Dzień, w którym lwy zaczną jeść sałatę

Dzień, w którym lwy zaczną jeść sałatę

Autorzy: Raphaëlle Giordano

Wydawnictwo: Muza

Kategorie: Hobby

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 416

cena od: 20.74 zł

Druga książka autorki „Twoje drugie życie zaczyna się, kiedy zrozumiesz, że życie jest tylko jedno”, bestsellera w Polsce i fenomenu wydawniczego we Francji. W rok sprzedało się ponad pół miliona egzemplarzy książki.

Romane Gardener prowadzi terapeutyczne szkolenia dla osób odbieranych przez otoczenie jako dominujące, patrzące na innych z góry i ostro ich oceniające, pozbawione empatii, wrażliwości, egocentryczne. Jej klienci często są kreatywni, przekonani, że dają światu dużo, więc należy się im posłuch i respekt. W rzeczywistości otoczenie z trudem ich znosi, a oni nie potrafią wykorzystać potencjału innych, krzywdzą zarówno siebie, jak i ich.

Poradnik w nowatorskiej formie, dla tych, którzy nie chcą być nadętymi dupkami i muszą sobie radzić z takim typem ludzi na co dzień.

Książkę można czytać jak pasjonujący przewodnik radzenia sobie z bufonadą i egotyzmem – swoimi i innych. Poradnikowy charakter książki podkreśla zamieszczony na końcu słowniczek terminów.

Raphaëlle Giordano – trenerka rozwoju osobistego, propagatorka kreatywności w życiu, pokazuje jak odnaleźć drogę do szczęścia i samospełnienia. Jest autorką książek z dziedziny rozwoju osobistego. Łączy w nich elementy psychologii i coachingu. Z wykształcenia jest grafikiem i psychologiem, a obecnie pisarką, malarką i trenerką kreatywności.

Tytuł oryginału: La jour où les lions mangeront de la salade verte

Przekład z francuskiego: Krystyna Szeżyńska-Maćkowiak

Redaktor prowadzący: Bożena Zasieczna

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Bogusława Jędrasik

Na okładce zostały wykorzystane zdjęcia:

© Dave King/Dorling Kindersley/Getty Images

© Andrew John Simpson/Stone/Getty Images

© Eric Isselee/Shutterstock

© Carlo Dapino/Shutterstock

© Oksana Kuzmina/Shutterstock

© Freestyle images/Shutterstock

© 2017 Groupe Eyrolles, Paris, France

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych i przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu bez pisemnej zgody posiadacza praw.

ISBN 978-83-287-0980-5

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2018

FRAGMENT

Serdecznie dziękuję wszystkim, którzy przejawiają skłonności do bufonowatych zachowań, a których spotkałam na swej drodze, ponieważ to oni stali się inspiracją tej opowieści i skłonili mnie do refleksji nad tym, jak stać się lepszym człowiekiem…

Mojemu synowi Vadimowi, którego bardzo kocham. Jego ojcu, Régisowi, niezawodnemu powiernikowi, z którym dzielę się pomysłami.

Matce, Claudine, za to, jaka jest, i za wszystko, co mi przekazała.

Siostrze bliźniaczce Stéphanie, za to, że jest tak blisko i że wspiera mnie bezwarunkowo.

Redaktorkom – Stéphanie i Élodie, za to, że tak umiejętnie towarzyszyły mi w tej pięknej przygodzie wydawniczej…

Vaninie C. Renard za pomoc w Grze Feniksa.

Kochać bardziej. Kochać lepiej. Kochać źle. Ale kochać. Hołubić ten wspaniały potencjał radości, kreatywizmu i szczęścia, by rozkwitał i promieniał w nas i wokół nas.

Miłej lektury!

Raphaëlle Giordano

Spis treści

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

53

Epilog

Podręczny słownik przydatnych terminów

1

STRUMIEŃ KRWI TRYSNĄŁ NA PIASEK areny, plamiąc go, jak dripping dzieło Jacksona Pollocka. W centrum tego żywego obrazu – byk: potężna, zwarta, czerwona masa – brutalnie odcinał się od piaskowego tła. Bykomachia wynoszona jest do rangi sztuki, a zwarty tłum spragnionym spojrzeniem spija do ostatniej kropli z kielicha krwawej fascynacji…

Bestia rozrzuca gorący piasek. Kopyto grzebie w ziemi niczym widły złego diabła, samcza siła symbolizuje – chcąc nie chcąc – potęgę zła… Naprzeciw niego człowiek spowity światłem, totalnie odarty z każdego skrawka cienia przez publiczność. Pojedynek na ego. Samcza duma ugodzona do żywego banderillami. Chrapy i nozdrza drżące i rozdęte tym samym pragnieniem zwycięstwa. I oto torreador powolnym ruchem ożywia czerwoną flagę, jakby błyskawicznym pociągnięciem pędzla kreślił wyzywającą linię. Nagle wszystko nabiera tempa.

Zwierzę rusza z oszałamiającą prędkością, zaczyna się obracać. Ciała w tym anarchicznym ruchu zatracają strukturę, nadając scenie mylące pozory Guerniki Picassa. Osłupienie! Torreador przetacza się po piasku, żeby uniknąć ciosu. Byk okrąża arenę i znów szarżuje i skacze, odsłaniając dwa imponujące jądra – atrybut albo brzemię męskości… Przeraźliwy krzyk wyrywa się z ust torreadora, splata się z ponurym rykiem zwierzęcia. Rozwarte usta stają się coraz większe, przemieniają się w straszną czarną dziurę, gotową wchłonąć wszystko w morderczą otchłań.

Romane drgnęła, rozbudzona. Perlisty pot zrosił jej czoło. Już nie pierwszy raz śniła ten koszmar.

To trema, pomyślała, rozprostowując obolałe kończyny. Ten sen powracał przed każdą ważną konferencją, podczas której miała występować publicznie. Natarczywy dźwięk telefonu znów świdrował jej w uszach. Gniewnie mruknęła, przesuwając palec po gładkim ekranie, żeby położyć kres dźwiękowej torturze.

Czternasta trzydzieści. Minuty w takich sytuacjach nigdy nie zwalniały tempa, ale bezlitośnie mijały. Romane nie miała chwili do stracenia. Wyskoczyła z łóżka i nerwowym ruchem ręki przetarła twarz, żeby pozbyć się śladów poobiedniej drzemki. Szybko zwinęła długie kręcone włosy w chaotyczny kok, spinając go pierwszym ołówkiem, jaki wpadł jej w rękę. Szlafrok bez oporu opadł do jej stóp, kiedy wchodziła do kabiny prysznicowej. Lśniący prysznic mógł z pełną swobodą przypatrywać się wdzięcznym kształtom młodego ciała zgrabnej i wysportowanej trzydziestolatki, a jego chromowane elementy zapewne by się zaczerwieniły, gdyby obdarzono je ludzkimi reakcjami.

Potem Romane owinęła się dużym ręcznikiem i w pośpiechu przetarła zwiniętą w pięść ręką zaparowane lustro, żeby zrobić w nim spore kółko.

Ogromnie się cieszę, że mogę poruszyć dziś przed państwem temat, który jest w ścisłym kręgu moich zainteresowań, a dotyczy każdego z nas: to pysznienie się w życiu codziennym!

Bufonowatość, bucowatość… Tymi słowami określała zespół zachowań i postaw szkodliwych i przykrych, dotykających niemal wszystkich na co dzień – zarówno w miejscu pracy, jak i w domu oraz w każdym innym miejscu. Kierowca albo klient niesłusznie wyładowujący się na niewinnej osobie, zwierzchnik publicznie krytykujący podwładnego, małżonek wykazujący się rażącym brakiem taktu… Przykłady można by mnożyć w nieskończoność!

Spośród najczęściej spotykanych cech charakteryzujących pyszniące się, bufonowate, bucowate osoby należało wymienić uwidoczniające się w różnym stopniu: pewną inflację ego (i związany z nią egocentryzm…), skłonność do dominacji i mniej lub bardziej nasilone poczucie wyższości, a także wrodzony pociąg do walki o władzę lub stosowania przemocy. Mówiąc o bufonowatości, Romane często wspominała o nieszczęsnych „małych zamachach na wrażliwość”, do których dochodziło na każdym kroku (brak taktu, brak zdolności słuchania, wszelkiego rodzaju podłostki i grubiaństwa), o pożałowania godnej skłonności do nieuzasadnionej agresji, a także o tak powszechnej złej woli w każdej sprawie. Częsta była także tendencja do pochopnych osądów i krytyki „w trzech n”: niesprawiedliwej, nieuzasadnionej, nieadekwatnej; czasem występowała również niepohamowana potrzeba wywierania zbędnej presji lub niepojętego dążenia, żeby „racja była po mojej stronie”. Krótko mówiąc, bufonowatość mogła pojawić się na każdym poziomie.

Romane bardzo szybko zrozumiała, co jest jej powołaniem: chciała ograniczać wszelkimi dostępnymi jej sposobami upowszechnianie się grubiaństwa, pyszałkowatości, zarozumialstwa, arogancji, bufono- i bucowatości! By osiągnąć cel, musiała podjąć trojakie działania: pomagać ludziom w stawianiu czoła bucom, aby zminimalizować niszczycielskie skutki ich zachowań, rozbudzać świadomość, skłaniając wszystkich do refleksji nad własnymi skłonnościami do pysznienia się, arogancji, i wreszcie wspierać w okresie przemiany tych, którzy tego pragnęli, ucząc ich skutecznego rugowania pyszałkowatych zachowań; była to swoista odnowa postawy i mentalności. Idea? Wymazać wady, szkodliwe lub trucicielskie dla otoczenia, i przyjąć właściwszy, harmonijny sposób bycia.

Z dzisiejszą konferencją wiązała duże nadzieje, liczyła, że będzie to okazja do promowania działalności. Wiedziała, że pojawią się dziennikarze, a ich opinie mogły mieć duże znaczenie dla jej firmy AntyBuc.

Stojąc pod lustrem, Romane powtarzała tekst, żeby dodać sobie otuchy, a równocześnie robiła odpowiedni na tę okazję makijaż. Nie lubiła przesady, toteż zwróciła się o poradę do profesjonalistki i nauczyła się, jak rozświetlić twarz, nie sięgając po zbyt widoczne środki. Zielone jak woda w stawie oczy odziedziczyła po ojcu, wywodzącym się z Litwy. Matka natomiast przekazała jej wdzięk weneckiego rodu. Zderzenie tych dwóch kultur widać było w niezbywalnej dwoistości natury Romane. Potrafiła być równie ekspansywna, co powściągliwa, bywała dzikuską, ale i osobą towarzyską, raz łagodna i potulna, kiedy indziej okazywała się zawzięta. Nie każdy potrafił sobie radzić z tymi sprzecznościami. Peterowi Gardenerowi się nie udało – ich małżeństwo po dwóch latach okazało się totalną porażką. Romane zachowała po tym doświadczeniu tylko nazwisko, a życie uczuciowe kompletnie zaniedbała, oddając się bez reszty budowaniu firmy.

Minęła piętnasta. Ubierając się, Romane stwierdziła, że jest głodna. Zajrzała do lodówki, ale ta była jak lodowa pustynia. Nie znosiła tego, musiała jednak zadowolić się fastfoodem na rogu ulicy… Kiedy człowieka skręca z głodu, nie czas na filozofowanie.

Trzymając torbę i jednocześnie zamykając drzwi na klucz, odebrała telefon, chyba trzecią ręką, która w samą porę wyrosła jej na plecach.

– Tato? Tak… nie… nie mogę teraz rozmawiać, już, zaraz. Oczywiście, że będę punktualnie… Dziennikarze już są? Udało ci się wszystkich zawiadomić… Świetnie. Muszę kończyć. Tak, ja też… Całuję…

Ojciec. Stali się sobie tacy bliscy… Aż trudno w to uwierzyć. Dawniej był potwornym bucem, przekraczał wszelkie granice. Teraz stał się innym człowiekiem i, jak nikt inny, angażował się w rozwijanie firmy, pomagając Romane. Kobieta cieszyła się, że przyszedł na konferencję i będzie dodawał jej otuchy. Przez ostatnie miesiące był dla niej prawdziwą podporą. Po rozwodzie, półtora roku temu, znów stał się bardzo znaczący w jej życiu. Świadomość, że jest w pobliżu, za chwilę pomoże jej przezwyciężyć tremę. Romane odetchnęła z ulgą na tę myśl i weszła do fastfooda. Na szczęście o tej porze klientów było tu niewielu.

– Nie, dziękuję, bez keczupu. Poproszę wodę mineralną.

Romane sięgnęła po słomkę i położyła butelkę na tacy, nie chcąc, żeby spadła. Usiadła w spokojnym kącie, ale po chwili szturm na sąsiedni stolik przypuściła grupa nastolatków.

Dlaczego muszą używać takiego języka – ciężkiego i paskudnego jak te hamburgery? Zwłaszcza dziewczęta… Młodzieńcza bufonada, pomyślała Romane, nie wiedząc, czy się śmiać, czy ubolewać nad tym przypadkiem.

– No nie, Dylan, wal się, masz mnie za chuja, że tak trujesz?

Brednie dziewczyny, która przyjmuje styl buca w fazie wylinki – uważa, że dostosowanie się do otoczenia wymusza robienie kopiuj–wklej z wzorca męskiego i przeistoczenie się w faceta z cyckami. Szkoda. Bucowatość najwyraźniej triumfowała i Romane miała tego jaskrawe dowody. W tej chwili nie miała jednak czasu na analizy ani bawienie się w Spidermana – wybawcę buców w krótkich spodenkach.

Wsiadła do taksówki.

– Proszę do Domu Politechniki.

Kierowca bez słowa skinął głową. Paryż przesuwał się za oknem, demaskując pyszałkowate skłonności, których symbolem była wieża Eiffla, bez kompleksów wystawiająca na lubieżne spojrzenia swój falliczny kształt. Panowała nad miastem jak żelazna dama, dzielnie konkurując z pyszniącym się również obeliskiem z Concorde.

Po kilku przymusowych postojach i objazdach taksówka dotarła do celu i zatrzymała się na prawym pasie, prowokując zajadłe trąbienie.

– Reszty nie trzeba – uśmiechnęła się Romane, wdzięcznie wysuwając nogi w czarnych pończochach z samochodu.

Ojciec czekał na nią przy wejściu. Sala była wypełniona po brzegi. Kobieta poczuła, że jej serce bije coraz szybciej.

Wszystko było już gotowe do jej wystąpienia. Mikrofon czekał, jakby chciał spijać każde jej słowo. Pić. Tylko o tym myślała Romane, czując, że ze strachu zaschło jej w gardle. Jak zwykle bała się chrypy. Przeżuwać wodę, przypomniała sobie jedną z technik przełamywania stresu przed zabraniem głosu. To nie ludzie na ciebie patrzą, to ty patrzysz na nich… Twój strach wcale nie jest tak widoczny, jak ci się wydaje… Romane uspokajała swoje obawy, powtarzając w kółko te porady. Głęboki wdech, promienny uśmiech i już mogła zaczynać.

Ledwie otworzyła usta, a mikrofon, paskudny zdrajca, wydał z siebie przeraźliwy dźwięk. Mężczyzna z pierwszego rzędu skrzywił się, parsknął i rzucił: „Och, kobieta i technika…”. Pewnie uważał się za bardzo dowcipnego, bo obleśnie uśmiechnął się do Romane i wymownie mrugnął okiem, jakby rzucał jej niedwuznaczną propozycję.

Romane w duchu podziękowała temu typkowi, który jeszcze raz potwierdził wagę i ogrom jej misji… I również w duchu podwinęła rękawy.

2

CLÉMENCE TRAFIŁA DO BIURA MAXIMILIENA Vogue’a, dyrektora generalnego imperium Cosmetic & Co. przed pięcioma laty. Ale praca z tym człowiekiem powodowała, że czas trzeba było mnożyć, tak jak przy przeliczaniu wieku psa na ludzki – każdy rok równał się siedmiu w innym miejscu. Należy jednak zaznaczyć, że taka sytuacja bardzo jej odpowiadała. „Osobista asystentka”, czytaj: prawa ręka. Sziwa – to powinno być jej drugie imię. Ale to nie miało znaczenia. Clémence uwielbiała czuć się nieodzowna. I nie trudziłaby się tak dla byle kogo, jednak dla Maximiliena gotowa była wspinać się na szczyty Himalajów. Uśmiechała się, idąc korytarzem przez firmę: chciała jak najszybciej przekazać mu dobrą wiadomość: właśnie otrzymała potwierdzenie niezwykle ważnego zamówienia, o które Cosmetics & Co. musiało stoczyć zaciekły bój. Obserwowała manewry Maximiliena przez kilka tygodni i coraz bardziej podziwiała jego niesłychaną zdolność wczuwania się w psychikę „ofiary”, by skuteczniej ją oczarować i przekonać. Kiedy szef zarzucał sieci na potencjalnego klienta, nic nie było w stanie go zniechęcić do realizacji celu, którego trzymał się z zażartością buldoga, wciąż zachowując grację czarnej pantery… Wspominała wszystkie wieczory, kiedy zostawała, by go wspierać i myślała o nici porozumienia, jaka się między nimi wytworzyła. W takich chwilach Clémence delektowała się spokojem panującym w biurach opustoszałych po dniu niemal histerycznej wrzawy i cieszyła się, że ma go na trochę wyłącznie dla siebie… Nie mając ani męża, ani dzieci, niechętnie wracała do domu. Jej życie toczyło się tu, w tych murach. I – o ile to możliwe – jak najbliżej tego fascynującego mężczyzny. Czasami, jeśli Maximilien Vogue uznał, że sobie na to zapracowali, proponował jej drinka. Wyjmował z ukrytych zapasów najlepsze bordeaux, a potem bez pośpiechu sączyli wino. Patrzyła, jak ten mężczyzna w końcu się rozluźnia i na krótką chwilę zdejmuje żelazną maskę. Żeby pokazać oblicze, które znali tylko nieliczni wybrańcy!

Ta myśl wywołała delikatny uśmiech na ustach Clémence, która przechodziła właśnie przez przestronną poczekalnię. Wyglądała jak zwycięska madonna i ten szczegół nie umknął telefonistkom, które powitały ją niczym królową matkę. Wszyscy wiedzieli, że Clémence cieszy się wyjątkowymi względami pana Vogue’a, toteż jej pozycja w firmie była szczególna. Dwie zazdrośnice powiodły za nią nieprzyjaznym wzrokiem, lustrując ją od stóp do głów, oceniając wygląd, idealnie proste szwy pończoch, markę jedwabnej szmizjerki, która delikatnie podkreślała jej bujne kształty. Clémence – platynowa blondynka uczesana w finezyjny kok, umiejętnie podkreślająca niebieskie oczy czarną kredką, malująca usta odważną, ciemnoczerwoną szminką, wybrała styl old Hollywood, wzorując się na gwiazdach z filmów Hitchcocka. Niewątpliwie była kobietą ładną, o twarzy gładkiej jak nienagannie uczesane włosy. Najlżejsza zmarszczka nie mogła zdradzić, że Clémence ma trzydzieści pięć lat.

Na nowoczesnej kanapie zaprojektowanej, podobnie jak pozostałe meble i inne przedmioty w tym pomieszczeniu, przez znanego designera, siedziały dwie osoby. Wystrój wnętrza miał już od progu przekonywać gości o silnej pozycji firmy.

– Czy ktoś już się panami zajął? – zapytała uprzejmie.

– Tak. Zaanonsowano nas – odparł jeden z mężczyzn, a Clémence rozpoznała jego brytyjski akcent.

– Cieszę się – uśmiechnęła się. – Sprawdzę, czy pan Vogue jest już wolny.

Podeszła do drzwi gabinetu Maximiliena i zamarła, słysząc podniesione głosy. To nie był właściwy moment na wkroczenie. Clémence postanowiła wycofać się do swojego pokoju, który dzieliła od gabinetu szefa tylko cienka ścianka. Zamknęła drzwi i żaluzje, by zapewnić sobie pełną swobodę i już bez skrępowania przyłożyła ucho do ściany, wsłuchując się w rozmowę. Do diabła ze skrupułami!

Głos szefa zdradzał silne zdenerwowanie. Tego drugiego nie rozpoznała, ton był jednak oskarżycielski i rozżalony zarazem.

– Zdajesz sobie sprawę, co się z tobą dzieje?

– A co się ze mną dzieje? Powiedz! A czy ty zdajesz sobie sprawę, że kieruję firmą, wiesz, ile ciąży na mnie obowiązków?

– Ty, ty, zawsze tylko ty! Uważasz, że jesteś pępkiem świata! A czy przynajmniej od czasu do czasu myślisz o innych?

Clémence aż zadrżała wobec tak zuchwałej krytyki. Jak pan Vogue zareaguje na taką bezczelność? Wyobraziła go sobie pobladłego, urażonego, bo każde z tych słów było dla niego policzkiem.

– Tak, wyobraź sobie, że myślę i to znacznie częściej, niż ci się wydaje… – odpowiedział zaskakująco spokojnie.

– Wiesz, co w tej chwili przeżywam? Wiesz, jakie to dla mnie trudne? – kobiecy głos nadal atakował. – Potrzebuję cię, chcę, żebyś miał dla mnie trochę czasu! Max, dzwoniłam do ciebie dziesięć razy, i co? Szanowny pan był zbyt zajęty swoimi biznesikami, żeby odebrać telefon? Żeby oddzwonić?

Maximilien Vogue odpowiedział znużonym głosem.

– Julie, muszę prowadzić firmę. Czy ci się to podoba, czy nie, nie jestem panem swego czasu, jak ty…

– O! Dziękuję bardzo! Dziękuję, przypomniałeś mi, że w tej chwili zostałam bez kontraktu… Myślisz, że w karierze modelki to takie łatwe? Czy to moja wina, że nie jestem na topie?

Głos przechodził w szloch.

– Przestań, Julie, wiesz, że wystarczy jedno słowo, a znajdę ci pracę, skoro jej potrzebujesz…

– Do diabła, Max! Doskonale wiesz, że to nie praca jest mi potrzebna, ale uznanie! Odrobina uwagi… Po prostu miłość!

– Uważasz, że ci tego brak? Chyba trochę przesadzasz.

– Jasne, mam się zadowolić ochłapami! Jak zwykle zasłaniasz się chronicznym brakiem czasu! Maximilien, ciebie nigdy nie ma. A jeśli nawet jesteś, to i tak nieobecny… To nie do wytrzymania!

– Co znaczy nieobecny?

– Słuchaj, dość tego! Kiedy ostatnio jedliśmy razem kolację, trzy razy wychodziłeś, żeby załatwić jakieś cholernie ważne telefony! A przez resztę czasu co trzy minuty zerkałeś na telefon. Jestem pewna, że nie dotarła do ciebie połowa tego, co mówiłam…

W biurze Clémence rozdzwonił się telefon. Zła, że musi przerwać podsłuchiwanie w tak ważnej chwili, mimo wszystko szybko podniosła słuchawkę i zrobiła, co w jej mocy, żeby zbyć rozmówcę. Potem błyskawicznie wróciła na stanowisko i wsłuchała się w sprzeczkę.

– …Naprawdę się na tobie zawiodłam, Max. Nie podoba mi się facet, którym się stajesz. Uprzedzam: jeżeli się nie zmienisz, więcej się nie zobaczymy!

– Od razu wielkie słowa…

– Owszem, wielkie słowa, Max. Ale ze słowami radzisz sobie jak nikt inny. Tyle że ja czekam teraz na czyny. Rozumiesz? Na czyny!

Ku ogromnemu zdumieniu Clémence Maximilien zaniemówił. A kobiecy głos kontynuował.

– Proszę, wzięłam to dla ciebie. Rzuć na to okiem. To program Romane Gardener. Wiesz, kim jest Romane Gardener? Słyszałeś o bucach? W tym artykule doskonale przedstawia niszczycielskie skutki bucowatych zachowań, takich jak twoje. Pisze, jaką krzywdę mogą wyrządzić innym. Powinieneś to sobie dokładnie przeczytać…

– Posłuchaj, Julie! Ja naprawdę nie mam czasu na takie bz…

– Skoro nie masz czasu na najważniejsze, to faktycznie nie mamy już o czym rozmawiać.

– Julie! Nie możesz reagować w ten sposób!

– Spróbuj się nad tym zastanowić. Cześć!

Clémence usłyszała, jak drzwi gabinetu zamknęły się z trzaskiem. No, no, będzie ciężko, mruknęła pod nosem. Zdążyła już całkiem dobrze poznać Maximiliena Vogue’a i wiedziała, że taka kłótnia wprawi go w okropny nastrój. Obeszła na palcach biurko, usiadła i próbowała się uspokoić. Ręce wciąż lekko jej drżały, kiedy układała w szufladzie dokumenty „specjalne”. Potwierdzenie zamówienia ważnego włoskiego klienta musiało zaczekać. Pan Vogue z pewnością nie będzie przez pewien czas w nastroju do rozmowy, choćby przybyła do niego z doskonałą nowiną. Clémence zamknęła tę chronioną szufladę i wrzuciła kluczyk do kubka na ołówki – swojej skrytki. Potem, nieobecna duchem, usiłowała skupić się na nieustannie spływających e-mailach. Aż podskoczyła, gdy rozległ się elektryzujący dźwięk interkomu. Wzywał ją.

– Clémence? Może pani przyjść? Natychmiast!

Powiedział to ostrym, tnącym jak skalpel głosem.

W tej sytuacji nie wystarczyło biec. Trzeba było frunąć.

Kiedy otworzyła drzwi gabinetu, Maximilien siedział już pochylony nad dokumentami. Najwyraźniej postanowił szybko skupić się na innych sprawach. Uniósł głowę i Clémence zobaczyła na jego twarzy minę złych dni, tę z czołem przeciętym poprzeczną bruzdą, srogą, i zimne jak lód oczy pod zmarszczonymi brwiami.

Mimo wszystko wciąż był pięknym mężczyzną. Jego ciemne, niemal czarne włosy były wystarczająco długie, by układać się miękko. Setki razy wyobrażała sobie, że wsuwa w nie palce i czuje ich jedwabisty dotyk. Maximilien miał regularne rysy twarzy, mocno zarysowaną brodę, a zaciśnięte szczęki świadczyły o irytacji. Najbardziej niesamowite były jego oczy – kasztanowe i pałające specyficznym blaskiem. Te oczy potrafiły paraliżować.

– Clémence, czy Santini przysłał odpowiedź?

– Tak, tak! Ale pomyślałam, że to może nie najwłaściwsza chwila…

– Źle pani pomyślała. Proszę mi ją natychmiast przynieść.

Clémence przyjęła ten cios bez mrugnięcia okiem. Przypadkiem zauważyła właśnie zwiniętą w kulkę kartkę, rzuconą na podłogę.

– Na co pani tak patrzy, Clémence? Do roboty!

– Tak… Czy mam to sprzątnąć?

Niechętnie zerknął na papier.

– Owszem, niech pani to wyrzuci. Dziękuję, Clémence.

Rzucił to dziękuję zupełnie obojętnym tonem, jakby wypowiedział je odruchowo, ale Clémence nie przywiązywała do tego wagi. Była skłonna go zrozumieć i usprawiedliwić. Pochyliła się, podniosła zmiętą kartkę, a potem wyszła na palcach. Wiedziała, że trzeba mu dać chwilę na pozbieranie się.

3

– TATO!

Romane serdecznie przytuliła ojca i poczuła, jak spływa z niej napięcie.

– I co, jak ci się podobało?

– Wypadłaś doskonale! Jestem z ciebie dumny!

Uśmiechnęła się do niego, zadowolona. Uczestnicy spotkania wolno przesuwali się w stronę wyjścia. Czasami ktoś z tego tłumu zatrzymywał się jeszcze, żeby jej pogratulować albo zadać pytanie. Jeden z dziennikarzy poprosił o chwilę rozmowy.

– Chciałbym przeprowadzić z panią wywiad. Czy w najbliższym czasie znajdzie pani wolny termin?

– Proszę uzgodnić to z moim ojcem, to on prowadzi mój kalendarz – odrzekła z uśmiechem.

Jean-Philippe wręczył mu firmową wizytówkę ze swoim nazwiskiem.

– Masz ochotę iść coś zjeść? – zapytał, kiedy zostali sami.

– Marzę o tym. Konam z głodu…

– W takim razie chodźmy do Café Campana, to dwa kroki stąd, tuż przy muzeum d’Orsay.

Romane poszła za nim, zadowolona i przekonana, że z ojcem wieczór minie miło i przy pysznym jedzeniu.

Kawiarnia urzekła ją, kiedy tylko przekroczyli jej progi: duży zegar, niegdyś stanowiący wyposażenie dworca d’Orsay, spoglądał z wysoka na salę, roztaczając łagodne światło. Wystrój – ludyczny, ale elegancki, pozwalał odetchnąć po całym dniu w przyjaznej atmosferze.

Choć kelner dość długo ich nie zauważał, Jean-Philippe spokojnie czekał. Jak on się zmienił, pomyślała Romane.

Uważniej niż zwykle przyjrzała się jego twarzy, na której czas odcisnął piętno. Włosy ojca, kiedyś tak ciemne, a w latach młodości bujne, dziś były szpakowate i przerzedzone, a wokół niebieskozielonych oczu poza drobnymi zmarszczkami pojawiły się ciemne kręgi.

Dawny Jean-Philippe był niecierpliwy, porywczy, zaciekły. W tamtych czasach mógł służyć za wzorzec wad buca. W domu chciał niepodzielnie rządzić. W swoim salonie nie życzył sobie okrągłego stołu, jak bowiem królować przy takim stole? W dyskusji nie interesowała go wymiana poglądów. On chciał tylko mieć rację. Nawet w najbłahszych kwestiach. Lubił robić zamieszanie. Zwracał na siebie uwagę, trzaskając, czym się dało – drzwiami i drzwiczkami szaf oraz szafek; w ten sposób znaczył hałasem swoje terytorium, symbolicznie, ze zwierzęcym instynktem, jakby nie wyzbył się atawizmu, jakby górę brały w nim prehistoryczne odruchy. Obserwując go, Romane powątpiewała w ewolucję cywilizacyjną.

Ale jego bucowatość przekraczała wszelkie granice, kiedy siadał za kierownicą. Całkowicie tracił cierpliwość, zanim jeszcze wsiadł do samochodu, a pisk opon był w stanie wywołać w nim wrzenie.

Romane bardzo wzbogaciła zasób przekleństw właśnie za sprawą ojca. Pozostawiał przeciętniakom klasyczne obelgi, wszelkich dupków, półgłówków i inne urocze kompozycje, i za każdym razem wykazywał się zadziwiającą kreatywnością: wypierdek ośmiornicy, pieprzona stonoga, dychawiczny ślimak, rozmiękczony ptasi móżdżek, odmóżdżony żółw… Najtrudniej było mu znieść niepewnych, wlokących się noga za nogą, i czerwone światła. Starał się dokuczyć ślamazarom. Jego ulubionym sportem było wyprzedzanie ich z rykiem potężnego silnika GTI. Nie wahał się ryzykować. Nie był jakimś pedziem.

Aż do tego fatalnego dnia, kiedy ryzyko przypłaciła życiem jego żona. Matka Romane.

Kurtyna.

Wraz z nią umarł nadęty buc. Jean-Philippe stał się innym człowiekiem. Kiedyś rozpychający się łokciami, kłótliwy i arogancki, teraz skulił się w sobie. Był jak własny cień. Szept. Odbicie.

Zdruzgotany utratą kobiety, którą kochał, wkroczył na drogę odrodzenia. Zaangażował się nawet w projekt córki. Firma AntyBuc stała się celem jego życia, pokutą, przebaczeniem. Romane wiedziała, że w tej pracy widzi szansę na odkupienie win. Kiedyś twardy jak skała, mimo upływu czasu wciąż był kruchy i wrażliwy. Życie przybiło mu pieczątkę: Delikatny. Nie wstrząsać.

Romane myślała, że nigdy nie zdoła mu wybaczyć. Że nie będzie w stanie go kochać. Od najmłodszych lat jej więź z ojcem była bardzo słaba. Delikatnie rzecz ujmując, nie było pomiędzy nimi porozumienia. Był dumny z faktu, że nie angażuje się w wychowanie dziecka, nie okazywał zainteresowania córką. Dopóki…

– I co, smakuje ci? – zapytał z troską.

No właśnie. Dawny Jean-Philippe nigdy nie zadałby tego pytania. Zadowolenie innych nic go nie obchodziło. Straszliwy dramat, który przeżył, wstrząsnął nim. To był nokaut, po którym się obudził. Można powiedzieć, że rozbudził jego duchowość. Romane snuła te refleksje, wpatrzona w tarczę zegara. Ile czasu minęło od śmierci matki? Osiemnaście lat… Ona była wtedy zaledwie dwunastolatką. To wiek, kiedy dziecko, które musi ratować ojca przed pogrążeniem się, zaczyna bardzo szybko dorastać.

– Odwiozę cię.

Zaparkował pod jej domem i czekał, aż wejdzie do mieszkania. Dopiero wtedy, kiedy zobaczył sylwetkę Romane przesuwającą się za firanką, odjechał. Wiedział, że jest bezpieczna.

– Och, ten tata! – westchnęła.

Zmęczona, wyciągnęła się na kanapie i odruchowo włączyła telewizor, żeby zagłuszyć ciszę. Myślała o dzisiejszej konferencji i różnorodnych obliczach, jakie mogła przybierać bucowatość. Istniały też różne jej stopnie. Buc wagi piórkowej, buc wagi ciężkiej… W swej pracy i życiu prywatnym spotkała się już chyba ze wszystkim.

Przed oczyma przewijał jej się film z tego popołudnia: stała przy mikrofonie przed mniej więcej stoma dwudziestoma osobami pragnącymi zrozumieć, jakimi zachowaniami się zajmowała.

– Może pani podać przykłady postaw, które ma pani na myśli? – pytano zwykle na początku.

– Szef, który wciąż stoi za plecami pracownika i wywiera presję, małżonek, który nie szczędzi złośliwości (ale przecież to tylko żarty albo szczera prawda, a ten drugi jest przewrażliwiony…), dobra koleżanka, która w towarzystwie zawsze stara się skupić uwagę innych na sobie, a przyjaciółce nie daje dojść do słowa, rodzic, który ocenia każdą decyzję dziecka albo to, jak coś robi… Przykłady można mnożyć bez końca!

– To znaczy, że ktoś, kto ma „przywary grubiaństwa”, nie jest dobrym człowiekiem? – wtrącił zaniepokojony mężczyzna.

– Nie. Najważniejsze jest, aby zrozumieć, że nie osądzamy człowieka, ale jedynie kwestionujemy jego zachowania i negatywny wpływ, jakie mogą wywierać na otoczenie. To zasadnicza różnica.

– Ale jak wykryć tę bucowatość? – zapytała jakaś pani.

– Pewne cechy są powtarzalne. Nieumiejętność słuchania, brak empatii i życzliwości. Niecierpliwość. Skłonność do krytykowania i osądzania. Typowe są także branie siebie zbyt serio, rozkwit egocentryzmu i uwiąd poczucia humoru…

– Ale przecież słowem buc określa się mężczyznę…

– Owszem. Typowe objawy syndromu buca są pobudzane przez testosteron. Zresztą, takie grubiaństwo i granie twardziela jest bardzo „męskie”. I chociaż dziś ta przypadłość dotyczy także kobiet, większą na nią podatność wykazują mężczyźni. Nie bez powodu. To pokłosie wielowiekowego dziedzictwa kulturowego i wychowania na twardego faceta, który musi udowodnić, że ma jaja! Karmiono was mlekiem władzy, dominacji, siły, uczono być macho, więc trudno wam tak po prostu wyzbyć się głęboko wpojonych wzorców. Czyż mężczyzna – ten prawdziwy mężczyzna – nie powinien umieć walnąć pięścią w stół, żeby wszyscy go słuchali? Innymi słowy, w każdej sytuacji musi udowadniać, że jest samcem alfa!

Romane lubiła w tym momencie zawieszać głos, aby jej słowa dotarły do wszystkich słuchaczy. Po chwili przerywała milczenie.

– Ale uwaga, drogie panie! Syndrom buca szerzy się także wśród was, żeby bowiem zdobyć pozycję na terytorium jąder, wy też musicie wyhodować sobie jaja (oczywiście, na poziomie mentalnym) i przyjmować coraz bardziej agresywne postawy: schować empatię do szafy, ukradkiem kopać męskich rywali wysokimi szpilkami, kolekcjonować facetów…

Romane wiedziała, że to, co mówi, zawsze trochę wzburza słuchaczy. Jednak celem takich konferencji było właśnie szokowanie, rozbudzanie świadomości, żeby skłonić do działania.

Uśmiechnęła się, idąc do kuchni, żeby zaparzyć ziółka. Była z siebie dość zadowolona – konferencja zakończyła się gromkimi brawami, dziesiątki osób zgłaszały się do nich, zainteresowanie jej programem było znaczne. Czegóż chcieć więcej?

Z laptopa wydobył się charakterystyczny dźwięk. Dostała nową wiadomość. Od ojca.

23.24. Kochanie, dziękuję za miłe chwile spędzone razem dziś wieczorem. Mam wrażenie, że tryskasz energią! Mam już pełną listę uczestników najbliższego kursu odbucowania. Przesyłam ją w załączniku. Sama zobaczysz, że to pełna gama bucowatości! A tymczasem odpocznij, to bardzo ważne. Bardzo się w to angażujesz, ale nawet w Formule 1 nie da się jeździć bez opon ;-). Całuski, Daddy

Świetnie! Miała ochotę od razu zapoznać się z profilami przyszłych kursantów, ale senność wzięła górę nad ciekawością.

Może powinnam poczekać z tym do jutra, pomyślała, przecierając oczy.

Postanowiła iść za głosem ciała… i kuszeniem łóżka! Kartoteka może poczekać…

* * *

koniec darmowego fragmentu

zapraszamy do zakupu pełnej wersji

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Dzień, w którym lwy zaczną jeść sałatę Twoje drugie życie zaczyna się, kiedy zrozumiesz, że życie masz tylko jedno 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Food Pharmacy Porąb i spal Jeszcze jedna mila Kuba. Autobiografia