Hot Mess

Hot Mess

Autorzy: Lucy Vine

Wydawnictwo: Burda Książki

Kategorie: Hobby

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 15.50 zł

Czy zamiast spotkania z ludźmi wolisz łóżko, Netflix i pizzę?

Czy zdarzyło ci się przyjść na niedzielny obiad, woniejąc sobotnią nocą?

Twoje mieszkanie zarosło pleśnią, ale nie chce ci się wyprowadzać, bo jest tanie?

 

Poznaj Ellie Knight, swoją bratnią duszę.

Ellie Knight jest taka jak ty. Jej życie nie układa się tak, jak to sobie wyobrażała.

Ktoś powie, że Ellie to typowa hot mess, ale spójrzmy prawdzie w oczy: przecież każdy z nas bywa w totalnej rozsypce.

Nienawidzi swojej pracy, wciąż jest singielką, choć jej przyjaciele jak na złość łączą się w pary i zakładają rodziny, a współlokatorzy są… no, dziwni.

 

Ellie siedzi właśnie na zapleczu baru i obżera się nutellą, bo facet, z którym umówiła się na randkę w Walentynki, wystawił ją do wiatru. Synonimem „singla” nie zawsze musi być „samotny”, prawda?

Ellie wraca do domu, do swoich osobliwych współlokatorów. To normalne, że w każdym kącie mieszkania rośnie czarna pleśń, prawda?

Ma kaca giganta, ale mimo to wlecze się do pracy w biurze, którą już dawno powinna była rzucić.

Bo chyba każdy nienawidzi swojej pracy, prawda?

Owszem, życie Ellie nie przebiega zgodnie z tak zwanym planem, ale doskonałość jest przereklamowana…

 

Tytuł oryginału: Hot Mess

Copyright © by Lucy Vine, 2017

First published in Great Britain in 2017 by Orion Books, an imprint of The Orion Publishing Group Ltd.

Copyright for the Polish edition © by Burda Publishing Polska Sp. z o.o., 2018

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Tłumaczenie: Jacek Żuławnik

Projekt okładki: bij Barbara, Amsterdam

Opracowanie graficzne okładki: Justyna Tarkowska/MileWidziane.pl

Zdjęcie na okładce: plainpicture/Reilika Landen

ISBN: 978-83-8053-378-3

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej: Kamil Raczyński

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

Epilog

Podziękowania

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

1

Czas: piątek, 14 lutego, 19.34

Miejsce: Przeokropny bar, urządzony tak, że każdy czuje się w nim, jakby nie potrafił się odnaleźć. Na ścianie pozłacany łeb łosia, na suficie ogromny żyrandol z imitacji złota, wszędzie dokoła lustra, podświetlenie od d o ł u. Jakim trzeba być potworem, żeby montować podświetlenie od dołu?

Siedzę nieruchomo, bardzo nieruchomo. Usadowiłam się przy barze, zwróciłam się swoją lepszą stroną (prawą) do drzwi i przybrałam doskonale swobodną, atrakcyjną pozę. Nie jest mi jakoś s z c z e g ó l n i e wygodnie, ale nic nie szkodzi, bo lada moment powinien się zjawić MPTJ (Mężczyzna Potencjalnie Ten Jedyny), i jeśli filmy czegoś mnie nauczyły – a nauczyły w s z y s t k i e g o – to z pewnością tego, że bez miłości od pierwszego wejrzenia nie ma „żyli długo i szczęśliwie”.

Mija kilka minut, trwam posągowo i kątem oka widzę, że barmanka z zaciekawieniem przygląda mi się, jak wytrwale udaję eksponat z Muzeum Figur Woskowych Madame Tussaud.

– Wszystko w porządku? – pyta w końcu z zakłopotaniem i posyła mi uśmiech, przecierając blat ściereczką.

Czy w porządku? No cóż, dobre pytanie. Są walentynki, a ja siedzę samotnie na hokerze, mimo że hokery to zło – czy da się na tym elegancko usiąść i równie elegancko z tego wstać?; jeśli tak, to poproszę o wskazówki, bo inaczej przez cały wieczór nie pójdę do łazienki – i czekam na faceta, z którym umówiłam się na randkę w ciemno i który, wszystko na to wskazuje, wystawił mnie do wiatru. Wyglądam na zdenerwowaną, policzki mi się świecą, a nie mam przy sobie chusteczek do osuszania skóry. Aha, zapomniałam wspomnieć o kropelkach potu, które spływają mi do oczu. Barmanki z pewnością nie interesuje wartki strumień mojej świadomości, dlatego w odpowiedzi tylko ochoczo kiwam głową i proszę o więcej alkoholu (skoro gość zostawił mnie na lodzie, to chociaż poprawię sobie nastrój).

Barmanka się uśmiecha.

– Może być białe wino?

Szczerzę zęby, nadal kiwając głową.

– Bardzo ładnie wyglądasz – zauważa, nalewając mi od serca (za co jestem jej niewymownie wdzięczna).

– Dziękuję. – Rozpromieniam się, ale myślę sobie, że „ładnie” to za mało. Ostrożnie przenoszę ciężar ciała na jeden półdupek i podciągam spódniczkę odrobinę wyżej, jednocześnie ciut obniżając dekolt. Nikogo nie interesuje „ładny” wygląd.

Telefon, na który, jak widać, podziałał mój zdzirowaty urok, zaczyna wibrować. To on!

Nie, to nie on; to Sophie.

Wszystko okej? Xxxxx

Przewracam oczami. Każdy się o mnie martwi i bez przerwy dopytuje, czy u mnie wszystko dobrze. Tylko dzisiaj dostałam jedenaście wiadomości od znajomych i rodziny, a w nich pytania o to, czy „wszystko gra”, „pozdrowionka” i „całusy”. Jackie – cholerna pięćdziesięciodwuletnia Jackie z pracy, której najlepsza przyjaciółka odsiaduje wyrok za okradzenie pobliskiego salonu bingo – nawet Jackie mi współczuje. Cudownie się dowiedzieć, że zdaniem wielu moich najbliższych brak pary na walentynki, kiedy ma się prawie trzydzieści lat, to los gorszy od śmierci. Patrzę w oczy złotemu łosiowi. Może rzeczywiście to gorsze niż śmierć.

Za tą randką stoi moja siostra Jennifer. Powiedziała, cytuję słowo w słowo: „Jeśli zostawię to tobie, umrzesz w samotności. A ja nie przylecę i nie przypilnuję, żeby cię koty nie pożarły. Bo nie. Mam mnóstwo własnych spraw na głowie”. No więc umówiła mnie z Martinem, z którego podobno „żaden przystojniak, ale że jesteś w rozpaczliwej potrzebie, to się nada”. Porywające. Martin, prawnik specjalizujący się w podatkach, co brzmi wielce seksownie, pracował kiedyś z Andrew, mężem Jen. Jest sam raptem od paru miesięcy. Jen twierdzi, że to najlepszy moment. Jeszcze trochę, a ktoś go „capnie”. Wymieniliśmy się z Martinem kilkoma bardzo oficjalnymi, jak przystało na prawnika od podatków, esemesami (jak Boga kocham, miałam wrażenie, że niewiele brakowało, a poprosiłby mnie o numer ubezpieczenia), po czym on wybrał miejsce i czas. Kiedy się umawialiśmy, jakoś nie dotarło do mnie, że ustawiamy się na „dzień na W”, ale teraz, po lawinie tych wszystkich smutnych esemesów, nie sposób zapomnieć. Poza tym zaraz po wyjściu z domu zobaczyłam parę z różowym balonikiem w kształcie serca. Naprawdę. Nieśli go jawnie i bezwstydnie, bo akurat dziś jest ten jedyny dzień w roku, kiedy takim okrutnym ludziom wolno chodzić po ulicach. To coś jak wiedźmy w Halloween, tyle że akurat ta ich magiczna moc sprawia, że wszyscy dokoła puszczają pawia.

Mijają kolejne minuty, a ja wysyłam swojemu MPTJ kolejną wiadomość.

Mam nadzieję, że się nie zgubiłeś! Siedzę w barze i zalewam się w samotności! Wyglądam jedwabiście!!!

Wykasowuję kilka wykrzykników. A potem dodaję emotkę, która puszcza oko, na wypadek gdyby po usunięciu wykrzykników treść wiadomości stała się zbyt poważna. Dotykam „wyślij” i zerkam na godzinę. Prawnik od podatków spóźnia się prawie trzydzieści minut, czego w jego profesji robić chyba nie wypada. Tli się we mnie nadzieja, że skoro tak swobodnie podchodzi do kwestii punktualności, to może jednak nie będzie po prawniczemu zasadniczy. Wzdycham, zastanawiając się, w którym momencie powinnam odpuścić czekanie. Mój Boże, a jeśli jednak przyszedł, tylko padła mu bateria w telefonie? Może myśli, że to ja nawaliłam? Nie mam pojęcia, jak wygląda, bo postanowiłam, że nie będę go szukała na Facebooku. Pomyślałam: „Niech będzie niespodzianka” i teraz nienawidzę siebie za to.

Upokarzające. Może powinnam zadzwonić? Nie, to byłoby jeszcze bardziej krępujące niż siadanie na hokerze. Nasze pokolenie postępuje inaczej, nasze pokolenie polega na esemesach i emotikonach. Gdybym mogła, porozumiewałabym się wyłącznie językiem linków do BuzzFeeda. No wiem, już prawie to robię.

Czekam kolejne pięć minut. Odezwałam się do niego na WhatsAppie, napisałam esemesa, a nawet – tylko mnie nie oceniajcie – wysłałam mu „zabawnego” snapa z zapytaniem, gdzie się podziewa. W końcu zbieram się w sobie i wybieram numer. Od razu włącza się poczta. Zły znak, bardzo zły. Powinnam zostawić wiadomość? Kiepsko sobie radzę w… Oj, za późno.

– O, cześć! E… mówi Ellie. Eleanor Knight. Wiesz, siostra Jennifer. Siostra żony Andrew. Andrew, tego, z którym pracowałeś w dwa tysiące dziesiątym i byliście znajomymi na Facebooku, a potem jego żona napisała do ciebie, czy nie poszedłbyś na randkę z jej zdesperowaną siostrą. No, to właśnie ja! Jestem w barze. Wydawało mi się, że umówiliśmy się na wpół do ósmej, prawda? Wypiłam dwa i pół kieliszka wina. To niby dużo, ale kieliszki małe, maławe, no, średnie. Mam nadzieję, że nic ci się nie stało. Zadzwoń albo napisz, kiedy…

Poczta głosowa przerywa mi w połowie zdania. Rozumiem ją – też bym sobie przerwała. Czemu w ogóle telefony nadal pozwalają dzwonić? Zupełnie jakby chciały, żeby człowiek dawał ciała w prawdziwym życiu.

Może umarł! – pojawia się w mojej głowie radosna myśl. Może po drodze wpadł pod samochód, bo niósł ten pieprzony różowy balonik w kształcie serca i wszedł na jezdnię, nie zauważywszy rozpędzonego mini coopera. Wyobrażam sobie, jak balon spokojnie ulatuje ku nocnemu niebu, oddala się od zakrwawionego trupa.

To by oznaczało, że wcale mnie nie wystawił. I jeszcze, że Jennifer nie będzie mogła mieć do mnie pretensji, że wszystko schrzaniłam.

Wraca barmanka. Niesie szota.

– Proszę – mówi, stawiając przede mną kieliszek. – Wypij i zapomnij o wszystkim. Chodzi o faceta, prawda? Zachował się jak łajdak? To pomoże.

Śmieję się i przyjmuję tequilę.

– Wypijesz ze mną? – pytam. – Wystawił mnie w walentynki. Nieźle, co?

Barmanka sięga po kieliszek.

– Mogło być gorzej – odpowiada pogodnym tonem. – Mnie wczoraj rzucił przez e s a. Wyobrażasz sobie? Akurat byłam w pracy. Wiesz, jak to skomentował mój szef? „Biedactwo. Czyli możesz jutro przyjść”. – Uśmiecha się ponuro i obie wychylamy po kieliszku.

– Jak długo byliście ze sobą? – pytam, wycierając brodę z lepkiej tequili; razem z płynem schodzi większość makijażu. Już za późno na zakochanie się, albo chociaż pożądanie, od pierwszego wejrzenia w prawniku od podatków. – Tak w ogóle to mam na imię Ellie.

– Rok – mówi, napełniając kieliszki. – A on to zakończył esemesem. Napisał, że nie jest gotowy, by się zaangażować, i że życzy mi wszystkiego dobrego. Rozumiesz? „Życzę ci wszystkiego dobrego”. I jeszcze dodał płaczącą emotkę.

Barmanka wzdryga się na samo wspomnienie, a ja kręcę głową.

– Przykro mi. Co za gnój.

Pijemy drugą kolejkę.

– Nie wszyscy faceci to gnoje – wtrąca szorstkim tonem mężczyzna, który siedzi przy barze obok nas, mimo że sam wygląda na potencjalnego gnoja. Ma na sobie ciemnoróżową koszulkę z głębokim dekoltem w szpic, którą założył na nagą jasnoczerwoną skórę, świadczącą o zbyt częstych wizytach w solarium. Kolory mieszają się i gryzą, tak że gość wygląda jak golas w trakcie udaru krwotocznego. – Może rzucił cię przez esemesa – ciągnie – bo bał się, że na niego naskoczysz.

Dziewczyna, która mu towarzyszy, wygląda na zażenowaną. Nie potrafię powiedzieć, czy zirytowała się, bo przerwał randkę, czy też po prostu wstydzi się tego, że pokazała się publicznie z człowiekiem-burakiem.

– Dzięki za komentarz – rzucam, wykrzywiając usta. – Wcale nie powiedziałyśmy, że wszyscy. Ale typ, który w tej chwili wystawia mnie do wiatru, i ten, który rzucił… Przepraszam, jak masz na imię?… przez e s a, to zdecydowanie gnoje.

Barmanka kiwa, mało jej się głowa nie urwie.

– Gnoje – powtarza, po czym dodaje tylko do mnie: – Cassie.

– Nie przyszło ci do głowy, że problem leży w tobie? – odpala gość, mierząc mnie wzrokiem i mrużąc z dezaprobatą oczy, kiedy jego spojrzenie dociera do mojego brzucha.

Obciągam spódniczkę.

– Może to ten cały feminizm i wysokie standardy nie pozwalają wam znaleźć porządnych, rozsądnych facetów, którzy by się wami zaopiekowali – kończy dumną nutą, jakby niniejszym rozwiązał dla nas zagadkę bytu.

Musimy jedynie zaakceptować nasze tradycyjne role kobiet jako cichych myszek, a mężczyzna wszystkim się zajmie. Proste. Cassie i ja patrzymy po sobie, rozdziawiając usta, i nie wiemy, co powiedzieć, a ja wyobrażam sobie, jak mini cooper miażdży temu kolesiowi kości.

Kobieta po mojej drugiej stronie pochyla się nad barem, uśmiecha do Pinky’ego bez Mózgu i oznajmia uprzejmym tonem:

– Tępy dureń z ciebie.

Dobrze powiedziane.

Gość wzrusza ramionami – pewnie często to słyszy.

– Jebnięte feministki – bąka i odwraca się z powrotem do dziewczyny, która tymczasem zabiera swoje kurtkę i torebkę, posyła nam przepraszające spojrzenie, a potem odchodzi szybkim krokiem. Tępy dureń biegnie za nią z drinkiem w ręku i wrzeszczy, że „to one zaczęły”.

Cassie wybucha śmiechem i sięga po butelkę wina.

– Przerwa – rzuca, wychodzi zza baru i siada na hokerze obok mnie.

– Dzięki za wsparcie – mówię do kobiety po lewej i z uznaniem przybijam z nią piątkę. Mężczyzna, który z nią jest, śmieje się histerycznie.

– Fantastyczna, prawda? – Wyciera łzy i uśmiecha się z dumą do swojej towarzyszki.

Cassie zgadza się z nim, bierze dwa dodatkowe kieliszki i nalewa nam wszystkim wina.

Nazywają się Fred i Sarah, są razem od czterech lat. Reprezentują rzadko spotykany, właściwie wymarły gatunek par, które n i e czują nieustającej potrzeby pokazywania wszystkim dokoła, jak bardzo się kochają. David Attenborough zapowiedział, że w przyszłym roku nakręci całą serię o ich Autentycznie Szczęśliwym Związku. To, że zajrzeli do baru akurat w walentynki, okazało się dziełem przypadku. Sarah jest z tego powodu niewymownie zła, bo miała ochotę po prostu wyjść z domu i upić się ze swoim chłopakiem, a zarazem najlepszym kumplem. Kiedy oboje zorientowali się w pomyłce, uznali, że tym bardziej chcą się wstawić. Od razu widać, że mają już nieźle w czubie, ja zresztą – właśnie to sobie uświadamiam – też. Opijamy to kolejnym szotem, po czym opowiadam towarzystwu o swojej randce w ciemno. Sarah celuje palcem w sufit, jak postać z kreskówki – jak napruta postać z kreskówki – i bełkocze:

– Może zadzwonimy do tego twojego tępego durnia i nagramy mu wiadomość?

Przez mgłę o barwie tequili widzę, jak sięga po mój telefon, wybiera numer i przełącza na głośnik.

Tak jak poprzednio, od razu zgłasza się poczta. Cassie zaczyna słowami: „Czołem, gnojku!”. Fred chichocze, a Cassie nawija:

– Ellie jest super, a ty jesteś gnojkiem. I nie powinieneś wystawiać ludzi do wiatru, bo właśnie dlatego jesteś gnojkiem.

Krótko i na temat. Moja kolej:

– Jestem z tego powodu bardzo zła, Marty. Czy mogę się tak do ciebie zwracać? Bo „Martin” to kiepskie imię. Dobre dla prawnika od podatków albo kogoś takiego. Ale, ale, słuchajcie: Marty n a p r a w d ę jest prawnikiem od podatków!

Zaczynamy rechotać. Sarah rzuca: „Dureń” i rozłącza się. Delikatny trzeźwy przebłysk w mojej głowie mówi mi, że jutro tego pożałuję, i wiem, że Jen na mnie nawrzeszczy, ale póki co, mam to gdzieś. Wisi mi.

– Lubisz być sama? – pyta mnie Cassie kilka godzin później.

Sarah i Fred udali się na poszukiwanie kebabu z halloumi w londyńskiej dziczy. Zostałyśmy same. Siedzimy na skrzynkach w magazynie za barem i plastikowymi widelczykami wyjadamy nutellę ze słoika. „Lubisz być sama?” To jedno z pytań, które słyszę wyjątkowo często. Jestem singielką od prawie roku i z początku odpowiedź była banalnie prosta: „Jasne, że tak. Uwielbiam!”. Zakończyłam czteroletni związek z chłopakiem o imieniu Tim i byłam przeszczęśliwa, że nie będę miała pary. Macie pojęcie, jakie to przygnębiające, kiedy człowiek musi wypowiadać to imię w łóżku? Zdrobnienia nie wchodziły w grę, bo powiedzenie na głos „Timmy” w sytuacji intymnej podpada, jak sądzę, pod przestępstwo seksualne, a Tim w y j ą t k o w o nie lubił, kiedy nazywałam go ruchadełkiem. Raz, kiedy to zrobiłam, przerwał i spytał, czy wszystko w porządku. Stwierdził, że boi się, iż straciliśmy „więź” podczas „współżycia”. Nic dziwnego, skoro używał takich słów jak „współżycie”. Po naszym rozstaniu poszłam w seksualne tango. Zrobiłam to z „facetem, który ma fajnego pieska”, „facetem, który płacze, kiedy dochodzi”, „facetem, który ukradł mi sztućce”, „facetem od zmarłej żony” (do tego też równie dobrze pasowałby przydomek „ten, który płacze, kiedy dochodzi”), „długim, chudym gościem” (chodzi o ciało, nie o penisa) (ale o niego też). I z „napalonym doktorkiem”, który chyba powinien wrócić na studia, bo zupełnie nie ogarniał podstaw anatomii. Moim najbliższym przyjaciołom Sophie i Thomasowi wyjaśniłam, że ważne, aby nie używać prawdziwych imion i nazwisk facetów, bo – tak jak w przypadku bezpańskiego psa – lepiej, żeby człowiek się nie przywiązywał.

Z początku wszyscy mówili: „Och, cudownie!”, albo: „I bardzo dobrze!”, albo: „Baw się, należy ci się!”, albo: „Jego żona naprawdę umarła?”. Ale po kilku miesiącach to się zmieniło i w ich spojrzeniach zagościła troska. Zaczęli pytać mnie o to, czy jestem szczęśliwa, czy nie czuję się samotna, czy nie wydaje mi się, że może z a w y s o k o zawiesiłam poprzeczkę. Staram się nie tłumaczyć sobie tego jako: „Czy nie uważasz, że może jesteś brzydsza, niż myślisz?”. Chodzą na palcach wokół tematu, jakby mnie drażnił, jakbym była problemem, który należy r o z w i ą z a ć. Piszą do mnie esemesy w cholerne walentynki, żeby sprawdzić, czy przypadkiem czegoś sobie nie zrobiłam. Sądziłam, że nieźle – a nawet świetnie! – daję sobie radę w pojedynkę, ale teraz zaczynam w siebie wątpić. Zaczynam podejrzewać, że może coś jest ze mną nie tak. Bo właściwie d l a c z e g o jestem sama? Czy jestem aż tak antypatyczna?

Nagle czuję przygnębienie. Nutella skleja mi usta i raptem robi mi się niedobrze. Najchętniej wstałabym i wyszła, ale Cassie patrzy na mnie i czeka na odpowiedź.

– Nie wiem – przyznaję. – Nie czuję się samotna. Samotność doskwierała mi tylko w złych związkach. W takie wieczory jak ten po prostu odechciewa mi się randek. Ale miłość powinna prowadzić do „żyli długo i szczęśliwie”, prawda? Do tego zakończenia, którego wszyscy pragniemy.

Milkniemy.

Telefon zaczyna wibrować. Przyszedł esemes. Od której z moich pełnych współczucia przyjaciółek tym razem?

To od niego! Tego cholernego prawnika od podatków, no, wreszcie. Czytam wiadomość raz. Potem drugi. Słowa mi się rozmazują. Jestem bardzo pijana.

Cześć, Eleanor. Właśnie odebrałem wszystkie esemesy od Ciebie. Obawiam się, że się pomyliłaś. Jesteśmy umówieni dopiero na jutro. Na piętnastego.

Aha.

Sprawdzam cały wątek.

No jasne.

Sobota.

Dzień p o walentynkach.

Okej.

Przychodzi kolejny esemes:

Hm. Właśnie odsłuchałem Twoje wiadomości. Wyłączyłem telefon, ponieważ jadłem kolację z dziadkami. Wiesz co, darujmy sobie to jutrzejsze spotkanie.

Tak będzie najuczciwiej.

Kiedy wychodzę, jakiś facet proponuje, że przeleci mnie „z litości”. Wracam do swojej żałosnej nory, którą nazywam mieszkaniem, i żałuję, że się nie zgodziłam.

Od: Alan Knight <Alanknightinshiningarmour@BTInternet.co.uk>

Do: Eleanor.knight@gmail.com

DW: Jennifer.seevy@hotmail.com

15 lutego

Alan Knight

106 Castle Rise

Judfield

East Sussex

TN22 5UN

Drogie Eleanor i Jennifer,

mam nadzieję, że dotrze do Was ten „e-mail”. Z tej strony tata.

Jak wiecie, od niedawna chodzę na spotkania z „terapeutką” i chcę Wam powiedzieć, że wszystko zmierza ku dobremu. To bardzo miła kobieta, na ścianach gabinetu ma mnóstwo oprawionych „certyfikatów”. Same zobaczcie – „załączam” kilka zdjęć. „Terapeutka” zasugerowała, żebym zaczął prowadzić „pamiętnik”, i spodobało mi się to na tyle, że postanowiłem napisać „powieść”. Zacząłem wczoraj wieczorem i idzie mi całkiem nieźle. Jestem dumny z Was obu i kocham Was obie tak samo, dlatego pomyślałem, że może chciałybyście czytać tę moją „powieść” w miarę powstawania. Oto pierwszy „rozdział”, który napisałem dziś w nocy. Siedziałem nad nim do wpół do jedenastej!!!!!!!! Tylko nie zdradźcie mnie przed Ciotką Susie i Medium Sharon, bo pytały, czy mogą wpaść na herbatkę, a ja wymówiłem się tym, że chcę się wcześnie położyć.

Kocham Was obie i z obu Was jestem bardzo dumny.

Pozdrowienia

Tata

Siedemdziesiąt cztery oblicza Tony’ego

Powieść pióra Alana Bernarda Knighta

Kto raz ujrzy Tony’ego Braxtona, ten nigdy nie zapomni jego twarzy. Tony ma oczy o intensywnym spojrzeniu, które są jak kawa bez mleka, i erotyczny nos. Jego usta są ustami człowieka, który zna wszystkie słowa w słowniku, ale też wie, że powinien milczeć, gdy jego żona jest w złym humorze, a bywa często, i trzeba przyznać, że Tony znosi to całkiem nieźle. Urodził się przed prawie sześćdziesięcioma laty, ale ma sylwetkę znacznie młodszego mężczyzny, który nie dba o siłownię i może sobie pozwolić na lekko otłuszczony brzuszek, nie wyglądając przy tym, jakby się zapuścił, mimo że jego dorosłe dzieci twierdzą, że to zrobił. Krótko mówiąc, jest niezwykle przystojny i często słyszy komplementy pod adresem swoich łydek. Ma stepper w salonie i korzysta z niego prawie codziennie podczas oglądania telewizji.

Ostatnio Tony przeżywa trudne chwile. Jego żona Anita stała się wyjątkowo kapryśna i nawet wspomina, że odejdzie od niego, co, rzecz jasna, brzmi absurdalnie – wystarczy spojrzeć na jego łydki! Tony jest niesamowicie wyczulony na nastroje Anity. W zeszłą środę i zeszły piątek odbył z nią dwie bardzo długie – trwające co najmniej kwadrans każda – rozmowy podczas przerw na reklamy w trakcie The Chase i zapytał, dlaczego miałaby to zrobić. Niestety na próżno. W piątkowy wieczór Tony wraca do domu po dniu ciężkiej pracy, myśląc o kurczaku i pasztecie orzechowym, i odkrywa, że walizki Anity zniknęły. Obok telefonu stacjonarnego – z którego Tony nadal korzysta, ponieważ kiedyś pracował w BT i nie chce, żeby telefony stacjonarne zupełnie straciły rację bytu – leży podpisana imieniem Tony’ego koperta.

Treść listu jest druzgocąca. Anita żąda rozwodu. Przyznaje wprawdzie, że nie mógł jej się trafić lepszy mężczyzna niż Tony i że zawsze chętnie pomagał w domu, ale niestety ma wrażenie, że już na niego nie zasługuje, i dlatego powinna poszukać sobie mężczyzny mniejszego kalibru, raczej znacznie starszego i bez erotycznego nosa – i dla niego piec pasztet orzechowy. Tony jest bardzo, bardzo zdenerwowany. Czuje się na tyle pewny własnej męskości, że może sobie pozwolić na kilka łez, ale wpierw przypomina sobie, że umiera z głodu, więc idzie do kuchni wziąć sobie coś do jedzenia.

Kiedy wchodzi do kuchni, czeka na niego niespodzianka. Otóż oparta o blat w swobodnej pozie stoi sąsiadka Wanda. Ma na sobie uroczy sweterek, Tony rozpoznaje go z katalogu Bodena, który niedawno przeglądał, siedząc ma sedesie. Wanda rzuca: „Cześć” i jej spojrzenie od razu ląduje na doskonale widocznych łydkach Tony’ego. Tony założył szorty, bo dzień jest słoneczny, mimo że jest dopiero luty. Tony wie, że Wanda jest pod wrażeniem, i potrafi przewidzieć, że za chwilę sąsiadka skomplementuje jego łydki bądź wyjawi, po co przyszła.

– Ale masz kształtne łydki, Tony – mówi Wanda. – Pozwól, że wyjawię, po co przyszłam.

Nie mylił się.

– Anita powiedziała, że odchodzi od ciebie, co brzmi, rzecz jasna, absurdalnie; wystarczy spojrzeć na twoje łydki i kawowe oczy. Pomyślałam: „Biedny Tony” i zaraz przybiegłam ugotować ci kolację. Na co masz ochotę?

Tony zastanawia się przez dobre pięć minut, a w tym czasie Wanda podkreśla, że uważa jego zamyśloną minę za bardzo atrakcyjną. W końcu Tony podejmuje decyzję i dzieli się nią z Wandą, a brzmi ona tak, że chciałby kurczaka i pasztet orzechowy. Szczęśliwie dla obojga, bez trudu udaje im się znaleźć wszystkie składniki, ponieważ piątek to dzień kurczaka i pasztetu orzechowego. Wanda błyskawicznie przystępuje do działania i porusza się w kuchni jak piękna Nigella Lawson, którą Tony często podziwia za to, jak polewa sosem kurczaka. Tony ma nadzieję, że Wanda okaże się też trochę jak Mary Berry, bo w piątki po pasztecie orzechowym lubi zjeść sobie kawałek sernika. W każdym razie kiedy kolacja jest gotowa, Tony i Wanda siadają razem przed telewizorem i zabierają się do jedzenia. Wtedy Wanda wypowiada słowa, które NA ZAWSZE odmienią życie Tony’ego, mimo że Tony jeszcze o tym nie wie.

– Tony – mówi Wanda – może miałbyś ochotę przyjść jutro na spotkanie mojego klubu książki?

Ich spojrzenia spotykają się i Tony czuje, że NA ZAWSZE odmieni to jego życie.

KONIEC ROZDZIAŁU

2

Czas: poniedziałek, 17 lutego, 10.10

Miejsce: W sumie całkiem przyjemna siedziba The Hales, biura projektowego, w którym pracuję. Duże, przestronne pomieszczenie ze ścianami ze szkła. W jednym końcu wielki telewizor i kanapy, na których można się, wiecie, totalnie wyluzować podczas przerwy na kawę. Są też piłkarzyki, wprawdzie nikt ich nigdy nie używa, ale wyglądają przehipstersko.

Od mniej więcej czterdziestu minut wgapiam się w plik InDesigna i osiągam nowe poziomy nicości. Ilekroć usiłuję się skupić na pracy, czuję, jak wzbiera we mnie i rozlewa się po karku gorącą plamą kolejna fala wstydu z powodu piątkowego upokorzenia. Kiedy obudziłam się w sobotę – późno, w ubraniu, z powiekami sklejonymi makijażem – miałam osiem nieodebranych połączeń i cztery pełne wściekłości wiadomości na poczcie. Wszystkie były od Jennifer i sprowadzały się do tego, że moja siostra w prostych słowach przypominała mi, jaką to jestem żałosną ofiarą losu, która – cytat – „wszystko psuje”. Odezwał się kac, więc poczołgałam się do ubikacji, gdzie opróżniłam żołądek. Zaczęły powracać wspomnienia poprzedniego wieczoru i pojawiały się w postaci przebłysków aż do końca dnia. Jen jeszcze kilka razy próbowała się do mnie dodzwonić, ale ją ignorowałam.

Nie miałam ochoty wysłuchiwać kazania o tym, że znów dałam ciała. Że jestem głupia. Że wiecznie będę sama. Że z imieniem „Martin” wszystko jest w należytym porządku.

I naprawdę nie potrzebowałam niczyjej pomocy w podsycaniu nienawiści do samej siebie.

O kurwa, idzie Jackie. Jackie to kierowniczka biura, uważa się za moją „matkę przełożoną” i tak też określa się w rozmowach z ludźmi, mimo że jedyną oznaką naszej rzekomo rodzinnej zażyłości są nieustanne sprzeczki, kiedy Jackie próbuje mówić mi, co mam robić, chociaż nie ma nic wspólnego z moim działem (bynajmniej nie jest moją zwierzchniczką) i w dodatku darzy mnie silną niechęcią, zresztą ze wzajemnością. Poza tym standard: mąż, dwóch nastoletnich synów; myśli, że jestem załamana, bo nie mam partnera. No mówię: standard. Jest tą powszechnie niecierpianą koleżanką z pracy, która podchodząc do twojego biurka, nie potrafi oderwać oczu od ekranu twojego komputera. Czyta maile, przygląda się, nad czym właśnie pracujesz (w moim przypadku nad śledzeniem byłych facetów na Instagramie) i tak dalej. Na pewno znacie ten okropny typ człowieka.

Przyszła pod pretekstem, że chce zapytać, jak wprowadzić klucz jakiegoś produktu, tak jakbym miała o tym pojęcie – jakby ktokolwiek miał – i proszę: już przelatuje wzrokiem dokument, którego nawet nie tknęłam. Kiedy zaczynałam tu pracować przed trzema laty, doprowadzało mnie to do takiego szału, że próbowałam niezgrabnie zasłaniać monitor albo odwracać jej uwagę, żywo gestykulując jedną ręką podczas rozmowy. Demonstracyjnie minimalizowałam wszystkie otwarte okna i odchodziłam od biurka, ale na próżno. W końcu osiągnęłyśmy impas, w którym ona nadal przygląda się temu, co robię, a ja wymyślam nowe, coraz bardziej pomysłowe sposoby na to, jak ją wkurwić. Do niedawna uciekałam się przeważnie do wpisywania frazy „dziwne kutasy” w przeglądarce grafiki Google, ilekroć Jackie zbliżała się do mojego biurka, ale w zeszłym tygodniu poszłam o krok dalej: otworzyłam dokument Worda i wielkimi czerwonymi literami napisałam w nim: „Pierdol się, Jackie”. Nie spodobało jej się to.

Dziwne, że jeszcze mnie nie wywalili. Na szczęście mój szef jest bardzo sympatycznym gościem. Bardzo, bardzo grzecznym i sympatycznym. Przez to, rzecz jasna, zupełnie nie nadaje się do swojej pracy. Unika konfrontacji jak ognia, co mnie bawi. Po aferze z „pierdol się, Jackie” w końcu wezwał mnie na dywanik. Słowo daję, nigdy nie widziałam, żeby ktoś aż tak się pocił.

– Co słychać? Tak tylko pytam – bąknął, przecierając twarz rękawem.

– W porządku, Derek. Świetnie, jak zawsze – odparłam, robiąc uniki przed latającymi kropelkami potu.

– To dobrze, super. Czyli… e… wszystko gra? Jesteś zadowolona z pracy?

– Tak, Derek, bardzo. A czy ty jesteś zadowolony z mojej pracy?

– Nie inaczej! Klienci cię uwielbiają, a ten ostatni projekt był… Bardzo, bardzo jestem zadowolony… To był dobry projekt. E…

Siedzieliśmy kilka minut w milczeniu i nawet zrobiło mi się go trochę szkoda – pot spływał mu po szyi i rozlewał się na piersi, stopniowo przebarwiając koszulę – ale nie potrafiłam zebrać się w sobie, żeby mu pomóc.

– Derek, czy potrzebujesz czegoś jeszcze?

– E… nie, nie… to znaczy… nie, nie.

Zaczęłam wstawać, ale spanikował.

– Chodzi o to, że… Jackie… Jackie, Jackie, Jackie…

– Tak?

– Jackie nie jest przekonana, czy… Jak się dogadujesz z Jackie? – rzucił desperacko.

Podniosłam kciuk na znak, że dobrze.

– Derek, Jackie należy do grupy pięciu moich ulubionych osób w biurze.

– O! To dobrze! Dobrze! To… dobrze. Przekażę jej, że rozmawialiśmy. Tylko że… czy… czy ty…? Jackie powiedziała… Jackie, Jackie, Jackie…

Westchnęłam.

– Chodzi o ten dokument ze słowami: „Pierdol się, Jackie”?

– Tak! – Odetchnął z wyraźną ulgą.

Uśmiechnęłam się.

– To nie ja – oznajmiłam słodkim tonem i z szeroko otwartymi oczami. Rzuciłam mu wyzwanie, którego oczywiście nie podjął.

Wpatrywał się we mnie bezradnie, dopóki nie zaproponowałam, że może wrócę do pracy. Pokiwał smutno głową, świadom własnych wad. Biedaczyna.

Ale to było dwa tygodnie temu, a dziś Jackie, która najwyraźniej już rzecz przebolała, znów stoi przy moim biurku.

– Jak ci minął weekend? – pyta, patrząc niewinnie.

Ach, rozumiem. Sprawa klucza była jedynie wymówką. Za chwilę przejdziemy do prawdziwej przyczyny odwiedzin.

– Dobrze – odpowiadam ostrożnie. – Miło, że pytasz. A tobie?

– Och, w walentynki Colin zabrał mnie na kolację do wspaniałej restauracji, ale ledwo zaczęliśmy jeść, dostał reakcji alergicznej na łososia, wylądowaliśmy na podłodze i trzeba mu było zrobić zastrzyk EpiPenem. A potem spędziliśmy siedem godzin na pogotowiu. Kiedy w końcu wróciliśmy do domu, okazało się, że chłopcy narobili tyle bałaganu, że przez resztę weekendu sprzątałam i zamawiałam nowe doniczki w Argosie. – Teatralnie zawiesza głos. – No, ale przynajmniej nie byłam s a m a w walentynki. Musiałaś się czuć okropnie. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, jak to jest być całkiem s a m a i nie mieć n i k o g o tak jak ty. Strasznie mi przykro, Eleanor. – Posyła mi ckliwy uśmiech. Jest upojona rozkoszą i fałszywym współczuciem, przeprasza niezręcznie, z zakłopotaniem, jakby ktoś umarł.

Rzeczywiście, moja godność ledwie dycha.

Koncentruję się na oddechu, wrzeszczę w myślach, odwzajemniam uśmiech i rzucam swobodnym tonem:

– Wiesz, to był w sumie świetny weekend. Uprawiałam tyle seksu z tyloma różnymi wielkimi fiutami, że nabawiłam się zapalenia pęcherza. Teraz wybacz, ale muszę się napić soku z żurawiny i pójść sikać krwią. – Odchodzę, a Jackie za moim plecami gromi mnie wzrokiem i bąka, że o wszystkim powie Derekowi.

Chętnie zobaczę, jak szef próbuje o c z y m ś t a k i m ze mną porozmawiać.

W biurowej łazience – wyobraźcie sobie kibel w podstawówce – patrzę na swoje odbicie w lustrze. Minęły trzy dni od popijawy, a ja nadal wyglądam, jakbym miała żółtaczkę, ciemne worki pod oczami grożą przeistoczeniem się w ciemne wory wielkości całej twarzy. Wzdycham i sięgam po telefon, żeby sprawdzić wiadomości. Nie mam ochoty na powrót do komputera. Przez chwilę zastanawiam się, czy nie usiąść i nie zrobić kupy, tylko po to, żeby zabić dodatkowe pięć minut, ale wiem, że to na nic. Jelita współpracują ze mną jedynie wówczas, gdy mam okres – wtedy załatwiam się siedemnaście razy dziennie. Prowadzimy z Sophie rejestr miesiączkowych kup i w duchu rywalizacji dzielimy się wynikami. Obie dajemy z siebie wszystko, ale zawsze to ja wygrywam. Oto jedyna sfera życia, w której nieodmiennie triumfuję, nawet jeśli dzieje się to tylko raz w miesiącu.

Drzwi do łazienki otwierają się z hukiem i słyszę pisk Maddie:

– Powiedziałaś Ursuli, że uprawiałaś seks w weekend? To prawda? Z tym gościem, z którym się umówiłaś? Czy tylko chciałaś ją zdenerwować?

Nazwałyśmy Jackie „Ursulą” na cześć złej morskiej czarownicy o zabójczych ustach (niezły kolor szminki, to jej trzeba przyznać) z Małej syrenki. Zrobiłyśmy to dlatego, że Ursula we wszystkim macza swoje macki i usiłuje rządzić oceanem / The Hales, a Król Tryton / Derek się jej boi. Poza tym ubiera się w długie, powłóczyste czarne sukienki i ma obsesję na punkcie ogrodu. Nie znalazłyśmy jeszcze żadnych dowodów na to, że dobija targu z syrenami i zamienia je w małe wysuszone cosie z wyłupiastymi oczami, ale PRACUJEMY NAD TYM.

– Próbowałam wywołać wojnę biurową – odpowiadam i obejmuję ją. – Nie pogadamy o piątkowej randce. Była upokarzająca, a ja nadal przeżywam fazę zaprzeczenia.

– Oj, to szkoda. Nie mogłam się doczekać – odpowiada zawiedziona. Uwielbia słuchać opowieści o moim randkowaniu.

Ze swoim chłopakiem Benem spotyka się od trzynastu lat – kiedy zaczynali ze sobą chodzić, oboje mieli po piętnaście lat – i bez przerwy się boi, że pewnego dnia Ben się oświadczy. Doszło już do tego, że Maddie nie chce jeździć z nim na wakacje, bo podejrzewa, że Ben uklęknie na przykład na jakiejś plaży i zrobi to. Raz w tygodniu przetrząsa jego szufladę ze skarpetami w poszukiwaniu ukrytego pierścionka i odgraża się, że jeśli znajdzie, to wyrzuci. Kocha go – jasne, że tak – ale zarazem dławi ją strach, że w tak młodym wieku znalazła „tego jedynego”. A jeśli są inni, seksowniejsi? Inne możliwości, inne romanse, inne penisy. Moja przyjaźń z Maddie w całości zasadza się na jej rozpaczliwej potrzebie wglądu w perypetie singli. Zupełnie otwarcie przyznaje się do tego życia z drugiej ręki i od czasu do czasu prosi, wręcz błaga, żebym przespała się z Aaronem z działu korespondencji, by potem mogła udawać, że sama to zrobiła.

– Powiesz, kiedy będziesz gotowa? – upewnia się, po czym nabiera tchu i pyta po raz, nie przesadzam, milionowy: – Nic się nie zmieniło? Na pewno będziesz w piątek?

Maddie rzadko chadza na imprezy. Pół roku temu kupili z Benem psa Alfreda, którego traktują jak dziecko wymagające nieustannej opieki. A nawet g o r z e j. Zanim poczynili ten krok, przez kilka miesięcy oddawali się lekturze książek o rodzicielstwie i sypiali na zmiany – po to, aby pies Alfred nie musiał przebywać sam. To był bardzo trudny okres, ponieważ, jak się okazało, Ben jest zwolennikiem tak zwanego rodzicielstwa bliskości, Maddie zaś twierdzi, że pies powinien się kłaść do legowiska o określonej porze i spać we własnym pokoju. Tak, pies ma swój pokój. Wynikły z tego powodu pewne napięcia, Maddie wciąż usiłuje mnie przekonać, jak bardzo szkodliwe dla psa-dziecka może się okazać rodzicielstwo helikopterowe . A ja staram się jej wytłumaczyć, jak niszczący wpływ na naszą przyjaźń mają takie rozmowy.

Wybucham śmiechem.

– Oczywiście, że tak – odpowiadam, uspokajająco ściskając jej dłoń. – Nawet gdybyś mnie nie zmuszała, i tak obowiązuje dyscyplina klubowa, prawda? Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby Derek tupnął nogą w jakiejkolwiek sprawie.

W rzeczony piątek mamy firmowy event (mówię „event”, bo słowo „impreza” gryzie się z „firmowa”). Chodzi o uroczystą inaugurację Ogólnokrajowego Konkursu Artystycznego, którego The Hales jest jednym z około pięćdziesięciu sponsorów. Oznacza to, że na przyjęciu spotkam jakąś setkę gości, którym będzie się wydawało, że są „wyluzowani”, bo nie założyli krawata, i którzy będą symulowali wstawionych, żeby móc tańczyć i flirtować ze sobą. I to pomimo faktu, że „stół z alkoholami” – będzie na nim stało siedem butelek białego wina Jacob’s Creek – zaświeci pustkami mniej więcej dwie po siódmej, na którym to etapie wszyscy będziemy popijali soczki i udawali, że nigdy w życiu się tak dobrze nie bawiliśmy.

Och, nie mogę się doczekać.

Wracamy z Maddie do pracy. Po drodze opowiada mi o niedawnych problemach behawioralnych Alfreda i o tym, że jego terapeuta odchodzi od zmysłów. Kiwam głową ze zrozumieniem i opadam na krzesło przy swoim biurku. Kiedy Maddie odchodzi, głośno wzdycham i słyszę, jak odpowiadają mi westchnięcia z całego biura. Wszyscy czujemy presję w związku z nowym zleceniem. Derek chce, żebyśmy w trybie ekspresowym przygotowali szkice pomysłów, ale totalnie nie mam siły. Mam ochotę wrzasnąć, żeby dali mi spokój, ale potem przypominam sobie, że przecież płacą mi, żebym tu przychodziła. The Hales to firma projektowa zajmująca się literaturą dla dzieci: książkami, czasopismami, plakatami, ulotkami edukacyjnymi i temu podobnymi rzeczami. Pracownikami firmy są w większości mężczyźni po pięćdziesiątce – okropne, pomyślicie, przyprawia o gęsią skórkę, powiecie, ten seksizm i ageizm. W rzeczywistości jest to okropne i odrażające, bo to sami okropni i odrażający ludzie.

Zatrudniono mnie jako ilustratorkę. W teorii. W praktyce niewiele mam do czynienia z ilustracją. Przeważnie spotykam się z klientami i udaję, że jestem pod wrażeniem ich koszmarnych pomysłów („A może bohater byłby wieprzem?”; „Czy możemy zrobić tak, żeby nos tej postaci bardziej przypominał świński?”; „Wie pani, że świnie są inteligentniejsze od ludzi? Gdzieś czytałem”; winą za ten bełkot obarczam Świnkę Peppę).

Zasadniczo nie narzekam, ale nie powiem, żeby to była moja wymarzona praca. Studiowałam sztukę, zrobiłam dyplom – tak, BABCIU, to p r a w d z i w y dyplom – i długo sądziłam, że rzeczywiście zostanę artystką pełną gębą. W domu sporo malowałam – okazałe, kolorowe sylwetki na dużych płótnach – tyle że później przeprowadziłam się do Nory, w której w mojej pakamerze z ledwością mieści się trzeszczące pojedyncze łóżko. No ale przecież nie będę tam mieszkała wiecznie. Jeszcze trochę, stare mieszkanie się sprzeda i wtedy znajdę coś tylko dla siebie. Może nawet urządzę sobie pracownię w domu, może będę mogła pomalować ściany na krzykliwe kolory, żeby wszyscy narzekali, że od patrzenia bolą ich oczy. Uśmiecham się do swoich myśli, po czym przypominam sobie, że nieprędko to się stanie.

Znów przychodzi mi do głowy refleksja, że nic nie stoi na przeszkodzie porozmawiać z tatą i zapytać, czy mogłabym wrócić do domu – i nagle dzwoni telefon. Tata. Telepatia, pomyślicie, ale nie – dochodzi jedenasta, a to przecież o c z y w i s t a pora na telefon do osoby, o której wiadomo, że pracuje w biurze o stałych godzinach. Przed rokiem tata przeszedł na wcześniejszą emeryturę i nagle jakby całkiem zapomniał, co to znaczy być w pracy. Nieodmiennie sprawia wrażenie zdumionego – ZDUMIONEGO – kiedy we czwartek za dwadzieścia czwarta po południu nie mam czasu dyskutować z nim o tym, kto w tym tygodniu próbuje zabić kogo w Coronation Street. Z reguły nie odbieram, czekam, aż włączy się poczta, a potem oddzwaniam podczas lunchu, ale tym razem wszystkie te gadki o kutasach wprawiły mnie w taki nastrój, że nabrałam ochoty na rozmowę z tatą (to okropny żart – spokojnie, jest mi wstyd). Dotykam więc zielonej słuchawki, przykładam telefon do ucha i bez skrępowania wychodzę do recepcji, po drodze spoglądając siedzącej w drugim końcu pomieszczenia Ursuli prosto w oczy i rzucając jej wyzwanie. „No, zakabluj mnie” – myślę.

– Cześć, tato – odzywam się ciepło.

– Lenny? To ty? Mówi tata.

– Tak, tu córka, na której komórkę zadzwoniłeś. Widzę, że korzystasz ze stacjonarnego. Jak chyba nikt poza tobą.

– Skąd wiesz?

Jest wyraźnie zaskoczony. Zawsze mnie śmieszy, kiedy rozliczne funkcje telefonu komórkowego wprawiają go w osłupienie, mimo że przecież sam też używa takiego aparatu – oprócz stacjonarnego. W ogóle dziwi go większość przejawów współczesnego świata. Mój tata to słodziak. Jest niski i okrągły, ma gęste siwe włosy – z których większa część zdaje się wyrastać z brwi – i z tyłu wygląda zupełnie jak kobieta w średnim wieku. Z przodu zresztą też. Często się zdarza, że obce osoby zwracają się do niego per pani, a ostatnio jakiś facet nie chciał go wpuścić do męskiej toalety w miejscowym pubie. Pokazywał palcem na drzwi do toalety dla kobiet i przez pewien czas trwali w tym osobliwym impasie, dopóki tata nie poddał się i nie odszedł.

Ignoruję jego pytanie.

– Jak się masz, tato?

– Och, dobrze, kochanie. Naszła mnie ochota na pogawędkę.

– To bardzo fajnie, tato, ale jestem w pracy…

– TAK? Ale, Lenny, jest… (wiem, że zerka na zegar na ścianie) (tak, jest też ostatnią osobą na świecie, która ma zegar ścienny) jest jedenasta.

Nie bardzo rozumiem, co chce przez to powiedzieć.

Odchrząkuję.

– Może oddzwonię na lunchu? – proponuję.

– Byłoby miło. Tylko, Lenny, nie wtedy, kiedy będę oglądał seriale, dobrze?

Pamiętacie czasy, kiedy Sąsiadów i Zatokę serc nadawali dwa razy w ciągu dnia? Raz koło lunchu, a potem w okolicy podwieczorku? Tata lubił oglądać te seriale, jedząc lunch, dlatego dziś nagrywa je (NA KASETY VHS; NIE ZALEWAM) i ogląda o tej porze, o której zawsze to robił.

Milknie na chwilę.

– Ale jeśli trzeba, mogę obejrzeć je później.

To wielka uprzejmość z jego strony. Wiem, jak bardzo lubi ustalony porządek dnia.

– Nie, nie trzeba – odpowiadam. – Tato, czy na pewno wszystko dobrze?

– Tak! Tak. Koniecznie chciałbym z tobą o czymś porozmawiać, jeśli to możliwe. Terapeutka przekonała mnie, że powinienem pomówić z tobą i Jenny. Może zamiast dzwonić, zajrzałabyś do mnie w weekend?

Jeśli stoi za tym terapeutka, może chodzić o cokolwiek – nawet o to, że pomidory rosną gorzej niż zwykle.

– W sobotę? W porządku, tato.

Przecież i tak odwiedzam go w prawie każdą sobotę, nie musi się zachowywać tak, jakbym o nim zapomniała.

– Cudownie! Candice mówi, że upiecze ciasto. Na pewno będzie ci smakowało.

Nie będzie. Ostatnio dodała pomidory do placka owocowego.

– Co za uczta! – rzucam z entuzjazmem. – No dobrze, muszę już kończyć. Do zobaczenia w sobotę. Kocham cię, tato.

– Kocham cię, Lenny.

Wracam do biura, siadam przed komputerem i znów udaję, że pracuję.

3

Czas: piątek, 21 lutego, 18.54

Miejsce: Przed należącym do mojej najlepszej przyjaciółki Sophie Ellis pięknym domem z czerwonej cegły, odgrodzonym od głównej ulicy szpalerem wysokich starych drzew. Właśnie trwa remont, budynek jest obstawiony rusztowaniami, a robotnicy kopią piwnicę, w której będzie się mieścił „pokój gier”. Ponieważ – moja dhroga! – każdy w Surrey ma pokój gier w piwnicy. Dlatego musicie uwierzyć mi na słowo, że gdyby usunąć wszystkie te drabiny i facetów, którym widać rowek między półdupkami, oczom ukazałby się naprawdę uroczy dom. Sophie otwiera drzwi. Wygląda nieskazitelnie. Włosy, które starannie związała z jednej strony, spływają jej przez ramię jak księżniczce Dżasminie, a dokładnie wyprasowana koszula jest naprawdę biała – inaczej niż ciuchy w mojej szafie, w teorii białe, a w rzeczywistości żółtawoszare. Na tyłek wciągnęła, zdaje się, chinosy, ale w sumie nie wiem, jak wyglądają chinosy. Nie szkodzi, ważne, że wszystko do siebie pasuje. Mój Boże, moja najlepsza przyjaciółka wygląda bajecznie. Czasem pokazuję nieznajomym jej zdjęcia, żeby mogli się przyjrzeć ucieleśnieniu doskonałości.

Sophie odgarnia włosy, piszczy: „Cześć!” i mnie przytula. Przez chwilę żałuję, że nie poświęciłam półgodzinnej podróży pociągiem na umalowanie się. Na swoje usprawiedliwienie powiem, że przez większość trasy stałam przyklejona do jakiegoś gościa, który raczej nie byłby zadowolony, gdyby wrócił do domu do żony / męża / wścibskiej matki ze śladem błyszczyka do ust na koszuli. Przyjechałam prosto z pracy, bo zawsze cieszy mnie perspektywa spotkania z Sophie. I oczywiście z Thomasem, który cały roześmiany wyłania się z salonu, odbiera mnie Sophie i zamyka w niedźwiedzim uścisku. Podnosi mnie, przerzuca sobie przez ramię jak strażak i zanosi do domu. Sophie śpiewa: „Oto oblubienica”, a ja radośnie młócę nogami i dodaję poważnym tonem: „Ma dupę i kawał cyca”.

Thomas White jest we mnie zakochany. Bez dwóch zdań. Wszyscy tak twierdzą. Pewnie byłoby im na rękę, gdybyśmy się spiknęli, bo przecież znamy się i przyjaźnimy od dawna, inni są już sparowani, a ja przygarnę każdego, kto na mnie poleci. Nigdy nie rozmawialiśmy o sytuacji między nami i gdy teraz Thomas stawia mnie w kuchni i klepie po głowie, a ja znów o tym myślę, mam nadzieję, że nigdy do tego nie dojdzie. Uwielbiam Thomasa, totalnie i absolutnie, ale jestem przekonana, że na tym koniec. Nie chcę też czuć się zmuszana do zastanawiania się nad takimi rzeczami. Głupio banalne, wiem, ale sądzę, że związek rozsadziłby naszą przyjacielską trójcę, a tego bym sobie nie wybaczyła.

Sophie krzyczy, że przyniesie mi drinka, i każe przywitać się ze swoją córką Ciarą, która ma od kilku miesięcy do kilku lat (sprawdziłam w kalendarzu w telefonie – okazuje się, że Ciara ma półtora roku i dwa miesiące; kto by pomyślał?) i siedzi cicho w salonie. Macham w kierunku Krainy lodu – odfajkowane – i skupiam się na alkoholu, który Sophie nalewa do kieliszków. Wznosimy toast – za prosecco i za przedmieścia, gdzie wszyscy je piją – i przez kilka minut przekrzykujemy się, jak to starzy kumple. Narzekamy na pracę, analizujemy pogodę i wypytujemy o nowe osoby w otoczeniu Sophie – Ciarę i jej ojca Ryana – które są „nowe” jedynie w porównaniu z nami.

Przyjaźnię się z Sophie na zabój od trzynastego roku życia, od kiedy grupa nierozwiniętych piętnastoletnich chłopaków wywiesiła białą flagę w obliczu jej rosyjsko-łotewsko-afrykańskiego temperamentu. Widywałam ją na szkolnym dziedzińcu, w końcu trudno, żeby nie, ale poznałyśmy się na dobre, dopiero kiedy przyłapałam ją na płaczu w dziale biografii w szkolnej bibliotece. Przyłączyłam się do szlochów.

– Chodzi o Ryana Atwooda? – spytałam po kilku minutach cichego łkania, mając na myśli dramatyczne zawieszenie akcji na koniec ostatniego odcinka Życia na fali.

Oczywiście, że nie, odparła; chodzi o szkolny rasizm. Nie pamiętam już, co wtedy powiedziałam, ale wiem, że sprawdziłam, czy jest fanką Życia na fali, zanim zaproponowałam jej pocieszenie w kwestii rasizmu. Popłakałyśmy jeszcze trochę, po czym postanowiłyśmy, wciąż siedząc na podłodze w bibliotece, że zostaniemy najlepszymi przyjaciółkami. Obiecałam, że obronię ją przed chłopcami, posługując się swoją najnowszą bronią – balonami, które urosły mi dosłownie z dnia na dzień – i jej mocą odwracania uwagi, ona zaś przyrzekła, że pomoże mi odnaleźć Adama Brody’ego w prawdziwym życiu i uwieść go, zapewne również dzięki sile rzeczonych balonów. Problem stanowiła moja surowa polityka ograniczania kręgu znajomych; przyjęcie do niego nowej osoby oznaczało, że kogoś będę musiała z niego usunąć. Poszłyśmy więc z Sophie do Thomasa, który siedział w sekcji matematycznej. W dzieciństwie byliśmy z Thomasem sąsiadami i od tamtej pory przyjaźniliśmy się, ale Thomas nie przepadał za Życiem na fali, co powoli zaczynało mi uwierać. Wyjaśniłam mu sytuację, powiedziałam, że nie będziemy się już spotykali, na co odparł, że w porządku, nie ma sprawy, ale wtedy Sophie zaproponowała, żebyśmy zostali trójką przyjaciół. Utworzymy kumpelską trójcę. Dodała, że ma w domu kostiumy wszystkich trzech Atomówek, będziemy się przebierali i walczyli ze złem! Akurat ten pomysł nie przypadł Thomasowi do gustu; powiedział, że woli się skupić na przyjaźni. I tak zostaliśmy trójcą. I choć nie mieliśmy magii Atomówek, to jednak dysponowaliśmy połączonymi supermocami mojego biustu w rozmiarze 70F i popularności Thomasa jako napastnika w drużynie piłkarskiej. Triumwirat sprawił, że rasiści – jak również cała reszta szkolnej społeczności – zostawili nas w świętym spokoju.

Minęło szesnaście lat i nadal jesteśmy w siebie wpatrzone. Przed kilkoma laty objawił się mąż Sophie Nowy Ryan (nie Atwood), ale Ryan wie, że tak naprawdę nie należy do klubu. To świetny facet – zaaprobowaliśmy go z Thomasem; gdybyśmy tego nie zrobili, nie doszłoby, rzecz jasna, do ślubu – ale, co zupełnie zrozumiałe, czuje się pomijany w naszym towarzystwie, toteż w piątkowe wieczory zwykle zostawia nam wolne pole. Trudno mu się dziwić. Każdy czułby się usunięty poza nawias, gdyby musiał słuchać trójki dorosłych wpadających do króliczej nory szkolnych wspomnień, gdy omawiają niestosowność pełnego seksualnych podtekstów zachowania pana Trumpa, nauczyciela przedmiotów ścisłych, który raz startował do całej naszej wówczas szesnastoletniej trójki, kiedy podczas piątkowego wypadu spotkaliśmy go w pubie. (Sophie nawet miała ochotę, ale wyperswadowaliśmy jej to. Gość miał co najmniej pięćdziesiąt lat, a jego żona siedziała kilka kroków dalej przy barze. Miał też owłosienie na szyi, ale żadnego zarostu na twarzy; wyglądało to dziwnie, jakby zapomniał się dogolić. No, dziwnie.) Ryan nie rozumie, dlaczego nazywamy go Nowym Ryanem, a my jeszcze bardziej mieszamy mu w głowie, wyjaśniając, o co chodzi z Ryanem Atwoodem. W młodym wieku rzadko oglądał telewizję i nie chwyta kulturowych odniesień. Nieprzeciętny z niego bystrzak – jest księgowym, z którego usług korzystają miliarderzy – ale ma osobliwe braki w wiedzy ogólnej. Nazywamy je „lukami geniusza” i jeśli Nowy Ryan akurat jest w domu, siadamy i wypytujemy go o rzeczy, których istnienia jeszcze nie zdążył odkryć. Ostatnio nasza lista wydłużyła się o Przyjaciół i racuszki.

Sophie usmażyła nam łososia po chińsku. Przy jedzeniu rozmowa standardowo schodzi na temat mojego singielstwa. Sophie już poznała koszmarne szczegóły zeszłotygodniowej nierandki, za to Thomas zafascynowany słucha historii mojej żałosnej porażki. Milczy, kiedy opowiadam o tym, jak Cassie krzyknęła do słuchawki: „Dureń” pod adresem faceta, który po prostu chciał zjeść kolację z dziadkami, i z powagą kiwa głową, kiedy przyznaję, że Jen, gdy w końcu złapała mnie przez telefon, wrzeszczała na mnie przez bite osiemnaście minut. Pobiła rekord i w nagrodę zafundowała mi tygodniową „siostrzaną karę”. Jen wlepia kary ludziom, którzy ją wkurwiają, tak już ma. Trochę przypomina to siedzenie w kozie albo szlaban dla dorosłych; w tym jednak przypadku przez tydzień nie wolno mi do niej dzwonić ani esemesować. Jeśli złamię zakaz, sankcje zostaną rozszerzone na cały miesiąc. Kończę wyjaśnianie i czekam, aż cudowny, wspaniały Thomas mnie pocieszy albo poratuje jakąś mądrą, podnoszącą na duchu radą.

Tymczasem Thomas pochyla się i po chwili mówi poważnym tonem:

– Słuchaj, dasz mi numer tej barmanki? Z twojej opowieści wynika, że to świetna dziewczyna.

Wydaję jęk i pstrykam w niego jedzeniem. Sophie cmoka z niezadowoleniem, jakbym była niegrzecznym dzieckiem, choć przecież wszyscy wiemy, że Ciara nigdy w życiu nie zachowałaby się tak dziecinnie (no cóż, gdyby ktoś karmił mnie łyżką w kształcie samolotu, może też bym nie bałaganiła).

Sophie z czułością klepie mnie po dłoni.

– Postaraj się tym nie przejmować. Takie rzeczy się zdarzają. Przynajmniej nie musisz się z nim więcej spotykać. A Jen na pewno w końcu ci wybaczy. – Naraz oblicze Sophie się rozjaśnia. – Słuchaj, a Tinder?! – rzuca z podnieceniem, jakby była pierwszą, a nie sześćsetmilionową (w tym miesiącu) osobą, która o tym pomyślała.

Wzruszam ramionami. Po rozstaniu z Timem postanowiłam wypróbować parę aplikacji randkowych. Z początku wydawało mi się to nawet zabawne, ale nie minęło osiem minut – albo tygodni, nie mam pewności; kiedy dasz się wciągnąć w wir Tindera, tracisz poczucie czasu – a wpadłam w okropne, koszmarne przygnębienie.

Niestety towarzystwo interpretuje mój gest jako zgodę (czuję się jak na pijackiej imprezie w akademiku) i Sophie już sięga po telefon. Thomas przysuwa się do niej i razem zaczynają rechotać ze zdjęć i ustawień zasięgu mojej lokalizacji. Ponieważ najwyraźniej nie przewidzieli dla mnie roli w tej zabawie, idę do salonu popatrzeć na Ciarę. Kraina lodu się skończyła i teraz Ciara chichocze nad Bardzo głodną gąsienicą, której nawet nie potrafi przeczytać. Dostała ją ode mnie (ależ troskliwa ze mnie chrzestna). Mam nadzieję, że kiedyś polubi tę książeczkę, która była jedną z moich ulubionych w dzieciństwie. Uwielbiałam jasne kolory i smakowite nazwy kąsków. Pamiętam, jak bez przerwy prosiłam mamę, żeby mi ją czytała. Ciara wkłada pulchny paluszek do otworu w kartce i znowu chichocze.

– Też myślę, że to zabawne – mówię. Przykucam i wsuwam palec do jednej z pozostałych dziurek.

Mała podnosi na mnie spojrzenie i uśmiecha się promiennie, wyciągając tłuste rączki do mojej twarzy.

To trochę dziwne uczucie, kiedy waszym znajomym rodzi się dziecko. Stanowicie zgraną paczkę – należą do niej ludzie, których starannie dobieraliście przez całe życie, których lubicie i z którymi chcecie spędzać czas – i gdy u kogoś z grupy przychodzi na świat dziecko, naraz nie macie wyboru. Ten maleńki człowiek z automatu staje się częścią waszej ferajny, lepiej więc, żeby był fajnym chłopakiem albo fajną dziewczyną, bo nawet jeśli nie jest, to i tak od tej pory należy do waszej paczki.

Dobrze, że Ciara jest grzeczną dziewczynką. Moim zdaniem świetnie pasuje do naszej grupy między innymi dlatego, że nie jest absorbująca, a Soph zmienia jej pieluchy poza zasięgiem mojego wzroku. Podnoszę ją i wącham jej główkę. Często się mówi o zapachu niemowląt. Dotyczy to zwłaszcza kobiet – podobno od wąchania maluchów zaczynasz czuć takie pulsowanie w łonie, że w końcu nie pozostaje ci nic innego, jak wyguglać adres najbliższego banku nasienia.

Nie w moim przypadku.

Odstawiam ją, żałując, że nie poczułam nic więcej. To uroczy maluch – z kontaktów z innymi dziećmi wiem, że nie znajdziesz spokojniejszego – ale nie wzbudza we mnie pragnienia, by samej urodzić. Nie wiem, co to właściwie dla mnie oznacza. Rośnie we mnie irytacja na samą siebie. Chciałabym chcieć mieć dziecko, ale nie wyobrażam sobie, żebym kiedykolwiek poczuła się na tyle dorosła, aby zostać rodzicem.

Kiedy jakieś dwa lata temu Sophie przyznała, że stara się o dziecko, byłam dla niej pełna podziwu. To, że postrzega siebie jako osobę na tyle odpowiedzialną, by wyhodować człowieka we własnym łonie, a następnie wydać go na świat, jest… nie do ogarnięcia. Sophie! Sophie, która w esemesach chwali mi się swoją kupą. Sophie, która kiedyś, mając dwadzieścia dwa lata (w roku Wielkiej Gonitwy Zdzir), w dwadzieścia cztery godziny przespała się z trzema różnymi facetami. Sophie, która raz wysłała mi zbliżenie swojego sutka i próbowała mi wmówić, że to UFO. Ta osoba jest teraz matką prawdziwego, żywego człowieka. I zdaje się zupełnie nie przejmować faktem, że Ciara może wyrosnąć na przykład na nowego Hitlera.

Ciara kładzie Bardzo głodną gąsienicę na głowie i macha do mnie, ale ja nie dam się zwieść.

– Pewnego dnia może wyjść z ciebie Adolf – mówię szeptem, a mała kiwa główką.

Zwijamy się na kanapie i razem oglądamy w milczeniu dwa odcinki Świnki Peppy (George i Peppa totalnie kojarzą mi się z Rossem i Moniką) (okej, nie mam pojęcia, o co chodzi w tej bajce). Ciara powoli zaczyna odpływać, a ja zastanawiam się, czy ssanie mojego kciuka naprawdę ma aż tak uspokajające działanie, kiedy nagle Sophie krzykiem przywołuje mnie z powrotem. Chce, żebym popatrzyła na zdjęcie gościa w masce słonia. Gwoli jasności: facet nie założył jej na twarz.

– Czy to, że podoba mi się coś takiego, świadczy, że coś jest ze mną nie w porządku? – pyta Sophie i śmieje się, przeglądając pozostałe fotki jak z albumu gwiazdy porno; na każdej z nich widać maskę słonia wykorzystaną w inny, twórczy sposób.

Thomas kręci głową.

– Oj, Sophie, czyżby Nowy Ryan nie stawał ostatnio na wysokości zadania?

Sophie znów cmoka z niezadowoleniem, a ja odbieram jej swój telefon. Wygląda na to, że skojarzyło mnie z Człowiekiem Słoniem i sześćdziesięcioma dwoma – niezły wynik! – innymi potencjalnymi partnerami na randkę.

– Swipowaliśmy wszystkich jak leci – spieszy z wyjaśnieniami Thomas. – Osobiście zaakceptowałem jakieś dwie setki facetów, niech więc nie robi na tobie wrażenia liczba dopasowań, bo to tylko niewielki odsetek zainteresowanych. Zwłaszcza że jest piątek wieczór, tinderowe godziny szczytu. Poza tym masz już kilka wiadomości.

O, rzeczywiście. Nawet nie kilka, tylko całkiem sporo.

Dziewięć sprowadza się do jednego słowa: „Cześć”.

Trzy kolejne są równie skomplikowane: „Cześć, co słychać?”.

Siedem brzmi: „Siema, co tam?”.

Dwie: „Niezła laska z Ciebie”.

I jedna: „Czesc mala bedziesz pozniej”, bez znaków diakrytycznych i interpunkcyjnych, ale za to z pełną garścią emotikonów.

O, jest jeszcze jedna. Jakiś czaruś przysłał mi GIF-a z tańczącą małpą. To chyba nie komplement, no bo jak?

Wzdycham i przeglądam pozostałych skojarzonych, przewracając oczami do przyjaciół, którzy wydają się wyjątkowo z siebie zadowoleni. Sophie i Thomas bezkrytycznie swipowali każdego, kogo podsuwał program, ale i tak okazuje się, że faceci na mojej liście są do siebie porażająco podobni. Trzy czwarte z nich sprawia wrażenie mocno niezadowolonych, że muszą pozować do zdjęcia z tygrysem, a pozostała ćwierć zamieściła półnagie selfie zrobione na siłowni. Posyłam Sophie miażdżące spojrzenie, na co ona żarliwie zapewnia: „Pozory! Pozory!”, bo najwyraźniej nie rozumie, jak działa Tinder.

– Żaden cię nie zainteresował? – dodaje zawiedziona. – Nawet ten, który pozuje bez koszulki na siłowni?

– Który konkretnie? – dopytuję, pokazując zbiór klonów topless.

Naraz pojawia się facet o morderczym spojrzeniu. Przed chwilą dał mi superlajka. Zerkam na jego profil i widzę, że wśród zainteresowań Zabójczych Oczu vel Steve’a jest tylko jedna pozycja: Lady Gaga. Czytam jego opis: „Mam wielkie serce i lubię łaskotać. Jeśli tego nie akceptujesz umysłem i sercem, lepiej od razu swipnij w lewo”. Thomas sięga przez moje ramię i wybiera przycisk serduszka. Wyskakuje dopasowanie i Killer Steve momentalnie przysyła mi wiadomość o treści: „Masz wielkie zderzaki”.

Czuję się niesamowicie wyjątkowa.

Thomas prycha.

– Przygotował się.

Chyba mam już dość „randkowania”. Zamykam aplikację i kładę telefon na stole ekranem do dołu.

– No nieee – mówi Sophie, robiąc nadąsaną minę.

Odpowiadam jej tym samym.

– Dlaczego tylko ja mam to robić, a Thomas nie? – skarżę się.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Hot Mess 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Food Pharmacy Porąb i spal Jeszcze jedna mila Kuba. Autobiografia