Ostatnie konklawe

Ostatnie konklawe

Autorzy: Marcin Wolski

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 26.74 zł

Marcin Wolski wraca do tematyki swej debiutanckiej powieści „Agent Dołu”. W niespokojnym zagrożonym kryzysem świecie w Watykanie odbywa się kolejne konklawe. Nieoczekiwanie ważną role zaczyna odgrywać na nim mało znany kardynał, którego szanse rosną z każdym kolejnym głosowaniem. W pewnym momencie okazuje się że jest to doskonale zakonspirowany emisariusz piekieł. Nieuchronny zda się bieg wydarzeń próbuje odwrócić dość przypadkowo skompletowany zespół - suspendowany ksiądz, zakonnica która utraciła pamięć, scenografka z telewizji o dość libertyńskich poglądach, jej znajoma charakteryzatorka – lesbijka , pisarz, który z trudem przezwyciężył chorobę alkoholowa i zakonnik komandos. Czy starczy im sił aby pokonać Moce Ciemności

Marcin Wolski

Ostatnie konklawe

ISBN

Copyright © Marcin Wolski, 2018

All rights reserved

Redaktor

Agnieszka Czapczyk

Projekt okładki i stron tytułowych

Agnieszka Herman

Skład i łamanie

Teodor Jeske-Choiński

Wydanie 1

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67

faks 61 852 63 26

dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

sklep@zysk.com.pl

www.zysk.com.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Wstęp

1. Nieznajomi z pociągu

2. Zjawy i majaki

3. Święta vagina

4. Azyl

5. Egzorcyzmy

6. Kontrofensywa

7. Wiatyk (dziesięć lat wcześniej)

8. Pusty dzban z oberwanym uchem

9. Daleka droga

10. Monsignores

11. Diable kotły

12. Święta Węgierka

13. Przechytrzyć przeznaczenie

14. Papabili

15. Między piekłem a rajem

16. Czas wyboru — dzień pierwszy

17. Czas wyboru — dzień drugi

18. Czas wyboru — noc

19. Czas wyboru — dzień trzeci

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Wstęp

Wąż hipnotyzował ptaka.

Wbił swe żółtawe ślepia w bezbronne stworzenie, które trzepocąc skrzydłami, niezdolne było ani odlecieć, ani opaść między trawy. Nie spuszczając wzroku ze swej ofiary, niespiesznie ruszył w jej kierunku. Czuł płynącą zewsząd energię, z ciepłej ziemi, która go wydała, z aromatycznych ziół pełnych rosy, ale nade wszystko ze strachu pierzastej istoty.

„Strach, najbardziej kaloryczny z pokarmów!” — pomyślał, wysuwając swój długi, rozdwojony język…

Trach.

Zdumienie na moment odebrało mu rozeznanie w sytuacji. Siła jakaś nieoczekiwana przygwoździła go do ziemi, przygniotła tuż za czaszką, czyniąc go niezdolnym ani do użycia jadowych zębów, ani do ucieczki. Zadygotał z wściekłości. Ale miał jeszcze potężny ogon. Zamachnął się nim i trafił w kolczastą opuncję. Poczuł ból.

Ptak, który nagle odzyskał możliwość ruchu, wykorzystał moment i błyskawicznie odleciał.

Wąż nadal nie mógł się poruszyć. „Mam uszkodzony krąg szyjny!” — przemknęło mu przez głowę. „Jak to możliwe?”

Kątem oka dostrzegł sprawczynię jego nieszczęścia, bosą stopę, silnie miażdżącą go w najsłabszym punkcie. Stopa, jak zdołał zauważyć, przechodziła w szczupłą nogę, ginącą w cieniu lnianej szaty, skrywającej ciało młodej niewiasty, właściwie dziewczyny. Twarzy jej nie widział, zalewająca polanę fala światła wschodzącego słońca prawie go oślepiła. Zresztą wiedział, kto to jest. Znał przepowiednię. O kobiecie, która zetrze głowę gada.

— Dopadła mnie! — zasyczał.

I się obudził.

Światło wlewało się do sypialni szczelinami między żaluzjami.

Czyżby zaspał? Uniósł się, z obrzydzeniem poczuł zimny pot na piersiach i pod pachami. Nad wieloma rzeczami zachowywał kontrolę, sny jednak do tej kategorii nie należały. Powiódł okiem po sypialni, nad którą unosił się ciężki odór alkoholu, wypalonej marychy, perfum, potu i spermy. Naga czternastoletnia dziwka pochrapywała na drugim krańcu łoża. Jeszcze to! Zapomniała o regułach. Po północy nie powinno być po niej śladu. Musiał przecież dbać o swoją reputację. Mocnym klapsem przywrócił Juanitę do rzeczywistości, a potem wskazał drzwi od ogrodowego wejścia.

— Masz pięć minut, żeby zniknąć!

Wyszczerzyła swe olśniewająco białe zęby, posłusznie wygrzebała majtki spod poduszki i zaczęła się ubierać.

Wszedł do łazienki, umył zęby i wysikał się do zlewu. Przez moment wpatrywał się w swą ciągle młodą twarz o regularnych rysach, z rozbrajającym uśmiechem, rzadko schodzącym z mięsistych warg. Wysokie czoło, przy gęstym zaroście na czubku głowy, dodawało powagi i dostojeństwa.

Juanita zajrzała do łazienki.

— Nie pobłogosławisz mnie na drogę, ojcze?

— Idź precz! — warknął.

Dobiegło go trzaśnięcie ogrodowych drzwi. Przechodząc przez swój pokój, obrócił krucyfiks, na którym od wieczora Ukrzyżowany wisiał głową do dołu. Czynił to niechętnie, atoli sprzątaczka była gorliwą katoliczką, której dostarczał i tak zbyt wiele materiału do podejrzeń. A w końcu dla Latynoski kurewstwo jest czymś powszedniejszym niż satanizm.

Dopinając sutannę, myślał już o atrakcyjnym temacie, który poruszy w kazaniu na porannym nabożeństwie, i uśmiechał się do swojej koncepcji względności grzechu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Nieznajomi z pociągu

Weronika nie znosiła podróżowania kolejami. Drogi żelazne kojarzyły się jej z jakąś zamierzchłą epoką, która za nic miała ekonomię czasu, a także zapewnienie ludziom komfortu wzajemnej izolacji. Pal sześć nowoczesne pendolino, przypominające wnętrze samolotu, gdzie człowiek skazany był ledwie na bezpośrednie towarzystwo jednej przypadkowej osoby, ale tradycyjny przedział, przypominający kurnik — również jeśli idzie o zapach — przyprawiał ją o klaustrofobię. Czy zaważyły na tym geny pradziadka dróżnika, który spędził całe życie w budce pod Radomskiem i przez całe międzywojnie jedynym powiewem szerokiego świata, jaki odczuwał, był podmuch wzbudzany przez lukstorpedę mijającą jego zadupie w pędzie tak wielkim, że — bywało — strącał mu służbową czapkę, a raz nawet wyrwał z ręki chorągiewkę? Nie sposób orzec. Weronika nie znała pradziadka, który jak poszedł na wojnę w ’39, nigdy nie wrócił. Wiele lat później informacje o jego losach przyniósł repatriant z ZSRR o czerwonych rękach i białych włosach, współtowarzysz niedoli w kopalniach Kołymy. Zresztą i o tej części rodzinnej biografii dowiedziała się bardzo późno, wiele lat po śmierci dziadka, pułkownika służby bezpieczeństwa, który całe życie obawiał się, że ujawnienie biografii ojca łagiernika może zaszkodzić jego karierze.

Jakoś nie zaszkodziło. Od chwili, kiedy stary Władek Janiak z małoletniego wychowanego na ulicy szabrownika przeobraził się w funkcjonariusza Milicji Obywatelskiej, jego awanse odbywały się ruchem jednostajnie przyśpieszonym. Głupi nie był. Maturę zdał na kursach, zaliczył skróconą szkołę oficerską, walki zaś z bandami i lata wiernej służby dla Polski Ludowej uczyniły z niego majora, a nawet szlachcica. Około 1956 roku zmienił plebejskie nazwisko Janiak na herbowo brzmiące Janikowski. Na to, żeby czerwona twarz z kartoflanym nosem stała się bardziej arystokratyczna, trzeba było poczekać na następne pokolenie. Skądinąd Janikowski może zostałby nawet generałem, w latach osiemdziesiątych prowadził kilka poważnych spraw, ale ku zaskoczeniu wszystkich (albo prawie wszystkich) w połowie lat osiemdziesiątych popełnił samobójstwo, wieszając się w lasku niedaleko swojej daczy. Kulisy tego kroku pozostały nieznane. Jego żonę, twardą komunistkę, zadowoliła wysoka renta i pogrzeb z salwą honorową, jednak syn Marian nigdy nie uwierzył w nagły przypływ depresji u twardego funkcjonariusza.

W odróżnieniu od swych plebejskich rodziców był kulturalny, wykształcony (ukończył prawo na Uniwersytecie Warszawskim) i po powrocie ze stypendium w USA dość błyskotliwie rozpoczął pracę w prokuraturze. Gdyby na tym poprzestał. W wolnej Polsce próbował na własną rękę wracać do zamkniętej przecież sprawy samobójstwa Janikowskiego. Czy czegoś się dogrzebał, czego nikt zdrów na umyśle dogrzebywać się nie powinien? Nie wiadomo. Owej pamiętnej jesieni 1993 roku, kiedy to zda się pogrzebana raz na zawsze lewica wróciła w III RP do władzy, jego krótkiemu życiu położyło kres czołowe zderzenie z białoruskim tirem. Co ciekawe, sprawcy wypadku nigdy nie odnaleziono.

Weronika, jedynaczka, od szóstego roku życia półsierota (pamięć o ojcu ograniczyła się do elegancko przystrzyżonych wąsów i zapachu mocnej wody po goleniu), wychowywana przez trzy wiecznie skłócone ze sobą kobiety (babka, matka i ciotka Ziuta), nigdy się tym nie zainteresowała. Z domu rodzinnego, z którego zwiała w wieku osiemnastu lat, wyniosła wstręt do życia stadnego pod jakąkolwiek postacią i wysoko rozwiniętą niechęć do jakichkolwiek stałych związków. Tym bardziej, że intuicja już w momencie poznawania jakiegokolwiek faceta podpowiadała jej, jak to się skończy. I przeważnie miała rację.

Co nie znaczy, że żyła samotnie. W przerwach swej egzystencji programowej singielki wchodziła w krótkie, burzliwe związki, przynoszące jej niezmiennie więcej kłopotu niż satysfakcji. Zresztą małżeństwo nie było jej do niczego potrzebne, nie zamierzała mieć dzieci. Uważała, że nasz glob i tak jest przeludniony, a wszelkiej maści bachory, które wrzeszczą, srają i przeszkadzają innym, napawały ją obrzydzeniem.

Sama podróż zaczęła się fatalnie. Już na Dworcu Centralnym poczuła się niedobrze, najpierw był to nieokreślony podmuch niepokoju, jaki odczuwała zawsze na widok obcych, kalek i brudu. Nie widziała wprawdzie nigdzie bezdomnych przepędzonych przez straże miejskie, ale wyczuwała ich obecność, której w przejściu podziemnym towarzyszyła charakterystyczna woń uryny. Po kilkunastu krokach zakręciło się jej w głowie tak, że musiała oprzeć się o ścianę.

Cholera, zdarzało się jej to coraz częściej. Gdyby nie długi okres seksualnej wstrzemięźliwości, pomyślałaby, że jest w ciąży. Przymknęła oczy, otoczył ją opiekuńczy mrok, wzmógł się natomiast łomot serca. Zacisnęła powieki i w ciemności zobaczyła światła pędzącego wprost na nią pociągu. Błyskawicznie otworzyła oczy. Złudzenie prysło, dookoła nie działo się nic niepokojącego — tuż obok zachęcająco pośmierdywał kebab, dalej kusił kolorową papką kiosk z gazetami.

Według zegara wynikało, że jej pociąg odjechał przed minutą. Kurza twarz! Rzuciła się ku ruchomym nieruchomym schodom. Na peronie znalazła się równo z pociągiem, który na szczęście spóźnił się dziesięć minut, w dodatku zanim jeszcze odjechał, załapał dalsze pięć minut opóźnienia.

To wystarczyło, żeby zdążyła jeszcze parokrotnie przekląć w duchu awarię swego seata, który musiał zepsuć się właściwie wtedy, kiedy był najbardziej potrzebny. (Do pracy mogła jeździć metrem. Tam ze względu na krótką trasę tłok pasażerów była w stanie znieść. Nie była aż tak wystrzałową laską, aby ktoś zbyt natrętnie ocierał się o nią czy łapał za biust). Swoją porcję wulgaryzmów oberwał też Zygmunt, który obiecał jeszcze wczoraj pojechać razem z nią, ale w ostatniej chwili wypadły mu nocne zdjęcia.

„Pewnie próbne zdjęcia majtek z początkującą aktoreczką” — pomyślała z goryczą. Ale czego się spodziewała, rozstali się dobre trzy miesiące temu. I nic nie wskazywało na to, żeby mieli się zejść ponownie. Zygmuś, tak jak jego wielki mistrz Roman, wyznawał zasadę, że „dziewczyna może mieć i czternaście lat, byleby młodo wyglądała”, natomiast Weronika wyglądała na swoją trzydziestkę, a bywały dnie, że na więcej.

Odszukała przedział numer cztery, pierwszej klasy jedynie z nazwy — brudnawe obicia musiały pamiętać jeszcze początek transformacji, a zagłówki uprano ostatni raz dobre dziesięć lat temu. W dodatku był pełen. Prawie! Obok niej rozsiadła się parka małolatów, zajętych na szczęście nieustannym stukaniem w swoje smartfony, pod oknem jakiś gruby facet demonstracyjnie rozłożył „Gazetę Polską”. (Pamiętała czasy, kiedy cały przedział robił tak z tygodnikiem „Nie”. Cóż — signum temporis!). Obok niego siedziała zadbana kobiecina o wyglądzie emerytowanej nauczycielki, a dokładnie vis à vis w ostatniej chwili, kiedy już miała nadzieję, że swobodnie wyciągnie nogi, na wolne miejsce wsunął się niepokojąco przystojny mężczyzna koło pięćdziesiątki w czarnym golfie, który jednak zamiast zapuścić żurawia w jej dekolt, co robiła większość mężczyzn, bezzwłocznie wyciągnął jakąś książkę oprawioną w gazetę. Niewątpliwie pornos. Może dla gejów? Epoka, kiedy ludzie opakowywali w ten sposób publikacje paryskiej „Kultury”, dawno minęła. Nie czekała, aż ktokolwiek spróbuje nawiązać rozmowę — zresztą czasy, kiedy dyskutowano dużo i chętnie, też należały do przeszłości — albo wyciągnie jakąś wygniecioną kanapkę, napełniając przedział wonią jaj i kiełbasy. Wsunęła się pod płaszcz, postanawiając zerwać kontakt ze światem. Robiła tak od dzieciństwa, z doskonałym skutkiem. Odwiedzała światy błękitne, złociste, różowe, w których bywała królewną, dobrą wróżką albo elfem. Z wiekiem światy straciły swój pierwotny urok, ale przynajmniej pozostawały osobne. Miała nadzieję, że i tym razem szybko zaśnie.

Przez wiele lat nie miała najmniejszego kłopotu z zasypianiem. Zasypiała szybciej niż niejeden z jej partnerów po skończonym akcie miłosnym.

Kiedy to się zmieniło? Od chwili rozpoczęcia pracy w telewizji? Od rozstania z Zygmuntem? Wprawdzie nadal błys­kawicznie zapadała w nirwanę, ale budziła się już po godzinie. Nie tyle wyspana, co niezdolna do dalszego snu. Leżała nieruchomo, wpatrując się w dziwnie odległy sufit, to znów zaciskając powieki, nadaremnie próbowała wrócić w objęcia Morfeusza. Podejmowała też inne próby — wietrzyła mieszkanie, czytała książki, wychodziła na spacery po opustoszałym mieście. Pomagało to jedynie na krótko. Zapadała wprawdzie w sen, ale tylko na jakieś pół godziny, i budziła się w stanie, który nie sposób było jednoznacznie określić. Nie był to bowiem ani sen, ani czuwanie. Nie kontrolowała swego ciała, a dzienna rzeczywistość sypialni zdawała się odległa. W dodatku widywała rzeczy dziwne, czasami zdumiewające, nierzadko straszne. Toczyła rozmowy z ludźmi, którzy umarli, albo których nie znała osobiście, a nawet z tymi, których miała dopiero poznać. Na przykład Zygmunt Malik pojawił się w jej snach na trzy miesiące przed ich poznaniem. Przebywał wtedy w Ameryce, usiłując bez większych zresztą szans zrobić karierę w Hollywood — niestety, złoty wiek polskich operatorów właśnie dobiegał tam kresu. W tych snach wielokrotnie prowadzili długie rozmowy o sztuce, spacerując po przepastnym magazynie na dekoracje, gdzieś na krańcach obiektu przy Woronicza 17. Kłócili się o jakieś detale, na koniec kochali się na stercie starych kostiumów, co zresztą faktycznie zdarzyło się już w dwa tygodnie po ich pierwszym kontakcie.

Skądinąd znakomicie pamiętała ich pierwsze spotkanie w realu, siedziały z Dianą w barku studia 5, usiłując przełknąć jakieś na pół gumowe pierogi, kiedy wychynął od strony studia szczupły, rudawy facecik, z rulonem szkiców pod pachą.

Minął je jak powietrze, potem jakby sobie o czymś przypomniał, bo zawrócił i cmoknął Dianę w policzek. Chciał podążyć dalej, ale przeszkodziła mu Weronika.

— Ja też tu jestem — powiedziała.

Zatrzymał się. Zmęczone oczy nagle mu poweselały.

— Faktycznie. — Wyciągnął rękę. — Przepraszam, ale kiedy jestem zamyślony, nie zauważam nawet najpiękniejszych elementów tego świata. Niestety, nie byliśmy sobie dotąd przedstawieni, Diana jest taka zaborcza, jeśli idzie o swoje przyjaciółki. A pani, widzę, jest naszą nową…

— Kandydatka na scenografa — przerwała potok domysłów. — Weronika Janikowska, a pan to niewątpliwie sam słynny Zygmunt Malik.

— Zna mnie pani? — Wyglądał na zaskoczonego. — Z Facebooka?

— Z prasy — powiedziała wymijająco. Bo jak miała mu opowiadać o swoich pornograficznych snach z jego udziałem?

— Dobrze byłoby, żebyś wprowadził ją w tutejszy bałagan — rzekła Diana. — Wera pracuje dopiero miesiąc i ciągle jest jeszcze trochę zagubiona. A ty masz takie zdolności pedagogiczne.

— Lepsze niż ty?

— Zdecydowanie, a poza tym nie palisz. A mnie już od kwadransa skręca za dymkiem. — To mówiąc, wyszła na korytarz, gdzie już czekała na nią Balbina Rojek, pulchniutka charakteryzatorka, z którą znakomita dziennikarka zamieszkiwała od pewnego czasu w romantycznej willi na Saskiej Kępie. „Wychodzi taniej niż gosposia i milej niż kot”.

Zygmunt rzeczywiście okazał się zdolnym pedagogiem. W ciągu miesiąca Wera została jego asystentką, potem kochanką, a następnie prowadzącą dom. I najdziwniejsze, że udało się jej połączyć te funkcje przez całe długie sześć miesięcy i gdyby nie ostentacyjna niewierność Zygmunta, mogłoby to potrwać lata. A przynajmniej rok. Po co owego czarnego czwartku wróciła z pracy trzy godziny wcześniej niż zwykle? I wparowała do mieszkania, zamiast zadzwonić?

Nie pierwszy raz przypadek odegrał w życiu Weroniki rolę reżysera. Czasem była to rola dobra, czasem zła. Przy całej swej niestabilności emocjonalnej przez całe dotychczasowe życie jedno pozostawało u niej niezmienione. Parcie do sławy! Chciała być wybitną malarką. Ot, taką Fridą Kahlo, Tamarą Łempicką, Olgą Boznańską… Mniejsza o gatunek, w każdym stylu sprawdzała się doskonale! Mogłaby zostać nawet fałszerzem dzieł sztuki, gdyby ktoś jej to zaproponował. Tyle że nigdy nie dostała takiej propozycji.

Dlaczego jej się dotąd nie powiodło? Może studiowała nie w tej akademii, co trzeba, w mieście dużym, acz nie stołecznym? Może zadawała się nie z tymi ludźmi, co powinna, a w trakcie studiów za bardzo lubiła balangi i noce z przypadkowymi partnerami. Nie przespała się za to ze swym profesorem od grafiki, który obiecywał, że zrobi z niej wziętą ilustratorkę. Z dzisiejszego punktu widzenia postąpiła źle, choćby przez wzgląd na graficzne badziewie zalewające rynek. Profesor kopnął w kalendarz po czterech latach, a jego kochanica, cwańsza od Weroniki koleżanka z roku, zmonopolizowała rynek.

W każdym razie, ani się obejrzała, jak została nauczycielką rysunku w szkole podstawowej, na zapyziałych peryferiach podupadłej aglomeracji. Zmarnowała tam pięć lat, które wlok­ły się jak dekada.

Gdyby wierzyła w Boga, modliłaby się o cud. Co ciekawe, cud zdarzył się i bez jej zabiegów. Po prostu któregoś dnia, przed dwoma laty, pod koniec wakacji głos wewnętrzny, a może senny majak, zmusił ją do pojechania na zjazd członków popularnego przed laty teatrzyku „O’sika”, przez który przewinęła się pod koniec studiów. Tam z precyzją doskonale zaprogramowanego drona trafiła na Kamila Ostrowskiego, jednego z swych dawnych adoratorów, obecnie dobrze zapowiadającego się dramaturga. Kamil jakimś cudem pozbył się łupieżu i młodzieńczego trądziku, przestał się jąkać i zamiast zdezelowanym motorem, jeździł najnowszym BMW. A jakie miał wzięcie u kobiet…

Czy więc to dziwne, że pojechała z nim do Warszawy, ulegając jego chuciom już na parkingu przy autostradzie A2? (Na swoje usprawiedliwienie mogła powiedzieć, że stało się to podczas prawdziwego oberwania chmury i było zdecydowanie bezpieczniejsze niż dalsza jazda w ulewę). Ich romans przetrwał tydzień. I skończył się jak seans przereklamowanego filmu, opuszczeniem sali przez publiczność.

Wiarę w genialność Kamila poza nim samym podzielało zaledwie kilka osób. Owszem, miał rewelacyjne wyczucie półek, na których stoją konfitury, granty i stypendia. W ciągu zaledwie paru lat napisał kilka sztuk o Holokauście, gejach i uchodźcach, zgarniając mnóstwo nagród. Tyle że pogoda na tego rodzaju twórczość w kraju zaczynała się kończyć, a za granicą zabłysnąć jeszcze nie zdążył.

Poza tym ze słynnymi dramaturgami z przeszłości łączyła go tylko jedna cecha: Ostrowski lubił bić kobiety. Co prawda, wyłącznie po pijaku. Na trzeźwo płakał, przepraszał, obsypywał je kwiatami i jubilerską tandetą.

Na przyjęcie, na którym poznała Dianę Poller, Weronika trafiła w ramach kolejnych przeprosin. Kamil właśnie wytrzeźwiał, pokajał się, pobiegł po kwiaty, błagał, żeby zapudrowała sińce i poszła podbijać świat, który tylko czeka na młode, uzdolnione plastyczki.

— Co ci będę mówił, spotyka się tam cała telewizja! — kusił.

Więc poszła, choć czuła, że to tylko obiecanki cacanki. Chyba miała rację, przez pierwsze dwie godziny nikt nie padł jej do stóp. Przyjęcie cechował olbrzymi rozmach, w sam raz jak na ogród udający angielski park. Zresztą każdy tam kogoś udawał. Przedstawiciele minionej władzy odgrywali tych, którzy lada moment mieli wrócić na szczyty, przejrzałe gwiazdy zachowywały się jak dwudziestoletnie młódki. A młódki…? Te akurat były autentycznie tak młode, że na ich tle Weronika natychmiast poczuła się jak rówieśniczka brytyjskiej królowej.

Kamil przedstawił ją gospodarzowi, słynnemu producentowi, na pierwszy rzut oka przypominającemu podstarzałego hobbita, skrzyżowanego z wilkołakiem.

— Niezła dupeczka — skomentował krótko, obnażając krzywe kły, po czym prawie natychmiast o niej zapomniał. Kamil też szybko ją zostawił, wklejając się w grupkę redaktorów najbardziej opiniotwórczej gazety od Władywostoku po Łabę.

Została sama, jak piesek, co wypadł z sań. Nikt jej nie znał, a i ona nie znała nikogo. Znaczy, rozpoznawała twarze, niekoniecznie kojarząc je z właściwymi nazwiskami.

Może poza Dianą Poller. Popularna prezenterka rzucała się w oczy każdemu. Krótko ostrzyżona, z chłopięcym, lekko chropawym głosem, w nieprawdopodobnie obcisłych dżinsach i z nieodłącznym papierosem w ustach. Równie nieodłączna była jej przyjaciółka, pulchna blondyneczka o twarzy cherubina — Balbina Rojek, która, najwyraźniej wściekle zazdrosna, starała się towarzyszyć jej nawet w toalecie.

Weronika postanowiła przynajmniej otrzeć się o gwiazdę, która skończywszy jednego papierosa, sięgała właśnie po następnego.

— Ta nikotyna kiedyś cię zabije! — narzekała Balbina, bawiąc się swymi blond anglezami, ale Diana zbyła tę uwagę machnięciem ręki.

— Nie martw się, Balbi. W gwiazdach stoi, że umrę młodo, śmiercią nagłą. A poza tym nie zawracaj mi głowy, kiedy masz okres. — To mówiąc, roześmiała się gardłowo i odeszła, zanim Wera zdążyła do niej zagadać.

Co jej pozostało? Snucie się od barku do barku, od grupki do grupki. Średnio urodziwa, średnio uzdolniona, absolwentka Akademii Sztuk Pięknych w jednym z miast, które nie należą do czołowych polskich metropolii, coraz bardziej ubzdryngolona i wściekła na cały świat.

— W poniedziałek wracam do szkoły! — Powzięła postanowienie.

Tymczasem przyczepił się do niej jakiś łysek, którego wszechobecne stażystki tytułowały „panem dyrektorem”. Pewność siebie, jaka wylewała się z niego na równi z tłustym kałdunem, wskazywała, że jest osobą wpływową, a śmiałość, z jaką poklepywał, obejmował i obmacywał młode kobiety, dowodziła, że może sobie na to pozwolić. O nienasyconej chuci Wacława Michalaka krążyły legendy, znany był z tego, że w miesiącach letnich potrafił wywozić swym wypasionym mercedesem cabrio młode kandydatki na współpracowniczki w leśną głuszę, po czym stawiał im ultimatum: „albo cnotka, albo piechotka”.

— Mogę pocałować panią w wewnętrzną stronę uda? — zaproponował Weronice, która już zdążyła zaliczyć pełną kolekcję drinków serwowanych w ogrodzie.

— Proszę bardzo, ale muszę uprzedzić, że nie goliłam się od trzech dni, więc może się pan podrapać — odparła z odwagą rzadko spotykaną u prowincjuszek. Łysoń poprzestał na obleśnym pocałunku wyciśniętym na jej dłoni i propozycji, żeby spotkali się w tygodniu w Firmie.

— Mówi się, że ma pani potencjał — powiedział, do końca nie bardzo wiedząc, z kim rozmawia.

Tę znakomicie rozwijającą się rozmowę przerwał potężnie uchlany Kamil, który zgubił gdzieś marynarkę i wdarł się między nich, napakowany agresją w sposób ekstremalny.

— Już się kurwisz, już? — wrzasnął do Weroniki, podnosząc rękę do ciosu.

— My tylko rozmawiamy — usiłował powiedzieć łysy dyrektor, ale pchnięty, fiknął do stawu. Kamil znów obrócił się do Janikowskiej.

— Ty szmato, ty szmato — powtarzał, usiłując uderzyć ją w twarz.

Pomysł był kiepski. Pięć lat temu, decydując się na pracę na przedmieściu, Weronika przeszła intensywny kurs samoobrony, a i teraz dwa razy w tygodniu trenowała na siłowni. Kamil mógł się znęcać nad nią w domu, ale nie przy ludziach!

Pierwszy cios zgiął Ostrowskiego wpół, drugi wyprostował na pełną długość, trzeci rzucił na ziemię.

— Wybiła mi zęby, wybiła! — zaskomlił autor dramatu w trzech aktach (płciowych) pod tytułem Plaża na Lesbos.

Nie zwracając uwagi na ludzi, którzy zbiegli się i zaczęli jej klaskać, Weronika odwróciła się do zdębiałego kelnera, który zastygł z tacą w ręku, niczym pomnik wykwintnej gastronomii. Walnęła z marszu trzy czyste wódki i film jej się urwał.

Z tego, co działo się potem, na oceanie niepamięci pozostało zaledwie kilka wysepek świadomości. Kojarzyła, że leżącą we własnych wymiocinach w kiblu podniosła ją jakaś energiczna osoba, która umyła jej twarz. Poznała te krótkie włosy i zrośnięte brwi. Zresztą dobra samarytanka przedstawiła się: „Diana jestem”.

Potem jechały gdzieś samochodem, zatrzymywały się na poboczu, Wera znowu rzygała, wreszcie stanęły przed małym domkiem oplecionym dzikim winem i gospodyni wniosła ją do środka. Obrażona Balbina nie pojawiła się tej nocy. Podobno wcześniej zrobiła Dianie dziką awanturę o rozmowę z jakąś włoską śpiewaczką i demonstracyjnie wyjechała do rodziny pod Warszawę.

Weronika spała aż do południa, by obudzić się kompletnie naga w sypialni Diany Poller, która trzeźwa i pachnąca, już od paru godzin mozolnie stukała coś na komputerze.

Janikowska usiłowała wstać, ale z jękiem opadła na łoże. Diana zjawiła się błyskawicznie, z gorącą kawą, tabletkami na kaca i pięknym, na wpół przezroczystym szlafroczkiem.

— Czy ktoś ci powiedział, że masz ciało bogini? — zapytała zachwycona dziennikarka.

— Tylko mężczyźni! — odrzekła prostodusznie Wera.

Diana aluzju paniała i roześmiała się gardłowo.

— Nic się nie martw, nie wykorzystałam cię, gdy byłaś nieprzytomna. Zresztą nie jesteś w moim typie.

Popatrzyła jej prosto w oczy.

— Masz charakter. To w naszym świecie rzadkość.

Czy miała wobec Weroniki jakieś plany erotyczne? Jeśli tak, nigdy się z nimi nie zdradziła. Może potrzebowała jedynie przyjaciółki. Może asystentki? Balbi nie nadawała się do niczego poza pieszczotami.

A może, w świecie, który jest jak dżungla, zapragnęła zrobić coś bezinteresownie dobrego i akurat padło na Werę. W każdym razie, dzięki kontaktom pani Poller przed prowincjuszką uchyliły się drzwi renomowanego wydawnictwa, kilka graficznych projektów przyjęła telewizja, a potem pojawił się Zygmunt i świat stanął otworem.

W małym wynajętym mieszkanku na osiedlu Za Żelazną Bramą, gdzie sąsiadami byli głównie Wietnamczycy, Wera poczuła się nareszcie szczęśliwa. Nawet gdy rozstała się z Zygmuntem. Mogła realizować swoje plany, a dzięki Dianie sprawdzać się również na innych polach.

*

Tłum wypełniał całą szerokość Traktu Królewskiego. Czarne stroje, czarne parasole, czarne litery na transparentach. „Ręce precz od naszych vagin”. Wera zastanawiała się, ile z protestujących kobiet gotowych było zaakceptować własne hasła dosłownie.

Znalazła się tu wyłącznie towarzysko. Polityka śmiertelnie ja nudziła, toteż ze sporym zainteresowaniem obserwowała swoje towarzyszki. Balbina traktowała demonstrację jak dziecko przekonane, że właśnie za jego sprawą zmieni się świat. Postawa Diany była bardziej skomplikowana. Dotąd unikała deklaracji politycznych, starając się trzymać roli obiektywnej dziennikarki. A teraz…

— Wiadomo, że mnie wyrzucą z reżimowych, ale niech zrobią to chociaż z przytupem.

Potem, gdy już okrzyknięto ją męczennicą, okazało się że od pewnego czasu ma nagrany kontrakt w stacji komercyjnej. Reportaże z niebezpiecznego świata — zawsze zamierzała robić coś takiego.

Demonstranci minęli tymczasem bramę uniwersytetu. Po prawej stronie ukazały się wysokie schody kościoła Świętego Krzyża, z charakterystyczną rzeźba Chrystusa. „Precz z terrorem kleru”, wołały demonstrantki. Weronika skandowała razem z nimi, aż do momentu, kiedy się potknęła. A właściwie miała wrażenie, że to potknął się Chrystus na schodach, a krzyż zsunął się z jego pleców…

Straciła przytomność, a może tylko przeniosła się gdzie indziej, do wnętrza jakiegoś kościoła. Poczuła silny zapach świec i kadzidła. Zamrugała oczami. Diana, czarno ubrana, leżała w trumnie. Spokojna, kredowobiała, z siwymi odrostami widocznymi na skraju ufarbowanych na heban włosów…

— Nic ci nie jest?

Wizja znikła. Głos Diany przebił się przez wrzawę tłumu. Razem z Balbiną usiłowały podnieść Weronikę i postawić ją na nogi.

— Wszystko w porządku, potknęłam się tylko, chodźmy stąd.

Czoło pochodu zdążyło się już oddalić w stronę Nowego Światu, a trzy kobiety skręciły w ulicę Kopernika.

— Nie jedź do Wiednia! — powiedziała nagle Weronika, sama zdziwiona tym, co mówi.

— Ależ nie wybieram się do żadnego Wiednia — powiedziała Diana. — Co ci strzeliło do głowy?

Wtedy jeszcze nie mogła wiedzieć. Propozycja wyjazdu z zespołem wolontariuszek pojawiła się miesiąc później. Nikt jej nie odradzał, Wera zapomniała o swym widzeniu, a temat Ludzie wielkiego serca pomagają uchodźcom w adaptacji w Europie zapowiadał się atrakcyjnie. Diana Poller planowała odwiedziny kilku obozów w różnych krajach w charakterze zwykłej ochotniczki.

Co prawda z kolejnych maili i esemesów wynikało, że w zderzeniu z realiami jej początkowy entuzjazm słabnie, ale telewizja, która zamówiła u niej materiał, nie była zainteresowana sporadycznymi przypadkami zaprzeczającymi tezom o szybkiej adaptacji.

Trzy tygodnie później nastała pełnia i Janikowska znów przeżywała kłopoty ze snem. Wprawdzie zaciągnęła kotary, ale pyzaty księżyc przebijał wszystkie zasłony i nie pomagała nawet opaska na oczy, którą przywiozła z lotu do Kanady. Odnosiła wrażenie, że wszelkie desperackie zabiegi potęgują tylko jej zwidy. W kolejnej godzinie czuwania mrok wokół niej zaczął tężeć, przybierając geometryczne kształty. Jeszcze chwila, a bezkształtne bryły przemieniły się w secesyjne kamienice, stojące równym szeregiem przy pustej ulicy jakiegoś wielkiego, obcego miasta. Szła tą ulicą. Sama. Czuła się zmęczona, niespokojna, ale do stacji metra pozostało jej najwyżej kilkaset kroków. I wtedy usłyszała stukot butów na trotuarze, najpierw z prawej, potem z lewej. Nikogo nie widziała, ale ogarnęła ją panika… Nie odwracając się, przyśpieszyła kroku i zobaczyła przed sobą ogromnego, dwumetrowego mężczyznę z kudłatą brodą. Torebka wysunęła się jej z rąk, elegancka, markowa, ze srebrnym monogramem Diany. Ktoś złapał ją za ramię.

— Puszczaj! — Śmiertelnie przerażona, zerwała się na nogi. Chciała zapalić lampkę, ale strąciła ją z łóżka, rzuciła się więc do okna i szarpnięciem rozsunęła kotary. Księżyc gdzieś odpłynął, za to słaby blask przedświtu wdarł się do jej mieszkania. Przekręciła klamkę i pchnęła okiennicę, otwierając okno na oścież. Oprzytomniała. Była sama. Łańcuch w drzwiach znajdował się na swoim miejscu. Podniosła potłuczoną lampkę, zapaliła górne światło…

A potem zadzwoniła do Wiednia. Najpierw na komórkę Diany. Usłyszała: „Zostaw wiadomość po usłyszeniu sygnału”, potem na stacjonarny numer pensjonatu „Pięć róż”. Czekała. Trzeci dzwonek, czwarty…

Odebrała rozespała Balbina.

— Ty wiesz, która jest godzina? — marudziła.

— Dochodzi czwarta. Jest Diana?

— Nie. — W głosie anielskiej lesbijki zabrzmiało pewne zdziwienie. — Nie miałam pojęcia, że jest tak późno. Dzwoniła może do ciebie?

— Nie. Wydaje mi się, że ma wyłączoną komórkę.

— Nigdy tego nie robi, ale ostatnio kompletnie zwariowała na punkcie swojego reportażu. Miała dziś kolację integracyjną z uchodźcami. Dzwoniła, żebym na nią nie czekała… Masz do niej jakąś pilną sprawę…?

— Nie, tylko przestraszył mnie głupi sen…

— Daj spokój! Ty i twoje sny! Widzisz, do czego prowadzi nieuregulowane życie płciowe.

Ciało Diany Poller znaleziono rano w jakimś zaułku, niedaleko stacji metra. Usta miała zaklejone taśmą, ubranie poszarpane w strzępy. Bohaterowie jej reportaży, młodzi napakowani testosteronem uchodźcy z Syrii, zgwałcili ją na wszystkie możliwe sposoby, a następnie (zapewne po to, żeby ich nie rozpoznała) poderżnęli jej gardło.

Próżna przezorność, zostawili przecież całe mnóstwo śladów biologicznych, tak że już następnego dnia cała piątka trafiła w ręce wiedeńskiej policji. Szli w zaparte i dopiero po dwóch dniach jeden, siedemnastolatek o biblijnym imieniu Ibrahim, pękł w rozmowie z psychologiem, który zapytał o powód tego ataku na osobę im znaną, która z tak wielkim oddaniem poświęcała czas na pomoc emigrantom.

— Parszywa lesba, obraza boska! — powiedział Ibrahim i splunął przez przerwę w przednich zębach…

*

— Poproszę bileciki do kontroli!

Głos konduktora przywrócił ją do rzeczywistości. Smutnej rzeczywistości. Jazda na pogrzeb przyjaciółki, niezależnie od środka lokomocji, zawsze jest przygnębiająca. Ciekawe, że przez całe dwa tygodnie, kiedy Balbina i rodzina Jaroszów (tak brzmiało panieńskie nazwisko Diany) zajmowali się sprowadzeniem ciała do kraju i organizacją pogrzebu w rodzinnym mieście, zmarła przyjaciółka ani razu nie pojawiła się w nocnych majakach Weroniki. Czyżby znalazła się w miejscu, skąd nie można wysłać żadnego sygnału?

Po kolejnej półgodzinie spędzonej pod płaszczem Janikowska poczuła głód. Przypomniało się jej, że Wars jest w następnym wagonie. Już zamierzała wstać, kiedy na wprost swych oczu ujrzała znajome karminowe usta i zęby ze śladami nikotyny. „Nie idź do restauracyjnego”.

Wizja trwała może sekundę, po czym usta znikły. Weronika ostrożnie wyjrzała spod płaszcza. Kobieta o wyglądzie emerytowanej nauczycielki właśnie wstała i zapytała siedzącego obok przystojniaka, czy nie byłby łaskaw rzucić okiem na jej walizkę, bo wybiera się do Warsu.

— Chętnie — odparł głosem niskim, melodyjnym, na dźwięk którego mogły spadać majtki małolatom. — Miałem wprawdzie zamiar pójść coś zjeść, ale zaczekam, aż pani wróci.

— Lepiej nie wychodzić z przedziału — rzuciła ku włas­nemu zaskoczeniu Wera, unikała bowiem jak ognia rozmów z nieznajomymi.

Nauczycielka zignorowała sugestię i wyszła na korytarz. Jej sąsiad wpił w Weronikę piwne oczy, ta jednak nie zamierzała nawiązywać z nim znajomości i z powrotem zanurkowała pod płaszczyk. Ciekawa była, czy spotka tam jeszcze raz Dianę.

Nie zdążyła nawet jej poszukać, kiedy strach dopadł ją ze zdwojoną siłą. Był silny niczym trąba powietrzna. Szarpnęła płaszczyk, urywając wieszak. Mężczyzna z przeciwka patrzył zdumiony, jak wyskakuje na kształt latającej ryby i ustami łapie powietrze. Zdumienie jednak trwało krótko.

To, co przeżyła w ciągu następnych kilkunastu sekund, miało ją nękać tygodniami w trakcie nocnych powtórek. Za każdym razem odnosiła wrażenie, że wszystko rozgrywa się jak w zwolnionym filmie… Przeraźliwy pisk hamulców, wysoki krzyk kogoś z korytarza, ogłuszający huk uderzenia, rozpadający się na tysiąc innych hałasów, grad sypiących się waliz, świat stający dęba… I ciemność.

Ile to wszystko trwało — trudno orzec. Chyba dość krótko. Ocknęła się, kiedy poczuła deszczyk siekący po twarzy. Czyjeś silne ramiona wyciągnęły ją przez okno leżącego na boku pociągu. Dookoła było słychać krzyki i jęki… Krew z rozbitego czoła zalewała jej twarz. Kilka samochodów, które zajechały z pobliskiej szosy, oświetlało reflektorami miejsce katastrofy pełne uwijających się ludzi. Jedni biegali z latarkami, inni bez…Wagony, które wypadły z szyn, piętrzyły się jak zabawki, a jeden przełamany na pół, z napisem „Wars”, przypominał dekorację z filmu grozy. Niosący ją mężczyzna podążał w kierunku samochodów. Poznała go dopiero, kiedy ogarnęły ich reflektory. Przystojny sąsiad. To się nazywa mieć szczęście!

— Nic pani nie jest? — zapytał, a nie otrzymawszy odpowiedzi, kontynuował: — Nogi i ręce wyglądają na całe. Ale co z głową?

— Nic mnie nie boli. Wygląda jedynie na skaleczenie.

— To dobrze — stwierdził, umieszczając ją na siedzeniu gościnnie otwartego samochodu. — Muszę wracać, inni mnie potrzebują.

Dookoła widać było grupki mieszkańców, którzy wybiegli z nieodległych domostw, śpiesząc z pomocą. Spontaniczna akcja ratunkowa trwała, mimo że dopiero po kolejnych minutach z oddali rozległy się syreny karetek i wozów policyjnych.

— Niech się pani trzyma i podziękuje Bogu — powiedział jeszcze jej wybawca.

— Dzie… dziękuję — wybełkotała.

— Właściwie to ja powinienem pani dziękować, gdybym pani nie posłuchał i poszedł do wagonu restauracyjnego…

— Straszna miazga — wtrącił jeden z tubylców.

Zawieziono ją do szpitala. Poza płytką raną na czole wyszła z katastrofy bez szwanku.

„Zszyłem panią tak, że nie będzie żadnej blizny”, powiedział młody ryży chirurg. Inni mieli mniej szczęścia. Bilans mówił o jedenastu zabitych i dwudziestu ośmiu ciężko rannych.

Weronika należała do licznej grupy lżej poszkodowanych. Po opatrzeniu i pobieżnym zbadaniu została zwolniona ze szpitala. Czekając na autobus, który miał ją zawieźć do hotelu — kontynuowanie podróży było raczej niewskazane — rozglądała się za swoim przystojnym wybawcą. Ale się nie pojawił. Widocznie inne zajęcia pochłonęły go bez reszty, a może zdecydował się kontynuować podróż? „Szkoda. Nie wiem nawet, jak ma na imię!”

Weronika nie miała wielu miłych doświadczeń z mężczyznami, choć nie było ich mało. Niestety, w jej przypadku ilość nie przeszła w jakość. Cnotę straciła mimochodem na jakiejś prywatce w połowie liceum, gdy dzieciaki napiły się i naćpały ile wlezie, a potem próbowały się parzyć każdy z każdym, niczym w piosence Laskowika — „Starych nie ma, chata wolna, oj będzie bal”… Półprzytomna, niewiele zapamiętała, poza tym że na początku balangi była naiwną panienką, a wracała z niej obolała w zakrwawionych majtkach jako dojrzała kobieta.

Wkrótce potem zakochała się bez pamięci. Wtedy jeszcze wydawało jej się to możliwe. Obiekt jej westchnień, pan od geografii, nie był może przystojny, ale miał piękne oczy i sugestywny głos. No i był nieprawdopodobnie mądry. Sposób, w jaki mówił o tych wszystkich zamorskich krajach, jak zachwycał się egzotycznymi podróżami, przyprawiał ją o bicie serca. Pokochała więc (inaczej niż jej koleżanki) mapy, uwielbiała śledzić izobary i izokliny. Wiedziała, czego stolicą jest Pago Pago i jakie efekty przyniósł wybuch wulkanu Krakatau. Dla Romka (nijak inaczej nie dało się spieścić imienia Romuald) zapisała się na profil geograficzno-przyrodniczy, redagowała gazetkę ścienną, gdzie po raz pierwszy błysnęła swymi zdolnościami plastycznymi, i na koniec pojechała na wycieczkę w Góry Stołowe, zamierzając, jeśli tylko natrafi się okazja, oddać się pedagogowi na jednej z takich płaskich gór, wręcz stworzonych do amorów terenowych.

Przeżyła rozczarowanie — Romuald nie tylko zignorował jej zaloty, ale na wspomnianą wycieczkę zabrał żonę, brzydką jak syberyjska tundra w trakcie roztopów. Co gorsza, okazało się, że jego opowieści o tropikach-egzotykach pochodziły z drugiej ręki, osobiście nie dotarł nigdzie dalej niż na wczasy w tureckiej Alanyi. Bolesny zawód odreagowała, zaliczając kilku kolegów z klas wyższych, nie zważając na ich mniejsze lub większe mankamenty intelektualne.

Rozrywkowe studia tylko upewniły ją, że miłość nie istnieje, a dwa ważne elementy sfery erotycznej: namiętność i trzeźwa kalkulacja rzadko idą w parze. Ciągle nie była jednak dość cyniczna, aby traktować świat instrumentalnie i każdy związek z mężczyzną precyzować jako kontrakt, w którym zawsze coś uzyskuje się za coś. Toteż zaliczyła kilka emocjonalnych wpadek, zanim doszła do przekonania, że samotność na życzenie jest zdecydowanie mniejszym złem. Zwłaszcza jeśli ma się pracę, przyjaciół, dorywczych kochanków oraz brak czasu na głębszą refleksję.

Niestety, kochankowie odchodzą, a przyjaciółki umierają. Paradoksalnie, noc w brudnawym hoteliku, wynajętym na koszt PKP, przespała bez snów, zwidów i majaków. Rano autobus dowiózł ją do celu, brzydkiej prowincjonalnej dziury, która przez krótki czas epatowała tytułem stolicy województwa. W drodze do kościoła natknęła się na Balbinę, napuchłą od płaczu jak gąbka.

— Co ja teraz zrobię, co ja teraz zrobię? — powtarzała w kółko.

— Musisz być silna, Diana życzyłaby sobie tego! — To jedyne, co przychodziło jej do głowy jako odpowiedź.

Tymczasem w kościele sytuacja zaczęła zakrawać na tragikomedię. Dość zresztą dla Polski charakterystyczną.

Rodzina lewicowej dziennikarki, ikony polskiego feminizmu, wojującej działaczki LGBT okazała się liczna, tradycjonalna i bogobojna. Wręcz moherowa!

„Jakbym widziała moje trzy babska podniesione do sześcianu” — przemknęło Weronice. Samych krewnych i powinowatych Diany zjawiło się około setki, do tego przybyli koledzy ze szkoły, sąsiedzi i mnóstwo gapiów. Stawił się (a jakże) burmistrz i marszałek województwa. Zajechał swą gablotą producent-hobbit. Media narodowe reprezentował łysy dyrektor erotoman, który, jak z niemałym zdumieniem zauważyła, już w pierwszych minutach nabożeństwa hycnął do konfesjonału.

Weronika, która ostatni raz była w kościele jeszcze w podstawówce, obawiała się, że nie wpasuje się we właściwie rytuały. Spoglądała więc uważnie na Balbinę, od śmierci Diany zachowującą się jak dwustuprocentowa katoliczka. Razem z nią wstała, gdy rozległ się dzwonek.

Mszę odprawiało trzech kapłanów. Jeden najwyraźniej był biskupem, drugi — niski, korpulentny — przypominał Sancho Pansę z powieści Cervantesa. A trzeci…

Zdumiała się, kiedy ich spojrzenia się spotkały.

Nieznajomy wybawca z pociągu był księdzem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Kaprys historii Pies w studni. Kot w windzie czyli re konkwista Ostatnie konklawe Ekspiacja Powrót Almanzora Prezydent von Dyzma 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Ukryta sieć. Cokolwiek wybierzesz. Tom 1 Nie otwieraj oczu Czapkins Siostry Alienista Zamęt