Jesteś moim światłem

Jesteś moim światłem

Autorzy: Abbi Glines

Wydawnictwo: Pascal

Kategorie: Inne

Typ: e-book

Formaty: EPUB

cena od: 27.00 zł

Małe amerykańskie miasteczko, troje przyjaciół z dzieciństwa i miłosne rozterki

Willę, Brady’ego i Gunnera łączy coś więcej niż tylko przyjaźń…

Willa nie pozwala nikomu zbliżyć się do siebie. Nie potrafi wymazać z pamięci złych decyzji, które podjęła w przeszłości. Dziewczyna nieustannie walczy o wybaczenie rodziny. Brady był kiedyś najlepszym przyjacielem i miłością z dzieciństwa Willi. Teraz wszystko się zmieniło. Gunner, szkolna gwiazda futbolu o narcystycznym charakterze, nie dba o nikogo oprócz siebie… z wyjątkiem Willi, którą rozumie jak nikt inny.

Gdy tajemnice wychodzą na jaw, dawni przyjaciele z dzieciństwa muszą stawić czoła prawdzie…

„Abbi Glines potrafi zaczarować czytelnika swoją opowieścią. Nie mogłam oderwać się od historii Willy i Gunnera. Fani twórczości Abbi na pewno nie będą zawiedzeni!”.

– IsaX, lubimyczytac.pl

Ty­tuł ory­gi­nal­ny: Un­der The Li­ghts

Au­tor: Abbi Gli­nes

Tłu­ma­cze­nie: Re­gi­na Mo­ścic­ka

Re­dak­cja: Agniesz­ka Pie­trzak

Ko­rek­ta: Alek­san­dra Ty­kar­ska

Skład: IMK

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Ka­ta­rzy­na Bor­kow­ska

Zdję­cie na okład­ce: wun­de­rvi­su­als [get­ty­ima­ges]

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Ka­ta­rzy­na Ko­cur

Re­dak­tor na­czel­na: Agniesz­ka Het­nał

SI­MON PUL­SE

An im­print of Si­mon & Schu­s­ter Chil­dren’s Pu­bli­shing Di­vi­sion

1230 Ave­nue of the Ame­ri­cas, New York, New York 10020

First Si­mon Pul­se hard­co­ver edi­tion Au­gust 2016

Co­py­ri­ght © 2016 by Abbi Gli­nes

Co­py­ri­ght for Po­lish trans­la­tion © Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

Ta książ­ka jest fik­cją li­te­rac­ką. Ja­kie­kol­wiek po­do­bień­stwo do rze­czy­wi­stych osób, ży­wych lub zmar­łych, au­ten­tycz­nych miejsc, wy­da­rzeń lub zja­wisk jest czy­sto przy­pad­ko­we. Bo­ha­te­ro­wie i wy­da­rze­nia opi­sa­ne w tej książ­ce są two­rem wy­obraź­ni au­tor­ki bądź zo­sta­ły zna­czą­co prze­two­rzo­ne pod ką­tem wy­ko­rzy­sta­nia w po­wie­ści.

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej książ­ki nie może być po­wie­la­na lub prze­ka­zy­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy, z wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mogą przy­to­czyć krót­kie frag­men­ty tek­stu.

Biel­sko-Bia­ła 2018

Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25

43-382 Biel­sko-Bia­ła

tel. 338282828, fax 338282829

pas­cal@pas­cal.pl, www.pas­cal.pl

ISBN 978-83-8103-299-5

Przygotowanie eBooka: Jarosław Jabłoński

Mo­jej cór­ce, An­na­bel­le. Mi­łość do ksią­żek doj­rze­wa­ła w to­bie przez czter­na­ście lat i te­raz, gdy w peł­ni roz­kwi­tła, nic nie cie­szy mnie bar­dziej niż twój wi­dok, kie­dy po­chła­nia cię lek­tu­ra. Tę książ­kę na­pi­sa­łam spe­cjal­nie dla cie­bie. Jej głów­na bo­ha­ter­ka, Wil­la, ma wie­le two­ich cech. Ko­cham cię.

Mama

Roz­dział 1

Chcia­łam uciec od swo­ich pro­ble­mów

Wil­la

– Nie­wie­le się tu u nas zmie­ni­ło, od­kąd wy­je­cha­łaś. Idź się te­raz roz­pa­ko­wać i po­ukła­dać swo­je rze­czy. Ja mam jesz­cze tro­chę do zro­bie­nia w du­żym domu. Rano po­je­dzie­my za­pi­sać cię do szko­ły – oznaj­mi­ła bab­cia. Zmarszcz­ka wi­docz­na na jej czo­le, od­kąd go­dzi­nę temu ode­bra­ła mnie z dwor­ca au­to­bu­so­we­go, jesz­cze bar­dziej się po­głę­bi­ła. – I ni­g­dzie nie wy­chodź, sły­szysz? Zo­stań w domu, aż wró­cę.

W od­po­wie­dzi zdo­by­łam się tyl­ko na ski­nie­nie gło­wą. Od na­sze­go spo­tka­nia na dwor­cu nie by­łam w sta­nie wy­du­sić z sie­bie nic poza „dzię­ku­ję”. Ostat­ni raz wi­dzia­łam się z bab­cią dwa lata temu, gdy uda­ło się jej za­osz­czę­dzić tro­chę gro­sza i przy­je­chać do nas do Lit­tle Rock w od­wie­dzi­ny. Przez więk­szość mo­je­go ży­cia bab­cia była dla mnie kimś bar­dzo waż­nym. W dzie­ciń­stwie zda­rza­ły mi się chwi­le, gdy by­łam prze­ko­na­na, że nie ko­cha mnie nikt oprócz niej. Ani razu mnie nie za­wio­dła.

Kie­dy do­strze­głam w jej oczach nie­ukry­wa­ny za­wód, zro­bi­ło mi się cięż­ko na ser­cu. Choć prze­cież nie mo­głam ocze­ki­wać, że bę­dzie ina­czej. Przy­zwy­cza­iłam się już do roz­cza­ro­wa­nych spoj­rzeń. Ostat­ni­mi cza­sy wszy­scy do­kład­nie tak na mnie pa­trzy­li.

Nikt mi nie wie­rzył. Ani mama, ani oczy­wi­ście oj­czym czy po­li­cjant, któ­ry mnie aresz­to­wał. Mój brat też nie. Nikt a nikt. To ozna­cza­ło, że bab­cia rów­nież mi nie uwie­rzy. Na­wet je­śli zgo­dzi­ła się za­brać mnie do sie­bie, gdy mat­ka spa­ko­wa­ła moje rze­czy i wy­sta­wi­ła je za próg na­sze­go domu tuż po zwol­nie­niu mnie z po­praw­cza­ka, gdzie spę­dzi­łam ostat­nie pół roku. Nie mia­łam do­kąd iść i je­dy­nym roz­wią­za­niem, ja­kie przy­szło mi do gło­wy, był te­le­fon do bab­ci.

Miesz­ka­ły­śmy już kie­dyś ra­zem, do mo­men­tu, gdy skoń­czy­łam je­de­na­ście lat. Jej dom był je­dy­nym praw­dzi­wym do­mem, jaki zna­łam. Wów­czas moja mat­ka po la­tach do­szła do wnio­sku, że pora w koń­cu za­jąć się cór­ką, któ­rą uro­dzi­ła jako pięt­na­sto­lat­ka i któ­rą trzy lata póź­niej, po skoń­cze­niu li­ceum, zo­sta­wi­ła u swo­jej mamy. Gdy mój przy­rod­ni brat, Chan­ce, skoń­czył osiem lat, jego oj­ciec zde­cy­do­wał się wziąć z nią ślub i mat­ka za­pra­gnę­ła spro­wa­dzić mnie do swo­jej no­wej ro­dzi­ny. Pro­blem w tym, że tak na­praw­dę ni­g­dy do nich nie pa­so­wa­łam. Oj­czym ubó­stwiał mo­je­go młod­sze­go bra­ta, a ja wy­raź­nie mu prze­szka­dza­łam. Sta­ra­łam się nie wcho­dzić ni­ko­mu w dro­gę, ale gdy skoń­czy­łam pięt­na­ście lat, wszyst­ko się zmie­ni­ło.

– Od­po­wia­daj na py­ta­nia, Wil­lo – po­na­gli­ła bab­cia, wy­ry­wa­jąc mnie z za­my­śle­nia.

– Tak, bab­ciu – ode­zwa­łam się po­śpiesz­nie. Nie chcia­łam jej de­ner­wo­wać, bo oprócz niej nie mia­łam ni­ko­go na świe­cie.

Po­ki­wa­ła gło­wą, a jej mina zła­god­nia­ła.

– W po­rząd­ku. Wró­cę, jak tyl­ko skoń­czę w du­żym domu – do­da­ła. Po­tem od­wró­ci­ła się i ode­szła, zo­sta­wia­jąc mnie w po­ko­ju, któ­ry na­le­żał do mnie przez pierw­sze je­de­na­ście lat mo­je­go ży­cia. By­łam wte­dy szczę­śli­wa i czu­łam się ko­cha­na.

Ale i to po­tra­fi­łam ze­psuć. Mia­łam do tego praw­dzi­wy ta­lent. Je­śli tyl­ko w da­nej sy­tu­acji ist­niał ja­kiś zły wy­bór, mo­głam być pew­na, że go do­ko­nam. Te­raz jed­nak po­sta­no­wi­łam z tym skoń­czyć i znów stać się dziew­czy­ną taką jak daw­niej. Być po­wo­dem do dumy dla bab­ci i nie po­pi­sy­wać się, żeby zdo­być uwa­gę blis­kich. Bo ta zy­ska­na od mat­ki nie była tym, o co mi cho­dzi­ło. W koń­cu i tak ją stra­ci­łam. Wy­rzu­ci­ła mnie ze swo­je­go ży­cia. Za­bi­łam w niej wszel­ką mi­łość i cie­płe uczu­cia do mnie.

Kie­dy bab­cia za­mknę­ła za sobą drzwi, rzu­ci­łam się na sze­ro­kie łóż­ko przy­kry­te pat­chwor­ko­wą na­rzu­tą – bez wąt­pie­nia ręcz­ną ro­bo­tą bab­ci. Uwiel­bia­ła szyć w wol­nym cza­sie, choć ni­g­dy nie mia­ła go zbyt wie­le, bo przez sześć dni w ty­go­dniu pra­co­wa­ła u Law­to­nów. Mia­ła wol­ne tyl­ko w nie­dzie­le, żeby pójść do ko­ścio­ła i po­sprzą­tać u sie­bie, czy­li w ma­łym dom­ku na skra­ju ich po­sia­dło­ści. Od­kąd pa­mię­tam, sprzą­ta­ła i go­to­wa­ła dla Law­to­nów. Moja mama rów­nież tu do­ra­sta­ła – w tym sa­mym po­ko­ju, któ­ry te­raz znów był mój.

Choć po­ja­wi­łam się na świe­cie przy­pad­ko­wo, mia­łam tu szczę­śli­we dzie­ciń­stwo. Otrzy­ma­łam od bab­ci mi­łość i tro­skę, ja­kiej nie umia­ła mi oka­zać na­sto­let­nia mama. Poza tym byli jesz­cze chłop­cy, Gun­ner Law­ton i Bra­dy Hig­gens, wów­czas moi naj­lep­si kum­ple. Gun­ner miesz­kał w wiel­kim domu z ro­dzi­ca­mi i star­szym bra­tem, Rhet­tem. Od­kąd ra­zem z Bra­dym na­krył mnie na za­ba­wie żoł­nie­rzy­ka­mi w jego dom­ku na drze­wie – mie­li­śmy wte­dy po czte­ry lata – by­li­śmy prak­tycz­nie nie­roz­łącz­ni. Wcze­śniej przez kil­ka ty­go­dni ob­ser­wo­wa­łam ze swo­je­go po­dwór­ka, jak chłop­cy wspi­na­ją się do dom­ku na drze­wie, za­sta­na­wia­jąc się, co tam ra­zem ro­bią. Cie­ka­wość przy­spo­rzy­ła mi pierw­szych w ży­ciu praw­dzi­wych przy­ja­ciół.

Kie­dy wy­jeż­dża­łam do mat­ki, re­la­cje po­mię­dzy na­szą trój­ką od ja­kie­goś cza­su nie były ta­kie jak przed­tem. Nie by­łam już dla nich zwy­czaj­nym kum­plem, tyl­ko dziew­czy­ną, i przez to zro­bi­ło się mię­dzy nami ja­koś nie­zręcz­nie. Pod­ko­chi­wa­łam się w Bra­dym. Był bar­dzo lu­bia­ny w szko­le i za każ­dym ra­zem, gdy się do mnie uśmie­chał, ser­ce biło mi jak sza­lo­ne. My­śla­łam, że to ten je­dy­ny i nie chcę ni­ko­go in­ne­go. Ale za­nim to uczu­cie mia­ło szan­sę się roz­wi­nąć, mu­sia­łam wy­je­chać. A te­raz pra­wie już nie pa­mię­ta­łam, jak każ­dy z chło­pa­ków wy­glą­dał.

Od tam­te­go cza­su przez moje ży­cie prze­wi­ja­li się inni chłop­cy, ale tyl­ko je­den za­padł mi w pa­mięć. I tyl­ko jego ko­cha­łam. Carl Da­niels. By­łam pew­na, że za­wsze bę­dzie­my ra­zem. Aż do mo­men­tu, gdy Carl do­szedł do wnio­sku, że ma pra­wo sy­piać z in­ny­mi dziew­czy­na­mi, sko­ro nie chcę z nim stra­cić dzie­wic­twa na tyl­nym sie­dze­niu jego auta.

Carl dał mi ja­sny do­wód, że nie mogę ni­ko­mu ufać, a mi­łość ozna­cza cier­pie­nie. On i moja mat­ka uświa­do­mi­li mi, jak bez­bron­ny sta­je się czło­wiek pod wpły­wem tego uczu­cia. Po­sta­no­wi­łam, że już ni­g­dy wię­cej nie po­peł­nię ta­kie­go błę­du.

Mia­łam wra­że­nie, jak­by to wszyst­ko spo­tka­ło mnie w in­nym ży­ciu. Gun­ner i Bra­dy byli czę­ścią mo­je­go bez­piecz­ne­go i bez­tro­skie­go dzie­ciń­stwa. Wspo­mi­na­łam je po no­cach, gdy chcia­łam uciec od swo­ich pro­ble­mów.

Po­sta­no­wi­łam, że moje nowe ży­cie w tym miej­scu bę­dzie zu­peł­nie inne od do­tych­cza­so­we­go. Po­peł­ni­łam błąd, któ­re­go ni­g­dy nie na­pra­wię. Przez całe ży­cie będą mi to­wa­rzy­szyć żal i po­czu­cie winy. Cięż­ko mi też było po­go­dzić się z fak­tem, że od­wró­ci­ła się ode mnie wła­sna mat­ka. To było bar­dzo bo­le­sne i chy­ba ni­g­dy nie uda mi się z tego otrzą­snąć.

Wsta­łam z łóż­ka, po­de­szłam do lu­stra i wpa­trzy­łam się w swo­je od­bi­cie. Spo­glą­da­ły na mnie ciem­no­nie­bie­skie oczy, iden­tycz­ne jak u mat­ki. W od­róż­nie­niu od pro­stych blond wło­sów opa­da­ją­cych za ło­pat­ki, któ­re w ni­czym nie przy­po­mi­na­ły jej ru­dych lo­ków. Pew­nie odzie­dzi­czy­łam je po ojcu – męż­czyź­nie, o któ­rym nic nie wie­dzia­łam. Mat­ka nie zdra­dzi­ła mi na­wet jego imie­nia, bab­ci zresz­tą też. Kie­dyś stwier­dzi­ła, że robi to dla­te­go, że on nie może być dla mnie oj­cem. Ochra­nia­ła go swo­im mil­cze­niem. Ni­g­dy tego nie ro­zu­mia­łam, ani wte­dy, ani te­raz.

Unio­słam rękę i prze­su­nę­łam pal­ca­mi po brze­gu ucha. Dziur­ki po kol­czy­kach, któ­rych no­si­łam kie­dyś po kil­ka w każ­dym uchu, pra­wie cał­ko­wi­cie za­ro­sły. W po­praw­cza­ku były za­bro­nio­ne, więc się od­zwy­cza­iłam i nie mia­łam ocho­ty po­now­nie ich za­kła­dać. Ale na­wet bez nich by­łam dziew­czy­ną zu­peł­nie inną od tej, któ­ra wy­je­cha­ła stąd sześć lat temu.

Roz­dział 2

Wszy­scy inni mogą iść do dia­bła

Gun­ner

Wbi­łem z iry­ta­cją wzrok w okno, roz­cią­ga­jąc się na sie­dze­niu pa­sa­że­ra swo­je­go wła­sne­go pi­ka­pa. Cho­le­ra ja­sna, wy­pi­łem tyl­ko dwa piwa, nic poza tym! Gdy­by Bra­dy nie był tak po­chło­nię­ty ob­ma­cy­wa­niem Ivy Hol­lis, z pew­no­ścią za­uwa­żył­by, że je­stem trzeź­wy i mogę spo­koj­nie sam pro­wa­dzić.

– A ty jak się do­sta­niesz do domu? Nie myśl so­bie, że po­ży­czę ci swój wóz – za­zna­czy­łem, zer­ka­jąc na nie­go z uko­sa i wi­dząc jego iro­nicz­ny uśmie­szek. Du­pek.

– West mnie pod­rzu­ci. I tak musi od­wieźć Mag­gie – od­parł tym swo­im świę­tosz­ko­wa­tym to­nem.

Od­kąd West za­czął cho­dzić z ku­zyn­ką Bra­dy’ego, Mag­gie, uparł się, żeby na siłę wszyst­kich uszczę­śli­wiać. Po­dob­nie jak Bra­dy. Wi­dząc ich, czło­wiek od razu miał ocho­tę strze­lić so­bie lufę.

– Schrza­ni­łeś mi sy­tu­ację z Kim­mie. Nie mogę za­ba­wić się z la­ską w wo­zie, sko­ro ty upar­łeś się go pro­wa­dzić.

I to mnie mak­sy­mal­nie wku­rzy­ło.

– Po­wi­nie­neś mi po­dzię­ko­wać. Za­po­mnia­łeś już, ja­kie mia­łeś z nią przej­ścia po ostat­nim ra­zie?

Bra­dy miał ra­cję. Trud­no mi było po­tem po­zbyć się Kim­mie. Do tego stop­nia, że mu­sia­łem na jej oczach ob­ści­ski­wać się z Se­re­ną, żeby w koń­cu się ode mnie od­cze­pi­ła. W od­po­wie­dzi chrząk­ną­łem coś nie­wy­raź­nie, nie ma­jąc za­mia­ru przy­znać mu otwar­cie ra­cji.

– Mam to gdzieś – do­da­łem pod no­sem.

Bra­dy ci­cho par­sk­nął. Nie mu­sia­łem od­wra­cać gło­wy w jego stro­nę, by wie­dzieć, że szcze­rzy zęby z ucie­chy.

– A to kto? – spy­tał na­gle, już bez śla­du roz­ba­wie­nia w gło­sie, na­ci­ska­jąc na ha­mu­lec.

Od­wró­ci­łem się i po­dą­ży­łem za jego wzro­kiem, żeby prze­ko­nać się, o kim mówi. Zo­ba­czy­łem ja­kąś po­stać idą­cą na tyły na­szej po­sia­dło­ści. Na ze­wnątrz pa­no­wa­ły ta­kie ciem­no­ści, że nie dało się jej roz­po­znać. Z na­sze­go miej­sca wi­dać było je­dy­nie nie­wy­raź­ną syl­wet­kę.

Wzru­szy­łem obo­jęt­nie ra­mio­na­mi i opa­dłem z po­wro­tem na opar­cie, przy­my­ka­jąc oczy. By­łem wy­koń­czo­ny. Może Bra­dy miał ra­cję i fak­tycz­nie nie nada­wa­łem się do pro­wa­dze­nia auta.

– To pew­nie pani Ames. Wiesz, że zwy­kle pra­cu­je do póź­na – od­par­łem, tłu­miąc ziew­nię­cie.

– To chy­ba nie­zbyt bez­piecz­ne, żeby cho­dzi­ła sama po ciem­ku, no nie? – stwier­dził.

Cały Bra­dy, jak zwy­kle święt­szy od pa­pie­ża. Daję sło­wo, cza­sa­mi do­pro­wa­dzał mnie do bia­łej go­rącz­ki.

– Cho­dzi­ła tak przez całe lata, jesz­cze przed moim uro­dze­niem. Nic jej nie bę­dzie.

Pani Ames pra­co­wa­ła w na­szym domu jako po­moc do­mo­wa i ku­char­ka. Poza tym w pew­nym sen­sie za­stę­po­wa­ła mat­kę mo­jej ma­mie. Kie­dy mama po­trze­bo­wa­ła po­ra­dy albo po­mo­cy, za­wsze pro­si­ła o nią pa­nią Ames. Lu­bi­łem na­szą go­spo­się bar­dziej niż swo­ich ro­dzi­ców. W pew­nym mo­men­cie zo­rien­to­wa­łem się, że za­le­ży jej na mnie bar­dziej niż im, więc było to od­wza­jem­nio­ne uczu­cie. Po­nie­waż ich ulu­bień­cem był mój star­szy brat, Rhett, pani Ames da­wa­ła wszyst­kim do zro­zu­mie­nia, że je­stem jej pu­pil­kiem. Poza tym była z niej twar­da sztu­ka. By­łem pe­wien, że kto­kol­wiek sta­nął­by jej na dro­dze w ciem­no­ściach, do­stał­by nie­złą na­ucz­kę. Po­tra­fi­ła być groź­na. Gdy by­łem dziec­kiem, nie­je­den raz bra­ła mnie w obro­nę i za­wsze po­tra­fi­ła po­sta­wić na swo­im.

– Może po­wi­nie­nem się za­trzy­mać i pójść spraw­dzić, czy wszyst­ko u niej w po­rząd­ku. Żeby się upew­nić, że bez­piecz­nie do­tar­ła do domu. – W jego gło­sie na­dal po­brzmie­wa­ła tro­ska.

– Spró­buj tyl­ko, a ostrze­gam, że da­lej jadę sam – wark­ną­łem. Osta­tecz­nie to on się uparł, żeby mnie od­wieźć do domu. By­li­śmy już pra­wie na miej­scu i tyl­ko chwi­la dzie­li­ła mnie od rzu­ce­nia się do wyra. Chcia­łem jak naj­prę­dzej zna­leźć się u sie­bie. Poza tym za­nim Bra­dy tam do­trze, pani Ames już daw­no bę­dzie w swo­im domu. Bez­piecz­na. Jak za­wsze.

– Ale z cie­bie gno­jek – mruk­nął Bra­dy, po czym przy­śpie­szył, kie­ru­jąc się w stro­nę mo­je­go domu.

Nie ob­ra­zi­łem się na nie­go za ten epi­tet, bo już nie­raz go sły­sza­łem – od ojca. Zda­wa­łem so­bie spra­wę, że do­kład­nie tak o mnie my­śli i czu­je do mnie au­ten­tycz­ną od­ra­zę. Bo choć no­si­łem na­zwi­sko Law­ton… nie by­łem jego sy­nem, a je­dy­nie owo­cem jed­ne­go z licz­nych ro­man­sów mat­ki. Czło­wiek, któ­re­go ofi­cjal­nie na­zy­wa­łem tatą, nie był moim bio­lo­gicz­nym oj­cem. Nie mógł nim być, bo gdy mój star­szy brat miał pół­to­ra roku, oj­ciec za­cho­ro­wał na raka pro­sta­ty i cho­ciaż go zo­pe­ro­wa­no i usu­nię­to guz, nie był już po­tem w sta­nie uży­wać fiu­ta.

Bra­dy za­par­ko­wał na moim miej­scu w na­szym ga­ra­żu na sześć sa­mo­cho­dów, po czym wy­łą­czył sil­nik i rzu­cił mi klu­czy­ki.

– Idź lulu. West wła­śnie przy­słał mi SMS, że jadą ka­wa­łek za nami. Wyj­dę na uli­cę i na nich za­cze­kam.

Miał mnie za idio­tę? Od razu się do­my­śli­łem, że chce spraw­dzić, czy u pani Ames wszyst­ko do­brze. Ale tyl­ko przy­tak­ną­łem i iro­nicz­nie po­dzię­ko­wa­łem mu za do­star­cze­nie mnie do domu w jed­nym ka­wał­ku. Po­tem ru­szy­łem do drzwi i wsze­dłem do środ­ka.

Prze­cho­dząc obok ga­bi­ne­tu ojca, usły­sza­łem, jak roz­ma­wia przez te­le­fon – pew­nie w in­te­re­sach. Wiecz­nie pra­co­wał. Kie­dyś bar­dzo mnie bo­la­ło, że nie ma dla mnie cza­su. Ale to się zmie­ni­ło z dnia na dzień, gdy jako dwu­na­sto­la­tek pod­słu­cha­łem, jak na­zy­wa mnie bę­kar­tem. Po­czu­łem wte­dy ulgę. Nie chcia­łem być taki jak on – pro­wa­dzić po­zba­wio­ne sen­su ży­cie, wiecz­nie za­gnie­wa­ny i zgorzk­nia­ły. Trosz­czyć się tyl­ko o opi­nię in­nych i stwa­rzać po­zo­ry szczę­śli­wej ro­dzi­ny. Miał w so­bie wszyst­kie ce­chy, któ­ry­mi się brzy­dzi­łem. Nie­na­wi­dzi­łem tego czło­wie­ka.

Ani przez mo­ment nie przy­szło mi do gło­wy ob­wi­niać mat­kę za to, że nie była mu wier­na. Ni­g­dy nie wi­dzia­łem, żeby oka­zał jej choć odro­bi­nę uczu­cia. Była dla nie­go żoną tyl­ko na po­kaz, ni­kim in­nym. Wię­cej cza­su spę­dzał w po­dró­ży niż we wła­snym domu.

Choć fa­ce­ci tacy jak West an­ga­żo­wa­li się w związ­ki z dziew­czy­na­mi, ja wie­dzia­łem swo­je. Dla mnie mi­łość nie była czymś rze­czy­wi­stym, a je­dy­nie prze­lot­ną emo­cją, któ­ra ro­bi­ła czło­wie­ko­wi mę­tlik w gło­wie, a na ko­niec go nisz­czy­ła. Lu­dziom nie na­le­ża­ło ufać. Kie­dy ko­goś po­ko­cha­łeś, oso­ba ta au­to­ma­tycz­nie zy­ski­wa­ła nad tobą prze­wa­gę i mo­gła spra­wić ci ból.

Żad­na dziew­czy­na jak do­tąd nie wkra­dła się do mo­je­go ser­ca. By­łem na to za mą­dry. Kie­dyś ko­cha­łem mat­kę, ale ona przez więk­szość ży­cia trak­to­wa­ła mnie obo­jęt­nie, za wy­jąt­kiem chwil, gdy chcia­ła się mną po­pi­sać przed in­ny­mi. Ko­cha­łem też ojca i za­le­ża­ło mi na jego uzna­niu, aż pew­ne­go dnia do­tar­ło do mnie, że ni­g­dy nie zdo­łam na nie za­słu­żyć. To Rhett był jego oczkiem w gło­wie. Sy­nem, któ­rym mógł się po­chwa­lić w to­wa­rzy­stwie, jego bio­lo­gicz­nym dziec­kiem. Wie­dzia­łem, że le­piej bę­dzie, jak dam so­bie spo­kój z taką ro­dzin­ką. Mimo to od cza­su do cza­su czu­łem ukłu­cie w ser­cu na myśl, że coś mnie omi­ja.

Już daw­no po­sta­no­wi­łem, że moje ży­cie bę­dzie barw­ne i peł­ne przy­gód. Taki mia­łem plan. Nie za­mie­rza­łem wią­zać się na za­wsze z jed­ną dziew­czy­ną. Chcia­łem po­dró­żo­wać, zo­ba­czyć świat, wy­rwać się z tego prze­klę­te­go mia­stecz­ka. Ni­ko­go nie ko­chać i ni­g­dy wię­cej nie po­zwo­lić, by ktoś mnie zra­nił.

Kie­dy do­tar­łem pod drzwi swo­je­go po­ko­ju, spoj­rza­łem za sie­bie w głąb ko­ry­ta­rza, gdzie znaj­do­wa­ła się sy­pial­nia mat­ki. Nie sy­pia­ła ra­zem z oj­cem. Ni­g­dy, przy­naj­mniej so­bie tego nie przy­po­mi­na­łem. Może kie­dyś, gdy się tu wpro­wa­dzi­li. Nie mia­łem po­ję­cia i szcze­rze mó­wiąc, gu­zik mnie to ob­cho­dzi­ło. Drzwi do jej po­ko­ju były za­mknię­te. Wie­dzia­łem, że nie przyj­dzie spraw­dzić, czy wró­ci­łem na noc do domu, bo nie­wie­le ją ob­cho­dzi­łem, tak samo jak ojca. Je­dy­ną oso­bą, któ­ra się dla mnie li­czy­ła, by­łem ja sam. Kie­dyś my­śla­łem, że może jesz­cze pani Ames, ale w mia­rę jak do­ra­sta­łem, co­raz bar­dziej mnie roz­cza­ro­wy­wa­ła. Pew­nie już nie­dłu­go i ona bę­dzie mia­ła mnie do­syć.

Nie przej­mo­wa­łem się tym. Wie­dzia­łem, że mogę li­czyć tyl­ko na sie­bie. Ni­ko­go wię­cej mi nie po­trze­ba. Wszy­scy inni mogą iść do dia­bła.

Roz­dział 3

Czu­łam się jak na to­ną­cym stat­ku

Wil­la

Wie­czo­rem wy­bra­łam się na spa­cer, by spraw­dzić, czy do­mek na drze­wie na­dal jest na swo­im miej­scu. W dro­dze po­wrot­nej, gdy by­łam już pra­wie przed swo­im do­mem, usły­sza­łam za sobą chrzęst li­ści. Mo­men­tal­nie za­mar­łam w miej­scu.

– Hej! – roz­legł się mę­ski głos. – Co ty tu ro­bisz? To pry­wat­ny te­ren i nie twój dom.

Moje ser­ce gwał­tow­nie przy­śpie­szy­ło. Pró­bo­wa­łam sko­ja­rzyć od­le­głe wspo­mnie­nie chło­pię­ce­go gło­su za­cho­wa­ne z dzie­ciń­stwa z niż­szym i grub­szym, jaki wła­śnie usły­sza­łam za swo­imi ple­ca­mi. Czyż­by to był Gun­ner? Czy je­stem go­to­wa sta­nąć z nim twa­rzą w twarz?

– Ga­daj albo dzwo­nię na po­li­cję! – za­wo­łał ostrze­gaw­czym to­nem.

Przed kil­ko­ma mi­nu­ta­mi wi­dzia­łam w od­da­li świa­tła sa­mo­cho­du ja­dą­ce­go dłu­gim pod­jaz­dem pro­wa­dzą­cym do wiel­kie­go domu Law­to­nów. Auto na chwi­lę zwol­ni­ło, więc już wte­dy spo­dzie­wa­łam się, że będę mu­sia­ła się tłu­ma­czyć, kim je­stem. Nie mia­łam po­ję­cia, kto wie o moim przy­jeź­dzie i czy bab­cia w ogó­le ko­muś o mnie po­wie­dzia­ła. Ton gło­su chło­pa­ka wska­zy­wał, że moja obec­ność w mie­ście na­dal sta­no­wi ta­jem­ni­cę.

Drzwi na­sze­go dom­ku otwo­rzy­ły się i sta­nę­ła w nich bab­cia. Spoj­rza­ła mi w oczy, a po­tem prze­nio­sła wzrok na sto­ją­ce­go za mną chło­pa­ka. Wte­dy jej twarz zła­god­nia­ła i roz­ja­śni­ła się w uśmie­chu.

– Dzię­ku­ję, Bra­dy, że się o mnie trosz­czysz, ale nie­po­trzeb­nie. Wil­la jest u sie­bie. Prze­nio­sła się do nas i przez ja­kiś czas bę­dzie miesz­kać ze mną. Na pew­no ją pa­mię­tasz. Ba­wi­li­ście się ra­zem w dzie­ciń­stwie.

Bra­dy Hig­gens. Szko­da, że nie za­pa­mię­ta­łam le­piej jego twa­rzy. Je­dy­ną rze­czą, któ­ra utkwi­ła mi w pa­mię­ci, były mo­ty­le w brzu­chu, ja­kie czu­łam, gdy był bli­sko. Od­wró­ci­łam się po­wo­li, żeby spoj­rzeć w twarz kum­plo­wi z daw­nych lat, któ­ry kie­dyś od­gry­wał nie­zmier­nie waż­ną rolę w moim ży­ciu.

Na wi­dok jego lek­ko oświe­tlo­nej świa­tłem z gan­ku twa­rzy na mo­ment za­par­ło mi dech. Uro­czy mały chło­piec, ja­kie­go za­pa­mię­ta­łam, wy­rósł na wy­so­kie­go i mu­sku­lar­ne­go mło­de­go męż­czy­znę. Na do­da­tek jesz­cze przy­stoj­niej­sze­go, niż mi się wy­da­wał, gdy obo­je mie­li­śmy po je­de­na­ście lat.

Bra­dy wpa­try­wał mi się w oczy tak in­ten­syw­nie, że nie by­łam w sta­nie wy­do­być z sie­bie sło­wa. Chcia­łam ode­rwać od nie­go wzrok, a jed­no­cze­śnie mia­łam ocho­tę przy­glą­dać mu się w nie­skoń­czo­ność. To było bar­dzo dziw­ne uczu­cie.

– Wil­la?

Na dźwięk jego lek­ko chro­pa­we­go gło­su lek­ko za­drża­łam.

Po­ki­wa­łam twier­dzą­co gło­wą. Wo­la­łam nie ry­zy­ko­wać i się nie od­zy­wać. Prze­klę­te mo­ty­le, ja­kie w dzie­ciń­stwie sza­la­ły w moim brzu­chu na jego wi­dok, po­wró­ci­ły, na do­da­tek z jesz­cze więk­szą siłą niż kie­dyś.

Bra­dy zro­bił krok w moją stro­nę, uśmie­cha­jąc się pro­mien­nie. Na jego twa­rzy ma­lo­wa­ła się ra­dość i… jesz­cze coś. Za­in­te­re­so­wa­nie. Od razu je wy­czu­łam. I choć bar­dzo mnie ono ucie­szy­ło, do­brze wie­dzia­łam, że na próż­no ro­bię so­bie na­dzie­ję.

– Wil­la, pro­szę do środ­ka! – ode­zwa­ła się bab­cia ostrym, nie­zno­szą­cym sprze­ci­wu to­nem. – Jesz­cze raz ci dzię­ku­ję za tro­skę, Bra­dy. A te­raz wra­caj do domu, za­nim Co­ra­lee za­cznie się o cie­bie za­mar­twiać.

Ode­rwa­łam wzrok od Bra­dy’ego i wbie­głam po schod­kach na ga­nek z ni­sko opusz­czo­ną gło­wą, uni­ka­jąc wzro­ku bab­ci. Ona też mu­sia­ła za­uwa­żyć ten cha­rak­te­ry­stycz­ny błysk w oczach chło­pa­ka. I mi nie ufa­ła. Tak jak wszy­scy.

Gdy­by Bra­dy znał praw­dę, nie przy­szło­by mu do gło­wy pa­trzeć na mnie w taki spo­sób.

– Nie ma spra­wy, pani Ames. Ży­czę wszyst­kim do­brej nocy! – za­wo­łał.

Sko­rzy­sta­łam z oka­zji i ru­szy­łam pro­sto do swo­je­go po­ko­ju. Nie mia­łam ocho­ty wy­słu­chi­wać nie­uchron­ne­go ka­za­nia bab­ci i ostrze­żeń, że mam trzy­mać się da­le­ka od Bra­dy’ego. Sły­sząc od­głos za­my­ka­nia drzwi wej­ścio­wych, skrzy­wi­łam się i zła­pa­łam za klam­kę swo­je­go po­ko­ju.

– Nie tak pręd­ko! – osa­dził mnie w miej­scu głos bab­ci.

Zdu­si­łam w so­bie jęk roz­pa­czy. Nie uśmie­cha­ło mi się znów słu­chać o tym, o czym do­sko­na­le wie­dzia­łam.

– Bra­dy Hig­gens to po­rząd­ny chło­pak, Wil­lo. Wy­ra­sta na wspa­nia­łe­go męż­czy­znę. Jest roz­gry­wa­ją­cym w szkol­nej dru­ży­nie fut­bo­lo­wej i ma pro­po­zy­cje sty­pen­dium z róż­nych uczel­ni. Bę­dzie dumą na­sze­go mia­sta. Ty wiesz o ży­ciu i o świe­cie dużo wię­cej od nie­go. W jego oczach je­steś pięk­ną mło­dą ko­bie­tą. Tyl­ko tyle o to­bie wie. Nie mam za­mia­ru roz­po­wia­dać do­oko­ła, co ci się przy­tra­fi­ło. Ni­ko­mu nic do tego. Ale do mo­men­tu… aż się otrzą­śniesz i po­zbie­rasz, nie po­win­naś za­przą­tać so­bie gło­wy chło­pa­ka­mi.

Cięż­ko mi było to sły­szeć. Bab­cia co praw­da wzię­ła mnie do sie­bie, gdy nikt inny mnie nie chciał, ale ani mi nie wie­rzy­ła, ani nie ufa­ła. To mnie za­bo­la­ło. Tak bar­dzo, że po­czu­łam ucisk w pier­si. Je­dy­ne, na co mo­głam się w tej chwi­li zdo­być, to po­słusz­ne ski­nie­nie gło­wą.

– Tak, bab­ciu – przy­tak­nę­łam. Po­tem da­łam nura do swo­je­go po­ko­ju, po­śpiesz­nie za­my­ka­jąc za sobą drzwi, żeby nie usły­szeć jesz­cze wię­cej gorz­kich słów. Tak bar­dzo po­trze­bo­wa­łam ko­goś, kto spy­ta mnie, co na­praw­dę się wy­da­rzy­ło, i uwie­rzy w moje sło­wa.

Jak pra­wie każ­dej nocy od tam­te­go pa­mięt­ne­go zda­rze­nia, któ­re na za­wsze zmie­ni­ło moje ży­cie, rów­nież i dziś nie­wie­le spa­łam.

Za­ła­twia­nie for­mal­no­ści zwią­za­nych z przy­ję­ciem do no­wej szko­ły było dla mnie dość stre­su­ją­ce. Zwłasz­cza sy­tu­acja, gdy bab­cia obie­cy­wa­ła dy­rek­to­ro­wi i psy­cho­lo­go­wi szkol­ne­mu, że nie będę spra­wiać kło­po­tów. Ka­za­no mi od­wie­dzać psy­cho­lo­ga w każ­dy wto­rek i pią­tek na ostat­niej lek­cji, żeby po­roz­ma­wiać, jak so­bie ra­dzę. W za­sa­dzie po­win­nam się cie­szyć, że ni­cze­go wię­cej ode mnie nie wy­ma­ga­ją, ale i tak by­łam prze­ra­żo­na per­spek­ty­wą tych spo­tkań.

Bab­cia ści­snę­ła mnie moc­no za ra­mię i spo­glą­da­jąc mi głę­bo­ko w oczy, ka­za­ła su­mien­nie pra­co­wać, żeby nie mu­sia­ła się za mnie wsty­dzić. Nie po­wie­dzia­łam jej, że wła­śnie taki mam cel. Stra­ci­łam jak do­tąd zbyt wie­le, że­bym mo­gła za­wieść jesz­cze i ją. Chcia­łam za­słu­żyć na jej za­ufa­nie. Nie mia­łam in­ne­go wyj­ścia.

W trak­cie roz­mo­wy z psy­cho­lo­giem roz­legł się dzwo­nek, co ozna­cza­ło, że spóź­nię się na pierw­sze za­ję­cia. Będę mu­sia­ła wejść w trak­cie lek­cji i wszy­scy, łącz­nie z na­uczy­cie­lem, będą się na mnie ga­pić.

Spoj­rza­łam na plan za­jęć – na po­czą­tek WOS z pa­nem Hawk­sem. Po­szłam opu­sto­sza­łym ko­ry­ta­rzem, wzdłuż któ­re­go cią­gnę­ły się rzę­dy sza­fek, i od­szu­ka­łam salę nu­mer 203. Zza drzwi do­bie­gał czyjś głos – naj­praw­do­po­dob­niej pana Hawk­sa. Wzię­łam głę­bo­ki wdech i na­po­mnia­łam się w my­ślach, że spo­ty­ka­ły mnie w ży­ciu już znacz­nie gor­sze rze­czy. Przez pół roku by­łam zmu­szo­na miesz­kać z dziew­czy­na­mi, któ­re na­praw­dę za­słu­ży­ły na po­praw­czak. Kosz­mar­ne prze­ży­cie. Te­raz mu­sia­łam je­dy­nie sta­wić czo­ła gru­pie dzie­cia­ków, któ­re i tak ni­g­dy mnie nie zro­zu­mie­ją, a poza tym nic a nic mnie nie ob­cho­dzą. W tym mo­men­cie li­czy­ło się dla mnie tyl­ko to, by mieć jak naj­lep­sze stop­nie i ni­ko­mu nie pod­paść.

Do­tknę­łam dło­nią chłod­ne­go me­ta­lu klam­ki i od razu ją na­ci­snę­łam, nie chcąc dłu­żej od­wle­kać tego, co i tak mnie cze­ka­ło. Tak jak prze­wi­dy­wa­łam, gdy tyl­ko we­szłam do środ­ka, oczy wszyst­kich mo­men­tal­nie po­wę­dro­wa­ły w moją stro­nę. Ja jed­nak nie od­wza­jem­ni­łam żad­ne­go ze spoj­rzeń, sku­pia­jąc wzrok na sto­ją­cym na środ­ku kla­sy star­szym, ły­sie­ją­cym męż­czyź­nie w ko­szu­li, któ­ra le­d­wo do­pi­na­ła się na jego wy­dat­nym brzu­chu.

– Ty pew­nie na­zy­wasz się Wil­la Ames – ode­zwał się z uśmie­chem, lecz jego spoj­rze­nie po­zo­sta­ło chłod­ne. – Sia­daj, pro­szę, Wil­lo. Wła­śnie po­wta­rza­my ma­te­riał z ubie­głe­go ty­go­dnia. Za dwa dni bę­dzie z nie­go spraw­dzian. Mu­sisz po­pro­sić ko­goś z kla­sy o no­tat­ki i się przy­go­to­wać. Sta­raj się na bie­żą­co nad­ra­biać za­le­gło­ści. Tyl­ko uwa­żaj, od kogo po­ży­czasz no­tat­ki. Nie każ­dy tu jest or­łem. – Po tych sło­wach ro­zej­rzał się po kla­sie, spo­glą­da­jąc kar­cą­co znad oku­la­rów.

– Tak, psze pana – od­par­łam po­słusz­nie i za­ję­łam je­dy­ne wol­ne miej­sce, ani przez mo­ment nie roz­glą­da­jąc się do­oko­ła. Sie­dząc nie­ru­cho­mo ze wzro­kiem wbi­tym w ław­kę ni­czym w tra­twę ra­tun­ko­wą, po­czu­łam się jak na to­ną­cym stat­ku.

Roz­dział 4

Do­mek na drze­wie wy­glą­da tak samo

Gun­ner

– Co cię na­pa­dło, żeby za­da­wać się z tą świ­ru­ską? Nie pa­mię­tasz, co było ostat­nio? Jesz­cze ci mało? – na­tarł na mnie West Ash­by, kie­dy wy­cho­dzi­li­śmy z sali po pierw­szej lek­cji. To były na­sze je­dy­ne wspól­ne za­ję­cia. West nie tyl­ko był mi­strzem na bo­isku, ale i miał tęgą gło­wę, więc cho­dził pra­wie wy­łącz­nie na za­ję­cia dla za­awan­so­wa­nych. Nie mia­łem bla­de­go po­ję­cia po co. Prze­cież i tak do­sta­nie na uczel­ni sty­pen­dium spor­to­we. Nie mu­siał aż tak się sta­rać, nie po­trze­bo­wał sty­pen­dium na­uko­we­go.

– Nie wiem, o co ci cho­dzi – od­pa­ro­wa­łem.

– O Kim­mie, sta­ry. Roz­po­wia­da do­oko­ła, że się z tobą bzyk­nę­ła i znów do sie­bie wró­ci­li­ście. Choć z tego, co wiem, ni­g­dy nie by­li­ście ra­zem.

Kim­mie? Se­rio? Wca­le się z nią nie prze­spa­łem, ga­da­ła głu­po­ty. Może fak­tycz­nie po­wi­nie­nem po­dzię­ko­wać Bra­dy’emu, że wczo­raj ura­to­wał mi ty­łek i od­wiózł mnie do domu.

– Ściem­nia.

West par­sk­nął śmie­chem.

– Więc le­piej to z nią wy­ja­śnij, bo stoi przy two­jej szaf­ce jak za­ko­cha­ny kun­del.

Po­de­rwa­łem gło­wę i zer­k­ną­łem w stro­nę swo­jej szaf­ki. Fak­tycz­nie, tkwi­ła tam Kim­mie, uśmie­cha­jąc się do mnie zna­czą­co.

– Ja­sna cho­le­ra! – jęk­ną­łem.

– Chy­ba mu­sisz się dla niej po­sta­rać o są­do­wy za­kaz zbli­ża­nia się – rzu­cił West roz­ba­wio­nym to­nem.

Po­trze­bo­wa­łem do­stać się do swo­jej szaf­ki, ale nie aż tak bar­dzo, by ry­zy­ko­wać. Od­wró­ci­łem się więc w prze­ciw­ną stro­nę i po­sze­dłem ko­ry­ta­rzem na dru­gą lek­cję.

– Po­wo­dze­nia! – za­wo­łał za mną West. Nie by­łem w na­stro­ju na jego żar­ty.

Nie od­sze­dłem zbyt da­le­ko, gdy na moim ra­mie­niu za­ci­snę­ła się czy­jaś dłoń.

– Nie masz za­mia­ru się ze mną zo­ba­czyć? Cze­ka­łam na cie­bie! – Ra­do­sny głos Kim­mie mo­men­tal­nie za­grał mi na ner­wach.

– Puść mnie! – wy­sy­cza­łem przez za­ci­śnię­te zęby.

– Ale chcę z tobą po­roz­ma­wiać! Po ostat­niej nocy chy­ba mamy so­bie dużo do po­wie­dze­nia – cią­gnę­ła, jak­by nie sły­sza­ła, że ka­za­łem się jej od­cze­pić.

Zer­k­ną­łem po­nad jej gło­wą i zo­ba­czy­łem zna­czek dam­skiej to­a­le­ty. Chcąc unik­nąć że­nu­ją­ce­go przed­sta­wie­nia, po­pchną­łem ją w stro­nę znaj­du­ją­cych się za na­szy­mi ple­ca­mi drzwi i wsze­dłem do środ­ka. Jak moż­na się było spo­dzie­wać, Kim­mie nie zwol­ni­ła uchwy­tu, tyl­ko wpa­dła tam za mną.

– Nie­grzecz­ny chłop­czyk – ode­zwa­ła się i za­chi­cho­ta­ła. – Za­kra­da się do dam­skiej to­a­le­ty.

Odło­ży­łem książ­ki na brzeg umy­wal­ki, po czym zła­pa­łem ją za rękę i ode­rwa­łem od swo­je­go ra­mie­nia.

– Co ci, kuź­wa, od­bi­ło? – spy­ta­łem, od­su­wa­jąc się od niej na bez­piecz­ną od­le­głość. – By­łem pi­ja­ny i tro­chę się po­mi­zia­li­śmy. Pra­wie nic nie pa­mię­tam.

No do­bra, to nie była praw­da. Nie by­łem pi­ja­ny, tyl­ko głu­pi jak ba­ran.

Kim­mie mia­ła minę, jak­bym dał jej w twarz.

– Ale ja my­śla­łam, że chcesz, że­by­śmy do sie­bie wró­ci­li. Że ci się po­do­bam.

Wes­tchną­łem cięż­ko.

– Kim­mie, ja nie cho­dzę z dziew­czy­na­mi. Wszy­scy w szko­le o tym wie­dzą. Ni­g­dy nie by­li­śmy ra­zem. Tyl­ko się bzyk­nę­li­śmy, nic poza tym.

Na te sło­wa jej dol­na war­ga za­drża­ła. W tym mo­men­cie za­le­ża­ło mi już tyl­ko na tym, żeby za­brać swo­je rze­czy i jak naj­szyb­ciej się stąd wy­nieść.

– Ale… ale… my­śla­łam… – wy­ją­ka­ła Kim­mie.

– To źle my­śla­łaś. Ale mogę ci obie­cać jed­no – wię­cej się do cie­bie nie zbli­żę, ani po pi­ja­ku, ani na trzeź­wo. A te­raz od­suń się i daj mi spo­kój.

Kim­mie za­łka­ła, za­sła­nia­jąc dło­nią usta, i rzu­ci­ła się do drzwi. Wie­dzia­łem, że tym ra­zem mu­szę jej wy­gar­nąć, bez owi­ja­nia w ba­weł­nę. Kie­dy ostat­nio uro­iła so­bie, że je­ste­śmy parą, sta­ra­łem się grzecz­nie jej to wy­per­swa­do­wać. Ale za­czę­ła na­cho­dzić mnie w domu, przy­no­sić mi ja­kieś żar­cie i wiecz­nie wo­kół mnie krą­ży­ła. W koń­cu mu­sia­łem wy­ko­rzy­stać Se­re­nę, żeby Kim­mie mo­gła się na wła­sne oczy prze­ko­nać, że ze sobą nie cho­dzi­my. Tym ra­zem nie by­łem w na­stro­ju, żeby ucie­kać się do aż tak dra­stycz­nych me­tod.

Ze­bra­łem swo­je książ­ki i już mia­łem wy­cho­dzić, gdy na­gle otwo­rzy­ły się drzwi jed­nej z ka­bin. Za­sko­czy­ło mnie to, bo my­śla­łem, że by­li­śmy tu z Kim­mie sami. Uśmiech­ną­łem się pod no­sem i od­cze­ka­łem chwi­lę, żeby zo­ba­czyć, kto nas pod­słu­chi­wał. Miej­my na­dzie­ję, że to ja­kaś plot­ka­ra. Wte­dy jest szan­sa, że do prze­rwy obia­do­wej skoń­czą się gad­ki o moim cho­dze­niu z Kim­mie.

W drzwiach ka­bi­ny uka­za­ła się dłu­ga, gład­ka i ape­tycz­nie opa­lo­na noga. Moc­no sfa­ty­go­wa­ne co­nver­sy nie zdo­ła­ły jej ode­brać ani odro­bi­ny uro­ku. Niech mnie, ale cia­ło! Po­wę­dro­wa­łem spoj­rze­niem w górę aż do no­ga­wek szor­tów, a wte­dy wła­ści­ciel­ka bo­skich nóg uka­za­ła mi się w ca­łej oka­za­ło­ści.

Kto to może być?

Twarz w kształ­cie ser­ca i oczy bar­wy nie­ba w opra­wie dłu­gich i gę­stych czar­nych rzęs. Przy­glą­da­ła mi się z uwa­gą, jak­by nie była pew­na, co o mnie my­śleć. Prze­nio­słem spoj­rze­nie ni­żej, na peł­ne ró­żo­we usta i mały zgrab­ny no­sek. A wszyst­ko to oko­lo­ne dłu­gi­mi blond wło­sa­mi, o tak ja­snym od­cie­niu, że wy­da­wa­ły się wręcz nie­rze­czy­wi­ste.

– Kie­dy to Gun­ner Law­ton zro­bił się aż tak wred­ny?

Po­łu­dnio­wy ak­cent w jej gło­sie nie był tak in­ten­syw­ny, jak sły­sza­ło się do­oko­ła, ra­czej bar­dziej śpiew­ny. Do tego stop­nia, że moż­na jej było słu­chać całe dnie i ni­g­dy nie mieć do­syć.

Chwi­la, chwi­la… Ona mnie zna­ła. Ode­rwa­łem wzrok od jej nie­sa­mo­wi­tych ust i pod­nio­słem gło­wę, by spoj­rzeć jej w oczy. Kim ona jest? Nie ma siły, że­bym nie za­pa­mię­tał ta­kiej la­ski. Daję gło­wę, że ni­g­dy wcze­śniej się nie spo­tka­li­śmy.

– Nie po­zna­jesz mnie, co nie? – stwier­dzi­ła, krzy­wiąc usta w uśmie­chu. – Ja­sne, tro­chę cza­su upły­nę­ło. Choć ja od razu wie­dzia­łam, kim je­steś, jak tyl­ko cię zo­ba­czy­łam. Masz te­raz niż­szy głos, ale na­dal te same oczy.

Nie no, mu­szę się ja­koś otrzą­snąć z tego transu. Prze­cież to tyl­ko ja­kaś lala. Co praw­da, go­rą­ca jak dia­bli, ale to nie zna­czy, że mogę aż tak przy niej głu­pieć.

– Nie po­wiem, że­bym cię pa­mię­tał – uda­ło mi się w koń­cu ode­zwać.

Za­śmia­ła się krót­ko, my­jąc ręce, i spoj­rza­ła na mnie w lu­strze.

– Spo­ko, Bra­dy też mnie nie po­znał – po­wie­dzia­ła, osu­sza­jąc dło­nie pa­pie­ro­wym ręcz­ni­kiem. Po­tem po­de­szła do drzwi i prze­chy­la­jąc gło­wę na bok, sta­nę­ła przede mną. – Do­mek na drze­wie wy­glą­da tak samo jak daw­niej – oznaj­mi­ła, po czym wy­szła na ko­ry­tarz.

Do­mek na drze­wie… Bra­dy… Niech mnie ja­sny szlag! Prze­cież to Wil­la Ames.

Roz­dział 5

To aku­rat było jak naj­bar­dziej za­mie­rzo­ne

Wil­la

Mo­głam się spo­dzie­wać, że moi daw­ni kum­ple wy­ro­sną na tego typu na­sto­lat­ków. Gun­ne­ra za­wsze ce­cho­wa­ły za­ro­zu­mial­stwo i pew­ność sie­bie. Co praw­da daw­niej nie był aż tak okrut­ny, ale chy­ba spe­cjal­nie mnie nie zdzi­wi­ło to, co przez przy­pa­dek uda­ło mi się pod­słu­chać. Gun­ne­ra Law­to­na trak­to­wa­no w tym mie­ście jak kró­la. Miał pie­nią­dze, zna­ne na­zwi­sko i był za­bój­czo przy­stoj­ny.

Ale na jego wi­dok ni­g­dy nie czu­łam mo­ty­li w brzu­chu. Ani przez chwi­lę. Naj­wy­raź­niej były za­re­zer­wo­wa­ne tyl­ko dla Bra­dy’ego. Z ich dwój­ki krę­cił mnie tyl­ko ten po­rząd­ny. Co z tego, sko­ro Bra­dy nie bę­dzie chciał mnie znać, gdy po­zna moją prze­szłość i praw­dzi­wy po­wód po­wro­tu do Law­ton. Bab­cia pew­nie wy­my­śli­ła ja­kieś wia­ry­god­ne wy­tłu­ma­cze­nie, w któ­re wszy­scy uwie­rzą. Będę mu­sia­ła się go trzy­mać, je­śli chcę tu zo­stać.

– Wil­la Ames! – za­wo­łał za mną Gun­ner.

Uśmiech­nę­łam się pod no­sem z za­do­wo­le­niem. Szyb­ko się do­my­ślił.

Obej­rza­łam się przez ra­mię i zo­ba­czy­łam, że idzie w moją stro­nę z sze­ro­kim uśmie­chem na twa­rzy. Nie­trud­no było z niej wy­czy­tać, o czym w tym mo­men­cie my­śli.

– Idź otrzeć łez­ki swo­jej dziew­czy­nie i po­sta­raj się być dla niej miły – po­ra­dzi­łam mu z da­le­ka, cze­ka­jąc, aż do mnie po­dej­dzie.

Na te sło­wa Gun­ner prze­wró­cił ocza­mi.

– Nie masz po­ję­cia, co ja mam z tą świ­ru­ską.

To nie była jego wina, ja­sne. Jak zwy­kle. Za­wsze po­tra­fił się wy­wi­nąć od od­po­wie­dzial­no­ści.

– Więc twój pe­nis tyl­ko przez przy­pa­dek za­błą­dził do jej cip­ki? – spy­ta­łam prze­śmiew­czym to­nem.

Gun­ner par­sk­nął śmie­chem.

– Nie, to aku­rat było jak naj­bar­dziej za­mie­rzo­ne. Kur­de, do­brze wy­glą­dasz! Kie­dy przy­je­cha­łaś?

Naj­wy­raź­niej w ogó­le już nie pa­mię­tał o tam­tej bied­nej dziew­czy­nie z to­a­le­ty. No cóż, może to ją cze­goś na­uczy i na­stęp­nym ra­zem tra­fi le­piej. Gun­ner to nie był do­bry ma­te­riał na chło­pa­ka. Nada­wał się tyl­ko na krót­ką przy­go­dę, żeby się za­ba­wić.

– Bab­cia ode­bra­ła mnie wczo­raj z dwor­ca.

– Czy­li znów bę­dziesz miesz­kać z pa­nią Ames? Kie­dy masz za­miar do nas wpaść i się przy­wi­tać?

Praw­dę mó­wiąc, ni­g­dy. Bab­cia nie ży­czy­ła so­bie, że­bym po­ja­wia­ła się w re­zy­den­cji. Do­sko­na­le o tym wie­dzia­łam, nie mu­sia­ła nic mó­wić. Dla­te­go wzru­szy­łam tyl­ko ra­mio­na­mi.

– No wiesz, mi­nę­ło sześć lat… – To nie była bez­po­śred­nia od­po­wiedź na jego py­ta­nie, ale nie mo­głam zdra­dzić nic wię­cej.

Gun­ner uniósł py­ta­ją­co brew.

– No i…?

– Wie­dzia­łam, że i tak spo­tka­my się w szko­le. Poza tym nie by­łam pew­na, jak za­re­agu­jesz. Czy na­sza dzie­cię­ca przy­jaźń ma szan­sę prze­trwać te­raz, gdy je­ste­śmy już pra­wie do­ro­śli.

Gun­ner zmie­rzył mnie wzro­kiem od stóp do głów, do­kład­nie tak, jak zro­bił to przed chwi­lą w ła­zien­ce.

– Je­stem fa­ce­tem, Wil­la. Mo­że­my być kum­pla­mi albo czymś wię­cej. Co tyl­ko ci się za­ma­rzy.

Tym ra­zem to ja prze­wró­ci­łam ocza­mi. To był naj­głup­szy tekst na pod­ryw, jaki kie­dy­kol­wiek sły­sza­łam. A sły­sza­łam ich cał­kiem spo­ro.

– W tej chwi­li ma­rzy mi się tyl­ko, żeby zdą­żyć na na­stęp­ną lek­cję i nie mieć kło­po­tów. Miło było cię znów zo­ba­czyć, Gun­ner. Je­stem pew­na, że jesz­cze nie­raz na sie­bie wpad­nie­my. No wiesz, małe mia­stecz­ko, mała szko­ła i tak da­lej – od­par­łam. Po­tem od­wró­ci­łam się i ode­szłam ko­ry­ta­rzem, zo­sta­wia­jąc go sa­me­go. Nie było sen­su tego cią­gnąć i go za­chę­cać, sko­ro i tak nie wol­no mi było za­da­wać się z chło­pa­ka­mi.

Nie roz­glą­da­jąc się na boki, do­tar­łam w po­śpie­chu przed salę nu­mer 143. Chcia­łam udo­wod­nić bab­ci, że za­słu­gu­ję na jej za­ufa­nie. Będę naj­po­słusz­niej­szą na­sto­lat­ką na świe­cie, nie przy­spo­rzę jej żad­nych pro­ble­mów. Tego, co kie­dyś ro­bi­łam, wy­star­czy mi na całe ży­cie. Nie bra­ko­wa­ło mi tego. Do­sta­łam za swo­je.

W tym mo­men­cie moją uwa­gę zwró­cił przy­glą­da­ją­cy mi się wy­so­ki chło­pak o naj­ja­śniej­szych błę­kit­nych oczach, ja­kie kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łam. Chwi­lę po­tem usły­sza­łam, jak Gun­ner woła do nie­go: „Nash!”, a wte­dy ode­rwał ode mnie wzrok i spoj­rzał w jego stro­nę.

Nie cze­ka­łam, aż nas so­bie przed­sta­wi. Gun­ner ozna­czał dla mnie kło­po­ty. On nie mu­siał ni­cze­go ża­ło­wać, a ja tak. Mia­łam tyl­ko na­dzie­ję, że ni­g­dy nie do­świad­czy tego co ja. Cze­goś, z czym po­tem trud­no żyć. Nie­ste­ty, nie by­li­śmy nie­zwy­cię­że­ni. Tyl­ko że ja uświa­do­mi­łam to so­bie tro­chę za póź­no.

Li­ceum w Law­ton było ta­kie samo jak wszyst­kie inne w Ame­ry­ce. Nikt spe­cjal­nie się tu nie wy­róż­niał. Po­dob­ne grup­ki i po­dzia­ły, iden­tycz­ne wy­głu­py i po­pi­sy. Z tą tyl­ko róż­ni­cą, że tu­taj nikt mnie nie znał. Dzie­cia­ki, z któ­ry­mi cho­dzi­łam do pod­sta­wów­ki, zdą­ży­ły o mnie za­po­mnieć, a dwóch naj­lep­szych kum­pli z dzie­ciń­stwa nie zdra­dzi­ło ni­ko­mu, kim je­stem. A na­wet wię­cej, bo Bra­dy na na­szych wspól­nych za­ję­ciach uda­wał, że mnie nie zna.

Praw­dę mó­wiąc, było to dla mnie przy­gnę­bia­ją­ce. Bra­dy sie­dział obok ład­nej bru­net­ki i chło­pa­ka, z któ­rym pew­nie cho­dzi­ła, bo cały czas się do sie­bie kle­ili. Żar­to­wał z nimi i za­cho­wy­wał się, jak­by w ogó­le nie było mnie w kla­sie. Do­pie­ro po lek­cji, gdy już wy­cho­dził z sali, ski­nął mi gło­wą i rzu­cił prze­lot­ne „cześć”.

Przez mo­ment przy­szło mi do gło­wy, że może do­wie­dział się, co zro­bi­łam. Spe­cjal­nie mi to nie prze­szka­dza­ło, bo prze­cież i tak nie będę sta­rać się o jego wzglę­dy. Nie mia­łam cza­su na mo­ty­le w brzu­chu i tego typu spra­wy. Moim je­dy­nym ce­lem było udo­wod­nić bab­ci, że może być ze mnie dum­na. No, może jesz­cze, kie­dyś tam, prze­ko­nać bra­ta, żeby znów za­czął się do mnie od­zy­wać. Mat­ka mo­gła spa­dać na drze­wo, a oj­czy­ma nie chcia­łam ni­g­dy wię­cej wi­dzieć na oczy.

Tak wła­śnie mia­ło wy­glą­dać te­raz moje ży­cie. Na­wa­rzy­łam piwa i mu­sia­łam je wy­pić. Mniej wię­cej w ten spo­sób okre­śli­ła to bab­cia, gdy od­bie­ra­ła mnie z dwor­ca au­to­bu­so­we­go.

– Jak tam w szko­le? – spy­ta­ła mnie, wy­cho­dząc z na­szej mi­kro­sko­pij­nej kuch­ni i wy­cie­ra­jąc dło­nie o za­wią­za­ny w pa­sie far­tuch.

Wie­dzia­łam, że szcze­ra od­po­wiedź: „do dupy” nie wcho­dzi w grę, więc po­prze­sta­łam na: „do­brze”. Ale tyl­ko ze wzglę­du na nią.

Mimo to bab­cia nie wy­glą­da­ła na prze­ko­na­ną.

– Za­nieś ple­cak do swo­je­go po­ko­ju i przyjdź do mnie. Po­mo­żesz mi obie­rać ziem­nia­ki na dzi­siej­szą ko­la­cję w du­żym domu.

Bab­cia zwy­kle przy­go­to­wy­wa­ła wszyst­ko do ko­la­cji w re­zy­den­cji Law­to­nów, ale te­raz ze wzglę­du na mnie po­po­łu­dnia­mi wra­ca­ła do swo­je­go domu. Żeby spraw­dzić, jak so­bie ra­dzę. Miło było po­czuć, że ktoś się o mnie trosz­czy. Już daw­no się od tego od­zwy­cza­iłam.

– Do­brze, bab­ciu.

Zro­bi­ła­bym wszyst­ko, byle tyl­ko po­zwo­li­ła mi tu zo­stać. Nie chcia­łam wra­cać do domu, na­wet gdy­by mat­ka wy­ra­zi­ła na to zgo­dę.

Zo­sta­wi­łam ple­cak na łóż­ku, zrzu­ci­łam z nóg co­nver­sy i wró­ci­łam do kuch­ni w sa­mych skar­pet­kach. Bab­cia przy­go­to­wy­wa­ła Law­to­nom ko­la­cję przez sześć dni w ty­go­dniu. W so­bo­ty zwy­kle bar­dziej wy­staw­ną, dla go­ści za­pro­szo­nych przez pa­nią Law­ton. Gdy wy­da­wa­li więk­szy ban­kiet, bab­cia bra­ła ko­goś do po­mo­cy. W nie­dzie­le Law­to­no­wie ja­da­li w eli­tar­nym klu­bie, któ­ry znaj­do­wał się we Fran­klin w sta­nie Ten­nes­see, go­dzi­nę jaz­dy stąd. Oprócz Gun­ne­ra, bo on po wi­zy­cie ra­zem z ro­dzi­ca­mi w ko­ście­le bap­ty­stów za­wsze zo­sta­wał z nami.

Po­dej­rze­wa­łam, że od tego cza­su wie­le się zmie­ni­ło. Gun­ner pew­nie spę­dzał nie­dzie­le z kum­pla­mi i ba­wił się na im­pre­zach w ple­ne­rze, któ­rych w dzie­ciń­stwie nie mo­gli­śmy się do­cze­kać. W ma­łym mia­stecz­ku, ja­kim było Law­ton, nie mie­li­śmy zbyt wie­le week­en­do­wych roz­ry­wek, więc tego typu im­pre­zy były je­dy­ną oka­zją, by na­sto­lat­ki mo­gły się wy­sza­leć. Sta­ły się już tra­dy­cją w tu­tej­szym li­ceum. Są­dząc po tym, co dziś uda­ło mi się za­ob­ser­wo­wać, Gun­ner i Bra­dy prze­wo­dzi­li szkol­nej eli­cie.

– Weź obie­racz­kę, a ja nóż. Wolę, że­byś nie po­od­ci­na­ła so­bie pal­ców – oznaj­mi­ła bab­cia, gdy po­ja­wi­łam się w kuch­ni. Przed nią sta­ła wiel­ka mi­ska wy­szo­ro­wa­nych do czy­sta bia­łych ziem­nia­ków do ob­ra­nia.

Zro­bi­łam, jak ka­za­ła, i za­czę­łam obie­rać ziem­nia­ka nad ka­wał­kiem ku­chen­ne­go ręcz­ni­ka roz­ło­żo­ne­go przede mną na sto­le.

– Jak tam lek­cje?

Mat­ka ni­g­dy nie spy­ta­ła mnie o szko­łę. O inne rze­czy zresz­tą też. Już za­po­mnia­łam, ja­kie to uczu­cie, gdy ko­muś na to­bie za­le­ży. Roz­sta­nie z bab­cią przed laty to naj­gor­sza rzecz, jaka mi się przy­tra­fi­ła.

– Szcze­rze? Nud­ne.

Bab­cia syk­nę­ła z dez­apro­ba­tą.

– Mu­sisz skoń­czyć szko­łę, je­śli chcesz coś osią­gnąć w ży­ciu.

Do­sko­na­le o tym wie­dzia­łam, ale na lek­cjach prze­ra­bia­li­śmy rze­czy, któ­re już daw­no wie­dzia­łam. Za­nim wy­lą­do­wa­łam w po­praw­cza­ku, cho­dzi­łam na za­ję­cia dla za­awan­so­wa­nych.

– Wiem. Obie­cu­ję, że będę mia­ła do­bre oce­ny –za­pew­ni­łam ją.

Bab­cia wrzu­ci­ła ob­ra­ne­go ziem­nia­ka do mi­ski z wodą i się­gnę­ła po na­stęp­ne­go.

– Wi­dzia­łaś Gun­ne­ra albo Bra­dy’ego?

Cie­ka­we, jak mo­gła­bym ich nie spo­tkać w ta­kiej ma­łej szko­le.

– Tak, bab­ciu. Cho­dzi­my ra­zem na za­ję­cia.

– Roz­ma­wia­łaś z nimi?

– Tak, bab­ciu. Ale tyl­ko prze­lot­nie.

Naj­wy­raź­niej oba­wia­ła się, że mogę za­cząć się uga­niać za któ­rymś z nich. Nie ufa­ła mi, ale czy było w tym coś dziw­ne­go? Nie zro­bi­łam nic, by za­słu­żyć na czy­je­kol­wiek za­ufa­nie.

– Znaj­dziesz so­bie szyb­ko przy­ja­ciół, zo­ba­czysz. Tyl­ko wy­bie­raj z gło­wą. Two­je to­wa­rzy­stwo świad­czy o to­bie. Chy­ba od­czu­łaś to na wła­snej skó­rze, praw­da?

Tak było. Do­sta­łam bo­le­sną na­ucz­kę na przy­szłość. Spę­dzi­łam wie­le go­dzin, dni i ty­go­dni, ża­łu­jąc, że tam­tej nocy nie zna­la­złam się w in­nym miej­scu i że nie by­łam mą­drzej­sza. Że to wi­dzia­łam.

– Two­ja mama nie jest ide­ałem – nie nam o tym są­dzić. Ale za­bra­ła cię do sie­bie i sta­ra­ła się być do­brą mat­ką. Chcia­ła ci wy­na­gro­dzić, że nie było jej przy to­bie w dzie­ciń­stwie. Nie mo­żesz wi­nić jej ani ko­go­kol­wiek in­ne­go za to, co się sta­ło. Po­stą­pi­łaś źle, a te­raz mu­sisz się po­pra­wić i za­cząć z po­wro­tem nor­mal­nie żyć.

Nie mu­sia­ła mi przy­po­mi­nać, że sama je­stem so­bie win­na. Co­dzien­nie roz­pa­mię­ty­wa­łam wła­sne błę­dy. W jed­nym tyl­ko nie mia­ła ra­cji – że mat­ka się dla mnie sta­ra­ła. Wca­le tak nie było, wręcz prze­ciw­nie. Czę­sto za­sta­na­wia­łam się, po co tak na­praw­dę mnie stąd za­bra­ła sześć lat temu. Ni­g­dy nie była ze mnie za­do­wo­lo­na. A te­raz jesz­cze bab­cia – je­dy­na oso­ba, któ­ra mnie ko­cha­ła – uwa­ża­ła, że je­stem bez­na­dziej­na i do ni­cze­go się nie na­da­ję.

Je­śli mam w ży­ciu jesz­cze ja­kiś cel, bę­dzie nim prze­ko­na­nie bab­ci, że znów może być ze mnie dum­na. Nie ob­cho­dzi­ło mnie, czy jesz­cze kie­dy­kol­wiek w ży­ciu zo­ba­czę mat­kę. Kie­dy naj­bar­dziej jej po­trze­bo­wa­łam, nie ra­czy­ła mnie wy­słu­chać. I mi nie uwie­rzy­ła. Tak jak wszy­scy.

Roz­dział 6

Na­zy­waj to so­bie, jak chcesz

Bra­dy

Wcho­dząc po scho­dach na górę, za­uwa­ży­łem, że drzwi do po­ko­ju Mag­gie są otwar­te. Wie­dzia­łem, że jej chło­pak, a za­ra­zem mój naj­lep­szy kum­pel za­raz po tre­nin­gu po­je­chał ra­zem z mat­ką na wi­zy­tę do te­ra­peu­ty. Po śmier­ci ojca We­sta – parę mie­się­cy temu – jego mama kil­ka razy wy­jeż­dża­ła z mia­sta, żeby po­miesz­kać przez ja­kiś czas u swo­ich ro­dzi­ców. Obo­je nie byli sobą po tej stra­cie. Mama We­sta wy­raź­nie so­bie nie ra­dzi­ła.

Mag­gie sie­dzia­ła z po­chy­lo­ną gło­wą i wzro­kiem utkwio­nym w książ­ce. Ciem­ne wło­sy opa­dły jej luź­no na ra­mio­na, cał­ko­wi­cie za­sła­nia­jąc twarz. Chrząk­ną­łem, żeby zwró­cić na sie­bie uwa­gę. Po­de­rwa­ła gło­wę i na mój wi­dok jej wy­ra­zi­ste oczy otwo­rzy­ły się sze­rzej, a na ustach po­ja­wił się uśmiech.

– O, cześć, Bra­dy.

Kie­dy moja ku­zyn­ka się do nas wpro­wa­dzi­ła, po­cząt­ko­wo do ni­ko­go się nie od­zy­wa­ła. To, że roz­ma­wia­ła te­raz ze mną i że w ogó­le zde­cy­do­wa­ła się mó­wić, za­wdzię­cza­łem We­sto­wi. Wspie­ra­nie go, gdy cier­piał, bo mu­siał przy­glą­dać się, jak oj­ciec umie­ra na raka, sta­ło się dla niej bodź­cem, by po­wró­cić do nor­mal­ne­go ży­cia.

– Co czy­tasz? – spy­ta­łem, wcho­dząc do po­ko­ju, któ­ry kie­dyś na­le­żał do mnie.

– Voy­age in the Dark Jean Rhys.

Nic mi to nie mó­wi­ło. Ale też nie spo­dzie­wa­łem się, by Mag­gie czy­ta­ła coś, o czym sły­sza­łem. Ra­czej nikt by jej nie po­są­dzał, że jest wiel­bi­ciel­ką Zmierz­chu. Mimo to po­ki­wa­łem ze zro­zu­mie­niem gło­wą, jak­bym do­sko­na­le wie­dział, o czym mówi.

Mag­gie uśmiech­nę­ła się do­myśl­nie.

– Mło­da dziew­czy­na, bez ojca, za to z wred­ną ma­co­chą. Nie my­lić z Kop­ciusz­kiem.

– Nie no, ja­sne.

Ro­ze­śmia­ła się uba­wio­na moją od­po­wie­dzią.

– Nu­dzi ci się, sko­ro przy­sze­dłeś do mnie?

Rzad­ko by­wa­łem w po­ko­ju Mag­gie, ale też cięż­ko było za­stać ją samą. Albo prze­sia­dy­wał u niej West, albo ona je­cha­ła do nie­go. Ko­rzy­sta­jąc z oka­zji, po­sta­no­wi­łem od razu przejść do rze­czy. Moja ku­zyn­ka nie nada­wa­ła się do po­ga­du­szek o ni­czym.

– Masz ja­kieś za­ję­cia z tą nową?

Mag­gie unio­sła py­ta­ją­co brwi.

– Z Wil­lą Ames? Tak, prze­cież cho­dzi­my na nie ra­zem.

No ra­cja… Cał­kiem za­po­mnia­łem, że ona i West rów­nież byli w sali. By­łem tak za­ję­ty ukrad­ko­wym ob­ser­wo­wa­niem Wil­li, że nie po­tra­fi­łem sku­pić się na ni­czym in­nym. Chcia­łem, żeby się do mnie ode­zwa­ła, ale ona trzy­ma­ła się na ubo­czu i z ni­kim się nie za­da­wa­ła.

– Cho­dzi­ło mi o ja­kieś inne – po­pra­wi­łem się szyb­ko, chcąc za­tu­szo­wać swo­ją wpad­kę.

Mag­gie odło­ży­ła książ­kę i spoj­rza­ła mi w oczy.

– West po­wie­dział mi, że ty i Gun­ner bar­dzo się z nią przy­jaź­ni­li­ście w dzie­ciń­stwie. Za­uwa­ży­łam, że przez całą lek­cję jej się przy­glą­da­łeś. Po­do­ba ci się? O to cho­dzi? Je­śli tak, to je­stem pra­wie pew­na, że gdy uży­jesz swo­je­go uro­ku, bę­dzie two­ja.

Mag­gie nie zna­ła Wil­li zbyt do­brze, ale prze­cież ja też nie. Była te­raz inna niż kie­dyś. I nie cho­dzi­ło tyl­ko o jej wy­gląd, bo jak my wszy­scy do­ro­sła i zmie­ni­ła się fi­zycz­nie. Nie przy­po­mi­na­ła tam­tej ma­łej Wil­li z ku­cy­ka­mi i ko­la­na­mi wiecz­nie brud­ny­mi od bie­ga­nia z nami za pił­ką. Tyl­ko że było jesz­cze coś – coś nie­po­ko­ją­ce­go. Wy­da­wa­ła się tward­sza, wy­co­fa­na i nie­do­stęp­na. We­so­ła i bez­tro­ska dziew­czyn­ka, jaką za­pa­mię­ta­łem, gdzieś znik­nę­ła. Bez­pow­rot­nie.

– Bar­dzo się zmie­ni­ła. Tak mnie to tyl­ko za­cie­ka­wi­ło.

Mag­gie wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Na­zy­waj to so­bie, jak chcesz, ale moim zda­niem to nie tyl­ko cie­ka­wość, ale coś wię­cej. I to się robi in­te­re­su­ją­ce.

Ta roz­mo­wa pro­wa­dzi­ła do­ni­kąd.

– Mniej­sza z tym – stwier­dzi­łem po­iry­to­wa­ny i od­wró­ci­łem się w stro­nę drzwi. Ko­cha­łem swo­ją ku­zyn­kę, ale ona nie­ste­ty nie była zwy­czaj­ną dziew­czy­ną i nie mo­głem się spo­dzie­wać się, że po­mo­że mi w tej spra­wie.

– Ona też ci się przy­glą­da­ła, gdy nie pa­trzy­łeś! – za­wo­ła­ła za mną Mag­gie.

Przy­sta­ną­łem w pół kro­ku, a na mo­ich war­gach za­drgał uśmiech, któ­re­go nie uda­ło mi się stłu­mić.

– Dzię­ki – rzu­ci­łem w od­po­wie­dzi, nie oglą­da­jąc się na nią, i po­sze­dłem do swo­je­go po­ko­ju na pod­da­szu.

Nie­dłu­go przed prze­pro­wadz­ką Wil­li do mat­ki mię­dzy na­szą trój­ką zro­bi­ło się ja­koś nie­zręcz­nie. Obo­je z Gun­ne­rem do­strze­gli­śmy w niej dziew­czy­nę i za­czę­liś­my się nią in­te­re­so­wać. Ja­kiś czas przed jej wy­jaz­dem za­war­li­śmy ci­chą umo­wę, że ża­den z nas nie bę­dzie z nią cho­dził. Za­wsze mie­li­śmy być tyl­ko przy­ja­ciół­mi, ni­czym wię­cej.

Z per­spek­ty­wy cza­su wy­da­wa­ło mi się to strasz­nie głu­pie. Gun­ner i ja nie­ustan­nie ze sobą ry­wa­li­zo­wa­liś­my – na bo­isku i o wzglę­dy dziew­czyn. Na­sza umo­wa już daw­no prze­sta­ła obo­wią­zy­wać. Na­dal był moim kum­plem, lecz co­raz czę­ściej za­cho­wy­wał się jak bo­ga­ty, ze­psu­ty du­pek. Jego ro­dzi­na była do bani, ale za to miał wszyst­ko, cze­go za­pra­gnął. To się ro­bi­ło co­raz bar­dziej wku­rza­ją­ce.

W dzie­ciń­stwie uwa­ża­łem go jed­nak za jed­ne­go z naj­lep­szych kum­pli i bar­dzo mi za­le­ża­ło na na­szej przy­jaź­ni. Nie chcia­łem jej stra­cić, na­wet z po­wo­du dziew­czy­ny. Gun­ner uwa­żał tak samo. Obaj chcie­li­śmy ją za­cho­wać, nie­waż­ne, co mia­ło by się stać. Ale po­tem wszyst­ko się zmie­ni­ło.

Wil­la nie była na­szą je­dy­ną wspól­ną sym­pa­tią. W ósmej kla­sie obaj za­bu­ja­li­śmy się w Se­re­nie. Szyb­ko nam jed­nak prze­szło, gdy zo­rien­to­wa­li­śmy się, że Se­re­na zdą­ży za­li­czyć całą dru­ży­nę fut­bo­lo­wą, jesz­cze za­nim znaj­dzie się w dru­giej kla­sie li­ceum.

Za­sta­na­wia­łem się, jak wy­glą­da­ło­by na­sze ży­cie, gdy­by Wil­la stąd nie wy­je­cha­ła. Czy by­ła­by pierw­szą dziew­czy­ną, któ­ra na se­rio by nas po­róż­ni­ła? Czy po­świę­ci­li­by­śmy dla niej na­szą przy­jaźń? Bo choć by­li­śmy wte­dy dzieć­mi, jed­no wiem na pew­no – obaj z Gun­ne­rem ją uwiel­bia­li­śmy. Te­raz Wil­la nie była już tam­tą dziew­czy­ną. Cień w jej oczach wska­zy­wał, że wie­le się u niej zmie­ni­ło. Sta­ła się cał­kiem inna. Mu­sia­łem się do­wie­dzieć dla­cze­go.

– Bra­dy! – roz­le­gło się w ko­ry­ta­rzu wo­ła­nie Mag­gie.

Za­trzy­ma­łem się na scho­dach pro­wa­dzą­cych na pod­da­sze, od­wró­ci­łem i spoj­rza­łem w dół. Mag­gie wy­szła w ślad za mną ze swo­je­go po­ko­ju.

– No?

Przy­gry­zła ner­wo­wo dol­ną war­gę i cięż­ko wes­tchnę­ła. Cze­ka­łem cier­pli­wie, aż się ode­zwie.

– Do­strze­głam w jej oczach coś do­brze mi zna­ne­go. Cier­pie­nie, ja­kiś głę­bo­ko ukry­ty ból, któ­ry cał­ko­wi­cie zmie­nia czło­wie­ka. Dziew­czy­na, któ­rą zna­łeś, praw­do­po­dob­nie już nie ist­nie­je, jest cał­kiem inna. Zda­rzy­ło się coś, co ją zmie­ni­ło. Ale za­uwa­ży­łam, jak na cie­bie pa­trzy. Zu­peł­nie ina­czej niż na Gun­ne­ra. Ob­ser­wo­wa­łam ją dziś na trzech in­nych lek­cjach i nie przy­glą­da­ła się ni­ko­mu w taki spo­sób jak to­bie. Tyl­ko… – za­wa­ha­ła się, po­sy­ła­jąc mi smut­ny uśmiech. – Uwa­żaj, co ro­bisz.

Nie było mi w smak, że moja wła­sna ku­zyn­ka ostrze­ga mnie, że­bym nie zra­nił ja­kieś dziew­czy­ny. To kom­plet­nie nie w moim sty­lu.

– My­ślisz, że co niby mógł­bym jej zro­bić? – spy­ta­łem roz­draż­nio­nym to­nem, nie pró­bu­jąc na­wet ukryć, że je­stem wku­rzo­ny.

Mag­gie zmarsz­czy­ła moc­niej czo­ło.

– Ivy Hol­lis. O ile mnie pa­mięć nie myli, wciąż jest two­ją dziew­czy­ną.

Po tych sło­wach pani Mą­dra­liń­ska od­wró­ci­ła się i ode­szła.

Niech to ja­sny szlag! Co by nie po­wie­dzieć, Mag­gie mia­ła ra­cję. Nie mo­głem sta­rać się zbli­żyć do Wil­li, a za­ra­zem tkwić w po­krę­co­nym związ­ku z Ivy. Jej też nie chcia­łem zra­nić.

Z ze­wnątrz do­biegł mnie od­głos trza­śnię­cia drzwi od sa­mo­cho­du. Wyj­rza­łem przez okno i zo­ba­czy­łem idą­ce­go chod­ni­kiem We­sta. Nie wy­glą­dał na uszczę­śli­wio­ne­go, jak zwy­kle po wi­zy­cie z mat­ką u te­ra­peu­ty. Pierw­sze, co wte­dy ro­bił, to biegł do Mag­gie. Po­cząt­ko­wo oba­wia­łem się, że ją wy­ko­rzy­stu­je, ale oka­za­ło się, że ona też go po­trze­bu­je. Obo­je prze­szli przez pie­kło, ja­kie trud­no było so­bie na­wet wy­obra­zić. Cier­pie­nie ich zbli­ży­ło. Byli bli­scy mo­je­mu ser­cu, więc cie­szy­łem się, że są ra­zem.

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Roz­dział 1 – Chcia­łam uciec od swo­ich pro­ble­mów

Roz­dział 2 – Wszy­scy inni mogą iść do dia­bła

Roz­dział 3 – Czu­łam się jak na to­ną­cym stat­ku

Roz­dział 4 – Do­mek na drze­wie wy­glą­da tak samo

Roz­dział 5 – To aku­rat było jak naj­bar­dziej za­mie­rzo­ne

Roz­dział 6 – Na­zy­waj to so­bie, jak chcesz

Roz­dział 7 – Wciąż jed­na wiel­ka szczę­śli­wa ro­dzi­na

Roz­dział 8 – Chcę się stąd wy­rwać

Roz­dział 9 – Chy­ba nie je­stem aż tak do­brym kum­plem

Roz­dział 10 – To nic w po­rów­na­niu ze zła­ma­nym ży­ciem

Roz­dział 11 – Po­win­na mieć na dru­gie imię Ho­over

Roz­dział 12 – Te sześć lat ni­cze­go nie zmie­ni­ło

Roz­dział 13 – Nic poza roz­cza­ro­wa­niem

Roz­dział 14 – Od­bio­rę za­pła­tę, gdy przyj­dzie czas

Roz­dział 15 – Nie piję al­ko­ho­lu

Roz­dział 16 – Co to jest luź­ny zwią­zek?

Roz­dział 17 – Gdzie jest Wil­la?

Roz­dział 18 – To mia­sto zwró­ci się prze­ciw­ko to­bie

Roz­dział 19 – Nie­na­wi­dzi­łem Ri­ley Young

Roz­dział 20 – Bar­dzo przy­po­mi­na­ła cie­bie

Roz­dział 21 – Tak na­praw­dę nie je­stem Law­to­nem

Roz­dział 22 – Znacz­nie lep­szy niż nie­zły

Roz­dział 23 – Na to ra­czej nie po­mo­że po­traw­ka z kur­cza­ka z klu­ska­mi

Roz­dział 24 – Gdzie masz ciu­chy z lat dzie­więć­dzie­sią­tych?

Roz­dział 25 – Trze­ba po­czuć szkol­ne­go du­cha

Roz­dział 26 – Nie cho­dzę na po­tań­ców­ki

Roz­dział 27 – Bę­dziesz ją kar­mić?

Roz­dział 28 – Wi­taj, synu

Roz­dział 29 – Wszyś-ciu-teń­ko

Roz­dział 30 – Nie za­mie­nił­bym się z nim ani na chwi­lę

Roz­dział 31 – Na­stęp­nym ra­zem nie po­zwo­lę ci uciec

Roz­dział 32 – Sta­ry, do­bry, po­rząd­ny Bra­dy

Roz­dział 33 – Nie je­stem na cie­bie zły

Roz­dział 34 – Mu­sia­łem od­pu­ścić

Roz­dział 35 – Każ­dy po­peł­nia ja­kieś błę­dy

Roz­dział 36 – Co ona ma na so­bie?

Roz­dział 37 – On chy­ba nie ma wuja

Roz­dział 38 – Właź do auta, Rhett!

Roz­dział 39 – Mam zła­ma­ne ży­cie

Roz­dział 40 – Moje pla­ny na przy­szłość wła­śnie ule­gły dia­me­tral­nej zmia­nie

Roz­dział 41 – Je­steś kimś wy­jąt­ko­wym, Wil­lo Ames

Roz­dział 42 – Da­le­ko nam do Trum­pów

Roz­dział 43 – Tam, gdzie na­zwi­sko Law­ton nic nie zna­czy

Roz­dział 44 – Pro­szę bar­dzo, ko­cha­ny ta­tuś­ku

Roz­dział 45 – Mu­sia­łam upo­rać się ze swo­ją prze­szło­ścią

Roz­dział 46 – Nie była ani tro­chę po­dob­na do Wil­li

Roz­dział 47 – Mu­szę się za­jąć wła­snym ży­ciem

Roz­dział 48 – Trzy­maj się, Gun­ner

Roz­dział 49 – Dla nas oboj­ga

Roz­dział 50 – Gun­ner nie miał na­wet tego

Roz­dział 51 – Bóg nie zada so­bie tru­du, żeby co­kol­wiek zmie­nić

Roz­dział 52 – Spo­tkaj­my się w dom­ku na drze­wie

Sześć lat wcze­śniej…

Po­dzię­ko­wa­nia

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Pragnij mnie Pozwól się kochać Uważaj na mnie Dla Ciebie płonę - Tylko w Legimi możesz przeczytać ten tytuł przez 7 dni za darmo. Jesteś moim światłem Kocham Cię bez słów