilgotne, pożądliwe. Czubek języka bezwstydnie przesuwający się po mych zębach! Rzuciłem głową, otworzyłem ramiona. Jagoda znalazła się na ziemi. Odruchowo wytarłem usta wierzchem dłoni. Wtedy zrozumiałem, że nie powinienem był tego robić. Jagoda wyglądała, jakbym ją uderzył. Skuliła ramiona, wargi jej zadrżały, wygięły w podkówkę. Nagle odwróciła się i wybiegła. A ja zostałem – zaskoczony, zmieszany – nie bardzo rozumiejąc, co się właściwie stało, ani dlaczego.

Minęło dobre pół godziny, zanim ochłonąłem na tyle, by się pozbierać i wyjść na poszukiwanie Pożeracza Chmur. A potem, choć dobrze się razem bawiliśmy, część mego umysłu cały czas zastanawiała się nad tym, co zaszło. I słusznie, bo gdy późnym popołudniem wróciłem do domu wraz z Pożeraczem Chmur, wśród bałaganu na stole znalazłem list od Jagody – kartkę pokrytą nierównym, nerwowym pismem, z kilkoma plamkami, jakby padły na nią łzy.

Pióro Kamyka zawisło w powietrzu. Zastanawiał się przez chwilę, po czym otarł je starannie o kawałek gąbki i odłożył. Dmuchnął na ostatni rządek napisanych znaków.

„Pisanie cię uspokaja” – zauważył Pożeracz Chmur, rozłożony w wygodnej pozie na łóżku gospodarza.

„I dobrze, bo tylko spokój może mnie uratować” – odparł Kamyk. – „Dostałem pierwszy w życiu list miłosny i nie mam pojęcia, co z tym zrobić.”

Po raz szósty zaczął czytać przesłanie zadurzonej, nieszczęśliwej dziewczyny. Podparł głowę ręką, a minę miał tak zmartwioną, że Pożeraczowi Chmur zrobiło się go żal, choć całe to zamieszanie traktował raczej lekko. Oczywiście treść listu znał na pamięć i doskonale wiedział, z czym boryka się właśnie jego przyjaciel.

„Rozumiem, że możesz mnie nie chcieć. Masz do tego prawo” – pisała Jagoda. – „Ale kocham Cię i chcę, żebyś to wiedział. Pocałowałam Cię dzisiaj, bo myślałam, że sprawi Ci to przyjemność. Skoro lubi to robić ojciec i Nocny Śpiewak ze Srebrzanką, to byłam pewna, że Ty też. Pomyliłam się, przepraszam. To okropne. Tak bym chciała, żebyśmy byli razem. Przecież nie jestem brzydka. Wiem to od Gryfa i całej reszty, ale ja ich nie chcę. Tamci traktują mnie jak lalkę. Prócz Myszki. Ale Myszka też się nie liczy. A Gryf jest nachalny. Kocham Cię i zawsze będę kochać. Tylko raz mnie objąłeś, kiedy napadł mnie samiec lamii. Szkoda, że tylko raz. To znaczy nie chodzi o napad, ale że byłeś tak blisko. Ojciec ma Księżycowy Kwiat, a Srebrzanka Nocnego Śpiewaka, a ja jestem sama. Tak mi żal. Gryf jest chętny, ale ja go nie chcę. Nie chcę namiastki. Bo on mnie naprawdę nie kocha i jak ktoś ma mnie nie kochać, to wolę, żebyś to był Ty. Bo ja Cię naprawdę kocham. Jeśli chociaż trochę mnie lubisz i jeśli nie gniewasz się już za ten pocałunek, to przyjdź dzisiaj na plażę koło Syrenich Skałek. Będę czekała do zachodu słońca. Jeśli nie przyjdziesz, to zrozumiem, że mam już Ci nie przeszkadzać i nie przychodzić więcej. Nie pokazuj nikomu tego, co napisałam, bo inni będą się wyśmiewać. Jeśli to zrobisz, to się zabiję, bo inni będą się naśmiewać, a tego nie zniosę.”

Kamyk westchnął ciężko.

„Co ja mam robić?”

„Idź” – poradził Pożeracz Chmur.

„Ale to oznacza spore zobowiązanie. Deklarację” – zmartwił się chłopak.

„To nie idź.”

„Ale to ją strasznie zaboli. Czuje się samotna.”

„To idź” – odparł Pożeracz Chmur lakonicznie, gryząc trawkę wyskubaną z siennika. Kamyk ściągnął brwi.

„Nie przejmujesz się za bardzo, nie?” – przekazał z pretensją.

Pożeracz Chmur poruszył tylko nieznacznie uchem.

„To z tobą chce się sparzyć, a nie ze mną.”

Chłopiec prychnął ze złością.

„Sparzyć! Nie jesteśmy zwierzętami!”

Młody smok przeciągnął się rozkosznie, po czym zmienił pozycję, opierając długie nogi o ścianę i zwieszając głowę z brzegu posłania.

„Pewno dlatego stwarzacie problemy tam, gdzie ich nie ma. Zaszkodzi ci, że się zabawisz?”

Kamyk usiadł obok przyjaciela.

„To jest akurat sposób Gryfa albo Stalowego: zawrócić w głowie, zaznać przyjemności i bez żadnych zobowiązań iść do innej dziewczyny, gdy poprzednia się znudzi. A ja szanuję Jagodę i nie chcę jej rzucać ochłapów. Nie jest byle kim.”

„Rozumiem. A nie możesz związać się z nią poważnie? Jest całkiem mądra, umie różne pożyteczne rzeczy i potrafi być miła, jeśli tylko chce.”

Kamyk potrząsnął głową ze zniechęceniem.

„Tak właściwie chodzi o mnie. Co ja jej mogę zaoferować? Wygnaniec bez terytorium, na dodatek głuchy. Nie jestem w stanie z nią nawet normalnie porozmawiać. Mielibyśmy do siebie pisać przez całe życie? Z pewnością znajdzie kogoś lepszego ode mnie. Choćby Końca – jest solidny i godny zaufania. Winograd też ma sporo zalet. A i Gryf byłby nie najgorszy, gdyby spoważniał.”

Chłopiec wstał, podszedł do blatu i zaczął powoli drzeć list na drobne kawałki.

„Jeśli powiesz choć słowo komuś…”

Pożeracz Chmur wypluł źdźbło.

„Urwiesz mi łeb. Jasne. Niedługo słońce zajdzie.”

„No to co?”

„Nic. Mogę zostać na noc?”

„Możesz.”

„Dzisiejszy zachód może być ładny. Na niebie jest parę obłoków. Przesieją światło.”

„Możliwe.”

„Najlepszy widok jest z plaży.”

Kamyk rzucił Pożeraczowi Chmur mordercze spojrzenie. Pokręcił się bez celu po izbie, po czym zaczął wyglądać przez okno. Smok udawał obojętność wobec tych manewrów. Minęło parę minut. Kamyk wstał. W powietrzu przed nim zawisły iluzyjne znaki:

Chyba jednak pójdę się przejść.

Wyciągnął szczotkę z jakiegoś zakamarka i zaczął się czesać. Skutek był mierny: ciemne kędziory wygładzały się na moment, po czym wracały na swoje miejsce jak sprężynki.

„Może także się ogolisz? Na ten spacer.” – Pożeracz Chmur nie mógł darować sobie uszczypliwości. W następnej sekundzie uchylił się przed szczotką, która trzasnęła w ścianę tuż koło jego głowy. Kamyk wymaszerował, godnie wyprostowany.

– Te zachody słońca… – mruknął Pożeracz Chmur do siebie, przeciągając się niczym kot. – Mrrrrhhaahhhh… cóż za poważna sprawa.

Zwinął się w kłębek na łóżku maga, niemal pewny, że tej nocy nie będzie musiał przenosić się nigdzie indziej.

Jagodzie wydawało się, że czeka już całe wieki. Chodziła w tę i z powrotem po ubitym piasku. Granice tego monotonnego spaceru wyznaczały z jednej strony pierwsze kamienie Syrenich Skałek, z drugiej – płytka sadzawka wygrzebana przez fale nocnego przypływu. Czas wlókł się jak kulawy ślimak. Słońce przylepiło się do nieba i chyba już nigdy nie miało zajść. Po godzinnej męczarni wyczekiwania i niepewności, dziewczyna chciała już tylko jednego – żeby to wstrętne słońce wreszcie zaszło, żeby mogła wrócić do domu, rzucić się na posłanie i wypłakać, nie zważając już na to, że gniecie sukienkę i rozmazuje tusz na powiekach. Do domu…! Zadrżała gwałtownie, dotknięta nagłą myślą. Tylko nie do domu! Nie tam, gdzie czekają ją głupawe uwagi młodszych braci oraz milczenie macochy, za którym kryłaby się pobłażliwość doprawiona szczyptą irytacji. A co najgorsze – ojciec, dopytujący, dlaczego córka jest taka nieszczęśliwa. Nie, tylko nie to! Łzy, czyhające tylko na okazję, zapiekły w kącikach oczu i już, już miały się przelać… Odchyliła głowę w tył i oddychała głęboko, czekając, aż obeschną. Palce dziewczyny zwijały bezmyślnie koniec szarfy. Opasała się tym razem wysoko, chcąc podkreślić biust.

– Głupia! Głupia! – szepnęła sama do siebie, gniewnym ruchem ściągając wiązanie niżej. Ramiona ją piekły, zaróżowione od słońca. Trzeba było nie wybierać się w sukience bez rękawów. Och, trzeba było nie przychodzić wcale!

Słońce dotknęło krawędzi horyzontu. On nie przyjdzie, spójrz prawdzie w oczy, dziewczyno. Te wszystkie bzdury, które musiał przeczytać… Jagoda aż skręciła się ze wstydu na samą myśl. Jak mogła się tak wygłupić?! On nie pokaże tego innym, z pewnością nie, ale wyśmiał tę żałosną pisaninę, tego była pewna. Wyśmiał, wydrwił, wyrzucił z niesmakiem… Co za wstyd! Jak mogła się tak poniżyć?

Jagoda usiadła wprost na piasku. Nie miało już sensu dbanie o sukienkę. Pogrążona w gorzkich rozmyślaniach, patrzyła na słoneczny krąg pogrążający się w oceanie. Jak dobrze byłoby pójść za tą złocistą tarczą. Woda sięgnęłaby jej kolan, potem obmyłaby uda… a ona szłaby i szła, póki fale nie zamknęłyby się nad jej głową. I już zostałaby tam, w dole, w błękitno-zielonej ciszy i spokoju. Albo nie… rankiem znaleźliby ją martwą i zimną jak marmur, z wodorostami we włosach… Z pewnością wszyscy by płakali, a Kamyk miałby wyrzuty sumienia do końca życia. Leżałaby u jego stóp, z rozgwiazdą u skroni i krabem na martwym sercu.

Jagoda otrzeźwiała, porażona tą wizją. Brzydziła się rozgwiazd.

– Fuj!

W tej chwili do jej uszu dotarł odgłos przedzierania się przez zarośla, a potem skrzypienie suchego piasku pod czyimiś stopami. Ktoś biegł – słyszała to coraz wyraźniej – dysząc ze zmęczenia. Zbliżał się. Nie miała odwagi odwrócić się i sprawdzić, kto to. Ani „sięgnąć” i dotknąć myślą biegnącego. Siedziała sztywno jak słupek, zaciskając splecione palce aż do bólu, i nie odrywała wzroku od gasnącej słonecznej łuny na widnokręgu. Zagasła ostatecznie, gdy przybysz dotknął ramienia Jagody.

– Przepraszam. Spóźniłem się. Pewnie już długo czekasz.

Głos był łudząco podobny do głosu Pożeracza Chmur, lecz bardziej monotonny. I nic dziwnego – jego posiadacz nie słyszał sam siebie. Stał nad dziewczyną, oddech uspokajał mu się z wolna. Srebrne Jabłko – mniejszy z dwóch księżyców wisiał mu nad ramieniem. Jagoda delikatnie dotknęła myśli chłopca i wyczuła, że jest on równie zakłopotany, jak ona sama. Byli razem i co dalej? Rozmawiać? Na pisanie na piasku było już zbyt ciemno. Znów próbować go pocałować? Nawet gdyby Jagoda odważyła się na coś takiego po raz drugi, to i tak z trudem wyobrażała sobie wykonanie. Kamyk przerastał ją dokładnie o głowę. Podskoczyć? Przygiąć go do dołu? A jeśli znów się wytrze? Co za głupia sytuacja. Stłumiła nerwowy chichot. Wybawienie nadeszło z najmniej spodziewanej strony.

– Iiirk…! Ouk, ouk. Ank nak…

Kilka kroków dalej na granicy przyboju majaczył ciemny kształt.

– Kto tam? To ty, Pływający-Na-Przedzie? – spytała Jagoda, rozpoznając wydrzaka. Ci inteligentni mieszkańcy wybrzeża i płytkich wód byli częstymi gośćmi w rejonie Syrenich Skałek, gdzie dno obfitowało w jadalne małże. Zadowolony wydrzak szczeknął krótko. Jagoda doskonale orientowała się w myślach kosmatych pływaków, choć nie potrafiła sklecić ani zdania w ich gwarze. Jej przyrodni bracia radzili sobie z tym znacznie lepiej.

W wodzie śmigały zwinne ciała innych wydrzaków. Niektóre wychodziły na brzeg. Kamyk witał się z nimi, wymieniając lekkie klepnięcia po bokach i trącenia nosem. Jagoda nabrała ochoty, aby popływać. Dlaczego nie? Mimo zapadnięcia zmroku było to całkowicie bezpieczne. Obecność stada wydrzaków gwarantowała, że nie zjawi się tu ani syrena, ani rekin. Niewiele myśląc, zaplotła włosy i zaczęła uwalniać się od odzieży, gestami zachęcając towarzysza, by poszedł w jej ślady. Oby tylko ten wychowany na północy kraju tradycjonalista, wstydliwy aż do przesady, zdecydował się na ten krok. A jednak naśladował ją chętnie, być może ośmielony tym, że mały księżyc dawał tak niewiele światła. Zostali tylko w sandałach, by ochronić stopy przed zetknięciem z ostrymi muszlami na dnie, lub jadowitymi kolcami jeżowca. To było takie łatwe i przyjemne – pływać, chlapać się pod księżycem. Nurkować, zawisając w mroku, gdzie gubiły się góra i dół. Trzymać za ręce, nie widząc się, a tylko wyczuwać wzajemną obecność. Jagoda, korzystając z talentu Obserwatorki, nieomylnie podpłynęła do Kamyka i złapała go za kostkę. Przeraził się, w jego umyśle pojawiło się wyraźne jak błysk wspomnienie podobnego ataku – gdy omal nie stracił życia przez syreny. Odruchowo wymierzony kopniak trafił Jagodę w ramię. Zabolało niezbyt mocno, zasłabła jednak wdzięcznie, przyciskając dłoń do skroni, słaniając się w wodzie sięgającej jej szyi. Czuła jednocześnie i dumę z własnego sprytu, i pogardę, że stać ją na sztuczki godne… żony ojca. Lecz gdy Kamyk podtrzymywał jej głowę ramieniem, gdy czuła jego dłonie na piersi i talii – uznała, że wszystko to jest usprawiedliwione. Wyniósł ją z wody, złożył na piasku, niczym zemdloną nimfę wodną.

„Nareszcie”, pomyślała z satysfakcją, a jednocześnie ukłuciem strachu, gdy pochylał się nad nią coraz niżej. Pocałował ją. Tym razem z własnej chęci. Lekko, samymi wargami, jak brat siostrę na „witaj” lub „do zobaczenia”. A potem tylko trzymał jej dłoń między swoimi, czekając, aż dziewczyna lepiej się poczuje.

„Jaki skromny. Cóż za godna pochwały powściągliwość. Kamyk – dobrze dobrane imię. Prawdziwy kamień. Cały głaz nawet”, pomyślała z irytacją, odgrywając cały rytuał wyjścia z omdlenia. Ale potem złość z niej opadła. Wyobraźnia podsunęła jej to samo zajście, ale z Gryfem. O, on także dałby się oszukać, z radością nawet! I miałaby go już na sobie, z całym ciężarem. Podnieconego, dyszącego, mokrego jak ryba. Uch…! Nie, to dobrze, że Kamykowi się nie spieszy. Oboje mają czas. Mnóstwo czasu. Niech się ubiera ten biedak, kuląc i odwracając tyłem. Ona i tak wie swoje.

Znad płycizny uniosła się głowa wydrzaka i rozległ się cmokający zew. Jagoda mimowolnie sięgnęła ku jego myślom. Był lekko zaniepokojony, a jednocześnie pękał z ciekawości, czy te dwie istoty na brzegu mają zamiar się sparzyć. Uważał zresztą, że Jagoda dokonała dobrego wyboru – jej samiec był silny i mógł jej dać zdrowe, ładne dzieci. Dziewczyna z trudem opanowała wybuch śmiechu, gryząc wargę. Pobłogosławiła tylko Los, że Kamyk nie umiał czytać w myślach. Jakże zawstydziłby go osąd przywódcy stada. I pewnie przepłoszył na dłuższy czas.

– No to się zaczęło – stwierdził z zadowoleniem Pożeracz Chmur. – Spotykają się już od paru dni.

– Ja się cieszę – powiedział Myszka. – Nareszcie coś konkretnego. Wiesz, obawiałem się, że Jagoda przeciągnie strunę. Te jej zabawy przypominały drażnienie kłębu węży. Mogły się skończyć gwałtem, albo chłopcy pobiliby się między sobą.

– Masz to z głowy. Żaden nie ruszy czegoś, co należy do Kamyka.

– Na pewno? – zwątpił Myszka.

– Ja bym się wściekł, gdyby który spróbował. Kamyk rzadko traci cierpliwość, ale jak już straci, to lepiej uciekać.

Smok i mały Wędrowiec siedzieli na szczycie klifu, który podkowiastym łukiem otaczał Zatokę Słonego. Prażyli się w słońcu, podziwiając widok na ocean i jasnozłotą plażę, ograniczoną z jednej strony stromym stokiem, porośniętym soczystą zielenią palm i gęstych zarośli. Dokoła nich porozkładane były kartony ze szkicami, przyciśnięte kamieniami, żeby wiatr nie strącił ich do wody. Wszystkie przedstawiały ten sam temat w różnych wersjach – kobiecą postać na tle wodospadu. Pożeracz Chmur podniósł jeden z rysunków i przyjrzał mu się krytycznie.

– Ten jest chyba najlepszy. Żebym jeszcze mógł zrozumieć, dlaczego ta dziewczyna tak bardzo się wam wszystkim podoba… Strasznie utyła ostatnimi czasy, i to nierówno. Tu ma więcej… tu mniej… tu znowu więcej… – Jego ręka wskazywała odpowiednie rejony na ciele.

Myszka parsknął śmiechem. Pożeracz Chmur nagle oderwał wzrok od szkicu i czujnie nastawił uszu.

– Ktoś tu idzie… A, to Stalowy. – Pokręcił głową z zastanowieniem. – Dziwne, „sięgam” do niego, a on mi się wyślizguje. Myśli mu się rozłażą… mętne to jakieś.

– Ależ… – mruknął smok z niesmakiem – …on się chyba po prostu urżnął. Myszka, czy to mu się często zdarza?

Myszka westchnął ciężko.

– Od trzech miesięcy coraz częściej. Wiatr Na Szczycie zrugał go, ale to nic nie dało. Stalowy tęskni za miastem i nudzi się.

Młody smok pokiwał głową z miną osoby doświadczonej.

– Pamiętam jak…

W tym momencie na szczycie klifu pojawił się obiekt ich rozmowy. Myszka wraz z towarzyszem patrzyli na niego w zdumieniu. Stalowy uśmiechnął się krzywo. Kosmyki potarganych włosów wpadały mu do oczu. Ubrany był jedynie w przepaskę na biodrach. Najwyraźniej przedzierał się przez chaszcze, gdyż długie zadrapania krzyżowały się na jego ciele. Krople krwi mieszały się z potem. Wolnym krokiem szedł niebezpiecznie blisko krawędzi. Tam, gdzie zwietrzały kamień był kruchy i w każdej chwili mógł zarwać się pod jego ciężarem. Myszka zastanowił się, czy zdążyłby z pomocą talentu przechwycić spadające ciało i przerzucić je w bezpieczne miejsce. Stalowy podszedł bliżej, wciąż z nienaturalnym uśmiechem przylepionym do twarzy.

– O, Myszeńka… i nasz ukochany przywódca… mo-moralny przewodnik.

Głos miał ochrypły. Myszka dostrzegł, że chłopak jest boso i zostawia po sobie krwawe ślady. Przejął go dreszcz. Na Miłosierdzie Losu, jak można doprowadzić się do takiego stanu?!

– Oprzytomnij, łajzo! – warknął Pożeracz Chmur do Stalowego. – Nie jestem Kamykiem!

Stalowy zachichotał.

– Smok w przebraniu! Śmieszne… No, czy to nie śmieszne? Smok… chi, chi, chi…

Wciąż się śmiejąc, podszedł do Pożeracza Chmur niepewnym krokiem i szturchnął go palcem w pierś.

– Jakbym cię stąd zrzucił, to byś pofrunął, ptaszku? Poleciałbyś? – Pchnął całą dłonią, aż Pożeracz Chmur zachwiał się.

– Uspokój się! Jesteś zalany! – warknął. Z obawą spojrzał na krawędź skały. Tylko tego brakowało, by musiał szamotać się z odurzonym chłopakiem tam, gdzie tylko krok dzielił ich od upadku dwadzieścia pik w dół – na głazy, gdzie rozbijały się z hukiem fale.

– Zalany? – Stalowy przekręcił głowę, parodiując pozę pełną namysłu. – Nie. To eliksir latania. Cudowna materia… A ja potrafię latać, bezskrzydły smoku.

Ruszył ku urwisku, depcząc rysunki. Pożeracz Chmur złapał go z tyłu za ramiona.

– Dość tego!

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Harda Horda. Antologia opowiadań Kroniki Drugiego Kręgu 4. Piołun i miód Kroniki Drugiego Kręgu 3. Kamień na szczycie Kroniki Drugiego Kręgu tom 1. Naznaczeni błękitem Kroniki Drugiego Kręgu tom 2. Drugi Krąg 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Chłopiec z Burzy Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never