Ostatnia dziewczyna. O mojej niewoli i walce z Państwem Islamskim

Ostatnia dziewczyna. O mojej niewoli i walce z Państwem Islamskim

Autorzy: Nadia Murad Jenna Krajeski

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 400

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 4.90 zł

W 2014 roku ISIS zaatakowało wioskę Nadii Murad w Iraku. Matka Nadii była jedną z osiemdziesięciu starszych kobiet, które zabito i pochowano w nieoznakowanym grobie. Sześciu z jej braci oraz setki innych mężczyzn zamordowano jednego dnia. Nadia jak tysiące Jezydek z Sindżaru została porwana i jako niewolnica seksualna sprzedawana kolejnym bojownikom ISIS. Była systematycznie gwałcona i torturowana. Uciekła z niewoli, a teraz walczy na arenie międzynarodowej o uwolnienie kobiet i dzieci, które są nadal przetrzymywane przez dżihadystów. Domaga się ukarania winnych ludobójstwa Jezydów. W 2016 roku została uhonorowana Nagrodą Sacharowa. W tej książce niezłomna wojowniczka opowiada nam swoją historię.

Odrzuciła wszystkie etykietki, które przyczepiło jej życie: Sierota. Ofiara gwałtu. Niewolnica. Uchodźczyni - pisze Amal Clooney, adwokatka Nadii Murad. - Zamiast tego stworzyła nowe: Ocalała. Przywódczyni Jezydów. Adwokatka kobiet. Kandydatka do Pokojowej Nagrody Nobla. Ambasadorka Dobrej Woli ONZ.

Nadia Murad jest działaczką walczącą w obronie praw człowieka. Jest laureatką Nagrody Praw Człowieka im. Vaclava Havla i Nagrody im. Sacharowa. Jest pierwszą ambasadorką dobrej woli ONZ do spraw ofiar handlu ludźmi. Razem z organizacją Yazda walczy o prawa Jezydów, zabiega o postawienie Państwa Islamskiego przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym pod zarzutem ludobójstwa i zbrodni przeciw ludzkości. Jest też fundatorką Inicjatywy Nadii, programu mającego na celu niesienie pomocy ocalałym z ludobójstwa oraz handlu ludźmi w leczeniu i odbudowywaniu ich społeczności.

Jenna Krajeski jest dziennikarką mieszkającą w Nowym Jorku. Jej materiały prasowe z Turcji, Egiptu, Iraku i Syrii były publikowane w sieci i czasopismach, między innymi w "The New Yorker", "Slate", "The Nation", "Virginia Quarterly Review". W roku 2016 otrzymała stypendium Knight-Wallace na University of Michigan.

Tytuł oryginału

THE LAST GIRL

MY STORY OF CAPTIVITY,

AND MY FIGHT AGAINST

THE ISLAMIC STATE

Copyright © 2017 by The Nadia Initiative

Foreword copyright © 2017 by Amal Clooney

All rights reserved

Projekt okładki

Christopher Brand

Zdjęcie na okładce

Fred R. Conrad/Redux

Zdjęcia na wkładce dzięki uprzejmości autorki

Opracowanie graficzne okładki

Ewa Wójcik

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Redakcja

Małgorzata Grudnik-Zwolińska

Korekta

Małgorzata Denys

ISBN 978-83-8123-717-8

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

Ta książka została napisana dla wszystkich Jezydów

WSTĘP

Nadia Murad jest nie tylko moją klientką, lecz również przyjaciółką. Kiedy zostałyśmy sobie przedstawione w Londynie, spytała, czy zechciałabym ją reprezentować jako adwokat. Uprzedziła, że nie może zaoferować mi honorarium, a jej sprawa będzie długo się ciągnąć i prawdopodobnie nie ma szans zakończyć się sukcesem. „Zanim pani podejmie decyzję, proszę mnie wysłuchać”, powiedziała.

W 2014 roku ISIS zaatakowało wioskę Nadii w Iraku, a życie dwudziestojednoletniej wówczas dziewczyny legło w gruzach. Musiała patrzeć, jak jej matka i bracia są prowadzeni na śmierć. Później była odsprzedawana kolejnym bojownikom ISIS. Zmuszano ją, by się modliła, stroiła i robiła sobie makijaż, „szykując się” do gwałtu, a pewnej nocy była gwałcona przez grupę mężczyzn aż do utraty przytomności. Pokazywała mi blizny pozostałe po przypalaniu papierosami i biciu. Opowiadała również, jak w trakcie tego znęcania bojownicy ISIS nazywali ją „nieczystą niewierzącą” i przechwalali się, że zdobędą wszystkie Jezydki i zetrą ich religię z powierzchni ziemi.

Nadia jest jedną z tysięcy Jezydek porwanych przez ISIS, aby je sprzedać na rynku niewolnic, nawet za pośrednictwem Facebooka, czasami za ledwie dwadzieścia dolarów. Matka Nadii była jedną z osiemdziesięciu starszych kobiet, które zostały zabite i pochowane w nieoznaczonym grobie. Sześciu z jej braci oraz setki innych mężczyzn zostało zamordowanych jednego dnia.

To, o czym opowiadała mi Nadia, było ludobójstwem. A ono nie zdarza się przypadkiem. Wymaga zaplanowania. Zanim rozpoczęło się to właśnie ludobójstwo, dział badań i interpretacji teologicznych ISIS zajmował się Jezydami. Uznał, że Jezydzi, którzy mówią w dialekcie języka kurdyjskiego (kurmandżi) i nie posiadają świętej księgi, są niewierzący, a więc niewolenie ich jest „usankcjonowane przez szariat”. Właśnie dlatego, zgodnie z wypaczoną moralnością ISIS, Jezydki – w odróżnieniu od chrześcijanek, szyitek i innych – mogą być systematycznie gwałcone. Rzeczywiście był to jeden z najbardziej skutecznych sposobów niszczenia Jezydów.

Następnie zorganizowano aparat biurokratyczny zła na skalę przemysłową. ISIS wydało nawet broszurę zatytułowaną Pytania i odpowiedzi dotyczące brania jeńców i niewolnic, by zapewnić więcej wskazówek. „Pytanie: Czy jest dozwolone odbycie stosunku z niewolnicą, która nie osiągnęła jeszcze dojrzałości płciowej? Odpowiedź: Odbycie stosunku z niewolnicą, która nie osiągnęła jeszcze dojrzałości płciowej, jest dozwolone, jeśli niewolnica jest już do tego zdatna. Pytanie: Czy wolno sprzedawać pojmane kobiety? Odpowiedź: Wolno kupować, sprzedawać oraz darować pojmane kobiety i niewolnice, bo są zwykłym mieniem”.

Kiedy Nadia opowiadała mi swoją historię w Londynie, mijały prawie dwa lata od rozpoczęcia ludobójstwa Jezydów przez ISIS. Tysiące jezydzkich kobiet i dzieci nadal przebywało w niewoli ISIS, ale nigdzie na świecie żaden członek ISIS nie stanął jeszcze przed sądem za swoje zbrodnie. Dowody ginęły bądź były niszczone. Widoki na ewentualne procesy przedstawiały się marnie.

Oczywiście przyjęłam tę sprawę. Nadia i ja przez ponad rok walczyłyśmy wspólnie o sprawiedliwość. Wielokrotnie spotykałyśmy się z przedstawicielami rządu irackiego i ONZ, członkami rady Bezpieczeństwa ONZ oraz ofiarami ISIS. Opracowywałam sprawozdania, dostarczałam projekty i analizy prawne, wygłaszałam mowy wzywające ONZ do działania. Większość naszych rozmówców twierdziła, że nic to nie da: Rada Bezpieczeństwa od lat nie podejmowała działań, by dochodzić sprawiedliwości w sprawach międzynarodowych.

Jednak kiedy piszę ten wstęp, Rada Bezpieczeństwa ONZ przyjęła doniosłą uchwałę o utworzeniu zespołu dochodzeniowego, który będzie zbierał dowody zbrodni popełnionych przez ISIS w Iraku. To wielkie zwycięstwo Nadii i wszystkich ofiar ISIS, ponieważ oznacza, że dowody zostaną zachowane, a poszczególnych członków ISIS będzie można postawić przed sądem. Siedziałam obok Nadii na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa, kiedy uchwała została jednogłośnie przyjęta. Na widok piętnastu rąk wzniesionych w górę Nadia i ja uśmiechnęłyśmy się do siebie.

Jako adwokatka zajmująca się prawami człowieka często jestem głosem tych, którzy zostali siłą uciszeni: dziennikarki przebywającej za kratami albo ofiar zbrodni wojennych walczących o sprawiedliwość w sądzie. Bez wątpienia bojownicy ISIS usiłowali uciszyć Nadię, kiedy ją porwali i zniewolili, gwałcili i torturowali, a także gdy w jednym dniu zabili siedmiu członków jej rodziny.

Jednak Nadia nie pozwoliła się uciszyć. Odrzuciła wszystkie etykietki, które przyczepiło jej życie: Sierota. Ofiara gwałtu. Niewolnica. Uchodźczyni. Zamiast tego stworzyła nowe: Ocalała. Przywódczyni Jezydów. Adwokatka Kobiet. Kandydatka do Pokojowej Nagrody Nobla. Ambasadorka Dobrej Woli ONZ. A teraz też autorka.

W czasie, który minął od naszego poznania, Nadia nie tylko odnalazła swój głos, ale została również głosem wszystkich Jezydów będących ofiarami ludobójstwa, wszystkich kobiet, które zostały zgwałcone, uchodźców rzuconych na pastwę losu.

Ci, którzy sądzili, że zdołają zamknąć jej usta swym okrucieństwem, mylili się. Duch Nadii Murad pozostaje niezłomny, a jej głos nie zostanie stłumiony. Zamiast tego, dzięki tej książce, głos Nadii jest donośniejszy niż kiedykolwiek.

AMAL CLOONEY

Adwokatka

Wrzesień 2017

CZĘŚĆ I

ROZDZIAŁ 1

Wczesnym latem 2014 roku, kiedy właśnie szykowałam się do nauki w klasie maturalnej, dwóch rolników zniknęło z pól na obrzeżach Koczo, małej jezydzkiej wioski w północnym Iraku, w której się urodziłam i gdzie jeszcze niedawno spodziewałam się mieszkać do końca życia. Mężczyźni, którzy przed chwilą odpoczywali spokojnie w cieniu prowizorycznie rozpiętych płacht, nagle zostali uwięzieni w małej izdebce w pobliskiej wiosce, zamieszkanej głównie przez Arabów sunnitów. Oprócz rolników porywacze zabrali też kurę i kilka kurczaków, co bardzo nas zaskoczyło. „Może po prostu byli głodni”, mówiliśmy sobie, chociaż to wcale nas nie uspokajało.

Koczo jest jezydzką wioską założoną przez wędrownych rolników i pasterzy, którzy postanowili zbudować domy, by zapewnić żonom schronienie przed niemal pustynnym upałem, gdy sami będą oddalać się ze stadami owiec w poszukiwaniu świeżej trawy. Wybrali ziemię nadającą się do uprawy, ale ryzykownie położoną: na południowym krańcu irakijskiego regionu Sindżar, który zamieszkiwała większość krajowych Jezydów, oraz bardzo blisko niejezydzkiego obszaru Iraku. Kiedy pierwsze jezydzkie rodziny przybyły tu w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku, Koczo było zamieszkane przez Arabów sunnitów, rolników pracujących dla właścicieli ziemskich z Mosulu. Jednak Jezydzi wynajęli prawnika, żeby kupić ziemię – a ten prawnik, będący muzułmaninem, nadal jest uważany za bohatera – i zanim się urodziłam, Koczo zdążyło się już rozrosnąć i mieszkało w nim mniej więcej dwieście rodzin. Wszyscy byliśmy Jezydami i żyliśmy ze sobą tak blisko, jakbyśmy stanowili jedną wielką rodzinę.

Wyjątkowe położenie wsi sprawiało, że byliśmy narażeni na ataki. Od setek lat Jezydzi są prześladowani z powodu swej wiary, ale w odróżnieniu od większości jezydzkich miasteczek i wsi Koczo znajduje się daleko od wysokiej, wąskiej góry Sindżar, która od pokoleń zapewniała nam schronienie. Długo byliśmy szarpani przez zwalczające się siły irackich Arabów sunnitów i Kurdów sunnitów, którzy domagali się, byśmy wyparli się swego jezydzkiego dziedzictwa i przystali na arabską albo kurdyjską tożsamość. Do roku 2013, kiedy droga pomiędzy Koczo a górą została utwardzona, prawie godzinę zabierała nam podróż białą furgonetką marki Datsun po zakurzonych drogach z miasta Sindżar do podnóża góry. Dorastałam bliżej Syrii niż naszych świątyń, bliżej obcych.

Jazda w kierunku góry była wesołym przeżyciem. W Sindżarze mogliśmy kupić cukierki i kanapki z jagnięciną, których nie mieliśmy w Koczo, a ojciec prawie zawsze zatrzymywał się, byśmy kupili sobie, co tylko chcemy. W trakcie jazdy furgonetka wzniecała kłęby pyłu, ale i tak wolałam podróżować na świeżym powietrzu, leżąc na płask na pace, zanim wyjechaliśmy z wioski i znaleźliśmy się poza zasięgiem wzroku ciekawskich sąsiadów. Potem wyskakiwałam w górę, by poczuć wiatr we włosach i patrzeć na śmigające mi przed oczami sylwetki zwierząt pasących się przy drodze. Dawałam się porwać tym doznaniom, stawałam wyprostowana na pace furgonetki, aż wreszcie ojciec albo najstarszy brat Elias krzyczał, że jak nie będę uważać, wypadnę bokiem.

Oddalając się od kanapek z jagnięciną i opiekuńczej góry, zmierzaliśmy w przeciwnym kierunku, gdzie znajdowała się pozostała część Iraku. Gdy panował pokój, jezydzkiemu kupcowi niespieszna jazda z Koczo do najbliższej sunnickiej wioski, w której sprzedawał ziarno albo mleko, zajmowała zaledwie piętnaście minut. Mieliśmy w tych wioskach przyjaciół – dziewczęta, które spotykałam na weselach, i nauczycieli, którzy przez cały semestr mieszkali w naszej szkole. A także mężczyzn, których proszono, by trzymali na rękach niemowlęta płci męskiej w trakcie rytualnego obrzezania – od tej pory uczestnik ceremonii był związany z jezydzką rodziną jako kiriw, taki jakby odpowiednik ojca chrzestnego. Muzułmańscy lekarze przyjeżdżali do Koczo albo Sindżaru, by nas leczyć w razie choroby, a muzułmańscy sprzedawcy przemierzali wieś, zachwalając sukienki i cukierki oraz inne rzeczy, których nie można było dostać w kilku miejscowych sklepach, bo sprzedawano w nich tylko artykuły pierwszej potrzeby. Gdy dorastałam, moi bracia często wybierali się do niejezydzkich wiosek, by trochę zarobić dorywczymi pracami. Jednak na wzajemnych relacjach ciążyły wieki nieufności – było nieprzyjemnie, gdy zaproszony na wesele muzułmański gość odmawiał naszego jedzenia, nawet jeśli robił to bardzo uprzejmie – ale istniała też autentyczna przyjaźń. Ta zażyłość ciąg­nęła się wstecz przez pokolenia, przetrwała panowanie otomańskie, kolonizację brytyjską, Saddama Husajna i okupację amerykańską. W Koczo byliśmy szczególnie znani z bliskich relacji z sunnickimi wioskami.

Jednak kiedy w Iraku toczyły się walki, a niemal zawsze tak było, te wioski jakby napierały na nas, mniejszych jezydzkich sąsiadów, a stare przesądy z łatwością krzepły, zmieniając się w nienawiść. Często z tej nienawiści rodziła się przemoc. Przez co najmniej dziesięć ostatnich lat, odkąd Irakijczycy zostali pchnięci do wojny z Amerykanami, która rozpoczęła się w roku 2003 i w szybkim tempie przerodziła w bardziej brutalne, lokalne walki, a wreszcie w pełni rozwinięty terroryzm, bardzo się od siebie oddaliliśmy. W sąsiednich wioskach zaczęto udzielać schronienia ekstremistom, którzy denuncjowali chrześcijan i muzułmanów niesunnitów i, co gorsza, uważali Jezydów za kafirów, czyli „niewiernych” zasługujących na śmierć. W roku 2007 kilku takich ekstremistów wjechało ciężarówką z paliwem i trzema innymi samochodami do tłumnych centrów dwóch jezydzkich miast położonych około piętnastu kilometrów na północ od Koczo, a następnie wysadziło te pojazdy, zabijając setki ludzi, którzy pospieszyli w ich kierunku, sądząc, że przywożą jakieś towary do sprzedania na targu.

Jezydyzm jest starożytną monoteistyczną religią, której nauki są przekazywane ustnie przez świętych mężów. Chociaż jezydyzm ma wspólne elementy z wieloma religiami Bliskiego Wschodu, począwszy od mitraizmu i zaratusztrianizmu po islam i judaizm, jest jedyny w swoim rodzaju, a objaśnianie jego specyfiki może sprawiać trudność nawet świętym mężom, którzy przechowują w pamięci nasze historie. Myślę o swojej religii jako o starożytnym drzewie o tysiącach słojów, z których każdy opowiada jakiś wycinek długiej historii Jezydów. Niestety wiele z tych opowieści jest tragicznych.

Dziś jest na świecie zaledwie około miliona Jezydów. Tak długo, jak żyję – i, jak wiem, przez długi czas przed moimi narodzinami – to właśnie religia nas określała i utrzymywała jako wspólnotę. Ale również czyniła obiektem prześladowań większych grup, od Osmanów po baasistów Saddama, którzy nas atakowali albo próbowali przymusić do poddaństwa. Poniżano naszą religię, mówiąc, że czcimy diabła albo że jesteśmy nieczyści, żądano, byśmy wyrzekli się swej wiary. Wiele pokoleń Jezydów przetrwało ataki. Zamierzano nas unicestwić, zabijając, zmuszając do zmiany wyznania albo po prostu wypędzając z naszej ziemi i odbierając cały dobytek. Przed rokiem 2014 próbowano nas zniszczyć siedemdziesiąt trzy razy. Ataki na Jezydów określaliśmy osmańskim terminem firman, zanim poznaliśmy słowo ludobójstwo.

Kiedy usłyszeliśmy żądanie okupu za dwóch porwanych rolników, w wiosce zapanowała panika. Porywacze zadzwonili do ich żon i zażądali czterdziestu tysięcy dolarów. „Albo chodźcie tutaj ze swoimi dziećmi, to będziecie mogli nawrócić się na islam całą rodziną”. A jak nie, to mężczyźni zostaną zabici. Żony porwanych pobiegły z płaczem do naszego muchtara, czyli naczelnika wioski, Ahmeda Jasso. Czterdzieści tysięcy dolarów to nieosiągalna kwota, ale to były tylko pieniądze, a wszyscy wiedzieliśmy, że ci dwaj rolnicy prędzej umrą, niż zmienią wiarę. Tak więc mieszkańcy wioski szlochali z ulgi, gdy wkrótce, późno w nocy, porwanym udało się uciec przez wybite okno. Przebiegli przez pola jęczmienia i zjawili się w swych domach żywi, zakurzeni i dyszący z przerażenia. Ale na tych porwaniach się nie skończyło.

Wkrótce potem Diszan, mężczyzna zatrudniony przez moją rodzinę Taha, został uprowadzony z pastwiska w pobliżu góry Sindżar, gdzie pilnował naszych owiec. Zgromadzenie stada zajęło mojej matce i braciom wiele lat, podczas których kupowali i hodowali owce, każda z nich się liczyła. Byliśmy dumni z naszych owiec, trzymaliśmy je na podwórzu, kiedy nie pasły się poza wsią, traktowaliśmy je niemal jak zwierzaki do towarzystwa. Doroczna strzyża była prawdziwym świętem. Uwielbiałam ten rytuał, gdy miękka wełna opadała na ziemię w stosach przypominających chmury, piżmową woń, która wypełniała wtedy nasz dom, ciche, bierne pobekiwanie owieczek. Tak dobrze spało mi się pod grubymi kołdrami, które moja matka Szami robiła z wełny, wypychając nią powłoczki z kolorowych tkanin. Czasami tak się przywiązywałam do któregoś z jagniąt, że musiałam wychodzić z domu, kiedy przyszedł czas, by je zarżnąć. Kiedy porwano Diszana, mieliśmy ponad sto owiec – dla nas to była fortuna.

Przypominając sobie kurę i kurczęta, które zostały zabrane razem z rolnikami, mój brat Said popędził rodzinnym pikapem do podnóża góry Sindżar, by sprawdzić, co z owcami. Teraz, po utwardzeniu drogi, jazda zajmowała tylko dwadzieścia minut.

– Na pewno je zabrali – biadaliśmy. – Te owce są całym naszym dobytkiem.

Później, gdy Said zadzwonił do matki, był wyraźnie zaskoczony. Oznajmił, że porywacze zabrali tylko dwie owce, starego, powolnego tryka i jagnię płci żeńskiej. Reszta stada skubała z zadowoleniem brązowozieloną trawę, a potem podążyła za moim bratem do domu. Tak nam ulżyło, że wybuchliśmy śmiechem. Jednak Elias, mój najstarszy brat, dalej się martwił.

– Nic z tego nie rozumiem – powiedział. – Ci wieśniacy nie są bogaci. Dlaczego zostawili owce? – Uważał, że to coś znaczy.

Dzień po porwaniu Diszana w Koczo zapanował chaos. Mieszkańcy wsi zbierali się w grupki przed drzwiami domów i razem z mężczyznami, którzy na zmianę pełnili dyżury na nowym posterunku tuż za murami naszej wsi, wypatrywali obcych samochodów przejeżdżających przez Koczo. Hezni, jeden z moich braci, wrócił z Sindżaru, gdzie pracował jako policjant, i dołączył do mężczyzn, którzy głośno spierali się o to, co dalej robić. Wuj Diszana chciał się zemścić i postanowił zorganizować wypad do wioski położonej na wschód od naszej, którą rządził ród konserwatywnych sunnitów.

– Porwiemy dwóch z ich pasterzy – obwieścił z wściekłością. – Wtedy będą musieli oddać Diszana!

Plan był ryzykowny, więc nie wszyscy popierali wuja Diszana. Nawet moi bracia, którzy odziedziczyli po ojcu dzielność i byli skorzy do walki, mieli różne opinie na ten temat. Said, tylko kilka lat starszy ode mnie, często fantazjował o dniu, w którym wreszcie zdoła dowieść swego męstwa. Opowiadał się za zemstą, podczas gdy Hezni, starszy o dziesięć lat i najbardziej wrażliwy z nas wszystkich, uważał, że to zbyt niebezpieczne. Jednak wuj Diszana i tak zebrał tylu popleczników, ilu zdołał, i porwał dwóch arabskich pasterzy, sunnitów, po czym przywiózł ich do Koczo, zamknął w swoim domu i czekał.

Większość miejscowych sporów była rozwiązywana przez Ahmeda Jasso, naszego praktycznego i dyplomatycznego muchtara, a ten podzielał zdanie Hezniego.

– Nasze stosunki z sunnickimi sąsiadami i tak są już napięte – powiedział. – Kto wie, co zrobią, jeśli zaczniemy z nimi walczyć.

Poza tym ostrzegł nas, że sytuacja poza Koczo jest o wiele gorsza i bardziej skomplikowana, niż nam się zdaje. Ugrupowanie, które okrzyknęło się Państwem Islamskim, a narodziło się w Iraku i potem w ciągu ostatnich kilku lat wzrosło w siłę w Syrii, opanowało ostatnio wioski położone tak blisko nas, że mogliśmy liczyć odzianych na czarno bojowników, kiedy kursowali ciężarówkami po okolicy. To oni zatrzymali naszego pasterza, powiedział muchtar.

– Tylko pogorszysz sprawę – ostrzegł Ahmed Jasso wuja Diszana.

Tak więc zaledwie pół dnia po porwaniu sunniccy pasterze zostali uwolnieni. Diszan nadal pozostał w rękach porywaczy.

Ahmed Jasso był mądrym człowiekiem, a jego rodzina miała za sobą kilkadziesiąt lat doświadczenia w negocjacjach z rodami Arabów sunnitów. Wszyscy mieszkańcy wioski zwracali się do rodziny Jasso ze swoimi problemami, a poza Koczo była ona znana z talentów dyplomatycznych. Jednak niektórzy z nas zastanawiali się, czy tym razem Jasso nie okazał zbytniej uległości, wysyłając terrorystom wiadomość, że Jezydzi nie będą się bronić. W tym czasie przed ISIS chronili nas tylko kurdyjscy bojownicy z Iraku, zwani peszmergami, którzy zostali przysłani z Kurdyjskiego Okręgu Autonomicznego. Mieli strzec Koczo przed ISIS, które dwa miesiące wcześniej zdobyło Mosul. Traktowaliśmy peszmergów jak gości honorowych. Spali na siennikach w naszej szkole i co tydzień inna rodzina zabijała jagnię, by ich żywić, co było wielkim poświęceniem ze strony biednych wieśniaków. Ja również patrzyłam z podziwem na tych bojowników. Słyszałam o Kurdyjkach z Syrii i Turcji, które walczyły z terrorystami i nosiły broń, a na myśl o nich sama czułam się dzielna.

Niektórzy ludzie, a wśród nich kilku z moich braci, sądzili, że powinniśmy mieć prawo do obrony. Chcieli dyżurować na posterunkach i brat Ahmeda Jasso, Naif, próbował przekonać władze kurdyjskie, by pozwoliły im stworzyć oddział jezydzkich peszmergów, ale go zignorowano. Nikt nie chciał szkolić jezydzkich mężczyzn ani zachęcać ich, by przystąpili do walki z terrorystami. Peszmergowie zapewniali, że dopóki są u nas, nie mamy się czym martwić, że są tak samo zdeterminowani, by bronić Jezydów, jak stolicy irackiego Kurdystanu. „Prędzej pozwolimy, by upadł Irbil niż Sindżar”, twierdzili. Mówiono nam, byśmy im ufali, więc tak robiliśmy.

Ale i tak większość rodzin w Koczo trzymała w domach broń – toporne kałasznikowy i duże noże używane do zarzynania zwierząt w czasie świąt. Wielu Jezydów, łącznie z tymi spośród moich braci, którzy byli wystarczająco dorośli, po 2003 roku zatrudniło się w patrolach granicznych albo w policji, kiedy tylko te stanowiska stały się dla nich dostępne. Mieliśmy pewność, że dopóki przeszkoleni bojownicy strzegą granic Koczo, dopóty nasi mężczyźni zdołają obronić swoje rodziny. Bądź co bądź to właśnie ci mężczyźni, a nie peszmergowie zbudowali własnymi rękami okopy wokół naszej wsi po atakach w roku 2007, to mężczyźni z Koczo patrolowali je za dnia i w nocy przez okrągły rok, zatrzymywali samochody na prowizorycznych posterunkach i przyglądali się obcym, dopóki nie poczuliśmy się na tyle bezpiecznie, by wrócić do normalnego życia.

Porwanie Diszana wywołało wśród nas panikę. Jednak peszmergowie nie kiwnęli palcem, by nam pomóc. Może uważali, że to tylko drobna sprzeczka między wioskami, a więc nie powód, dla którego Masud Barzani, prezydent Regionu Kurdystanu wysłał ich z bezpiecznych rejonów Kurdystanu do niechronionego rejonu Iraku. A może bali się tak samo jak my. Kilku peszmergów wyglądało na niewiele starszych od Saida, najmłodszego syna mojej matki. Wojna jednak zmienia ludzi, zwłaszcza mężczyzn. Jeszcze nie tak dawno Said bawił się ze mną i naszą bratanicą Kathrine na podwórzu, bo był zbyt mały, by wiedzieć, że chłopcy nie powinni lubić lalek. Później Said zaczął mieć obsesję na punkcie wojny, która rozpętała się w Iraku i Syrii. Pewnego dnia przyłapałam go, gdy oglądał na komórce filmiki pokazujące, jak Państwo Islamskie ścina ludziom głowy. Ku mojemu zdumieniu podniósł drżącą ręką telefon, żebym ja też mogła na to popatrzeć. Kiedy nasz starszy brat Masud wszedł do pokoju, wpadł we wściekłość. „Jak mogłeś pozwolić, by Nadia to oglądała!” – wrzasnął na Saida, który skulił się ze strachu. Było mu przykro, ale ja zrozumiałam, dlaczego to zrobił. Trudno było odwrócić oczy od makabrycznych scen, które zdarzały się tak blisko naszego domu.

To, co widziałam na filmiku, znów stanęło mi przed oczami, kiedy myślałam o naszym biednym, przetrzymywanym w niewoli pasterzu. Jeśli peszmergowie nie pomogą nam odbić Diszana, będę musiała coś zrobić, pomyślałam i wbiegłam do naszego domu. Byłam pupilką rodziny, najmłodszą z jedenastki rodzeństwa i do tego dziewczynką. Jednak przywykłam mówić wszystko bez ogródek i byłam przyzwyczajona, że mnie słuchano, a poza tym gniew dodaje sił.

Nasz dom stał na północnym krańcu wioski. Był to parterowy budynek zbudowany z glinianych cegieł suszonych na słońcu, złożony z pomieszczeń połączonych, niby korale w naszyjniku, w jeden szereg otworami wejściowymi bez drzwi, wychodzącymi na wielkie podwórze, z ogrodem warzywnym, piecem chlebowym zwanym tandoor, gdzie często łaziły kury i owce. Mieszkałam tam z moją matką, sześcioma z ośmiu braci i dwiema siostrami oraz dwiema bratowymi i dziećmi, które miały z moimi braćmi, w bliskiej, możliwej do pokonania na piechotę odległości od pozostałych rodzonych braci, przyrodnich braci i sióstr oraz większości ciotek, wujów i kuzynów. W zimie, kiedy padało, dach przeciekał, a latem w środku było gorąco jak w piecu, więc wdrapywaliśmy się po schodkach na dach i tam spaliśmy. Kiedy jedna część dachu się zapadała, łataliśmy ją kawałkami blachy wygrzebanej w warsztacie mechanicznym Masuda, a kiedy potrzebowaliśmy więcej przestrzeni, robiliśmy dobudówki. Oszczędzaliśmy na nowy dom, trwalszy budynek z cementowych bloków, i z każdym dniem byliśmy coraz bliżej osiągnięcia celu.

Weszłam do domu i pobiegłam do pokoju, który dzieliłam z innymi dziewczętami, gdzie było lustro. Owijając wokół głowy jasny szal, który zwykle zawiązywałam, by włosy nie opadały mi na oczy, gdy schylałam się nad rządkami warzyw, próbowałam sobie wyobrazić, co może robić bojownik, by przygotować się do walki. Lata pracy na roli sprawiły, że byłam silniejsza, niż się zdawało na pierwszy rzut oka. Mimo to nadal nie miałam pojęcia, co bym zrobiła na widok porywaczy albo ludzi z ich wioski przejeżdżających przez Koczo. Co bym im powiedziała? „Terroryści zabrali naszego pasterza i pojechali do waszej wioski – mówiłam do lustra z gniewną miną. – Mogliście ich powstrzymać. Powiedzcie przynajmniej, gdzie go zabrano”. Wyszłam na podwórze, wzięłam drewniany kij podobny do tych, których używali pasterze, i znów podeszłam do drzwi wejściowych, gdzie stało kilku moich braci. Byli tak pogrążeni w rozmowie, że prawie nie zauważyli, kiedy się do nich przyłączyłam.

Kilka minut później na głównej drodze pojawiła się biała furgonetka z wioski porywaczy. Dwóch mężczyzn siedziało z przodu, a dwóch z tyłu. Byli to Arabowie, znani mi z widzenia, pochodzący z sunnickiego rodu, który porwał Diszana. Patrzyliśmy, jak furgonetka wlecze się krętą drogą gruntową biegnącą przez całą wieś. Jechali powolutku, jakby się w ogóle nie bali. Nie mieli powodu, by przejeżdżać przez Koczo – Sindżar i Mosul łączyły drogi omijające wieś – ich obecność zakrawała więc na szyderstwo. Wyrwałam się spośród krewnych i wybiegłam na środek drogi, stając na trasie przejazdu ciężarówki.

– Stop! – zawołałam, wywijając kosturem nad głową, by zrobić wrażenie potężnej. – Powiedzcie nam, gdzie jest Diszan.

Trzeba było połowy mojej rodziny, by mnie unieruchomić.

– Co ty wyprawiasz? – zrugał mnie Elias. – Chciałaś ich zaatakować? Wybić im przednią szybę?

Wraz z częścią rodzeństwa wrócił właśnie z pola. Byli zmęczeni i cuchnęli cebulą, którą wyrywali. Moja próba wzięcia odwetu za Diszana wydała im się dziecinnym wybuchem. Matka też się zdenerwowała, słysząc, że wybiegłam na drogę. W normalnych okolicznościach tolerowała mój charakter i nawet bawiła ją moja porywczość, ale w ostatnich dniach wszyscy byli bardzo rozdrażnieni. Zresztą niebezpiecznie było zwracać na siebie uwagę, szczególnie będąc młodą, niezamężną kobietą.

– Chodź tutaj, siadaj – powiedziała matka surowo. – Jak ci nie wstyd tak się zachowywać, Nadia, to nie twoja sprawa. Mężczyźni się tym zajmą.

Życie toczyło się dalej. Irakijczycy, a zwłaszcza Jezydzi i inne mniejszości, potrafią się przystosowywać do nowych zagrożeń. To konieczne, jeśli ktoś próbuje prowadzić w miarę normalne życie w kraju, który zdaje się rozpadać. Czasami to przystosowanie było raczej niewielkie. Odsuwaliśmy na bok swoje marzenia – by ukończyć szkołę, rzucić pracę na roli na rzecz mniej męczącego zajęcia, urządzić wesele we właściwym czasie – bez trudu wmawiając sobie, że i tak są nieosiągalne. Czasami przystosowanie następowało powoli, niemal niezauważenie. Przestawaliśmy rozmawiać z muzułmańskimi uczniami w szkole albo ktoś wciągał nas ze strachem do domu, gdy jakiś obcy przechodził przez wieś. Oglądaliśmy w telewizji wiadomości o różnych atakach i zaczęliśmy bardziej interesować się polityką. Albo całkowicie odcinaliśmy się od polityki, czując, że najbezpieczniej jest siedzieć cicho. Po każdym nowym ataku mężczyźni wzmacniali okop wokół wioski, zaczynając od zachodu, od strony Syrii, aż wreszcie pewnego dnia obudziliśmy się i ujrzeliśmy, że wał ziemny całkowicie nas otacza. Wtedy, ponieważ nadal nie czuliśmy się bezpieczni, mężczyźni wykopali jeszcze rów wokół wsi.

W ciągu wielu pokoleń zdążyliśmy przywyknąć do różnych przykrości i niesprawiedliwości, aż wreszcie stały się tak powszednie, że je ignorowaliśmy. Może dlatego akceptowaliśmy pewne obraźliwe zachowania, takie jak odmowa poczęstunku, co prawdopodobnie było uznane za dużą zniewagę przez tych, którzy pierwszy raz się z czymś takim spotkali. Jezydzi przywykli nawet do tego, że w każdej chwili grozi im kolejny firman, chociaż to przystosowanie przypominało raczej skurcz. Było bolesne.

Diszan nadal pozostawał w niewoli, a ja wraz z rodzeństwem wróciłam na pola cebulowe. Tam nic się nie zmieniło. Warzywa, które zasadziliśmy kilka miesięcy wcześniej, już wyrosły; gdybyśmy ich nie wyrwali, nikt by tego nie zrobił. Gdybyśmy ich nie sprzedali, nie mielibyśmy pieniędzy. Tak więc wszyscy uklękliśmy rzędem obok splątanych zielonych szczypiorów i wyrywaliśmy z ziemi po kilka główek naraz, a potem wkładaliśmy do worków z plastikowej siatki, gdzie miały pozostać, aż dojrzeją i przyjdzie czas, by zawieźć je na sprzedaż. Czy w tym roku zawieziemy je do muzułmańskich wiosek, zastanawialiśmy się, nie znajdując odpowiedzi. Kiedy ktoś z nas wyciągał czarną, cuchnącą, okropnie zgniłą cebulę, zatykaliśmy z jękiem nos i przesuwaliśmy się dalej.

Ponieważ robiliśmy to, co zawsze, towarzyszyły temu plotki i żarciki, opowiadaliśmy też sobie historie, które słyszeliśmy już z milion razy. Moja siostra Adki, rodzinny błazen, przypomniała, jak wyglądałam, kiedy próbowałam ścigać tamten samochód – chuda wiejska dziewczyna z chustą opadającą na oczy, wymachująca kijem nad głową – i wszyscy niemal tarzaliśmy się ze śmiechu. Urządziliśmy też sobie konkurs, kto zbierze najwięcej cebul, tak jak przed miesiącami rywalizowaliśmy o to, kto posadzi najwięcej cebulek. Kiedy słońce zaczęło zachodzić, wróciliśmy do domu, gdzie matka czekała na nas z kolacją. Zjedliśmy posiłek na podwórzu, a potem leżeliśmy blisko siebie na materacach rozłożonych na dachu domu, patrząc na księżyc i szepcząc, aż zmęczenie zmogło wreszcie całą rodzinę.

Dlaczego porywacze ukradli zwierzęta – kurę, kurczaki oraz dwie owce – dowiedzieliśmy się niecałe dwa tygodnie później, kiedy ISIS zajęło Koczo i większość regionu Sindżar. Bojownik, który uczestniczył w zaganianiu wszystkich mieszkańców Koczo do budynku miejscowej szkoły, wyjaśnił później znaczenie tych kradzieży kilku miejscowym kobietom.

– Myślicie, że zjawiliśmy się nie wiadomo skąd, ale przecież przesłaliśmy wam wiadomość – mówił, a karabin bujał się u jego boku. – Kurę i kurczaki wzięliśmy jako zapowiedź, że zabierzemy wasze kobiety i dzieci. Wzięcie tryka zapowiadało zabranie naczelników waszych rodów, a zabicie go, że zamierzamy ich zabić. A jagnię oznaczało wasze dziewczęta.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

WSTĘP

CZĘŚĆ I

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ 5

ROZDZIAŁ 6

ROZDZIAŁ 7

ROZDZIAŁ 8

ROZDZIAŁ 9

ROZDZIAŁ 10

CZĘŚĆ II

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ 5

ROZDZIAŁ 6

ROZDZIAŁ 7

ROZDZIAŁ 8

ROZDZIAŁ 9

ROZDZIAŁ 10

ROZDZIAŁ 11

ROZDZIAŁ 12

CZĘŚĆ III

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ 5

ROZDZIAŁ 6

ROZDZIAŁ 7

ROZDZIAŁ 8

ROZDZIAŁ 9

ROZDZIAŁ 10

ROZDZIAŁ 11

EPILOG

Spis treści

WSTĘP

CZĘŚĆ I ROZDZIAŁ 1

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Ostatnia dziewczyna. O mojej niewoli i walce z Państwem Islamskim 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran