Wirus

Wirus

Autorzy: Graham Masterton Piotr Kuś

Wydawnictwo: Rebis

Kategorie: Horror

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 18.90 zł

Kiedy sięgniesz po tę powieść, nie kupisz już niczego w second-handzie!

W jednej z dzielnic Londynu dochodzi do tajemniczych zgonów. Piękna młoda Pakistanka Samira popełnia makabryczne samobójstwo. Spokojna pracownica sklepu z używaną odzieżą, Sophie, zabija chłopaka, a David, bezbarwny mąż-pantoflarz, niespodziewanie morduje żonę, która tyranizowała go od lat. Detektyw Jeremy Thomas Pardoe, który wraz z detektyw sierżant Dżamilą Patel prowadzi śledztwo, wkrótce odkrywa, że ze wszystkimi tymi sprawami mają związek ubrania…

Wkrótce na ulicach Londynu przestaje być bezpiecznie. Życie tracą kolejne osoby, a sytuacja zaczyna się wymykać spod kontroli. Rozwiązanie zagadki nie jest proste, a zagmatwana droga ku prawdzie wiedzie policjantów aż na odległą Litwę...

Dla Grażyny i Tomasza Szponderów

z podziękowaniami i najlepszymi życzeniami

Tooting jest jedną z dzielnic w południowo-zachodniej części Londynu.

Ludzie osiedlili się tam już w VI wieku.

Dzisiaj 5 procent jej mieszkańców to Pakistańczycy, a 3 procent – Polacy.

Jej nazwa wywodzi się ze staroangielskiego czasownika to tout, co oznacza „uważać” lub „strzec się”.

1

Przez cały poranek Samira wpatrywała się w lustro nad toaletką, zanim zebrała się na odwagę, aby spalić swoją twarz.

– Nie jesteś mną – szeptała do siebie. – Kimkolwiek jesteś, nie jesteś mną.

Usłyszała, jak zegar w salonie wybija godzinę dwunastą, i dopiero wtedy wstała z krzesła i podeszła do drzwi. Przekręciła klucz w zamku i nacisnęła klamkę, upewniając się, że drzwi są zamknięte. Następnie wróciła do toaletki, po czym wzięła do ręki przejrzystą szklaną buteleczkę zawierającą kwas siarkowy – niepozorna buteleczka stała dotychczas obok perfum Rasasi Blue Lady, kremu Masarrat Misbah, różnych szminek, różów i kredek do oczu.

Za kosmetykami ustawiona była okrągła fotografia w ramce przedstawiająca Samirę i jej przyszłego męża, Faraza. Pozowali przed meczetem Chana Mahabata w Peszawarze, w Pakistanie. Samira miała uniesioną rękę; osłaniała oczy przed blaskiem słońca. Zdjęcie zostało zrobione zaledwie trzy godziny po jej pierwszym spotkaniu z Farazem, czuła się jednak wtedy szczęśliwa, że wyjdzie za niego za mąż. Chociaż miał brodawkę nad górną wargą, był w miarę przystojny, ładnie się wysławiał, no i był zaledwie cztery lata starszy od Samiry.

Kiedy ojciec i matka przywieźli ją do rodzinnego domu Faraza w Fajsalabadzie, przez jedną straszliwą chwilę bała się, że zamierzają ją wydać za Wasima, jego wiecznie spoconego czterdziestoczteroletniego kuzyna. Wasim siedział spokojnie pod ścianą, palił papierosa, a pomiędzy sztachnięciami wpychał sobie do ust szafranowe barfi.

Jednak nie miało już znaczenia, czy Faraz przypadł jej do gustu czy nie: ślubu i tak nie będzie. Rodzice Samiry zatrzymają dla siebie jej posag. Teraz będą musieli się martwić jedynie o jej brata, Dżamala, a dotychczas było z nim naprawdę sporo kłopotów.

Nie popatrzyła w lustro po raz kolejny. Przeniosła natomiast spojrzenie na buteleczkę z kwasem siarkowym, którą trzymała w ręce. Po chwili wstała, podeszła do okna i spojrzała na podwórze za domem. Miało szerokość zaledwie czterech metrów, znajdowały się na nim wąski klomb i betonowy chodnik prowadzący do szopy na narzędzia należącej do jej ojca. To tutaj spędziła większość dzieciństwa od czasu, kiedy z całą rodziną przyjechała do Anglii.

To tutaj bawiła się lalkami, przebierała w wymyślne kostiumy i udawała, że podaje herbatę w plastikowych filiżankach przyjaciółkom z Iqra Primary School.

Uniosła wzrok ku niebu. Był bezchmurny listopadowy dzień, niebo miało błękitny kolor, a słońce świeciło ostrym blaskiem. Jakiś samolot pasażerski błysnął na niebie niczym srebrna igła; leciał jeszcze wysoko nad południowym Londynem, podchodząc do lądowania na lotnisku Heathrow. Samira bardzo by chciała wrócić do Peszawaru i znów zobaczyć kraj, w którym się urodziła. Ale to już nie będzie możliwe. Zresztą pewnie nikt by jej tam nie rozpoznał.

Usiadła na swoim łóżku, na brązowej jedwabnej narzucie. Na poduszce leżał wyliniały pluszowy baranek, którego ktoś przysłał jej z Pakistanu na czwarte urodziny. Szyję miał przewiązaną różową wstążeczką i wciąż miał przyczepioną zawieszkę Ziqi, producenta maskotki. Od tej zawieszki wzięło się imię, które Samira nadała barankowi. Wyciągnęła rękę, żeby po niego sięgnąć, ale zaraz zmieniła zdanie. Wkrótce nie rozpozna jej nawet Ziqi.

Położyła się na łóżku na plecach. W czasie oczekiwania na ślub, który miał się odbyć w następnym miesiącu, codziennie wkładała pomarańczowy śalwar kamiz z haftowanym kołnierzykiem, a na ramiona narzucała długi pomarańczowy pakistański szal, dupattę. W jej sypialni było ciepło, niemal duszno, Samira włożyła jednak na siebie również dwurzędową kurtkę z szerokimi, trójkątnymi klapami.

Minął już czas zuhr, południowej modlitwy, jednak Samira nie myślała teraz o modlitwie. Wiedziała, że to, co zamierza zrobić, jest całkowicie sprzeczne z wolą Allaha. I chociaż wiedziała też, że Allah jej wszystko wybaczy, nie miała już ani odwagi, ani siły, żeby się do niego modlić. Mimo to wyszeptała:

– Subhana rabbial a’laa… – Leżąc, trzykrotnie powtórzyła te słowa. Po chwili dodała: – Proszę cię, Panie… proszę… nie pozwól, abym cierpiała zbyt mocno i zbyt długo.

Uniosła buteleczkę i odkręciła żółtą metalową nakrętkę. Była bardzo spokojna, a ruchy jej dłoni pewne, zdecydowane. Kwas nie miał zapachu, a przecież ostrzegano ją w szkole, żeby go nie wąchała, ponieważ jego opary mogą wypalić tkanki w nosie.

Zgarnęła ręką dupattę i przygryzła materiał, żeby nie krzyczeć z bólu. Następnie, z szeroko otwartymi oczami, powoli wylała sobie kwas na czoło. Natychmiast ujrzała przed oczami szkarłatne, postrzępione płomienie, odniosła wrażenie, że widzi tańczące demony, ale po chwili zapanowała absolutna ciemność. Ból, który ją ogarnął, był tak straszliwy, że wypuściła z ręki buteleczkę.

Jej skóra zaczęła się marszczyć, pojawiły się na niej pęcherze. Chociaż z całej siły wgryzała się zębami w materiał dupatty, wydała z siebie przeraźliwy charkot, jej ciało wygięło się w łuk i trzęsło się gwałtownie w przedśmiertnych drgawkach.

Ból stał się jeszcze bardziej okrutny. Zaczęła rozdrapywać paznokciami twarz w daremnym poszukiwaniu ulgi, ale udało jej się jedynie wyrwać z policzków pasma skóry i mięsa. Poczuła, że nic nie osłania już jej zębów, a po chwili kwas wdarł się gwałtownie w dziąsła. W niewyobrażalnym bólu zaczęła szarpać włosy i wyrywać je pełnymi garściami.

Allah wysłuchał jednak modlitwy Samiry. Po chwili kwas wypalił zakończenia nerwowe pod skórą, więc dziewczyna przestała czuć ból. Opróżniona zaledwie do połowy buteleczka stoczyła się z łóżka na podłogę, Samira po raz ostatni zadrżała, jakby było jej zimno, i znieruchomiała. Jej serce przestało bić. Kwas jednak dalej niszczył jej ciało. Wkrótce ukazały się tchawica i krtań, a potem kręgi szyjne, ale Samira znajdowała się już w innym świecie i niczego nie czuła.

Minęły niemal trzy godziny. Świat za oknem zaczynał szarzeć, gdy ktoś z impetem otworzył drzwi frontowe na parterze. Matka Samiry zawołała głośno:

– Samira! Wróciliśmy! Samira! Gdzie jesteś, Samira?

2

– Wiesz, kim jesteś? – zawołał głośno Jerry. – Jesteś tumanem. Oto kim jesteś.

– Było mi zimno, to wszystko. – W odpowiedzi rozległ się tubalny głos z wnętrza zielonego kontenera przeznaczonego na używaną odzież dla biednych. – Co mam robić? Spać pod pieprzonymi drzwiami?

– Och, zamknij się – odkrzyknął Jerry. – Miałeś zamiar ukraść te rzeczy. Jesteś już piątym facetem, który zakleszczył się w środku, odkąd ktoś postawił tutaj to pudło.

Uderzył w kontener pięścią, żeby dodatkowo wystraszyć młodego człowieka uwięzionego w środku, no i po to, aby wyładować własną frustrację z powodu wezwania go do tak kretyńskiej, bezsensownej interwencji. Od czasu gdy przed trzema miesiącami został przeniesiony do Tooting, zajmował się wyłącznie drobnymi awanturami, handlem narkotykami na ulicach i rasistowskimi bójkami z użyciem noży, rozgrywającymi się pomiędzy gangami złożonymi głównie z uczniów okolicznych szkół.

Nadinspektor Perry z Nowego Scotland Yardu powiedział mu, że wysyła go na przedmieścia, ponieważ doskonale potrafi „wywąchiwać, co się dzieje na ulicach”. Tymczasem Jerry wywąchał tylko, że jego koledzy policjanci biorą łapówki za niewnoszenie oskarżeń przeciwko przestępczej rodzinie Harrisów z Hoxton, i koledzy zaczynali się obawiać, że w końcu ich wyda.

Jeden z funkcjonariuszy przycisnął go do ściany na korytarzu i powiedział:

– Wiesz, na czym polega twój problem, Jerry? Jesteś, kurwa, zbyt etyczny. Dla takich etyków jak ty są tylko dwa miejsca, koleś: ambona i cmentarz. Rozumiesz? Ale nie policja. Nie Scotland Yard.

Teraz więc Jerry dreptał w tę i z powrotem po Fishponds Road, z wysoko uniesionym kołnierzem brązowej skórzanej kurtki i z rękami głęboko wciśniętymi w kieszenie. Dwaj umundurowani posterunkowi stali na rogu przy Selkirk Pub, dla rozgrzewki przestępując z nogi na nogę, wiedział jednak, że postąpi bez sensu, jeżeli do nich podejdzie i zechce wdać się w pogawędkę. Jak wszyscy inni policjanci z komisariatu w Tooting, oni także wiedzieli, dlaczego został przeniesiony akurat tutaj, i na pewno nie mieli ochoty z nim rozmawiać – a jeśli już, to wyłącznie o sprawach służbowych.

Wszyscy trzej czekali na przedstawiciela Charity Collectors, firmy administrującej kontenerami. To on miał uwolnić nieszczęśnika z pułapki. W tych czasach ubrania i buty wrzucane do pojemników, których zawartość rozdawano później ubogim, były tak dobrej jakości, że warto było przeciskać się do nich i kraść, co tylko się dało. Jedyny problem polegał na tym, że pojemniki zaprojektowano w taki sposób, żeby ktoś, kto znajdzie się w środku, nie mógł się samodzielnie wydostać.

Jerry popatrzył na zegarek i mruknął pod nosem:

– Kurwa mać.

Za niecałą godzinę miał skończyć pracę i w gruncie rzeczy nie wiedział nawet, po co musiał tutaj przyjść. Inspektor French powiedział mu, żeby przesłuchał faceta, który znalazł się w pułapce, ponieważ wykradanie ubrań z ulicznych kontenerów stało się już prawdziwą plagą i najwyższy czas się dowiedzieć, kto za tym stoi.

Jednak według Jerry’ego ten konkretny facet kradł wyłącznie dla siebie i na pewno nie miał nic wspólnego z żadną grupą przestępczą. Uważał, że za kradzieżami na dużą skalę stoją Litwini, a w szczególności jeden konkretny Litwin.

– Jak długo jeszcze mam czekać? – zawołał facet z kontenera. – Szczać mi się chce, zaraz rozsadzi mi pęcherz!

– Zawiąż sobie węzeł na fiucie! – odkrzyknął Jerry.

– Musisz mnie stąd wydostać, mówię ci! Bo dostanę klaustrofobii!

– To by nawet pasowało do takiego grubasa!

Na dworze zaczynało się ściemniać i jedna po drugiej zapalały się latarnie uliczne.

– Wyciągnij mnie stąd, bo zwariuję!

– Już włażąc tam, udowodniłeś, że jesteś wariatem! Tuman!

– Złożę na ciebie skargę! Jak się nazywasz?

– Posterunkowy Jeremy Thomas Pardoe. Zapisz to sobie. Och, przepraszam… zapomniałem, że nie masz papieru ani ołówka, a w tym pudle jest cholernie ciemno!

– Dopadnę cię!

– Najpierw musisz stamtąd wyleźć. Módl się, żebym nie zmienił zdania, stary. Cholera jasna, jak stąd odejdę, nikt cię nie znajdzie przez wiele dni! A nawet tygodni!

– Skurwysyn!

Jerry znów się oddalił, puszczając mimo uszu narzekania złodzieja. Dotarł niemal do Selkirk Pub, gdy zza rogu wyjechało srebrne volvo v40. Samochód zatrzymał się przy umundurowanych policjantach i Jerry dostrzegł, jak ktoś wychyla się z auta i rozmawia z nimi. Jak na komendę obaj odwrócili się i wskazali na Jerry’ego. Kierowca zatrzymał samochód przy krawężniku po drugiej stronie ulicy i wysiadł.

Jerry spodziewał się, jak zwykle, nieokrzesanego i zawsze nieogolonego faceta z Charity Collectors, zobaczył jednak drobniutką Azjatkę w ciemnoszarym kostiumie, z czarną opaską na włosach. Podeszła do niego z uśmiechem i zapytała:

– Posterunkowy Pardoe?

Sprawiła, że nagle poczuł się bardzo wysoki, niezgrabny i brzydki.

– Tak, to ja. Co mogę dla pani zrobić?

– Na posterunku powiedziano mi, że znajdę pana przy Mitcham Road.

– Naprawdę? Nie jest pani pracownicą Charity Collectors, prawda?

Facet uwięziony w kontenerze zabębnił nagle w metalową ściankę i wrzasnął:

– Ludzie, wydostańcie mnie stąd! Wydostańcie mnie! Kurwa mać, chcę stąd wyjść!

Azjatka zerknęła na kontener i powiedziała:

– Chyba nawet nie musimy go zamykać. Sam się zamknął i to dość dokładnie.

Jerry stwierdził, że lubi tę kobietę. Była nie tylko prześliczna – miała duże, ciemnobrązowe oczy jak z kreskówki i pełne, kształtne usta – ale też zdawało się, że podziela jego poczucie humoru.

– Pani jest… – odezwał się.

– Detektyw sierżant Dżamila Patel. Mówmy sobie po imieniu.

– Z…?

– Z londyńskiej policji, tak jak ty. Pracuję w Scotland Yardzie od czternastu miesięcy.

– Naprawdę? Jak to możliwe, że nigdy cię nie spotkałem?

– Czy to ma być komplement?

– Cóż… po prostu jestem zaskoczony, że nigdy na ciebie nie wpadłem.

– Nie miałeś szansy. Pracowałam w specjalistycznym zespole zajmującym się zbrodniami honorowymi.

– Chodzi o te kobiety, które są kamienowane za cudzołóstwo?

– Właśnie. Wyobraź sobie, że to się wciąż dzieje, nawet tu, w Anglii, i to częściej, niżbyś się spodziewał. W ubiegłym tygodniu doszło do zabójstwa w Edmonton. Ktoś spuścił kobiecie na głowę dwudziestoczterokilogramowy blok betonu, ponieważ miała romans z nauczycielem angielskiego.

– Cholera jasna.

Sierżant Patel wzruszyła ramionami, jakby z podobnymi okropieństwami miała do czynienia na co dzień.

– Oczywiście widziałam też kobiety, które zginęły, bo nie chciały wyjść za mąż za mężczyznę, którego wybrali im rodzice. Albo uciekły z chłopakiem z niższej kasty, ściągając wstyd na rodzinę. W większości takich przypadków trudno jest ustalić sprawców zbrodni. Nikt niczego nie widział. Nikt niczego nie słyszał.

– No tak – powiedział Jerry i odwrócił się. Facet w kontenerze znowu zaczął kopać w ściany. – Po co przyjechałaś na to piękne przedmieście?

– Przede wszystkim po to, żeby zgarnąć stąd ciebie.

– Jestem na służbie. Będę musiał przesłuchać tego debila… to znaczy będę musiał przesłuchać podejrzanego, kiedy tylko wydostanę go z kontenera.

– Zwalniam cię z tego obowiązku.

– Co?

– Inspektor French pozwolił mi cię poinformować, że nie musisz tego robić. Wysłał cię tu tylko po to, żeby w ogóle dać ci jakieś zajęcie. A ja cię potrzebuję, ponieważ mam się zająć prawdopodobnym morderstwem honorowym, a ty już wcześniej z powodzeniem prowadziłeś trzy takie sprawy, dwie w Redbridge i jedną w Waltham Forest.

– Rzeczywiście. Ale skoro masz już swój zespół, do czego ja ci jestem potrzebny?

– Niestety, miałam zespół – powiedziała sierżant Patel i westchnęła. – Ale cóż, padliśmy ofiarą cięć budżetowych. Przynajmniej taką przekazano nam informację. Prawda jest taka, że nie byliśmy zbyt lubiani wśród przywódców społeczności azjatyckiej, którzy w końcu wymogli na komisarzu, żeby nas rozgonił.

– A więc teraz ten zespół to ty i ja?

– Wydostańcie mnie stąd! Wydostańcie mnie! – wrzasnął facet z kontenera. – Nie wytrzymam tu ani chwili dłużej!

– Nim się nie martw – powiedziała sierżant Patel. – Zajmą się nim ci dwaj mundurowi. Oni go przesłuchają.

– Przykro mi, stary! – zawołał Jerry. – Muszę cię opuścić. Rano przyślę kogoś, kto cię uwolni.

– Nie! Nieee! Nie możesz tego zrobić! Uduszę się tutaj! Umrę z zimna! Proszę… błagam cię!

W tej chwili nadjechała zielona fiesta. W samochodzie paliło się tylko jedno przednie światło. Jerry rozpoznał samochód należący do pracownika Charity Collectors. Pojazd zatrzymał się tuż przy dwójce policjantów i wysiadł z niego niechlujny, siwowłosy facet. Pod beżową wiatrówką miał brązowy sweter marki Fair Isle. Włożył go na lewą stronę i pod jego nieogolonym podbródkiem można było dostrzec dużą metkę.

– Cześć, Ron – powiedział Jerry.

– Cześć.

Mężczyzna wyciągnął z kieszeni wiatrówki wielki pęk kluczy i zaczął je po kolei oglądać.

Facet w kontenerze najwyraźniej nie usłyszał jego przyjazdu, nie usłyszał też brzęku kluczy, bo nagle rozpłakał się jak dziecko.

3

Sophie właśnie zgasiła światła na zapleczu sklepu i włączyła alarm, gdy usłyszała, że ktoś gwałtownie dobija się do drzwi od ulicy.

Zobaczyła za szybą siwowłosą kobietę w długim tweedowym płaszczu. W rękach trzymała dwie wielkie czarne torby. Sophie podeszła do drzwi i zawołała:

– Już zamknięte! Przykro mi!

– No to co mam zrobić z tymi torbami? – zapytała kobieta, przesadnie poruszając wargami, żeby Sophie mogła zrozumieć przez szybę jej słowa. – Przecież nie zabiorę ich z powrotem.

– Niech je pani zostawi pod drzwiami – poradziła jej Sophie.

– Ale tam są całkiem dobre ubrania. Niektóre to prawdziwe perełki z dawnych czasów. Jest też trochę starych bibelotów. Szkoda, żeby ktoś miał je ukraść!

Sophie przez chwilę się wahała, w końcu westchnęła i zawołała:

– No dobrze. Niech pani chwilę poczeka!

Wróciła na zaplecze, żeby wyłączyć alarm, a potem podeszła do drzwi i otworzyła je. Kobieta natychmiast wtaszczyła do środka dwie torby i postawiła je na podłodze przed ladą.

– Dobrze, że się tego pozbędę, dzięki Bogu! – powiedziała.

Teraz, gdy kobieta znalazła się w środku, Sophie dostrzegła, że wcale nie jest taka stara, jak się wydawało przez szybę. Owszem, jej włosy wyglądały na siwe, właściwie białe, ale dlatego, że były bardzo rozjaśnione. Postarzał ją również długi do kostek płaszcz. Wyglądała na najwyżej trzydzieści osiem albo trzydzieści dziewięć lat i była bardzo chuda. Miała jasnoniebieskie oczy i wysokie kości policzkowe.

– To są rzeczy mojego wujka – wyjaśniła. – Zmarł trzy tygodnie temu i właśnie wysprzątałam jego mieszkanie. Nawet pani sobie nie wyobraża, ile miał rzeczy. Przechowywał nawet ubrania cioci, a ona umarła przecież dziewięć lat temu. Niczego nie wyrzucił, nawet jej bielizny!

– Cóż, jeżeli ma pani więcej ubrań – powiedziała Sophie – szczególnie swetry i kurtki są o tej porze roku…

– Nie, to już wszystko. Zostały jeszcze książki, ale w większości polskie i rosyjskie, głównie o medycynie. Wujek był lekarzem jakiejś rzadkiej specjalności.

– Rozumiem. I bardzo pani dziękuję, ale teraz muszę już zamykać. Mój chłopak będzie się o mnie martwił.

Kobieta rozejrzała się po sklepie.

– Widzę, że panuje tu wzorowy porządek. Na pierwszy rzut oka wcale nie widać, że sprzedajecie używane ubrania. Dużo macie klientów?

Sophie się uśmiechnęła.

– Zdziwiłaby się pani. Czasami mamy tu wielki ruch, szczególnie w soboty. Ale dziękuję za uznanie. Staram się, żeby było schludnie i czysto. Zanim zatrudniłam się w Little Helpers, pracowałam w Selfridges, w dziale mody.

Kobieta spojrzała na nią, jakby chciała zapytać: Selfridges? No to dlaczego skończyłaś w sklepie z używaną odzieżą, i to w tak podłej dzielnicy jak Tooting? Zamiast tego powiedziała:

– Cóż, dziękuję, że pozwoliła mi pani zostawić te rzeczy. Wcale mi się nie uśmiechało wracanie z nimi do tego mieszkania… Zresztą nigdy nie lubiłam tam chodzić.

Kobieta wyszła, a kiedy Sophie zamykała za nią drzwi na klucz, zobaczyła, że wsiada do czarnego mercedesa sedana zaparkowanego po drugiej stronie ulicy. Chociaż powiedziała klientce, że chłopak będzie się o nią martwił, na razie nie było nawet śladu Mike’a. Ostatnio niemal zawsze przyjeżdżał po nią spóźniony, a trzy czy cztery razy musiała wracać do domu sama, autobusem numer 77.

Już od wielu miesięcy chodziło jej po głowie, że powinna całkowicie zmienić swoje życie, jednak stała się tak zależna od Mike’a, szczególnie od jego pieniędzy, że nie widziała sposobu na uwolnienie się od niego. Zaczynała żałować, że w ogóle go spotkała. Wszystko, co początkowo wydawało jej się w nim atrakcyjne, teraz jedynie ją irytowało, a już szczególnie to, że przeważnie nie odpowiadał na jej pytania. Najpierw uważała, że jego milczenie jest męskie i nastrojowe. Teraz była przekonana, że Mike po prostu ją ignoruje.

Kiedy przeszła na zaplecze, żeby ponownie włączyć alarm, usłyszała jakieś szuranie. Zatrzymała się i zaczęła nasłuchiwać. Na początku lata na zapleczu zalęgły się szczury. Przeniosły się do sklepu rurami kanalizacyjnymi z tureckiej restauracji, która funkcjonowała w sąsiednim budynku, i próbowały zagnieździć się w workach z najgorszymi ubraniami, których od dawna nikt nie chciał kupić, a które czekały na wywóz. Sophie wyłożyła trutki i zaczęła czynić starania, by władze zajęły się problemem, jednak wkrótce restaurację zamknięto i kłopot wydawał się rozwiązany. Najwidoczniej jednak szczury pozostały.

Po chwili znów to usłyszała: ostre, wyraźne szuranie po podłodze. Ale dźwięk wcale nie docierał z zaplecza. Jego źródłem była jedna z dwóch toreb, które przed chwilą przyniosła kobieta o białych włosach.

Sophie podeszła do nich i zaczęła naciskać jedną z toreb czubkiem buta. Kiedyś w worku, który przyniósł jakiś starszy mężczyzna, znalazła martwą kotkę szylkretową, jednak nigdy nie trafiło się jej nic żywego. Zaczęła dochodzić do wniosku, że szuranie było wytworem jej wyobraźni, gdy dźwięk rozległ się ponownie. Tym razem Sophie nie miała wątpliwości, że jedna z toreb się poruszyła.

Boże, a jeśli w środku jest szczur? No bo co to może być innego? Tak, to na pewno szczur, pomyślała.

Obawiając się, że gryzoń może na nią skoczyć, nie zamierzała otwierać torby. Zastanowiła się, czy nie wynieść jej na zewnątrz i nie zostawić do rana przy pojemniku na śmieci. Gdyby do tego czasu szczur nie uciekł, poprosiłaby wolontariusza, Raymonda, żeby się nim zajął. Raymond pracował kiedyś w ubojni i nieobce mu było zabijanie zwierząt. Potrafił miażdżyć osy kciukiem.

Złapała torbę za uchwyt. Była dość ciężka, ale kobieta powiedziała przecież, że w środku są nie tylko ubrania, lecz także stare bibeloty. Sophie przeniosła ją pośpiesznie pod drzwi na zapleczu, które prowadziły do niewielkiego pomieszczenia biurowego, toalety i małego magazynu, gdzie czyszczono ubrania parą wodną, zanim trafiły do sklepu. Modliła się, żeby szczur siedział spokojnie, dopóki nie wyniesie torby na zewnątrz.

Kiedy mijała stertę ubrań przeznaczonych do wyrzucenia, potknęła się i przewróciła, upuszczając torbę, która się otworzyła. Wysypały się z niej płaszcze, suknie, swetry, buty i sztruksowe spodnie, wypadło też pudełko z posrebrzanymi łyżeczkami i zegar z kukułką.

Sophie szybko się cofnęła, wystraszona, że z torby wyskoczy szczur albo jakieś inne zwierzę, ale chociaż odczekała dłuższą chwilę, nic się nie wydarzyło. Trąciła butem szary płaszcz z tweedu, jednak pod nim też nic się nie ruszało, nie rozległ się żaden dźwięk.

Przecież wiem, że nie wyobraziłam sobie tego odgłosu, pomyślała. Może kukułka w zegarze się poruszyła?

Ostrożnie oddzieliła płaszcz od reszty garderoby, potrząsnęła nim i położyła na stole służącym do prasowania. Wciąż nie słyszała niczego niepokojącego, dlatego odważyła się wziąć do ręki sztruksowe spodnie, a potem dwie koszule w paski i ciemnozielony sweter z postrzępionymi dziurami na łokciach. Podniosła również zegar. Łańcuszki wahadełka były poplątane, a drzwiczki, zza których miała wyskakiwać kukułka, szeroko otwarte. Kukułka tkwiła w środku. Miała złamane jedno skrzydło.

Chyba czuję się tak samo jak ona… utknęłam we wnętrzu stojącego zegara i nie jestem w stanie z niego wyskoczyć.

W torbie znajdował się między innymi zrobiony na drutach i mocno pachnący maścią rozgrzewającą kocyk, dwie zniszczone rękawice ogrodowe i przynajmniej tuzin skarpetek nie do pary, ale Sophie znalazła w niej także dwa damskie golfy – zielony i kremowy; oba wyglądały na nienoszone – i aksamitną granatową damską kurtkę z guzikami na patkach.

Wiedziała, że za swetry dostanie dobrą cenę, a kurtkę postanowiła zostawić dla siebie. Pomyślała, że będzie jej doskonale pasować do dżinsów od Mantaraya i sztybletów marki Red Herring. Zdecydowała, że włoży do sklepowej kasy dziesięć funtów za tę kurtkę.

Opróżniła torbę. W środku nie było już niczego wartościowego, poza kilkoma starymi, pożółkłymi książkami Penguina w miękkich oprawach oraz wstrętnie poplamionymi rękawicami kuchennymi. Nie natrafiła na żadnego szczura ani mysz. I w ogóle na nic, co mogłoby wytłumaczyć te dziwne odgłosy.

Zabrała kurtkę do przebieralni i przymierzyła ją przed lustrem. Była trochę ciasna na piersiach – kobieta, która nosiła ją wcześniej, miała mniejszy biust niż Sophie – ale nie musiała jej przecież zapinać pod szyję. Jeśli nie liczyć tego drobnego mankamentu, kurtka leżała na niej doskonale. Stwierdziła, że garderoba w wojskowym stylu pasuje do jej typu urody. Jej matka była w połowie Polką. To po niej Sophie miała okrągłą twarz, kocie oczy i ciemne włosy, które obcinała na starannego geometrycznego boba.

Przez chwilę wpatrywała się w swoje odbicie. Nagle, nie wiadomo dlaczego, poczuła smutek, jakby straciła bliską przyjaciółkę, jakby ktoś najbliższy odszedł od niej lub umarł.

Potrzebuję odpoczynku, pomyślała. Skoro nie potrafię zmienić swojego życia, to mogłabym chociaż wziąć kilka dni wolnego. Mogłabym pojechać do Sidmouth, do mamy i taty. Długie spacery nad morzem zawsze poprawiają mi nastrój.

Przyjrzała się sobie trochę uważniej i ze zdziwieniem zauważyła, że w kącikach jej oczu błyszczą łzy. Skąd się wziął ten nagły smutek? Jednak w tej samej chwili poczuła też urazę i złość.

Dlaczego mi to zrobiłeś? Za co? Myślisz, że ja nie potrafię cię zranić? Jeszcze mnie nie znasz, nawet w połowie!

Ku swemu zaskoczeniu zaczęła głośno łkać i łzy potoczyły się po jej policzkach.

Dlaczego płaczę? Dlaczego jestem taka zmartwiona i wściekła? Dość tego!

Wyszła z przebieralni i zaczęła zdejmować kurtkę. Jednak zaledwie wyciągnęła rękę z rękawa, przyszło jej do głowy, że mogłaby przecież pojechać w niej do domu. No tak, ale bez czyszczenia? Kiedy zdarzało jej się kupić ubranie, które ktoś przyniósł do sklepu, nigdy go nie wkładała, dopóki go starannie nie wyczyściła. W używanych ubraniach gnieździły się całe zastępy bakterii, zdarzały się także wszy i świerzbowce. Niektóre zarazki były odporne nawet na dwukrotne pranie; właśnie dlatego sklepy z używaną odzieżą nigdy nie sprzedawały bielizny.

Jednak z jakiegoś powodu Sophie nie chciała się rozstać z kurtką, która zdawała się wręcz prosić jej lewą rękę, żeby znów wsunęła się do rękawa. Była niczym nieszczęśliwy przyjaciel, który błaga, żeby nie pozostawiać go samego. Sophie pociągnęła nosem i wierzchem dłoni otarła łzy z twarzy. Już miała zdjąć kurtkę, gdy znów ogarnęła ją złość.

Ale z ciebie tchórz! Tylko tchórz mógłby potraktować mnie w taki sposób! Ale nie myśl, że to ci ujdzie na sucho. O nie, nigdy w życiu!

Zdjęła kurtkę tak szybko, że jeden z rękawów wywinął się na lewą stronę. Rzuciła ją na ladę obok kasy i przez chwilę wpatrywała się w nią, jakby się spodziewała, że kurtka na nią skoczy.

Nie potrafiła tego zrozumieć. Dlaczego zwykłe przymierzanie używanej odzieży wyzwalało aż takie emocje? Kontakt z kurtką wywołał w niej uczucie ogromnej straty, ale jednocześnie doprowadził ją niemal do furii.

Podniosła kurtkę i wygładziła rękaw. Jasne, że ona nie miała z tym nic wspólnego. Chodziło pewnie o to, jak w niej wyglądała. Może – choć nie zdawała sobie z tego sprawy – przypomniała sobie kogoś, o kim już dawno zapomniała? Przecież wyobraziła sobie, że na kogoś krzyczy – na kogoś, kto w jakiś sposób ją zawiódł, sprawił, że poczuła się bardzo źle.

Nie myśl, że to ci ujdzie na sucho! – powiedziała temu komuś w myślach. Ale kto to był? I co takiego jej zrobił?

Usłyszała głośne stukanie w szybę. Odwróciła się i zobaczyła Mike’a. Po raz pierwszy od długiego czasu naprawdę ucieszyła się, że go widzi.

– Cześć – powiedział, kiedy otworzyła drzwi.

Jak zwykle nie wyjaśnił powodu spóźnienia, nie przeprosił jej, ale tego wieczoru nie miało to dla Sophie znaczenia. Naprawdę się ucieszyła, że wreszcie się zjawił. Mike miał szerokie ramiona i muskularną sylwetkę, ponieważ niemal każdego dnia ćwiczył na siłowni, a w weekendy trenował kick-boxing. Po tym, co zaszło w przebieralni, czuła się pewniej w obecności kogoś, kto mógłby ją ochronić. Sophie nie podobała się tylko jego fryzura: boki głowy miał ogolone niemal na zero. Uważała, że w tej fryzurze wygląda na więźnia. Miał szeroką twarz, głęboki dołek w podbródku i nos jak mops.

Wyczuła w jego oddechu alkohol. Aha, to dlatego się spóźnił. Zapewne pił w Gorringe Park ze swoimi kumplami z agencji nieruchomości.

– Jeszcze nie jesteś gotowa? – zapytał, gdy dostrzegł, że tylne drzwi są otwarte, a ubrania leżą porozrzucane na podłodze.

– Daj mi chwilkę – odparła Sophie.

Włączyła alarm i zamknęła drzwi, pozostawiając swetry, spodnie i zegar z kukułką na podłodze. Mijając ladę, zawahała się i popatrzyła na kurtkę.

– Co jeszcze? – rzucił Mike. – Och, daj spokój, Soph, pospiesz się… Zostawiłem samochód na zakazie parkowania. Mandat może mnie kosztować sto pięćdziesiąt funciaków!

Sophie wahała się jeszcze przez ułamek sekundy, ale w końcu wzięła kurtkę z lady i przerzuciła ją przez ramię.

– Chyba nie masz zamiaru tego świsnąć, co? – zapytał Mike. – I to tylko dlatego, że nie chciałem ci ostatnio kupić płaszcza z Next? Był cholernie drogi, a poza tym w ogóle do ciebie nie pasował.

– Zapłacę za tę kurtkę. Już ją przymierzyłam i chcę ją mieć.

– W porządku. Twoja sprawa. Jeżeli chcesz nosić używane ubrania jak stare baby, proszę bardzo.

Sophie zamknęła na klucz frontowe drzwi Little Helpers i podążyła za Mikiem do czerwonego subaru. Usiadłszy w fotelu pasażera, położyła kurtkę na kolanach. Kiedy samochód ruszał, Sophie odniosła wrażenie, że kurtka łasi się do niej jak słodki kotek. Pogłaskała ją.

Ona mnie potrzebuje, pomyślała. Nie wiem, dlaczego mam takie wrażenie, ale ona mnie potrzebuje i nie pozwoli, żebym ją zostawiła.

4

– Liczę na to, że masz mocny żołądek – powiedziała Dżamila, kiedy skręcili w Rectory Lane.

– Nie martw się – odparł Jerry. – Zresztą zjadłem na śniadanie tylko jedną kanapkę z jajkiem. Myślę, że nie zacznie mi się cofać do przełyku.

Dotarli do numeru 35. Przed budynkiem parkowały cztery samochody interwencyjne i dwie furgonetki policyjne, a za rogiem, przy Southview Close, stał ambulans. Chodnik przed budynkiem był odgrodzony, a ogród oświetlały silne reflektory ustawione na wysokich trójnogach.

Dżamila znalazła wolne miejsce do zaparkowania kilkadziesiąt metrów dalej i musieli się kawałek wrócić pieszo. Przeszli pod biało-niebieską taśmą policyjną i weszli do budynku. W wąskim holu dyżurowało trzech umundurowanych posterunkowych w kamizelkach ochronnych. Za progiem stał drewniany wieszak na płaszcze, zarzucony wierzchnimi okryciami. Jerry z trudem przecisnął się obok niego. W salonie po lewej stronie jakaś policjantka rozmawiała z pulchną Pakistanką w brązowej chustce na głowie i z chudym chłopakiem. Miał siedemnaście albo osiemnaście lat, wyłupiaste oczy i czarne, nieporządnie przystrzyżone wąsy.

Dom cuchnął kozieradką, a ściany w holu obwieszone były obrazkami: tradycyjnymi ilustracjami z pakistańskich podań ludowych, fotografiami rodzinnymi i pejzażami Peszawaru oraz Przełęczy Chajberskiej. Dżamila popatrzyła na jeden z nich i powiedziała:

– Opowieść o przebiegłej Siddhikari.

– Aha – mruknął Jerry. – A któż to taki ta przebiegła Siddhikari?

– Przebiegła Siddhikari ukradła skarb pewnemu kupcowi, namówiła złodzieja, żeby powiesił się na gałęzi drzewa, i odgryzła język służącemu kupca.

– Rozumiem. I to był taki zwyczajny dzień w Pakistanie.

– Inspektor Saunders jest w sypialni – powiedział jeden z posterunkowych, wskazując kciukiem na schody.

– Nie. Tylko nie „Smiley” – jęknął Jerry.

Posterunkowy nie zareagował, ale posłał mu krzywe, współczujące spojrzenie. Jerry pracował wcześniej ze „Smileyem” Saundersem tylko przy jednej sprawie, młodej Somalijki z Tower Hamlets, której chłopak przypiekł głowę gorącym żelazkiem. Jerry nigdy nie spotkał osobnika tak nieustająco nieszczęśliwego jak inspektor Saunders.

Dżamila ruszyła na piętro po wąskich schodach wyłożonych chodnikiem z juty, a Jerry poszedł za nią. W ostatniej sypialni jeden z techników stał w kącie i robił zdjęcia, a dwaj inni na kolanach i z silnymi latarkami w dłoniach kawałek po kawałku przeszukiwali podłogę. Słychać było szelest ich kombinezonów ochronnych z tyveku.

Detektyw inspektor Saunders z Wydziału Zabójstw, ubrany w beżową ortalionową kurtkę, stał przy oknie z rękami złożonymi na piersiach. Był wysoki, miał siwe włosy, które zaczesywał do tyłu, blisko osadzone oczy i ostry, haczykowaty nos. Kąciki ust miał bezustannie wygięte do dołu, przez co wyglądał jak niezadowolony drapieżny ptak.

– Ach, więc go znalazłaś? – powiedział do Dżamili, a potem natychmiast zwrócił się do Jerry’ego: – Cześć, Jerry. Dawno się nie widzieliśmy.

Ale Jerry mu nie odpowiedział – nawet go nie usłyszał. Całą uwagę skupił na leżących na łóżku zwłokach dziewczyny. Miała na sobie pomarańczowy śalwar kamiz, jej ramiona okrywała dupatta. Dłonie miała zaciśnięte, jakby śmierć zaskoczyła ją podczas walki. Jej niegdyś bujne czarne włosy były w okropnym nieładzie, a twarz zamieniła się w straszliwą szkarłatną maskę. Oczy przypominały białe szklane kulki, w miejscu nosa ziała trójkątna dziura. Za każdym razem, gdy cicho trzaskał aparat fotograficzny i błyskała jego lampa, Jerry widział lśniące zakamarki zatok. Jej żuchwa opadła, a wystający język pokryty był przezroczystymi bąblami.

– Dobry Boże – powiedział Jerry i potrząsnął głową. – Wygląda, jakby wyskoczyła z najgorszego horroru.

– Ostrzegałam cię – odparła Dżamila i zwróciła się do Saundersa: – Rozmawiał już pan z jej matką i bratem?

– Jeszcze nie – przyznał. – Mówiąc szczerze, Dżamilo, czekałem z tym na ciebie. Nie znałem dotąd żadnego Pakistańczyka, a ci dwoje… nawet kiedy mówią po angielsku, trudno mi ich zrozumieć. Niewiele też wiem o ich zwyczajach, tylko tyle, że nie jedzą lewą ręką, ponieważ podcierają nią dupy, no i że traktują kobiety jak śmieci.

Technik, który klęczał obok łóżka, ściągnął z twarzy maseczkę ochronną, ukazując rudą brodę jak u księcia Harry’ego.

– To był stężony kwas siarkowy. Butelka nadal leży na podłodze i taka informacja widnieje na nalepce. Oczywiście, niczego nie przyjmujemy na wiarę i zbadamy ten płyn, ale to, co zostało z jej twarzy, i stopień zniszczenia pościeli raczej nie pozostawiają wątpliwości, że mamy do czynienia z H2SO4.

– Powiedz pani detektyw Patel, jak to się odbyło. Ktoś w nią chlusnął zawartością buteleczki?

– Nie, nikt w nią niczym nie chlusnął – odparł technik. – Chociaż zwykle tak się to właśnie odbywa, prawda? Ktoś podchodzi i chlusta kwasem prosto w twarz. Ale ta młoda dama leżała na łóżku. Wszystko wskazuje na to, że się nie broniła.

Jerry pochylił się nad łóżkiem, żeby dokładniej obejrzeć wypaloną kwasem twarz martwej Pakistanki.

– Przytomny człowiek nie pozwala nikomu wylać na siebie skoncentrowanego kwasu, leżąc na łóżku, prawda? – powiedział. – Może najpierw ktoś ją potraktował rohypnolem albo innym środkiem nasennym? A może napastników było więcej? Jeśli nie została nafaszerowana żadnymi środkami, ktoś ją musiał przecież przytrzymywać.

– Nie ma żadnych śladów na ciele – stwierdził technik. – Więcej się dowiemy po sekcji zwłok w szpitalu Świętego Jerzego.

– W tej chwili wiemy jedynie, że nazywała się Samira Wazir – powiedziała Dżamila. – Miała siedemnaście i pół roku i skończyła szkołę średnią Al-Risalah. Ostatnio była z rodzicami w Pakistanie i sądząc po jej stroju, najprawdopodobniej zaaranżowali tam spotkanie z jej przyszłym mężem.

– Masz na myśli małżeństwo skojarzone przez rodziców? – zapytał Saunders.

– To często spotykany zwyczaj.

– Może więc nie spodobał się jej przyszły mąż i nie chciała go poślubić?

– To mogłoby być motywem kary honorowej, owszem – zgodziła się Dżamila. – Ale w tym wypadku jest jeszcze za wcześnie na taki wniosek. Musimy się dowiedzieć od jej matki i brata, kogo miała poślubić i czy miała tutaj, w Wielkiej Brytanii, jakiegoś miejscowego chłopaka, którego jej rodzina nie akceptowała. A może chodziła wcześniej z jakimś Pakistańczykiem, który się wściekł, że Samira ma wyjść za kogoś innego, i postanowił ją oszpecić? Możliwe też, że poniosła karę za coś, co zrobił jej brat. W Pakistanie takie rzeczy się zdarzają. Na przykład chłopak sypia z żonatą kobietą, ale karany jest za to nie on, lecz jedna z jego sióstr. Zdarza się, że zmusza się taką dziewczynę do poślubienia zdradzonego męża, a czasami bywa tak, że wszyscy mężczyźni z jego rodziny dokonują na niej zbiorowego gwałtu.

– Urocze – wtrącił się rudowłosy technik. – Jestem naprawdę cholernie szczęśliwy, że nie muszę gwałcić mojej szwagierki. W życiu bym jej nie tknął palcem, choć ona pewnie ucieszyłaby się z takiego seksu.

– Zejdę na dół i zamienię kilka słów z matką i bratem tej nieszczęsnej dziewczyny – kontynuowała Dżamila. – Jerry, chodź ze mną. Muszę mieć towarzystwo mężczyzny, to ważne, szczególnie kiedy będę przesłuchiwała brata. Gdzie jest jej ojciec?

– Wciąż w Peszawarze. Pojechał tam w interesach, przynajmniej tak mi powiedziała jego żona.

– Być może został w Pakistanie, żeby z rodziną przyszłego męża dopiąć sprawy związane ze ślubem. Na przykład omówić kwestię posagu.

Jerry i Dżamila wyszli z sypialni. Wcześniej Jerry raz jeszcze popatrzył na leżącą na łóżku dziewczynę. Makabryczny widok jej twarzy był wstrząsający, ale zarazem fascynujący. Przez dziewięć lat pracy w policji Jerry widział wiele zwłok – poranionych, nadpalonych, wyłowionych z wody – jednak żadne nie wyglądały tak potwornie jak ciało Samiry. Wiedział, że prawdopodobnie przyśni mu się w nocnych koszmarach, lecz mimo wszystko patrzył na nie i próbował sobie wyobrazić sadystę, który tak straszliwie oszpecił piękną dziewczynę, pozbawił ją życia z pełną świadomością, że będzie umierać w straszliwej agonii. W imię czego to zrobił? W imię religii? Z zazdrości? Dla ratowania honoru rodziny? Czy zamordowanie młodej dziewczyny przez rozpuszczenie jej twarzy kwasem mogło mieć coś wspólnego z honorem?

Kiedy Jerry i Dżamila weszli do salonu, pani Wazir nerwowo zaciskała w dłoniach zieloną dupattę. Jej oczy były przekrwione i opuchnięte od płaczu. Dżamal stał przy oknie, patrząc na samochody policyjne stojące przed domem, i nawet się nie odwrócił, kiedy usłyszał ich kroki. Młoda policjantka, która towarzyszyła Pakistańczykom, wstała i zapytała:

– Czy mam poczekać na zewnątrz?

– Nie, zostań z nami – odparła Dżamila. – To będzie dla ciebie dobre doświadczenie. Pani Wazir, przedstawiam pani detektywa Pardoe ze Scotland Yardu. Ma duże doświadczenie w sprawach związanych z przemocą domową, może więc pani być wobec niego zupełnie szczera.

– Dlaczego mówi pani o „przemocy domowej”? – zdziwiła się pani Wazir i otarła dupattą zapłakane oczy. – Przecież w mojej rodzinie nigdy czegoś takiego nie było. Już wam powiedziałam, mój syn Dżamal i ja wyjechaliśmy na dwa dni do kuzynostwa w Redbridge. To się stało właśnie wtedy.

– Nasi technicy zbadali wszystkie drzwi i okna w tym domu i nie znaleźli żadnych śladów włamania. To może wskazywać na jedną z czterech wersji wydarzeń. Albo ktoś, kto zaatakował Samirę, miał własne lub pożyczone klucze, albo Samira znała go i wpuściła do domu, albo napastnik wdarł się do środka, kiedy dziewczyna otwierała drzwi, i wtedy już nie ma znaczenia, czy go znała czy nie.

– To są tylko trzy wersje – zauważyła przytomnie pani Wazir.

– Cóż, myślę, że czwarta jest oczywista. Została zaatakowana przez członka lub członków rodziny.

– To jest bezczelna sugestia – powiedziała pani Wazir. – Jeżeli jeszcze raz powtórzy pani coś takiego, będę zmuszona wezwać naszych prawników.

– Proszę pani – odrzekła Dżamila z naciskiem. – Absolutnie nie chcę być niegrzeczna, nie mam zamiaru rzucać fałszywych oskarżeń, ale wykonuję swoją pracę i muszę rozważyć każdą możliwość. Jestem pewna, że potrafi pani to zrozumieć.

– Potrafię zrozumieć jedynie to, że próbuje mnie pani oskarżyć, jakobym to ja wypaliła kwasem twarz mojego ukochanego dziecka. Czy jest pani w stanie sobie wyobrazić, jakim ciosem było dla mnie znalezienie jej zwłok? Przecież ja już do końca życia spokojnie nie zasnę.

– Strój Samiry sugeruje, że wkrótce miała wyjść za mąż – zauważyła Dżamila.

– Tak, to prawda. Zabraliśmy ją we wrześniu do Peszawaru właśnie po to, żeby poznała przyszłego męża. To bardzo porządny i prawy mężczyzna z dobrej rodziny, a Samira go polubiła i była szczęśliwa, że zostanie jego żoną.

– A miała chłopaka tutaj, w Tooting? – zapytał Jerry.

– Wśród jej znajomych byli także chłopcy, jednak z żadnym nie była blisko. Była dziewicą.

– Jest pani tego pewna?

– Całkowicie.

– A jej brat, Dżamal… tak masz na imię, prawda? Dżamal, czy twoja siostra miała chłopaka?

– Moja siostra robiła to, co jej kazano – odparł młody człowiek, nawet się nie odwróciwszy.

– Nie o to cię pytałem.

– Nie wiem. Nie znam jej przyjaciół.

– Czy przychodzi ci na myśl ktoś, kto miałby jakikolwiek powód, żeby skrzywdzić Samirę? Może zdenerwowała ostatnio którąś z koleżanek?

– Niech pan pyta o to koleżanki – wtrąciła się pani Wazir. – Jej najlepszą przyjaciółką była Akilah Abdali. Mieszka gdzieś w Streatham. Jej adres znajdziecie pewnie w notesie Samiry.

– Czy Samira zamierzała dalej się kształcić? – zapytała Dżamila. – Może chciała pójść do college’u albo na uniwersytet?

– Nie rozumiem – odparła pani Wazir. – Przecież miała wyjść za mąż.

Jerry miał ochotę zapytać panią Wazir, czy wyjście za mąż odbiera prawo do studiowania, uznał jednak, że lepiej będzie, jeśli przemilczy tę kwestię.

– Co robiła pani córka po ukończeniu szkoły średniej? – zapytał.

– Głównie pomagała mi w domu. Czasami dorabiała wieczorami w restauracji Saravanna Bhavan przy High Street.

Dżamila zanotowała nazwę restauracji i zadała kolejne pytanie:

– Proszę powiedzieć mi coś o stanie jej zdrowia. Zwierzała się pani ze swoich zmartwień, może miewała depresję albo źle się czuła?

Pani Wazir przez chwilę się zastanawiała, ale zaraz wzruszyła ramionami.

– Przez ostatni tydzień była bardzo wyciszona i w sumie rzadko ją widywałam. Prawie każdego wieczoru gdzieś wychodziła. Wracała późno i szła prosto do swojego pokoju.

– Pytała ją pani, czy coś jej dolega?

– Tak, pukałam do drzwi jej pokoju i pytałam, czy wszystko jest w porządku, ale ona za każdym razem odpowiadała, że tak.

– Schodziła na posiłki albo na przykład na wspólne oglądanie telewizji?

– Nie. Kiedy mówiłam jej, że na stole czeka kolacja, odpowiadała, że już jadła w restauracji.

Dżamal odwrócił się od okna. Czarne włosy miał zaczesane w szpic na czubku głowy, a jego wąsy wyglądały na sztuczne, chociaż zaczynała mu też rosnąć kędzierzawa broda. Ubrany był w ciemnozielony, zapinany na zamek błyskawiczny polar z logo pakistańskiej reprezentacji piłkarskiej i w obcisłe czarne jegginsy.

– Daj spokój, mamo. – Mówił z silnym akcentem ze wschodniego Londynu. – Przecież powinnaś im powiedzieć, że ty i Sam wciąż na siebie krzyczałyście. Ciągle miałaś do niej pretensje i trzaskałaś drzwiami.

– To prawda, pani Wazir? – zapytała Dżamila. – Kłóciła się pani z córką?

Kobieta wyrzuciła ręce w górę i zawołała:

– Ha! A czego się pani spodziewa? Matki i córki zawsze się kłócą. A Samira potrafiła być uparta jak osioł. To dlatego uznaliśmy, że najwyższy czas, aby wyszła za mąż. Małżeństwo miało nauczyć ją posłuszeństwa, miała stać się prawdziwą kobietą. Ale teraz moje serce krwawi z żalu po niej, mówię pani. Nie wierzę, że już nigdy więcej jej nie zobaczę. Nie wierzę!

Znów przyłożyła szal do oczu i kręciła głową z niedowierzaniem i bólem.

W tym momencie w drzwiach stanął Saunders. Rozejrzał się po salonie wzrokiem drapieżnika, jakby spodziewał się, że zobaczy na podłodze jakieś myszy, na które będzie mógł się rzucić.

– Jak idzie, pani sierżant?

– Myślę, że na dzisiaj już skończyliśmy – odparła Dżamila. – Na pewno jeszcze tu wrócimy, jutro lub pojutrze, kiedy otrząśnie się pani z szoku. Tymczasem porozmawiamy ze znajomymi Samiry. Na pewno się dowiemy, jak doszło do jej śmierci. Jeśli pani zechce, mogę przysłać do pani wolontariusza z Grupy Wsparcia Ofiar Przestępstw.

Pani Wazir uniosła rękę, żeby dać sygnał, że słyszy jej słowa. Dżamal wciąż stał przy oknie z rękami w kieszeniach polaru i ze znudzonym wyrazem twarzy, jakby nie mógł się doczekać, aż wszyscy wreszcie sobie pójdą.

Musieli przepuścić sanitariuszy, którzy znosili po schodach zwłoki Samiry. Gdy w końcu stanęli przy drzwiach wyjściowych, Jerry zapytał:

– Gdzie się podział płaszcz, który tu wisiał?

– Jaki płaszcz? – zdziwiła się Dżamila.

– Szary płaszcz, który widziałem na tym wieszaku. Ktoś go powiesił na samym wierzchu, zakrywał wszystkie inne. Teraz go nie ma. Widzę na wierzchu zupełnie inny płaszcz, czerwony.

– Nie widziałam żadnego szarego płaszcza.

– Ale on tutaj na pewno był. Zapamiętałem go, ponieważ był podobny do tego, który miałem, kiedy kupiłem mój pierwszy motocykl.

– Raczej nie wyobrażam sobie, żeby ktoś go ukradł – powiedział Saunders. – Prawdopodobnie spadł i po prostu ktoś go gdzieś przewiesił.

Policjanci, którzy stali w holu, wyszli do ogrodu, żeby przepuścić sanitariuszy z noszami.

– Czy któryś z was widział, co się stało z szarym płaszczem, który wisiał na wieszaku? – zapytał ich Jerry, kiedy razem z Dżamilą znaleźli się w ogrodzie.

Obaj pokręcili głowami.

– Co to za płaszcz?

– No, szary… – zaczął Jerry, ale zaraz urwał. – Nie, nic… nieważne.

– Nie masz przypadkiem omamów wzrokowych, Jerry? – zapytał Saunders, kiedy szli do samochodów.

Jerry’ego kusiło, żeby mu coś odpowiedzieć, ale nie odezwał się. Ostatnio bywał z siebie dumny, że potrafi trzymać język za zębami. Niemniej wciąż był przekonany, że widział szary płaszcz na samym czubku wieszaka. A skoro nikt go stamtąd nie zabrał, to co się z nim stało?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Spis treści

Dedykacja

***

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału: Ghost Virus

Copyright © Graham Masterton 2017

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation and e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2018

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor: Elżbieta Jeżewska

Projekt i opracowanie graficzne okładki: Izabella Marcinowska

Fotografia na okładce: © Joe Prachatree / Shutterstock

Wydanie I e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Wirus, wyd. I, Poznań 2018)

ISBN 978-83-8062-935-6

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08

fax: 61 867 37 74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Tańczące martwe dziewczynki ARMAGEDON Wirus Duch Zagłady Dziedzictwo Wojownicy nocy 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wzgórze psów Miasto Koniec warty Znalezione nie kradzione