Uchwycić życie. Wspomnienia, dzienniki i listy 1930–1989

Uchwycić życie. Wspomnienia, dzienniki i listy 1930–1989

Autorzy: Hanna Świda-Ziemba

Wydawnictwo: Karta

Kategorie: Inne

Typ: e-book

Formaty: MOBI

cena od: 24.90 zł

Książka – wybór materiałów z osobistej spuścizny Hanny Świdy-Ziemby: wspomnień, dzienników i listów – to świadectwo wyjątkowego zmysłu obserwacji, który przez całe życie charakteryzował Autorkę – profesor socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, osobę publiczną, która po 1989 roku odcisnęła ślad w polskiej debacie, wyróżniając się niezależnością w myśleniu. Stanowi zapis procesu dojrzewania przedstawicielki pokolenia urodzonego w II RP, wychowanego w cieniu wojny, które w życie dorosłe wchodziło w okresie stalinizmu. Autorka wnikliwie analizuje otaczający świat, pokazując tragizm wyborów, przed którymi stawała ona i jej rówieśnicy.

Wspomnienia przeplatane są fragmentami listów do najbliższych oraz dzienników pisanych „do szuflady”. Pierwszy zapis Autorka sporządziła jako dziesięciolatka w okupowanym przez Sowietów Wilnie, w kolejnym opisuje wileński komplet w 1943 roku, następne pochodzą z okresu powojennego i ukazują proces tworzenia nowej społeczno-politycznej rzeczywistości Polski, a w latach ofensywy stalinizmu – mechanizmów państwa totalitarnego. W tym ostatnim czasie pisanie dziennika stanowiło formę odreagowania otaczającej rzeczywistości – Autorka wspomina m.in. swoją przynależność do „Klubu Samobójców” oraz „Związku Nihilistów” – kręgów, których celem była walka o wewnętrzną, osobistą niepodległość każdego z członków. W książce znalazły się również fragmenty dziennika z lat 80., w tym opis udziału w obradach Okrągłego Stołu.

Całość zamyka posłowie dotyczące socjologii Hanny Świdy-Ziemby, bibliografia wszystkich jej tekstów, aneks z wybranymi artykułami (w tym wywiadami), opublikowanymi w prasie po 1989 roku oraz unikatowe zdjęcia z albumów rodzinnych.

© by Joanna Zakrzewska, 2018

© by Ośrodek KARTA, 2018

REDAKTOR SERII Agnieszka Knyt

WYBÓR FRAGMENTÓW DO DRUKU I OPRACOWANIE REDAKCYJNE dr Dominik Czapigo

WSPÓŁPRACA REDAKCYJNA Maria Krawczyk

KOREKTA Hanna Antos

OPRACOWANIE PRZYPISÓW dr Bartosz Kaliski

RECENZENT dr hab. Krzysztof Kosiński, prof. IH PAN

PRZYGOTOWANIE INDEKSU Małgorzata Kudosz

KWERENDA IKONOGRAFICZNA Ewa Kwiecińska

OPRACOWANIE GRAFICZNE SERII

SKŁAD KOMPUTEROWY TANDEM STUDIO

ZDJĘCIE NA OKŁADCE Hanna Świda. Łódź, ok. 1952 roku.

Ze zbiorów Joanny Zakrzewskiej / OK

PRACA NAUKOWA FINANSOWANA W RAMACH PROGRAMU MINISTRA NAUKI I SZKOLNICTWA WYŻSZEGO POD NAZWĄ „NARODOWY PROGRAM ROZWOJU HUMANISTYKI” W LATACH 2014–2018

KIEROWNIK NAUKOWY PROJEKTU

prof. dr hab. Andrzej Friszke,

Instytut Studiów Politycznych PAN

PARTNER PROJEKTU

Instytut Studiów Politycznych

Polskiej Akademii Nauk

Wydanie I

Warszawa 2018

ISBN 978-83-65979-25-4

Ośrodek KARTA

ul. Narbutta 29, 02-536 Warszawa

tel. (48) 22 848-07-12, faks (48) 22 646-65-11

kolportaz@karta.org.pl

ksiegarnia.karta.org.pl

SKŁAD WERSJI ELEKTRONICZNEJ: Kamil Raczyński

konwersja.virtualo.pl

SPIS TREŚCI

Od redaktora

Nota edytorska

Dojrzewanie 1930–1953

Wilno

Białystok

Łódź

Wrocław

Warszawa

Dojrzałość 1969–1989

Dziennik 1969

Dziennik 1981

Dziennik 1987

Dziennik 1989

Postscriptum 1996

Spis źródeł

Refleksje

„Solidarność” a świadomość społeczna Polaków

Hańba obojętności

Krótkowzroczność „kulturalnych”

Taka piękna żałoba

Obrachunek po Peerelu

Wzory i antywzory

Jestem

Ilustracje

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

OD REDAKTORA

Nie ma biografii typowych, ale z pewnością historie wielu ludzi łączy – poza miejscem i czasem – podobny sposób odbioru otaczającej ich rzeczywistości. Biografia Hanny Świdy-Ziemby jest pod tym względem wyjątkowa, a to za sprawą specyficznej ciekawości świata, którą przejawiała od najmłodszych lat – jest ona nietypowym przewodnikiem po czasie, którego doświadczyła, bo prowadzi ścieżkami, które biegną obok znanych i często już udeptanych dróg. O wartości tego zapisu stanowi świadectwo jej stosunku do świata, a nie sam jego opis – chociaż ten ostatni trudno przecenić.

Dzieciństwo i młodość stanowiły dla Autorki czas formujący. Wtedy ukształtował się jej system wartości, do którego odnosiła się – także krytycznie – przez całe swoje życie. Możemy się o tym przekonać, czytając jej liczne teksty publicystyczne, wydrukowane po 1989 roku. Siedem z nich zostało w tej książce zestawionych z zapisem autobiograficznym, by pokazać konsekwentne trwanie Autorki przy obranych wartościach.

U progu stalinizmu Hanna Świda-Ziemba zdecydowała się studiować socjologię, potwierdzając drogę, którą wybrała wcześniej. Socjologiem była, a nie bywała. Nie był to dla niej tylko zawód – a przez lata nie mógł być nawet tym – lecz powołanie. Nie chodzi tu zatem o deklarację przynależności do jednej z akademickich profesji, ale o potrzebę ciągłego odnoszenia się do świata. Widać to wyraźnie w okresie stalinizmu, gdy uprawiała – jak określała to sama – „prywatną socjologię”.

W 1950 roku, jako studentka, zapisała w swoim dzienniku: „Ja osobiście nie potrafię określić w tej chwili ani życia, ani samej siebie. […] Te zapiski mają inny charakter, mają one za cel przyłapać życie na gorącym uczynku. Kiedyś może uda mi się napisać książkę na temat naszych tragiczno-śmiesznych czasów i chcę, żeby była ona faktycznym odbiciem zdarzeń, żeby wyławiała istotnie charakterystyczne momenty, nie zaś by była tylko barwno-łzawą fantazją opartą na analizie własnej osobowości. Będę pisać to, co wyda mi się istotnie ważne, nie tłumacząc zresztą dlaczego”. Wraz z umacnianiem się stalinizmu straciła nadzieję, że z tych notatek kiedykolwiek skorzysta. Stało się inaczej – po przełomie 1989 roku wykorzystała je w analizach minionej już wtedy epoki.

Rok 1989 stanowił dla Hanny Świdy-Ziemby cezurę ważną. Jako ekspert Podzespołu do spraw Młodzieży reprezentowała stronę solidarnościową w obradach Okrągłego Stołu. Zaangażowanie w działania „Solidarności” na Uniwersytecie Warszawskim w latach 80. czy współpraca z prasą drugiego obiegu jednoznacznie określały jej postawę i ideowe wybory. Mimo to jej przenikliwe refleksje na temat Okrągłego Stołu, zapisane w dzienniku, dalekie są od entuzjazmu.

Po przełomie napisała sześć książek, w części z nich wprost poddając analizie własne doświadczenia. W tym też okresie wyraźnie zaznaczyła swoją obecność w debacie publicznej, wypowiadając się na tematy, które uznawała za ważne: dziedzictwo Peerelu i rozliczenie z nim, patriotyzm, relacje polsko-żydowskie. Nie był to jednak głos „teoretyka”, objaśniającego innym świat z katedry, ale zaangażowanej uczestniczki życia społecznego, która mówi o tym, jak sama rozumie rzeczywistość, przepuszczając ją przez filtr własnych przeżyć.

W jej tekstach, zarówno naukowych, jak i publicystycznych, widać nie tylko potrzebę opisania świata, ale i jego zrozumienia. Odwołując się do koncepcji „socjologii rozumiejącej” Maxa Webera, jednego z twórców dyscypliny – ważne było poznanie motywów, celów, wartości, którymi kierują się ludzie. Rozumienia nie należy jednak utożsamiać z akceptacją, a dla zobrazowania różnicy między tymi pojęciami warto sięgnąć do opisów stalinizmu, które zostawiła Hanna Świda-Ziemba. Pokazując „człowieka wewnętrznie zniewolonego” przez reguły systemu totalitarnego, narzucającego scenariusz, który regulował nie tylko życie społeczne, ale i najdrobniejsze aspekty prywatności, charakteryzowała jego zaangażowanych piewców, przekonanych o słuszności własnych wyborów i gotowych nawracać innych – nazwała ich „ZMP-owskimi wyznawcami ideologii”. Opisując ich postawę, tak daleką od własnej, nie potępiała, lecz próbowała zrozumieć. Przejawiał się w tym nie tylko jej „naukowy obiektywizm”, ale też ciekawość drugiego człowieka i jego wyborów.

Istotę totalitaryzmu osądzała jednoznacznie, a przekonując do potrzeby uznania prawie całego okresu Peerelu za totalitarny, przejawiała swoisty radykalizm, różniąc się w tym punkcie z wieloma badaczami. I tu, podobnie jak we wszystkich innych obszarach jej aktywności, znaczenie miały z pewnością doświadczenia osobiste. W liście wysłanym w 1998 roku do jednej z najbliższych koleżanek z liceum im. Sczanieckiej pisała: „Otóż wyszłam ze Sczanieckiej społecznie uformowana, z bardzo silnymi dynamizmami, by podjąć określone życie. Przez to, że był komunizm, tych dynamizmów nie mogłam zrealizować. Cała moja «siła energetyczna» poszła na to, by się jakoś psychicznie przystosować do tego, co bez przerwy odczuwałam jako obce i nieznośne. Z tego punktu widzenia mam właściwie zmarnowane życie. Gdy dalej czuję takie same, jak pięćdziesiąt lat temu, dynamizmy w sobie i gdy wreszcie (po przełomie ’89 roku) mogę je realizować (i na miarę sił to robię), jestem już stara, słaba, u «wrót śmierci» i niewiele z tego, co bym chciała – mogę dokonać. Z drugiej strony – dobrze jednak, że tych «innych czasów» jednak doczekałam”.

Wbrew pesymistycznej ocenie wyrażonej w ostatnim zdaniu Hanna Świda-Ziemba wiele jeszcze dokonała. Wydała między innymi osobisty Urwany lot. Pokolenie inteligenckiej młodzieży powojennej w świetle listów i pamiętników z lat 1945–1948, gdzie opisała pokolenie, do którego sama siebie zaliczyła. Natomiast w ostatniej książce Młodzież PRL. Portrety pokoleń w kontekście historii wyróżniła kolejne generacje młodzieży, odnosząc ich pojawianie się i trwanie do procesu zmian społecznych i politycznych całego tytułowego okresu. Obie książki skierowała do szerokiego grona odbiorców. Nie były jedynie opisem świata widzianym przez badacza – pozostającego na zewnątrz obserwatora. Dla czytelnika było jasne, że Autorka przybliża rzeczywistość, w której przyszło jej żyć, podejmować wybory, doznawać porażek.

*

Hanna Świda-Ziemba była bliska „Karcie”. W latach 80. na łamach podziemnego pisma, pod pseudonimem Joachim Kruk, opublikowała dwa ważne teksty, w których analizowała istotne wymiary mechanizmu państwa totalitarnego: Cel propagandy („Karta” 2) i Ten świat komunikacji („Karta” 6). W 1991 roku, w wydawanej już oficjalnie „Karcie” (nr 3), na podstawie nagranej rozmowy Katarzyny Madoń-Mitzner oraz czytanych przez Hannę Świdę-Ziembę fragmentów dzienników, opublikowany został tekst Wróg stalinizmu. Notatki z życia systemu, którego była bohaterką.

Przez kolejne lata, już po 1989 roku, była jednym z jurorów konkursu „Historia Bliska”, organizowanego przez Ośrodek KARTA dla uczniów szkół ponadpodstawowych. Bardzo uważnie czytała nadesłane prace, jej oceny były wnikliwe, a gotowość żarliwego spierania się o ostateczny wynik z pozostałymi jurorami po raz kolejny może być dowodem, że czegokolwiek w swoim życiu się podejmowała, czyniła to z zaangażowaniem. Nie miało znaczenia, że był to konkurs „tylko” dla uczniów. Tu także wyraźnie widoczny był wpływ doświadczeń z młodości na jej postawę.

Pod koniec studiów podjęła pracę jako nauczycielka szkół średnich, później badała młodzież jako socjolog. Nie traktowała jej protekcjonalnie. Była wierna ocenie, którą jako dziesięciolatka sformułowała w 1940 roku w Wilnie, w swoim dzienniku: „Czym ludzie dorośli mądrzejsi od nas? Tylko że mówić ładniej umieją – tak poważnie. Ale czujemy tak samo. Jak kiedyś będę dorosła, to pomyślę, że jak miałam lat 10, to było to samo”.

W 2007 roku, po dwóch latach pracy w Archiwum Historii Mówionej Ośrodka KARTA i Domu Spotkań z Historią, spytałem Hannę Świdę-Ziembę – wtedy moją promotor – czy zgodzi się opowiedzieć o własnym życiu. Przystała na tę propozycję i tak zaczęliśmy spotkania w jej małym zadymionym gabinecie na terenie uczelni. Niestety, mimo zarejestrowania siedemnastu godzin, nie udało się nam dokończyć tej rozmowy. Spotkania – od pewnego momentu nieregularne – zostały na rok zawieszone, gdy zaczęła przygotowywać swoją ostatnią książkę. Po jej wydaniu do nagrywania nie udało się już powrócić.

Po śmierci Hanny Świdy-Ziemby spuściznę żony przekazał do Archiwum Ośrodka KARTA jej mąż, prof. Zdzisław A. Ziemba, a jego wolę, już po jego śmierci, podtrzymała córka, Joanna Zakrzewska.

Książka Uchwycić życie… ma inny charakter niż dotychczasowe publikacje Hanny Świdy-Ziemby. Została przygotowana z materiałów autobiograficznych, które zostawiła: dzienników, listów, nagrań – Katarzyny Madoń-Mitzner i mojego. Jest to autobiografia niepełna – dziennika Hanna Świda-Ziemba nie prowadziła regularnie, na pewno też nie zachował się w całości, o całym swoim życiu nie zdążyła opowiedzieć, a listy stanowią tylko częściowe uzupełnienie. Ten zapis opowiada głównie o okresie, który wpłynął na całą jej biografię, stanowiąc istotne dopełnienie obrazu Autorki, który wyłania się z jej prac naukowych i publicystycznych.

Mimo że książka nie jest pełną biografią, pokazuje, że Hanna Świda-Ziemba była więcej niż tylko świadkiem – próbowała uchwycić życie, którego do końca była bardzo ciekawa.

Dominik Czapigo

NOTA EDYTORSKA

W książce wykorzystano cztery podstawowe źródła: 1) dzienniki Autorki, które pisała nieregularnie w latach 1940–96, 2) fragmenty obszernego tekstu opublikowanego w 1991 roku w „Karcie” nr 3 – przygotowanego do druku przez Katarzynę Madoń-Mitzner na podstawie jej nagrania z Hanną Świdą-Ziembą z 1990 roku, 3) zapis niedokończonego nagrania biograficznego przeprowadzonego z Hanną Świdą-Ziembą (dotyczy lat 1930–53) przez Dominika Czapigo w latach 2007–09, 4) listy Autorki do rodziców z lat 40. i 50.

Większość z tych materiałów znajduje się w Archiwum Ośrodka KARTA, w kolekcji Hanny Świdy-Ziemby, na którą składają się również inne dokumenty przekazane po śmierci Autorki przez jej męża, prof. Zdzisława A. Ziembę, oraz skany fotografii z albumów rodzinnych, udostępnione przez córkę, Joannę Zakrzewską.

Tekst książki przygotowano, zestawiając – poza jednym dokumentem – własne teksty Hanny Świdy-Ziemby (wśród nich wybór z nagrania biograficznego), za zasadę ich porządkowania przyjmując porządek chronologiczny. W przypadku fragmentów pochodzących z różnych źródeł, a opisujących te same zdarzenia, wybierano te, które uznano za obszerniejsze i bardziej wyczerpujące dany wątek. Zaznaczano wszystkie dokonane skróty.

Nagranie biograficzne Hanny Świdy-Ziemby zostało spisane już po jej śmierci. Transkrypcja miała surowy charakter, co wiąże się ze specyfiką języka mówionego przełożonego na tekst. Wymagała redakcji językowej – w tym usunięcia powtórzeń – przy założeniu zachowania stylu wypowiedzi Autorki.

Każdy kolejny przywoływany fragment został opisany w nagłówku ze wskazaniem na rodzaj źródła, na przykład: „W dzienniku”, „W liście”, „W nagraniu”. Pod każdym z nich umieszczono odsyłacz do źródła. Spis źródeł znajduje się na stronie 245. W pojedynczych przypadkach, gdy fragmenty dziennika zapisane pod tą samą datą pochodziły z dwóch różnych źródeł, nie podawano oddzielnego nagłówka, a wydzielano je tylko symbolem: *.

Fragmenty z „Karty” nr 3, przygotowane na podstawie nagrania Katarzyny Madoń-Mitzner, opisano w nagłówku: „We wspomnieniach” – dla odróżnienia od fragmentów z nagrania zarejestrowanego przez Dominika Czapigo, które opisano: „W nagraniu”. Dodatkowo przywoływane są opublikowane w „Karcie” nr 3 fragmenty, w których Autorka retrospektywnie, w latach 1950/51, przywołuje okupacyjne wspomnienia z Wilna. Zatytułowano je „We wspomnieniach”, dodając datę – odpowiednio: 1950 lub 1951 rok.

Nie wszystkie fragmenty dzienników wykorzystane w książce zachowały się w oryginale. W kolekcji znajdują się rękopisy z lat 1940, 1943, 1950, 1952/53, 1953, 1969, 1981, 1987, 1989, 1996. W przypadku lat 1940 i 1981 są to zapisy na luźnych kartkach, pozostałe znajdują się w zeszytach formatu A5. Przy tym dziennik z 1981 roku prowadzony był pierwotnie w zeszycie, o czym świadczy sformułowanie Autorki: „Kończę ten zeszyt i może już nie będę miała czasu pisać”. Dzienniki z lat 1943, 1952/53 i 1953 nie były w ogóle datowane. Dopiero na podstawie treści i wiedzy dotyczącej biograficznych losów Autorki możliwe było ustalenie, kiedy powstały.

Niektóre dzienniki nie zachowały się w całości, o czym świadczą niepełne zdania – zarówno na początku, jak i na końcu części zapisów. W takich miejscach, w nawiasie redakcyjnym, zamieszczono informacje odpowiednio: „Brak poprzedzającej strony” lub „Dziennik urywa się”. Czasami uszkodzone są także pojedyncze strony dzienników – naderwane lub niewyraźne na skutek upływu czasu. Tam, gdzie nie było możliwe odczytanie jakiegoś fragmentu, czytelnik ponownie znajdzie odpowiednią informację, podaną w nawiasie redakcyjnym. Podobnie tam, gdzie Autorka celowo zamazała jakiś fragment dziennika.

W trakcie przygotowania książki udało się zidentyfikować pojedyncze strony dziennika, które znalazły się pomiędzy innymi dokumentami. Zostały one dołączone do właściwych części. Zachowane fragmenty pierwszego dziennika z 1940 roku są częściowo ponadrywane. Ich treść została zrekonstruowana na podstawie dwóch źródeł: rękopisu i fragmentów opublikowanych w „Karcie” nr 3, co wskazuje, że zniszczeniu uległy już po 1990 roku, gdy nagrywana była rozmowa, w trakcie której Hanna Świda-Ziemba czytała wybrane dzienniki. Zeszyty z lat 1943, 1952/53, 1953, 1987 i 1989 zawierają tylko dzienniki. W pozostałych znalazły się także inne zapisy, m.in. notatki z lektur, słowniczki polsko-angielskie, oceny uczniów.

Wpisy z kolejnych dni Autorka zazwyczaj oddzielała poziomą linią – w tym miejscu w książce zamieszczono symbol: * – tylko w części podane są miesiące, a dopiero w dziennikach z lat 1969, 1981, 1987 i 1989 znalazły się daty dzienne. Dzienniki na pewno nie były pisane regularnie, o czym mogą świadczyć frazy takie jak: „Wskrzeszam cię do nowego życia” czy „Postanowiłam znów pisać pamiętnik”. Trudno jednak oszacować, ile z nich się nie zachowało.

W kolekcji znajduje się także zapis z 1945 roku, ale – na co wskazuje treść wprowadzenia – sporządzony retrospektywnie, jak wynika z wyliczeń – w 1952 roku. Z pewnymi różnicami został następnie przedrukowany, lecz bez komentarza odnośnie do jego charakteru, jako fragment dziennika w książce Pięćdziesięciolecie matury 1948–1998. IV Państwowe Gimnazjum i Liceum Żeńskie im. Emilii Sczanieckiej w Łodzi, opracowanej przez Krystynę Albert-Gąsecką. W niniejszej edycji przytoczony został za rękopisem. W pracy nad książką okazało się, że wszystkie postaci – włącznie z Autorką – otrzymały w rękopisie zmienione imiona. We fragmentach dziennika opublikowanych w książce Pięćdziesięciolecie matury… podano prawdziwe nazwiska – zachowano je także w niniejszej publikacji.

Cytowane dzienniki, które nie zachowały się w rękopisach przekazanych do kolekcji, przytaczane są za jednym z trzech źródeł: „Kartą” 3/1991, wywiadem Taka wąska ta dróżka do nieba (rozmawiał Wojciech Pawlik), opublikowanym w książce Bóg. Szatan. Grzech. Studia socjologiczne (Kraków 1990) pod redakcją Jacka Kurczewskiego i Wojciecha Pawlika, oraz książką Pięćdziesięciolecie matury… (Łódź 1998). W dwóch pierwszych ich redaktorzy zaznaczali skróty. W książce zostały one zachowane – dla odróżnienia od skrótów w obecnej edycji – w nawiasach okrągłych.

W przypadku części fragmentów dzienników opublikowanych w „Karcie” dodatkowo możliwe było sięgnięcie po nagraną rozmowę i przywrócenie części skrótów – rozmowa rejestrowana była w mieszkaniu Hanny Świdy-Ziemby, a w trakcie nagrywania czytała ona na głos wybrane fragmenty dzienników. W takich wypadkach czytelnik znajdzie odesłanie wprost do nagrania.

Dziennik z 1953 roku, jeden z obszerniejszych zapisów prowadzonych przez Autorkę tuż po przyjeździe do Warszawy, przywołany został w okrojonej formie. Powodem takiej decyzji był jego wyraźnie intymny charakter – stanowi on swoisty wewnętrzny monolog Autorki, skierowany do konkretnej osoby. Z tego powodu w tej części dziennika zachowano wielką literę zaimków osobowych odnoszących się do wspomnianej postaci. Zdecydowano się przytoczyć tylko te fragmenty dziennika, które koncentrują się na opisie codzienności.

Zasada, by nie podawać do druku wątków zbyt osobistych (w tym rodzinnych), została przyjęta przy wyborze fragmentów ze wszystkich części dziennika i listów. Odstępstwem od niej może się wydawać publikacja zapisków z 1950 roku, w których Autorka wspomina tragicznie zmarłego Danka czy relacje łączące ją z Dinim, kolegą ze Związku Nihilistów. W tym wypadku zdecydowano się postąpić inaczej, ponieważ tematy te zostały już poruszone za zgodą Autorki w „Karcie” nr 3. Przytaczając je tu, przyjęto za podstawę zachowany rękopis dziennika.

W książce wykorzystano również fragmenty listów Autorki do rodziców, wysyłane na przełomie lat 40. i 50. – najpierw z Łodzi, a od 1953 roku z Warszawy do Wrocławia. Niestety Autorka ich nie datowała, jednocześnie nie zachowały się one w kopertach umożliwiających identyfikację dat. W książce listy datowano przez podanie roku – jego rozpoznanie możliwe było na podstawie treści opisywanych zdarzeń lub dzięki zestawianiu z innymi źródłami.

We wszystkich dokumentach Autorki pozostawiono jej oryginalne podkreślenia – zarówno pojedynczych wyrazów, jak i zdań. Poprawiono natomiast błędy ortograficzne, ujednolicono interpunkcję, uwspółcześniono pisownię oraz rozwinięto skróty nazw własnych i inicjały osób, gdy była możliwa ich identyfikacja lub w nawiasie kwadratowym podano nazwiska ze znakiem zapytania, gdy brak było pewności odnośnie do ich tożsamości. Całość tekstu zaopatrzono w przypisy rzeczowe i osobowe.

Część zatytułowana „Dojrzewanie” opisuje lata 1930–53 i można ją uznać za ciągły zapis autobiograficzny. W części zatytułowanej „Dojrzałość” znalazły się fragmenty dzienników – poza pojedynczą stroną z 1969 roku i krótkim fragmentem zatytułowanym Postscriptum z 1996 roku – z lat 1981, 1987 i 1989.

Brak autobiograficznych materiałów źródłowych uniemożliwił opowiedzenie o okresie oddzielającym pierwszą i drugą część książki (w przybliżeniu lata 1954–80). W tym miejscu czytelnik znajdzie zwięzłą notę biograficzną, dotyczącą pracy zawodowej i społecznej Hanny Świdy-Ziemby w tym czasie.

Całość dopełnia przedruk siedmiu tekstów Hanny Świdy-Ziemby – w tym czterech wywiadów – opublikowanych w prasie po 1989 roku, w których Autorka odnosi się do przeszłości. Jako komentarz po latach – formułowany w całkiem odmiennej rzeczywistości społeczno-politycznej niż ta, w której przyszło jej spędzić większość swojego życia – pokazują one, że źródłem jej postaw wobec otaczającej rzeczywistości było zazwyczaj własne biograficzne doświadczenie.

Dominik Czapigo

DOJRZEWANIE 1930–1953

WILNO

W nagraniu

Urodziłam się 19 września 1930 w Wilnie, w mieszkaniu przy ulicy Portowej 8. Była to jedna z najbardziej luksusowych ulic – w Śródmieściu, równoległa do głównej Mickiewicza, a jednocześnie na uboczu, więc cicha. Ojciec pracował naukowo na Uniwersytecie Stefana Batorego oraz jako adwokat, występujący najczęściej w sprawach apelacyjnych1. Kiedy rozkręcił praktykę adwokacką, mieszkanie stało się zbyt małe, bo nie dawało szansy prowadzenia kancelarii. Rodzice zamienili je wtedy na większe, przy tej samej ulicy, pod numerem 26.

Mieliśmy sześć pokoi. Z przedpokoju prowadziło troje drzwi. Pierwsze – do pomieszczenia, w którym mieszkał mój dziadek [Mikołaj Olechnowicz], ojciec mamy. Gdy umarł [w styczniu 1936], zamieszkał tam sublokator Sotnikow, Białorusin, aplikant mojego ojca. Kolejne drzwi prowadziły do eleganckiego salonu, którego okna wychodziły na północ, na Portową. Rodzice sprawili do niego modne meble, na które później narzekali, mówiąc, że są niewygodne, a salon chłodny. Tam z czasem stanął fortepian. Salon stanowił zarazem poczekalnię, bo za nim znajdował się gabinet ojca, w którym przyjmował klientów i pracował naukowo.

Z gabinetu było wejście do sypialni rodziców, której okna także wychodziły na ulicę, ale nieco z boku. Najpierw stały w niej mosiężne łóżka z orłami, potem – w ramach unowocześnienia – kupiono tapczan z drewnianą półeczką. Stała tam także duża szafa, w której chowano wszystkie ubrania, a obok toaletka z olbrzymim lustrem – gdy byłam sama i się nudziłam, mogłam się tam bawić ze swoim odbiciem. Był to azyl rodziców, spali tam po obiedzie. Ojciec zawsze twardo – w domu miało być wtedy cicho; z kolei mama2 – drzemała lub czytała książki.

Z głównego korytarza mieszkania wchodziło się do bocznego, a z niego do łazienki, osobnej ubikacji, kuchni i jadalnego. Z tego ostatniego prowadziło wejście do sypialni, która tym samym miała drugie drzwi – poza tymi z gabinetu. Z jadalni można też było dostać się do nielubianego przeze mnie pokoju dziecięcego z niskimi, białymi mebelkami.

W pokoju spała ze mną bona, którą miałam od trzeciego roku życia – od pewnego momentu była nią repatriantka z Francji. Inteligencja często wtedy zatrudniała repatriantki, żeby uczyły dzieci płynnie mówić po francusku, a także właściwie się zachowywać. W domu pracowała też służąca, która przyjaźniła się z boną. Jak tylko rodzice wychodzili, nastawiały sobie na patefonie romanse.

Oprócz salonu kochałam jadalny – przytulny pokój, który ściągał rodzinę. Stały w nim meble z jasnego orzecha: pośrodku – stół oraz kredens, nad którym wisiał wypchany głuszec. Z pokoju był widok na podwórze oraz wyjście na balkon. Jednak to salon stanowił mój azyl – obszerny, izolowany od kuchni, bony i rodziców śpiących akurat w tym czasie, kiedy najbardziej lubiłam się bawić. Kochałam go i przebywałam w nim często – uważałam, że jestem ukryta przed światem; umiałam bawić się sama, wymyślając najrozmaitsze historie. Gadałam do siebie – czasami to było nawet pięć osób i wtedy ja mówiłam za wszystkie, a wymyślane przeze mnie postacie przeżywały dużo niezwykłych przygód. Miałam chłopięce zamiłowania – jeździłam na koniu w czapce ułańskiej i z karabinem, stukałam ze wszystkich pukawek, grałam w jojo.

Kontakt z rodzicami nie był czymś powszednim, a celebrowany był głównie w sypialni. W wolne dni, po ich podwieczorku i śnie, około piątej po południu, bona przyprowadzała mnie ubraną i umytą. Musiałam dygnąć i powiedzieć nowy wierszyk. Czasami mama zabierała mnie na zakupy. Bardzo lubiłam neony i samo wchodzenie do sklepu. Kupowała wędliny, a mi rurkę z kremem; mogłam też zjeść jednego banana. Na koniec zawsze stwierdzała, że musimy szybko wracać, bo jesteśmy już spóźnione, a obowiązkowo o ósmej miałam się kłaść do łóżka.

[7]

We wspomnieniach

[…] Ojciec przyjaźnił się z Catem-Mackiewiczem3, ale nigdy do żadnej partii nie należał. Za to zawsze można z nim było rozmawiać o polityce. Matka z kolei była z istoty swej apolityczna. Chodziła do kościoła, wielbiła Dziadka [Józefa Piłsudskiego]4.

Od początku niesłychanie interesowałam się sprawami publicznymi. […] Najsilniejszym moim przeżyciem z wczesnego dzieciństwa był pogrzeb marszałka Piłsudskiego5. Miałam wtedy cztery lata i siedziałam „przyklejona” do radia, w którym nadawano transmisję z uroczystości. Kiedy moi rodzice przywieźli mi potem z Krakowa złotą łopatkę ofiarowywaną tym, którzy usypywali kopiec Piłsudskiego, była to dla mnie świętość.

Inne ważne wspomnienia wiążą się z dniem 11 listopada, kiedy chodziliśmy oglądać pochód. Tata trzymał mnie wysoko, a ja podziwiałam polską kawalerię. Pamiętam, że gdy miałam cztery czy pięć lat, powiedziano mi, że Polska była sto lat w niewoli. Była to dla mnie wstrząsająca wiadomość.

[…]

My wszystkie [w szkole powszechnej], ja i moje koleżanki, kochałyśmy Dziadka. Do dziś pamiętam Jedzie, jedzie na kasztance… i inne takie piosenki. Natomiast do Rydza-Śmigłego6 nie miałyśmy jakoś serca, chociaż trzeba było śpiewać „Marszałek Śmigły-Rydz…”7. I siedziałyśmy, takie małe, i mówiłyśmy sobie, że Rydza to nie kochamy. Nie budzi miłości i już.

Mościckiego8 też się specjalnie nie kochało. Natomiast Polskę kochało się ogromnie, w charakterystyczny na tamte czasy sposób. Kiedy miała być wojna, a przez rok przed wybuchem była o tym mowa, to nawet ze sobą rywalizowałyśmy, kto zmówi dłuższą modlitwę o to, żeby wojna wybuchła. Bo w czasie pokoju jest nudno, a to będzie przygoda. […]

[10]

W nagraniu

Lubiłam tak towarzystwo, jak samotność – tę ostatnią bardzo, ale nie zawsze. Przy tym należałam do dzieci raczej otwartych i gadatliwych. Miałam głównie kolegów, bo wszyscy znajomi rodziców mieli synów. Była też jedna kuzynka w moim wieku – Terenia Gąsowska. Obowiązywała zasada, że jedną niedzielę „Terenia była u Hani”, a drugą „Hania u Tereni”. Charakterystyczne, że dzieci inteligenckie miały się bawić z inteligenckimi, a najlepiej z dziećmi znajomych i przyjaciół rodziców. W zasadzie nie wolno im było przestawać z żulią z podwórza.

W domu – razem z oficyną, parterem, sutereną i poddaszem – mieszkało mnóstwo dzieci z proletariatu. One bawiły się na tym podwórku, które ja mogłam obserwować jedynie z balkonu. Strasznie im zazdrościłam. Miałam dużą kokardę, której one nie musiały nosić, nie wolno mi też było się ubrudzić. Z zazdrością patrzyłam, jak taplają się w błocie, ścigają jakieś koty i psy, wymyślają najrozmaitsze zabawy. Nie wierzyłam, że nadejdzie coś tak wspaniałego dla dziecka jak wojna, kiedy odzyskam wolność.

Rodzina Świdów stanowiła klan. Byli do niego zaliczani nawet nie-Świdowie, którzy – choć nosili inne nazwiska – byli urodzeni ze Świdówien. „Świdostwo” było ważniejsze niż wszystko – nie tata Krupski się liczy, tylko mama Świdówna. Mieli dumę, byli niezależni psychicznie. Rodzina trzymała się razem, popierając siebie nawzajem. Linia męska uważała się za kalwińską. Mówiono, że „kalwinów popiera Radziwiłł, ale Świdowie u jego klamki wisieć nie będą”. W związku z tym byli trochę wyobcowani. Nie mieli dóbr darowanych, tylko takie, które własną pracą doprowadzili do rozkwitu. Uważali się za dobrych rolników.

Ojciec stronił od klanu, ale rodzina go zagarniała. Wigilię spędzaliśmy na przykład u cioci Heli9, matrony rodu, która mieszkała za Zielonym Mostem, na Pióromoncie. Schodziła się tam cała wielka rodzina i zasiadała w olbrzymim pokoju za wielkim stołem. Nie było mowy, żeby mama – a było tak do wojny – jakoś się postawiła i powiedziała, że jednak sami urządzimy Wigilię, może zaprosimy jej kuzynkę. Był obowiązek jechania do cioci.

Pradziad ze strony babki Świdowej10 brał udział w powstaniu styczniowym, potem został wywieziony na Syberię, a po jakimś czasie wrócił z zesłania do Wilna i pracował jako bardzo znany lekarz11. Dziadek ze strony ojca, Olgierd Świda12, nie był już żadnym powstaniowcem. Trafił na okres pozytywizmu – razem z babcią uważali, że trzeba dobrze i samodzielnie prowadzić gospodarstwo; w ich przypadku – odziedziczony majątek w ruinie, w pobliżu Mińska. Pogardzał tymi, którzy osobiście nie chodzili po polach i nie doglądali – ważne było oko gospodarza. Oboje mieli ogromny kult pracy, stanowiła ona dla nich największą wartość i kryterium oceny. Należało przy tym być patriotą i działać na rzecz oświaty. W związku z tym dziadek wśród chłopów szerzył oświatę rolniczą, a babunia uczyła wiejskie dzieci pisać i czytać. Uznawali, że w ten sposób spełniają swój obywatelski obowiązek wobec ojczyzny. Ponieważ dziadek umiał zarządzać, to – gdy stracili majątek – zajął się kierowaniem dobrami Radziwiłłów i obydwoje zamieszkali w folwarku Zajezierze pod Nieświeżem, gdzie spędzałam część wakacji. Moja babka przez cały dzień pracowała jak mrówka – ciągle coś cerowała, zmywała, pełła ogród. Dziadek podobnie, choć z tą różnicą, że lubił także polować i podejmować gości – babunia dostawała wtedy migreny, więc przyjmował ich sam.

Obok mieszkały dzieci folwarczne, z którymi się bawiłam. Wśród nich Jaryska, którą szczególnie lubiłam. Babunia tłumaczyła mi, że jestem o wiele mniej wartościowa od niej, bo chodzę z kokardą, nic nie robię, nawet nie chcę pomagać łuskać fasoli i pleć w ogrodzie – mówiła: „Jaryska jest tylko o rok od ciebie starsza. Ma zaledwie pięć lat, a już opiekuje się Genkiem i Lusią. Myje ich i czesze”. Wyliczała, ile rzeczy robi i jaką ma dzięki temu wartość człowieczą. A ja to byłam taki pasożyt. Miała na mnie ogromny wpływ. Była spokojna, wyciszona, łagodna – nie mówiła surowym głosem, tylko takim opisującym prawdy świata. No, co zrobić, że jestem taki pasożyt? Byłabym mniejszy, gdybym poszła pleć albo łuskać. Tylko ja się wymigiwałam, bo byłam leniwa. Wiedziałam – i do dzisiaj wiem – że jestem dużo mniej wartościowa od Jaryski. Wolałam jednak żyć z tą samooceną niż łuskać fasolę i pleć ogródek. Od czasu do czasu babunia wymogła to jednak na mnie. Poszłam pleć, ale robiłam to kiepsko; łuskałam fasolę może trochę lepiej, bo to prostsze. Przyjęłam naukę babki, że kryterium wartości człowieka jest praca i sama tak patrzyłam później na świat: „O, ten może ograniczony, ale jak on pracuje – i to fizycznie”.

Dziadka specjalnie nie kochałam, zapamiętałam tylko, że łagodnie szturchał mnie w brzuch, mówiąc: „Ach ty, bęben mały”. Nie miał do dzieci właściwego podejścia. Interesowały go gospodarstwo, polowania, przyjęcia – podobno pięknie tańczył. Szalenie kochał moją babkę – właśnie tę zamkniętą w sobie, drobną, ładną i pracowitą osobę. Ta jego wielka miłość była powszechnie znana – wszyscy powtarzali: „Nie była na przyjęciu ani na polowaniu, nikogo nie przyjmie, a i tak Handzia jest ósmym cudem świata”.

Postrzegałam ją podobnie – niby takie rzeczy mi mówiła, a mimo to była dla mnie najwyższym autorytetem. Miała w sobie coś niezwykłego. Po Warszawie chodziła w chustce – w czasach kapeluszy – i boso, bo mówiła, że to najzdrowsze. I nikt z rodziny nie mógł jej przekonać, żeby ubrała się stosowniej. Nie nosiła też majtek, tylko sukienki do ziemi, bo twierdziła, że to bardzo zdrowo, jak tak podwiewa. Nawet ja wiedziałam, że chodzi bez majtek, i bardzo się dziwiłam. A ona odpowiadała: „Wszyscy tak powinni chodzić”. Była z niej cicha indywidualność.

Dziadek umarł, gdy miałam cztery lata13. Radziwiłł stworzył jednak dla babki i prababki coś na kształt emerytury, więc mogły tam dalej mieszkać, zajmować ten sam dom i pielęgnować ogród. A ja dalej do nich przyjeżdżałam. Dopiero jak wybuchła wojna, nastał koniec Radziwiłła i pobytu babki w Zajezierzu. Umarła w ostatnim roku wojny, gdy miałam czternaście lat.

Największy autorytet moich wczesnych lat to babka ze strony ojca, a największa miłość – dziadziuś ze strony mamy.

*

Mama wywodziła się z drobnej szlachty, z której większość przeprowadziła się do miasta. Babka ze strony matki – Malwina, z domu Jankiewiczówna – pochodziła z rodziny, gdzie było ośmioro dzieci. Była najstarsza z sióstr. Dziewczynki kończyły szkołę elementarną, nawet nie pensję. W polu pracowały zasłonięte, żeby się nie opalić jak chłopki. Dobrze wyszły za mąż – babunia za urzędnika kolejowego, który po I wojnie, bardzo dumny ze swego zawodu, pracował w Dyrekcji Kolei Państwowych. Babcia umarła, jak miałam pół roku [w kwietniu 1931].

Z wielodzietnej rodziny babci Malwiny znałam jeszcze jej siostrę Michalinę, z którą się najwięcej przyjaźniła, choć były zupełnie do siebie niepodobne. Ona także wyszła za kolejarza, ale nie urzędnika, więc nieco gorzej. Mówiło się na nią ciocia Woroniczowa14, bo była bardzo dumna z nazwiska po mężu [Damazym Woroniczu]. W przeciwieństwie do spokojnej babki była kokietką. Nie mogła mieć dzieci, wcześnie też została wdową. Po mężu odziedziczyła emeryturę i jedną czwartą hektara z drewnianym domem (ubikacja i studnia były na podwórku) oraz dużym ogrodem w Kolonii Wileńskiej – tak zwanej Górnej. Było tam pięknie, całość otaczał las.

Ciocia, korzystając z pomocy najmowanych pań, uprawiała ogród – słynny jako najlepszy w całej Kolonii; nikt nie miał takich truskawek jak ona. Cały czas kazała mi sobie pomagać. Ponieważ była bezdzietną wdową, a moja mama dosyć wcześnie straciła matkę, została moją zastępczą babką. I tak w dzieciństwie spędzałam miesiąc wakacji u niej z boną, a miesiąc w Zajezierzu u babci Świdowej.

Mama pracowała jako pediatra w kasie chorych i prywatnej szkole sióstr nazaretanek15, w której się uczyłam. Siostry prowadziły gimnazjum, a przy nim także szkołę powszechną. Skończyłam u nich cztery klasy szkoły powszechnej. Trzy lata przed wojną – bo poszłam rok wcześniej – i kolejny rok, już gdy Litwini zajęli Wilno.

Do szkoły mama przychodziła codziennie, na co najmniej trzy godziny. Ciągle wykonywała badania, dbała o profilaktykę. Znała zdrowie każdego dziecka, rozmawiała z rodzicami. To, że pracowała w szkole, było dla mnie kłopotliwe, obowiązywała bowiem niepisana umowa – szkoła nie miała kontaktu z mamą jako matką uczennicy; nie mogła interweniować ani odbierać żadnych informacji na mój temat – złych czy dobrych. Nie chodziła na wywiadówki, więc nigdy nie miałam problemów w domu – to było dobre, ale mnie z kolei nie było wolno opowiadać, jak traktują mnie siostry i świeckie nauczycielki: „Ty chyba rozumiesz, że jak podlegasz nam, to mamie nie opowiadasz?”. I ja nie mogłam się skarżyć, chociaż traktowały mnie surowo.

U sióstr panował surowy reżim dotyczący wyglądu. Po pierwsze, były granatowe mundurki z kołnierzem marynarskim oraz bufiastą bluzą, żeby nie było widać, jak dziewczynkom rosną piersi, oraz spódnice z falbankami, które też musiały być dostatecznie szerokie, żeby nie było widać rozwijających się kształtów. Trzeba też było nosić bardzo grube pończochy. Dziewczyny ze starszych klas, na ogół przed wejściem do szkoły, zakładały je w miejsce jedwabnych.

Fiksacja na punkcie erotyki wyrażała się w inny jeszcze sposób. Na przykład miałyśmy zakaz oglądania Królewny Śnieżki16, bo to film o miłości. I chyba wszystkie byłyśmy na niej z rodzicami – skąd siostry mogły o tym wiedzieć, skoro to oni decydowali. Teoretycznie powiedziano im, że nie wolno nas na nią zabrać, ale nie usłuchali. Nie było już wtedy w szkole dziecka, które by nie widziało Śnieżki. Między sobą rozmawiałyśmy o tym bez przerwy. Śmiałyśmy się z sióstr; rodzice również, uważając, że przesadzają.

Jako emancypujące się dzieci chciałyśmy poznać tajemnice sióstr. Wszystkie bardzo interesowała klauzura i myślałyśmy, jak się tam dostać. To było jak poszukiwanie skarbów. W trzeciej klasie, z moją przyjaciółką Danusią [Sulgostowską], nie dostałyśmy się co prawda do klauzury, bo to za trudne, natomiast znalazłyśmy ubikację, z której siostry korzystały podczas zajęć. Znajdowała się w jakimś bocznym korytarzu, miała wannę i ładny sedes. Nie tak, jak w prymitywnej szkolnej ubikacji. Postanowiłyśmy, że będzie to nasza tajemnica – będziemy się wykradać i zawsze w czasie przerwy do niej chodzić.

Któregoś razu, gdy byłyśmy w środku, usłyszałyśmy walenie do drzwi, a po chwili stanęła w nich siostra kierowniczka. Wybuchła afera, odbyło się śledztwo, a każda z nas została osobno przesłuchana. Siostry nie zadawały pytań wprost, tylko na przykład:

– Czy robiłyście tam coś brzydkiego?

Na to my obie, niezależnie, odpowiedziałyśmy:

– Po to tam chodziłyśmy.

Bo rzeczywiście nie chodziłyśmy się tam bawić. Chciałyśmy być lepsze, bo wszyscy ustawiali się w kolejce do ubikacji, a my spokojnie szłyśmy do naszej. Kolejne pytanie:

– Czy ona namawiała ciebie, czy ty ją?

I odpowiedź:

– Ani ona mnie, ani ja ją. Obie chciałyśmy.

Widać było ich przerażenie naszymi odpowiedziami. Znacznie później, gdy dowiedziałam się, co znaczy być lesbijką, zrozumiałam dlaczego – powstała komedia pomyłek. Ze szkoły nas nie wyrzucono, tylko pouczono, by nie robić brzydkich rzeczy, ale ja nie wiedziałam, o czym mowa, bo jeszcze nie byłam wtedy uświadomiona seksualnie.

Siostry udzielały nam także mądrej nauki. Na przykład – mówiąc o wartości pracy i biedy – odwoływały się do Serca Amicisa17. Pokazywały, jak biedni czasami wykazują zaradność, umieją coś zrobić i w związku z tym są bardziej wartościowi od bogatych – zupełnie jakbym słyszała babkę; podobnie, gdy mowa była o tym, jak wartościowi są ludzie obowiązkowi. W szkole uczyło się sporo zamożnych dziewczynek, ale były też pochodzące z biednych domów, których rodziny płaciły grosze albo którym siostry fundowały stypendia. Uczono nas, byśmy się równo traktowały.

Strona wychowawcza była bardzo ważna. Wychowawczyni, pani Wanda [Chreptowicz], czasem przy okazji jakiegoś incydentu w klasie zostawała po zajęciach i mówiła nam o życiu i wartościach. Religia również stanowiła taką lekcję wychowawczą. Prowadziły ją siostry, a nie katecheta, jak w klasach wyższych. Słuchałyśmy o życiu Chrystusa i musiałyśmy wkuć pewne elementy katechizmu, bo nas odpytywano, ale głównie uczyłyśmy się, co jest dobre oraz o szlachetnej drodze do własnego doskonalenia.

Intensywnie omawiano problem ukrzyżowania Chrystusa. Siostra tłumaczyła, że Chrystus – poza tym, że umarł za grzechy i musiał być ukrzyżowany – został przybity do krzyża z powodu psychologii tłumu. Właśnie wtedy dowiedziałyśmy się, że coś takiego istnieje i że ofiarą tłumu padali Murzyni. Konkluzja była taka, że nie wiadomo, czy to nie ci sami, którzy podczas wjazdu Jezusa do Jerozolimy wołali: „Hosanna!”, następnie krzyczeli: „Ukrzyżuj go!”.

Odnosząc się do stosunków wewnątrz klasy, tłumaczono nam, jak działa ten mechanizm – jakaś dziewczynka jest świetna, wszyscy ją lubią i chwalą, a potem nagle któraś postanawia jej zrobić na złość, nastawia przeciw niej inne, zaczynamy ją prześladować i wytykać palcami. Przestrzegano nas, że wtedy grzeszymy szczególnie. Z kolei ta, której dokuczano, miała myśleć o naśladowaniu Chrystusa. Wniosek był taki, że człowiek w pojedynkę odczuwa mniejszą pokusę czynienia grzechu niż wtedy, gdy zbierze się trzech, pięciu i robią nagonkę.

Do Pierwszej Komunii Świętej przystąpiłam w trzeciej klasie. Przygotowania trwały cały rok i koncentrowały się głównie na spowiedzi – tłumaczono, co to, i jakie są grzechy. Dla nas było to bardzo ciekawe, bo dowiedziałyśmy się, ile grzeszymy.

W uroczystości wzięli udział najbliżsi: babka, ciocia Hela i Woroniczowa oraz mama i ojciec. Po niej było zbiorowe zdjęcie i odświętne śniadanie – do momentu przyjęcia komunii byłyśmy na czczo18. Nie otrzymywało się żadnych wielkich prezentów – miał to być dzień duchowy, kiedy myślimy o Bogu – tylko medaliki i książeczki do nabożeństwa. Miałam szczęście, bo otrzymałam także książkę Ofiara dziecka19 – owszem treści religijnej, ale jej akcja mnie wciągnęła; jej bohaterka, Ada, tak modliła się o nawrócenie rodziców, że w końcu zemdlała i umarła. Dzisiaj jestem niewierząca, ale mam szacunek do przeżyć duchowych – nawet własnych.

Druga rzecz dyskutowana w szkole to stosunek do innowierców. Mieliśmy kolegów muzułmanów, żydów, prawosławnych. Byli jeszcze kalwini, jak w mojej rodzinie, ale tymi zajmowano się mniej. Siostry mówiły, że nam dobrze, bo jesteśmy wyznawczyniami prawdziwej religii, za co musimy codziennie dziękować Bogu. Tłumaczyły jednocześnie, że szkoda dzieci, które urodziły się w innej religii, bo to nie ich wina. Nie są przez to złe, tylko biedne, a to dlatego, że jeśli umrą, to – bez katolickiego chrztu – trafią do otchłani. Co możemy z tym zrobić? Najpierw namówić je, żeby zechciały się ochrzcić. Mam na swoim koncie dwie Żydówki. Nie wiedzieli o tym ani ich rodzice, ani moi – tylko ksiądz umówiony przez siostry, które chciały ratować biedactwa z otchłani20. Jedna z dziewczyn przyjęła chrzest już za bolszewickich czasów.

Przekonałam je, opowiadając o Chrystusie. Surowy Jahwe, księgi, Talmud – stanowiły coś odległego, a ja miałam coś swojskiego – książkę Moje sny o Jezusku21. Tak opowiadałam o Chrystusie, na którym wielu ludzi się nie poznało, o Żydach, którzy tworzyli tę religię – ale się podzielili i tylko część poszła za nim – że zaczęła się im bardzo podobać. Z Białorusinami się nie udało, bo już mieli Chrystusa. Muzułmanów próbowałyśmy przekonać na Matkę Boską. Nie miałam jednak żadnego Tatara ochrzczonego, ale jedna moja koleżanka – tak.

Często uciekałam do dzielnic żydowskich. Panował tam nastrój, jak we włoskich miasteczkach, gdzie życie toczy się na zewnątrz. Nie mogłam się bawić z rodzimymi chuliganami, to biegłam tam, a miejscowe dzieciaki zapraszały mnie do zabawy – goniliśmy się, łaziliśmy po strychach, oswajaliśmy jakieś koty. A serdeczne Żydówki – łamaną albo dobrą polszczyzną, bo z tym było różnie – zapraszały mnie do domu i częstowały przysmakami, które bardzo lubiłam. Potem pytały, skąd jestem, i odprowadzały do domu, mówiąc, że „dziecinka się zapędała”. Rodzice na mnie wtedy okropnie krzyczeli.

Gdy miałam blisko sześć lat, uciekłam do lasu i wszyscy mnie szukali. I jak już się znalazłam, to ciotka Woroniczowa próbowała mnie nastraszyć opowieścią o chłopczyku zapakowanym [przez Żydów] do beczki nabitej gwoździami22, a potem powieszonym za nogi, by lepiej spływała jego krew. Miałam już wtedy za sobą wizyty w żydowskich dzielnicach i tylko sobie myślałam: O, teraz to jest Żyd z workiem, co mnie łapie, a przedtem miał być dziad. Często byłam niegrzeczna, a dziada jak nie było, tak nie ma. Uznałam, że ciocia znowu zmyśla, ale jej tego nie powiedziałam. Nie powstrzymało mnie to od odwiedzania dzielnic żydowskich. Pamiętałam, że tam są bardzo serdeczni ludzie.

Wybuch wojny w życiu mojej rodziny poprzedził ważny fakt – narodziny mojej siostry Zosi23. Jak dzieci większości trochę lepiej sytuowanej inteligencji urodziła się w prywatnej klinice. Nie było żadnej wspólnej sali dla dzieci – Zosia była przy matce w oddzielnym pokoju.

Byłam nieszczęśliwą jedynaczką, bardzo chciałam mieć rodzeństwo, ale mama dwukrotnie poroniła. Pragnęłam siostry, a nie brata. Starszego brata chciała mieć każda koleżanka, ale młodszą – to lepiej siostrę. Wyobrażałam sobie, że będę się z nią bawić. Ponieważ mama cały czas chciała mieć syna, wymyśliłam sobie, że będę codziennie odmawiać modlitwę do Matki Boskiej, ale klęcząc na podłodze, nie na dywaniku. Kończyła się wymienieniem prośby i brzmiała tak: „Pomnij, o Przenajświętsza Panno, że od wieków nie słyszano, abyś tego opuścić miała, kto by się do Ciebie udawał, o cokolwiek Cię błagał i prosił. Tą nadzieją ożywiona, do Ciebie się udaję, do Ciebie biegnę, racz, o Matko Słowa Przedwiecznego, prośbami moimi nie gardzić, lecz je usłysz łaskawie i wysłuchaj, i daj mi siostrę, a nie brata. Amen”. Gdy urodziła się Zośka, uważałam, że Matka Boska przyjęła prośbę, a siostrze zawsze powtarzałam, że ją wymodliłam.

Rok przed wybuchem wojny mówiło się, że „jesteśmy silni, zwarci, gotowi, nie oddamy ani guzika”. Zawarliśmy sojusze i Zachód nas poprze. Wojna może być ciężka – zejdą trzy miesiące, a może nawet pół roku, nim Niemców zniszczymy – ale zwycięstwo jest pewne. I żeby je uprawdopodobnić, zbierano pieniądze na broń. W gazecie można było przeczytać, że bliźniaczki z mojej szkoły odmawiały sobie śniadań – matka dawała im pieniądze na kupno bułek w szkole – odkładały pieniądze i przekazały je na fundusz24. W tym czasie były ciągłe ćwiczenia przeciwlotnicze, bo pamiętając o I wojnie, zapowiadano, że ta również będzie gazowa. W szkole miałyśmy też organizowane pogotowie lotnicze z zakładaniem masek.

Rodzice ustalili, że na wakacje, nie tylko z powodu Zosi, którą mama karmiła, ale również ze względu na możliwy wybuch wojny, nie pojedziemy ani nad morze, ani w góry. W zamian wybraliśmy się do Werek koło Wilna, gdzie znajdował się ośrodek z kortami tenisowymi, bardzo piękny park, rzeka. Zebrała się tam wtedy cała inteligencja wileńska i było prawie sielankowo – pełno dzieci, mężczyźni i kobiety grający w tenisa, kąpiele w rzece, spacery, słuchanie koncertów.

I tam właśnie zastała ojca wiadomość o mobilizacji. Jako rezerwista miał stopień porucznika artylerii konnej, co napawało mnie dumą, chociaż najlepiej było mieć tatusia w kawalerii. Ojciec stacjonował gdzieś pod Wilnem25. Zdążyłyśmy odwiedzić go tam ze trzy razy, aż w pewnym momencie dowiedziałyśmy się, że ich stamtąd wycofują. Wojna jeszcze nie wybuchła, ale było już wiadomo, że lada chwila się zacznie. A ponieważ przeczytałam kiedyś książkę Dla mojego Tatusia26, której bohaterka – gdy jej tata poszedł na I wojnę – zaczęła pisać pamiętnik, to zaraz wzięłam zeszyt i napisałam: „Dla mojego tatusia”. Chciałam być gotowa, by opisać jej pierwszy dzień.

*

Pierwszego września przebywałyśmy z mamą i Zosią u cioci w Kolonii Wileńskiej. Ze zdenerwowania mama straciła pokarm. To, co wydarzyło się tego dnia, najlepiej wyraża zapamiętany przeze mnie zapis z pamiętnika, który zaginął: „Kochany tatusiu. Dzisiaj wszystkie światła pogasły, więc byliśmy wszyscy przy naftowej lampie. Wieczorem przyjechała mamusia, która była w Wilnie w żłobku (gdzie pracowała – H.Ś.Z.), i przywiozła Marysię (naszą gosposię – H.Ś.Z.). Mamusia powiedziała, że zaczęła się wojna. Prawdziwa wojna! Prawdziwe nieszczęście”. Nie czułam tego nieszczęścia, ale wszyscy mówili: „prawdziwe nieszczęście”, to tak napisałam. Czekałam na nasze zwycięstwo, tłumacząc wszystkim, że tu jest Polska, a tu Anglia i Francja – kolejno przychodziły wiadomości o ich przystąpieniu do wojny – i jak wszyscy otoczą Niemcy, to będzie koniec wojny. Ludzie się ogromnie z tego powodu cieszyli. W tych pierwszych dniach nie docierały jeszcze do nas żadne odgłosy wojny, poza komunikatami w radio, z których prawie każdy kończył się: „Westerplatte broni się nadal”27. To mi zostało jako motto 1939 roku. Poza tym nadawano komunikaty o nalotach: „Uwaga, uwaga, nadchodzi!”.

Gdy w kolejnych dniach dowiedziałam się, że Niemcy wkraczają i wszystko zabierają, przeżyłam straszny szok, bo czekałam przecież na zwycięstwo – świat się zawalił, Bóg prawie umarł. Jak to zabierają? Naszą Polskę? Tak się spłakałam, że nie mogli mnie uspokoić, nie spałam w nocy. Tymczasem Zosia zachorowała na dyzenterię i nie było pewne, czy przeżyje – strasznie się tym denerwowałam.

Po pewnym czasie włączono światło. Mama dojeżdżała z Wilna i właściwie wszystko toczyło się normalnie. Wtedy właśnie zdecydowałam, że skoro jest tak źle z Polską, to muszę oddać jej moje usługi. Nie tylko będę codziennie pisać pamiętnik dla mojego tatusia, ale też pójdę szukać pułku, jak w książce Dziecko pułku28, którą przeczytałam przed wojną. Napisałam do mamy list: „Każdy musi służyć Ojczyźnie, jak umie. Chcę zostać dzieckiem pułku. Uciekam na wojnę”. Zabrałam jakieś jedzenie i picie, żeby mieć zapas, i poszłam.

Chodziłam cały dzień, zrobiłam ze trzydzieści kilometrów, zdarły mi się i spuchły nogi – bez efektu. Nie wiedziałam już, co ze sobą zrobić, więc załamana wróciłam do domu. Zapadła już noc, ale ciotka była chyba zbyt zdenerwowana, więc nie dostałam żadnej reprymendy i nawet niczym już mnie nie straszyła.

Siedemnastego września przyjechała mama i powiedziała, że uderzyli na nas bolszewicy i – jak się wtedy mówiło – wbili nam nóż w plecy29. Wszystkich ogarnęła panika – ludzie bali się ich dużo bardziej niż Niemców. Mama zaraz pobiegła zamówić wóz u pana Lachowicza, który zawsze przewoził bagaże przyjeżdżającym do Kolonii z Wilna. Zaczęła nas pakować, bo zdecydowała, że natychmiast trzeba wracać do miasta; po drugie – że musimy ochrzcić Zosię, bo bolszewicy zamykają kościoły i nie dopuszczają żadnych praktyk religijnych, a może zaaresztują wszystkich księży. Jako właściwego ojca chrzestnego podała profesora Wróblewskiego30, ale zastępczym został mój kolega z Kolonii Wileńskiej, Mirek Jacyna. Z kolei ja miałam być prawdziwą chrzestną, z czego byłam bardzo dumna – tak chciałam mieć siostrę, a teraz będę jej chrzestną. Pobiegliśmy do drewnianego kościółka i tam, w atmosferze romantycznej grozy, odbył się chrzest. Po nim wyruszyłyśmy z Zosią, mamą i nianią Alą do Wilna.

Jechaliśmy w burzy i straszliwym deszczu, dorożkarz klął. W pewnym momencie na stopnie wskoczyło dwóch chłopaków, z których jeden powiedział do mamy:

– No, musimy podeschnąć, jak żeśmy na wolności. A pani wie, skąd my?

– Proszę bardzo – mama na to, zapraszając ich. – Panowie skąd?

– My z Wielucian31.

– Ojej, z Wielucian. Za coście tam trafili?

– Za złodziejstwo, za zabójstwo – i patrzą na nas.

– No, a przynajmniej poprawiliście się?

– A nie, zupełnie. Myśmy się jeszcze pogorszyli – i zaczęli kląć na swoich wychowawców, warunki zakładu, to jak są zdemoralizowani, dodając, jakie to dla nich teraz proste dźgnąć nożem kogokolwiek. Nagle pojawiło się jakieś wojsko, a wtedy jeden z nich krzyknął: „Franek, zmywamy się!” i zniknęli.

Już w Wilnie mama zaczęła palić różne papiery. Zależało jej, by nie zniszczyć wszystkiego – wymyśliła, że część przeniesie do dozorczyni, bo reprezentuje proletariat, więc bolszewicy nie będą u niej szukać. Nazajutrz weszła Armia Czerwona – z miejsca zaczęły docierać wiadomości o aresztowaniach i wywożeniu ludzi. Prawie natychmiast nastał też głód – nie było nic do kupienia, szybko zrobiło się brudno, bo przestano sprzątać ulice.

Po niedługim czasie nadeszła wiadomość, że bolszewicy, którzy najpierw uczynili z Wilna część Białorusi32, wycofują się i oddają ją niepodległej Litwie Smetonowskiej33. Z pozoru była dobra, jednak mieszkańcy Wilna nie przyjęli jej pozytywnie.

Wróciłam wtedy do szkoły nazaretanek. Ojca wciąż nie było, nie miałyśmy o nim żadnych pewnych wieści, za to docierała masa plotek. Ci, którzy wracali, mówili, że się z nim gdzieś minęli, że gdzieś walczył albo że ciężko ranny przebywa pod Lwowem. Mama miała tam nawet zamiar jechać z Zosią. Tymczasem pewnego dnia przyszedł od niego list z oflagu34. W pogodnym tonie donosił, że ma dużo czasu, a ponieważ niewola stwarza możliwości dokształcania się, prosi mamę o zakup, a następnie przesłanie słowników i samouczków do angielskiego oraz książek. Mama to wszystko zdobyła po ludziach i wysłała.

Pierwszą wyraźną zmianą po przejściu Wilna pod zarząd Litwinów było pojawienie się znakomitej żywności; zapamiętałam zwłaszcza masło, bo nie jadłam tak dobrego przed wojną. Po drugie – skończyły się aresztowania i lęk przed nimi. Po trzecie – ulice lśniły czystością; za Polski sanacyjnej nigdy nie były tak czyste jak wtedy. Miasto było też bardzo dobrze zorganizowane. Zaczęli przyjeżdżać Litwini, którzy zajmowali eleganckie mieszkania uciekinierów, aresztowanych lub wywiezionych.

W tym czasie wyraźnie już biednieliśmy – nie było pensji ojca, a na utrzymaniu dom – więc mama zaczęła wynajmować pokoje. Jako pierwsza salon i gabinet ojca wynajęła uciekinierka – hrabina z dziećmi, które były młodsze ode mnie i raczej trzymały się z daleka, bo ich matka miała poczucie, że na co jej przyszło – mieszkać u byle inteligencji. Pokój boczny nadal zajmował Sotnikow.

Wszyscy lekarze musieli się nauczyć litewskiego35. Mama rozpoczęła kursy, a że jej łatwo szło, przenosili ją na coraz wyższy poziom. Przychodziła i opowiadała: „Bardzo jest wesoło na tym kursie, bo nam się młodość przypomniała i wszyscy zachowujemy się jak dzieci. Nie wiemy, czy nam dobrze pójdzie, robimy kawały naszym nauczycielom. A najbardziej ryczeliśmy ze śmiechu, że trzeba wiele razy powtarzać «dziennie», a to brzmi per diena”. Opanowała litewski już po paru miesiącach.

Ojca wciąż nie było. Bardzo mi się to podobało, bo czułam się taka dorosła. Nikt nie miał czasu mnie pilnować – nie było bony ani mamy. Przestałam pisać pamiętnik, bo kosztowało to zbyt dużo wysiłku. Wychodziłam do żulii – sami chłopcy, którzy w ogóle się nie kształcili – wagarowałam. Nie wiem dlaczego, ale od razu mnie polubili i to dużo bardziej niż moje koleżanki z klasy, które raczej mi dokuczały. Nazywali mnie „nasza królowa”. Słuchali tego, co im opowiadałam. Przynosiłam im z domu zabawki – gwizdki, baloniki, joja, rozciągane sprężyny, ołowiane żołnierzyki. Nie mogłam tylko wynieść konia na biegunach, bobym zwróciła uwagę. W pewnym momencie powiedziałam:

– Słuchajcie, już nie mogę, bo będzie szafa pusta.

– Trudno, królowo, co dałaś, to dobrze. Każdy z nas już coś dostał.

Ponieważ nigdy nie mieli zabawek, bardzo się cieszyli. Zima była piękna, zjeżdżaliśmy – najczęściej z Góry Bouffałowej – związanymi ze sobą sankami, czyli tak zwanym pociągiem. Królową, czyli mnie, sadzano w środku. Zauważyłam w pewnym momencie, że bardzo dokuczano małemu chłopczykowi, karzełkowi. Zebrałam ich wtedy i dałam na następny dzień zadanie: wyobraźcie sobie, że jesteście karzełkami i opowiedzcie o tym historię. Kto opowie najciekawszą, dostanie nagrodę; powymyślali bardzo łzawe. W ten sposób skończyło się dokuczanie, a chłopiec stał się wręcz pupilkiem grupy – sadzali go obok królowej w pociągu, zaczęli się nawet zakładać, kto będzie go nosił na barana.

Zabawy miały miejsce w czasie, gdy powinnam być w szkole. Siostry co prawda zaznaczały absencję i dawały mi kary, ponieważ jednak była wojna – a ja miałam tatusia w niewoli, mama z kolei z trudem dawała sobie radę – więc raczej próbowały podejść mnie dobrocią i perswazją. Jesienią wymyśliły, że do wiosny wojna na pewno skończy się zwycięstwem Polski. Muszą to jednak wyprosić niewinne dzieci – w związku z tym zostawaliśmy po lekcji trzy godziny i musieliśmy śpiewać: za to i za to – przepraszamy Cię, Panie. Mama okropnie się tym gorszyła, mówiąc, że męczą biedne dzieci, a i tak nic to nie pomoże.

[7]

We wspomnieniach z 1951 roku

[…] Uczyć mi się nie chciało. Nauczycielom mówiłam w oczy naiwne, nieprawdopodobne kłamstwa (najczęściej, że zapomniałam zeszytu – H.Ś.Z.). Konsultacje z mamą stawały się coraz częstsze. „Ach, jaka ta Hania nieznośna” – mawiano w rodzinie. I ja sama wierzyłam coraz silniej w swą podłość. Zwłaszcza że zataiłam grzech na spowiedzi (te kłamstwa o zeszycie – H.Ś.Z.). Byłam przekonana, że piekło mnie nie minie. Pełna pogardy dla samej siebie nie przestawałam marzyć o sile i świetlanej sławie. […]

[10]

W nagraniu

Polacy odczuwali litewską okupację jako coś najgorszego, co mogło ich spotkać. Przed wojną nauczono nas głównie nienawidzić Litwinów. Bolszewicy i Niemcy byli groźni, ale od nienawiści byli oni. „Wodzu, prowadź na Kowno” – sama biegłam i wołałam z tłumem36. A potem nastąpiło porozumienie, wódz na Kowno nie poprowadził. Wraz z Litwinami nastała ich własna policja – policjanci byli potężni, nosili bardzo eleganckie mundury, patrolowali ulice. Pierwsza akcja, którą wymyśliliśmy z żulią, to biegać za nimi i wołać: labas drūtas kalakutas, czyli: dobry, tłusty indyk. Trzeba im oddać, że nigdy się przeciw nam nie zwrócili – niewzruszenie kroczyli dalej.

Druga nasza akcja to rozwieszanie rysunków. Rysowaliśmy konia, na którym siedział jeździec tyłem do grzbietu, a przodem do ogona – w nawiązaniu do godła Litwy, Pogoni – a za nim strzelające ludziki. Całość podpisana: „Marsz, marsz, Smetona, trzymaj się ogona, uciekajcie na kobyle, bo Polacy w tyle”. Prawie całe Wilno deklamowało wtedy to: „Marsz, marsz, Smetona…”. Kałakutasy spokojnie je zrywali.

Polacy i Litwini byli katolikami, więc spotykali się w niedzielę w kościołach. Kiedy intonowano pieśni, pierwsi śpiewali po polsku, drudzy – po litewsku. Wtedy zaczynały się bójki – grały organy, a tu bijatyka. Matka mnie wtedy wyprowadzała. W związku z tymi zajściami do modlitwy odmawianej w szkole, w której mieliśmy przepraszać, dodawano: „Za bójki w kościele, przepraszamy Cię, Panie”.

Na zimę postanowiono zmienić dyrektorów szkół na Litwinów. Dotyczyło to także szkoły nazaretanek, gdzie miała przyjść siostra Litwinka. Wybuchł wtedy słynny strajk dzieci i młodzieży całego Wilna37. Trwał parę dni, a organizowała go młodzież. Polegał na tym, że zawracano uczniów, którzy wybierali się do szkoły, informując, że nie ma lekcji. Także brałam w nim udział. Litwini mieli jednak nad nami przewagę – bo jak długo można strajkować – i swojej decyzji nie cofnęli. A ponieważ uczono nas jeszcze po polsku, według przedwojennych programów, sami rodzice byli za tym, żebyśmy jednak skończyli kolejną klasę.

[7]

We wspomnieniach

[…] Jedzenie było świetne, nie było aresztowań, nie wyrzucano nas z mieszkań. Nie odczuwaliśmy więc dotkliwie obecności Litwinów. Mimo to nienawidziliśmy się szczerze. Ale ułożyliśmy taką piosenkę na melodię Harcerskiej doli:

Biedni Polacy w niewoli,

Wszyscyśmy, wszyscy w niedoli,

Bieda nas gniecie,

Morzy głód, (chociaż głodu wtedy nie było żadnego – H.Ś.Z.)

Bośmy Polacy, biedny lud,

Biedni Polacy przecież są,

A źli Litwini ich gnębią,

Przypomnij, Litwo, dobre dni,

Gdyśmy byli połączeni!

Więc jednak pojawiał się motyw połączenia obu narodów. Śpiewaliśmy też na melodię „Jeszcze Polska nie zginęła”:

Teraz się połączym z Litwą,

Póki czas jest jeszcze,

Bo bolszewicy napadną,

Tak aż wezmą dreszcze.

[…]

[10]

W nagraniu

Niemcy ustalili z władzami litewskimi, że wypuszczą z niewoli Litwinów. Mieszkał nad nami Jundziłł38, który był przyjacielem prezydenta Smetony i podpowiedział mu, żeby w umowie z Niemcami uwzględnił nie narodowość, tylko obywatelstwo litewskie, które nabywało się poprzez zamieszkanie. Większość wilnian je miała, bo była zasiedziała39. Mama uzbierała potrzebne dokumenty, dzięki czemu załatwiła obywatelstwo sobie i ojcu. Trwało to do czerwca 1940 – wtedy ojciec wrócił z oflagu40.

W naszym życiu zjawili się milionerzy Poznańscy41, uciekinierzy z Łodzi, którzy wynajęli pokoje zwolnione przez hrabinę. Było ich stać na przekupienie Niemców i przekroczenie granicy. O ile hrabina miała służącą i ciągle wołała: „Panno Karolino, proszę zrobić to i to”, to Poznańscy przyjechali z brylantami, ale bez służby; niezaradni, nie umieli porządnie się ubrać, podgrzać wody, wszystkiego się bali – prawdopodobnie byli w domu obsługiwani w najmniejszych rzeczach. Dogadali się więc z naszą służącą Józią, a ponieważ nie mieli pojęcia o wartości czegokolwiek, to ona za pomoc brała od nich brylanty. Mama o tym nie wiedziała, a wyszło to na jaw przypadkowo, w jakiejś rozmowie z nimi. Wkroczyła wtedy do pokoju Józi i zrobiła taką rewizję, jakiej policjant by się nie powstydził. Ponieważ Józia brylantów nie sprzedawała, tylko gromadziła jak sroka, mama znalazła wszystkie, po czym poszła do Poznańskich i wykrzyczała im: „Nie mam czasu o was myśleć! Jesteście jak dzieci, nic nie rozumiecie! Ale jak zechcecie sprzedać i mieć pieniądze dla mojej służącej, to ja wam powiem, ile się za co płaci. Niech obsługuje dwa domy i ma dwie pensje. A to są wasze brylanty”.

Józia dostała wypowiedzenie. Mama powiedziała jej, że nie zgłasza sprawy do władz tylko dlatego, że jest wojna i litewska policja. Poznańscy do wkroczenia Niemców nie chcieli opuszczać mamy, bo uważali, że jest jedynym człowiekiem, który może ich uchronić.

Litwini niedługo cieszyli się niezależnym Wilnem – w lipcu 1940 Litwa, ale też Łotwa i Estonia, zostały włączone do ZSRR42. Zaczęło się zupełnie inne życie. Nasze mieszkanie było ładne, więc zajął je enkawudzista43, a nas wyrzucono do zastępczego na drugim końcu miasta. Był to mały, parterowy, zapadający się domek na Zwierzyńcu – bez łazienki, z ubikacją w korytarzu. Dostaliśmy cztery malutkie, zagrzybione pokoje, spałam w korytarzu. Dom stał w ogrodzie przypominającym las.

[7]

W dzienniku

Wilno, 1 października 1940

Niech żyje Polska! Nie oddamy Ciebie żadnym bolszewikom! To są podli ludzie! Wstrętni! Nienawidzę ich! Ja bym wolała umrzeć niż nie zabić żadnego! Oni teraz okupują Wilno i tak strasznie męczą Polaków, że nie wiem! Tak mi jakoś smutno. Tak chce się płakać. Bo ja pamiętam, jak były wszędzie biało-czerwone sztandary i uczyliśmy się o Polsce, a nie o parszywej Litwie i nienawistnych bolszewikach. A teraz dziewczynki, jak na przykład Lisowska, mówią tak: „Ja się będę tego uczyć, bo chcę mieć dobry stopień”. A ja nigdy!!! Ja wiem, że w Polsce było ludziom prostym źle, ale to moja Polska! A teraz też źle. Zresztą w przyszłej Polsce będzie inaczej.

Ja jestem socjalistką, ale od [Karola] Marksa, a nie [Józefa] Stalina. Żeby ktoś Stalina nawrócił i pokazał mu, jak trzeba urządzić państwo, a on zrozumiał, to byśmy wszyscy poszli z nim. Ale on podły człowiek. Kochana Polsko, czy ja nigdy Cię nie zobaczę takiej prawdziwej i dobrej? Kiedy się ta wojna skończy?

A teraz napiszę o sobie. Nazywam się Hanka. Mam 10 lat. Mamusia jest doktorem, pracuje do 11 w nocy i zarabia na nas. Tatuś kiedyś był adwokatem, a teraz jest stróżem nocnym. Mam jeszcze małą siostrę. Ma półtora roku. Nazywa się Zosia. Umie mówić: mama, tata, Anna, Ala, ciocia, daj nam pać, to znaczy spać. Jest bardzo miła i bardzo ją kocham. Ma niebieskie oczki jak niezapominajki. Ala to była przy Zosi. Ma 18 lat, ale ona odeszła i ja bardzo płakałam, bo ona była dobra, bawiła się z nami i ja ją kochałam. A teraz mi smutno. Mamy jeszcze ciotkę Zośkę, mamy kuzynkę, jako służącą. Dużo ciastek funduje, ale jest złośnica i się drażni. Ala też, ale ją wolę.

Mieszkamy na Zwierzyńcu, w dużym ogrodzie44. Choć chyba to nie ogród. Rośnie tu dużo sosen, jest ponuro i kraczą wrony. Ale lubię tam być, bo sobie dużo wyobrażam. Ja zawsze wymyślam opowiadania o kimś albo myślę, że gdzieś jestem i z kimś, i coś się dzieje. Ja mogę być sama i wtedy wymyślam różności. Jak gdzieś idę to też. Jak wyrosnę, to będę pisać książki. Albo artystką czy adwokatką będę, żeby niewinnych ludzi bronić. Ale tylko niewinnych.

Mieszkamy w starym drewnianym domku z widokiem na ten las, bo to chyba las choć ogrodowy. Teraz tak wrony kraczą i pada deszcz, aż smutno. Tak bym chciała iść i iść w ten deszcz wolno po zwierzynieckim lesie i płakać, że to już nie nasze. Ale będzie nasze, małpoludy!

Ja w tym pamiętniku to będę pisać ot tak, kiedy chcę i co chcę.

[1] i [10]

W nagraniu

Mama powiedziała Poznańskim, że nie może ich już ze sobą zabrać, bo będzie ciasno i źle, a przecież tyle jest mieszkań w Wilnie. Poznański, który się jąkał, tak wtedy powiedział do żony: „Emi-mi, kociaku-ku, pójdziemy-my na most”. Znaczy – jak mama ich nie zabierze, to się utopią. No i mama ich wzięła. Mieszkaliśmy tam w makabrycznych warunkach, było zimno – całą zimę kaszlałam, a moja siostra na wiosnę dostała zapalenia opon mózgowych i była bliska śmierci. Poznańscy ciągle próbowali załatwić, by zezwolono im wyjechać za granicę. Jak wcześniej dawali brylanty gosposi, tak teraz chodzili z nimi do bolszewików, ale wciąż nie przynosiło to skutku.

W momencie zagarnięcia Litwy przez ZSRR szkoła nazaretanek została zlikwidowana, pozostawiono za to szkoły publiczne. Część przedmiotów wykładano po litewsku, poza tym obowiązkowy był język rosyjski. Trafiłam wtedy do piątej klasy szkoły, która przed wojną cieszyła się renomą. Teraz nadano jej numer 70. My, zbuntowane dzieciaki, chcieliśmy się przede wszystkim opierać sowietyzacji. A zaczęto próby wciągania nas do pionierów. Z całej naszej klasy, ponad trzydziestu osób, zapisał się jeden – Dobrowolski, prawdopodobnie z komunistycznego domu. I trochę dzieci z niższych klas. Z szóstej klasy nie zapisał się nikt.

Toczyliśmy z Dobrowolskim dyskusje. Pamiętam, że napisałam do niego kartkę, że w Sowietach jest bieda i nie ma pomarańczy, których pełno było w Polsce przed wojną. A on odpisał, że nie ma burżuazyjnych pomarańczy, ale zdrowa proletariacka marchew jest. Nam to nie wystarczało. Chłopaki z mojej klasy postanowili założyć tajny Związek Dzielnych Polaków. Mieliśmy wtedy w większości po jedenaście lat.

[7]

We wspomnieniach

[…] W szkole uczono nas już w znacznej mierze po litewsku, częściowo tylko po polsku. Wszedł zupełnie inny, litewski program. Ja omal nie zostałam na drugi rok, matka musiała wziąć korepetycje. Nie tylko bojkotowałam, ale i nie potrafiłam nauczyć się języka litewskiego.

Z chłopcami z Góry Bouffałowej zupełnie straciłam wtedy kontakt, bo przecież wyrzucono nas na drugi koniec miasta. Zaprzyjaźniłam się natomiast w szkole z takim Andrzejem [Szymańskim]. Kiedyś zaczęliśmy rozmawiać po lekcjach i okazało się, że on czyta te same książki co ja – i o Indianach, i Przyborowskiego, i Gąsiorowskiego45. Odprowadził mnie do domu, zaczęliśmy się wymieniać książkami, a potem Andrzej wciągnął mnie, jako jedyną dziewczynę, do Związku Dzielnych Polaków. […]

[10]

W dzienniku

15 października 1940

Inka [Kejzikówna] została moją przyjaciółką! Jak ja kocham Inkę! Ona od pierwszego wejrzenia tak mi bliska, droga. Pierw to ona nie chciała na mnie patrzeć, ale teraz też mnie kocha i to dobrze. Czym ludzie dorośli mądrzejsi od nas? Tylko że mówić ładniej umieją – tak poważnie. Ale czujemy tak samo. Jak kiedyś będę dorosła, to pomyślę, że jak miałam lat 10, to było to samo. Na pewno! Tylko że mówić trudno. Jak się cieszę, że mam Inkę i Alkę, bo Alka do nas wróciła. Jak dziękuję Bogu z całej duszy!

Teraz najwięcej lubię Ducha Świętego. Taka biała, jasna postać. Pierw to w ogóle o nim nie myślałam, bo taki gołąbek. Ale pomyślałam, że możemy sobie wyobrazić go inaczej. I jak tak pomyślałam, to mi się strasznie spodobał. Więcej niż Chrystus. Więc teraz Duch Święty. Jak czegoś chcę, to mówię długi pacierz wieczorem i proszę ciągle Ducha Świętego, i w końcu to mam.

[10]

15 listopada

Inka! Inka! Dlaczego? Ja tak bardzo cię kocham i cierpię. Inka, ciebie tak nikt do końca twego życia nie będzie kochać jak ja, a ty poszłaś do [Krysi] Jundziłłówny. Podła jesteś! Moja Inka poszła do Związku, gdzie mnie nie chcą, teraz w ogóle nie rozmawia ze mną. Wrony kraczą gorzej niż zwykle. Ponuro i smutno.

Pokłóciłam się z Alką i ciotką Zośką. Ale z nimi to nic. Ale Inka! Duchu Święty, wróć mi Inkę. Kiedyś, tak sobie myślę, będę miała dobrą i śliczną przyjaciółkę Zosię. I będziemy z nią w sanatorium, bo to będzie gruźliczka, a mnie będą wszyscy lubić i wszyscy będą chcieli być ze mną. A Inka będzie listonoszką i przyniesie Zosi list, i zacznie z nią mówić, i dowie się, że to moja przyjaciółka, no i jaka ja jestem, i zechce się pogodzić, a ja będę chłodna. No i zobaczysz, jak będzie, Inka.

[10]

17 grudnia

Byłyśmy z Alką i z Zosią w starym parku. To taki stary, zaklęty dwór. Ja bym chciała pójść tam kiedy i pobawić się sama ze sobą w jakąś opuszczoną księżniczkę, co nagle odnalazła swój dom. Jak tam cudownie. Ogromne drzewa, opadłe liście, zbutwiały, duży, z ładnym gankiem drewniany dom. Duży staw o zielonym pokryciu teraz szalem jak dywan. Jest i mostek, i obrosła altanka. Ja tam muszę kiedyś pójść sama, samiutka.

[1]

26 grudnia

Wciąż proszę wszystkich zaziemskich o Inkę i nic. Boże! Inka! Wrócisz kiedy do mnie? Ty moja! I dziś tak się czuję patriotycznie. Bo ksiądz mówił takie szczere kazanie o Polsce, a potem miał coś odczytać po nabożeństwie i przerwał mu chór ludzi – „Boże, coś Polskę!”. Tak ze wszystkich sił śpiewałam. Bardzo lubię Boże Narodzenie. Jest tak miło i dobrze. Śnieg spadł duży.

[1]

W nagraniu

W naszym Związku było sześciu chłopców żydowskich [uciekinierów z Warszawy]. Nikt z nich nie zapisał się do pionierów, więc rozumieliśmy, że żadni z nich bolszewicy. „Żydokomuna” nijak nie kojarzyła mi się z moimi kolegami. Oni jak się przedstawiali, to mówili: „Jestem Polak wyznania mojżeszowego”. Jeden z nich, Lewenbaum, powiedział: „Jestem Żyd wyznania mojżeszowego”, bo był syjonistą46 – i był przez nas inaczej traktowany.

Żadna z akcji, które wymyślaliśmy, nie obejmowała – rzecz jasna – Dobrowolskiego. Nie chcieliśmy z nim żadnej solidarności, choć była jakaś tolerancja, uznanie odrębności. Z naszych akcji wyłączaliśmy także Lewenbauma, bo on był innej narodowości. Natomiast pozostali żydowscy chłopcy, na czele których stał Grynfeld, brali w nich udział. Grynfeld reprezentował Polaków wyznania mojżeszowego.

Związek Dzielnych Polaków ustalał, jak mają się zachowywać klasa piąta i szósta. Któregoś razu zamknęliśmy na klucz zebranie związku pionierów, potem wpadliśmy na pomysł zamknięcia w ubikacji komsomołki, która tych pionierów prowadziła; dopiero rano została z niej wypuszczona. Wybuchła prawdziwa afera, ale nikt nie mógł dojść, kto to zrobił; a może nauczyciele nie mieli też do tego szczególnego zapału. Byli w szkole Litwini, ale im nic nie robiliśmy – chociaż byliśmy antylitewscy, to bolszewicy byli ważniejsi.

W Wielki Piątek, w ramach ateizacji-bolszewizacji (bez przerwy świątecznej – były to normalne dni), kazano nam tańczyć na gimnastyce, którą prowadził Litwin. Rozkaz Związku Dzielnych Polaków brzmiał: „Siadamy na ławce i nie tańczymy”. Oczywiście zgłaszają się Dobrowolski i Lewenbaum, ale do tego nic nie mamy. My, piąta klasa, siedzimy i nikt nie tańczy. Potem nas ciągają pojedynczo do kierowniczki – namawiają, straszą, grożą wyrzuceniem ze szkoły. „Nie, nie zatańczę. – To ja cię wyrzucę. – Może pani wyrzucić, dobrze się po ulicy chodzi” – tak odpowiadaliśmy.

Wracaliśmy po kolei i siadaliśmy na tej ławeczce. I spośród nas w takiej rozmowie z kierowniczką złamał się jeden chłopiec – Biegański. Tańce się odbyły: w jednej parze tańczył nauczyciel z Dobrowolskim, a w drugiej Biegański z Lewenbaumem. Kiedy się to wszystko skończyło, naprzeciwko Biegańskiego stanął jego najbliższy przyjaciel i mówi: „Będziemy się bić” – i zaczyna go rąbać po twarzy. Bili się tak, że karetkę trzeba było wołać do Biegańskiego. Chłopcom wyznania mojżeszowego, co siedzieli z nami w Wielki Piątek, powiedzieliśmy: „Może waszych świąt nie będą szargać. Ale jeśli z waszej religii coś będzie szargane, cała klasa siedzi. Bronimy wszystkich religii”.

Gdy mieszkaliśmy na Zwierzyńcu, po raz kolejny zaczęło się wywożenie47. Znajoma moich rodziców, pani [Halina] Burhardtowa, właścicielka kamienicy przy ulicy Wiwulskiego 12, w obawie przed deportacją przyszła do mamy z propozycją, żebyśmy wprowadzili się do jej mieszkania, a ona przeniesie się do tego strasznego domu z grzybem, gdzie jej nie znajdą. Przyszli tam po nią, pytali, ale taki był bałagan, że jej nie odnaleźli.

Przeprowadziliśmy się na początku maja 1941 i mieszkaliśmy tam już do końca okupacji niemieckiej. Za naszą ulicą zaczynała się dzielnica biedoty, a na samej Wiwulskiego było dużo suteren i tak zwanych salek, czyli strychów, gdzie ona mieszkała. W tym bardziej proletariackim niż inteligenckim środowisku weszłam w nową bandę dziecięcą. Mieszkały tam też dzieci żydowskie i białoruskie – wszystkie bawiły się razem; w ten sposób poznałam też cały przekrój społeczny. Banda liczyła około trzydzieściorga dzieci, ale rzadko zbieraliśmy się wszyscy. W Wilnie był zwyczaj, że chłopcy wołali na siebie z rosyjska: nie Andrzej, tylko Andrusza, nie Heniek, tylko Hena. I tych chłopaków żydowskich też się tak nazywało. Wywoływaliśmy się z domów, krzycząc: „Wyjdź!”. Jak się tam przenieśliśmy, znowu prawie nie chodziłam do szkoły, tylko cały czas spędzałam z chłopakami.

*

Po wybuchu wojny, w czerwcu 194148, mama wywiozła nas do cioci do Kolonii Wileńskiej. Na lato wyjechali tam też moi kuzyni; bawiliśmy się razem z nimi i dziećmi kolejarzy – szczególnie namiętnie w Indian. Ciągnęliśmy losy, kto będzie białymi, bo nikt nie chciał. Miałam pseudonim „Sarenka Modrooka”, a nasz wódz indiański, który się nie zmieniał – „Orzeł Biały”. Powyciągaliśmy kurom pióra, zrobiliśmy sobie pióropusze, łuki, dorobiliśmy znakomite strzały, zakończone ostrymi grotami; biali strzelali z wiatrówek. Biegaliśmy po lasach, skrywając się, robiąc różne podchody – pasjonująca zabawa. Indianie zawsze musieli zwyciężyć.

Codziennie wieczorem chodziłam do kościoła, ponieważ ministrantem był chłopak, który mi się podobał – z wzajemnością. Nazywał się Krzyś Sawicki, miał dwanaście lat. Po nabożeństwie szliśmy do lasu, na ławkę – gdziekolwiek. Były to dziecięce randki bez erotyki. Wyryliśmy kozikiem na ławce serce i napisaliśmy w środku H.Ś. i K.S.

Moja siostra miała już wtedy dwa lata i przeszła pod moją całkowitą opiekę. Zosia modliła się wtedy: „Bozie, daj zdlowie mamusi, tatusi, Anusi (to znaczy mnie), pani Emi [Poznańskiej], pana Lici" – on się Maurycy nazywał… – i wymieniała wszystkich milionerów żydowskich, których dzięki Poznańskim poznaliśmy. W tym czasie lepiej już poznałam dzieci z tych kręgów, ponieważ przychodziły do Poznańskich – były bardzo miłe, nie wynosiły się, dużo bardziej zaradne niż dorośli. Przychodziły z rodzicami do tego strasznego domu, a ja zabierałam je do naszych pokojów, gdzie się bawiliśmy, albo wychodziliśmy do ogrodu-lasu.

Ostatnia wielka wywózka miała miejsce tuż przed wybuchem wojny – bolszewicy zabrali się za południe miasta49. Zdążyli wyprawić z Wilna tylko jeden duży transport, szykowali następny. Baby mówiły: „Niemcom nogi myć i wodę pić, bo nas uratowali”.

Za wszystko niemal groziła kara śmierci. Mimo to dorośli mówili: „No, wreszcie jest porządek” – bo za bolszewików można było zostać zniszczonym czy wywiezionym, nie wiadomo za co. A tu Niemcy napisali, czego od nas chcą. To była olbrzymia ulga.

Do walki z Polakami, podobnie jak z Żydami, Niemcy wykorzystywali Litwinów, którzy byli proniemieccy; bezpośrednio rzadko ingerowali. Widziało się za to ich litewskich sojuszników. Przeżyliśmy najpierw śmierć Poznańskiego, który jeszcze przed utworzeniem getta został zabrany i rozstrzelany. Powodem było wydawanie przez niego przed wojną pisemka antyhitlerowskiego. Zginął z innymi Polakami, których posądzono o przedwojenną działalność antyniemiecką. Jego żona trafiła do getta.

Po powrocie do Wilna rozpoczęłam naukę na kompletach, które odbywały się po południu. Dla szkoły powszechnej były to zwykle zajęcia prowadzone przez osoby bez specjalnego przygotowania pedagogicznego, za to z zamiłowaniem. Uczyła nas panna Wisia, maturzystka. Miałyśmy przedwojenne podręczniki do szóstej klasy. Komplet był trzyosobowy – chodziła też Krynia [Ursyn-Szantyr], przyjaciółka z naprzeciwka, córka zawodowego kapitana, z którą byłam u nazaretanek, oraz Teresa [Łubkowska?]. Panna Wisia przygotowywała się rzetelnie, a my uczyłyśmy się bardzo pilnie i dobrze. Uczęszczałyśmy do tego kompletu przez dwa lata, bo panna Wisia się zarejestrowała i otrzymała zgodę50 na poprowadzenie jeszcze pierwszej gimnazjum.

Mama Kryni została sama z czworgiem dzieci. Każde z nich zarabiało; dwunastoletnia Krynia została opiekunką dwuletniego chłopczyka, Andrzejka. Moją siostrę, Zosię – także dwuletnią – nazywałyśmy „Niebieski Słowiczek”, a podopiecznego Kryni – „Granatowy Szczygiełek”. Wymyślałyśmy im różne zabawy, ciągałyśmy po różnych rusztowaniach, chodziłyśmy z nimi na spacery. Rano zajmowałyśmy się dziećmi, po południu był komplet, a wieczorem uczyłyśmy się na następny dzień.

W szóstej klasie, czyli w pierwszym roku Niemców, postanowiłyśmy z Krynią założyć organizację – Związek Polskich Kurierek. Czerpiąc z lektur, uznałyśmy, że na pewno będzie jakieś powstanie w Polsce i my musimy być przygotowane do funkcji kurierek. Zaczęłyśmy czytać harcerskie podręczniki, jak budować namioty, jak wiązać różne węzły. Jedno z przykazań Związku brzmiało: „Nie unikaj towarzystwa złych patriotów – przeciwnie, staraj się ich nawrócić na dobrą drogę”. Źli patrioci to ci, których los Polski niewiele obchodził, bo wzbogacali się na handlowaniu – takich było sporo. Zły patriota to także ten, kto nie rozumiał, że najważniejszym dobrem jest Polska i że każdy dzień powinien być jej ofiarowany, nawet gdy człowiek się bawi. Źli patrioci to ci, którzy mówili po litewsku w szkole także na przerwie (w czasie lekcji nie mogli inaczej), żeby podlizać się nauczycielom. Rozmawiałyśmy także z naszymi chuliganami i zaczęłyśmy ich nawracać na dobrą drogę. Były jeszcze przykazania, na przykład: „Otwarcie przyznawaj się do winy”, „Dotrzymuj słowa, dochowaj tajemnic” – w sumie było ich ze dwadzieścia.

Do Związku przyjęłyśmy dwie dziewczyny i zastanawiałyśmy się, kogo wziąć jeszcze. Jak dziewczyna była zbyt panienkowata, to się nie nadawała. Uważałyśmy, zapewne pod wpływem historii Emilii Plater51, że trzeba będzie się przebrać i udawać chłopców, aby nas chcieli przyjąć na tych kurierów.

Druga założona przez nas organizacja to był pułk, częściowo wzorowany na Chłopcach z Placu Broni52, która była naszą ukochaną książką. Wszyscy moi rówieśnicy ją czytali. Postanowiłyśmy stworzyć pułk z żulii. Krynia, jako córka kapitana, wynalazła u ojca książki o wojsku polskim. Te chłopaki, często starsze od nas, słuchały naszych pogadanek. Krynia mówiła rzeczowo, a ja, jak zawsze, miałam gadane – opowiadałam, ile to znaczy Polska, ale socjalistyczna, bo miałam orientację pepeesowską i lewicową. W przyszłej Polsce ktoś z nas zostanie premierem, a reszta to będą ministrowie, bo oni są ludem, a Polską powinien rządzić lud. Bardzo im się spodobała ta Polska, w której mają być władzą, a mnie tym samym udało się „nawrócić złych patriotów” i mogłyśmy odebrać od wszystkich chłopaków – było ich z piętnastu – przysięgę, którą same też złożyłyśmy.

Na przysięgę chodziliśmy do Zakretu, lasu wewnątrz Wilna. Znaleźliśmy śliczne miejsce – panował tam półmrok dzięki drzewom tworzącym baldachim. Wieszaliśmy złoty krzyżyk, który miałam z chrztu, i przed nim składało się przysięgę wierności Polsce, z zachowaniem tajemnicy. Nasi chłopcy przysięgali na prochy przodków – proletariaccy to jeszcze znakomitsi niż jakakolwiek szlachta; „Niech mnie ziemia pochłonie, jeśli zdradzę tę tajemnicę”. I kończyło się: „Tak mi dopomóż Bóg i niewinna męka Syna Jego”, po czym podchodziło się i całowało nogi Chrystusa na tym maleńkim krzyżyku.

Zaczęliśmy się zastanawiać, co realnego możemy zrobić. I moja zmieniona żulia doszła do wniosku, że najwięcej przysłużymy się Polsce, pomagając najbardziej ciemiężonym obywatelom, czyli Żydom zamkniętym w „naszym” getcie – jednej mizernej kamienicy w kształcie podkowy na rogu Rydza-Śmigłego i ulicy równoległej do Wiwulskiego53, zamieszkanej przez samych Żydów. Rano prowadzono ich do pracy, a dzieci bawiły się na podwórku. Niemiecka straż broniła dostępu. Nazywaliśmy to „małym” gettem.

Postanowiliśmy, że będziemy im rzucać paczki. Nasi chłopcy byli sprytni, zajmowali się handlem, więc wiedzieli, że Żydom potrzebna jest mąka, smalec, boczek, mleko w proszku. Natomiast my z Krynią, biedne jak myszy kościelne, stwierdziłyśmy, że mamy dużo starych ubrań i zabawek, a przecież tam są dzieci. Stronę żywnościową załatwiały chłopaki, a rzeczy dziecięce my. Przy bramie prowadzącej na podwórko stał Niemiec, drugi przechadzał się. Trzeba było zagadać tego drugiego na sekundę, żeby nie zdążył zobaczyć lecącej paczki. Chłopcy rzucali, a ja zagadywałam, starałam się po niemiecku. I te rzeczy tam na środek spadały. Potem podglądałam, czy aby te dzieci bawią się zabawkami, które im przerzuciliśmy. Wtedy uważałam, że byliśmy tacy sprytni, dzisiaj sądzę, że ci Niemcy dawali się zagadywać. W każdym razie było to dla nas bardzo ważne – pierwsza mądra działalność, którą szykowaliśmy ze strasznym przejęciem.

Chcieliśmy zdobyć broń, ale broni nie było żadnej, więc wymyśliliśmy, że jest zakopana naprzeciwko naszego domu, za placem nazywanym Makabi54, na którym się bawiliśmy. Bezpośrednio za nim był ogrodzony teren, gdzie stacjonowało najpierw wojsko sowieckie, a teraz niemieckie. Doszliśmy do wniosku, że jak Sowieci wychodzili, to zakopali tam broń, a Niemcy nic o niej nie wiedzą. Postanowiliśmy podkopać się od strony placu i zdobyć ją, ale mieliśmy kiepskie łopaty i źle nam to szło. I całe szczęście, że nam nie wyszło, bo Niemcy naprawdę zaczęliby strzelać.

Toczyliśmy także wojnę z mieszkającymi w pobliżu Litwinami. Między ich podwórkiem a naszym placem był pas ziemi niczyjej. Kto go przekroczył, wypowiadał wojnę. A robiliśmy to zarówno my, jak i oni, bo wojna musiała być – strzelaliśmy z proc, dmuchawek, korków, czekając, kto pierwszy ucieknie. Niestety, czasem to Litwini zwyciężali – nie było jak w zabawie z Indianami, którzy zawsze musieli wygrać. Byłyśmy z Kryńką jedynymi dziewczynami w tym towarzystwie, obie w randze pułkownika – Krynia do spraw wojskowych, ja – wychowania patriotycznego.

[7]

W Spowiedzi mego życia dla księdza Kordeckiego55 z 1946 roku

[…] Krynia usłyszała [na jesieni 1942], jak jakaś pani mówiła do jej mamy, że Anglia56 mówiła, iż na wiosnę 1943 Polska ma zrobić powstanie. […] Nie mówiłyśmy o niczym innym, tylko bez przerwy o tym. Omawiałyśmy szczegóły, co ze sobą weźmiemy, jak urządzić ze spodniami. Marzyłyśmy, jak będziemy służyć Polsce, dokonywać bohaterstw, a w końcu ginąć. Kawałek chodnika, ten od Rydzówki [ulicy Rydza-Śmigłego] do Serca Jezusowego57, po którym chyba sto razy w dzień przeszłyśmy, ucząc się maszerować, był świadkiem naszych rozmów:

– Kryśka! Wiesz? Mam przeczucie (choć nie miałam żadnego przeczucia), że zginę. Wiesz, uczułam to w trakcie tej przysięgi na wierność Polsce. Tak! Czuję to!

– Hanka? Naprawdę? Wiesz, ja zupełnie to samo. Hanka! Hanka! Zginiemy!!! […] A powiedz, co czułaś, gdy nam pani Wisia czytała Polskie Termopile58?

– Co czułam? Jakąś zazdrość, coś w tym rodzaju. A ty?

– Też podobnie. W każdym razie nie żal, że oni giną.

– Żal? Naturalnie, że nie. Oni byli szczęśliwi! Toż to największe szczęście. Kryńka, my też zginiemy. Nie?

– Pewnie!

[…] Tymczasem nasza „ucieczka” stała się kwestią zupełnie bliską i realną. Kiedyś tatuś wspomniał, że w Warszawie są jakieś rozruchy. „Co? Rozruchy?” – toż to samo, co powstanie. Że słabe – to nic nie znaczy. Zresztą podświadomie wydawało mi się, że wystarczy, żebyśmy uciekły, a wszystko stanie się po naszej myśli. Wyznaczyłyśmy dzień ucieczki, pisałyśmy pożegnalne listy do rodziców, szykowałyśmy rzeczy i już w moich marzeniach widziałam dwie „chłopięce” figurki, wędrujące poprzez pola i lasy do „Generalnej Guberni”, widziałam wiejski kościółek i siwego dobrego proboszcza, który udzieli mi rozgrzeszenia i błogosławi na drogę – nas jako kurierów spełniających ciągłe bohaterstwa, a potem to zachodzące słońce i ta piękna śmierć – za Polskę. Nie wiadomo, jak ułożyłaby się rzeczywistość, gdyby nie to, że Kryśka powiedziała swojemu starszemu bratu (żeby dał jej spodnie), a on, nie mogąc sam odciągnąć Krysi od tego „szaleństwa”, powiedział matce. […] Był to dla mnie straszny cios, bo trzeba przyznać, że do tego powstania, obok miłości Polski, ciągnęły mnie chęć przygód, wrażeń, oderwania się od codziennego życia; że w tym roku wszystko zaniedbywałam, bo i tak miałyśmy „iść”. A teraz wrócić? Zapomnieć o rzeczach „chmurnych i górnych” i ćwiczyć gamy, chodzić na niemiecki, zdawać egzaminy z pierwszej gimnazjalnej – to było ponad moje siły. Znalazłam się w „otchłani rozpaczy”, a zarazem moralnego upadku. Na komplet nie chodziłam, pieniądze dane na zapłacenie muzyki wydawałam na lody i cukierki i wciąż marzyłam o tym „powstaniu” – bo przecież kiedyś ono będzie i wtedy skończy się ta szara codzienność, będzie bohaterstwo i… śmierć.

Powstanie jednak nie nadchodziło, a stało się coś innego, co mnie zupełnie złamało, a zarazem – nie licząc moich brudnych sprawek owego okresu – wpłynęło fatalnie na nastrój. Dowiedziałam się, że Krynia i cała jej rodzina wierzą plotce, że mama w 1940 roku zapisała się Litwinką, żeby wydostać tatusia z niewoli. I wybuchła „kłótnia z Szantyrami”. To chyba był mój najgorszy i najnieszczęśliwszy okres życia. […]

[…] Kryni było mi strasznie brak i zaczęłam rozumieć, że w tej kłótni to była większość mojej winy. Ona przecież mówiła, że wierzy moim słowom, ale ja chciałam ją „podręczyć” i od słowa do słowa wyszła kłótnia. Teraz pragnęłam zgody więcej niż życia, ale było już za późno. Kryśka nie chciała. […]

[5]

W nagraniu

Proletariat mieszkań nie zmienił – nadal zajmował sutereny i poddasza – ale umiał handlować, więc był bogaty. Tam jadło się szynki, masło, pieczenie – wszystko. Mówiło się: „Komu wojna, a komu krowa dojna”.

Pani Burhardtowa, do której mieszkania się wynieśliśmy, wróciła. Jednak nie wyrzuciła nas, tylko zamieszkała na najwyższym piętrze. Przechowywała ciągle jakichś partyzantów – jeden na przykład znikał na jakiś czas, po jakimś zjawiał się; najpierw nazywał się pan Bolesław, potem Robert, a potem Stanisław. Jej mąż natomiast [Stefan Burhardt59] zajmował się – o czym dowiedziałam się później – obsadą stanowisk w Wilnie po wojnie, konsultując to z delegaturą Rządu Polskiego w Londynie60. Ustalał, kto będzie nauczycielem takiej szkoły, a kto policjantem i tak dalej. Chodziło o to, żeby nie było bałaganu, kiedy odzyskamy wolność. W kamienicy słuchano Londynu, odbywały się także komplety. Na pierwszym piętrze mieszkali Litwini, którzy machali na to ręką.

Ważna była dozorczyni, bo wiedziała wiele z tego, co działo się w kamienicy. Z drugiej strony, Niemcy ufali dozorcom – pozwalając im handlować, mieli nadzieję, że jak będzie potrzeba, to wsypią. Nasza dozorczyni, pani Wanda – znakomita i dzielna – umiała jednak Niemców wyprowadzić w pole – tak wszystko załatwić, że dom był dla nich czysty. Oprócz niej charakterystyczną postacią była handlara, Stefanowa. Przed wojną – ostatnia bida z nędzą, teraz opływała we wszystko; handel palił się jej w rękach. Żeby lepiej prosperować, zadeklarowała się Litwinką – choć nie mówiła ani słowa po litewsku – bo na nich patrzono przez palce. To była zdrada, jak zostać folksdojczem, jednak cała kamienica jej wybaczyła, bo dzięki temu miała pozwolenie na radio. Wszyscy do niej chodzili słuchać Londynu. Poza tym karmiła rodzinę Kryni, czyli dzieci pani kapitanowej, bo wiadomo było, że jest w strasznej biedzie – wystawiała gary zupy, żeby cała piątka się najadła.

W lecie [1943] nastąpiła likwidacja „naszego” getta. Mama znów wywiozła mnie do Kolonii Wileńskiej, mimo to wiedzieliśmy, że wszystkich ich pewnego dnia zabrali. W Wilnie Zagładę pomagali realizować Litwini, rozstrzeliwując w Ponarach61. Nacjonaliści litewscy okazali się bardzo okrutni. Może to także ożywiło wielkie współczucie dla Żydów, mieszkańcy Wilna nie byli obojętni. To był szok, tyle że – jak to wojenny – parodniowy, może tygodniowy. Dla nas, dzieci, to nie była po prostu zagłada narodu, to było „nasze” getto i „nasi” Żydzi, którzy mieli przetrwać dzięki naszym paczkom. Myśleliśmy, że będziemy ich radośnie witać, kiedy wojna się skończy. I raptem tego, czym długo żyliśmy, nie ma. Pułk rozpadł się samoczynnie.

Bez przerwy myślałam o żydowskich dzieciach, które poznałam – dla mnie to nie była anonimowa zbrodnia. Zastanawiałam się, co z nimi jest – czy może uciekli, czy jednak już nie żyją. Wpadłam w jakąś depresyjną nerwicę: budziłam się w nocy, krzyczałam, miałam koszmarne sny. Wyobrażałam sobie wszystko i było to ponad moją wytrzymałość. Odwiedziłam lekarza psychiatrę, mama dawała mi jakieś nieskuteczne leki – dalej byłam w depresji.

W Kolonii już sama chodziłam po lesie, w żadnych Indian się nie bawiłam. Któregoś razu spotkałam dwie dziewczynki, które miały opaski z gwiazdą Dawida. Jedna z nich, około czterech lat – Esterka, druga ruda, około dwunastu – Rachela. Obie nie były podobne do Żydówek. U nas nie mówiło się: „dobry” czy „zły” wygląd, tylko „podobny” lub „niepodobny” do Żyda; trudno przechować, jeśli podobny.

Podchodzi do mnie Rachelka i mówi czystym, spokojnym głosem:

– Uciekłyśmy z transportu na Ponary. To nie jest moja siostra. Czy wiesz, gdzie jest wieś Chałupy? Rodzice powiedzieli, że jeżeli ucieknę i dotrę tam do takiej chłopki, to ocaleję. Mam tylko do niej dotrzeć. Mama mówiła, że najłatwiej jest uciec z transportu, bo jeżeli nie dosięgną nas strzały od razu, to nikt się od niego nie oderwie, bo nie mogą porzucić pozostałych, których prowadzą na śmierć. I żebym nie brała Esterki. Ale ja przez całe getto opiekowałam się Esterką – nie mam żadnej siostry, ja ją musiałam zabrać.

I dodała:

– W tym momencie rodzice moi i Estery już nie żyją.

Powiedziałam do nich:

– Mam świetną kryjówkę Indian. Siadajcie tu, ja lecę do domu, bo muszę was przede wszystkim przebrać. A poza tym nakarmić.

Poleciałam do cioci, wzięłam ubrania Zosi pasujące na Esterkę i swoje, w sam raz na Rachelkę, bo była mojego wzrostu. No i jedzenie – chleb, boczek, nawet trochę szynki. Wszystko to im przyniosłam, a wodę wzięłyśmy ze źródła. Przebrałam je i mówię: „Wiem, gdzie ta wieś. Jak już jesteście przebrane, to już wszystko w porządku, wyglądacie normalnie. Pójdziecie ze mną, posiedzicie w lesie, ja wejdę do tej pani i powiem, że jesteście”. Wzięłam ze sobą Zosię, żeby szły takie dwie małe i dwie duże. Przeprowadziłam je, umieściłam w krzakach, gdzie miały czekać.

Przychodzę ja do tej chłopki, bogatej, w wielkim gospodarstwie, jak u Borynów62. Nie mam pojęcia, co łączyło tę rodzinę żydowską i tych chłopów. Może wyjeżdżała tam na wakacje, może tam się Rachela urodziła?

Powiedziałam:

– Proszę pani, Rachelka, którą pani zna, uciekła z transportu i właśnie przyszła do was.

A ona:

– Rachelka żyje? – i w ryk, klęka przed Matką Boską, bo był zwyczaj trzymania nie tylko świętych obrazów, ale świętych ołtarzyków.

– Panie Boże – modliła się – cud sprawiłeś. Dzięki ci, Matko Boska, za ten cud, Pani Przenajświętsza.

I pyta:

– To gdzież ona jest?

– Tu w lesie.

– Dobrze zrobiła, dobrze, mądra dziewczynka. Ale dawaj ją tu, dawaj.

Ja mówię:

– Ale ona nie jest sama.

– Rachelka zawsze była dobra. Takież to dobre serce ten dzieciak miał – zaczęła płakać, ściskać Rachelkę, która też płakała.

W momencie gdy wyprowadziłam z lasu te dwie żywe dziewczynki, skończyła się moja depresja. Rachelka powiedziała, żebym je kiedyś odwiedziła. Przyszłam po roku, gdy ponownie byłam u cioci. Rachelka doiła krowy, była przebrana odpowiednio, wiejsko. Esterka pędziła gęsi63.

Kiedy jeszcze byłam w pierwszej gimnazjum, chodziłam na lekcje muzyki. Przychodziła na nie także osiemnastoletnia Anetka. Jak się dowiedziała, że chcę działać w konspiracji, powiedziała, że mi da trochę gazetek i adresów – jej się nie chciało tego robić. Ja sobie poroznoszę i w ten sposób przyczynię się do niepodległości ojczyzny. Trwało to może miesiąc. Później były do niej o to pretensje, ale ze mną nikt nie rozmawiał.

W drugiej gimnazjum panna Wisia nie mogła już nas uczyć. To był zresztą ostatni rok Niemców. Zaczęłam wtedy chodzić do dziewięcioosobowego kompletu – było nas pięć dziewcząt i czterech chłopaków. Uczyli nas dobrze przygotowani nauczyciele. Komplety odbywały się w coraz to innych domach, także w naszym, bo mieliśmy duży pokój.

[7]

W dzienniku

Jesień 1943

Tego roku [szkolnego] po raz pierwszy idę do kompletu. Dotąd – choć od dwóch lat, to jest od przyjścia Niemców, nie ma szkół polskich – inaczej było z nauką. Szóstą klasę powszechną skończyłam z Krynią i Teresą. Uczyła nas bardzo klawa baba – taka pani Wiesia. Potem Teresy nie było, ale pierwszą gimnazjum uczyła też ona. W marcu jednak wyjechała i nie skończyliśmy z nią lekcji. Zaraz potem była „kłótnia z Szantyrami”. Tak uczyłyśmy się osobno. Ano tak – to tak. Właściwie to Kryńka się wcale nie uczyła, ale mnie mama wpakowała do takiego kompletu, gdzie mnie ignorowali, co jest diabelne! Wyszło tam wiele różnych komplikacji, no i zdawałam egzaminy z kompletem jednej strasznej nauczycielki – pani Jasi. Ją wybrałam tego roku za wychowawczynię, a jej komplet za mój komplet. A to nie miałam wyboru – jej czy swój zeszłoroczny. Brr! Wolę znacznie jej. Wiadomo. Zresztą w jej komplecie są i wycieczki, i różne patriotyczne przedstawienia. Nauka fakt – surowa, ale ja, odtąd gdy przeczytałam w gazetce, że młodzież przez naukę oddaje wielką usługę Polsce, przestałam gwizdać na nią. Chociaż czemu, to nie bardzo rozumiałam, ale mnie wystarczało, że oddaje – a jak tak, to postanowiłam święcie fajnie się uczyć, bo to dla Polski, a dla niej wszystko.

Ot, żesz co! Dzieciunki z tego kompletu… Hm… Czy ich w ogóle tak można nazwać. Ot, pannice to i basta. Nie ma gadania! No, ale ostatecznie można z nimi wytrzymać, żeby tylko wyszły dwie – będzie fajnie. Zaraz o nich wszystkich napiszę. No, to te najgorsze. Baśka i Hanka – flirciary na całego. Co tu gadać! Wystrojone, wyelegantowane lekkoduchy. […] Nie znoszę pannic w ogóle, ale te – coś okropnego. Żeby ich tylko nie było! Jest jeszcze jedna taka flirciara, ale ja ją znacznie wolę, bo jest żywa i wesoła trochę inaczej. Wygłupia się i kręci, śmieje się, w miejscu usiedzieć nie może. Wiadomo, że Kryśka lepsza i chciałabym nawet, by była. Ożywiłaby komplet mur. […]

*

Pierwszy dzień lekcji. Zapomniałam nabazgrać, że Jaśka uczy 4 klasy gimnazjalne zupełnie sama, prócz tego młodocianego profesora z czwartej. Dziś ja i Kryśka miałyśmy w tej samej stronie lekcje i sunęłyśmy razem. Fajnie, bo to kawał drogi. Gdy zamierzałam szukać domu Lalki, usłyszałam:

– Serwus! – I zobaczyłam Lalkę łażącą tam i z powrotem.

– Chodź, pospacerujemy i poczekamy na innych.

– Fajnie. – Łazimy, łazimy, aż tu patrzę, Bronka sunie.

– Serwus – podała nam rękę.

– Czemu wczoraj nie byłaś na obchodzie. Co? – zapytałam.

– Nie zwolnili mnie z Baty.

– A to ty tam pracujesz?

– Tak. Trudno, muszę zarabiać.

A tu sunie Jaśka z Teresą [Łubkowską]. (Irki dziś nie było). Na górze siedzi Marian. Zaczęliśmy gadać o kapitulacji Włoch64. „Janina” – jak nazywała ją Hanka – wcale nie jest taka straszna. Nawet miła – żartuje, mało krzyczy. Okazuje się, że Mucha łazić do nas nie będzie, bo to za dużo kłopotu, a zamiast niej będzie łazić jakaś Zawiszanka – nie Citka, bo tę znam, ale jakaś Wanda. Tylko że ona jest na wsi. Ten Andrzej od nożnej też jest na wsi i czort wie, kiedy przyjedzie. A dzięki Bogu, bo może nie przyjedzie wcale, a zamiast niego przylezie Wierzchnicki. Znam go z 70 szkoły. Jeździłam z nim kiedyś na sankach. Wcale fajny malec. Do tego Andrzeja nie porównać. Tę lekcję spędziliśmy nie tyle na uczeniu, co na gadaniu. […]

*

Długo nie pisałam. Ale – prawdę gadając – nie ma o czym. Życie w komplecie jest jednostajne. Nie jest mi tu ani dobrze, ani źle – jak zresztą jest często w życiu. […]

*

Oj, Wanda, Wanda. Co tu gadać, zawróciła mi głowę. Czy ona fajna dziewczyna, czort ją wie, ale że zawróciła głowę – to fakt. Kto by na przykład widział, żeby Hanka Świdówna z jakąś dziewczyną stała na ulicy do czwartej, żeby zapomnieć nie tylko o muzyce, co jest częste, ale i o obiedzie! Żeby jakaś dziewczyna dla Hanki o takich rzeczach zapomniała – nic dziwnego, ale Hanka dla jakiejś dziewczyny! A jednak tak się stało. Trudno. Czort z tym!

Teraz stanowczo najwięcej z kompletu lubię Wandę. Gadałam z nią z pięć godzin. Łaziłyśmy po Wilnie i plotłyśmy, ale o całkiem poważnych sztunkach [sprawach]. Przez jedną chwilę zastanawiałam się, czy może by nie przyjąć jej do ZPK [Związku Polskich Kurierek], ale potem zrezygnowałam z tego. Taka dyrda na pewno nie zechce zostać „kandydatką” i nie będzie chciała być wodzona przez nas za nos. Ale co z tego, lubię ją i tak bardzo. Ona mnie jeszcze więcej.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Uchwycić życie. Wspomnienia, dzienniki i listy 1930–1989