Ilustrowany słownik terminów literackich

Ilustrowany słownik terminów literackich

Autorzy: zbiorowe Opracowanie

Wydawnictwo: słowo/obraz terytoria

Kategorie: Inne

Typ: e-book

Formaty: MOBI

cena od: 38.49 zł

Leksykon ten chciałby być lampą. Służyć ilustrowaniu pojęć i terminów, a zwłaszcza oświetlać te miejsca, w których czujemy się niepewnie, bo dawno tam nie byliśmy. Ilustrowanie (iluminowanie) jest nazwą rękodzielniczej techniki zdobienia słów, która unaocznia ich konkretność i materialność. Iluminacją bywa też etymologia – jej promień pozwala wejrzeć w serce wyrazów, dziś pojmowanych abstrakcyjnie, używanych technicznie i naukowo. Hasła tego leksykonu odkrywają rodowody pojęć, opowiadają ich zaskakujące historie, najważniejsze jest jednak poszukiwanie żywej tkanki słów, które akademicko skamieniały. Na nowo objaśnione i rozjaśnione terminy literackie powinny odzyskać blask, a badacze literatury kontakt z jej czytelnikami.

RADA NAUKOWA

Andrzej Dąbrówka (Instytut Badań Literackich PAN)

Leonard Neuger (Stockholm University)

Bożena Shallcross (University of Chicago)

Danuta Ulicka (Uniwersytet Warszawski)

Andrzej Wicher (Uniwersytet Łódzki)

Ilustrowany słownik terminów literackich

Historia, anegdota, etymologia

Redakcja: Zbigniew Kadłubek, Beata Mytych-Forajter, Aleksander Nawarecki

słowo/obraz terytoria

Spis treści

Zamiast wstępu – Aleksander Nawarecki

Abecedariusz – Aleksander Nawarecki

Adaptacja – Zbigniew Kadłubek

Adres – Marta Baron-Milian

Aforyzm – Zbigniew Kadłubek

Akcent – Aleksander Nawarecki, Iwona Słomak

Akt – Zbigniew Kadłubek

Alegoria – Piotr Bogalecki

Almanach – Magdalena Kokoszka

Anagram – Adam Dziadek

Anegdota – Wioletta Bojda

Antologia – Magdalena Kokoszka

Apokalipsa – Michał Szczurowski

Apokryf – Joanna Dembińska-Pawelec

Aporia – Marta Baron-Milian

Arabeska – Joanna Dembińska-Pawelec

Attycyzm – Iwona Słomak

Autobiografia – Artur Hellich

Awangarda – Joanna Roszak

Bajka – Magdalena Bąk

Ballada – Maciej Szargot

Barkarola – Andrzej Kotliński

Baśń – Ewa Ogłoza

Bon mot – Marek Bieńczyk

Centon – Monika Ładoń

Chiazm – Maciej Skrzypecki

Chór – Zbigniew Kadłubek

Chwyt – Jan Piotrowiak

Cyganeria – Agata Hajda

Cykl – Aleksandra Wegner

Cytat – Iwona Gralewicz-Wolny

Daktyl – Łukasz Tomanek

Dedykacja – Magdalena Bąk

Dialog – Andrzej Wicher

Dramat – Zbigniew Kadłubek

Dygresja – Włodzimierz Szturc

Ekfraza – Adam Dziadek

Elipsa – Ewelina Suszek

Epejsodion – Jan Kucharski

Epitet – Łukasz Tomanek

Errata – Iwona Gralewicz-Wolny

Esej – Tadeusz Sławek

Eufemizm – Joanna Roszak

Fantastyka – Maciej Szargot

Felieton – Beata Nowacka

Figura retoryczna – Ewelina Suszek

Fikcja – Justyna Baran

Fragment – Monika Ładoń

Gawęda – Wioletta Bojda

Geokrytyka – Joanna Roszak

Hagiografia – Adam Regiewicz

Haiku – Michał Nikodem

Harmonia – Maciej Skrzypecki

Hasło – Iwona Słomak

Herbarz – Mariusz Kazańczuk

Horror – Michał Nikodem

Idea – Michał Szczurowski

Idylla – Miłosz Piotrowiak

Iluzja – Ksenia Olkusz

Improwizacja – Włodzimierz Szturc

Incipit – Iwona Gralewicz-Wolny

Intertekstualność – Krzysztof M. Maj

Ironia – Magdalena Bąk, Aleksander Nawarecki

Kanon – Iwona Gralewicz-Wolny

Kaprys – Wioletta Bojda, Aleksander Nawarecki

Kaskada – Joanna Dembińska-Pawelec

Katachreza – Dawid Matuszek

Klechda – Barbara Szargot

Klimaks – Michał Szczurowski

Kolęda – Andrzej Kotliński

Kołysanka – Beata Stefaniak-Maślanka

Koncept – Agnieszka Skolasińska

Konwersacja – Janusz Ryba

Kryptonim – Ireneusz Piekarski

Kurdesz – Zdzisława Mokranowska

Legenda – Helena Markowska

Lektura – Krystyna Koziołek

List – Beata Nowacka

Litota – Ewelina Suszek

Metafora – Michał Kłosiński

Metonimia – Marta Tomczok

Metrum – Maciej Skrzypecki

Miniatura – Wioletta Bojda

Modlitwa – ks. Stefan Radziszewski

Motto – Iwona Gralewicz-Wolny

Nagrobek – Grzegorz Olszański

Narrator – Paweł Tomczok

Onomatopeja – Joanna Roszak

Oryginalność – Joanna Roszak

Paignion – Zbigniew Kadłubek

Palindrom – Maciej Skrzypecki

Pamiętnik – Grzegorz Marzec

Paradoks – Wacław Forajter

Patos – Michał Szczurowski

Plagiat – Urszula Glensk

Plotka – Wioletta Bojda

Podmiot – Piotr Bogalecki

Poema / poemat – Antoni Czyż, Mariusz Jochemczyk

Poetyka – Anna Szawerna-Dyrszka

Powieść – Krzysztof Uniłowski

Prozopopeja – Marta Tomczok

Przerzutnia – Joanna Roszak

Psalm – Aleksander Nawarecki

Punctum – Aleksandra Kunce

Rapsod – Iwona Wieczorek-Bartkowiak

Raptularz – Iwona Słomak

Reportaż – Beata Nowacka

Riposta – Grzegorz Jankowicz

Rytm – Adam Dziadek

Science fiction – Krzysztof Uniłowski

Secesja – Wacław Forajter

Skandal – Maciej Tramer

Sonet – Edyta Antoniak-Kiedos

Stasimon – Jan Kucharski

Strofa – Wioletta Bojda

Styl – Iwona Słomak

Sylwa – Iwona Słomak

Symbol – Lucyna Nawarecka

Symulakrum – Michał Kłosiński

Szopka – Anna Szawerna-Dyrszka

Tapeinosis / humilitas – Michał Szczurowski

Tekst – Iwona Wieczorek-Bartkowiak

Testament – Miłosz Piotrowiak

Toast – Zdzisława Mokranowska, Aleksander Nawarecki

Tradycja literacka – Mariusz Jochemczyk, Zbigniew Kadłubek

Treść – Magdalena Kokoszka

Trop – Beata Mytych-Forajter

Utopia – Ksenia Olkusz

Villanella – Joanna Dembińska-Pawelec

Wiersz – Wioletta Bojda, Aleksander Nawarecki

Wpływ – Justyna Baran

Wyliczenie / enumeracja – Marta Baron-Milian

Wywiad – Grzegorz Jankowicz

Zeugma – Piotr Bogalecki

Przypisy

Noty o autorach

Spis ilustracji

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Zamiast wstępu1

Punkt wyjścia

Pierwsze terminy literackie – aż trudno uwierzyć – poznajemy już we wczesnym dzieciństwie, zanim jeszcze nauczymy się czytać i pisać, a nawet dobrze mówić. Jeśli dziecko zabawiane jest i usypiane głośną lekturą, to niezawodnie rozpoznaje bajkę, piosenkę, wiersz, czasem modlitwę, choć nazwy tych gatunków słyszy często w wersji zdrobniałej („bajeczka”, „paciorek” itp.). Opanowanie kolejnych pojęć bywa już mozolne: pod szkolnym rygorem uczymy się odróżniać bajkę od baśni, mitu i legendy, potem narratora od autora, a wkrótce opanować trzeba nazwy literackich epok, kierunków, stylów. Najtrudniejsze są tropy i figury, niekiedy tak skomplikowane, jak pojęcia matematyczne. W dawnych epokach wykształcenie klasyczne wymagało umiejętności kunsztownego przemawiania i układania wierszy (po łacinie), więc terminologię poznawano w toku ćwiczeń. Dziś większy nacisk kładzie się na sztukę czytania i rozumienia, toteż pojęcia oddalają się od pisarskiej praktyki, wydają się abstrakcyjne, pozostały jednak na edukacyjnej ścieżce, są w podręcznikach szkolnych, w zeszytach ćwiczeń i testach, od maturzysty zaś oczekuje się znajomości – jeśli nie myli nas rachuba – ok. 700 terminów2.

To niemała, wręcz zaskakująca ilość, lecz tysiącami podobnych wyrażeń operują filolodzy, choćby Heinrich Lausberg, który posegregował je w 1242 paragrafach i 3 indeksach (greckim, łacińskim, francuskim), przekonany, że to zaledwie „podstawy wiedzy o literaturze”3. Nie ilość jednak jest najważniejsza, lecz status tych słów, które dla badaczy literatury, a teoretyków w szczególności, rzeczywiście są podstawą – codziennym językiem i narzędziem pracy. Bez ich pomocy trudno sobie wyobrazić polonistyczne gospodarstwo.

Terminy są dla nas ważne, toteż pragniemy przyjrzeć im się bliżej, zobaczyć nie tylko, co znaczą, lecz także jak wyglądają (a nawet dźwięczą), zobaczyć je tak blisko, by dojrzeć szczegóły i uchwycić istotę. Dlatego postulat naocznego poznania został ostentacyjnie wpisany w tytuł Ilustrowanego słownika terminów literackich, a dosłownie potwierdzają go rysunki, obrazy, fotografie i diagramy.

Ale w jaki sposób można pokazać pojęcia? Do tej frapującej kwestii jeszcze powrócimy, na razie niech wystarczy zapewnienie, że każda ilustracja pomaga odsłonić niedostrzeżone związki słów, idei i przedmiotów. Obraz – podobnie jak komentarz – czyni widzialnym zarówno niedostępny, jak lekceważony wymiar słowa. Choćby literalny sens japońskiego haiku, które tłumaczyć należy jako śmieszność, albo rodzimego „podmiotu” (kalka łac. subiectum), dosłownie oznaczającego podrzutka (śląskie gwar. „podciep”) lub wiązkę słomy podścielanej bydłu. A z drugiej strony mamy oczywistości bliskie tautologii: związek listu z liściem, kryptonimu z kryptą, groteski z grotą albo arabeski z Arabią. Czy jednak je widzimy, skoro nawet w podstawowym słowie „literatura” uwadze może umknąć „litera”? Nie warto się oburzać na ignorancję, bo takie są psychologiczne prawa percepcji: słowa z czasem tracą obrazowość, osobliwie zaś terminy pełniące funkcję narzędzi. Użytkownicy młotka czy piły nie zastanawiają się przecież nad ich nazwą, genezą, kształtem, bo nie ma takiej potrzeby, zwyczaju ani czasu na podobne dywagacje. Nie inaczej z terminami literackimi, których też używa się instrumentalnie. My jednak mamy teraz czas i ochotę, żeby przyjrzeć się im wnikliwie, a nawet je zilustrować.

133 hasła

Każdy termin literacki oglądany z bliska wydaje się ciekawy, lecz niektóre mają bujniejszą etymologię, wyjątkowe początki albo dłuższą historię. Dlatego wybraliśmy zestaw najatrakcyjniejszych pojęć – „gorącą setkę” teorii literatury. Rejestr przypominający listę przebojów szybko się rozrósł, a nawet podwoił, by ograniczyć się na powrót w fazie realizacji; po drodze uległ też przetasowaniu, co oczywiste w ferworze pracy zespołu ponad 60 autorów z kilkunastu ośrodków akademickich. Zamówione teksty wydłużały się i komplikowały, więc automatycznie rosły rozmiary tomu, natomiast redaktorzy skracali je i upraszczali, bo od początku marzyła im się mała, zgrabna książeczka. I w ten oto sposób wyłonił się korpus 133 haseł. Większość terminów znana jest absolwentom szkoły średniej, pozostałe nie powinny być całkiem obce i tylko kilka brzmi enigmatycznie (np. stasimon, tapeinosis, villanella). Pojawiają się niby przyprawy do klasycznego zestawu, więc mogą dziwić, ale zależy nam, by cała reszta oczywistych z pozoru kategorii wywoływała jeszcze większe zdumienie.

Ma bowiem nasz dykcjonarz skłonność do łączenia specjalistycznych, czasem wyrafinowanych analiz z poznawczą niespodzianką i sensacyjną puentą. Chcemy zaskakiwać, a nawet bawić czytelników, co skądinąd nie wyklucza naukowej powagi, gdyż „Rozważania nad terminologią to najbardziej bezpośredni, chciałoby się rzec: obcesowy sposób docierania do metodologicznych sekretów”4. Redaktor Słownika terminów literackich zauważył, że przy okazji encyklopedycznych objaśnień zdobyć można dyskretną wiedzę o literaturoznawczej kuchni. Leksykony rejestrują przecież każde słowo wyjęte z ust badaczy i w ten sposób odsłaniają ich pochodzenie, użyteczność i prestiż, umiejscawiają je na mapie literackich mód, szkół i metodologii. Nie koniec na tym: od czasów Arystotelesa wiadomo, że słownictwo z zakresu poetyki tworzyło równocześnie korpus retoryki, co gwarantowało mu obecność w całym obszarze wiedzy humanistycznej. Bodaj każdy humanista prędzej czy później musiał (i nadal musi) sięgać po terminy literackie; i vice versa – literaturoznawca nie może się nimi zadowolić. Dlatego w leksykonie redagowanym przez Sławińskiego obok haseł kojarzonych z literaturą pojawiły się „pojęcia ukształtowane na gruncie innych dyscyplin i przejęte stamtąd przez literaturoznawców na własne potrzeby […] hasła z zakresu bibliografii, bibliotekoznawstwa, księgoznawstwa, edytorstwa i tekstologii […] teatrologii, filmologii czy terminy ogólniejsze stosowane w teorii sztuki i estetyce”5. W jeszcze ściślej sprofilowanym Słowniku rodzajów i gatunków literackich dopuszczono pojęcia „przedstawiające różne dziedziny piśmiennictwa z zakresu krytyki kultury i sztuki”6 (stąd obecność horroru, thrillera, westernu itp.). Istnieją wreszcie kategorie estetyczne (groteska, kaprys, nokturn, scherzo itp.) o statusie granicznym, które równie dobrze pasują do literatury, jak do muzyki czy malarstwa. I to mało, ostatnio zainteresowanie budzi zjawisko „wędrujących terminów”, co dodatkowo umacnia wspólnotę literatury i innych światów7.

Nie zawsze tak było, cytowani wcześniej redaktorzy akademickich leksykonów tłumaczyli się z otwartości w doborze leksyki, jakby chcieli uprzedzić zarzut eklektyzmu czy metodologicznej niespójności. Ich celem bowiem było ustanowienie ścisłego korpusu „własnych” terminów, bez których wiedza o literaturze nie mogła aspirować do statusu nauki. Dziś myślimy inaczej – wracając do oglądu historycznego, do perspektywy długiego trwania, zdajemy sobie sprawę, że nasze macierzyste terminy poza absolutnymi wyjątkami (zwykle świeżej daty) nie mają literaturoznawczej genezy. W swoich greckich czy rzymskich początkach zaczerpnięte zostały z życia codziennego lub z obserwacji przyrody, wyjęte z warsztatu pracy, z ulicy, a nawet ze śmietnika. Żadne z pojęć podstawowych (poezja, wiersz, strofa, metafora itp.) w fazie źródłowej nie miało nic wspólnego z literaturą! To rozpoznanie bynajmniej nas nie martwi, a nawet cieszy, bo oznacza powrót piśmiennictwa do pełni życia – do ciała i materii, do bogactwa form ludzkiej egzystencji.

Wielkie słowniki

Słownik ten nie mógłby jednak powstać, gdyby wcześniej nie istniały dwie cytowane już fundamentalne publikacje: Słownik terminów literackich oraz Słownik rodzajów i gatunków literackich. Raz po raz przywoływaliśmy teksty Janusza Sławińskiego i zamysły Stefanii Skwarczyńskiej, wybitnych filologów, którzy byli inicjatorami i współautorami obu przedsięwzięć. Ich dzieła to historyczne, wręcz heroiczne próby skodyfikowania języka nowoczesnego polskiego literaturoznawstwa. Wyrastają z tej samej formacji intelektualnej, której metodologiczną podstawę dała fenomenologia, formalizm i strukturalizm. Są dziećmi swego czasu, czyli XX wieku, a ściśle – drugiej jego połowy, aczkolwiek „łódzki” słownik genologiczny (pod redakcją Gazdy i Tyneckiej-Makowskiej) doczekał się druku dopiero w trzecim tysiącleciu (2006, 2012).

Jego dzieje są szczególnie dramatyczne i spektakularne. Pierwszy projekt SRGL nakreśliła Skwarczyńska w 1947 roku, „zeszyt próbny” przygotowała w 1956, a dwa lata później zmaterializowała go w postaci czasopisma („Zagadnienia Rodzajów Literackich / Les Problèmes des genres littéraires”), ukazującego się przez kilkadziesiąt lat – publikacji unikatowej w skali świata. Do finalizacji w formie książki doszło dopiero kilkanaście lat po śmierci pomysłodawczyni i pozostałych członków pierwszej redakcji. Po drodze były represje ideologiczne i katastrofy instytucjonalne, a nawet prywatny proces sądowy, z drugiej strony zaś materiał zbierany przez 50 lat (ponad 600 haseł i 35000 fiszek) okazał się kłopotliwy. Niektóre hasła były niekompletne, niespójne, zdezaktualizowane – wymagały gruntownej modyfikacji. Wiemy to dzięki frapującej relacji redaktora, Grzegorza Gazdy, pokazującej, jak w ciągu pół wieku zestarzała się formuła encyklopedyczna, choć definicje gatunków wytyczono nowocześnie, tak aby „wyliczały i określały ich czynniki strukturalne w ich wzajemnej zależności, […] nie statycznie, ale dynamicznie, z określeniem kierunków rozwojowych”8. Postulat Skwarczyńskiej okazał się jednak zbyt nowatorski dla wielu starszych autorów, dla najmłodszych zaś, dobranych już w XXI wieku, jakby za ciasny – stąd potrzeba drugiej, odświeżonej i rozszerzonej edycji leksykonu (2012).

Bardziej szczęśliwe są losy STL, którego publikacja w połowie lat 70. XX wieku zbiegła się z apogeum aktywności czwórki warszawskich strukturalistów: Michała Głowińskiego, Teresy Kostkiewiczowej, Aleksandry Okopień-Sławińskiej i Janusza Sławińskiego. Moment powstania niewątpliwie zaważył na jego charakterze (przewaga synchronii nad diachronią, preferencja myślenia systemowego, liczne opozycje, łatwość klasyfikacji i specyfikacji, zaufanie do metajęzyka itp.). Hasła mają porządek i dyscyplinę definicji; słowa traktowane są jak specjalistyczne terminy, których sens odbiega od znaczenia potocznego, a ścisłość pozwala na używanie ich jako precyzyjnych narzędzi. Troska o obiektywizm upodabnia dyskurs do abstrakcyjnego, niekiedy wręcz suchego wywodu, ale mimo to słownik popadł w niełaskę decydentów PRL-u9. Na szczęście przetrwał, doczekał się trzech wydań (1976, 1988, 1998), by w polonistycznym świecie i na księgarskim rynku zająć pozycję centralną, wręcz królewską. Do dziś dominuje w kręgu akademickim, długo opierał się konkurencji kilku mniejszych leksykonów o szkolnym adresie i lokalnym zasięgu, a po drodze zdeklasował poprzednika – skromny i nieco staroświecki Słownik terminów literackich Stanisława Sierotwińskiego (1960, 1966)10. Niespodziewanie jednak zepchnięte w cień dzieło krakowskiego bibliotekarza w roku 1986 doczekało się trzeciego wznowienia, i to dzięki Ossolineum – wydawcy STL. Uzasadnienie było zapewne komercyjne: zapotrzebowanie na bardziej przystępne pomoce dydaktyczne. Rynkową odpowiedzią warszawskiego kwartetu był Podręczny słownik terminów literackich (1993, 2000), popularna wersja STL, przygotowana przez ten sam zespół dla oficyny OPEN. We Wstępie do drugiego wydania słychać radykalną zmianę tonu: „Słownik, który Łaskawy Czytelnik trzyma właśnie w ręku, można zaliczyć do książek pierwszej pomocy”11. Dobroduszna troska o odbiorcę łączy się ze zmniejszeniem liczby i rozmiarów haseł, których styl zbliża się do potoczności, niekiedy osiągając krystaliczną czystość. Uproszczenia wywodu podniosły precyzję haseł, a w rezultacie ich jakość. Może był to efekt samokrytycznej refleksji Janusza Sławińskiego, dystansu wobec dyktatu teorii, co słychać było już w autoironicznych Zwłokach metodologicznych?12

Terminy czy pojęcia?

„Podręczny” wariant STL okazał się odporniejszy na starzenie niż wersja podstawowa, pewnie też dlatego, że jest młodszy o dwie dekady. W ciągu ponad 40 lat, jakie minęły od premiery warszawskiego leksykonu, sporo się zmieniło: mamy za sobą zarówno tryumf strukturalizmu (do którego STL należy ciałem i duchem), jak postrukturalne przemiany i serię „zwrotów”. Słownik ten jest pomnikiem nowoczesnej teorii literatury, co oznacza zarazem, że stał się jej zabytkiem. Jawi się tym bardziej monumentalnie, że nie widać następców. Kolejne, coraz liczniejsze leksykony o szkolnym adresie powielają model encyklopedyczny, co zrozumiałe, ale dlaczego nie powstają nowe, odmienne, innowacyjne?13 Czyżby były już niepotrzebne? A może są niemożliwe do wykonania?

Podobnie wygląda sytuacja za granicą, aczkolwiek w nieodległych obszarach humanistyki doszło do rozluźnienia encyklopedycznego gorsetu, choćby za sprawą spektakularnego Słownika symboli Juana Eduarda Cirlota (1977), napisanego kwiecistym stylem wedle formuły jungowsko-eliadowskiej. W niemieckiej leksykografii impulsem zmiany była „metaforologia” kategorii filozoficznych Hansa Blumenberga i jej kontynuacja, „semantyka historyczna” Reinharta Kosellecka, zrealizowana w socjologicznie zorientowanych Dziejach pojęć (2009)14. Do hermeneutycznej koncepcji tego kompendium nawiązuje (po części krytycznie) Słownik polskiej krytyki literackiej (2016), gdzie wśród autorsko opracowanych haseł pojawi się alegoria, dramat, elegia czy metafora. Nie są to jednak typowe objaśnienia literackich terminów, lecz historyczna rekonstrukcja wiedzy, jaką na ich temat dysponowali polscy krytycy w latach 1764–1918. Najbliżej formuły literaturoznawczego leksykonu sytuuje się chorwacki Pojmovnik suvremene književne i kulturne teorije pod redakcją Vladimira Biti (1997, 2000), objaśniający 250 terminów literackich, co prawda w trybie encyklopedycznym, ale obszerniej i swobodniej niż STL15. Godny uwagi jest tytuł – Pojmownik („pojęciownik”?), co należałoby przetłumaczyć jako Słownik pojęć. Znamienne, że pojęciami (a nie terminami) zajmowały się także leksykony Cirlota, Blumenberga, Kosellecka; Słownik polskiej krytyki posłużył się kompromisowym podtytułem: Pojęcia – terminy – zjawiska – przekroje, a najnowszy, internetowy Słownik poetologiczny zręcznie ucieka w swojej nazwie od kłopotliwej alternatywy: termin czy pojęcie?

Rozumiemy, że „pojęcia” (filozoficzne, religijne, estetyczne) są bardziej pojemne i otwarte niż celowo zawężone i zamknięte „terminy” (naukowe, fachowe, specjalistyczne). Można o nich opowiadać, rozmyślać, a nawet marzyć, podczas gdy terminy domagają się zwięzłej definicji. To uchwytna różnica, lecz jeśli przyjrzeć się źródłosłowom, to zarówno łaciński terminus, jak słowiańska rodzina wyrazów pokrewnych pojęciu (objęcie, zajęcie, wyjęcie, odjęcie) mają podobny sens: ograniczenie (przestrzeni, czasu, działania itd.). Dlatego oba traktowane bywają jak synonimy, nie tylko w języku potocznym, lecz także na kartach słowników, również naszego, bo za wymiennością przemawia nadto ekonomia i estetyka językowa (unikanie powtórzeń). W wypadku słownictwa literackiego liczą się też względy merytoryczne, bo trudno tu o pedantyczną selekcję: wszak apokalipsa, aporia, awangarda, forma, iluzja, patos, treść, utopia są raczej pojęciami niż terminami, a przy dialogu, dramacie, metaforze czy symbolu klasyfikacja nie jest przesądzona. I czy warto to rozstrzygać? Decydują przecież intencje leksykografów: strukturaliści chcieli tu widzieć terminologię, ich następcy zaś – pojęcia, rozumiane „nie jako produkt precyzyjnego prawodawstwa metodologicznego, lecz jako terytorium, po którym należy wędrować w duchu przygody”16.

Dodajmy, że owo pragnienie przygody pojawiło się wraz z wymienionymi słownikami pojęć dopiero w drugiej dekadzie XX wieku. Dlaczego tak późno?

Encyklopedia i słownik w epoce abecadeł

Trwające od lat 70. XX wieku zahamowanie refleksji terminologicznej zbiega się w czasie z postmodernistycznym przełomem i przemianami paradygmatu wiedzy. Równocześnie z „kryzysem wielkich narracji” rozegrał się analogiczny kryzys modelu encyklopedycznego. Widać to było w Polsce po 1989 roku, kiedy Wielka encyklopedia powszechna przestała być obiektem pożądania, a wkrótce spadła też atrakcyjność (i liczba abonentów) wydawanej przez KUL Encyklopedii katolickiej. Dostępność zachwiała także autorytetem nieomylnych dotąd instytucji (np. Encyclopedia Britannica), a podstawowym źródłem informacji stawał się powoli internet, gdzie pojawiła się tak nowatorska inicjatywa społeczna, jak Wikipedia, a potem największą rewolucję przyniosły przeglądarki, momentalnie reagujące masą informacji na postawione pytanie. Przemiany zachodziły też w samej literaturze, co zapowiadały quasi-encyklopedyczne teksty ważnych pisarzy tej epoki (Zoologia fantastyczna Jorge Luisa Borgesa, Sztuka powieści Milana Kundery), proponujące parafrazę, a nawet parodię leksykonu. W Polsce lat 80. XX wieku prawdziwym fenomenem okazał się masowy wysyp „abecadeł” i „alfabetów”, których pierwowzorem były bestsellerowe publikacje Kisiela. Owe abecedariusze stanowiły swoistą odmianę tekstów sylwicznych, popularną wersję wyrafinowanych „sylw współczesnych”, antologii fantazyjnie mieszających „groch z kapustą”, gdzie porządek alfabetyczny zastępuje kompozycję17. Tą samą zasadą mechanicznego (tj. alfabetycznego) porządkowania amorficznych mikrotekstów posłużył się Jarosław Marek Rymkiewicz w swoich „encyklopediach”: Leśmian (2001) i Słowacki (2004). Atmosfera swobody, a nawet żartu, jest obecna w rozmaitych publikacjach encyklopedycznych, choćby tylko w doborze pojęć, jak w biograficznie zorientowanym Słowniku Mickiewiczowskim (2000), który otwiera hasło Aa!, a zamyka Żyżma, pomiędzy nimi zaś pojawi się Badylek i Natenczas18. Słownik schulzowski (2006) też zawiera pojęcia, których rozrzut może wywołać zawrót głowy (Autokastracja, Biel, Katachreza, Loteria, Ojczyzna), co wyeksponowane zostało już na okładce: „Znalazły się tu również hasła osobliwe, hybrydyczne, o niejasnym (lub zawikłanym) odniesieniu, ukazujące ekscentryczne zainteresowania badaczy i interpretatorów dzieła Schulza. To ich głosy nadały Słownikowi ostateczną tonację”19. Gdyby w podobnej tonacji trio znakomitych autorów (Włodzimierz Bolecki, Jerzy Jarzębski, Stanisław Rosiek) zechciało ułożyć leksykon teoretycznoliteracki, to może doczekalibyśmy się postmodernistycznej repliki STL?

Słowa w zamrażarce

A jednak nie pojawiły się podobne inicjatywy, widać, że w trakcie ponowoczesnego karnawału formuła słownika terminów literackich znalazła się w „czyśćcu”, a raczej „zamrażarce”. Skostnieniu uległa też uniwersytecka i szkolna praktyka nauczania poetyki, wreszcie same terminy, które zastygły, wydawały się dojmująco abstrakcyjne, martwe. Nie sugerujemy jednak jakiejś mentalnej katastrofy, raczej mamy do czynienia ze skutkami dłuższego procesu – powstawania nauki o literaturze. To cena, jaką przyszło zapłacić za zmianę statusu literackich pojęć, które pospiesznie upodobniły się do terminologii nauk ścisłych. Rygorystyczny język fizyki, chemii, biologii kształtował się przez co najmniej dwa stulecia, systematycznie wyzbywając się obrazowości, emocjonalności, wieloznaczności, metaforyczności, indywidualności. Tymczasem słowa ze skarbca poetyki i arsenału retoryki analogiczną destylację przeszły w błyskawicznym tempie. W połowie XX wieku zbliżyły się do czystych pojęć, sztucznych wyrażeń, a nawet neologizmów (którymi najłatwiej operować). Gaston Bachelard dowiódł, że taka redukcja była dramatycznym wymogiem rozwoju nauki, której język musiał wyzbyć się smaku, zapachu, koloru, rytmu, brzmienia i wdzięku używanych słów20. Na szczęście to wszystko, co stracił język nauki, zachowała poezja, obrazowa i zmysłowa jak w czasach archaicznych (poeta pozostał „człowiekiem pierwotnym”). Nowoczesna polaryzacja nauk ścisłych i literatury nie zaszkodziła poważnie ani jednej, ani drugiej stronie, natomiast naukę o literaturze postawiła w kłopotliwej sytuacji. Rozziew między jej uczonymi kategoriami a żywiołem artystycznej mowy okazał się otchłanny. Czasem ten kontrast wygląda zabawnie, a nawet groteskowo, co widać w wielu miejscach STL, pomimo że jego redaktorzy już we Wstępie sygnalizowali to niebezpieczeństwo. Zdawali sobie sprawę z „osobliwości stosowanego przez nich języka, który odbiorcy nie wtajemniczonemu jawi się często jako niepojęty żargon”21. Czyżby laik powinien uczyć się terminologii jak języka obcego (wkuwać słówka na pamięć)? Tę alienację wobec potocznej polszczyzny Sławiński uznał za konieczność, więc od współautorów oczekiwał rezygnacji z indywidualnego stylu: „Choć staraniem naszym było, żeby Słownik miał możliwie jednorodny charakter, to jednak nie udało się w zupełności wyeliminować pewnych indywidualnych ‹odchyleń› w sposobach opracowania haseł przez poszczególnych autorów. Nawyki pisarskie i upodobania (czy uprzedzenia) stylistyczne, niekiedy także preferencje związane z rodzajem zainteresowań badawczych – dały i tu znać o sobie, mimo że natura roboty zmuszała autorów do upartego poskramiania indywidualnych skłonności”22.

Potrzeba ujednolicenia głosów jest oczywista u leksykografa, ale zaskakuje restrykcyjny wymóg „poskramiania indywidualnych skłonności” – nawyków, upodobań, uprzedzeń, preferencji. Znać tu jakąś ascetyczną pasję samokontroli – fanatyczny rys nowoczesnej nauki. Pojawia się nawet ryzykowna aluzja do „odchyleń” (prawicowo-nacjonalistycznych) i to figlarne użycie języka komunistycznej propagandy jest dwuznacznym sygnałem, że „unaukowienie” wiedzy o literaturze łączy się z przemocą, a być może zdradza nawet jakąś totalitarną pokusę.

Postmodernistyczne dżety

Jeśli podkreślamy rozbrat polonistycznego żargonu z językiem literatury, to nie znaczy, że kiedyś panowała tu idealna jedność. W Poetyce Arystotelesa (prawodawcy literackiej i nie tylko literackiej naukowości systemowej) można dostrzec początek procesu, którego finalizacją są hermetyczne kompendia w rodzaju STL. W dawnych podręcznikach poetyki i retoryki nazwy środków (tropów) nie należały do literatury, ale też nie były drastycznie od niej oddzielone. Idea ars poetica tworzyła strefę pośrednią – bo rzymska ars (sztuka) była równocześnie rzemiosłem i techniką (czyli grecką téchne) operowania słowem, podobną zaiste do pracy w innych warsztatach rzemieślników. I ten praktyczny aspekt słychać w samych nazwach: figura (lepienie słów), rapsod (zszywanie), centon (łatanie), intryga (plątanie), cezura (cięcie), zeugma (łączenie), inwersja (odwracanie) itp. Widać, że były to określenia fachowe, bardziej konkretne niźli abstrakcyjne, choć z czasem ulegały słownikowemu skamienieniu.

Praca dokonywana w języku nie skończyła się w starożytności, wciąż mnożą się metafory, nadal wędrują między dziedzinami i dyscyplinami, a terminotwórcza inwencja ciągle bliska jest codzienności życiowej i językowej: „Terminy matematyczne (sinusoida), astronomiczne (konstelacja), muzykologiczne (polifonia, kontrapunkt), teatralne (teatr mowy), biologiczne (gatunek, rozkwitanie), antropologiczne (śmiech, płeć, przyjemność), kulturoznawcze (karnawał), etyczne (zdrada, wolność), militarne (strategia, walka), ideologiczne (wsteczny, postępowy, patriarchalny), w tym wiele słów i wyrażeń odnoszących się do potocznego postrzegania świata (horyzont, punkt widzenia, droga, prąd, strumień, fala, rama, ślad), stają się literaturoznawczymi metaforami, gdy oderwane od swych pierwotnych przeznaczeń zaczynają służyć poglądowym ujęciom zjawisk z zakresu kompozycji dzieła literackiego, struktury świata przedstawionego i kreacji bohatera, poetyce odbioru czy procesów o charakterze historycznoliterackim”23.

Edward Balcerzan widziałby kosmos pojęć w ruchu i metamorfozach, dopuszcza ich zabrudzenia i wymieszanie, ale gdy zbilansuje faktyczny przyrost terminologii, to z przywołanej konstelacji słów zaledwie „gatunek” oraz Bachtinowska „polifonia” i „karnawał” okazały się „twardymi” terminami. Dopływ nowości zatem jest tutaj ograniczony, zbieżny z warszawskim leksykonem, który przy kolejnych wznowieniach dodawał tylko najgłośniejsze i najmodniejsze nowiny (intertekstualność, poststrukturalizm, dekonstrukcja itp.). Słownik poetologiczny, śmielej wypatrujący leksykalnych nowalijek, też wskazuje ich niewiele (transfikcjonalność, fan-fikcja, blurb)24.

Czyżby więc od czasów strukturalizmu brakowało leksykalnych innowacji? Przeciwnie, mamy ich wielki wysyp i zarazem inflację, gdyż okazały się migotliwe, efemeryczne, nietrwałe. Tę tendencję przenikliwie rozpoznała Danuta Ulicka w rozprawie o wymownym tytule: Sub-, pre- post-, inter-, czyli jak formy prefiksalne grają w teatrze literaturoznawczej mowy. Autorka przywołuje tylko nieliczne spośród masy terminopodobnych wytworów, zaczynających się także od przyimków: re-, de-, trans-, ultra-, nad-, hetero-, sub-, alter-, multi-, para-, meta-. Nawet nie chce się ich rozwijać do postaci kompletnych wyrazów, ponieważ każdy obserwator może sobie je derywować do woli (sam muszę się przyznać do wielokrotnego obracania serią: mikrologia, mikropoetyka, mikrohistoria, mikroskopia, mikroanaliza, mikronarracja). Efektem postmodernistycznej gonitwy za nowizną okazało się imitowanie prawdziwej innowacji, a w istocie działanie standardowe, hamujące wyobraźnię i odkrywczość. W tej wersji ponowoczesnej teorii „nowe terminy funkcjonują albo jako dżety – modne samoprzylepne ozdóbki, albo apotropeje – […] magiczne formuły zaklinające rzeczywistość w nadziei, że stanie się inna”25. Ocena Ulickiej (idącej śladem Ejchenbauma i Derridy) jest tyleż surowa, co sprawiedliwa, dlatego nie wyobrażamy sobie słownika, który miałby skrupulatnie zbierać i opisywać niezliczone, zwykle jednorazowe terminy wydmuszki. No, bo po co?

Diagnoza i terapia

Postmoderniści ponieśli zatem podwójną porażkę: leksykalne innowacje typu „prepostmodernizm”, „deidentyfikacja”, „rerelatywizm” nie mają przyszłości ani nie są lekarstwem na wyczerpanie nowoczesnej terminologii (na której pasożytują). Dalsze mnożenie symulakrów nie wnosi niczego nowego, a powrót do języka strukturalizmu zdaje się nierealny i jałowy. Jeśli STL był dla ponowoczesnych czytelników nużącą lekturą, to teraz może wydać się jeszcze mniej ciekawy. Chciałoby się powtórzyć lamentację Szkłowskiego: „Dziś słowa umarły i stały się podobne do cmentarza. […] Słowa używane w procesie myślenia zamiast pojęć ogólnych, a więc pełniące niejako rolę pozbawionych wszelkiej obrazowości znaków matematycznych, i słowa używane w mowie potocznej, kiedy się ich nie domawia i nie dosłuchuje w pełni – takie słowa zautomatyzowały się dla nas i nikt nie wyczuwa ich wewnętrznej (obrazowej) i zewnętrznej (dźwiękowej) formy”26.

Co można zrobić? Skamieniałe i znieruchomiałe terminy potrzebują tego, co rosyjski formalista patetycznie nazwał „wskrzeszeniem”, przywołując na pomoc poetów awangardowych, szaleńców (jurodiwych) czy mistyków natchnionych Duchem Świętym. Po upływie stu lat skromniej wyobrażamy sobie analogiczny pomysł ratunkowy: zamiast cudu reaktywacji wystarczyłaby rewitalizacja. Marzy się nam językowe ambulatorium czy sanatorium, a tam psychoterapeutyczne warsztaty albo rekolekcje. Wszak wychłodzone słowa potrzebują żaru, dobrych emocji, zesztywniałe – pragną ruchu, energii, witalności, seksapilu, a te zdesakralizowane – aury tajemnicy. Postulaty brzmią zapewne osobliwie, może nawet naiwnie, ale stoją za nimi konkretne problemy, konkretne energie, konkretne ambicje, o których myślał Szkłowski: „Nowo narodzone słowo było żywe, obrazowe. Każde słowo jest w swojej osnowie tropem. […] kiedy dociera się do zagubionego już obecnie, startego obrazu, który tkwił niegdyś w osnowie słowa, zdumiewa nas jego piękność, która istniała niegdyś, a której dziś już nie ma”27.

Rosyjski krytyk z wielkim zaangażowaniem zwracał uwagę na historię słowa, na jego etymologię i obrazowość, na metaforyczną omnipotencję i walory estetyczne. Nie przeszkadza nam młodzieńczy entuzjazm tego manifestu, bo głoszona tu afirmacja oddaje istotę projektu, który nazwaliśmy Ilustrowanym słownikiem terminów literackich.

Geneza i cel słownika

Pierwotnym zamysłem redaktorów tej książki nie było bynajmniej wyprodukowanie leksykonu, lecz próba głębszej refleksji nad terminologią, w duchu łacińskiej sentencji Qui rerum nomina norit etiam ipsas res permoscet (Kto bada nazwę rzeczy, ten rozważa jej istotę). Marzyła się nam permanentna debata wokół kwestii uparcie tu powtarzanej: dlaczego literackie pojęcia brzmią dziś mechanicznie i gasnąco? Warto przypomnieć, że tradycyjne – żeby nie powiedzieć: „odwieczne” – słownictwo z zakresu poetyki (z tropami i figurami na czele) długo cieszyło się prestiżem, jaki gwarantowała mu sztuka wymowy. Pewne kategorie wciąż zachowały więź z literaturą (np. porównanie homeryckie odsyła do Homera) i co ważniejsze – z aurą mitycznego opowiadacza. Niektóre nadal brzmią dostojnie (rapsod, prozopopeja), uroczo (miniatura, litota), skocznie (hiatus, ikt), beztrosko (fraszka), a nawet przerażająco (horror). Czasem da się usłyszeć ich etniczne pochodzenie (przeważnie greckie lub łacińskie), obok antycznych korzeni zaś pokazują się młodsze (fr. bon mot, ang. toast czy niem. bryk). Zdarzają się nawet egzotyczne rodowody (arab. almanach, jap. haiku), choć równie ciekawa jest zgrzebna swojszczyzna-polszczyzna (figlik), a szczególnie dawność udawana (gawęda, klechda). Odmiennym walorem odznacza się tożsamość z nazwami (imionami) konkretnych rzeczy (klimaks to drabina, antologia – bukiet, chiazm – krzyż).

Wiemy już, że kiedy te obrazowe terminy weszły do leksykonu nauki, wtedy ich metryki pochodzenia, piętna lokalności i osobliwości ulotniły się. Pragniemy je odzyskać, przezwyciężyć alienację, zrekonstruować kontekst, przywrócić słowom pamięć. Te postulaty badawcze są hermeneutyczne z ducha, a zarazem praktyczne – podyktowane troską o higienę i kondycję naszego branżowego socjolektu. Zależnie od potrzeb słownik odsłaniać powinien inną stronę, odmienną możliwość, indygenność pojęć, jeśli wolno tak rzec. Mógłby być etymologiczny, anegdotyczny, historyczny, antropologiczny, genealogiczny, filologiczny, a gdybyśmy byli językoznawcami, to pewnie kognitywistyczny (skupiony na metaforyce). Praca nad nim ma już kilkuletnią historię i jeszcze dłuższą prehistorię – serię modyfikacji w rytmie ponawianych wniosków grantowych. Ewoluowała koncepcja, zmieniały się tytuły projektów, ale pierwotna idea jest wciąż aktualna: rozruszać nieruchome. Chcemy te etapy przypomnieć po kolei, mając poczucie, że jeden wynika z drugiego, a wszystkie układają się w konsekwentny ciąg.

Etymologia

Od niej trzeba zacząć, gdyż ona jest piastunką naszego projektu. Rozsądnie jest wrócić do źródeł, dogrzebać się do korzeni, tym bardziej że po grecku etymologia oznacza „prawdziwe imię”, a nawet – idąc dalej – samo serce słowa. Dlatego zapewne prawdy w etymologii poszukiwał Mickiewicz, Nietzsche, Heidegger, Derrida, Hillis Miller, Agamben i inni patroni naszego przedsięwzięcia. Od leksykalnych objaśnień terminu (terminu jako granicznego słupa, ale nie do końca kordonowej granicy) w jego macierzystym języku standardowo rozpoczynają autorzy większości leksykonów (odwrotnie postępuje tylko Kopaliński, który solidny wywód etymologiczny kładzie na końcu hasła, ale potrafi zachwycić tym „ogonem”).

Warto przypomnieć, że wszelkie słowniki, encyklopedie i bazy danych wywodzą się genetycznie z Etymologii Izydora z Sewilli, który w VII wieku zebrał i uporządkował w XX tomach wszelkie „słowa kluczowe”, realizując rzymską ideę etymologii, zdefiniowaną przez Warrona jako powrót do prawdziwego, pierwszego słowa. W ten sposób znalazł antidotum na greckie wielosłowie i poplątanie u progu nauki średniowiecznej, a zarazem otwarł drogę ku Encyklopedii Diderota. Także za te zasługi Izydor został ogłoszony świętym, a ostatnio również patronem internetu, aczkolwiek jego leksykograficzny wynalazek bez nowoczesnych indeksów, a zwłaszcza przeglądarek, jawi się skomplikowaną strukturą sieciową, przypominającą deleuzjański chaosmos. Na myśl przychodzi „gniazdowa” zasada, której hołdował Linde, metoda badania „pól semantycznych”, wreszcie kognitywistyka z jej pasją do wyznaczania między słowami powinowactw rodzinnych, rozgałęzień, koszyków itp. I niedaleko stąd do etymologii, która w rozumieniu Hillisa Millera daje podstawę dekonstrukcji literackiej. I właśnie tak pojęta etymologia – bujna, splątana i produktywna, często nawet kłamliwa czy ludowa (Falla) – jest nam szczególnie bliska. Oddalamy się zatem od zbyt porządnych klasyfikacji Rzymian ku kreatorskiej swobodzie Greków, czyli polisemicznej i anarchicznej stronie tej wiedzy, która wabiła autora Wiedzy radosnej i jego kontynuatorów. Ostrożni jednak jesteśmy wobec łatwej opozycji między leksykalnym kosmosem i chaosem, wszak literackie hasła, choćby z wzorcowo uporządkowanej Wielkiej encyklopedii francuskiej (np. Barkarolę opracował w niej Rousseau), można by żywcem przepisać do naszego słownika, a wbrew pozorom nie pasują one do STL (ze względu na swadę wywodu).

Nie ma co ukrywać – kochamy etymologię! Tak bardzo nas zachwyca, że chcielibyśmy oczarować nią również czytelników. Podzielić się odkryciem, że osobliwie brzmiący „sarkazm” oznacza podszczypywanie, subtelna i skomplikowana „ironia” to po prostu udawanie głupiego, nobliwa kategoria mimesis pochodzi od ulicznej klownady (popisu mimów), a filozoficzna „treść” to tylko zawartość roślinnej łodygi. Za dziwaczną niespodziankę można by uznać usłyszenie w „hiperboli”, „paraboli” i „symbolu” wspólnej cząstki „bol/a”, tej samej, która pojawia się w „futbolu”, bo idzie o kulę, okrągły pocisk, wyrzucany niegdyś z katapulty. Dziwimy się, że „miniatura”, pochodząca od minii (czerwonego barwnika), nie ma nic wspólnego z małością (wręcz przeciwnie!), „anegdota” zaś nie jest sympatyczną opowiastką, lecz historią tak ohydną, że w żadnym wypadku nie należy jej powtarzać (ani tym bardziej drukować). Zdarzają się dosadne rewelacje, jak pochodzenie „testamentu” od „jąder”, geneza „gawędy” bliska „gówna” i plugawości „członków wstydliwych”, albo też „kryptonimu”, gdzie mianem „krypty” określa się „dział między półdupkami”. Interesujące są błędne etymologie, bo działają na wyobraźnię i mają podobny wpływ na funkcjonowanie terminu, jak te naukowo udokumentowane. W rekonstrukcjach słów ciekawsze od skandali bywa zdumienie oczywistością wykładni. Taką przygodę przeżył Paul Ricoeur, który po napisaniu książki o metaforze wybrał się na urlop do Grecji, by tam na plandekach ciężarówek raz po raz rozpoznawać znajome słowo METAPHORA (firma zajmująca się przeprowadzkami).

Podzielamy zdziwienie i zachwyt Ricoeura i usiłujemy wyciągnąć stąd radykalne wnioski. Zbigniew Kadłubek (współredaktor niniejszego słownika) wytrwale głosi pogląd, że etymologia stanowi istotę filologii, a nawet szeroko pojętej humanistyki, i szuka stosownych dowodów na polu filologii klasycznej i komparatystyki, a jeszcze śmielej czyni to w silezjologicznej eseistyce28. I ta etymologiczna orientacja powinna odróżniać ten słownik od innych, tworzonych przez naszych uczonych poprzedników. Widać odmienność wobec Sierotwińskiego, który w ogóle nie korzysta z etymologii; inaczej Skwarczyńska i Gazda, zabiegający, by każdy termin zaczerpnięty z obcego języka został w nagłówku hasła opatrzony tłumaczeniem, a czasem także odpowiednikami w innych językach. Jednakże te lakoniczne, zwykle kilkusłowne wyjaśnienia zawsze umieszczane są w nawiasach, co jest sygnałem dystansu, a nawet pewnej podrzędności etymologicznych źródeł. Podobną zasadę przyjął STL, choć jego wersja „podręczna” często rozbudowuje te nagłówki, podając źródłosłowy terminów. Na przykład hasło Agon w STL uzupełnia tylko dwuliterowy znak pochodzenia: „(gr.)”, natomiast w krótszej wersji leksykonu komentarz się rozrasta: „Agon (gr. agṓn to zawody, walka, konkurencja)”. Ale co bodaj ważniejsze, autorzy haseł w tych leksykonach nie nawiązują w tekście głównym do wstępnej, „nawiasowej” wykładni słowa. Próżno więc tam szukać arystotelesowskiej frazy „jak sama nazwa wskazuje”. Wszak sama nazwa nie może nic wskazywać ani podpowiadać, skoro (wedle de Saussure’a) z zasady jest konwencjonalna i arbitralna. Widać, że formalistyczno-strukturalistyczne założenia odcinają badaczy od etymologii, co wynika zapewne z programowej ostrożności wobec historyzmu i genetyzmu. Podobny skutek ma postmodernistyczne rozmnożenie „form prefiksalnych”, bo praktyka ta polega na produkcji symulakrów, które ze swej natury nie potrafią sięgnąć podstaw, a co za tym idzie – ignorują historyczne źródła słowa, a nawet kręcą na nie nosem.

Anegdota

Inaczej dzieje się w literackiej dekonstrukcji, której słynną prezentacją jest studium Hillisa Millera pt. Krytyk jako pasożyt/żywiciel. Rozbudowana (wielojęzyczna) analiza tytułowego słowa (ang. parasite) nie prowadzi bynajmniej do rekonstrukcji archaicznego prapojęcia. Odsyła za to do pierwotnej sytuacji życiowej, dosłownie wpisanej w ten wyraz: do greckiego parasitos (para-sitos), czyli wspólnego bycia „przy jadle”. Idzie o rytualne spotkania „gościa” i „gospodarza” przy nakrytym stole. Co ważne, określenia obu osób są ufundowane na tym samym rdzeniu, co ujawnia ich językową, praktyczną i symboliczną wspólnotę. Nie można zatem jednoznacznie wyjaśnić sensu „pasożyta” ani rozstrzygnąć, czy jest dobry, czy zły – przeszkodą jest nierozdzielność karmionego i żywiciela, wymienność obu ról, ale też ich zjednoczenie, swoista komunia w zamkniętym łańcuchu pokarmowym, w kręgu wspólnoty i wymiany. Trudno te wszystkie odwrócenia i zapętlenia wpisane w każde pojęcie (zwielokrotnione w labiryncie innych języków) zamknąć w definicji. Trzeba opowiedzieć całą historię, od początku do nieprzewidywalnego końca. Objaśnienie słowa, jego sensu, domaga się bowiem narracji. Więcej nawet – słowo jest tożsame z opowiadaniem, z narracyjną wędrówką między kontekstami. Hillis Miller twierdzi przecież, że „nie można wyrazić pojęcia, nie posługując się figurą [figure], i nie nastąpi splecenie pojęcia i figury bez fabuły [story], narracji [narrartive] czy mitu”29.

Tak więc z perspektywy dekonstrukcji praktyka objaśniania terminów poprzez ich definiowanie, tak jak czynią to nowoczesne leksykony – także STL – jest niezadowalająca, nie respektuje bowiem „nierozłączności figury, pojęcia i struktury narracyjnej”. Do podobnych wniosków doszła zresztą współczesna narratologia, retoryka, psychologia czy politologia, powtarzając do znudzenia, że wszelka komunikacja społeczna bazuje na przekonującej „narracji” (formuła liberalna) albo „opowieści” (formuła konserwatywna).

Nic zatem dziwnego, że hasło w ponowoczesnym słowniku (zrozumiałym dziś) powinno być opowieścią osnutą wokół jakiegoś mitu czy fabuły. Najlepiej, żeby była żywa i zaskakująca. I dlatego dobrze jest, kiedy z niewielką pomocą etymologii i historii języka udaje się wydobyć z terminu jakiś zapomniany czy zlekceważony przez „twardą” naukę wymiar. Wszak w „wierszu” kryje się bruzda ziemi ornej, w „plotce” – płot (dokładnie: parawan przy pańskim łóżku), w „kaprysie” – koza albo jeżozwierz, w „almanachu” – postój wielbłąda, z „cyganerii” zaś wyłaniają się Cyganie. Historia słowa okazuje się zawiłą intrygą albo sensacyjną opowieścią, a nawet zagadką, jak w wypadku „toastu”, który niewątpliwie pochodzi od „tostu”, czyli grzanki, lecz wytłumaczenie, co kawałek przypieczonego ciasta łączy z pochwalną oracją, brzmi niczym filologiczny surrealizm.

Ale to trzeba opowiedzieć… Możliwie krótko, wartko, zawsze atrakcyjnie, choćby zabawnie, byle trzymać słuchaczy w napięciu, aż do efektownej puenty. Tak jak opowiada się anegdoty – i dlatego właśnie nasz leksykon można by nazwać „Anegdotycznym słownikiem terminów literackich”.

Antropologia

Przywołane wcześniej anegdoty dotyczą konkretów, materii (ziemi), a więc rzeczy (grzanka, płot), zwierząt (koza, jeżozwierz, wielbłąd), ale przede wszystkim ludzi i narzędzi, których używają oni na co dzień. Wędrówka w głąb słowa, w jego przeszłość, cofa pamięć do oralnego residuum, do czasu sprzed wynalezienia pisma, kiedy życie było bardziej zmysłowe, dotykalne i nasycone seksualnością, a przede wszystkim – co podkreśla Walter Ong – na wskroś ludzkie. To, co dziś jest abstraktem, pojęciem umownym, konwencją – jak choćby gatunek literacki – niegdyś było osobą (bądź czymś osobnym, bo jednostkowo związanym z osobą). „Bajka” to był ten, kto baje, „plotka” – ten, kto plecie; „gadka” gada, „pierdoła” pierdoli, a utworzony wedle tego wzoru „gawęda” miał gawędzić, „klechda” zaś – klechać (klachać). Człowiekiem był nie tylko grecki „rapsod” oraz „cyklik” (twórca cykli), lecz także „pamiętnik”, którym to słowem jeszcze w XIX wieku określano tego, kto pamięta (żeński odpowiednik to „pamiętnica”), i obie te figury przeciwstawiano „namiętnikowi” i „namiętnicy”. Przyglądając się dokładnie owym terminom, stajemy wobec najdosłowniej pojętego antropologicznego wymiaru piśmiennictwa, z jakim rzadko mają do czynienia rozmnożone dziś „antropologie literatury”. Antropologiczno-cywilizacyjny, czy wręcz archeologiczny wymiar ludzkiej kultury i zarazem egzystencji wychodzi na jaw jeszcze mocniej, jeśli wydobędziemy materialne i techniczne aspekty podstawowych terminów literackich. Najstarsze, fundamentalne pojęcia wywodzą się przecież – jak powiedzieliśmy na początku – od praktycznych czynności, umiejętności i robót, rzemiosł i sztuk wraz z właściwym im instrumentarium (kluczowa rola „technologii definiujących” Jaya Davida Boltera)30. Wyprawa do starożytnej Grecji oznacza powrót do warsztatu tkackiego (tekst, kanwa, wątek, osnowa, rapsod) i garncarskiego (figura i forma), ale też do najstarszych i uniwersalnych umiejętności: tańca (stopa, puenta) i walki (symbol, hiperbola, riposta, puenta, awangarda). Po drodze warto jeszcze zajrzeć do pracowni lutniczej (liryka, psalm). Nawet terminy kojarzące się z magią i alchemią (inkantacja, klątwa, wpływ) dotyczą konkretnych praktyk i rytuałów. Listę inspirujących dziedzin należy oczywiście rozszerzyć o rolnictwo (wers, antologia), architekturę (zeugma) czy transport (metafora, barkarola, a także aporia). I można ten wykaz ciągnąć dalej, choć na samym początku koniecznie musi się pojawić łowiectwo (trop, ślad, pole), jako kontekst najstarszy, wręcz założycielski dla literatury, dla powstania jej podstawowych pojęć (znak, pismo, czytanie). Dodać wypada, że właśnie z myślistwa wywodzi się założycielski impuls dla koncepcji tego słownika, a jest to badawcza domena współautorki naszego leksykonu, Beaty Mytych-Forajter. Komentując romantyczne teksty o polowaniu (Mickiewicza, Fredry, Pola, Kicińskiego), dostrzegła tam konsekwentne łączenie dwóch systemów semiotycznych: poetyki i łowów31. Do wyjaśnienia tego archaicznego powinowactwa przydała się inspiracja Carla Ginzburga, którego fundamentalne studium Znaki, oznaki i poszlaki niejako przenosi teorię literatury w obszar antropologii32. Może więc niniejszy leksykon powinniśmy mianować „Antropologicznym słownikiem terminów literackich”?

Historia

Poszukując właściwej nazwy, rozważaliśmy jeszcze kilka stosownych epitetów: słownik archeologiczny, kulturowy, interdyscyplinarny, filologiczny, a nawet techniczny. Wiele z tych peryfrastycznych określeń naszego dykcjonarza, kierując się w stronę etymologii, genealogii, archeologii czy filologii, za każdym razem eksponowało przeszłość. To zrozumiałe, jeśli deklarujemy odwrót od nowoczesnej synchronii, a także od ponowoczesnego ahistoryzmu. Jeśli projektujemy słownik zasadniczo odmienny od STL, to oczywisty jest powrót do diachronii. A skoro z antropologiczną ciekawością cofamy się do zapomnianych kontekstów cywilizacyjnych – jesteśmy historykami. Kiedy opowiadamy anegdotę, to jej malowniczą kanwę i niezbędne ciekawostki wyszukujemy z przeszłości. Lektura dawnych słowników (Linde, Brückner), lecz także nowszych (Kopaliński, Bańkowski), co rusz podsuwa opowieści o dziejowych zmianach sensu czy zastosowania nawet podstawowych terminów. A wiele poważnych zmian dokonało się całkiem niedawno – w XIX wieku. Trudno uwierzyć, że u Lindego i nawet w późniejszym o półwiecze słowniku wileńskim nie ma jeszcze tak elementarnych kategorii, jak symbol czy interpretacja. Cóż dopiero mówić o czasowej wędrówce wstecz ku średniowieczu – chyba tylko mediewiści zdają sobie sprawę, że Polacy nazywali wtedy psalm (tak jak Czesi) „żalmem” i stąd wzięło się dziwne słowo „żałtarz” („żołtarz”), czyli psałterz. Ale któż wie, że to określenie, dotyczące całości Księgi Psalmów albo wydrukowanego modlitewnika, pierwotnie używane było na określenie instrumentu – psałterza, czyli psalterionu? Ta niewiedza zaczęła się w Polsce już… w XVI wieku, kiedy z użycia wyszedł popularny wcześniej instrument strunowy. Psalm jest chyba najważniejszym gatunkiem poetyckim w kulturze Zachodu, ale fakt, że jego nazwa pochodzi od psałterionu, tak jak liryka od liry, poszedł w zapomnienie.

Ta opowieść jest zatem opowieścią historyczną, podobnie jak zdecydowana większość haseł, dlatego w zgodzie z nazwą projektu NPRH zamierzaliśmy nasz słownik nazwać „Słownikiem historycznym” (z podtytułem: „Dzieje wybranych pojęć”).

Od iluminacji do ilustracji i natchnienia

Kiedy zbliżyliśmy się do fazy wydawniczej naszego „historycznego” leksykonu, pojawiła się pokusa, by opublikować go pod innym jeszcze tytułem – jako Ilustrowany słownik terminów literackich. Pierwsze uzasadnienie tej nazwy, wręcz automatyczne, odsyła do współczesności: żyjemy w epoce ekranów i emotikonów, więc jeśli chcemy być komunikatywni, to trzeba się z tym pogodzić. Próbujemy zatem objaśniać terminy obrazowo, tak obrazowo, jak dla dzieci. Ale, po drugie, zilustrowanie terminu to sensowny wysiłek poznawczy. „Nawet najbardziej złożone, odpowiedzialne pojęcia i idee można przedstawić w naocznej postaci, pokazać je przy pomocy schematycznego bądź symbolicznego rysunku czy modelu lub odpowiedniego szkicu” – pisał Goethe, a jego myśl entuzjastycznie rozjaśnił potem Bachtin33. Zdajemy sobie sprawę, że narysowanie, namalowanie albo sfotografowanie abstrakcyjnych pojęć stanowi intelektualne wyzwanie, choć równocześnie jest herezją wobec utrwalonych nawyków epistemologicznych. Godzi zarówno w „obrazoburstwo kartezjanizmu i scjentyzmu”, jak w „obiektywizm” metody strukturalnej i jej słownikowego wcielenia – STL (naszego nieustannego punktu odniesienia)34. I jeszcze inne rozumienie obrazowości, mniej poglądowe, a bardziej wizyjne, wyobraźniowe, marzycielskie – tak jak obraz pojmował Freud, potem Jung, a zwłaszcza afirmowany przez nas Bachelard czy jego uczeń, Durand. Pragnienie poznawczej jedności słowa/obrazu zbliża nas do literatury, a oddala od scjentystycznego paradygmatu nauki. I następny argument, tym razem estetyczny, ale zabarwiony anachronicznie i sentymentalnie, bo książka ilustrowana to powrót do tradycji dziewiętnastowiecznej, do książek z rycinami i malowidłami, ale i do tyleż staroświeckich, co nowoczesnych leksykonów ilustrowanych, np. Michała Arcta (1840–1916).

Przedostatni argument, także historyczny, bo renesansowy – a lepiej powiedzieć: odrodzeniowy – brzmiałby tak: vir illustris to mędrzec, który dzięki studiowaniu źródeł (fontes) uzyskał wzgląd w wiele spraw i okazał się świetny w swej dziedzinie. Na sam koniec zostawiliśmy argument najsilniejszy, argument atletyczny, chciałoby się rzec, ale i pełen pokory: w łacińskiej illustratio słyszymy zarówno lustro, jak i lustrację, lustratora i lustrowanie, jako czynność kontrolną, przeglądową, szacującą, ale też oczyszczającą (od rytuałów ofiarnych i wszelkiej patyny), w sumie – godną dociekliwego badacza. W sensie źródłowym illustratio, podobnie jak illuminatio, oznacza świetlistość, jasność, połysk, blask, a co za tym idzie, splendor i sławę, ostatecznie również – cudowność i łaskę. I o to właśnie nam chodzi, żeby wytarte i powalane terminy literackie nie tylko zostały objaśnione i rozjaśnione, lecz także by odzyskały czystość, świetlistość, dobre imię i moc. By mogły radośnie rozbłysnąć same dla siebie, a czytelników słownika rozpłomienić i stać się dla nich ciągłym natchnieniem.

Aleksander Nawarecki

Najczęściej cytowane pozycje (słowniki, encyklopedie i kluczowe pozycje teoretycznoliterackie)

Aleksandrowicz – Aleksandrowicz, J. (1890), Wielka encyklopedia powszechna ilustrowana, Warszawa.

Arct – Arct, M. (1916), Słownik ilustrowany języka polskiego, Warszawa.

Bańko – Bańko, M. (2000), Inny słownik języka polskiego, Warszawa.

Bańkowski – Bańkowski, A. (2000), Etymologiczny słownik języka polskiego, Warszawa.

Boryś – Boryś, W. (2005), Słownik etymologiczny języka polskiego, Kraków.

Brückner – Brückner, A. (1927), Słownik etymologiczny języka polskiego, Kraków.

Chodkowski – Chodkowski, A. (red.) (1995), Encyklopedia muzyki, Warszawa.

Dąbrowska – Dąbrowska A. (2009), Słownik eufemizmów polskich, czyli w rzeczy mocno, w sposobie łagodnie, Warszawa.

Doroszewski – Doroszewski, W. (red.) (1958–1969), Słownik języka polskiego, Warszawa.

ESJP XVIIiXVIII – b.r., b.d., Elektroniczny Słownik Języka Polskiego XVII i XVIII wieku.

EWK – Birkenmajer, A., Kocowski, B., Trzynadlowski, J. (red.) (1971), Encyklopedia wiedzy o książce, Wrocław.

Gloger – Gloger, Z. (1985), Encyklopedia staropolska ilustrowana, ze wstępem J. Krzyżanowskiego, Warszawa.

Gustaw – Gustaw, R. (red.) (1971), Hagiografia polska. Słownik bio-bibliograficzny, Poznań–Warszawa–Lublin.

KC – Hertz, P., Kopaliński, W. (oprac.) (1991), Księga cytatów z polskiej literatury pięknej od XIV do XX wieku, Warszawa.

Koncewicz – Koncewicz, Ł. (oprac.) (1922), Nowy słownik podręczny łacińsko-polski, Lwów.

Kopaliński – Kopaliński, W. (1988), Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych, Warszawa.

Korolko – Korolko, M. (1990), Sztuka retoryki. Przewodnik encyklopedyczny, Warszawa.

Korpanty – Korpanty, J. (red.) (2001), Słownik łacińsko-polski, t. 1, Warszawa.

Krzyżanowski – Krzyżanowski, J. (red.) (1965), Słownik folkloru polskiego, Warszawa.

Kumaniecki – Kumaniecki, K. (oprac.) (1990), Słownik łacińsko-polski, według słownika H. Mengego i H. Kopii, Warszawa.

Lausberg – Lausberg, H. (2002), Retoryka literacka. Podstawy wiedzy o literaturze, przeł., oprac. A. Gorzkowski, Bydgoszcz.

Lehr-Spławiński – Lehr-Spławiński, T. (red.) (1949), Słownik języka polskiego, Katowice.

Linde – Linde, S. B. (1807–1814), Słownik języka polskiego, Warszawa.

LPXX – Hutnikiewicz, A., Lam, A. (red.) (2000), Literatura polska XX wieku. Przewodnik encyklopedyczny, Warszawa.

Malmor – Malmor, I. (2009), Słownik etymologiczny języka polskiego, Warszawa.

MEP lub Plater – Plater, S. (1841), Mała encyklopedia polska, Leszno–Poznań.

NSTL lub Król-Krupiński-Sułek – Król, M., Krupiński, G., Sułek, H. (2009), Nowy słownik terminów literackich, Kraków.

Orgelbrand2 – S. Orgelbranda Encyklopedja Powszechna z ilustracjami i mapami, (1860), Warszawa.

Orgelbrand – Orgelbrand, M. (wyd.) (1861), Słownik języka polskiego, Wilno.

Plezia – Plezia M. (red.) (1998), Słownik łacińsko-polski, Warszawa.

Polański - Polański, K. (red.) (1999), Encyklopedia językoznawstwa ogólnego, Wrocław.

SA – Dąbrówka, A., Geller, E. (2004), Słownik antonimów, Warszawa.

SCŁ – Landowski, Z., Woś, K. (2002), Słownik cytatów łacińskich. Wyrażenia, sentencje, przysłowia, Kraków.

SE – Dąbrowska, A. (2009), Słownik eufemizmów polskich, czyli w rzeczy mocno, w sposobie łagodnie, Warszawa.

SJAM – Górski, K., Hrabec, S. (red.) (1962–1983), Słownik języka Adama Mickiewicza, Wrocław.

SJJChP – Koneczna, H., Doroszewski, W. (red.) (1973), Słownik języka Jana Chryzostoma Paska, t. 2, Wrocław–Warszawa.

SJP PWN – Słownik języka polskiego PWN (2016), http://www.sjp.pwn.pl.

SLP XIX – Bachórz, J., Kowalczykowa, A. (red.) (1991), Słownik literatury polskiej XIX wieku, Wrocław–Warszawa.

SLP XX – Brodzka, A., Puchalska, M., Semczuk, M. i in. (red.) (1993), Słownik literatury polskiej XX wieku, Wrocław–Warszawa.

SLS – Michałowska T. (red. przy współudziale B. Otwinowskiej i E. Sarnowskiej-Temeriusz) (1990), Słownik literatury staropolskiej. Średniowiecze, renesans, barok, Wrocław.

słownik warszawski – Karłowicz, J., Kryński, A., Niedźwiedzki, W. (red.) (1900), Słownik języka polskiego, Warszawa.

słownik wileński – Zdanowicz, A. i in. (red.) (1861), Słownik języka polskiego, Wilno.

Sobol – Sobol, E. (red.) (1996), Słownik wyrazów obcych. Wydanie nowe, Warszawa.

SP – Kopaliński, W. (1999), Słownik przypomnień, Warszawa.

SPJK – Kucała, M. (red.) (1994), Słownik polszczyzny Jana Kochanowskiego, Kraków.

SPXVI – Mayenowa, R. M. (red.) (1994), Słownik polszczyzny XVI wieku, kom. red. J. Bartmiński, Warszawa.

SRGL – Gazda, G., Tynecka-Makowska, S. (red.) (2012), Słownik rodzajów i gatunków literackich, Warszawa.

SS – Kopaliński, W. (2017), Słownik symboli, Warszawa.

SSch – Bolecki, W., Jarzębski, J., Rosiek, S. (oprac. i red.) (2003), Słownik schulzowski, Gdańsk.

SSE – Eduardo, J. (2006), Słownik symboli, przeł. I. Kania, Kraków.

Sstp – Urbańczyk, S. (kom. red.), Kuraszkiewicz, W. (red. nacz.) (1993), Słownik staropolski, Kraków.

Stępniak – Stępniak, K. (2013), Słownik gwar przestępczych, Kraków.

SWP – Szymusiak, J. M., Starowieyski, M. (red.) (1974), Słownik wczesnochrześcijańskiego piśmiennictwa, Poznań.

Trzaska-Evert-Michalski – Lam, S. (red. i oprac.) (1927), Ilustrowana Encyklopedja Trzaski, Everta i Michalskiego z wieloma mapami, tablicami i ilustracjami w tekście opracowana przez dra Stanisława Lama, t. 4, Warszawa.

Turek – Turek, W. P. (2001), Słownik zapożyczeń pochodzenia arabskiego w polszczyźnie, Kraków.

WSC – Markowski, H., Romanowski, A. (2007), Skrzydlate słowa. Wielki słownik cytatów polskich i obcych, Kraków.

WSJP – Dereń, E., Polański, E. (2008), Wielki słownik języka polskiego, Kraków.

WSJP2 – Żmigrodzki, P. (2016), Wielki słownik języka polskiego. Kraków.

WSWO – Latusek, A., Przybylska, R. (red.) (2008), Wielki słownik wyrazów obcych, Kraków.

Zarych – Zarych, E. (red.) (2005), Encyklopedia literatury polskiej, Kraków.

Zgółkowa – Zgółkowa, H. (red.) (1996), Praktyczny słownik współczesnej polszczyzny, Poznań.

Ziomek – Ziomek, J. (2000), Retoryka opisowa, Wrocław.

Żak – Żak, S. (1998), Słownik. Kierunki – szkoły – terminy literackie, Kielce.

Słowniki językowe, leksykony i encyklopedie polskie i obcojęzyczne

Abramowiczówna, Z. (red.) (1962), Słownik grecko-polski, t. 3, Warszawa.

Arthaber, A. (1989), Dizionario comparato di proverbi e modi proverbiali, Milano.

Ayuso de Vicente, M. V., García Gallarín, C., Solano Santos, S. (1997), Diccionario Akal de Términos Literarios, Madrid.

Baldick, Ch. (2008), The Oxford Dictionary of Literare Terms, Oxford.

Beekes, R. (2010), Etymological Dictionary of Greek, Leiden–Boston.

Bobrowski, F. (red.) (1910), Lexicon latino-polonicum. Słownik łacińsko-polski, Wilno.

Chantraine, P. (1977), Dictionnaire étymologique de la langue grecque. Histoire des mots, Paris.

Chevalier, J., Gheerbrant, A. (1997), Dictionare des symbols, Paris.

Childs, P. (2006), The Routledge Dictionary of Literary Terms, London – New York.

Chisholm, H. (red.) (1911), The Encyclopaedia Britannica, vol. 21, Cambridge.

Cnapius, G. (1643–1644), Thesaurus Polono-Latino-Graecus…; Thesauri Latino-Polonici, Cracoviae.

Delon, M. (ed.) (1977), Dictionnaire européen des Lumières, Paris.

Demougin, J. (red.) (1986), Dictionnaire historique, thématique et technique des littératures française et étrangères, anciennes et modernes, Paris.

Ernout, A., Meillet, A. (1951), Dictionnaire etymologique de la langue latine, Paris.

Glare, P. G. W. (ed.) (2007), Oxford Latin Dictionary, Oxford.

Greene, R. (ed.) (2012), Princeton Encyclopedia of Poetry and Poetics, Princeton.

Guilbert, L., Lagane, R., Niobey, G., (ed.) (1971–1977), Grand Larousse de la langue française en six volumes, Paris.

Harper, D. (2001–2006), Online Etymology Dictionary, http://www.etymonline.com/index.php.

Hughes, W., Punter D., Smith, A. (ed.) (2013), The Encyclopedia of the Gothic, Malden.

Jougan, A. (1992), Słownik kościelny łacińsko-polski, Warszawa.

Jurewicz, O. (oprac.) (2001), Słownik grecko-polski. ΛΏ, [na podstawie słownika Z. Węglewskiego], Warszawa.

Kambureli, M. T., Kamburelis, T. (1999), Podręczny słownik grecko-polski, Warszawa.

Klein, E. (1966), A comprehensive etymological dictionary of the English language: dealing with the origin of words and their sense development thus illustrating the history of civilization and culture, Amsterdam.

Kuhn, S., Kurath, H. (1954–2001), Middle English Dictionary, Ann Arbor.

Kulbicka, A., Ledzińska, A. [i in.] (2011–2014), Elektroniczny słownik łaciny średniowiecznej w Polsce, http://www.scriptores.pl.

Kumaniecki, K. (1976), Słownik łacińsko-polski, Warszawa.

Lampe, G. W. H. (1969), A Patristic Greek Lexicon, Oxford.

Lewis, Ch. T., Short, Ch. (1879), A Latin Dictionary, Oxford.

Liddell, H. G., Scott, R. (1996), Greek-English Lexicon, Oxford.

López-Menchero, F. (ed.) (2012), Proto-Indo-European Etymological Dictionary, on-line: http://indo-european.info/indo-european-etymology.pdf.

Mączyński, I. (1564), Lexicon Latino-Polonicum ex optimis Latinae linguae scriptoribus concinnatum, Regiomonti Borussiae.

Morier H. (1961), Dictionnaire de poétique et de la rhétorique, Paris.

Onions, C. T. (ed.) (1966), The Oxford Dictionary of English Etymology, Oxford.

Pianigiani, P. O. [b.r.], Il Vocabolario Etimologico, http://www.etimo.it/?term=gazzetta&find=Cerca.

Piotrowski, T., Saloni, Z. (2000), Nowy słownik angielsko-polski, polsko-angielski, Warszawa.

Pokorny, J. (1989), Indogermanisches etymologisches Wörterbuch, Bern.

Preminger, A., Warkne, F. J., Hardison, O. B. (1965), Princeton Encyclopedia of Poetry and Poetics, Princeton.

Pulgram, E. (1975), Latin-Romance phonology: prosodics and metrics, Munich.

Puttenham, G. (1589), The Arte of English Poesie, London.

Rykaczewski, E. E. (1856), Dokładny słownik włosko-polski zebrany z następujących: Vocabolario universale italiano compilato a cura della Societa Tipografica Tramater e Comp., Vocabolario degli academici della Crusca Alberti di Villanuova, Buttura, Renzi i innych z dodaniem przykładów z nowszych pisarzów, którzy nie są przytaczani w powszechnych dziełach przez autora słownika angielskiego, Berlin.

Rzepiela, M. (red.) (2002), Słownik łaciny średniowiecznej w Polsce, Kraków.

Simpson, J. A., Weiner, E. S. C. (ed.) (2000), The Oxford English dictionary, Oxford.

Skeat, W. W. (1993), The Concise Dictionary of English Etymology, Ware.

Smith, R. G. (ed.) (2010), The Baudrillard Dictionary, Edinburgh.

Sondel, J. (2005), Słownik łacińsko-polski dla prawników i historyków, Kraków.

Strong, J. (2015), Grecko-polski słownik Stronga z lokalizacją słów greckich i kodami Popowskiego, przeł. A. Czwojdrak, Warszawa.

Summers, D. (red.) (2003), Longman Dictionary of Contemporary English, Harlow.

The New Encyclopaedia Britannica (1993), vol. 1, Chicago.

Webster’s Seventh New Collegiate Dictionary (1963), Springfield MA.

Węclewski, Z. (1927), Słownik łacińsko-polski do autorów klasycznych, Lwów.

Węglewski, Z. (1929), Słownik grecko-polski, Lwów.

A

ABECEDARIUSZ

„Abecadło z pieca spadło, / O ziemię się hukło, / Rozsypało się po kątach, / Strasznie się potłukło…” – chyba każdy pamięta te słowa z dzieciństwa, wielu wie, że napisał je Julian Tuwim, ale mało kto jest świadom, że poeta przekornie nawiązuje tu do zapomnianego gatunku, obdarzonego nie tylko długą historią, lecz także filozoficzną niejako osobliwością.

To abecedariusz, od łacińskiego przymiotnika abecedarius (alfabetyczny) lub rzeczownika abecedarium (abecadło), inaczej wiersz abecadłowy, bo zwykle ma charakter wierszowany, a zawsze wykorzystuje w swej budowie porządek alfabetu. Kolejne litery pojawiają się na początku wersów, wersetów, strof, akapitów, a nawet wyrazów, i stąd biorą się fachowe nazwy jego odmian (stroficzny, stychiczny, ciągły itp.). Początki sięgają Biblii, rozbudowanych psalmów (9, 10, 25, 34, 37, 111, 112, 119, 145) i trenów Jeremiaszowych, które przy użyciu następujących po sobie liter – od Alef do Taw – zostały podzielone na części, co miało ułatwić ich zapamiętanie. Kiedy biblijne „alefbedgitariusze” – jak nazywa je Panas – doczekały się przekładu, wtedy „działowym” hebrajskim inicjałom groziło zniknięcie w dukcie greckich czy łacińskich liter. Żeby tego uniknąć, wpisano je na margines, lecz ta marginalizacja dała więcej niż ocalenie, bo znaki porządkowe wyglądać zaczęły niczym ozdoba tekstu. To nie jedyny paradoks abecedariusza, którego tematem, a nawet substancją są litery – ich nazwy, wygląd, kolejność, logika i motoryka („z pieca spadło”), bo ten gatunek, żywiący się literami w literalny sposób, jak mól stronicami książek, w praktyce wspierał pamięć, także analfabetów. Arcypiśmienna forma stała się „przypominajką” (mnemotechniczną pomocą) charakterystyczną dla epoki sprzed wynalezienia pisma. Wiersz abecadłowy, usytuowany na granicy mowy i pisma, nie wzbudził jednak większego zainteresowania ani teoretyków oralności, ani piśmienności, ale bardziej zastanawia nieobecność tej mnemoskryptalnej hybrydy w traktacie O gramatologii Jacques’a Derridy.

1

2

Wiadomo jednak, że abecedariusze służące za pomoc w zapamiętywaniu przyjęły się w literaturze chrześcijańskiego średniowiecza; układali je liczni autorzy (Commodianus, Sedulus, Vernatius Fortunatus), często święci, jak Augustyn, Izydor z Sewilli, Beda Czcigodny czy błogosławiony Władysław z Gielniowa (kolęda Augustus kiedy krolował…). Najbardziej znana w Polsce okazała się anonimowa Skarga umierającego, podobna formalnie do angielskich tekstów Chaucera. Dzięki wynalezieniu druku litery poznały fizyczny kształt czcionek, najdosłowniej nabierając wagi, ale – jak zauważa Maria Grzędzielska (SRGL) – sam gatunek tracił powagę wraz z kresem mnemotechniki. Abecedariusz jednak przetrwał, pewnie dzięki właściwości, która pozwala uznać go za odmianę akrostychu, bo „abecadło” wpisane w tok utworu wyłania się jako jego dodatkowy, dyskretny element. Byłby wtedy jedną z gier, literowych kombinacji spokrewnionych z rebusem, szaradą czy anagramem. To nie jest oczywiste, wszak nie idzie tu o ukrywanie liter i słów, lecz o ich rzucającą się w oczy obecność. Ale wiersz abecadłowy często łączył się z wymienionymi wcześniej igraszkami, a nawet bez tego zawierał minimum dwuznaczności właściwej wszelkim formom ludycznym. I tak stał się poetycką zabawą, cenioną w kulturze dworskiej (Jan Andrzej Morsztyn) i salonowej, szczególnie zaś w humorystyce angielskiej. W Polsce abecedariusz należy do literackiego folkloru – kabaretowego (Słówka Boya-Żeleńskiego), a przede wszystkim szkolnego, czy raczej przedszkolnego, bo związanego z nauką czytania. Dzięki edukacyjnym wyliczankom gatunek osiągnął szczyt popularności, a zarazem popadł w zdziecinnienie, co Tuwim zdaje się rozbijać anarchicznym gestem („Abecadło z pieca spadło…”). Wierszokleci spragnieni łatwego zysku nadal produkują infantylne rymowanki dla najmłodszych, zwykle z „literkami” w tytule.

Forma zyskuje jednak na powadze, kiedy zamiast rodzimych znaków zastosować inne, obce, archaiczne, np. hebrajskie; tej sztuki dokonał Józef Czechowicz w Poemacie z 1938, powracając do biblijnej genezy gatunku i sugerując zarazem tajemnicze, niby kabalistyczne znaczenie pomocniczej „numeracji”. Niejako na odwrót – i wcześniej, bo w 1916 r. – postąpiła Bronisława Ostrowska, układając ABC Polaka pielgrzyma; tutaj bowiem nie litery są nadzwyczajne, lecz problemy, które sygnują (podstawowe prawdy patriotyczne). Wedle tej samej sekwencji znaków powstawały analogiczne „ABC” (robotnika, nauczyciela, ucznia, kobiety), łączące abecadłowy porządek z gatunkami dydaktycznymi – elementarzem, katechizmem, poradnikiem, przewodnikiem. Zwykle są to teksty praktyczne, otchłannie wręcz odległe od idiomu wiersza.

A jednak z dala od poezji, bo w literaturze popularnej, doszło do zaskakującej reaktywacji alfabetariusza. Wydarzyło się to w Polsce pod koniec XX w., wraz z masowym wysypem najrozmaitszych „abecadeł” i „alfabetów”. Za pierwowzór można uznać Alfabet wspomnień Słonimskiego (1975), choć dziełem najbardziej znanym było niewątpliwie Abecadło Kisiela (1987), a potem jego Alfabet (1990). Śladem Stefana Kisielewskiego poszło kilkudziesięciu, jeśli nie kilkuset autorów: pisarze (Czesław Miłosz), dziennikarze (Szymon Hołownia), filmowcy (Kazimierz Kutz), politycy (Jan Maria Rokita, Izabela Jaruga-Nowacka), uczeni (Aleksander Krawczuk), duchowni (o. Knabit, ks. Maliński), sportowcy (Władysław Komar), podróżnicy (Marek Kamiński) i wielu innych. Autorsko sygnowane „abecadło” najwyraźniej zastąpiło formy osobistego wyznania – dziennik, pamiętnik, autobiografię – i skutecznie rywalizowało z modnym wówczas wywiadem rzeką. Po upływie trzech dekad jest wciąż produktywne, choć coraz wyraźniej staje się gatunkiem prasowym, niekiedy publikowanym w odcinkach, a ostatnio pełni też funkcję rozbudowanego nekrologu znanych osób, w którym zamiast życiorysu pojawiają się w „alfabetycznym skrócie” kluczowe elementy biografii (Bartoszewskiego, Lutosławskiego, Wajdy, ks. Kaczkowskiego).

Abecadła początkowo mówiły o znanych ludziach, potem o ważnych zdarzeniach, problemach i zjawiskach, wreszcie o rzeczach, zwierzętach i drobiazgach. Porządek chronologiczny został wyparty przez układ słownika lub encyklopedii, ale pozbawiony właściwej im systematyczności i erudycji. Arbitralny ład alfabetu dostarczył kompozycyjnego pretekstu do gromadzenia bezliku coraz swobodniejszych uwag, spostrzeżeń, wspomnień, anegdot, żartów, plotek i złośliwości formułowanych w swobodnym stylu felietonowym. Doszło zatem do paradoksalnego połączenia logicznego porządku z chaosem, aktualizującego tradycję staropolskiej silva rerum, romantycznej „mieszaniny” i „bigosu”, „grochu z kapustą” oraz innych form programowo pisanych „bez ładu i składu”. Zobaczyć tu można popularny odpowiednik wysokoartystycznych „sylw współczesnych” (zdefiniowanych przez Ryszarda Nycza). Szczególnym przypadkiem są „alfabety” sygnowane przez nieżyjących twórców (Topora, ks. Tischnera, o. Góry), de facto będące pośmiertnymi wyborami fragmentów ich pism, rodzajem antologii osobistej. Przy tej okazji ujawnia się kompozycyjne podobieństwo z antologią – formą jeszcze bardziej ekspansywną, koronnym gatunkiem naszych czasów, najskuteczniej respektującym podstawową regułę twórczą „wytnij/wklej”.

3

Być może bestsellerowe abecedariusze, które pojawiły się wkrótce po 1989 r., należy wiązać z eksplozją poczucia wolności i swobody twórczej, ale pogodzonej już z duchem komercjalizacji. Można się zastanawiać, czy kariera „alfabetu” w wolnej Polsce nie była najważniejszym fenomenem rodzimego postmodernizmu literackiego. Czyżby góra urodziła mysz? „W – stanęło do góry dnem / I udaje, że jest M”.

Aleksander Nawarecki

BIBLIOGRAFIA Marcus, R. (1947), Alphabetic acrostics in the hellenistic and roman period, „Journal of Near Eastern Studies”, nr 6. | Nycz, R. (1984), Sylwy współczesne. Problem konstrukcji tekstu, Wrocław. | Panas, W. (2000), Dwadzieścia dwie litery. O „Poemacie” Józefa Czechowicza uwagi wstępne, „Roczniki Humanistyczne”, T. XLVII, z. 1. | Rypson, P. (2002), Piramidy, słońca, labirynty. Poezja wizualna w Polsce od XVI do XVIII wieku, Warszawa. | Tuwim, J. (1950), Abecadło z pieca spadło, w: Pegaz dęba, Warszawa.

ADAPTACJA

Słowa „adaptacja” i „adopcja” bywają w powszechnym użyciu mylone. Być może są to szczęśliwe pomyłki, poszerzają bowiem pole adaptacyjne o adopcję. Rzadko już w użyciu bywa adapter w sensie gramofonu. Dzisiaj „adapter” bądź „adaptor” (przyjmowany z języka angielskiego) to przejściówka służąca powszechnie do przełączania różnych urządzeń (np. laptopa i telefonu komórkowego). Ta technologiczna metafora wiele mówi o adaptacji. Łaciński czasownik adaptare znaczy coś dostosować do czegoś – albo w ogóle coś sporządzić (na zasadzie skonfigurowania ze sobą różnych sprzętów czy narzędzi). Natomiast czasownik adoptare znaczy przybrać sobie kogoś, wziąć sobie kogoś do pomocy, przybrać kogoś do rodziny, adoptować, dopuszczać kogoś do udziału w czymś, stać się czyimś stronnikiem, poczytywać coś za swoje, choć pierwotnie jest obce, przybrać imię. Są też znaczenia związane z sadownictwem: zrastać się w jedno drzewo po przeszczepieniu. Również medycyna zna adaptację (Dąbrowska) i wymiennie używa tego terminu z koadaptacją i akomodacją (coadaptatio, accomodatio).

Rzymianie adaptowali teksty greckie, które włączali w łaciński obieg kulturowy. Nie dokonywali translacji, lecz adaptacji ze wszystkim, co zdarzyło im się spotkać myślowo i kulturowo i co chcieli uczynić rzymskim. Potwierdza to Rémi Brague w książce Europa. Droga rzymska: „Rzymianie nie przekładali wiele. Raczej adaptowali, pisali na nowo, reinterpretowali teksty, przenosząc je na własny grunt kulturowy. W starożytności częściej szukali w tekstach natchnienia niż je przekładali. Przykładów jest wiele: Lukrecjusz przedstawia wierszem poglądy Epikura, Cyceron streszcza podręczniki średniej Akademii, zastępując ilustrujące je budujące opowieści anegdotami o wielkich Rzymianach, Horacy parafrazuje Alkajosa z Mityleny, Wergiliusz rywalizuje z Homerem”.

Adaptacja to twórcze przeszczepienie jakiegoś utworu w inną przestrzeń komunikacyjną (inne medium) lub dostosowanie go do innych adresatów (przeróbki filmowe, teatralne, performatywne). Przeróbka dawnego utworu literackiego rewitalizuje ten utwór i daje mu drugie życie. Adaptacja filmowa Medei Eurypidesa, której dokonał Pier Paolo Pasolini (1969), daje mitologicznej Medei twarz Marii Callas – i starej Medei nadaje nowe imię. 2400 lat uległo unieważnieniu – a Pasolini usynowił Eurypidesa dla XX wieku. Wynika z tego, że szczepienie nowych pędów na starych gatunkach drzew odmładza je i daje im nowe życie.

Zbigniew Kadłubek

BIBLIOGRAFIA Brague, R. (2012), Europa. Droga rzymska, przeł. W. Dłuski, Warszawa. | Dąbrowska, B. (1990), Słownik medyczny polsko-łaciński, Warszawa.

ADRES

Tradycyjne znaczenie adresu, zapisywanego na kopercie i związanego z „miejscem zamieszkania”, podobnie jak administracyjny „adres zameldowania” czy ważny dla filologów adres bibliograficzny, ustępuje dziś wszechobecnemu adresowi e-mail. W całkowite zapomnienie popadło natomiast genologiczne rozumienie słowa jako samodzielnego gatunku epistolarnego i literackiego.

Wszystkie znaczenia tego wyrazu wiążą się z komunikacją (pocztową, elektroniczną, literacką czy polityczną), więc łatwo pomyśleć, że zakorzenione w łacinie słowo „adres” (ad res?) oznaczać może – „drogę d o r z e c z y”. Ale to mylna etymologia, na co wskazuje choćby gramatyczna niezgodność przypadków (przyimek ad wymaga formy dopełniacza: rem). Prawdziwy źródłosłów francuskiego słowa adresse odnajdujemy w łacińskim addirectiare, oznaczającym ‘kierowanie na wprost, prostą drogą’. Ścieżka etymologii jest jednak bardziej pokrętna, gdyż pobrzmiewa tu także łaciński przymiotnik directus (‘prosty’), pochodzący od czasownika dirigere, oznaczającego ‘prostowanie’. Słowo dirigere wynika natomiast ze złożenia przedrostka dis-, sygnalizującego ‘oddzielenie’, ‘bycie obok’, oraz czasownika regere, rozumianego jako ‘przewodzenie’, ‘kierowanie’ czy ‘rządzenie’. A tu droga prowadzi nas już wprost przed ‘królewskie’ oblicze przymiotnika regalis, aż wreszcie pozwala stanąć twarzą w twarz z samym ‘królem’ – łacińskim rex. Wszystko za sprawą praindoeuropejskiego rdzenia *reg-, fundującego wyrazy związane z poruszaniem się po linii prostej, ale przede wszystkim z prawem, regułą, kierowaniem i władaniem. Adres kryje więc w sobie i króla, i prawo, i – przede wszystkim – władzę odsyłania prostą drogą do rzeczy, czy też kierowania rzeczy na właściwy trakt. Ta dziwna konstelacja etymologicznych tropów mówi jednak niewiele, dopóki nie zestawimy ze sobą różnych znaczeń pojęcia. Zanim adres zadomowił się na polskim gruncie, przebył drogę typową dla większości galicyzmów, które trafiły do nas na fali oświeceniowej fascynacji kulturą francuską. W wydanym w 1807 roku Słowniku języka polskiego Samuel Bogumił Linde odnotował ponad 800 zapożyczeń z języka francuskiego, pośród których znalazł się również adres, zdefiniowany jako ‘podpis listowy’. Po upływie stulecia słownik warszawski daje już dwa objaśnienia: 1. ‘notka o miejscu zamieszkania’, 2. ‘pismo zbiorowe z wyrażeniem uczuć, przekonań, wystosowane do monarchy albo osób znakomitych (dziękczynny, powitalny, jubileuszowy)’. To drugie znaczenie zbiega się z karierą adresów publicznych, przypadającą na wiek XIX, co widać w Słowniku języka Adama Mickiewicza. Zaangażowany w sprawy społeczne i polityczne Mickiewicz używa słowa „adres” na określenie niemal każdego rodzaju listu formalnego czy urzędowego pisma, ale także publicznej, zwykle solidarnościowej odezwy. Musiało być ich wiele w Paryżu, skoro utyskiwał: „Napada nas tu trochę choroba miejscowa gadania i pisania: adresomanja i proklamacjomanja” (SJAM). Oba słowa są wymienione jednym tchem, bo adres bliski był tego, co dzisiaj nazywamy listem otwartym, memoriałem czy petycją. Jego cele były dwojakie: interwencyjne, dyrektywne lub ekspresywne, kiedy stanowił manifestację poglądów nadawcy i jednocześnie protest przeciwko działaniom odbiorcy; ale i wiernopoddańcze (komisyjne, hołdownicze, lojalistyczne), gdy wyrażał uznanie dla adresata i aprobatę jego działań oraz uległość względem decyzji czy żądań. W obu wypadkach kluczowa zdaje się wiara w sprawczą moc słowa, w to, że adres dysponuje taką właśnie siłą. Być może dlatego atrakcyjny zdawał się Mickiewiczowi, pojmującemu literaturę jako działanie, szukającemu słów dających władzę nad rzeczywistością. A rozczarować go musiały inflacyjne efekty „adresomanii”.

4

Przekonanie o skuteczności słów pobrzmiewa również w potocznym znaczeniu wyrazu. Zarówno Linde, jak i późniejszy słownik warszawski odnotowują czasownikową formę zwrotną „adressować się”, którą pierwszy leksykon ilustruje przykładem: „Śmiał się adressować do mojey córki”, drugi zaś opatruje objaśnieniem: ‘zalecać się’, ‘mieć zamiary względem panny’, ‘stroić koperczaki’, ‘smalić cholewki’. Nietrudno zobaczyć analogię między zalotami a wiernopoddańczym zalecaniem się do władzy, które oprócz wiary w potęgę słowa wymaga specjalnych umiejętności. Oto one: ‘zręczność’, ‘żonglerska zwinność’, ‘spryt’ i ‘kuglarska przebiegłość’; wszystkie te walory – chyba nieprzypadkowo – zgodne są z przenośnym rozumieniem francuskiego adresse (adresse d’un jongleur, tours d’adresse). Takich fraz próżno szukać w polskich słownikach, aczkolwiek wyraz ten początkowo funkcjonował jako kalka z francuskiego, co potwierdza kwestia z komedii Franciszka Zabłockiego Małżonkowie pojednani, czyli przesąd modny: „Zważ tylko, przy kobietach, tak jak przy fortecy. Nic impet, wszystko adres, manewry, aprosze”. Zabłockiego bawi podobieństwo „adresowania się” do kobiety i do uzbrojonego przeciwnika, sztuczek stosowanych przez zalotnika i wojownika, wymiaru intymnego i publicznego.

5

Dodajmy, że dawne znaczenie adresu, bliskie odezwy czy proklamacji, zgodnie z etymologią wiązało się z głosem – z zawołaniem podwyższonym do granicy krzyku, rozlegającym się nie prywatnie, lecz wobec słuchaczy. Tymczasem adres zamykający w sobie swoisty paradoks „listu otwartego” przeniósł ten publiczny apel z retorycznej sceny mowy na scenę pisma, zawieszając tym samym żelazną zasadę tajemnicy korespondencji. To bowiem wymagało już mniej odwagi. By w XVIII wieku „adresować się” do króla lub innego organu władzy, konieczna była śmiałość, bo słanie „adresów” było czynem wzniosłym i dramatycznym – wszak sfera polityki wiąże się z ryzykiem. Z biegiem czasu ta sytuacja stopniowo się odwracała, bo adres umieszczany na kopercie był coraz bardziej konwencjonalny, regulowany prawem i nomenklaturą (kod pocztowy), zaczął przysłaniać wyjątkowość odbiorcy, którego imię i nazwisko nie znaczyło już wiele więcej niż numer domu. Adresowanie stawało się czynnością rutynową, wręcz mechaniczną, pozbawioną emocji – i tak zatarła się wiedza o dawnym, literackim rozumieniu adresu. Unifikująca logika cyfryzacji jeszcze przyspieszyła ten proces.

Arbitralność i konwencjonalność – te dwie zasady rządzące adresowaniem, wedle nowoczesnej wykładni, zawiadują też naszym językiem. Adres potwierdza zatem wszechobecną umowę, a zarazem ją obnaża. Wszak pochodzi „z nadania”, które dokonuje się z pozycji niewidzialnej władzy. Pod podszewką adresu, tak jak pod podszewką języka, tkwi symboliczna przemoc, egzekwowana przez „arbitra”, który dysponuje znakami i narzuca im sens. Ale to nie jest król – widzialny, budzący podziw i lęk. Prawda adresu obnaża zatem kryzys reprezentacji, przepaść, jaka zionie między słowem a rzeczą, tę nieusuwalną odległość między nazwą i materią, którą opisuje Walter Benjamin: „Zmysłowość kryjąca się w nazwach ulic: absolutnie jedyna, jaką od biedy mogą jeszcze dostrzec mieszkańcy miast. Bo i cóż wiemy o rogach ulic, krawężnikach, o architekturze bruków – my, którzyśmy pod bosymi stopami nigdy nie poczuli ciepła, brudu i kanciastych kamyków, którzyśmy nigdy nie zastanawiali się, czy będzie nam wygodnie lec na nierównych chodnikowych płytkach?”. Nieprzypadkowo zdania te pojawiają się w Pasażach, które z wielkim upodobaniem nad prostą drogę do celu przedkładają niedorzeczność błądzenia.

Marta Baron-Milian

BIBLIOGRAFIA Benjamin, W. (2005), Pasaże, przeł. I. Kania, Kraków. | Certeau, M. de (2008), Wynaleźć codzienność. Sztuki działania, przeł. K. Thiel-Jańczuk, Kraków. | Skwarczyńska, S. (1937), Teoria listu, Lwów. | Walczak, B. (1980), Wpływy francuskie epoki oświecenia, „Sprawozdania Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, Wydział Filologiczno-Filozoficzny”, 96. | Zabłocki, F. (1830), Małżonkowie pojednani, czyli przesąd modny, Warszawa.

AFORYZM

Aforyzm jest dowodem na to, że myśl potrafi być złota, lotna, zwinna; że może zwijać się jak jeż i wzlatywać jak ptak. O aforyzmie wolno mówić dyskursem wzlatującym, ponieważ w dużym stopniu ma naturę ptasią. Istnieje wpisana weń tendencja do niezależności, lekkości, do wzbijania się w górę, nieustanna gotowość do skoku, co potwierdził pięknie Stanisław Jerzy Lec. Dlatego wolno – pamiętając o Homerze – nazwać aforyzm skrzydlatym słowem, ἔπος πτεροέν (épos pteroén).

Jeśli ulatywanie wiąże się z oderwaniem od ziemi, z przekroczeniem owego naturalnego ograniczenia, to jesteśmy w dramatycznej relacji wobec greckiej etymologii aforyzmu, gdyż czasownik ἀφορίζειν (aphorídzein) znaczy ‘wytyczyć granice’, ‘ograniczyć’, ‘dzielić’, ‘oddzielić’, ‘przedzielić’, ‘rozłączyć’, ‘izolować’, ‘segregować’, ‘zwężać’, ‘wybrać’. Pochodzący od tego czasownika rzeczownik ἀφορισμός (aphorismós) to ‘ograniczenie’, ‘oznaczenie’, ‘wyznaczenie’, ‘określenie’, ‘definicja’, a także ‘krótkie twierdzenie, które zwięźle streszcza podstawowe pojęcie jakiejś dziedziny’.

Działanie aforyzmu wiąże się tak samo z lataniem, jak i z leczeniem. Jednym z pierwszych obszarów jego funkcjonowania jako definicji był tzw. podręcznik lekarzy knidyjskich, czyli Aforyzmy hipokratejskie (cz. Corpus Hippocraticum). To ponad czterysta bardzo krótkich opisów i diagnoz chorobowych, podzielonych na siedem obszarów tematycznych. Aspekt lekarski jest istotny. Franz Kafka, jeden ze znakomitszych aforystów w dziejach literatury, układał je na wsi w Zürau (wrzesień 1917 – kwiecień 1918). Był to swoisty zabieg terapeutyczny – podjęty miesiąc po zdiagnozowaniu u niego gruźlicy. Okazją do napisania ponad stu aforyzmów była nie tylko pewność choroby, lecz także odległość – odizolowanie się od świata i Pragi: „[…] głosy tego świata stały się cichsze i coraz mniej liczne”. Świat w Zürau uległ zawężeniu. „I tylko tym możemy wytłumaczyć samą istotę tej ryzykownej próby, możliwej jedynie w tamtych warunkach, by sięgnąć w pisaniu po nową formę: po formę aforyzmów” (Calasso). Kafka tworzył je „rozłącznie” także w sensie przestrzennym, zgodnym z grecką etymologią: zapisywał prawie każdy na osobnej kartce o wymiarach 14,5 na 15,5 cm.

Do połowy XIX w. aforyzm łączono z naukami przyrodniczymi, gdzie stanowił zwięzły opis oraz podsumowanie wykonanego eksperymentu. Później, prawdopodobnie od wydania Schopenhauerowskich Aforyzmów o mądrości życia w 1851 r., mianem tym zaczęto nazywać zapiski i fragmenty, które nie dotyczyły dyscyplin szczegółowych i szybko rozwijającego się przyrodoznawstwa; stanowiły przeto uwagi nieeksperckie, niespecjalistyczne. Niejako ex post aforyzmami poczęto nazywać także różnego typu notatki, uwagi, refleksje, ścinki teorii. Tak rozumiał je Friedrich Nietzsche, dla którego były podsumowaniem i streszczeniem eksperymentu wykonanego na sobie, na własnym życiu i myśleniu.

Aforyzm jest gatunkowo spokrewniony z gnomą, apoftegmatem, entymematem, przysłowiem, maksymą, sentencją, sloganem, cytatem, a także adagium, które w dobie renesansu doprowadził do mistrzostwa Erazm z Rotterdamu. Choć czasem bywa utożsamiany z gnomą albo maksymą, funkcjonuje samodzielnie, autonomicznie, nie jest częścią innego tekstu ani Bachtinowskim „cudzym słowem” (tak jak np. przysłowie wplecione w większą wypowiedź). Od IV w. p.n.e. tworzono aforystyczne zbiory, jeśli za takowe uznamy gnomologie (kolekcje gnom i sentencji oraz innych wypowiedzi o charakterze przysłowiowym). Służyły one w szkołach do nauki. W Rzymie taki zespół 734 tekstów zgromadził i stworzył Publiliusz Syrus (I w. p.n.e.).

6

Aforyzm, zgodnie ze swoją etymologią, chce pozostać wyizolowany, wypreparowany, szykując się niejako do wyruszenia w jakąś inną, nową stronę myśli. Z tego powodu wolno skojarzyć go także z innym słowem greckim: ἀφορμή (aphormé) – miejsce, które się opuszcza, z którego się dokądś wyrusza, punkt wyjściowy, okazja, pretekst, bodziec.

Aforyzm tylko pozornie jest terminem nieostrym. Możemy go utożsamić z niektórymi przysłowiami o proweniencji nieludowej. Arystoteles uważał przysłowie za metaforę, Kwintylian w Kształceniu mówcy – za figurę stylistyczną (Institutio oratoria), lecz aforyzm potrafi być autonomiczny, ma swoją poetykę, choć może się zatracić w grze słów. W swej budowie często miewa charakter korelatywny (jaki–taki, ile–tyle), paradoksalny („połowa to więcej niż całość”), adynatywny (wyrażający niemożliwość), a także zagadkowy: Homo trium litterarum – człowiek z trzech liter – fur – czyli złodziej. Wedle Mautnera proces jego tworzenia można ująć dwufazowo, jako pomysł i jego wyjaśnienie, choćby tak: „W jaki sposób powstają olbrzymie fortuny? Trzeba szczęścia… Los wywyższa i zniża ludzi wedle swego kaprysu” (Wolter). Dla Stanisława Jerzego Leca aforyzm musiał być dowcipny, często oparty na kalamburze i grze słów, co widać w Myślach nieuczesanych z 1957 roku.

W XVII i XVIII w. aforyzm „był […] modną zabawą salonowej literatury” (Boy-Żeleński). Salon sprzyjał zarówno koncentracji myśli, jak i jej rozsianiu. Aforyzm staje się wówczas „sądem całego towarzystwa” (Boy-Żeleński), bon motem, powiedzonkiem. Chociaż lubi się oddzielać, stosuje czasem strategię przeciwną: przyłącza się do jakiejś grupy i jakiegoś autorytetu. Widać to choćby w aforyzmach Bertolta Brechta, stylizowanych na przypowieść mędrca, starożytnego Chińczyka czy mandaryna. Aforyzm lubi się oddzielać nawet od swej nazwy, dlatego Ramón Gómez de la Serna ochrzcił pisane przez siebie złote myśli greguerías, dodając w ten sposób nowy termin do starej tradycji.

Dla Tadeusza Sławka aforyzm „jest pismem filozofii, która nie objawia, lecz ukrywa”. A Sarah Kofman mówi, że „aforyzm dzięki swej nieciągłości rozprasza znaczenia; jest wezwaniem do wielości interpretacji i ich odnawiania się”. Wytężając słuch, usłyszymy w etymologii greckie słowo ὅρος (horos), czyli miejsce, ale także to konkretne miejsce, gdzie w teatrze antycznym stał chór. Aforyzm jest bowiem pojedynczą uwagą czy mądrością niezdefiniowaną, wiedzą o tym, jak żyć, głoszoną przez wieki na różne sposoby przez liczny chór aforystów. Ta mądrość jest wspólna i uniwersalna, choć czytamy ją wyrywkami. Bo jest właśnie tak, jak mówi Wasilij Rozanow: „Żyjemy jak gdyby aforyzmami, nie próbując powiązać ich w jakiś system, i nie zauważamy nawet, że wszystkie nasze aforyzmy przeczą sobie nawzajem”.

Zbigniew Kadłubek

BIBLIOGRAFIA Arthaber, A. (1989), Dizionario comparato di proverbi e modi proverbiali, Milano. | Asemissen, H. U. (1949), Notizen über den Aphorismus, „Trivium”, nr 2. | Bayer, K. von (red.) (1999), Nota bene! Das lateinische Zitatenlexikon, Düsseldorf–Zürich. | Calasso, R. (2011), K, przeł. S. Kasprzysiak, [b.m.]. | Gómez de la Serna, R. (1979), Myśli rozbrykane, wybrał, przeł. i wstępem opatrzył J. Strasburger, Warszawa. | Kafka, F. (2007), Aforyzmy z Zürau, przeł. A. Szlosarek, oprac. R. Calasso, Kraków. | Kofman, S. (1972), Nietzsche et la métaphore, Paris. | Lichtenberg, G. Ch. (2003), Aphorismen, ausgewählt und mit einem Vorwort von M. Rychner, Zürich. | Mautner, F. H. (1978), Maksymy, sentencje, aforyzmy, „Pamiętnik Literacki”, z. 4. | Rozanow, W. (1984), Aforyzmy, przeł. M. Biernacka, Warszawa. | Schnayder, J. (1965), Przegląd greckich miniatur literackich, „Eos”, R. 55. | Schopenhauer, A. (2002), Aforyzmy o mądrości życia, w: idem, W poszukiwaniu mądrości życia. Parerga i paralipomena, przeł. J. Garewicz, Warszawa. | Sławek, T. (1988), Minotaur. O czytelniku w pismach Nietzschego, „Prace Naukowe Uniwersytetu Śląskiego”, nr 989, Katowice. | Stuligrosz, M. (2002), Gnoma w twórczości Pindara, Poznań. | Swoboda, M. (1963), De proverbiis a Cicerone adhibitis, Toruń. | Wolter (1976), Aforyzmy, wybór i wstęp M. Mroziński, Warszawa. | Żeleński-Boy, T. (1925), Wstęp, w: F. de La Rochefoucauld, Maksymy i rozważania moralne, przeł. T. Boy-Żeleński, Kraków.

AKCENT

„Akcent” w języku polskim – podobnie jak włoski accento, hiszpański acento, francuski i angielski accent, niemiecki Akzent czy rosyjski акцент – pochodzi od łacińskiego rzeczownika accentus, a ten z kolei wywodzi się od czasownika accino, -ere (złożenie ad i canere) – ‘przyśpiewywać’ (Diomedes). Accentus bowiem, jak twierdzą autorzy starożytni, to ukryty śpiew obecny w mowie (quidam obscurior cantus – Cicero), czy też „swego rodzaju przy-śpiew” (quasi adcantus – Capella). Kwintylian podaje synonim: tenor (prymarnie oznaczający ‘nieprzerwany ciąg’), poświadczając, że słowo to przybierało dawniej formę tonor, upodabniając się do greckiego τόνος (oznaczającego ‘coś naciągniętego’, a następnie ‘naprężenie’, ‘podniesienie’, ‘siłę’, jak również ‘dźwięk’ i ‘akcent’). Inne synonimy to sonus (‘dźwięk’, ‘głos’), fastidium albo cacumen – obydwa w znaczeniu ‘wierzchołka’, ponieważ znak akcentu zapisywano nad literą (Diomedes).

Łaciński accentus miał być utworzony na wzór greckiego prosodia (προσῳδία) (Diomedes, także Capella), terminu oznaczającego ‘pieśń śpiewaną z muzycznym akompaniamentem’, ‘modulację’, ‘akcentowanie’, ‘iloczas’ czy ‘przydech’. Zapewne ze względu na to szerokie znaczenie prozodią nazywa się dziś naukę o brzmieniowych właściwościach języka i wiersza. Dla starożytnych jednak wiedza ta łączyła się z emocjami, co uwydatnia Arpinata: „niezwykła jest natura głosu, którego trzy akcenty, acutus, gravis i circumflexus, tworzą tak wielką i tak pełną słodyczy różnorodność”. Tę pełnię osiąga prosodia oczywiście w muzyce, ale – w sposób bardziej dyskretny – obecna jest także w mowie (Cicero). Dlatego też akcent nazywano „szkółką” czy „zasiewem” (seminarium) muzyki (Capella), a nawet uznano, że jest „jak gdyby duszą” (velut anima) każdego słowa, która nim rządzi (Diomedes, także Capella).

Oprócz tych jakże wymownych pochwał Rzymianie pozostawili pouczające wykłady na temat zasad akcentowania w języku łacińskim, „zły akcent” bowiem zawsze demaskował i kompromitował „obcych” lub „gorszych” – cudzoziemców, prowincjuszy, pospólstwo. Jednak zarówno laudacyjne ujęcie Cycerona, jak i uwagi Kwintyliana czy metodyczne objaśnienia gramatyków (np. Diomedes, Capella, Pseudo-Pryscjan) dotyczyły akcentu, którego charakter (zwłaszcza jego „śpiewność”) i przemiany budzą dziś wątpliwości. Ponieważ we wczesnej i późnej łacinie występuje zjawisko zanikania czy osłabienia nieakcentowanych głosek, przyjmuje się, że w tym okresie miała ona akcent dynamiczny, polegający na wzmocnieniu głosu, właściwy wielu językom współczesnym, w tym polskiemu. W okresie klasycznym zjawisko to zasadniczo nie występowało, stąd przypuszczenia, iż Rzymianie, okresowo naśladując Greków, przyjęli akcent toniczny/muzyczny, polegający na podniesieniu lub obniżeniu tonu. Część badaczy powątpiewa jednak w taki scenariusz, ponieważ nie znajduje on analogii w innych językach. Termin accentus, jakkolwiek wzorowany na προσῳδία, byłby zatem mniej adekwatny w odniesieniu do łaciny niż odpowiednio προσῳδία do greki – wskazywałby na śpiewność, jakiej językowi Rzymian brakowało. I ten brak zdaje się rzymskim kompleksem. Kwintylian ubolewa nad brzmieniową brzydotą rodzimej mowy: „nasze akcenty [accentus] posiadają mniej słodyczy, czy to z powodu jakiejś twardości [rigor], czy przez sam brak podobieństwa” (chodzi o niemożność położenia w łacinie akcentu acutus i circumflexus na ostatniej zgłosce).

7

Wszelako nam i greka, i łacina wydają się dziś „zmuzykalizowane” – jako języki oparte na iloczasie, który w polszczyźnie zaniknął. Mimo tej straty najstarsze leksykony zachowały pamięć o śpiewności akcentu. Jeszcze szesnastowieczny słownik Mączyńskiego jako synonim accentus podawał nie tylko tonus (zgodnie z tradycją), lecz także „intonowanie”; termin „intonacja”, pochodzący od czasownika intono, -are, oznaczał prymarnie ‘grzmieć’ oraz przenośnie ‘wykrzykiwać’, a w łacinie średniowiecznej również ‘śpiewać’. W tym samym wokabularzu prosodia zdefiniowana została jako „Latine accentus, nota, nocenie, dźwięk, przynocenie niektórych sylab w mówieniu”. Jednakże siedemnastowieczny słownik Knapiusza zawiera już tylko termin accentus scriptus, sprowadzony do „kropki pisarskiej”, prosodię zaś objaśnia uderzająco twardo – jako „natężanie słów”. Hasła w kolejnych leksykonach brzmią coraz bardziej sucho, może tylko słownik wileński wydaje się muzycznie nastrojony, kiedy „intonację” objaśnia jako „trafianie tonów głosem; rozpoczęcie pieśni; motyw śpiewu”. Natomiast w definicji akcentu słychać gwałt na śpiewności języka: „ton mowy, przycisk głosu nad pewną samogłoską; znak przycisku nad głoską”.

„Znak” wskazany przez Zdanowicza, a wcześniej „kropka pisarska” Knapiusza to symboliczny „koniec pieśni”. Tak widział ten proces Jean-Jacques Rousseau na przykładzie rodzimej francuszczyzny: „Chcąc akcent uzupełnić akcentami, popełniamy błąd: tworzymy akcenty tylko wówczas, gdy akcent jest już zagubiony”. Autor szkicu O nowoczesnej prozodii (sam utrzymujący się z kopiowania nut) przeklina skrybów, którzy wymyślili złudne „znaczki akcentów” – iluzję żywej niegdyś mowy. Lecz kopiści są tylko ślepym narzędziem, istota zła tkwi w samej naturze pisma, w jego martwocie. Jacques Derrida dopowie: „A gdy pismo usiłuje uzupełnić akcent akcentami, jest tylko szminką skrywającą zwłoki akcentu”. To zmartwienie Francuzów, bo na południu Europy „sens tylko częściowo tkwi w słowach, cała jego siła polega na akcentach”; inne nacje intonują inaczej, więc odmienne mają kłopoty, bo „akcent języków określa melodię każdego narodu” (Rousseau). Owszem, różnice są istotne, ale tu historia języków nowożytnych jest wspólna – pismo wszędzie zaciera akcent wokalny, a to ruch ku śmierci.

Polszczyzna nie przypomina jednak „uszminkowanego trupa”, gdyż nie znaczymy przycisków; co więcej, na początku XIX w. – podobnie jak Rzymianie – próbowaliśmy upodobnić poetycką mowę do greki. Kompozytor (Elsner), pianistka (Szymanowska), krytyk (Cegielski) i poeta (Brodziński) wspólnie wymyślili system wierszowania, w którym akcent wyrazowy miał zastąpić iloczas. Możliwy stał się tedy heksametr i epopeja na miarę Homera – w język mogła teraz wstąpić boska energia. Ale czy te imitacje stóp miały taneczną siłę? Czy zestroje akcentów brzmiały jak antyczne? Zdaje się, że sylabotonizm był sztucznym wymysłem, a może w ogóle go nie było (jak podejrzewał Budzyk). Tak czy inaczej, mechaniczna regularność akcentów nie wszystkim się podoba (Norwidowi przypominała „tętno cepów na klepisku”). Dziś słychać raczej stuk ołówków, którymi studenci na lekcjach poetyki wybijają akcenty dawnych wierszy. Lecz i to przycichło, ostatnim żywym doświadczeniem zdaje się „intonacja zdaniowa” – opozycja intonacji „wznoszącej”, czyli antykadencji, oraz „opadającej” kadencji. Te upadki i uniesienia są wciąż słyszalne i zrozumiałe; może jeszcze kontrast między akcentem logicznym i emocjonalnym trafia do wyobraźni? Wszelkie inne rozróżnienia akcentu (na stały i ruchomy, wyrazowy i zdaniowy, klauzulowy i średniówkowy, główny i poboczny) to tylko opis techniczny, przeważnie gramatyczne kategorie na szkolny użytek. Nie wykraczają więc poza szkolne mury albo ramy fachowych studiów wersologicznych. W dobie wiersza wolnego trudno sobie przecież wyobrazić spór krytyków o sposób akcentowania w recenzowanym tomiku poetyckim.

Dwa wieki temu, w epoce romantyzmu, lekarstwem na demuzykalizację mowy było zbliżenie wiersza i pieśni (niem. Lied); dziś jakąś szansę daje praktyka popisowego wygłaszania wiersza – poetycki slam. Być może ożywczym impulsem okażą się również łobuzerskie transakcentacje raperów? A jeśli zawiodą te próby rewitalizacji głosu, to wypadnie smutno przytaknąć Janowi Jakubowi, bo czymże jest akcent bez śpiewu, bez pieśni lub nuty, bez grzmotu i krzyku, a wreszcie bez ducha…

Aleksander Nawarecki, Iwona Słomak

BIBLIOGRAFIA Allen, W. S. (1978), Vox Latina. A Guide to the Pronunciation of Classical Latin, Cambridge. | Cange, Ch. du, et al. (1883–1887), Glossarium mediae et infimae Latinitatis, Niort. | Capella, M. (1983), De nuptiis Philologiae et Mercurii, ed. J. Willis, Lipsiae. | Cicero, M. T. (1980), Orator, w: idem, Scripta quae manserunt omnia, fasc. 5, ed. R. Westman, Leipzig. | Derrida, J. (1999), O gramatologii, przeł. B. Banasiak, Warszawa. | Diomedes (1857), Artis grammaticae libri III, w: Grammatici Latini, vol. I, rec. H. Keil, Lipsiae. | Dłuska, M. (1976), Prozodia języka polskiego, Warszawa. | Donatus (1864), De arte grammatica libri, w: Grammatici Latini, vol. IV, rec. H. Keil, Lipsiae. | Hulst, H. van der (1999), Word Prosodic Systems in the Languages of Europe, Berlin. | Pseudo-Priscianus (1859), De accentibus, w: Grammatici Latini, vol. III, rec. H. Keil, Lipsiae. | Pulgram, E. (1975), Latin-Romance Phonology: Prosodics and Metrics, Munich. | Quintilianus, M. F. (1996), Istitutio oratoria, with an English translation by H. E. Butler, Cambridge. | Rousseau, J. J. (2001), Szkic o pochodzeniu języków, przeł. B. Banasiak, Kraków. | Steffen-Batogowa, M. (2000), Struktura akcentowa języka polskiego, Warszawa–Poznań. | Topolska, Z. (1961), Z historii akcentu polskiego od wieku XVI do dziś, Wrocław.

AKT

Bliskość łacińskich actio (wygłoszenie mowy) oraz actus (część utworu dramatycznego zawierająca część przedstawianej na scenie historii) nie powinna dziwić. Rzymianie teatralizowali mowy i retoryzowali teatr. Zresztą obydwa słowa pochodzą od czasownika agere. Na pewno actio jest czynnością, której mogą towarzyszyć słowa. Akt zaś jest mówieniem, które wiąże się z działaniem. Etymologia rzymskiego „aktu” podkreśla jego znaczenie dla fabuły dramatu. Actus, imiesłów czasu przeszłego dokonanego strony biernej czasownika agere, znaczy: dokonany, wykonany, przedstawiony. Acta est fabula można rozumieć albo jako „sztuka została wystawiona”, albo „przedstawienie dobiegło już końca”. Łacińskie agere oznacza nie tylko przedstawiać, lecz także dziać się. Akt dramatu to miejsce, w którym dosłownie d z i e j e s i ę jego akcja. Rzymski akt w jakimś sensie odpowiada greckiemu epejsodionowi. Klasyczny dramat składa się z pięciu aktów (Plaut, Terencjusz).

Dzisiaj, kiedy mówimy „akt”, myślimy przede wszystkim o (rzeźbiarskim, malarskim, graficznym, fotograficznym, performatywnym) przedstawieniu nagiego ciała ludzkiego. Sztuka aktu (niem. Aktkunst) to producent najważniejszych tematów w sztuce. Termin „akt” przedostał się do sztuki w XIX w. Akty w dramacie dzielą tekst i sceny – akty w sztukach plastycznych oddzielają odzienie od ciała, ciało od ubrań. Oba akty – ten dramatyczny i ten malarski – spotykają się w cielesności. Ciało współczesnych dramatów może czasem szokować swą dosłowną „aktowością”, fascynować – niczym pogłębionym aktem – fizycznością czy fizjologią (jak np. robi to Sarah Kane w Oczyszczonych).

Łaciński actor jest skąpo odzianym poganiaczem bydła (mówi do zwierząt: „Nuże, nuże!”, czyli wprawia je w ruch podczas swoistego łąkowego performansu), actor jest mówcą sądowym, actor jest scenicznym aktorem odgrywającym różne role. Aktor, który w aktach swoim ciałem przedstawia czyny i słowa dramatis personae, jest histrionem: trefnisiem, tancerzem, mimem, gestykulatorem. Czternastowieczny surowy kaznodzieja Tomasz z Chobham pisał, że „dawać histrionom znaczy tyle, co tracić”. Ale czy wspieranie histrionów nie jest jeszcze innym aktem? – Aktem miłosierdzia?

Zbigniew Kadłubek

BIBLIOGRAFIA Krajewska, A. (2005), Dramat współczesny. Teoria i interpretacja, Poznań. | Udalska, E. (2001), O dramacie. Źródła do dziejów teorii dramatycznych, Katowice.

8

ALEGORIA

Te obrazy mogą zniewalać. Olbrzymi pelikan ze spokojem otwierający sobie bok na oczach młodych, łapczywie wyciągających w jego stronę małe, głodne dzióbki. Piękna młoda kobieta z zawiązanymi oczami, nader pewnie trzymająca rozłożystą wagę i ciężki miecz. Wprawione w trójkąt ogromne oko unoszące się wysoko nad horyzontem po to, by wpatrywać się w ciebie dzień i noc. Te obrazy sprawiły, że alegoria stała się ulubienicą szkolnych poetyk – zabiegiem tyleż przemyślnym, co przejrzystym, nawet jeśli nie prostackim, to wystarczająco prostym, by móc się obejść bez słowa. Wszak o tym ostatnim zapomniała nawet autorka hasła w Słowniku terminów literackich, objaśniając źródłosłów greckiego wyrazu ἀλληγορία (allēgoría) jako „mówienie obrazowe, alegoria”… Niby wszystko jasne jak na dłoni – a jednak owa dłoń okazuje się pusta. Obecność obrazu w ἀλληγορία (allegoría) to bowiem obraza dla etymologii; podstawowy dla tego słowa czasownik ἀλληγορέω (allēgoréo) złożony jest z dwóch komponentów – ἄλλος (allos) i ἀγορεύω (agoreuo) – które o obrazowości nie wiedzą nic, chętnie jednak poprowadzą nas w inną stronę, by opowiedzieć zupełnie inną historię.

Miejscem akcji nie może nie być agora (ἀγορά). Na taką arenę kieruje nas czasownik ἀγορεύω (agoreuo), którego najogólniejsze znaczenie – ‘mówić’ – jest wyraźnie wtórne wobec prymarnego ‘przemawiać’, ‘wygłaszać tyradę’, ‘zabierać głos w zgromadzeniu’ – a zatem: ‘mówić na rynku, na agorze’. Nazwa tej ostatniej wzięła się od czasownika ἀγείρω (ageiró), mającego u Homera aktywne znaczenie ‘zgromadzam’, ‘zbieram razem’; wyraz agora służył więc pierwotnie „do określenia zgromadzenia, […] które zostało zwołane przez uprawnioną do tego władzę”, dopiero w późniejszych użyciach obserwujemy „przeniesienie nazwy agora na samo miejsce, w którym się te zebrania odbywały” (Parnicki-Pudełko). Polityczne znaczenie agory wyprzedza znaczenia topograficzne i ekonomiczne: „agora pojęta tak, jak ją sobie Grek musiał przedstawiać w swojej wyobraźni, to był lud obradujący na placu publicznym” (Parnicki-Pudełko). Alegorię zwiastuje zatem performatyw ἀγείρω (ageíro); aby stał on się fortunny, właściwa osoba musi powołać do życia rzeczywistość zgromadzenia – tak rozumieć należy uwagę Homeryckiego Ajgistosa, że nie zwoływano agory, „odkąd w brzuchatych korabiach boski Odysej odpłynął” (Homer). Jak wyjaśnia dalej Stefan Parnicki-Pudełko, „nie znaczy to bynajmniej, by nie było tam w ogóle zebrań przez lat 20. Ludność gromadziła się często na placu, ale takie zgromadzenia przypadkowe […] nie nazywają się nigdy u Homera agorami”. Do zebrania tej ostatniej trzeba kogoś, kto miałby moc zgromadzenia ludzi w jedno – kogoś, do kogo lud się g a r n i e. Ten ostatni czasownik jest bodaj najbardziej adekwatnym polskim słowem, jakiego użyć można w tym miejscu – podobnie jak ἀγείρω (ageíro), zawiera on praindoeuropejski rdzeń *ger-/ gere-, oznaczający ‘zbierać’ i lokujący alegorię w polach semantycznych zbieractwa, kolekcjonowania i łączenia, wśród takich leksemów, jak łacińskie categoria, włoskie congregare czy angielskie to cram (Pokorny). Oto najbardziej pierwotne znaczenia ἀγορεύω (agoreuo): ‘zbierać’, ‘jednoczyć lud słowem’. Słowem: zwoływać. I choć nie sposób bagatelizować społecznych funkcji wizerunków, ἀλληγορία (allegoría) nie prowadzi nas bynajmniej przed potężne totemy czy łaskami słynące obrazy, lecz odsyła do politycznego znaczenia ustanawiającego wspólnotę językowego performatywu.

9

Zostaliśmy więc przywołani na główny plac polis, w samo serce tego, co wspólne, w miejsce, gdzie nie ukryje się nic; w rzeczy samej ἀγορεύειν (agoreúein) przywołuje „mowę jawną, publiczną, deklaratywną” (Fletcher), a transparentność tę podkreślać można, wykładając znaczenie tego słowa jako „mówić pośród otwartego placu” (Czechowicz). Tym razem jednak przemowa nie będzie taka jak zwykle. Przymiotnik ἄλλος (allos) oznacza bowiem tyle, co ‘inny’, ‘odmienny’, a zatem ἀλληγορία (allegoría) to w najbardziej oczywistym znaczeniu ‘inna mowa’. Zająknijmy się jednak, zanim przywołamy potężną tradycję łączącą alegorię z mową przenośną, metaforyczną, uruchamiającą sensy niedosłowne i w tym znaczeniu „obrazową” – tradycję idącą co najmniej od Kwintyliana, określającego alegorię mianem „metafory ciągłej”, aż do Lausberga, według którego „alegoria jest tym dla idei, czym metafora dla pojedynczego słowa”. Żeby bowiem naprawdę zrozumieć alegorię, trzeba się pochylić nad innym jeszcze odmieńcem. Etymologia ἄλλος (allos) nie odsyła nas wszak do abstrakcyjnej figuratywności, lecz do kluczowej postaci kultury jako takiej – figury Innego, przy którego nieredukowalnej obcości nawet najbardziej ekwilibrystyczne przesunięcia semantyczne wydać się mogą aż nazbyt swojskie. Kiedy inny zbliża się do agory, wywołuje obawę, a niekiedy przejmuje trwogą – to z tego powodu zbieramy się na niej jak na zawołanie. Dla polis inny stanowi bowiem zagrożenie, któremu trzeba stawić czoło. Nic zatem dziwnego, że praindoeuropejski rdzeń *-al/-ol – dający początek określeniom innego, obcego i przybysza w wielu językach (włoski alius, alter, francuski autre, angielski alien, armeński ayl) – nazywa także zagrożenia, na jakie narażone są więzi społeczne, od cudzołóstwa (ang. adultery), przez fałszerstwo (ang. adulterate), aż do oburzenia (franc. outrer); nie jest również przypadkiem, że do rodziny tej należy także aligator (Pokorny). Znamienne jednak, że ten sam rdzeń dał też początek określeniom pełni, kompletności (jak w angielskim all, niemieckim das All czy szwedzkim al), w sanskrycie zaś z wyrazem oznaczającym obcego (aríh·) blisko spokrewnione jest określenie gościnnego pana (aryás). Nasz świat nie byłby światem kompletnym – bez innego.

10

Inny na agorze – oto scena pierwotna alegorii. Już samo jego nadejście zwołuje (bez słowa!) wszystkich na miejsce. Zbiegają się i nadstawiają uszu: cóż takiego powiedzieć może przybysz? Tymczasem obcy m ó w i i n a c z e j – nie po naszemu. Jego mowa, i n n a m o w a, to alegoria w stanie czystym – niejasna, ciemna i frapująca (nie bez przyczyny Grecy nazywali ją hiponoia i wskazywali na jej łączność z enigmą; za: Ziomek). Taka mowa wymaga translacji, objaśnienia, interpretacji, alegorezy; jakże zrozumieć bez nich dziwne, bełkotliwe dźwięki płynące z ust przybysza? Antropologia uczy nas, że języki obcych plemion zwykło się określać dwoma rodzajami słów: albo tymi odsyłającymi do niemoty i afazji, albo tymi oznaczającymi bełkot i jąkanie – stąd określenie barbaros, złożone z asemantycznych, obcych, zająkliwie powtórzonych cząstek bar. Inna mowa jest dla zebranych na agorze jak bezładne, bezradne jąkanie – tym potworniejsze, że rozlegające się tam, gdzie dziesiątki uszu przyzwyczajone są do zwoływania, do ustanawiającego, pełnego słowa. Będzie miał zatem rację Warminski, kiedy – uciekając się do „możliwości gry ze znaczeniem alegorii – allos + agorein, inna mowa, mowa innego” – połączy alegorię z jąkaniem (stutter). Próbując wprowadzić czytelnika w późną myśl de Mana, eksponuje on nieuniknione „zająknięcia” i „jąkające powtórzenia” swojego tekstu; w omawianej perspektywie sama podstawa języka bowiem sprowadza się „do narratywizacji jąkania, […] do alegorii referencji, która z konieczności jest również «ironiczną alegorią» oraz […] «systematycznym zniweczeniem rozumienia»”. Jąkała na agorze byłby zatem alegorią… alegorii, a „szaleństwo mechanicznego powtarzania”, jakiego doświadczają jego zdezorientowani rozmówcy, stanowić by mogło prymarne doświadczenie tego, co nieludzkie. Nie może dziwić, że w alegorii od zawsze dostrzegano potencjał metafizyczny – wszak najbardziej i n n i są dla nas bogowie, których m o w a nigdy nie była jednoznaczna i zaświadczała raczej o niemożności całkowitego porozumienia. O ile jednak w literaturze dawnej funkcjonować mogła alegoria jako żywa teologiczna „prowokacja” (Miernowski), o tyle „horyzontalna” alegoryka modernizmu definiowana będzie nade wszystko przez „melancholijne doświadczenie utraty kontaktu z ukrytym porządkiem”, a nawet „poczucie jego rozpadu” (Nycz). Najważniejsze nowoczesne alegorie alegorii mówią same za siebie: „parabolika, do której skradziono klucz” (Adorno), „ruina”, „odprysk, […] fragment, ułomek” (Benjamin), „zimny trup” (Berent)…

Nie ma zatem ratunku dla barbarzyńcy na agorze? Zdezorientowany tłum zaczyna się niecierpliwić, a dźwięki wydobywające się z ust przybysza wydają się coraz bardziej nieznośne i złowrogie… Ach, dlaczegóż nie zawoła i n a c z e j? Czyż jego dłoń nie może wskazać kierunku, nakreślić kształtu w powietrzu, przemówić językiem starszym niż mowa?

Piotr Bogalecki

BIBLIOGRAFIA Adorno, T. (1990), Sztuka i sztuki. Wybór esejów, przeł. K. Krzemień-Ojak, Warszawa. | Benjamin, W. (2000), Źródło dramatu żałobnego w Niemczech, przeł. A. Kopacki, Warszawa. | Berent, W. (1992), Pisma rozproszone, oprac. R. Nycz, Kraków. | Czechowicz, A. (2015), Wszystko to pod figurą. Studia o miejscu alegorii w poematach heroicznych XVII wieku, Lublin. | Fletcher, A. (1964), Allegory. The Theory of a Symbolic Mode, New York. | Homer (1957), Odyseja, przeł. J. Wittlin, Londyn. | Kwintylian, M. F. (2012), Kształcenie mówcy: księgi VIII 6 – XII, przeł. S. Śnieżewski, Kraków. | Miernowski, J. (2000), Piękne banialuki ku najlepszej prawdzie wyłożone, czyli alegoria jako prowokacja w literaturze starofrancuskiej, Warszawa. | Nycz, R. (1997), Język modernizmu. Prolegomena historycznoliterackie, Wrocław. | Parnicki-Pudełko, S. (1957), Agora. Geneza i rozwój rynku greckiego, Warszawa–Wrocław. | Pokorny, J. (1989), Indogermanisches etymologisches Wörterbuch, Bern. | Warminski, A. (2000), Alegorie referencji, w: P. de Man, Ideologia estetyczna, przeł. A. Przybysławski, Gdańsk.

ALMANACH

„Regułek nie ma / Almánáchow niech się trzyma” – czytamy w Harfie duchownej, szesnastowiecznym „bestsellerze” Marcina Laterny, który zaleca, by w sprawie świąt ruchomych radzić się almanachu, tj. ówczesnego kalendarza (średn. łac. almanach(us), wyprowadzane najczęściej z hiszp.-arab. , ‘kalendarz’, ‘klimat’). Wiek XX najpewniej odesłałby do poradnika, XXI – wykorzystał zasoby internetu, znacznie wcześniej podręcznym źródłem wiedzy bywał jednak kalendarz. W szesnastowiecznych almanachach pośród uwag astrologicznych, dołączanych zwyczajowo do wiadomości astronomicznych, poszukiwano m.in. przepowiedni co do dni feralnych oraz nieszczęść roku klimakterycznego (od łac. tempus climactericus – ‘czas przełomu’), a także porad i wskazówek praktycznych: w jakie dni siać? kiedy szczepić w sadzie drzewa? kiedy nakładać nowe ubranie i strzyc włosy? a kiedy dziecko od piersi odstawić? itp. Z biegiem lat kalendaria, opatrzone prognostykiem sygnalizującym czas pomyślny do wykonywania określonych czynności, zyskały popularność porównywalną może tylko z niektórymi drukami religijnymi. Przyjęło się, że „piśmiennemu i gospodarnemu człowiekowi” potrzebny w domu almanach-kalendarz, by wiedział, „jako które sprawy abo rzeczy zacząć, abo zaniechać, osobliwie w budynkach, sianiu, oraniu, dla myślistwa, ryb łowienia, lekarstw zażywania, krwie upuszczania […], ponieważ czas płaci czas traci” (Haur).

11

Pierwsze wzmianki o almanachach w kręgu europejskim datowane są na rok 1267. Ich autorem jest angielski uczony, Roger Bacon, który w pisanych po łacinie dziełach używał form zapisu słowa: najpierw Almanac, potem Almanach, odnosząc je do popularnych w średniowieczu tablic astronomicznych, prezentujących w układzie rocznym pozorną wędrówkę ciał niebieskich po nieboskłonie. Określenie „almanach”, odsyłające do form kalendarzowych, spopularyzowane zostało w kulturze europejskiej najprawdopodobniej za sprawą muzułmańskiej Hiszpanii, głównego ośrodka studiów astronomicznych i astrologicznych w średniowieczu (XIV w. – katal. almanac, fr. almanach). Wśród publikacji określanych tym mianem był m.in. najstarszy ze znanych dziś druków wydanych na ziemiach polskich – Almanach Cracoviense ad annum 1474. Jednokartkowy kalendarz ścienny, przygotowany w języku łacińskim (najpewniej w krakowskiej drukarni Kaspra Straubego), zawierał – oprócz niezbyt rozbudowanej części kalendarzowej – szczegółowe opisy dni zdatnych do flebotomii, tj. puszczania krwi: „Poniedziałek po Trzech Królach dobry dla wieku męskiego i starczego, dla melancholików, oprócz pośladków, przed południem”; „Środa po św. Łucji dobra dla wieku młodzieńczego, dla choleryków, oprócz kostek” (Peranowski) itp. Późniejsze almanachy czerpały zarówno z tradycji średniowiecznego kalendarza, jak i z piśmiennictwa zaliczanego do tzw. bloku silva rerum, oferując czytelnikom oprócz kalendarium charakterystyczny dla publikacji almanachowych „nadbagaż” form i treści: wzmianki o świętach religijnych, zawiadomienia urzędowe, przedruki praw, genealogie rodów panujących i składy personalne instytucji, kroniki wydarzeń, zasady regulowania chronometrów, informacje o wagach, miarach, jednostkach monetarnych i przeliczeniach pieniężnych, o ruchach poczt, dyliżansów, o jarmarkach, odpustach, a także nowinki z zakresu wiedzy popularnej, wypisy z dokonań nauki i sztuki, ogłoszenia księgarskie, przysłowia, porzekadła, maksymy moralne i rymowane pouczenia, uwagi gospodarskie, dietetyczne, sanitarne, domowe sposoby na różnorakie przypadłości – od wywabiania plam i tępienia owadów po odczynianie uroków itp. Był zatem almanach-kalendarz atrakcyjną lekturą i bogatym źródłem wiedzy popularnej, książką encyklopedyczną dla każdego, przynoszącą aktualne wieści o kraju i świecie, sprawach powszednich i odświętnych.

Za punkt zwrotny w historii polskiego almanachu uważany jest rok 1737, w którym jezuita, o. Jan Poszakowski, zaniechawszy astrologii i prognostykarstwa, opublikował w Wilnie pierwszy polski kalendarz polityczny – wzór dla późniejszych publikacji (Kalendarz Polityczny i Historyczny na rok pański 1738). Charakter wiadomości prezentowanych w almanachach-kalendarzach ewoluował od legend, osobliwości, kuriozów do rzeczowej informacji o odkryciach i nowoczesnej krytyki źródeł. Stopniowo następowała też ich specjalizacja (osobne almanachy muzyczne, dworskie, administracyjne, kościelne, medyczne itd.). To dlatego w Europie w drugiej połowie XVIII w. (w Polsce jest to najprawdopodobniej rok 1815, w którym Klemens Urmowski wydał Almanach Lubelski na rok 1815, dla amatorów literatury ojczystej) dodatek literacki umieszczany w almanachu rozrósł się, a następnie usamodzielnił, przybierając kształt antologii specjalnej. O niebywałej popularności tego rodzaju wydawnictw w romantyzmie pisał Maurycy Mochnacki: „Jak żadna uroczystość nie obejdzie się bez śpiewu, jak żadne zwycięstwo bez Te Deum się nie obejdzie, tak żadna literatura nie chce się obejść bez almanachu, tej różnofarbnej tęczy poetyckiej, tego różnodźwięcznego gwaru” (za: Kamionka-Straszakowa). Almanachy jako „książki składkowe”, wydawane jednorazowo lub – jak kalendarze – corocznie, miały (i mają do dzisiaj) ułatwiać debiuty, kształcić smak odbiorcy, oswajać z aktualną modą, prezentować środowisko literackie. W XIX w. zawierały m.in. nieogłaszane wcześniej drukiem pierwsze próby artystyczne, krytyczne lub naukowe, listy, pamiętniki, felietony, a dla urozmaicenia – również nuty i ciekawe ilustracje. Zwykle bogato zdobione (safianowe oprawy, wstążki, kolorowy papier, ozdobne kroje czcionki, wymyślne inicjały, złocenia), pozostawały pod silnym wpływem kultury salonowej, stając się ciekawym ogniwem (rozkwit tego rodzaju publikacji przypadł u nas na lata 1820–1863) wiodącym w stronę nowoczesnej żurnalistyki i ilustrowanych magazynów.

Antoni Muchliński, dziewiętnastowieczny znawca Orientu, posiłkując się wiedzą na temat języka arabskiego, wskazywał na upominkowy charakter tego rodzaju wydawnictw: „z przedimka al i manach dar, od słowa manach darował, Almanach podarek szczególny, albowiem było dawniéj we zwyczaju rozsyłać przyjaciołóm na nowy rok kalendarze”. Almanachy chętnie wręczane były jako gwiazdkowe upominki bądź prezenty noworoczne – stąd ich polska nazwa „noworoczniki”, ukuta (jeśli pominąć możliwe wpływy słowackie) przez Antoniego Edwarda Odyńca. Po raz pierwszy miano jej użyć dla oznaczenia almanachu Melitele (Warszawa 1829–1830), w którym w 1830 r. debiutował Juliusz Słowacki.

Sprawa pochodzenia wyrazu „almanach” wzbudzała jednak wątpliwości. Najwięksi sceptycy nie wyprowadzali go z języka arabskiego, lecz z greki, w której termin τὰ Ἀλμενιχιακά (ta Almenichiaká), użyty do oznaczenia kalendarzy egipskich, miał się pojawić zaledwie raz, w pismach Ojca Kościoła, Euzebiusza. Źródeł wyrazu doszukiwano się także w adaptacji formy i znaczenia wspomnianego słowa greckiego (koptyjskiego?) do arabskiego – ‘miejsce postoju’, ‘postój’, bądź też w syryjskiej frazie le manhaj – ‘na przyszły rok’, przy założeniu omyłkowej zamiany syryjskiego przyimkowego le - na arabski rodzajnik ’al-. Wacław Przemysław Turek, autor Słownika zapożyczeń pochodzenia arabskiego w polszczyźnie, twierdzi jednak, wspierając się na autorytetach innych językoznawców, że można połączyć znaczenie hiszp.-arab. – ‘kalendarz’, ‘klimat’ bezpośrednio z arab. klas. – ‘miejsce postoju’, ‘postój’, np. „poprzez potraktowanie znaków zodiaku jako miejsc postoju (łac. mansiones) w trakcie rocznej pozornej drogi Słońca po nieboskłonie”. Jak dowodzi dalej: „Termin nabrał w ten sposób nowego znaczenia: «almanach, księga bazująca na astronomicznych rezultatach związanych z pobytem Słońca w tych znakach», a także «klimat, jako rezultat wpływu tych znaków»” (Turek).

Dalsza wędrówka tym tropem mogłaby doprowadzić już tylko do pozostawionych na pustynnym piasku śladów wielbłąda: arab. – ‘miejsce postoju, przystanek’, ‘miejsce zamieszkania’, z którym znaczeniowo łączone bywa także arab. , słowo oznaczające ‘klimat’, jest bowiem imiesłowem biernym od czasownika a – ‘nakłonić wielbłądy do przyklęknięcia (tj. zatrzymania się, by zsiąść i rozłożyć obóz)’; ‘pozostać na miejscu’. O tym źródłosłowie pamiętają autorzy The New Encyclopaedia Britannica: „The term [almanac – M. K.], of medieval Arabic origin, means the place where camels kneel”. Zwierzę juczne przystaje w obozie nie po to, by dobrze je obładowano, lecz obłożone już nadmiarem podróżnych bagaży, zatrzymuje się, by skorzystać z zasłużonych chwil wypoczynku. Bywało więc, że wydawca, zachęcony nadarzającą się sposobnością do łatwej reklamy almanachu jako formy kultury popularnej, sięgał po oręż fabulacji: „Gdy wielbłądy wypoczywały, mądrzy podróżnicy zajmowali się ciekawą lekturą. Almanach zatem, jak widzimy, od pierwszej chwili miał służyć odpoczynkowi, wypełniając interesującą treścią chwile wolne od pracy” (Kalendarz-almanach „Kuryjera Zachodniego”).

Magdalena Kokoszka

12

BIBLIOGRAFIA Bacon, R. (1859), Opus tertius, ed. J. S. Brewer, London. | Bacon, R. (1897–1900), Opus maius, ed. J. H. Bridges, Oxford. | Baczko, B., Hinz, H. (1975), Wstęp, w: Kalendarz półstuletni 1750–1800, wybór i oprac. B. Baczko, H. Hinz, Warszawa. | Dacka-Górzyńska, I. M., Partyka, J. (red.) (2013), Kalendarze staropolskie, Warszawa. | Haur, J. K. (1693), Skład abo Skarbiec znakomitych sekretów ekonomiej ziemiańskiej, Kraków. | Kalendarz-almanach „Kuryjera Zachodniego” (1932), Sosnowiec. | Kamionka-Straszakowa, J. (1973), Almanachy literackie jako przejaw XIX-wiecznej kultury popularnej, w: Formy literatury popularnej, red. A. Okopień-Sławińska, Wrocław–Warszawa. | Kamionka-Straszakowa, J. (1983), Magiczne zwierciadło – ustęp z dziejów almanachów, w: eadem, Błękitny kwiat: almanach romantycznej poezji i prozy dla miłośników literatury na rok 1983, Kraków–Wrocław. | Kent, A., Lancour, H. (ed.) (1968), Encyclopedia of library and information science, vol. 1, New York. | Laterna, M. (1604), Harfa duchowna, to jest dziesięć rozdziałów modlitw katolickich…, Kraków. | Muchliński, A. (1838), Źródłosłownik, Petersburg. | Niemojewski, M. (2014), Almanach, w: Od aforyzmu do zinu: gatunki twórczości słownej, red. G. Godlewski, M. Rakoczy, P. Rodak, Warszawa. | Paterak, M. (1978), Wstęp, w: Stare kalendarze i almanachy w zbiorach Biblioteki Muzeum-Zamku w Łańcucie. Katalog, Łańcut. | Peranowski, Z. [1974], [transkrypcja], Najstarszy druk krakowski. Facsimile Almanach Cracoviense ad annum 1474, przeł. M. Plezia, Kraków. | Seruga, J. (1913), Krakowskie kalendarze XVI wieku, Kraków.

ANAGRAM

Pochodzi od greckich wyrazów ἀνά (aná) ‘nad’ i γράμμα (grámma) ‘litera’. W tradycyjnym ujęciu jest figurą opartą na przestawieniu szyku liter w jednym wyrazie lub w ciągu słów, np. ciąg anagramów wpisany, począwszy od tytułu, w wiersz Akslop (POLSKA) Miłosza Biedrzyckiego (pozostałe to Diwron – Norwid i Cziweżór – Różewicz); czy też przekształcenie nazwisk: AVIDA DOLLARS, czyli SALVADOR DALI, lub OMŻERSKI zamiast ŻEROMSKI; albo nazw, jak w opowiadaniu Tadeusza Borowskiego Eizdgin i Akyrema, gdzie „Eizdgin” (NIGDZIE) i „Akyrema” (AMERYKA) to nazwy antyutopijnych państw, do których podróżuje bohater, pan Higgs. Zostały one utworzone jakby na wzór anagramów z Podróży Guliwera Johnatana Swifta (TRIBNIA – BRITAIN; LANGDEN – ENGLAND). Można by też przypomnieć prace Tristana Tzary na temat anagramów pojawiających się w tekstach François Villona i François Rabelais’go. Jego analizy pokazały, że szyfrowanie imienia i nazwiska za pomocą anagramu było w dziełach obydwu pisarzy stałą i zamierzoną praktyką – litery tworzące imię i/lub nazwisko autora wpisane były symetrycznie w poszczególne wersy tekstu. Tego typu anagramy są ewidentnie zamierzone, ściśle powiązane z intencją autorską i wchodzą w pole zainteresowań stylistyki.

13

Istnieje również inne znaczenie terminu, nadane mu przez Ferdynanda de Saussure’a na podstawie jego badań dotyczących poezji saturnijskiej, epopei homeryckiej, poezji wedyjskiej, wierszy Lukrecjusza, Seneki, Horacego i Owidiusza, a także poezji i prozy neołacińskiej. W tym wypadku nie chodzi o anagram literowy, który ma charakter graficzny, ale o uchwytny dźwiękowo a n a g r a m f o n e t y c z n y. Genewski lingwista używał słowa „anagram” w rodzaju męskim (le anagramme), podczas gdy w tradycyjnym użyciu językowym funkcjonuje on we francuszczyźnie w rodzaju żeńskim (l’anagramme) i jest nazwą tradycyjnej figury stylistycznej (Testenoire). W analizach de Saussure’a chodzi przede wszystkim o to, aby czytać i opisywać strukturę, a także rozmaite kombinacje głosek, a nie liter, np. wers „Taurasia CIsauna SamnIO cePIt” zawiera w całości imię Scipio w sylabach CI z Cisauna, PI z cepit i IO z Samnio. Te trzy grupy o podwójnych fonemach zbiera S z Samnio cepit; powraca tu pierwsza litera grupy, lub nawet całe słowo temat. Samino daje potrójny fonem S + IO, a cepit – potrójny fonem C + PI.

Koncepcja de Saussure’a zainspirowała analizy tekstów poetyckich dokonane przez Romana Jakobsona, który mówił w tym wypadku o „poetyce fonizującej” i docenił wartość anagramów oraz możliwości, jakie one dają, a ich osobliwa obecność w tekstach Baudelaire’a czy Chlebnikowa dowodzić miała, że poetycki znak nie musi być arbitralny i konwencjonalny.

Zasadniczy zwrot w myśleniu o koncepcji de Saussure’a dokonał się dopiero w chwili, kiedy powiązano ją z psychoanalizą i semiotyką, co nastąpiło w latach 60. ubiegłego wieku. Julia Kristeva na bazie anagramów stworzyła własną koncepcję „semanalizy” (sémanalyse), która w szerszym zakresie niż semiologia i semiotyka miała dokonać krytyki sensu i rządzących nim praw. Zainspirowały ją anagramy, gdyż to właśnie one „wyznaczają logikę tekstową odmienną od tej, którą rządzi znak”. Efektem semanalizy była „paragramatyczna” koncepcja tekstu literackiego i języka poetyckiego. Punktem wyjścia owej „semiologii paragramów” są anagramy de Saussure’a, w których Kristeva odczytała następujące zasady: a) język poetycki daje wtórny sposób istnienia, sztucznie stworzony, dodany, by tak rzec, do pierwotnego słowa; b) między poszczególnymi elementami istnieje powinowactwo poprzez p a r ę i rym; c) b i n a r n e prawa poetyckie zmierzają do naruszenia praw gramatyki; d) elementy s ł o w a t e m a t u (a nawet jednej litery) rozszerzają się na całą przestrzeń tekstu lub są zebrane na małej przestrzeni jednego lub dwu słów. Na podstawie tych reguł sformułowała paragramatyczną koncepcję języka poetyckiego, opartą na trzech głównych tezach i powiązaną później z Bachtinowską „dialogowością”: język poetycki jest jedyną nieskończonością kodu; tekst literacki jest podwojeniem: pisanie-czytanie; tekst literacki jest siecią powiązań. Tezy te okazały się również powiązane z tworzoną przez badaczkę w tym samym czasie koncepcją intertekstualności. Prace te zainspirowały z kolei Rolanda Barthes’a, wpływając na powstanie książki zatytułowanej S/Z, a w konsekwencji także jego Teorii tekstu. Jeden z teoretyków strukturalizmu, zaintrygowany tą przemianą, powiedział obrazowo, że Kristeva „wydała na świat drugiego Barthes’a” (Dosse). W ten oto sposób anagramy de Saussure’a przyczyniły się do rozwoju poststrukturalizmu.

Badania literaturoznawcze w Polsce niemal zupełnie odsunęły na bok anagramy de Saussure’a oraz idące za nimi ujęcia psychoanalityczne (wyjątkami są prace Edwarda Balcerzana, Władysława Panasa, Wincentego Grajewskiego i Ireneusza Piekarskiego, Adama Dziadka, Mariusza Jochemczyka, Filipa Mazurkiewicza). W znaczący sposób wpłynęło to na kształt polskiej wersologii, a przede wszystkim prozodii, nierozerwalnie związanej przecież z pracą anagramów. Tak przynajmniej spostrzegali ją francuscy badacze (zainspirowani psychoanalizą), tymczasem polscy strukturaliści redukowali ją do kręgu zagadnień „instrumentacji głoskowej”. Wielokrotnie wydawany Zarys teorii literatury świadczy o tym dobitnie: wersyfikacja jest tu oddzielana od zagadnień związanych z prozodią. Tymczasem w teorii Kristevej połączenie teorii nieświadomości z wersologią dało zaskakujące efekty poznawcze.

Badania nad anagramami de Saussure’a trwają we Francji do dziś. W ostatnim czasie ukazały się dwie prace Pierre’a-Yves’a Testenoire’a, który dowiódł, że badania prowadzone przez de Saussure’a nad anagramami nie stoją w sprzeczności z zasadami językoznawstwa ogólnego, przedstawionymi w Kursie językoznawstwa ogólnego. De Saussure traktował anagramy jako zasadę wersyfikacyjną, ale też – co ma wielkie znaczenie dla współczesnych teorii rytmu – jako „inne źródło rytmu” (Testenoire).

Pojawianie się anagramów w tekstach literackich można tłumaczyć na wiele sposobów, ale co najmniej dwa z nich zależą od rozumienia podmiotu wypowiedzi. Otóż jeśli pojmujemy go jako racjonalne cogito, to anagramy muszą się wiązać z intencjonalnością, wydają się zamierzone, teleologiczne, świadomie wpisane w tekst (przypadek wspomnianego na początku wiersza Biedrzyckiego). Jeśli zaś rozumie się podmiot w ujęciu psychoanalitycznym, to obecność anagramów, choćby tylko intuicyjnie wyczuwana, pozwala na odsłonięcie nieświadomości tekstu. Ten drugi przypadek nie jest tak oczywisty, ale to bardziej dyskretne czy subtelne postrzeganie anagramów szczególnie zachęca do refleksji.

Adam Dziadek

BIBLIOGRAFIA Dosse, F. (1992), Histoire du structuralisme, vol. 2, Paris 1992. | Dziadek, A. (2001), Anagramy Ferdynanda de Saussure’a – historia pewnej rewolucji, „Teksty Drugie”, nr 6. [W wersji rozszerzonej przedruk w: Dziadek, A. (2006), Na marginesach lektury. Szkice teoretyczne, Katowice]. | Grajewski, W. (1980), Jak czytać utwory fabularne?, Warszawa. | Jakobson, R. (1973a), La première lettre de Ferdinand de Saussure à Antoine Meillet sur les anagrammes, w: R. Jakobson, Questions de poétique, Paris. | Jakobson, R. (1973b), Une microscopie du dernier «Spleen» dans «Les Fleurs du mal», w: R. Jakobson, Questions de poétique, Paris. | Jakobson, R. (1989), Podświadome modelowanie werbalne w poezji, przeł. A. Tanalska, w: idem, W poszukiwaniu istoty języka, wybór i red. M. R. Mayenowa, t. 2, Warszawa. | Jakobson, R., Waugh, L. (1989), Magia dźwięków mowy, przeł. A. Tanalska, w: R. Jakobson, W poszukiwaniu istoty języka, wybór i red. M. R. Mayenowa, t. 1, Warszawa. | Kristeva, J. (1969), Séméiotikè. Recherches pour une sémanalyse, Paris. | Saussure, F. de (2013), Anagrammes Homériques, ed. P.-Y. Testenoire, Limoges. | Starobinski, J. (1971), Les mots sous les mots. Les anagrammes de Ferdinand de Saussure, Paris. | Testenoire, P.-Y. (2013), Ferdinand de Saussure à la recherche des anagrammes, Limoges. | Tzara, T. (1991), Le secret de Villon, w: T. Tzara, Oeuvres complètes, vol. 6, Paris.

ANEGDOTA

Ten ludzki, arcyludzki gatunek, kojarzony z lekką opowieścią o tym, co słychać u innych, miał mroczne początki. I ojca założyciela. A zaczęło się tak…

W drugiej połowie V w. Prokopiusz z Cezarei pracował nad monumentalną, ośmioksięgową Historią wojen, sławiącą geniusz wojenny jego protektora Belizariusza i politykę cesarza Justyniana; poświęcił mu jeszcze dzieło O budowlach, gloryfikujące rozmach projektów architektonicznych. I powstał pomnik trwalszy niż ze spiżu, ale czterysta lat później autor leksykonu, znanego jako Biblíon Súda, natrafił w jakimś klasztorze na pozbawiony tytułu rękopis, w którym Prokopiusz zaprzeczał wcześniej postawionym tezom.

Dowodził bowiem, że „cała wieczność okazałaby się za krótka, by opisać zbrodnie i niegodziwości” Justyniana, że był on „demonem w ludzkim ciele” i miał na sumieniu „dziesiątki milionów ofiar”. „Chętnie czynił zło, łatwo ulegał wpływom, był typem człowieka, o którym mówią «dureń i łajdak». Sam nigdy nie mówił ludziom prawdy, w słowach i czynach powodował się podstępnymi intencjami”. A cesarzowa? „Do pewnego czasu, zanim dojrzała, Teodora nie mogła spać z mężczyzną jak dorosła kobieta, ale już wtedy uprawiała niejako męskie stosunki z różnymi łajdakami – i to niewolnikami, którzy towarzysząc swym panom do teatru, wykorzystywali okazję na tego rodzaju bezeceństwa; i dużo czasu spędzała w burdelu, wystawiając swe ciało na te sprzeczne z naturą praktyki. Kiedy zaś wyrosła i była już zupełnie dojrzała, przyłączyła się do kobiet na scenie i natychmiast stała się jedną z tych kurtyzan, o których dawniej mówiono, że są w «piechocie»; nie grała na flecie ani na lirze, nie uprawiała nawet sztuki tanecznej, po prostu sprzedawała swe wdzięki pierwszemu lepszemu, całe niemal ciało wystawiając na sprzedaż”. Dostało się też Belizariuszowi i jego połowicy…

Inwentaryzujący rękopisy bibliotekarz nie wiedział, co począć z alternatywną wersją historii, więc wpisał ją w rejestr jako Ἀνέκδοτα, co znaczyło wówczas ‘dzieła niewydane’. Intymny charakter tekstu, język zbliżony do potocznego i swobodna kompozycja przylgnęły też do przypadkiem nadanego tytułu, choć etymologicznie sprawy mają się trochę inaczej. Ἀνέκδοτα (anékdota) jest zbitką rozmaitych sensów. Trzon stanowi czasownik δίδoνai (dídonai) – ‘dawać’, ale blisko jest też do rodziny δίνω (díno), δίναο (dínao), sygnującej ‘ruch’, ‘wirowanie’, ‘powiewanie’, ‘wymachiwanie w koło’, które hamuje nieco cząstka -έκ- (-ek-), bo może modulować znaczenie w zależności od sąsiednich głosek i miejsca w zdaniu, wskazując zmianę, oddzielenie, a nawet odwracanie (έκ-δίδoνai – ekdídonai – ‘oddawać’, ‘odbierać’). Swobodne poruszanie całkowicie już gasi partykuła άν, która w grece używana jest ze wszystkimi czasownikami, by ograniczać ich zasięg, powstrzymywać lub sygnalizować możliwość zdarzenia w aspekcie niedokonanym (np. άν-εκ-δı-ήγητος – an-ek-di-égetos, ‘niewysłowiony’, άν-έκ-δρομος – an-ék-dromos, ‘nieunikniony’). Tak więc pisma określone jako άν-έκ-δοτα (liczba mnoga rodzaju nijakiego od άνέκδοτος) rozumieć można jako opowieści ‘zatrzymane w wirowaniu’, czy może nawet ‘uchwycone w locie’ (metaforycznie pojawia się άνέκδοτος, anékdotos u Cycerona, który za Diodorem Sycylijskim określa tak dziewczynę niewydaną za mąż; Bańkowski). W tym ujęciu dzieło Prokopiusza łapie życie w jego intensywnym trwaniu i zatrzymuje na stronie.

Nie miał tej świadomości – choć czuł pismo nosem – pierwszy wydawca, bibliotekarz watykański Nicolaus Alemannus, który wieki później odnalazł Ἀνέκδοτα (Anékdota) w Bibliotece Watykańskiej i w 1623 r. opublikował w przekładzie łacińskim jako Historia arcana (pol. tyt. Historia sekretna). Tekst wywołał konsternację historyków, a choć nowy tytuł się przyjął, poprzedni nie został zapomniany i dał początek gatunkowi skupiającemu opowieści dotyczące intymnego życia ludzi sprawujących władzę. Plon stanowią powstające wówczas głównie we Francji satyry polityczne: Varillasa Anecdotes de Florence, ou l’histoire secrète de la maison de Medicis. Par le sieur de Varillas (1685), Les anecdotes de Suede, ou Histoire secrette des changemens arrivés dans ce royaume, sous le regne de Charles XI (Swedish Anecdotes; anonimowy tekst z końca XVII w., wydany w 1716 po francusku, później po angielsku, niemiecku, szwedzku), Sébastiena-Rocha Nicolas, zwanego de Chamfort, Anegdoty i charaktery, którymi zachwycał się Tadeusz Boy-Żeleński w 1933 r., przekonując, że „gdyby wszystko z owego schyłku XVIII wieku zaginęło, dałoby się odtworzyć go sobie z tych anegdot Chamforta, równie celnie dobranych jak świetnie zredagowanych. Król, dwór, duchowieństwo, wielki świat, kobiety, finanse, polityka, intrygi, fawory – wszystko przeplatane tą samą pesymistyczną filozofią, ale mniej tu nużącą, bo bardziej odżywioną faktem i rozjaśnioną dowcipem. Koniec epoki, ginący świat – i ginący sprawiedliwie! Ten tom anegdot stał się dokumentem”.

Historia to zatem, ale nieoficjalna, obserwowana przez dziurkę od klucza, momentami podglądana kronika tego, co nieujawnione, stąd niesamowita popularność i pewnego rodzaju kosmopolityzm, który otwarł przed anecdote wrota rozmaitych języków. Do polskiego trafiła najprawdopodobniej z Francji, choć bez kontekstu dzieł założycielskich. Niemal od razu wymknęła się poza dwór i politykę, skupiając w sobie wir plebejskiego życia, co pozbawiło ją aury skandalu. Wtórnie zaczęto tak nazywać funkcjonujące oddzielnie opowieści sowizdrzalskie, Fraszki i Apoftegmata Jana Kochanowskiego, wydane ok. 1650 r. Facecye polskie żartowne a trefne powieści biesiadne czy też humorystyczne fragmenty dłuższych dzieł, np. urywki Opisu obyczajów za panowania Augusta III Jędrzeja Kitowicza i Pamiętników Jana Chryzostoma Paska, a nawet publikowane anonimowo lub pod pseudonimem wyimki ze wspomnień i dzienników, gdyż „nie zdawało się i tych drobnych kłosków w ścierni zostawiać; owszem, mniemali: że iak każda Przodków pamiątka bywa potomkom wdzięczna i miła, tak i w tey znaydą upodobanie. Ani to bez przyczyny, gdy sama starożytność pilnie zachowywała przyszłym wiekom o mężach, których imię godne było w nich nieśmiertelnie kwitnąć, szczegóły bądź najlżejsze, nawet nie wzgardziła wspomnieć o brodawce Cycerona” (Grabowski).

Ta niezwykła wprost pojemność tematyczna, skupienie na detalu, biesiadna jowialność i dowcip znalazły wydźwięk w niespotykanej na skalę europejską podmiance „k” na „g” w polskiej anegdocie (już u Mickiewicza pojawia się dwojaki zapis). U schyłku XIX w. pracujący w dziale redakcji starożytności Wielkiej encyklopedii powszechnej ilustrowanej Tomasz Siemiradzki odnotował funkcjonujące wówczas w Niemczech znaczenie anegdoty obejmującej „utwory greckich lub łacińskich autorów, które już po ogłoszeniu drukiem wszystkich bardziej znanych pomników starożytnej literatury, na nowo odkrywano lub wydobywano z zapomnienia i po raz pierwszy drukowano”. Odbijają się w tym losy Historii sekretnej, co redaktor uściśla, wskazując na teksty, „których treścią były mniejszej wagi fakta i szczegóły historyczne, dotyczące przeważnie życia prywatnego znanych w dziejach osób”, i zdarzenia „umyślnie pominięte przez historyków w poważnym stylu”, które „tułały się bądź w ustnej tradycji, bądź w ulotnych pisemkach”, by ostatecznie wpisać się w obieg literacki jako „drogocenne źródła z pierwszej ręki”.

Wioletta Bojda

BIBLIOGRAFIA Boy-Żeleński, T. (1933), Od tłumacza, w: S. R. N. de Chamfort, Charaktery i anegdoty, przeł. T. Boy-Żeleński, Warszawa. | Brückner, A. (1896), Ze staropolskich anegdot i przypowieści, [b.m.]. | Chamfort, S. R. N. de (1933), Charaktery i anegdoty, przeł. T. Boy-Żeleński, Warszawa. | Grabowski, A. (wybór) (1819), Krótkie przypowieści dawnych Polaków, czyli apophtegmata, Anekdoty, odpowiedzi dowcipne i ucinki satyryczne, zdania moralne, opisy i porównania piękne, itp. z rzadkich dzieł i rękopismów oyczystych zebrane, Kraków. | Jankowski, P. (1847), Anegdoty i fraszki doznanej usypiającej własności przez Komitet Medyczny sprawdzone i aprobowane: drużyna zbierana, Wilno. | Kempa, A. (wybór i oprac.) (1989), Bigos hultajski, czyli dawne facecje i anegdoty polskie, Łódź. | Kuchowicz, Z. (oprac.) (1961), Anegdoty, facecje i sensacje obyczajowe XVII i I-szej poł. XVIII wieku, Łódź. | Prokopiusz z Cezarei (1969), Historia sekretna, przeł., wstępem i przypisami opatrzył A. Konarek, Warszawa. | Przybyła-Dunin, A. (wybór i oprac.) (2013), Proza folklorystyczna u progu XXI wieku (bajka ludowa, legenda, anegdota). Materiały, Chorzów–Katowice. | Wójcicki, K. (1843), Obrazy starodawne, Warszawa.

ANTOLOGIA

„Epoka nasza jest epoką antologii” – obserwacja Władysława Tatarkiewicza z przełomu lat 70. i 80. ubiegłego wieku pozostaje wciąż aktualna. Antologia, pomyślana jako wybór tekstów (lub ich fragmentów), wydaje się formą szczególnie atrakcyjną w czasach, gdy niemal na każdym kroku zmagamy się z gwałtownym przyrostem informacji – także w dziedzinach pozaliterackich (antologie dzieł naukowych, muzycznych, filmowych, produkcji telewizyjnych itd.).

Termin został wprowadzony do języków europejskich (ang. anthology, fr. anthologie, niem. Anthologie, ros. антология) za przykładem greki (ἀνθολογία, anthología) i oznacza dosłownie „zbiór kwiatów” (gr. ánthos – ‘kwiat’ i logía – ‘zbiór, kolekta’, od légein, w pierwotnym znaczeniu ‘zbierać’, ‘wybierać’, w późniejszym, pohomeryckim – ‘mówić’, ‘opowiadać’). Nawiązuje tym samym do praktyk dawnych społeczności łowiecko-zbierackich, gromadzących owoce, grzyby, zioła czy drewno na opał – z tym jednak zastrzeżeniem, że kwiaty zbierane są przede wszystkim dla zaspokojenia potrzeb estetycznych. Dobrze przygotowany „bukiet” stanowić miałby fragment (pars pro toto) niedostępnej, choć oczywiście pożądanej całości, końcowy efekt procesu kompletowania tego, co pozostawało rozproszone. Forma ta jednak nie tyle zbiorem bywa, ile przemyślanym wyborem. Prezentuje zjawiska istotne dla portretowanej kultury – sam „kwiat” twórców i „kwiat” ich tekstów. „Kwiat” zaś rozumiany bywa metaforycznie: jako „ozdoba” (gr. ánthos – ‘kwiat’, ale też ‘to, co najlepsze, najcenniejsze, najświetniejsze’), część szczególnie wartościowa (łac. flos poetarum – ‘kwiat’, ‘wybór’, ‘elita poetów’).

Słowa i kwiaty zestawiali już starożytni Grecy. „Ogrody z liter i słów – mówi o retorze Sokrates, bohater Platońskiego Fajdrosa – dla własnej zabawy będzie obsiewał i pisał […]. Rozkosz będzie miał patrzeć, jak te kwiaty kwitną”. Chociaż terminem „antologia” posłuży się dopiero średniowiecze, „kwiaty zbierają już wcześniej starożytni kolekcjonerzy epigramatów – miłośnicy utworów drobnych, ocalanych być może właśnie ze względu na niewielkie rozmiary. Jeden z pierwszych znanych dziś antologistów, piszący po grecku Syryjczyk, Meleager z Gadary, ok. 70 r. p.n.e. prezentuje efekty swojej pracy, znane pod nazwą Stephanos (gr. ‘wieniec’, ‘girlanda’), jako „wieniec uwity ze słów pięknych” (za: Kubiak). Nie poprzestaje przy tym na ogólnikach, lecz przyporządkowuje poszczególnym autorom osobne „herby” roślinne. „Te identyfikacje – pisze Zygmunt Kubiak – oparte są przeważnie na zasadach, których dorzeczność jest dla nas księgą zamkniętą. Na przykład poezja Moiro to lilie, Erinny – krokus, Leonidasa z Tarentu – bujne kiście bluszczu, Damadetosa – ciemny fiołek, Kallimacha – mirt…”. Koncept przeszło wiek później, ok. 40 r. n.e., powróci w nowej odsłonie – w „wieńcu” epigramatów Filipa z Tessaloniki. Plony pracy Meleagra i Filipa, a także kolejnych zbieraczy w ogrodach poetów, zwłaszcza Agathiasa zwanego Scholastykiem, ok. 900 r. n.e. złożone zostaną w osobną antologię przez bizantyjskiego mnicha Konstantinosa Kephalasa, ta zaś stanie się podstawą wyboru znanego dziś jako Antologia palatyńska. Zanim jednak manuskrypt antologii zostanie odkryty w 1606 r. w Bibliotece Palatyńskiej w Heidelbergu, jej sławę uprzedzi w Europie skrócony wybór epigramatów Maksymusa Planudesa, bizantyjskiego zakonnika i filologa, żyjącego na przełomie XIII i XIV w.

14

Z czasów starożytnych nie zachował się żaden „katalog kwiatów” literatury łacińskiej, chociaż różni pisarze wzmiankują o wyborze utworów erotycznych, przygotowanym w czasach Augusta. Część plonów poezji łacińskiej zbierze Scaliger (Catalecta Veterum Poetarum, 1573), a potem m.in. Piotr Burmann Młodszy (Anthologia Veterum Latinorum Epigrammatum et Poematum, 1759–1763). W średniowieczu zaś powstają liczne wybory pism Ojców Kościoła (rzadziej innych autorytetów) i wypisy sentencji moralnych, zwane „florilegiami” (m.in. dzieło Jana ze Stoboi z VI w.). Florilegium, jako złożenie nowołacińskie, jest niemal powtórzeniem, językową kalką określenia greckiego – odsyła do czasownika legere – ‘zbierać (zwłaszcza owoce)’; ‘gromadzić’; ‘wybierać’; ‘czytać’; i do rzeczownika flos – ‘kwiat’; ‘ozdoba’; ‘blask’. Ten ostatni przypomina też o istotnej dla antologii tradycji retorycznej. Mianem flos określano bowiem taki rodzaj ozdobności (ornatus) dzieła, która nastawiona była na varietas, tj. przyjemną ‘różnorodność’. „Wypowiedź literacka – zastrzega Cyceron – to wypowiedź jakby ukwiecona pełnią słów i myśli” (za: Lausberg). Stefania Skwarczyńska skłonna jest widzieć w varietas, zakładającej wielość, różność i niewspółmierność składników dzieła, czynnik rozstrzygający o specyfice wszystkich form sylwicznych, a więc także antologii.

Nazwą ἀνθολογία (anthología), oznaczającą wybór, posługuje się już w pełni świadomie główny bohater jednego z dialogów Lukiana z Samosat (II w.), przy czym kontekst wskazywałby na praktykę tworzenia antologii o wyraźnym piętnie autorskim. Lukian traktuje wypisy z dzieł cudzych lekceważąco, chodzi mu raczej o wartość dodaną, wynikającą – jak dowodzi Iwona Słomak – „z inwencyjnych zdolności twórcy «bukietu» zależnych częściowo od jego bogatej erudycji, a także […] talentów kompozycyjnych. Owe cudze myśli stanowią tutaj materię oryginalnego dzieła antologisty”.

Polszczyzna, raczej odporna na grecki źródłosłów, przyswaja wyraz „antologia” dopiero w drugiej połowie XVIII w., za pośrednictwem języka francuskiego i niemieckiego. Wcześniejsze użycia są sporadyczne. Jeszcze w XVII w. najznamienitszy „zbiór kwiatów” poetyckich, pielęgnowany przez dwa pokolenia Trembeckich (Jana Jakuba Ryniewicza-Trembeckiego i jego syna Jakuba Teodora), nazwany zostaje „wirydarzem” (Wirydarz poetycki, 1675), od łac. viridarium, bogatego w roślinność, starannie utrzymanego ogródka w obrębie przyklasztornych dziedzińców. Słowo „antologia” pojawi się w tytułach publikacji dopiero na przełomie XIX i XX w., zastępując stopniowo „ogrody”, „kwiaty”, „kwiatki”, a także „spiżarnie”, „szkatuły”, „kufry” czy „skarbczyki”. W tym samym czasie w słownikach przedrukowywana będzie jeszcze wartościująca definicja formy, autorstwa Lindego: „wybór najpiękniejszych miejsc z pisarzów”.. I chociaż nie przyjmą się w polszczyźnie zarejestrowane przezeń złożenia wyrazowe: „kwiato-zbiór”, „kwiatosłów”, „kwiatozbieracz”, w świadomości językowej antologistów właśnie „zbiór kwiatów” utrwali się jako poręczna i celna metafora. Jej kształt modyfikowany będzie w zależności od aktualnego kanonu estetycznego i celu publikacji. Raz w cenie są bowiem starannie pielęgnowane ogrody, innym razem – rabaty nieplewione; dla jednych liczy się uroda, dla innych reprezentatywność wyboru – to zaś przymusza, by „nie tylko dać oderwane kwiaty […], ale i te części rośliny, które do lepszego jej poznania i oceniania są niezbędne” (Kraszewski).

Antologia, popularna zwłaszcza w dobie zinstytucjonalizowanej kultury (m.in. w okresie socrealizmu), zazwyczaj nastawiona na selekcję tekstów wcześniej ogłaszanych, na zadania pedagogiczne, popularyzatorskie oraz ideologiczne, z dużym powodzeniem rozwija się również w czasach wolnego rynku. Widać tu jednak pewną odmianę: poza tradycyjnym wyborem z dokonań „więcej niż trzech” piszących (Borkowska) antologiami nazywane są wypisy z dzieł jednego autora, tzw. autoantologie, ale – co ciekawe – także wybory przygotowywane przez osobę inną niż twórca prezentowanych utworów (Antologia poezji Kaczmarskiego). Uwaga czytającego kieruje się zatem w stronę antologisty. Jego pozycja, wzmocniona prawem copyrightu, wydaje się – zwłaszcza dzisiaj – bliższa statusowi autora-kreatora, co widać już na okładkach współczesnych antologii. Nazwisko osoby układającej „bukiet” coraz częściej widnieje w miejscu zarezerwowanym od końca XIX wieku dla nazwiska twórcy dzieła (autora). Dosyć wyraźnie wzrasta też liczba wyborów autorskich i e-antologii. Uzasadnieniem tego zjawiska wydaje się rozpad kanonu i rozproszenie ośrodków opiniotwórczych, skutkujące tworzeniem własnych, niczym nieograniczonych rankingów osobistych. Dodać do tego trzeba by również sukces kultury cytatu, dowartościowanie powtórzeń, popularne internetowe „zbieractwo”, wreszcie – aktywizację odbiorcy jako użytkownika sieci. Wszystko to wydaje się sprzyjać varietas – bliskiej „bukietom” wielobarwności.

Magdalena Kokoszka

BIBLIOGRAFIA Borkowska, W. (1956), Katalog alfabetyczny, w: Bibliotekoznawstwo naukowe z uwzględnieniem dokumentacji naukowo-technicznej, red. A. Łysakowski, Warszawa. | Di Leo, J. R. (ed.) (2004), On anthologies: Politics and Pedagogy, Lincoln, NE. | Eustachiewicz, M. (1975), Poeta w ogrodzie. Ogród jako motyw ramy renesansowych i barokowych zbiorów poetyckich, „Pamiętnik Literacki”, z. 3. | Fraisse, E. (1997), Les anthologies en France, Paris. | Kaczmarski, J. (2012), Antologia poezji, red. K. Nowak, Warszawa. | Kokoszka, M. (2011), Kolekcja literacka, w: Antologia niemożliwa. Przypadek „Słojów zadrzewnych” Tymoteusza Karpowicza, Katowice. | Kraszewski, J. I. (1884), Słowo wstępne, w: Złota przędza poetów i prozaików polskich, t. 1, red. P. Chmielowski, S. Krzemiński, Warszawa. | Kubiak, Z. (1978), Wstęp, w: Antologia palatyńska, oprac. i przeł. Z. Kubiak, Warszawa. | Maleszyńska, J. (1984), Staropolskie ogrody literackie. Między topiką a genologią, „Pamiętnik Literacki”, z. 1. | Platon (1958), Fajdros, przeł. W. Witwicki, Warszawa. | Skwarczyńska, S. (1970), Kariera literacka form rodzajowych bloku silva, w: eadem, Wokół teatru i literatury, Warszawa. | Słomak, I. (2017), Ἀνθολογία w czasach antycznych i późniejsza recepcja pojęcia; europejskie anthologiae nowożytne (rekonesans), w: Antologia literacka. Przemiany, ekspansja i perspektywy gatunku, red. M. Kokoszka, B. Szałasta-Rogowska, Katowice. | Smulski, J. (2008), „Epoka antologii”. Pendant do pewnego hasła słownikowego, w: Awangardowa encyklopedia czyli Słownik rozumowany nauk, sztuk i rzemiosł różnych. Prace ofiarowane Profesorowi Grzegorzowi Gaździe, red. I. Hübner i in., Łódź. | Smulski, J. (2010), Antologia, „Zagadnienia Rodzajów Literackich”, nr 1–2. | Sommer, M. (2003), Zbieranie. Próba filozoficznego ujęcia, przeł. J. Merecki, Warszawa. | Tatarkiewicz, W. (1980), Przedmowa, w: Antologia współczesnej estetyki francuskiej, wybór I. Wojnar, Warszawa. | Ulicka, D. (2015), Przemoc czytanek. O gatunku antologii, w: Współczesne dyskursy konfliktu. Literatura – język – kultura, red. W. Bolecki, W. Soliński, M. Gorczyński, Warszawa.

APOKALIPSA

Praindoeuropejski temat kêl-, od którego poprzez grecki czasownik καλύπτω (kalypto – ‘zakrywam’) pochodzi nazwa tego rdzennie hebrajskiego gatunku, jako temat wyrazowy lub jego fragment odkryć można w wielu językach europejskich. Mieni się w nich znaczeniami obejmującymi pojęcia tak różne (i tak istotne), jak ‘kolor’ (‘coś pokrywającego, zewnętrznego’), ‘okultystyczny’ (z łaciny – ‘sekretny’), ‘hełm’ (z języków germańskich), ‘sala’ (z sanskrytu – ‘sala’, ‘schron’), ‘Valhalla’ (w językach nordyckich miejsce pobytu poległych wojowników) czy ‘eukaliptus’ (siedemnastowieczny neologizm nowołaciński pochodzenia greckiego dla rośliny o ‘dobrze ukrytych’ pąkach).

W grece starożytnej pochodzą od niego wyrazy: kalybe – ‘chata’; kalyfe – ‘powódź’, ‘zalany teren’; oraz znaczące imię nimfy Kalypso – ‘ukrywającej’ na swej wyspie Odyseusza i jego towarzyszy. Z form częściej używanych: kallyma to ‘zasłona’, a kalypter – ‘rodzaj futerału, pochwy’. W językach tocharskich spokrewniony z tematem klept – ‘kraść’. Wreszcie forma czasownikowa z przyimkiem ἀπό (apó – ‘z’, ‘od’): ἀποκαλύπτειν (apokalýptein – ‘odsłaniać’) w Septuagincie stanowić będzie jeden z odpowiedników hebrajskiego (gala – ‘objawiać, odsłaniać’), używanego w odniesieniu do prorockiego objawiania obrazu nieba, woli Bożej, przyszłych wydarzeń na ziemi aż do końca świata. Apokalipsa jest więc etymologicznie przede wszystkim gestem odsłonięcia, rzutem oka w zaświaty, przeniknięciem koloru, ujawnieniem sekretnego, odkryciem eschatologicznych pąków nowego świata. Nazwa gatunku pochodzi od pierwszego słowa, określenia tematu dzieła św. Jana (Objawienie Jezusa Chrystusa), co wiąże go z chrześcijaństwem. Literaturze hebrajskiej jednak znany jest on co najmniej od połowy II w. p.n.e., jako że za pierwszą (i jedyną) apokalipsę Starego Testamentu uznaje się Księgę Daniela. Fakt, że to właśnie w okresie rewolty machabejskiej, podjętej w reakcji na próbę hellenizacji ludności Judei przez rządzących nią Seleucydów, żywo rozwija się apokaliptyka (powstają m.in. niekanoniczne apokalipsy Henocha, apokalipsa tygodni), wynika z dążności narodu wybranego do usunięcia szoku poznawczego spowodowanego przez okrutne prześladowania. Psychologicznie apokalipsy stanowią próbę przeniesienia dnia sprawiedliwości w eschatologiczną przyszłość. Poza wizją sądu rozwijane są w nich m.in. koncepcja nieśmiertelności duszy oraz angelologia, wizja zbawienia i potępienia. Nastroje apokaliptyczne utrzymywały się aż do I w. n.e., kiedy podobny niepokój odczuwała m.in. sekta esseńczyków. Dziedziczyły go ruchy millenarystyczne (od rozumianej dosłownie koncepcji tysiąca lat królestwa Bożego na ziemi, zaczerpniętej właśnie z Apokalipsy).

Żydowskie pochodzenie gatunku przejawiać się będzie m.in. w postaci matematycznej symboliki stosowanej w tekstach, opartej na kabalistycznych tradycjach gematrii i temury (anagramatyki imion Boga), zakorzenionych w matematycznej funkcji alfabetu hebrajskiego. Każdej z liter przypisana jest wartość liczbowa, a gematria szuka ukrytych zależności pomiędzy wyrazami o tej samej wartości. Jednocześnie apokalipsa jest kolejnym punktem odejścia od sakralnego czasu kołowego ludów pierwotnych, stanowi więc dopełnienie historii stworzenia.

Fundamentalna trudność, jaką dzieli apokalipsa z innymi pismami mistycznymi, wynika z faktu, że wyrażać ma doświadczenia niezakorzenione w codziennej rzeczywistości nie tylko odbiorców, lecz także samych autorów. Odwiedzani przez anioły, doznający wizji w stanie skrajnego wyczerpania lub deprywacji snu, głosiciele apokalipsy mierzą się z problemem przekazu obrazów i spraw, które wykraczają poza ich zdolność werbalizacji, a niejednokrotnie również konceptualizacji. Sedno problemu stanowi totalne doświadczenie rozumianego atemporalnie lub synchronicznie „teraz” wieczności w Bogu (Nowe Jeruzalem, niebo) wraz z próbą przełożenia go na struktury czasowe języka i myślenia doczesnego. Trudność gatunku nie wynika zatem z języka, ale z jego przedmiotu – wizji kataklizmów, końca świata, sądu ostatecznego i potępienia grzeszników, a zarazem nastania nowego ładu.

15

Jednocześnie specyfika apokalipsy czyni z niej tekst przeznaczony dla wąskiego grona odbiorców, potrafiących zinterpretować gęsty zbiór symboli i rytuałów. Stąd również skłonność do gnozy, rozumianej jako odrzucenie świata materialnego i ezoteryczność przekazu. Elementy strukturalne, takie jak mistyka liczb, stron świata, symbole zwierzęce itd., stanowią próbę wyrażenia za pomocą języka – z natury osadzonego w familiarnym, ziemskim doświadczeniu – treści radykalnie nieznanych: przyszłości i transcendencji. Kondensacja znaczeń i planów (historycznego, eschatologicznego, indywidualnego i ogólnoludzkiego) wymusza niejako zastosowanie środków artystycznych, mimo że funkcja poetycka odgrywa tu mniejszą rolę niż informacyjna czy impresywna, wyrażająca apel moralny, by wytrwać we właściwej postawie etycznej.

Współczesna fascynacja gatunkiem w mniejszym stopniu wynika z religijności niż ze zbiorowo odczuwanego niepokoju. Na przeczucia nadchodzącego końca nakłada się dojmująca nieufność wobec języka niezdolnego już przekazać tego, co najistotniejsze. Szczególnie w objawieniu wg św. Jana apokalipsa staje się źródłem motywów, wzorcem wyrażania, zasobem symboli dla twórców, którzy mają odwagę wyrażać niewyrażalne. Prócz oczywistych związków z katastrofizmem, także stricte wojennym, w obrazowaniu apokaliptycznym szukać można istotnych źródeł symbolizmu oraz – poprzez senną wizyjność – pokrewnego psychoanalizie nadrealizmu. Współcześnie, rozumiana wąsko, jako wizja końca świata, przenika nie tylko do literatury, lecz także do malarstwa i filmu.

Michał Szczurowski

BIBLIOGRAFIA Apokalipsa św. Jana (2010), Poznań. | Himmelfarb, M. (2010), The Apocalypse. A Brief History, West Sussex. | Pokorny, J. (1989), Indogermanisches etymologisches Wörterbuch, Bern. [Tekst dostępny on-line: http://www.utexas.edu/cola/centers/lrc/ielex/PokornyMaster-R.html; dostęp: 10.05.2016]. | Torrey Ch. C. (1906), Apocalypse, w: Jewish Encyclopedia, New York and London. [Tekst dostępny on-line: http://www.jewishencyclopedia.com/articles/1642-apocalypse; dostęp: 10.05.2016].

Redaktor prowadzący: Piotr Sitkiewicz

Redakcja: Małgorzata Jaworska

Korekta: Anna Mackiewicza

Projekt graficzny i typograficzny: Stanisław Salij

Skład i łamanie: Piotr Sitkiewicz, Joanna Kwiatkowska

© for this edition by wydawnictwo słowo/obraz terytoria, 2017

Wydawca dołożył wszelkich starań w celu ustalenia autorstwa zdjęć reprodukowanych w albumie. Autorzy i właściciele praw autorskich, do których mimo wysiłków nie udało się dotrzeć, proszeni są o kontakt.

wydawnictwo słowo/obraz terytoria

sp. z o. o. w upadłości układowej

80-264 Gdańsk, ul. Pniewskiego 4/1

tel.: (58) 341 44 13, 345 47 07

fax: (58) 520 80 63

e-mail: slowo-obraz@terytoria.com.pl

www.terytoria.com.pl

Gdańsk 2018

ISBN 978-83-7453-495-6

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Kamasutra 2.0 Sztuka ze społecznością Łacińska wyspa. Antologia rumuńskiej literatury faktu O kotach O psach Gwiaździsta noc