Tajemna historia czarownic

Tajemna historia czarownic

Autorzy: Louisa Morgan

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 19.90 zł

Wielka saga historyczna przedstawiająca dzieje pięciu pokoleń obdarzonych niezwykłymi mocami matek i córek, dla których magiczne dziedzictwo jest zarazem niebezpiecznym zagrożeniem i wyjątkowym darem.

Bretania, 1821 rok. Kiedy grand-mère Ursule oddaje życie, by uratować rodzinę, wydaje się, że magia umiera razem z nią.

Mimo to kobiety z rodu Orchire walczą o zachowanie tradycji, powtarzają na wpół zapomniane zaklęcia i rytuały w nadziei na ich odrodzenie. A kiedy najmłodsza córka osiąga odpowiedni wiek, magia powraca. Kolejne pokolenia dokładają starań, by nie tylko posiąść moce, ale też utrzymywać je w ukryciu.
Kiedy jednak na horyzoncie pojawia się groźba II wojny, magia staje się bardziej potrzebna niż kiedykolwiek − i nie chodzi wyłącznie o proste eliksiry czy wizje, ale o zmianę historii świata.

Epicka w zakresie i niezwykle czuła w portretowaniu matek i córek... Polecana dla wielbicielek Nory Roberts i czytelniczek feministycznej fantasy.
„Booklist”

Miłośnicy historii docenią rzetelnie zebrane materiały, wielbiciele romansów znajdą bogactwo tragicznych wątków.
„Kirkus”

Cudowna. Piękna pokoleniowa opowieść, przypominająca nieco "Totalną magię". Osadzona w realiach i prawdziwa, a równocześnie bolesna i dająca nadzieję.
Laure Eve, autorka "Uroku Grace’ów"

Poruszając wielopokoleniowa saga o silnych kobietach, które dokładają wszelkich starań, by uwolnić świat przed tyranią. Wysoce satysfakcjonujące i magiczne dzieło stworzone z wielkim talentem.
Carol Goodman, autorka "Lake of Dead Languages"

Równocześnie epicka i intymna, "Tajemna historia czarownic" zręcznie przedstawia największą ze wszystkich magię: miłość matek i córek.
Jordanna Max Brodsky, autorka "Immortals"

Słowa Morgan przeniosą was do czasu magii, miłości i straty. Trzymajcie się i rozkoszujcie tą hipnotyzującą podróżą.
Tish Thawer, nagrodzona autorka serii "Witches of BlackBrook"

Zniewalająca podróż przez czas i serca kobiet obdarzony mocami, które muszą ukrywać. Głęboko poruszająca i bogata opowieść. Tajemnica się wydała. Oto, jak to się stało.
Kay Kenyon, autorka "At the Table of Wolves"

Epicka gonitwa, która trzymała mnie w napięciu od początku do końca. Niezwykle bezkompromisowa i wzruszająca, acz pozbawiona ckliwości, "Tajemna historia czarownic" was zauroczy.
Michael Bishop

Poruszająca opowieść o matkach i córkach starających się przetrwać i zachować swoje moce we wrogim świecie. Pełna miłości i zdrady, szczęścia i koszmarów, nie pozwoli wam oderwać się od lektury długo w noc.
Melissa Lenhardt, autorka "Sawbones"

Wspaniała rodzinna saga bogata w szczegóły historyczne i nasiąknięta magią. Nie będziecie chcieli, żeby się skończyła.
Sharon Shinn

"Tajemna historia czarownic" to saga rodzinna opowiadająca o sile wszystkich kobiet oraz o różnicy, jaką może spowodować jedno prawdziwe serce − nie tylko dla siebie, ale dla świata.
Marci Jefferson, autorka "Girl on the Golden Coin"

Louisa Morgan to pseudonim.

Tytuł oryginału

A SECRET HISTORY OF WITCHES

copyright © 2017 by Louise Marley

All rights reserved

Projekt okładki

Joanna Wasilewska

Zdjęcie na okładce

© Sandra Cunningham/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Redakcja

Joanna Habiera

Korekta

Jolanta Tyczyńska

Bożena Hulewicz

ISBN 978-83-8123-719-2

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

Pamięci mojej matki

June Margaret Bishop Campbell.

Niechaj Twoja linia nigdy się nie kończy.

1821

Warstwy chmur szarych jak wystygłe węgielki przesuwały się to tu, to tam, falowały jak morze pod spodem, zasnuwały księżyc i gwiazdy, okrywały mrokiem plażę i biegnący wzdłuż niej trakt. Za nim, na polu stojących kamieni, grupa wozów stoczyła się wokół małego ogniska. Jego światło odbijało się w niespokojnych twarzach ludzi i w ślepiach odpoczywających koni. Niewidoczne morze pluskało i syczało, poza tym ciszę mąciło tylko trzaskanie palącego się drewna. Płomienie rzucały drżącą poświatę na menhiry, przez co kamienie zdawały się opuszczać swe niezmienne od wieków miejsca w szeregu, kołysząc się niczym duchy nocą. Mała Nanette pisnęła i schowała buzię w szorstkiej sukni swojej siostry Louisette. Starsi członkowie rodziny Orchiére nerwowo oglądali się przez ramię i wzajemnie na siebie popatrywali.

Dwa kamienie, które upadły na bok wieki temu, utworzyły palenisko, w którym upiekły się dwa króliki, sycząc i kapiąc tłuszczem na żar. Po królikach nie został już ślad, mięso zjedzono, kości zakopano w popiołach. Jedna z kobiet dołożyła do ognia i cofnęła się, aby zrobić miejsce babce.

Grand-mère Ursule obeszła palenisko z kamiennym dzbanem wypełnionym słoną wodą. Mrucząc do siebie, spryskiwała ziemię. Skończywszy, wycelowała dębowy kostur w niebo i szeptem wyrzuciła z siebie strumień słów. Klan obserwował w pełnym napięcia milczeniu, jak kładzie kostur i z płóciennej torby wyciąga swój wieszczy kamień. Trzymając go oburącz, weszła w święty krąg i uniosła kamień, by oświetlały go płomienie ogniska.

Kamień był kryształem wykopanym na brzegu rzeki przez babkę babki grand-mère. Czubek pocierano i polerowano, aż nabrał obłego kształtu, podstawę stanowił surowy granit tak samo poszarpany jak w dniu, gdy wyłonił się z błota.

Kamień żarzył się na czerwono, błyskał światłem, jakby płonął w środku. Wyglądał niczym ognie piekielne, których tak obawiali się chrześcijanie, i rzucał refleksy na pobrużdżoną twarz grand-mère, lśnił w jej czarnych oczach. Nanette oderwała głowę od sukni siostry i zerknęła, ale zaraz znowu się schowała, przerażona, że płonący kryształ sparzy dłonie babki.

Ursule mruczała śpiewnie, obracając kamień i szukając kąta, pod którym najlepiej widać jego wnętrze. Jej niesamowity głos przyprawiał zgromadzonych o gęsią skórkę. Była najpotężniejszą z czarownic, dziedziczką całej mocy rodu Orchiére, i obserwowanie jej budziło pełen grozy podziw nawet w najbliższych.

Ludzie poruszyli się, niespokojnym wzrokiem mierząc trakt prowadzący ze wsi Carnac. Kobiety cmoknęły językami, w ciemności przyciągnęły do siebie dzieci.

Tej nocy klanowi towarzyszył strach. Wieść o kolejnym stosie dotarła do uszu mężczyzn, kiedy poszli do Carnac-Ville kupić fasolę i soczewicę. Nanette słyszała, jak opowiadają tę historię, choć w pełni zrozumieć ją miała, dopiero gdy dorośnie.

Zdarzyło się to w pobliskim miasteczku Vannes. Powiadano, że niejaki Bernard, młody i ambitny ksiądz, wytropił czarownicę. Wziął na siebie obowiązek sprawdzenia wszelkich znaków, zanim publicznie oskarżył ją na rynku. Złakniony sławy palacza czarownic arcybiskup własnoręcznie przystawił pochodnię do stosu.

W Carnac-Ville wiadomość o spaleniu przyjęto z wielką ekscytacją. Mieszkańcy wioski bili brawo, gdy ojciec Bernard, człowiek o rzadkich rudych włosach i małych oczach w dużej twarzy, pojawił się na targu. Nanette chciała zasłonić sobie uszy, kiedy Claude, który w pośpiechu wrócił z miasteczka, relacjonował wypadki klanowi, ale Louisette odciągnęła jej ręce.

– Musisz tego wysłuchać – oznajmiła. – Musisz wiedzieć.

– Mówią, że nienawidzi czarownic z powodu swojej matki – rzekł Claude.

– Dlaczego? – zapytała Louisette.

– Coś jej urosło w piersiach i umarła w bólach. Bernard oskarżył sąsiadkę, staruchę, która ledwo widzi i słyszy, o rzucenie na nią uroku.

– I nikt nie stanął w jej obronie – odparła Louisette ponuro.

– Nikt. Skazali ją w ciągu godziny.

– Spalili nieszczęśnicę? – zapytała cicho Anne-Marie.

Claude gorzko się zaśmiał.

– Chcieli. Bernard kazał ułożyć stos. Wszystko było gotowe, ale staruszka nocą zmarła w celi.

– Pewnie wcale nie była czarownicą. – Louisette przytuliła małą Nanette, z roztargnieniem klepiąc ją po ramieniu. – On jednak czuje się oszukany.

– Od tamtego czasu poluje na czarownice.

W kręgu zapadła posępna cisza. Dzień chylił się ku końcowi. Pachnący solą zmierzch ukrył koleiny i wyboje traktu, czyniąc podróż przed świtem bardzo ryzykowną.

Lecz teraz także wystawiali się na niebezpieczeństwo. Było ich tylko ośmioro, trzech mężczyzn i pięć kobiet z gromadką dzieci i staruszką. Nic nie mogliby poradzić w starciu z owładniętym szaleństwem motłochem.

Romowie zawsze byli celem, zawsze też zachowywali czujność. Kiedy ludzi ogarniała gorączka krwi, kiedy pożądali odoru palącego się ciała i wrzasków wijących się w bólu nieszczęśnic oskarżonych o czary, ustawały rządy prawa i rozsądku.

– Powinniśmy wyjechać – oznajmił Paul, mąż Anne-Marie.

– Za ciemno – jęknął Claude.

Louisette się z nim zgodziła.

– Niebezpiecznie dla koni.

Wszyscy to rozumieli. Teraz mogli polegać jedynie na mocy grand-mère.

Stara kobieta kołysała się w blasku płomieni. Obłok siwych włosów trzepotał wokół jej głowy. Zmrużyła otoczone zmarszczkami oczy, wpatrując się w kamień. Przypominała menhir, pobrużdżona, bezczasowa, nieodgadniona. Poruszała cienkimi wargami, recytując śpiewnie zaklęcie. Klan drżał ze strachu.

Potem grand-mère umilkła. Zastygła, opuściła kamień dygoczącymi rękami. – Oto jest dom.

– Dom? – rzekła głosem brzmiącym jak struna skrzypiec, która zaraz się zerwie.

Nanette uniosła główkę, by zobaczyć, kto się odezwał. To była Isabelle, najbardziej strachliwa z sześciu sióstr.

Louisette uciszyła ją, podnosząc rękę.

– Gdzie, grand-mère?

– Za morzem – wyjaśniła Ursule. – Nad klifem. Długi i niski, przykryty strzechą, z połamanymi okiennicami. Płot wymaga naprawy. Dalej jest wzgórze i wrzosowisko. – Powieki jej zatrzepotały. Powiodła wzrokiem po twarzach.

– Musicie tam jechać. Wszyscy – dodała ciszej.

– Ale, grand-mère, jak go znajdziemy? – zapytała Florence.

– Po wyspie z zamkiem, która wygląda jak Mont St. Michel, choć nią nie jest. Miniecie wyspę. Popłyniecie łodzią.

Członkowie klanu westchnęli z pokorą. Kiedy Ursule zaglądała w wieszczy kamień, nikt się nie sprzeciwiał. Wiedziała o tym nawet czteroletnia Nanette.

Staruszka opadła na kolana, głowę zwiesiła na piersi. Nanette poruszała się niespokojnie przy boku Louisette, a najstarsza siostra ją uciszyła. Czekali w chłodnej ciemności, nasłuchując pomruków oceanu i od czasu do czasu tupania końskich kopyt o kamienie.

Koło północy chmury nad plażą się rozstąpiły, na krąg wozów padł wąski snop księżycowej poświaty. Połyskiwał na malowanych płótnach, wiszących garnkach i narzędziach, lśnił na znużonych twarzach. Grand-mère się wyprostowała, głośno wciągając powietrze, i gniewnie spojrzała na przerwę w chmurach.

– Zgaście ognisko! – rozkazała.

Jeden z mężczyzn pospiesznie polał płomienie morską wodą z wiadra, które zawsze mieli na podorędziu. Dziecięcy głosik zapytał o powód.

– Bądź cicho, Louis – rzekła grand-mère. – Wszyscy bądźcie cicho.

Sięgnęła po swój worek i przykryła nim wieszczy kamień. Sztywno podniosła się na nogi, potem schyliła się po kostur. Trzymając go oburącz, skierowała kostur w kierunku luki w warstwie chmur. Mruknęła coś, jedną dobitną frazę, która w uszach Nanette zabrzmiała jak „Ukryj nas!”.

Wszyscy, dzieci i dorośli, spojrzeli w górę. Przez długą chwilę nie było reakcji na rozkaz grand-mère, później chmury bardzo powoli zaczęły się przesuwać, nachodzić na siebie, i zakryły rozstęp, jakby to była rana, która musi się zasklepić. Nikt się nie poruszył ani nie przemówił, gdy światło gasło na płótnach wozów. Ognisko było teraz stosem popiołów słabo dymiącym w ciemności.

Oczy przywykły im do mroku i zaczęli widzieć wyraźniej. Morze ucichło, bo odpływ cofnął się z plaży. Wiatr przestał wiać, nawet konie jakby wstrzymały oddech. Gdy nadstawili uszu, wychwycili stłumiony tupot kroków na trakcie, głosy zbliżających się ludzi.

– Grand-mère – mruknęła jedna z sióstr. Nanette myślała, że to Anne-Marie, ale czasami siostry się jej myliły. Była najmłodsza i jako jedyna z całej szóstki nie znała matki, która umarła, wydając ją na świat. – Nie powinniśmy…

– Cisza!

Grand-mère Ursule była drobna i pochylona jak lalka ze skóry i drewna, ale wszyscy znali jej zapalczywość. Mocno ujęła kostur w sękate dłonie i szepnęła coś pod nosem tak cicho, że usłyszeć ją mogli tylko ci, co stali najbliżej. Ostatnie zaklęcie.

Bogini Matko, wysłuchaj żarliwej mej prośby:

Ukryj mój lud przed wzrokiem nikczemnej tej ciżby.

Niechaj bezpiecznie przetrwa okrutne ich groźby.

Louisette zatkała dłonią usta Nanette, by dziewczynka nie płakała, gdy głęboki cień, głębszy od jakiejkolwiek naturalnej ciemności, otulił obozowisko. Kroki przybrały na sile. Ktoś potknął się i zaklął, inni odmawiali modlit­wę monotonnymi głosami. Jedna, dwie osoby się roześmiały. Dotarli do zakrętu traktu prowadzącego wzdłuż pola z menhirami i klan zastygł. Starsze dzieci przytuliły się do ziemi. Mężczyźni przygotowali się na atak.

Miastowi kroczyli niechlujną gromadą. Zrównali się z obozowiskiem, po lewej mając mroczne morze, po prawej stojące kamienie, po czym poszli dalej, nie zmieniając tempa, nie zniżając głosu. Maszerowali, bezmyślny, głodny motłoch w poszukiwaniu ofiary, nieświadomy wozów stojących pomiędzy menhirami i ludzi kucających wokół wygasłego ogniska. Po długiej chwili mieszkańcy Carnac znaleźli się w końcu poza zasięgiem słuchu klanu.

Dopiero wtedy ród swobodnie odetchnął. Porozumieli się gestami, po czym udali się do wozów, by odpocząć, kiedy to możliwe. Mężczyźni szeptali sobie do ucha, układając plan straży. Kobiety utuliły dzieci do snu i wyczerpane same też się położyły.

Lecz grand-mère Ursule pozostała na swoim miejscu. Z kosturem w dłoniach, z oczami utkwionymi w niebie trzymała straż, dopóki księżyc nie schował się za chmurami. Czuwała jeszcze, gdy brzask z wolna wstawał nad rzędem menhirów.

Nikt nie słyszał jej ostatniego oddechu, nie zobaczył, że osunęła się na ziemię, bo mężczyzna pilnujący obozowiska całą uwagę skupił na trakcie. Kobiety, jej wnuczki, spały obok swych dzieci i o jej odejściu dowiedziały się dopiero wtedy, gdy wstały chłodnym rankiem.

To Nanette znalazła stare kości Ursule skulone obok ogniska. Włosy zasłaniały twarz staruszki. Dziewczynka potrząsnęła babkę za ramię, ale nie doczekała się reakcji. Wyciągnęła rączkę i odgarnęła wilgotne od mgły siwe loki.

Ursule oczy miała zamknięte, usta nieznacznie rozchylone. Nanette ostrożnie dotknęła jej policzka – był zimny jak stary wosk. Nabrała powietrza w płuca, by krzyknąć, ale koło niej stanęła Louisette i chwyciła ją za rękę.

– Chut, chut, Nanette. Musimy być cicho.

– Ale grand-mère! – Cichy lament Nanette tłumiły otaczające ich kamienie. – Musimy ją obudzić!

Louisette pochyliła się nad zastygłą postacią.

– Nie, ma petite – powiedziała, wzdychając głęboko. – Nie zdołamy jej obudzić. Grand-mère odeszła.

– Dokąd poszła?

– Nie znam odpowiedzi na to pytanie, Nanette. Nikt z nas nie zna.

– Chcę pójść z nią!

– Nie, ma petite. Nie możesz. Musisz pojechać z nami.

Louisette gestem wezwała męża. Stanął obok niej i patrzył na kruche ciało Ursule. W wilgotnej trawie obok niej leżał kostur, wieszczy kamień obejmowała ręką, jakby umarła, trzymając go.

– Trzeba ją pogrzebać – powiedziała Louisette.

– Pospieszmy się – odparł jej mąż. – Czas ruszać w drogę.

– Qui. D’accord.

Nanette patrzyła, jak owijają Ursule w kołdrę. Grand­-mère nie skarżyła się ani nie próbowała ich odepchnąć, nawet kiedy zakryli jej twarz. Dwaj mężczyźni przynieś­li łopaty i wykopali dół między menhirami. Louisette przywołała Florence i poleciła, żeby zabrała Nanette do wozu i spakowała jej rzeczy. Kiedy znowu wyszły na coraz jaśniejsze światło dnia, Ursule i jej kołdry nie było. Kopczyk szarej ziemi znaczył ślad pośród kamieni.

Nanette chciała zapytać, co się stało, ale twarz najstarszej siostry była złowieszczo posępna. Słowa zamarły na ustach dziewczynki. Przycisnęła do piersi zawiniątko z ubraniami i zamrugała, by odpędzić łzy zagubienia i straty.

Odwiązali konie i klepnęli w zady, by zerwały się do biegu. Wozy zostawili tam, gdzie były, w barwnym kręgu na polu stojących kamieni. Z najcenniejszymi rzeczami w workach i koszach ruszyli pieszo. Louisette wzięła kryształ i grimoire, księgę zaklęć należącą do Ursule. Później Nanette miała się dowiedzieć, że kostur babki pochowano razem z nią, nikt bowiem nie miał takich mocy, by go używać.

Ród Orchiére pozostawił babkę, wielką czarownicę Ursule, która spoczęła samotnie tam, gdzie tylko nieśmiertelne menhiry trzymały straż.

KSIĘGA NANETTE

1

1834

Nanette szarpnęła lejcami i cmoknęła na kuca. Przyspieszył do kłusa, ale po chwili wrócił do zwykłego tempa. Dwukołowy wózek, teraz opróżniony z warzyw i serów, które Nanette sprzedała na sobotnim targu, turkotał na kamiennej drodze biegnącej klifem. Nanette niespokojnie poprawiła się na siedzeniu, zirytowana opieszałością zwierzęcia, ale nie sięgnęła po bicz. Sama wytresowała tego kuca, tylko by się zbuntował, gdyby go wysmagała. Aby zabić czas, recytowała sabaty. Kuc z ciekawością strzygł uszami.

Kiedy przed jej oczami pojawiły się strzechy gospodarstwa Sady, słońce już chowało się za szczytem St Michael’s Mount. Kornwalijski wiatr przenikał przez płaszcz i utkaną w domu suknię. Nanette była zziębnięta, zmęczona i zatroskana. Z obory wyszedł Claude, żeby odprowadzić kuca, ale ledwo zdołała kiwnąć głową szwagrowi.

– Dobry dzień? – zapytał jak zwykle po francusku.

– Ksiądz tam był – zirytowana odpowiedziała po angielsku.

Uniósł brwi.

– Prêtre?

– Ksiądz. Ksiądz! Tyle po angielsku chyba rozumiesz! – Zeskoczyła z dwukołówki i zaczęła wyjmować z niej puste kosze i poskładane worki.

– Ty masz siedemnaście lat, ja czterdzieści. Okaż trochę szacunku.

Westchnęła, ale przeszła na francuski.

– Tak. Był tam ksiądz. Ten ksiądz. Bernard.

Claude nie odpowiedział, ale ponury grymas wiecznie obecny na jego twarzy jeszcze się pogłębił.

Nanette pobiegła przez ogród, otworzyła drzwi do sieni. Ustawiła kosze przy drzwiach i skierowała się do kuchni. W domu było ciepło, od aromatów gęstej zupy z mięsem i świeżego chleba żołądek boleśnie skurczył się jej z głodu, choć ledwo to zauważyła.

Pochylona nad kamiennym zlewem Anne-Marie szorowała rondel. Spojrzała na siostrę.

– Dobry miałaś dzień? – zadała to samo pytanie co wcześniej Claude.

– Nie. – Nanette opadła na krzesło w poczuciu, że wniosła do domu troskę.

– Co się stało? – Louisette podeszła do drzwi spiżarki z miską masła w rękach. Była najstarsza i najwyższa z klanu, nawet mężczyźni nie dorównywali jej wzros­tem. Miała męski głos i często przemawiała jak mężczyzna. Spojrzała karcąco na Nanette.

Nanette oparła brodę na pięści i przeszyła siostrę wzrokiem.

– Nie licząc faktu, że jako jedyna z całej rodziny znam język tego kraju?

– Pierre mówi po angielsku – oznajmiła z typowym dla siebie spokojem Anne-Marie.

– Ale wyjechał, prawda? Tak samo jak George i Louis. Wyjechali, gdy tylko nadarzyła się okazja, i zostawili wszystko na mojej głowie.

Odpowiedziało jej milczenie. Nanette żałowała, że nie może cofnąć swoich słów. Starsze siostry płakały po wyjeździe dzieci, dobrze o tym wiedziała. Ich synowie uciekli, jeden do Szkocji, drugi do Irlandii, trzeci z powrotem do Bretanii, co okazało się decyzją katastrofalną w skutkach.

Fleurette postawiła przed Nanette miskę zupy. Rzadko się odzywała, czasami Nanette zadawała sobie pytanie, czy nadal ma głos, ale teraz krzepiącym gestem dotknęła ramienia młodszej siostry.

– Désolée – mruknęła Nanette. Ze zmęczenia padała z nóg, ale niepotrzebnie dała upust złości. Odkąd sięgała pamięcią, siostry zastępowały jej matkę i ojca. Zdawała sobie sprawę, że się boją, i miały powód. Dorastała, słuchając opowieści o stosach.

– Nanette, opowiedz nam, co się stało – poleciła Loui­sette.

– W Marazin był łowca czarownic.

Siostry wymieniły spojrzenia, napięcie wypełniło pomieszczenie mrokiem, jakby piec na drewno beknął ciemnym dymem.

Ród Orchiére odnalazł gospodarstwo z przepowiedni Ursule, wszystko się zgadzało. Po pełnej udręk podróży w końcu dotarli łodzią do skalistej plaży z widokiem na St Michael’s Mount, miniaturową imitację Mont St. Michel. Dom tulił się do stóp kamienistego wzgórza, dalej rozciągało się wrzosowisko. Gospodarstwo było zrujnowane, dlatego nikt się nie sprzeciwiał, kiedy je zajęli. Wiele miesięcy pracowali, by dom nadawał się do zamieszkania, ogród dawał plony, a zwierzęta w oborze czuły się bezpieczne.

Osiedlenie się stanowiło z ich strony poświęcenie. Ród Orchiére wolał drogę, nową scenerię o każdej porze roku, ukryte miejsca, gdzie w spokoju mogli praktykować dawne zwyczaje. W Kornwalii starsi członkowie klanu pozostawili młodszym naukę angielskiego i tyle kornijskiego, ile było potrzeba. Przez pierwsze dziesięć lat czuli się w Kornwalii bezpiecznie.

A potem, trzy lata temu, pojawił się Bernard. Postawił sobie za cel założenie katolickiej parafii w Penzance, ale w rzeczywistości nadal polował na czarownice. Klan nie potrzebował przepowiedni Ursule, by o tym wiedzieć, i to było błogosławieństwem, magia Ursule odeszła bowiem razem z nią.

– Jedz – zwróciła się Louisette do Nanette. – Potem nam opowiesz. – Przysunęła krzesło z drugiej strony stołu i oparła łokcie o porysowany blat.

Nanette posłusznie podniosła do ust jedną łyżkę gęstej zupy, potem drugą. Mimo wszystko była głodna, a zupa, doprawiona świeżą szałwią i pieprzem, wyśmienita. Wiedziała, że Fleurette wyłowiła dla niej największy kawałek mięsa, jaki udało się jej znaleźć, i posłała siostrze pełen wdzięczności uśmiech. Florence odkroiła kromkę chleba i postawiła maselniczkę koło miski Nanette. Do kuchni na posiłek przyszli mężczyźni. Kobiety ich obsłużyły i przy stole zapadła cisza.

– Najedzona? – Louisette zwróciła się do siostry, kiedy wszyscy skończyli.

Nanette usiadła prosto.

– Tak, dziękuję.

– W takim razie słuchamy.

Nanette strzepnęła z palców okruchy chleba.

– Odezwał się do mnie.

– Naprawdę? – To była Anne-Marie, druga siostra. Zwykle odznaczała się spokojem, ale teraz nawet jej rysy ściągał strach.

– Cały dzień czułam na sobie jego wzrok, nawet kiedy gawędziłam z moją przyjaciółką Meegan. A gdy zaprzęgałam kuca, na oczach wszystkich do mnie podszedł.

Całe Marazion wiedziało, że rodzina Orchiére nigdy nie uczęszczała na anglikańskie nabożeństwa do Świętego Hilarego. Z całą pewnością każdy zauważył Bernarda w jego spłowiałej czarnej sutannie i kapeluszu z płaskim rondem rozmawiającego z dziewczyną z Sadów.

– Co powiedział?

– Cytował Pismo.

– „Nie pozwolisz żyć takiej, która się oddaje czarom” – rzekła Louisette wypranym z emocji tonem.

– Nie, coś innego. – Nanette potarła ogorzałą od wiatru twarz. – Powiedział coś takiego: „Jeżeli jaki mężczyzna albo jaka kobieta będą wywoływać duchy albo wróżyć, będą ukarani śmiercią”1.

– My nie wywołujemy duchów – odezwała się Florence.

Nikt nie zareagował, nie miałoby to sensu, ponieważ dla łowcy czarownic to było nieistotne. Kiedy Louis, jedyny syn Isabelle, wrócił do Bretanii, Bernard go odnalazł i biciem zmusił do zdradzenia miejsca pobytu klanu. Isabelle nie wiedziała, czy Louis żyje, czy umarł.

– Wie o naszym gospodarstwie – dodała Nanette. – Powiedział, że mamy uważać na drodze na klifie, bo jesteśmy pozbawieni opieki Boga.

– Groził – skomentowała Louisette.

Pozostali w milczeniu analizowali ponure wieści przyniesione przez Nanette, ona zaś popijała kozie mleko z miodem od Fleurette. Mogłaby opowiedzieć więcej, opisać, jak ze ściśniętym żołądkiem patrzyła w puste oczy łowcy czarownic, a czując jego kwaśny oddech, myślała o tych diabłach, którymi ją straszył. Mogłaby powiedzieć, że woli już się przechrzcić i mieć to z głowy. Meegan byłaby uradowana i pewnie znalazłyby się inne przyjaciółki.

Ale była zmęczona, a teraz, gdy napełniła brzuch, chciało się jej spać. Nie miała siły dłużej mówić. Marzyła, by zzuć ciężkie buty i zamknąć piekące oczy.

Knot w lampie naftowej przystrzyżono krótko, w kuchni panował kojący półmrok. Jeden z mężczyzn zapalił fajkę, posyłając słodycz jabłoniowego drewna pod krokwie. Niski sufit wiejskiego domu z grubą strzechą na dachu wydawał się przytulny jak stara pierzyna. Nanette pragnęła pójść do łóżka, zanurzyć twarz w poduszce wypełnionej gęsim pierzem, zapomnieć o mężczyźnie, który nienawidził ich tak bardzo, że przeprawił się na drugi brzeg kanału La Manche, by ich dopaść. Który rzucił w nią paciorkami, prowokując, by je złapała, licząc, że sparzą ją w palce.

Oczywiście powinna była go zignorować, lecz tego nie zrobiła. Złapała paciorki i schowała do kieszeni, aby udowodnić, że potrafi.

Dopiła mleko, podziękowała Fleurette i wstała od stołu.

– Bonne nuit – powiedziała.

Claude podniósł zgrubiałą od pracy dłoń.

– Attendez. Kobiety, żadnych obrzędów.

Louisette zwróciła się do męża:

– Pourquoi?

– On nas szpieguje. On i ten drugi ksiądz od Świętego Hilarego. Lepiej mieć się na baczności.

– Nikt nas nie widzi, gdy wchodzimy na kamienne wzgórze.

– Może akurat przejeżdżać wędrowny kramarz. Albo sąsiad wpadnie z wizytą.

– Phi! Sąsiedzi nigdy nas nie odwiedzają.

Nieruchoma twarz Claude’a ani drgnęła.

– Nie kłóć się.

Louisette zacisnęła usta, wstała i w milczeniu odeszła od stołu. Pozostałe, Anne-Marie, Isabelle i stare panny, bliźniaczki Florence i Fleurette, spuściły wzrok.

Nanette wzruszyła ramionami, zbyt wyczerpana, żeby się tym przejąć. Powlokła się do swojej sypialni na tyłach domu. Zamknęła drzwi, kopniakami zrzuciła buty i rozebrała się, po czym zostawiła stos ubrań na podłodze. Paciorki nadal były w kieszeni jej spódnicy, ze zmęczenia o nich zapomniała. Na wpół śpiąc, wciągnęła koszulę nocną przez głowę.

Kiedy za ramię potrząsnęła ją twarda dłoń Louisette, śnił się jej koszmar. Jechała dwukółką po klifie, po prawej mając morze i śmiertelne urwisko nad kamienną plażą, po lewej puste wrzosowisko, i ścigał ją łowca czarownic. Nie widziała go, ale wiedziała, że tam jest. Nie potrafiła zmusić kuca do cwału. Ręce ją bolały od trzymania lejców, nogi drżały z pośpiechu, podczas gdy kuc wlókł się w zwykłym tempie, łowca czarownic zaś był coraz bliżej. Dłoń siostry stała się dłonią księdza spadającą na jej ramię. Nanette ocknęła się, krzycząc z przerażenia.

Louisette zamknęła jej usta palcami.

– Cicho! – syknęła. – Bo cię usłyszą.

Nanette z drżeniem oprzytomniała. Louisette poluźniła uchwyt.

– Kto? Kto mnie usłyszy?

– Claude, Paul, Jean.

– Co się dzieje?

Louisette podniosła suknię z podłogi i rzuciła siostrze.

– Idziemy do świątyni. Jeśli Claude się zorientuje, zabroni nam.

Nanette usiadła. Za oknem gwiazdy migotały na wymiecionym wiatrem niebie. Wczesny mróz zbliżającego się sabatu Samhain namalował otoczki na szybie. Nanette drżała z zimna, gdy zdejmowała koszulę i wciągała ubranie. Louisette znalazła pończochy i podała jej. W mroku jej oczy lśniły jak czarne kamienie.

Nanette znowu zadrżała.

– Dlaczego, Louisette? – szepnęła.

– Chcemy spróbować zaklęcia na odwrócenie złego losu.

– Ale Claude…

– Phi! Mężczyźni nie mają pojęcia o magii.

Z butami w dłoniach Nanette poszła na palcach za siostrą ciemnym korytarzem do kuchni. Pozostałe kobiety czekały na ganku, tak opatulone szalami i płaszczami, że trudno je było odróżnić. Nanette wsunęła stopy w buty, z rzędu wieszaków zdjęła pierwszy lepszy płaszcz. Któraś – wydawało się jej, że Isabelle – podała jej wełniany szal. Owinęła go wokół szyi, tymczasem siostry bezszelestnie wychodziły przez boczne drzwi do ogrodu.

Wspinaczka na skaliste wzgórze, w świetle dnia tak znajoma, w mroku była niebezpieczna. Kapryśne światło gwiazd lśniło zdradziecko na kamieniach, a maszerujące kobiety mogły się potknąć o skryte w ciemnościach jeżyny. Prowadziła Anne-Marie, za nią szły bliźniaczki, dalej Isabelle, która niosła koszyk z nową świecą i słojem słonej wody, Louisette i zamykająca orszak Nanette. Ze znużeniem pięła się w górę. Za kilka godzin kozy beczeniem zaczną domagać się dojenia. Chciała się pożalić, że nie widzi sensu w tej wyprawie, że powinny poczekać na sabat Samhain, ale zatrzymała te myśli dla siebie. Kiedy Louisette coś postanowiła, wszelkie argumenty były marnowaniem energii.

Kiedy zajęli Sady, to właśnie Louisette znalazła jaskinię na szczycie kamiennego wzgórza. Była to pełna ech przestrzeń z wąskim wejściem, ukrytym przez wielkie gładkie granitowe głazy. Siostry wymiotły pióra, kości i żwir zaśmiecające podłogę, a wyrastający w środku wysoki na metr głaz zamieniły w ołtarz, skalne nawisy zaś wykorzystały jako półki na zapasy. Na ołtarzu spoczywał kryształ Ursule, przykryty ręcznie tkanym lnem.

Przez lata obchodziły sabaty w tej jaskini, którą nazywały świątynią. Odprawiały tu obrzędy, których nauczyła je Ursule, w pradawnej księdze czarów konsultując przepisy na leki ziołowe i eliksiry. Zapalały nową świecę, spryskiwały słoną wodą, paliły stosowne zioła. W ceremonialnych szalach kołyszącym się kręgiem otaczały wieszczy kamień.

Od swej inicjacji Nanette ani razu nie widziała, by kryształ zareagował. Wątpiła, by miało się to zmienić tej nocy.

1 Oba cytaty za Biblią Tysiąclecia.

2

Kiedy Nanette była mała, błagała starsze siostry, by zabrały ją na kamienne wzgórze. Louisette zawsze odpowiadała: „Jeszcze nie. Za jakiś czas”, i nie chciała nic wytłumaczyć. Raz nawet Nanette zapytała Claude’a, ale tylko na nią warknął, jakby był psem, a ona dokuczliwym kociakiem.

Tamtego dnia Fleurette odnalazła swój głos.

– Mężczyźni nie rozumieją – powiedziała, kładąc jej dłoń na ramieniu, i na tym poprzestała.

Nanette mierzyła wzrokiem skaliste wzgórze i zastanawiała się, czy odważyłaby się samotnie wspiąć krętą ścieżką i poszukać świątyni. Przypuszczała, że pewnie tak, ale była zajęta od świtu do zmierzchu pracami w domu, targiem, służeniem za tłumaczkę pomiędzy jej rodziną a kowalem podkuwającym konie, handlarzem starzyzną czy ludźmi, którzy przychodzili kupić kuce. Wzgórze pozostawało tajemnicą, gdy kończyła dziesięć, dwanaście, czternaście lat. A potem, w dniu jej pierwszej krwi miesięcznej, Louisette nad kuchennym stołem posłała najmłodszej siostrze chytry uśmiech.

– Aujourd’hui – powiedziała. Dzisiaj.

– Co dzisiaj? – zapytała Nanette ostrożnie. Brzuch ją bolał, a od widoku własnej ciemnej krwi na ubraniu, kiedy rano wstała, było jej niedobrze. Florence dała jej zwinięty kawałek tkaniny. Nanette go nienawidziła. Ocierał jej uda i przyczepiał się do spódnicy, kiedy siadała.

Louisette nachyliła się ku niej.

– Dzisiaj możesz pójść do świątyni.

Nanette gapiła się na siostrę.

– Aujourd d’hui? Pourquoi?

– Ponieważ teraz jesteś kobietą!

– Więc na to przez cały ten czas czekałam?

– Właśnie.

– Nie mogłaś mi powiedzieć?

– I wykłócać się z tobą? Nie. Tego naucza nas magia. – Louisette wstała. – Wyruszamy zaraz po zachodzie słońca.

Mimo wciąż złego samopoczucia Nanette poczuła ekscytację, gdy po raz pierwszy postawiła stopę w świątyni. W czasie wspinaczki zmarzły, ale głazy znaczące wejście zatrzymywały wiatr. Od razu zrobiło się jej cieplej i z podziwem rozglądała się po granitowych ścianach, wnękach tu i tam, w których stały słoje i pękate koszyki. W środku jaskini na granitowym cylindrycznym głazie stał przedmiot przykryty tkaniną tak starą, że rozpadała się w proch. Gdy Nanette go zobaczyła, ten tajemniczy, a zarazem obiecujący kształt, po plecach przebiegł jej dreszcz, a obolały brzuch się skurczył.

– Kryształ Ursule – mruknęła.

Anne-Marie z miotłą w dłoni kiwnęła głową.

– Zaraz go odkryjemy.

– Pamiętam go – powiedziała Nanette.

– Nie wydaje mi się. Miałaś ledwo cztery lata.

– Ale pamiętam. Pamiętam. Żarzył się w jej rękach i bałam się, że ją poparzy.

Anne-Marie zamiatała, kręcąc głową ze smutkiem, którego Nanette nie rozumiała.

Starsze siostry zarzuciły jej na ramiona szal. Wezwały Boginię. Okrążyły wieszczy kamień, a ich szale marszczyły się w płomieniach świec niczym wodospady w świetle gwiazd. Świeca Isabelle rzucała czysty płomień, który zepchnął cienie daleko w kamienne zakątki jaskini. Kryształ połyskiwał, lecz to było wyłącznie światło odbite. Nie pojawił się tamten krwisty żar ze wspomnień Nanette.

Zapadła już głęboka noc, kiedy zeszły ze skalistego wzgórza. Louisette i Anne-Marie oświetlały ścieżkę lampami olejnymi. Mężczyźni zostawili światło w domu, ich pochodnię w ciemności, i położyli się spać. Siostry zebrały się w kuchni. Fleurette zajęła się podgrzewaniem koziego mleka z miodem, pozostałe zdejmowały kapelusze, buty i płaszcze.

– Teraz jestem czarownicą? – zapytała Nanette, kiedy usiadły.

– Zawsze nią byłaś – odrzekła Anne-Marie. – A teraz przeszłaś inicjację.

– Musisz się wiele nauczyć – napomniała ją Louisette.

– My nauczymy cię tego, co same wiemy – wtrąciła Isabelle. Nanette uniosła brwi.

W pełnym napięcia milczeniu Fleurette rozdawała siostrom kubki z ciepłym mlekiem. Nanette doszła do wniosku, że żadna nie wytłumaczy tego, co Isabelle pozostawiła niewypowiedziane.

– Co to znaczy? – zapytała. – Czy grand-mère nie nauczyła was magii?

– Nauczyła nas trzech części – wyjaśniła Florence. – Leki ziołowe, eliksiry i zaklęcia. Z zaklęć nie możemy korzystać. Zostały nam mniej ważne talenty.

– Myślałam, że moce są przekazywane z matki na córkę.

– Tak powinno być, lecz nasza matka nie miała żadnych darów poza rodzeniem córek – burknęła Louisette z irytacją, chociaż Nanette wiedziała, że siostra jest nieszczęśliwa i dlatego tak się zachowuje. – Anne-Marie ma drobny talent do czarów, dlatego jej mydła tak dobrze sprzedają się na targu. Fleurette jest dobra w lekach ziołowych, które pomagają zasnąć, łagodzą ból w plecach.

– A ja czasami śnię o rzeczywistości – dodała Isabelle.

– Przecież to magia…

– Qui, qui. – Louisette objęła kubek wielkimi dłońmi. – Ale żadna z nas nie dysponuje mocą Ursule. Florence i ja nic nie odziedziczyłyśmy. Kryształ nie reaguje na żadną z nas. Nie potrafimy rzucać zaklęć.

– Próbowałyście? – zapytała Nanette z naiwnością czternastolatki.

Wszystkie oczy zwróciły się na nią i wyczytała z nich gorzką prawdę. Próbowały, raz za razem próbowały. Wykonywały wszystkie elementy rytuału, którego przed chwilą była świadkiem. Podążały ścieżką babki najlepiej, jak umiały. Rozczarowanie unosiło się w powietrzu i malowało w ciemnych oczach sióstr.

– Dlaczego nie rezygnujecie? – drążyła Nanette.

– To nasze dziedzictwo – odrzekła Anne-Marie. – Nasze naturalne prawo.

Isabelle westchnęła.

– Myślałyśmy, że z tobą będzie inaczej.

– Byłaś naszą ostatnią nadzieją – dodała Anne-Marie.

– Tak – powiedziała Louisette. – Teraz jednak nasza linia wymrze. Bo przecież mamy tylko synów. Jeśli ty nie odziedziczyłaś daru… – Głos się jej załamał i ten dowód emocji najbardziej wstrząsnął Nanette.

– Miałyście nadzieję, że kryształ zareaguje na mnie.

Milczały, ale zrozumiała. Próbowały robić wszystko należycie, czekały na właściwy czas, wypowiadały właś­ciwe słowa, przestrzegały tradycji. Nanette je rozczarowała i kiedy to sobie uświadomiła, radość z pierwszego obrzędu w świątyni wyparowała.

Mijały lata, a siostry nie ustępowały. Czciły wszystkie sabaty. Odmawiały inkantacje i modlitwy do Bogini Matki, a czasami ją błagały. Anne-Marie błogosławiła mydełka, które wyrabiała w szopie. Fleurette z każdą nową porą roku przeglądała księgę czarów w poszukiwaniu przepisów na leki ziołowe, które potem przechowywała w kolorowych słojach w spiżarce. Nadal żywiły nadzieje względem Nanette, lecz kryształ pozostał ciemny i martwy.

– To nasza kara – rzekła Florence po jednym z pomniejszych sabatów.

Jej bliźniaczka wstrzymała powietrze, ale Anne-Marie pokręciła głową.

– Nie wierzę.

Florence cmoknęła.

– Zostawiłyśmy ją tam. Zakopałyśmy w ziemi bez właściwych ceremonii, które przyspieszyłyby jej podróż.

– Ona by sobie tego życzyła! – warknęła Louisette. – Nie mogłyśmy nic zrobić.

– Tak czy owak, nasze ceremonie są nieskuteczne – zauważyła Isabelle.

Odpowiedziało jej głuche milczenie.

Teraz pomimo zakazu mężczyzn i grożącego im łowcy czarownic siostry raz jeszcze zgromadziły się wokół ołtarza. Odkryły wieszczy kamień Ursule i rozpoczęły zwykłe przygotowania, lecz powietrze było ciężkie, a w ich postawie wyczuwało się rozpacz. Fleurette miała łzy w oczach. Bliźniaczka trzymała się blisko niej, jakby w obawie, że siostra może się załamać. Isabelle postawiła grubą białą świecę obok kamienia, Anne-Marie położyła ofiarę z suszonego tymianku i rozmarynu. Louisette, zakreśliwszy kroplami słonej wody okrąg wokół ołtarza, wpatrywała się w ciemny kamień z wyrazem twarzy tak twardym, jak otaczające ich granitowe ściany. Pozostałe nie spuszczały z niej wzroku i czekały, aż rozpocznie rytuał.

Ciszę nocy przerywało tylko pogwizdywanie wiatru na szczycie wzgórza. Nanette wciągnęła w płuca aromaty tymianku, rozmarynu i topiącego się wosku. Zamknęła oczy ukojona intymnością całej tej sytuacji, schronieniem zapewnianym przez jaskinię, bliskością sióstr, nawet solidnością uśpionego kryształu. Pomyślała, że magia jest obecna w samym rytuale, w historii rodu.

Louisette nadal milczała. Nanette otworzyła oczy i zobaczyła, że najstarsza siostra wpatruje się w kamień, mocno zaciskając wąskie usta.

– Coś jest nie tak? – szepnęła Anne-Marie.

Louisette pokręciła głową na znak, że nie potrafi znaleźć właściwych słów.

– Chcesz, żeby któraś z nas zaczęła? – zapytała Isabelle.

Louisette odetchnęła głośno i zsunęła szal.

– Musimy zrobić to inaczej – oznajmiła ostro. – Jeśli nic się nie zmieni, jesteśmy zgubione.

– Bogini nam pomoże – odezwała się Fleurette; jej rzadko używany głos był ledwo cieniem dźwięku.

W tej samej chwili Nanette poczuła, że coś dziwnego dzieje się w jej brzuchu. Doznanie przypominało o dniu pierwszej krwi, było bolesne i gorące.

Pulsowanie przybierało na sile, rozlewało się w piersiach, rozgrzewało policzki, sięgało mózgu. Oddech jej przyspieszył, ręce bez udziału woli wyciągnęły się ku kryształowi. Jedna z sióstr coś mruknęła, inna nakazała ciszę.

Nanette postąpiła krok do przodu i położyła dłonie na gładkim kwarcu. Przez rozcapierzone palce spojrzała w kamień.

Krąg wokół niej się zacieśnił, pochylone siostry stykały się ramionami.

Nanette nie wiedziała, skąd wzięły się słowa. Od niemal czterech lat słuchała, jak Louisette, a niekiedy Anne-Marie odmawiają modlitwy. Zawsze była przekonana, że zapisano je w księdze zaklęć, ale teraz…

Frazy pojawiły się w jej umyśle i usłyszała swój spokojny głos.

Matko Wszystkich, błagają twe córy,

Niechaj zbłądzi ten człek ponury.

Zmąć jego umysł, splącz każdy krok,

Odbierz mu całkiem jego wzrok.

Z kieszeni wyjęła paciorki, którymi ksiądz w nią rzucił. Jej przyjaciółka Meegan też takie miała, nazywała różańcem te drewniane koraliki na bawełnianej nici zakończone nieudolnie wykonanym krzyżem. Nanette nie znała ich przeznaczenia, domyślała się tylko, że to pewnie rytualny przedmiot, jak świece, zioła i szale używane przez siostry. Zgarnęła paciorki w dłoń i rzuciła w płomień świecy.

Płomień się nadął, wpierw dwukrotnie większy niż sama świeca, potem trzykrotnie. Paciorki poczerniały i spłonęły, utonęły w wosku. Krzyż został pożarty przez ogień. Nanette nadal trzymała ręce nad kryształem, a gdy paciorki się paliły, w głębi zapłonęło światło, migocząca iskra, która śmiała się do niej, jakby czekała na tę chwilę.

Nanette obserwowała tańczącą w krysztale iskrę, podczas gdy świeca czerniała od popiołów. Z fascynacją wpatrywała się w kamień, wieszczy kamień wielkiej Ursule, i czuła, że jego energia przepływa przez jej ciało. Światło z wolna, niechętnie ciemniało, lecz mrowienie w czubkach palców rąk i nóg trwało, podobnie jak lekki ból w brzuchu, ból energii, siły i celowości.

Ból magii.

Siostry trwały nieporuszone, aż wreszcie Nanette głośno zaczerpnęła powietrza, a czar, który je zahipnotyzował, prysł. Cofnęła się i popatrzyła na siostry.

Louisette zadarła głowę, oczy błyszczały jej triumfalnie. Rysy twarzy Anne-Marie zmiękły z podziwu, Isabelle obie dłonie przycisnęła do ust. Na policzkach Fleurette lśniły zaschnięte łzy.

– Co to było? – wyrwało się Florence.

– Zaklęcie na odwrócenie złego losu, jak chciała Louis­ette. Na odwrócenie od nas uwagi księdza.

– Tego zaklęcia nie ma w księdze czarów!

– Podobnie jak wielu zaklęć grand-mère – szepnęła Fleurette.

– Ale… ale skąd wiedziałaś, co powiedzieć? Co zrobić?

– To było natchnienie – oznajmiła Louisette, a jej baryton odbijał się dźwięcznie od granitowych ścian. – Tak jak u grand-mère. – Powiodła płonącym spojrzeniem po siostrach. – Linia Orchiére jednak nie wymrze!

Siostry ukradkiem zeszły ze skalistego wzgórza. W domu zrezygnowały z mleka z miodem, obawiały się bowiem, że obudzą mężczyzn. W milczeniu, na palcach udały się na spoczynek.

Nanette nie mogła zasnąć, choć powinna odpocząć, zanim kozy zaczną buczeć. W ciele i duszy czuła podniecenie. Była czarownicą. Naprawdę była czarownicą jak grand-mère Ursule, jak jej grand-mère, jak wszystkie grand-mère rodu Orchiére przed nią. Kryształ, który tak długo pozostawał w uśpieniu, ożył dla niej. Miała wrażenie, że wstąpiła w nią moc, dzięki której jest w stanie rzucić każde zaklęcie z księgi czarów.

– Strzeż się, Nanette – szepnęła Louisette. – Zaklęcie może nie zadziałać, mimo że kamień ci odpowiedział. Magia rządzi się własnymi prawami.

Nanette wszakże przepełniała pewność. Miała siedemnaście lat, była dojrzałą kobietą, dowiodła, że jest czarownicą. Czuła niezbite przekonanie, że Bogini ją usłyszała.

Leżała z policzkiem opartym na przedramieniu i patrzyła, jak gwiazdy blakną nad morzem, aż rozległo się beczenie kóz.

Ziewając, szła ze skopkami przez ogród do obory. Chociaż była zmęczona i piekły ją oczy, uśmiechnęła się, kiedy otoczyły ją kozy i wciągnęła w płuca ich słodki silny zapach. Doiła bez pośpiechu, rozkoszując się odgłosem napełniającego się wiadra i ciepłem swoich podopiecznych w ten zimny poranek. Delektowała się poczuciem, że nigdy dotąd nie czuła się tak pełna życia jak teraz.

Później wypuściła kozy na pastwisko i wtedy usłyszała cichutkie miauczenie. Przystanęła, wytężając słuch, ale się nie powtórzyło. To na pewno jeden z kotów, które w sianie na stryszku polowały na myszy. Przykryła skopki i postawiła je na ławce, po czym zajęła się czyszczeniem klepiska. Powiesiła łopatę na haczyku i znowu usłyszała ten odgłos. To bez wątpienia był kot, ale miauczał piskliwie i słabo.

Kociak! Pewnie jedna z kotek okociła się na stryszku.

Kotami zwykle zajmowała się Isabelle. Uwielbiała je, choć Claude zabronił trzymać zwierzęta w domu. Nie wspominała nic o nowym miocie. Ciekawe, czy wie o tym maluszku.

Nanette zostawiła skopki na ławce i po drabinie wspięła się na stryszek. Gdy była na górze, jej oczom ukazało się najmniejsze, najbardziej żałosne kocię, jakie w życiu widziała.

Nanette kochała kuce, kozy i ptaki kołujące nad ­Mount’s Bay, za kotami nie przepadała, choć były pożyteczne i pilnowały, żeby do karmy kóz nie dobrały się myszy.

Ale to, wychudzone i szare, z przekrzywionym uszkiem i zaropiałymi ślepkami przemówiło do jej pełnego nowych sił ducha. Weszła na stryszek i kucnęła, by przyjrzeć się stworzonku.

– Gdzie jest twoja maman?

Kociak owinął się wokół jej kostek i znowu miauknął. Nanette zastanawiała się, czy powinna wziąć go na ręce, może miał pchły albo wszy. Zwierzątko przeczołgało się po jej stopach, a potem z kolejnym smutnym miauknięciem padło na bok, jakby nie miało siły, by utrzymać się na nogach. Zobaczyła, że to kocurek, cherlawy i brzydki, ale przecież nie mogła go tutaj zostawić.

Zdjęła fartuch i zawinęła kociaka. Uważnie rozejrzała się po stryszku i sprawdziła za belami siana, które mężczyźni ułożyli z końcem lata, lecz nie znalazła innych kotów. Jeśli gdzieś był nowy miot, to na pewno nie tutaj.

Z powodu kociaka musiała odbyć dwie wędrówki z mlekiem do piwniczki, gdzie już czekała Anne-Marie. Później ruszyła na poszukiwanie Isabelle; znalazła ją w ogrodzie, gdzie wieszała pranie.

Na jej widok Isabelle się uśmiechnęła.

– Spałaś choć trochę?

– Nie byłam w stanie. Ale popatrz, Isabelle. – Rozwinęła fartuch. Kociak, niemal bez życia leżący na wzorzystej bawełnie, wyglądał jak zwinięta w kłębek stara szmatka.

– Och! – szepnęła Isabelle. – Biedaczek! Gdzie był?

– Na stryszku, ale nie znalazłam kotki. Nawet nie wiem, czy żyje.

Isabelle delikatnie podniosła zwierzaka, po czym obejrzała go z kilku stron.

– Chyba zostało mu niewiele życia. Pewnie matka go porzuciła.

– Claude każe nam go utopić.

– Claude nie musi nic wiedzieć. Nakarmimy maleństwo i oczyścimy.

– Oczy ma w złym stanie.

– To prawda i może nawet jest ślepy, ale… – Isabelle przytuliła kociaka do piersi, najwyraźniej nie przejmując się insektami. – Przyniesiesz trochę mleka? Albo śmietanki, jeśli znajdziesz.

Umyty i wysuszony kociak wychłeptał zdumiewającą ilość śmietanki zebranej przy ubijaniu masła, Isabelle wzięła go na ręce.

– Z jego oczami wszystko w porządku – orzekła. – Zauważyłaś, jak wodzi za tobą wzrokiem?

– Wodzi za mną wzrokiem? – Nanette przyjrzała się zwierzątku: Isabelle miała rację. Jego oczy były w dziwnym odcieniu żółci i ani na moment nie opuszczały jej twarzy. – Brzydactwo z niego, prawda?

– Piękno to nie wszystko.

– Co z nim poczniemy? Jest za mały, żeby mógł sam mieszkać w oborze.

Isabelle podała jej kociaka, a kiedy Nanette go wzięła, choć niechętnie, zwinął się w kłębek przy jej piersi i natychmiast zasnął.

– No cóż, masz teraz kota – powiedziała Isabelle z uśmiechem.

– Przecież to niemożliwe! A co z Claude’em?

– Trzymaj go w swojej sypialni. Claude nigdy tam nie zagląda.

– A jeśli będzie miauczał?

– Claude jest przygłuchy. Louisette musi mu wszystko trzy razy powtarzać.

Nanette podejrzewała, że powodem wcale nie była głuchota Claude’a, ale zmilczała. Mężczyźni kosili trawę na najdalszym pastwisku, zaniosła więc kociaka do domu. Wciąż miała wątpliwości, czy powinna go zatrzymać.

Znalazła stary koszyk bez rączki, który wymościła bawełnianym gałgankiem. Postawiła koszyk przy swoim łóżku i ułożyła w nim kociaka. Otworzył żółte ślepka, zerknął na nią i znowu je zamknął. Stała z założonymi rękami i przypatrywała się mu.

– Jesteś najbrzydszym stworzeniem, jakie w życiu widziałam, ale wygląda na to, że należysz do mnie, przynajmniej na razie.

Nagle poczuła ciężar bezsennej nocy. Ziewnęła tak szeroko, że strzeliło jej w żuchwie, i opadła na skraj niepościelonego łóżka, pocierając piekące oczy. Położyła się, przyłożyła głowę do poduszki i zaraz zasnęła tak głęboko, jakby to była północ, a nie przedpołudnie.

Kiedy się obudziła, szary kotek leżał zwinięty obok niej z łebkiem wepchniętym pod jej brodę.

Następnego dnia Nanette w buncie przeciwko groźbom łowcy czarownic włożyła najbardziej jaskrawy szal i zostawiła dwukółkę na samym środku targu, w najbardziej widocznym miejscu. Był pogodny, choć zimny październikowy dzień, jeden z ostatnich targów w sezonie. Ułożyła swoje towary tak zachęcająco, jak potrafiła, i handlowała z werwą, czujnie wypatrując rudowłosego księdza.

Mieszkańcy Marazion uważali rodzinę Orchiére za obcych, ale większość handlarzy zaakceptowała Nanette. Jej produkty były znane z dobrej jakości. Ubierała się prosto jak oni, mówiła po angielsku bez akcentu, znała także sporo zwrotów z kornijskiego.

Jej przyjaciółka Meegan mieszkała w malutkim gospodarstwie na wschodnim krańcu wrzosowiska. Zostawiła swój wóz, w którym sprzedawała jajka i świeżo oskubane kury, i przyszła do Nanette po ser na lunch. Nanette w geście przyjaźni dała jej mydło zrobione przez Anne-Marie i zaproponowała, żeby zjadły razem na dwukółce.

Zapytała Meegan o dzieci.

– Mam już pięcioro! – zawołała Meegan. – A nawet nie skończyłam dwudziestu trzech lat. Posłuchaj mojej rady. Nie spiesz się do ołtarza!

– O nie. – Nanette pokręciła głową. – To mało prawdopodobne. Nigdy nikogo nie spotykam. Myślę, że moim przeznaczeniem jest samotność.

– Taka ślicznotka? Ktoś w końcu cię porwie, zobaczysz!

– Tobie to się przydarzyło?

– Hm. – Meegan oderwała kawałek sera. – Nie powiedziałabym, że mój Bert mnie porwał. To nie w jego stylu! – Jej śmiech był zaraźliwy. Szturchając Nanette łokciem, dodała: – Chociaż mnie przewrócił, to na pewno.

– I dlatego wyszłaś za mąż.

– Nie miałam wyboru. Byłam przy nadziei – i powinnam na tym jednym poprzestać! – Znowu się roześmiała, perlisty odgłos sprawił, że kuc zastrzygł uszami. Nanette słuchała tego z przyjemnością. W Sadach nikt się nie śmiał.

– Lepiej najpierw wziąć ślub, moja droga – ciągnęła Meegan swobodnie. – Tata był wściekły. A ojciec Maddock powiedział nam, że jak szybko nie weźmiemy ślubu, wyrzuci nas z kościoła.

– Mógłby tak uczynić?

– O tak. Przypuszczam, że katolicki ksiądz, ten rudy, co wygląda na wrednego, mógłby cię też wyrzucić z twojego kościoła. Potem pójdziesz do piekła, a tam na pewno ci się nie spodoba!

Rozumowanie przyjaciółki, że skoro nie należała do Kościoła Anglikańskiego, musiała być katoliczką, nawet pasowało Nanette. Żeby nie okłamywać Meegan wyznaniem, że nie należy do żadnego kościoła, napchała sobie do ust chleba i sera. W istocie nie była niczym, co Meegan zdołałaby rozpoznać.

– Ale księdza już tu nie ma. – Meegan strzepnęła okruchy ze swojego bujnego biustu. – Krzyżyk na drogę, gdybyś mnie pytała, mam tylko nadzieję, że się nie obrazisz. Dreszcze mnie przechodziły na jego widok, jak się rozglądał na wszystkie strony tymi kaprawymi oczkami.

Nanette otworzyła mimowolnie usta i musiała przycisnąć do nich dłoń, by okruchy chleba się nie wysypały. Serce zaczęło walić jej tak mocno, że pomyślała, iż Meegan na pewno to słyszy.

– Jak to? – pytała ze ściśniętym gardłem, kiedy udało się jej przełknąć.

– Nie wiedziałaś? – Nanette pokręciła głową, a przyjaciółka otworzyła szerzej oczy. – Dziwne. No cóż, ojciec Maddock powiedział, że wezwał go arcybiskup. Sprawy na miejscu nie szły dobrze, coś w tym rodzaju.

– Sprawy?

– Miał zebrać pieniądze na budowę katolickiej świątyni w Marazion, ale bez urazy, my tutaj nie chcemy papistów. Od nikogo nie dostał złamanego grosza, nawet od jego lordowskiej mości z drugiego brzegu. – Podbródkiem wskazała w kierunku St Michael’s Mount.

Nanette miała ochotę tańczyć, robić salta w powietrzu. Nie ma go! Łowca czarownic odszedł! Tylko o to prosiła.

Przy dwukółce stanęła klientka i Nanette poderwała się, by ją obsłużyć. Sprzedała paczkę fines herbes, specjału Anne-Marie, za który zawsze dostawała dobrą cenę. Kiedy kobieta odeszła, Meegan także już stała.

– Dziękuję za mydło – powiedziała. – Muszę się zbierać, mam jeszcze jajka. – Przystanęła, wskazując na wpół opróżnioną dwukółkę. – A to co?

Nanette podążyła za jej wzrokiem.

– Kociak.

– Co on tu robi?

– Przybłąkał się i chyba mnie wybrał. Wszędzie za mną łazi.

– Lubisz koty?

Nanette wzruszyła ramionami.

– Tak sobie. Choć obawiam się, że to nie była moja decyzja.

– Kot by mi się przydał, w kurniku zawsze są myszy. Skoro go nie chcesz, mogę go wziąć.

Kociak, który drzemał w słońcu, skoczył na nogi. Żółte oczy zwęziły mu się w szparki, a kościsty grzbiet wygiął w łuk. Syknął na Meegan, jakby próbowała go uszczypnąć.

Meegan drgnęła i odchyliła się od rozgniewanego stworzonka.

– Ho, ho! Ten kocur ma własne zdanie.

– Jest dziwny, prawda?

Meegan odwróciła się ze śmiechem.

– Z kotami już tak bywa. Cóż, wracam do pracy. Do rychłego zobaczenia.

Nanette skinęła głową, pomachała przyjaciółce i zajęła się ułożeniem na nowo przetrzebionego asortymentu serów. Uśmiechała się do siebie i miała wrażenie, jakby słońce świeciło jaśniej, wiatr łagodniej wiał, a głosy wokół niej brzmiały słodziej.

Przyglądała się krążącym po targu gospodyniom. Siłą woli nakazywała im, by podeszły do jej kramu i wykupiły resztę przywiezionego towaru, by mogła zaprząc kuca i wrócić do domu. Nie mogła się doczekać, kiedy przekaże im dobrą wiadomość.

3

Skuteczność zaklęcia rzuconego przez Nanette dodała siostrom sił. Anne-Marie stworzyła nowe mydło o aromacie lawendy i cały zapas sprzedał się jednego dnia. Fleurette uwarzyła lek na grypę, a kiedy Nanette wspomniała o tym Meegan, czworo jej sąsiadów przyjechało, by go kupić na wypadek choroby w czasie bliskiej już zimy, i nikt nie targował się o cenę. Isabelle we śnie zobaczyła zaginiony rydel, a Florence znalazła go w miejscu, które wskazała siostra, choć Paulowi powiedziała, że natknęła się na niego przez przypadek.

Ukrywały obrzędy przed mężczyznami, choć z trudem przychodziło im powściąganie podniecenia. Nastrój przy kuchennym stole zabarwił się nadzieją. Nawet sam dom wydawał się mniej ponury, jakby lampy jaśniej świeciły. Claude, Paul i Jean rzucali na siostry podejrzliwe spojrzenia, które Louisette zbywała wzruszeniem ramion.

Rano po ostatnim targu Isabelle poszła za Nanette do obory. Kiedy Nanette obejrzała się przez ramię i na ścieżce prowadzącej przez ogród zobaczyła siostrę, przystanęła.

– Myślałam, że będziesz piekła chleb.

– Muszę ci coś powiedzieć.

Isabelle była najmniejszą z sześciu sióstr Orchiére. Miała ciemne oczy i gęste czarne loki jak pozostałe, ale odznaczała się kruchością. Chociaż Nanette była od niej o dziesięć lat młodsza, często czuła potrzebę chronienia siostry przed sprawami, które ją przerażały.

– Może porozmawiamy, gdy będę doiła? – zaproponowała; skopek obijał się jej o kolano.

– D’accord.

Kozy czekały w niskich drzwiach obory, ich oddech zmieniał się w parę w lodowatym listopadowym powietrzu. Nanette otworzyła wrota i z radosnym beczeniem przepchnęły się obok niej chętnym kłębowiskiem ciepłych ciał. Szary kociak, obecnie podrostek na patykowatych nogach, umknął im z drogi, zaraz jednak wrócił do Nanette, depcząc jej po piętach, gdy wrzucała widłami siano do żłobu.

Przysunęła stołek do pierwszej kozy i podstawiła skopek. Isabelle stała z drugiej strony z dłonią opartą na grzbiecie zwierzęcia.

– Śniłaś mi się.

Nanette przyciskała czoło do boku kozy, ale coś w tonie siostry kazało jej podnieść głowę.

– To był jeden z tych prawdziwych snów?

– To zawsze trudno stwierdzić, ale tak myślę. Wydawał się bardzo rzeczywisty.

– Zły czy dobry?

– Zły i dobry.

Nanette zachichotała.

– Lepiej mi powiedz, Isabelle. Żebym się mogła przygotować.

Isabelle przeniosła spojrzenie na zakurzony stryszek.

– To mężczyzna – szepnęła. – Piękny. I przyjdzie tutaj.

Na imię miał Michael.

Był Czarnym Irlandczykiem, jak nazywają ich Kornwalijczycy, miał proste czarne włosy sięgające za brodę i pełne życia niebieskie oczy ocienione gęstymi czarnymi rzęsami. Pojawił się w Sadach nazajutrz po sabacie Ostary.

Poprzedniej nocy siostry celebrowały równonoc wiosenną i Nanette była śpiąca. Jego wóz, wyposażony w przenośną kuźnię oraz narzędzia i podkowy, grzechotał na drodze na klifie, a Michael siedział wysoko, król na tronie z koroną w postaci robotniczej czapki. Na jego widok znużenie Nanette wyparowało w jednej chwili.

Był kowalem, człowiekiem, który spędza życie, wędrując po wsiach w poszukiwaniu gospodarstw, gdzie hodują konie. Rodzina Orchiére nigdy nie podkuwała swoich koni, ale mieli sześć kuców, a kuce z wyczyszczonymi przyciętymi kopytami lepiej się prezentują na końskim targu. To Louisette pierwsza wypatrzyła podskakujący na drodze wóz zaprzężony w chudą klacz. Kazała Nanette wyjść i porozmawiać z tym człowiekiem w takim języku, jaki zna.

Louisette nie wiedziała o śnie Isabelle. Nanette wymusiła na siostrze obietnicę, że nikomu o tym nie powie, ale kiedy w jaskini obchodziły sabaty – Jul, Imbolc, Ostarę – rozmyślała o jej przepowiedni. Kiedy nikt nie słyszał, szeptem odmówiła prywatną modlitwę, błagając Matkę Wszystkich, by sen Isabelle się spełnił. Miała osiemnaście lat i łaknęła, by ktoś ją pokochał.

Mimo proroctwa Isabelle wiedziała, jak mało jest to prawdopodobne. Wieśniacy w Marazion chętnie kupowali towary, kuce i mydła rodziny Orchiére. Mogli tolerować stoisko Nanette na targu, nawet jej przyjaźń z Meegan. Nigdy jednak nie ruszyli drogą na klifie z wizytą do Sadów. Nigdy nie zaprosiliby Nanette na śluby, chrzty ani pogrzeby.

I nigdy, przenigdy nie uznaliby jej za odpowiednią partię dla swoich synów.

Kiedy odsunęła kuchenne zasłonki i zobaczyła Michaela zsiadającego z wozu, jego włosy falujące na wiosennym wietrze, z zachwytu aż zaparło jej dech. Przez długą chwilę tylko patrzyła i brzuch ją rozbolał, jak zawsze w obecności magii.

– Nanette, rusz się! Idź i zapytaj, ile sobie życzy za podkucie kuców – rozkazała Louisette. – Pospiesz się, zanim uzna, że nikogo nie ma w domu.

Nanette puściła zasłonkę i poprawiła włosy. Wcześ­niej związała je przetartą chustką, bo ubijała masło w spiżarce, a fartuch miała pochlapany maślanką.

– Louisette – zaczęła. – Nie mogę tak się pokazać…

– A jakież znaczenie ma twój wygląd? To tylko kowal, a nam jego usługi są potrzebne. Jeśli jest tani, najmij go. Pospiesz się! Nie wygląda mi na Kornwalijczyka, pewnie mówi po angielsku.

Nanette raz jeszcze zerknęła zza zasłony. Mężczyzna zawinął lejce w pętlę wokół ściany wozu, potem otrzepał spodnie z kurzu i liści. Był młody, miał wąskie biodra i grube ramiona człowieka kującego żelazo.

Isabelle przerwała obieranie ziemniaków nad kamiennym zlewem i podeszła do siostry. Kiedy się pochyliła, by zobaczyć, w co wpatruje się Nanette, z sykiem wciągnęła powietrze i zakryła usta dłonią.

– Nanette! – warknęła Louisette.

– Już idę. – Ruszyła ku drzwiom kuchennym, unikając wzroku siostry. Na chwilę przystanęła, by zdjąć fartuch i chustkę, a włosy rozsypały się jej po ramionach. Świadoma zniecierpliwienia Louisette, wyszła na spotkanie mężczyzny z przepowiedni Isabelle.

Na jej widok uchylił czapki.

– Co za miła niespodzianka – powiedział. Jego uśmiech składał się wyłącznie z białych zębów i głębokich dołeczków. – Mówili mi, że w tym gospodarstwie są tylko stare kobiety i jeszcze starsi mężczyźni. Nie spodziewałem się cailín z klasy szkolnej!

Nanette odrzuciła głowę.

– Klasa? Mało prawdopodobne – odparła z całą zgryźliwością, na jaką mogła się zdobyć.

– No cóż… – Ściągnął czapkę i lekko się skłonił. – Michael Kilduff do usług, panienko. Potrzebujecie kowala? W Marazion słyszałem, że w Sadach trzymają kuce.

– Istotnie. – Nanette wskazała konia. – Twoja klacz wygląda na spragnioną, panie.

– Proszę mówić mi Michael, panienko. I owszem, moja Pansy będzie wdzięczna za kroplę wody.

Nanette zerknęła przez ramię. Louisette przyglądała się im zza zasłony. Nanette kiwnęła do niej, po czym zwróciła się do Michaela Kilduffa:

– Czy mógłbyś, panie, przestawić wóz pod oborę? Poidło jest zaraz za ogrodzeniem padoku.

Zawrócenie obciążonym wozem na wąskiej drodze nie było proste, ale kowal poradził sobie bez problemu. Po chwili prowadził Pansy za uzdę. Nanette szła obok niego, szary kot truchtał radośnie za nimi.

– Nie zdradziłaś, jak masz na imię – powiedział kowal. – Żebyśmy mogli jak trzeba się przedstawić.

– Na imię mam Nanette. Nanette Orchiére.

– Nanette – powtórzył. Głos miał słodki i śpiewny, obiecujący muzykę i śmiech. Serce zaczęło bić jej tak szybko, że pulsowało w gardle, i poczuła zdradziecki żar na policzkach. – Nanette. Panno Orchiére, to najśliczniejsze imię, jakie w życiu słyszałem.

Doszli do padoku; kuce zgromadzone na odległym końcu zarzuciły z ciekawością łbami na widok klaczy. Michael uwolnił Pansy od dyszla wozu; przełożyła głowę przez kamienne ogrodzenie i napiła się z poidła. Nanette pogładziła ją po gładkiej skórze.

– Łagodne z niej stworzenie – powiedziała do Michaela.

– Tak. Łagodniejsza od twojego stada, jak myślę. Kuce potrafią wierzgnąć, kiedy coś im nie pasuje.

Nanette uśmiechnęła się do niego.

– I dlatego nikt z nas nie kwapi się do piłowania im kopyt.

Odwzajemnił uśmiech ponad grzbietem Pansy.

– Czyli masz dla mnie pracę.

– Owszem, o ile nie okaże się za droga.

– Panno Orchiére z czarującym imieniem Nanette, pozwolę, żebyś sama ustaliła cenę. – Jego niewiarygodnie błękitne oczy zamigotały. Pansy zaspokoiła pragnienie, odprowadził ją więc w cień obory. – Mam przyprowadzić twoich gagatków czy przyjdą, kiedy ich zawołasz?

– Przyjdą, kiedy potrząsnę wiadrem z owsem – odrzekła. – Moje siostry jednak chcą najpierw się dowiedzieć, ile sobie winszujesz, panie Kilduff. Z tego, co się orientuję, możesz zażądać całą gwineę!

– Dajże spokój – oznajmił, demonstrując jej swoje dołeczki. – Czy jestem lordem, żeby mówić o gwineach? Wcale a wcale. I bardzo proszę, pan Kilduff to mój tata, ja jestem Michael.

Nanette zrewanżowała się uśmiechem.

– Bon. A więc Michael.

Puścił do niej oko i poluzował lejce Pansy, żeby mog­ła skubać trawę rosnącą pod ścianą.

– Chcecie podkuć całe stado?

– Nie, potrzeba nam tylko czyszczenia i przycięcia. Nie podkuwamy kuców z wrzosowisk.

– Jasne. W takim razie szylinga za stado. I filiżankę herbaty, kiedy skończę. – Znowu pokazał jej dołeczki. Serce Nanette trzepotało pod mostkiem.

– W porządku, ale ja będę musiała przynieść ci herbatę – powiedziała z żalem Nanette. – Moje siostry, rodzina, nie spotykają się z ludźmi. Zresztą i tak by się z tobą nie dogadali.

Wrócił do wozu po drewnianą skrzynię z narzędziami na szerokim skórzanym pasie. Przewiesił ją przez ramię i spojrzał na Nanette, wyginając w łuk gęste brwi.

– A dlaczegóż to?

– Mówią tylko po francusku.

– Ach, francuski. To wyjaśnia twój uroczy akcent, panienko Nanette.

– Po prostu Nanette. – Mimo woli zachichotała. – Jestem zwyczajną wiejską dziewczyną.

Byli w połowie drogi do padoku; Michael przystanął.

– Nie ma w tobie nic zwyczajnego, Nanette Orchiére – oznajmił. – Zupełnie nic, uwierz mi. Zajmując się tymi bestyjkami, będę marzył o wypiciu herbaty z tobą.

Nanette ze schyloną głową poszła po wiadro owsa. Isabelle wyśniła prawdę. On był piękny. Doskonały. W duchu podziękowała Bogini.

Michael zręcznie radził sobie z kucami i cierpliwie znosił ich wybryki. Nanette trzymała się blisko, pomagała przywiązać kopyto, jeśli było trzeba, podawała narzędzie, o które prosił. Obcinał, czyścił i piłował, a ona wpatrywała się w jego schylone szerokie plecy, w mięśnie grające mu na udach, kiedy unieruchamiał nogi zwierząt. Przy ostatnim kucu zostawiła go samego i przez ogród poszła do domu. Gdy wróciła z tacą, na której stały filiżanki, talerzyk i czajnik w robionym na drutach ocieplaczu, Michael pakował narzędzia, a kuce żuły siano. Pansy także dostała porcję.

– Pomyślałem, że nie będziesz miała nic przeciwko temu. – Wskazał klacz.

Nanette postawiła tacę i odwróciła filiżanki.

– Oczywiście, że nie. Proszę, tu jest ciasto dla ciebie, Michaelu. Szyling leży pod talerzem.

– Zjesz ze mną? – Usiadł okrakiem na stołku do dojenia i sięgnął po czajnik.

– Już pora na souper. To znaczy na kolację.

Michael ugryzł wielki kawałek ciasta i z pełnymi ustami zapytał:

– Iloma językami mówisz, panienko? Przechodzenie od jednego do drugiego nie sprawia ci żadnych trudności.

– Tylko trzema. – Nanette podniosła pełną filiżankę. – Francuskim, bien sûr. Angielskim, jak słyszysz. Trochę znam kornijski, chociaż teraz mało kto go używa. – Napiła się i spojrzała na niego. – A ty, Michaelu? Jakimi językami mówisz?

– Angielskim jako tako. – Oboje się uśmiechnęli. – Irlandzkim, walijskim, dogadam się po kornijsku, to dla wędrownego rzemieślnika konieczność, ale język jest trudny, chyba się zgodzisz?

– Nie wiem. Znam go od zawsze.

– Możesz mi uwierzyć na słowo, dziewczyno. – Michael także się napił. – Trudny jak kamienie na skalistym wzgórzu. Ten stary kocur przez cały czas cię pilnuje, co?

– Wcale nie jest stary, tylko tak wygląda.

– Brzydki, ale ma mądry pyszczek.

– W każdym razie był na tyle mądry, żeby mnie znaleźć, kiedy porzuciła go matka.

– Nazwałaś go?

Nanette się roześmiała.

– Ciągle się przymierzam. Na razie to po prostu kot.

Kiedy tak gawędzili, słońce schowało się za horyzontem, a morze za klifem pociemniało. Zerwał się wiatr, zmierzwił grzywę Pansy drzemiącej ze zwieszonym łbem. Przez okienko w oborze Nanette widziała, jak kuchenne okno jaśnieje od zapalonej lampy. Kilka minut później ktoś uderzył w gong koło drzwi, wzywając klan na wieczorny posiłek.

– Muszę iść, Michaelu – powiedziała z żalem. Wstała i ułożyła naczynia na tacy, tak by się nie zsunęły. – Przepraszam, że nie możemy zaproponować ci łóżka w domu, ale jeśli chcesz, przenocuj na stryszku z sianem.

Skoczył na nogi.

– Zaniosę tacę.

Pokręciła głową.

– Nie, będą mnie obserwować. Dam sobie radę.

– Ale jeszcze cię zobaczę, Nanette?

Przystanęła z tacą opartą na biodrze i spojrzała mu w oczy. Poczuła szarpnięcie, jakby byli związani, a lina z każdym oddechem bardziej się napinała. Wcześniejsze poczucie swobody zniknęło, zastąpiło je coś o wiele bardziej intensywnego, o wiele mniej wygodnego, coś, czemu w żadnym razie nie potrafiła się oprzeć. Nagle w ustach jej zaschło.

– Będziesz spał u nas w oborze? – zapytała.

– Jeśli mogę wprowadzić Pansy do tego boksu – odparł, wskazując brodą. Ani na moment nie odrywał od niej oczu, a chociaż jej nie dotknął, czuła, jakby ją pieścił, przyciągał do siebie dzięki tajemniczej sile.

Bogini, pomyślała. Przysłała go do niej Bogini. Postąpiłaby źle, odrzucając Jej dar, niezależnie od konsekwencji. Tak czy owak Nanette nie potrafiła.

– Tak – szepnęła.

– Tak w jakiej sprawie? – Znowu te dołeczki w uśmiechu; Nanette poczuła mrowienie.

– Pansy – odparła. – Boks.

Zaśmiał się i nachylił do jej ucha.

– Wróć po souper, dziewczyno. Kiedy twoja francuskojęzyczna rodzina pójdzie spać.

Długo, z namysłem wpatrywała się w niego, przygryzając dolną wargę. Wiedziała, o co mu chodzi. Wiedziała, co rodzina by o tym pomyślała, ale to nie miało znaczenia. W tej chwili nie liczyło się nic poza cudowną męską obecnością Michaela Kilduffa.

– Qui. D’accord – szepnęła.

Noc z Michaelem była przepełniona magią, o której istnieniu Nanette nie miała pojęcia. Zimne gwiazdy świeciły przez okienko bez szyb, migotały na jego hebanowych włosach i w cudownych oczach. Skóra, gładka i blada tam, gdzie nie tknęło jej słońce, lśniła w świetle gwiazd, a dotyk jego dłoni sprawiał, że Nanette drżała z rozkoszy i pożądania. Brzuch bolał ją nie od krwi i tajemnicy, lecz z pragnienia. Kiedy otworzyła ramiona, miała wrażenie, że obejmuje cały świat. W uścisku Michaela drżała jak ptak, wiedziała, że w każdej chwili mogłaby odfrunąć, choć pragnęła tylko na zawsze tu pozostać.

Szlochając pod jego ciężarem, wstrząśnięta intensywnością magii, Nanette miała wrażenie, że po raz pierwszy naprawdę żyje. Podczas gdy gwiazdy wirowały nad klifem, oni tulili się do siebie, oddychając jak jedno ciało, nasłuchując odległego szumu morza, i Nanette chciała, żeby świat się zatrzymał w tej chwili.

Kiedy gwiazdy przygasły nad Sadami, poruszyła się, wtulona w ramię Michaela. Kot, który przez całą noc siedział pod okienkiem, już był na nogach. Żółte oczy płonęły w mroku, poszarpany ogon kołysał się na boki.

– Muszę iść – szepnęła Nanette.

Silne ramiona Michaela przyciągnęły ją, usta błądziły po jej szyi.

– Zapamiętam cię, Nanette Orchiére.

Nie poprosił, żeby z nim wyjechała. Nie przyrzekł, że wróci.

Sens tych przeoczeń zmroził ją tak samo jak zimowe powietrze kąsające w gołą skórę. W milczeniu wyślizgnęła się z jego objęć. Poprawiła ubranie, strzepnęła słomę ze spódnicy i włosów, unikając jego oczu. Kiedy była gotowa, po raz ostatni spojrzała na jego piękną twarz ukrytą w cieniu.

– Au revoir, Michel – szepnęła pospiesznie, nim zdążyło ją zdradzić ściśnięte gardło.

Nie dała mu czasu na odpowiedź. Okręciła się na pięcie, po czym tak szybko, jak pozwalała jej odwaga, zeszła po drabinie i potruchtała przez ogród do domu, trzymając w dłoni podkasaną spódnicę. Świt wolno wstawał, gdy na palcach szła do swojej sypialni. Słyszała, że za ścianą budzą się siostry i ich mężowie, dzban szczęknął o miednicę, znak, że bliźniaczki zaczęły poranną toaletę.

Wsunęła się do pokoju i opadła na skraj łóżka. Gdy wpatrywała się pustym wzrokiem w małe okrągłe lusterko nad komodą, nie widziała własnych splątanych włosów ani bladych policzków, ale dwa dołeczki i parę niebieskich, na wskroś niebieskich oczu. Ciało miała obolałe w intymnych miejscach, uda ją piekły, wargi były posiniaczone, lecz wszystkie te dolegliwości tłumił ból serca.

Kiedy poszła doić, Michaela i jego wielkiego wozu zaprzężonego w kościstą klacz już nie było. Odjechał klifem do innego miejsca, bez wątpienia na kolejne spotkanie z samotną wiejską dziewczyną.

Magia nocy się rozproszyła. Pojawiła się i w okamgnieniu odeszła.

Nanette zadawała sobie pytanie, czy cokolwiek z niej pozostało.

4

Jedli śniadanie w kuchni.

– Łowca czarownic odjechał, a dzisiaj jest wigilia sabatu Beltane. Chcemy iść do świątyni – Louisette stanowczym tonem zwróciła się do Claude’a.

Nawet na nią nie spojrzał.

– Non.

– Nikt się nie dowie – rzekła Anne-Marie.

– Rudy diabeł nie jest jedynym księdzem w Kornwalii ani jedynym łowcą czarownic. Po co nas wszystkich narażać na niebezpieczeństwo?

– Słyszałaś Claude’a, Anne-Marie – przemówił Paul. – Zostawcie magię w przeszłości, gdzie jej miejsce.

Louisette ze szczękiem odstawiła filiżankę.

– Nigdy jej nie porzucimy. To ona nas tutaj przywiodła.

– Jest dla nas pokarmem – dodała Florence.

– Phi! – parsknął Claude, plując do zupy w swojej misce. – Jest dla was pokarmem! – burknął. – Wasza linia wymarła. Nie widzicie?

– Co masz na myśli? – zapytała ostro Louisette.

– Żadna z was sześciu nie zdołała wydać na świat córki pomimo tych wszystkich ceremonii i eliksirów – odparł z gniewem jej mąż. – Ursule jednym gestem dłoni potrafiła uczynić wszystko, lecz ani jedna z jej wnuczek nie umie rzucić najprostszego zaklęcia!

Nanette przysłuchiwała się rozmowie ze spuszczoną głową, mocno splatając dłonie na podołku. Po ostatnich słowach Claude’a spojrzała na niego i spokojnie odrzekła:

– Ce n’est pas vrai.

– Nieprawda? – zakpił Paul. – Tylko mydła i leki!

Louisette posłała najmłodszej siostrze ostrzegawcze spojrzenie, lecz Nanette ją zignorowała.

– Ja rzuciłam zaklęcie na odwrócenie złego losu – oznajmiła zdecydowanie.

– Kłamiesz! – krzyknął Claude skonsternowany.

Nanette zadarła brodę.

– Jak myślisz, dlaczego ksiądz wyjechał z Marazion, Claude? Uważasz, że łowca czarownic po prostu zrezygnował?

– Qui.

– Non. – Nanette położyła obie dłonie na stole i wstała. Pochyliła się nieznacznie, wpatrując się w czarne oczy szwagra. – Nic nie wiecie o magii ani o mocy krwi Ursule. Mojej krwi. – Ogarniała ją coraz większa złość, słowa wylatywały z jej ust niczym krople wrzącej wody z czajnika. – Widzisz dziewczynę nadającą się tylko do dojenia kóz, mówienia po angielsku i jeżdżenia dwukółką na targ. Phi! – Wyprostowała się i odwróciła głowę, by ukryć łzy wściekłości piekące ją pod powiekami. – Mężczyźni! Ciągle opowiadacie, że Ursule to, Ursule tamto, a nie widzicie tego, co macie przed sobą!

Wymaszerowała z kuchni na ganek, a stamtąd, nie zatrzymując się nawet, by wziąć płaszcz albo szal, popędziła przez ogród do furtki, przemierzyła trakt i przeskoczyła rów. Biegła dziesięć minut, wiatr szarpał ją za włosy, kępy wrzosów plątały spódnicę. Dopiero kiedy poczuła ból w żebrach i płomienie w płucach, uświadomiła sobie, że płacze, i padła na pagórek, chowając twarz w dłoniach.

Zawsze gardziła łzami. Z sióstr Orchiére tylko Fleurette łatwo szlochała, miękkie łzy spływały jej po policzkach niczym krople deszczu. Kiedy płakała któraś z pozostałych, widok był brzydki: wykrzywione usta, napuchnięte oczy, szlochy targające gardłem. Mężczyźni nigdy nie uronili nawet jednej łzy. Nanette myślała, że wyschli od środka. Wątpiła, by byli do tego zdolni.

Wolałaby płakać z powodu Michaela, siedzieć przy oknie i patrzeć na morze, rozpaczając za utraconą miłością. Czasami czuła na sobie rozumiejące spojrzenie Isabelle, które zachęcało do zwierzeń, ale Nanette nie chciała sobie pobłażać, nie chciała o nim rozmawiać. Była czarownicą. Miała moc, a Michael nigdy by się tego nie domyślił. Nie zamierzała się poddawać dziewczęcej słabości.

Teraz jednak niezręczne oskarżenie Claude’a zepchnęło ją z krawędzi jak głaz, który stacza się po klifie i rozbija na skalistej plaży. Płakała głośno, lała strumienie łez. Policzki ją szczypały, przypuszczała, że będą spierzchnięte. Całe ciało wydawało się tkliwe i delikatne jak u noworodka. Objęła się w ochronie przed porywistym wiatrem, dłonie wsunęła pod pachy. Pod naciskiem poczuła ból w piersiach.

Wolno opuściła ręce i spojrzała na siebie. Łzy wyschły, gdy z przestrachem wodziła wzrokiem po wydatnym biuście. Wyglądało to tak, jakby piersi dwukrotnie się jej powiększyły. To niemożliwe. Przecież od trzech lat już nie rośnie.

Podniosła się na nogi wyjątkowo jak na nią ostrożnie. Każda kość, każdy mięsień wydawały się kruche, jakby miała gorączkę. Odwróciła się tyłem do odległego morza i spojrzała na wrzosowisko, które teraz, na wiosnę, pokrywało się zielenią. Sabat Beltane, znany w Marazion jako Dzień Majowy. Michael przybył do nich w Ostarę. Gdyby miała kalendarz, mogłaby dokładnie policzyć, ile minęło tygodni, choć z góry wiedziała, że nie musi. Nic nie zyska, próbując sobie przypomnieć ostatnią miesiączkę.

Była brzemienna.

Ta wiadomość rozgniewa rodzinę.

– Jak? – zapytał Claude.

Minął tydzień. Isabelle dostrzegła zmiany w ciele Nanette i obie zdecydowały, że trzeba powiedzieć o tym całej rodzinie.

– Och, na litość boską! – warknęła Louisette. – Przecież wiesz, jak to się robi, Claude!

– Ale ona nikogo nie zna! Nigdzie nie chodzi!

Anne-Marie, zwykle łagodząca spory, opierała się o zimny piec. Teraz się wyprostowała i wbiła w szwagra gniewne spojrzenie.

– I tobie w to graj!

– Co przez to rozumiesz? – rzucił ze złością.

Zgromadzili się w kuchni, choć na stole nie było jedzenia ani picia. Stali albo siedzieli, odwlekając udanie się do codziennych obowiązków, musieli bowiem oswoić się z szokującą wiadomością.

Okno było otwarte na wiosenne powietrze, przesycone słodkimi zapachami świeżo zoranej ziemi i nabrzmiałych pęków wrzosów. Dla kontrastu, zwłaszcza dla Nanette, w kuchni cuchnęło smażonym tłuszczem i dymem z oleju, od czego żołądek się jej wywracał. Isabelle zapewniła, że to potrwa krótko.

– Trzy miesiące – obiecała. – Za miesiąc poczujesz się lepiej.

Isabelle zrobiła krok do przodu.

– Rozumiem przez to – zwróciła się do Claude’a, spojrzeniem obejmując pozostałych mężczyzn – że jesteście zadowoleni, mając Nanette na swoje usługi. Że mijają kolejne lata, a ona nie ma przyjaciół, nie ma czasu dla siebie, żadnych rozrywek.

– Rozrywek? – powtórzył Paul, który siedział naprzeciwko Claude’a. Ich mroczne, ponure twarze były niczym lustrzane odbicia. – A my niby kiedy mieliśmy jakąś rozrywkę?

– Skończyła osiemnaście lat – zauważyła Anne-Marie.

– Ty w tym wieku urodziłaś Louisa – odparł Paul.

– Ale to było w poprzednim życiu. Spotykaliśmy się z ludźmi, zawieraliśmy przyjaźnie…

– Nie ulega wątpliwości, że Nanette jednego przyjaciela miała – z przekąsem wtrącił Claude.

Nanette, oparta o ścianę koło okna, przycisnęła dłonie do brzucha. Wokół niej wirowały słowa. Czuła się zdezorientowana, gdy kuchnia, zwykle cicha i przytulna, rozbrzmiewała teraz coraz donośniejszą rozmową. Zamknęła powieki, odgradzając się od rozgniewanych twarzy. Pozwoliła myślom powędrować wysoko na wrzosowiska, gdzie dzikie kuce schodzą ze wzgórz, by skubać świeżą trawę, a lisy wyglądają zza krzewów jeżyn. Nie zauważyła, kiedy rodzina zamilkła.

Poczuła jedną dłoń na ramieniu, drugą w pasie i otworzyła oczy. To Florence prowadziła ją do stołu. Mężczyźni poszli do pracy, siostry zostały same. Fleurette wyszła ze spiżarki z jedną ze swoich ciemnych buteleczek. Odkorkowała ją i nalała miarkę do glinianego kubka.

– Wypij – poleciła cicho Florence. – Remedium na uspokojenie żołądka.

Nanette posłusznie połknęła kwaśną ciecz, marszcząc nos na jej zapach, ale po chwili odetchnęła z ulgą, bo mdłości ustąpiły.

– Lepiej? – Isabelle usiadła obok i wzięła ją za rękę.

Nanette kiwnęła głową.

Florence krzątała się, dokładała drewna do pieca, napełniała czajnik, rozstawiała filiżanki. Fleurette wyszła na korytarz, a gdy wróciła, w ręku trzymała cenny woreczek. Położyła go na środku stołu i wyjęła starożytną księgę czarów, ostrożnie obchodząc się z popękanymi skórzanymi okładkami. Otworzyła ją i zaczęła przewracać pergaminowe karty. Na jednych widniały notatki wyraźnym pismem, na innych atrament już wyblakł, litery stały się pajęcze i mgliste. Fleurette przysunęła bliżej lampę oliwną i pochyliła się nad stronicą.

– Co chcesz zrobić? – zapytała Nanette.

– To zależy od ciebie – zachrypiał rzadko używany głos Fleurette. – Twoje dziecko. Twój wybór.

– Nie rozumiem.

Isabelle poklepała ją po dłoni i cofnęła rękę. Woda w miedzianym czajniku zaczęła bulgotać. Florence zaparzyła herbatę i nakryła czajnik ocieplaczem, a Fleurette rozstawiła filiżanki. Bliźniaczki zajęły miejsca naprzeciwko Nanette i Isabelle i przy stole zapadła łagodna cisza. W oczach Fleurette lśniły łzy. Florence ujęła w słowa to, co myślały siostry.

– Nanette, nie musisz rodzić tego dziecka.

– Ja… Co? – Nanette poderwała głowę. W tym samym momencie poczuła ciężar kota na stopach, ciepło owinięte wokół jej kostek. Nauczył się unikać mężczyzn i demonstrował wyjątkowy talent w orientowaniu się, gdy wychodzili z domu. Siostry najczęściej go ignorowały, z wyjątkiem Isabelle, która pilnowała, żeby w spiżarce zawsze był dla niego jakiś kąsek.

– Jest taki eliksir – ciągnęła Florence. – Wywołuje poronienie.

– To jest bolesne – szepnęła Fleurette.

– Rodzenie dzieci jest bolesne – odparła Isabelle.

Nanette przyglądała się siostrom. W ich twarzach nie widziała gniewu ani dezaprobaty. Odwzajemniały jej spojrzenie i czekały. Głęboko w brzuchu poczuła trzepot nowej magii, energię nowego życia drgającą w jej krwi, przemawiającą do przyszłości.

– Chcę ją zatrzymać – szepnęła.

– Nie zdołasz ukryć jej przed ludźmi – powiedziała Florence.

– A kogo to będzie obchodziło?

– Claude’a, Paula, Jeana.

– Dlaczego? Z nikim się nie spotykają.

– Ponieważ chcą, żebyśmy porzuciły magię – odrzekła Isabelle. – Dziecko oznacza, że linia Orchiére być może przetrwa.

– Myślałam, że Claude odeśle mnie z Sadów.

– Zrobiłby to, gdyby mógł – przyznała Florence. – Ale my na to nie pozwolimy. Jesteś z rodu Orchiére, on nie.

– Sady należą do nas – dodała Isabelle. – Za sprawą Ursule.

– To dlatego wiecznie jest taki zły?

– Po części – odparła Florence.

– Nie mogą znieść, że ich nazwiska poszły w zapomnienie – powiedziała Isabelle.

– Po tak długim czasie?

Isabelle wzruszyła ramionami.

– Kiedy Ursule żyła, nikt nawet nie wspominał, żebyśmy przyjęły ich nazwiska i zrezygnowały ze swojego. Nasz ojciec o tym wiedział i nigdy się nie skarżył. Odkąd jednak grand-mère odeszła, a wraz z nią jej moc…

– Ale przecież ja mam moc.

– Tylko czy wystarczającą? – zapytała Florence.

Nanette spojrzała w jaśniejące niebo za oknem i westchnęła ze znużeniem.

– Za mało, żeby zatrzymać Michaela, chociaż tego pragnęłam, ale dość, by zatrzymać jego dziecko, i uczynię to.

– Może dziecko będzie miało moc – rzekła Isabelle.

Siostry milczały, ponieważ żadna z nich tego nie wiedziała.

Kiedy stan Nanette zaczął rzucać się w oczy, w dni targowe mieszkańcy Marazion zerkali na nią z ukosa. Gospodynie szeptały, gdy je mijała. Mężczyźni burczeli i cofali się, jakby jej rosnący brzuch mógł ich zarazić. Tylko spodziewająca się kolejnego potomka Meegan witała ją jak zawsze przyjaźnie i ponad inne sery przedkładała te z Sadów.

– Możesz mówić, że wyszłaś za mąż – powiedziała pewnego dnia, kiedy obie z Nanette odpoczywały zlane potem w nietypowym jak na październik upale. – Albo że owdowiałaś.

– A po co? Nie dbam o to, co myślą, dopóki u mnie kupują – odparła Nanette.

Meegan skwitowała jej słowa westchnieniem.

– Twoje produkty są najlepsze, inaczej już by przestali. Jedno jest pewne, tamta nic od ciebie nie weźmie. – Głową wskazała na tłustą gospodynię stojącą koło wozu załadowanego po brzegi niesprzedanymi warzywami. Czerwona na twarzy kobieta schowała ręce pod fartuchem i ze złością gapiła się na przyjaciółki.

Nanette omiotła ją wzrokiem.

– Tamta? Jej bym nic nie sprzedała, choćby bardzo prosiła. Robi znak na odczynienie złego oka.

– A to krowa – powiedziała Meegan. – Przecież nawet cię nie zna.

Nanette się uśmiechnęła wdzięczna za jej lojalność.

– Mam nadzieję, że się nie mylisz.

Nanette nie dręczyły żadne wątpliwości. Ostatnio przepełniała ją pewność, tak jak jej ciało przepełniał cud nowego życia. Dziecko szybko rosło, produkty sprzedawały się lepiej niż kiedykolwiek. Nic dziwnego, że inni rolnicy czuli do niej niechęć.

Oczywiście Meegan nie miała pojęcia o zaklęciach, które Nanette rzuciła na swoje towary, talizmanach zrobionych przez Anne-Marie i ukrytych w rogach dwukółki ani o ochronnym amulecie od Fleurette noszonym przez Nanette na szyi. Kiedy amulet przesuwał się po jej piersiach, czuła trzepot w łonie. Otaczała ją magia. Czuła się niezwyciężona.

Dumnie obnosiła się ze swoją ciążą także w domu, chociaż Claude przestał się do niej odzywać, a mężczyźni, którzy przychodzili do Sadów obejrzeć sławne kuce, udawali, że jej nie widzą.

– Przecież nie jestem pierwszą niezamężną dziewczyną w Kornwalii, która zaszła w ciążę – powiedziała pewnego poranka do Isabelle. Poprawiła się na stołku do dojenia, próbując przenieść ciężar brzucha na uda.

– Dla nich nie jesteś Kornwalijką, Nanette.

– Mieszkam tu od czwartego roku życia! – Stęknęła, sięgając po wymiona kozy. – Mówię ich językami, rozmawiam z nimi, handluję…

– To przez nas. Dla nich jesteśmy obcy, a ty należysz do naszej rodziny.

– Przecież nie moja wina – odparła Nanette grymaś­nie i zaraz cmoknęła. – Przepraszam, Isabelle. Nie chciałam, żeby tak to zabrzmiało.

– Wiem, ma chère.

– Nie umiem się pozbierać. Z trudem łapię oddech.

– Skończę dojenie, a ty idź i odpocznij w kuchni.

Sabat Samhain dawno minął, zbliżał się Yule. Przed zimą wiele było do zrobienia. Nanette walczyła ze zmęczeniem, ale skusiła ją myśl o odpoczynku obok ciepłego pieca ze stopami opartymi na stołku.

– Na pewno, Isabelle?

– No, bien sûr. Pamiętam, jak to jest. Przed urodzeniem George’a ledwo powłóczyłam nogami.

– Merci. – Nanette podała siostrze skopek i wyszła z obory do ogrodu. Czuła się jak brodząca kaczka, twarz miała tak samo obrzmiałą jak piersi. Łaknęła jednego z remediów Fleurette, zwłaszcza cytrynowego balsamu wcieranego w stopy i napęczniały brzuch.

W połowie ogrodu usłyszała grzechot kół na drodze po klifie. W chwili gdy do jej uszu dotarł ten odgłos, poczuła ból w brzuchu. Rozlewał się szybko między kośćmi udowymi, pełzł w górę do mostka i nabierał ostrości. Dotknęła amuletu Fleurette pod stanikiem i doznanie się nasiliło. Znak ostrzegawczy. Działo się coś złego.

Upewnił ją w tym kot czekający przy drzwiach do sieni. Grzbiet wygiął w łuk i syczał, zjeżył postrzępioną szarą sierść, a ogonem machał tak szybko, że zamazywał się jej w oczach. Na alejce coraz bliższy stukot końskich kopyt zwolnił.

Starała się szybko wejść po schodach do sieni, schować w domu, zanim wóz wjedzie na dziedziniec.

– Mademoiselle!

Za późno. Ociężale i niezgrabnie odwróciła się w stronę głosu.

Zmienił się przez ten ponad rok, kiedy nie było go w Kornwalii. Marchewkowe włosy przyblakły, chude policzki jeszcze bardziej się zapadły, przez co oczy nad zakrzywionym nosem wydawały się osadzone tuż koło siebie. Powoził wozem zaprzężonym w kuca. Ściągnął lejce i zeskoczył na ziemię.

Z wzroku łowcy czarownic wyzierało zło, jakby krył się w nim szatan zrodzony z nienawiści, strachu i fanatyzmu. Nanette instynktownie przykryła brzuch rękami.

Gdy ksiądz podszedł do ogrodowej furtki i przechylił się przez nią, zmarszczyła nos, czując odór zgniłych jajek, który przylgnął do jego brudnej czarnej sutanny. Przemówił i jego oddech okazał się jeszcze bardziej ohydny, naprawdę był to zapach siarki.

– Widzę, że płacisz za swój grzech, mademoiselle – rzekł po francusku.

Nanette wyprostowała się na tyle, na ile pozwolił jej brzuch. Ból łagodniał i zmusiła się, by spojrzeć księdzu prosto w twarz. Po raz pierwszy dostrzegła, że jedno jego oko błądziło na wszystkie strony, wpierw patrzyło na nią, potem potoczyło się w bok.

– Kazałeś swojemu biednemu kucowi przemierzyć w zimnie całą tę drogę po to tylko, by mi to powiedzieć, panie?

– Nazywaj mnie ojcem.

– Nie jesteś moim ojcem, a ja nie należę do twojej trzódki. Nie masz nade mną żadnej władzy.

Szyderczy uśmiech odsłonił luki w jego zgniłych zębach, a błądzące oko znowu ją odnalazło.

– Mylisz się – odparł.

– Nie masz tutaj kościoła – rzekła. Czuła się lepiej, stawiając mu czoło, mówiąc szczerze, co myśli. Łono jej zadrgało, przypominając o mocy, którą dysponowała. – Nie masz władzy.

– Mam władzę od Boga, a ojciec Maddock i jego kongregacja to żywiący bojaźń bożą chrześcijanie, gorliwi żołnierze naszego Pana. Wiedzą, co jest słuszne.

Ujęła się pod boki, choć była świadoma, że ta postawa uwydatnia jej brzuch.

– A co według ciebie jest słuszne, panie? Czego ode mnie chcesz?

Wskazał jej napęczniały brzuch.

– Tego dziecka – odrzekł spokojnie.

– Mojego dziecka? Dlaczego?

– Niewinne dziecię powinno wzrastać w chrześcijańskim domu z matką i ojcem, a nie w tym niemoralnym gnieździe czarownic! – Ostatnie słowo wysyczał i odór siarki przybrał na sile.

Pomyślała, że pewnie sam stoi w progu piekieł, w które tak głęboko wierzył. Zgrzytnęła zębami i odwróciła się, żeby wejść do domu.

– Przybędziemy po to dziecko, gdy się narodzi! – krzyknął za nią.

Przystanęła i obejrzała się przez ramię. Stał przyciśnięty do furtki, w kościstej dłoni trzymał kapelusz, jego spłowiała sutanna wydymała się w porywach lodowatego wiatru. Był najszkaradniejszą istotą ludzką, jaką w całym swoim życiu widziała, zarówno na ciele, jak i na duszy. Brzuch znowu zaczął ją boleć, choć tym razem powodem była moc. Okręciła się na pięcie, czując, jakby sama Bogini Matka przez nią przemawiała:

– Idź do diabła, monsieur Bernard! Nigdy więcej nie postawisz stopy w Sadach!

Wolną dłonią otworzył zasuwę i wszedł do środka. Zezowate oko toczyło się dziko, gdy szedł ku niej z wyciągniętą ręką. Mamrotał coś, Pismo, modlitwę, może przekleństwa. Nanette wbrew sobie się cofnęła. Niemal czuła jego kościste palce zaciskające się na jej gardle.

Kot u jej stóp zamiauczał przeraźliwie i zabrzmiało to jak płacz dziecka. Oblicze księdza przybrało barwę popiołu.

– Demon! – syknął. Złapał kapelusz i rzucił nim w kota, który uderzony, znowu zapiszczał. Łowca czarownic warknął: – Zrobisz, jak powiadam, kurwo. – Wyciągnął do Nanette pokryte czerwonymi plamami dłonie.

– Dotknij ją, księże, a umrzesz! – dobiegł z sieni surowy głos.

Łowca czarownic znieruchomiał, nad ramieniem Nanette patrząc do sieni. Drzwi trzasnęły i Nanette obok siebie wyczuła potężną postać Claude’a. Rzuciła mu spojrzenie z ukosa. Trzymał siekierę, tę samą, którą rąbał drewno na opał. Nie włożył butów, ale nawet w skarpetach był groźny, wysoki, ciemny, muskularny od pracy w gospodarstwie.

Twarz księdza się wykrzywiła.

– Dostanę to dziecko! – zapewnił. – Zobaczycie!

Odwrócił się gwałtownie, długa czarna szata zafalowała wokół jego butów, i wypadł za furtkę, zostawiając kapelusz leżący na ziemi.

Nanette i Claude nie ruszyli się z miejsca, kiedy ksiądz wskoczył na siedzenie woźnicy. Nanette się wzdrygnęła, widząc, jak szarpie lejcami, żeby zmusić biedne zwierzę do zawrócenia na wąskiej ścieżce w stronę traktu. Kiedy wóz podskoczył na łuku, ksiądz raz się na nich obejrzał. Claude bez słowa uniósł siekierę. Łowca czarownic pogroził im pięścią i odjechał.

– On mówił poważnie – burknął Claude.

– Nie oddam jej.

– Nie będziemy w stanie cię ochronić.

– Przed chwilą to zrobiłeś. – Pochyliła głowę ku niemu. – Dziękuję. Chciał mi zrobić krzywdę.

– Sprowadzi drugiego księdza, tego z Marazion. – Claude opuścił siekierę i przesunął dłonią po ostrzu.

– Ojca Maddocka.

– I innych ludzi. Twoje dziecko jest tylko pretekstem. Oni chcą nas stąd wypędzić.

Nanette czuła, jak w głowie dudni jej krew, brzuch nadal się kurczy od głębokiego bólu magii.

– W takim razie ja się ich pozbędę – szepnęła.

– Jak? Co możesz zrobić? – zapytał Claude, ale jej już nie było.

Wybiegła za furtkę i zaczęła się wspinać na skaliste wzgórze tak szybko, jak pozwalało jej ociężałe ciało. Kot pędził przed nią krętymi susami. Siostry dołączyły do niej, jakby wezwała ich biciem dzwonu. Isabelle nie skończyła dojenia, Florence i Fleurette nie pozmywały naczyń, Louisette porzuciła sery, które owijała w piwniczce, Anne-Marie wyłoniła się z zaparowanej pralni, zostawiając bieliznę moczącą się w drewnianej balii. Zabrała kilka rzeczy ze spiżarki i za pozostałymi ruszyła ścieżką do świątyni.

Pomimo zimna Nanette była zlana potem, gdy dotarła do głazów na szczycie wzgórza. Poruszała się niezgrabnie i wolno, siostry ją dogoniły, gdy wkroczyła w półmrok jaskini. Nie było potrzeby niczego wyjaśniać, o nic pytać ani wydawać poleceń. Przywiodła je tutaj magia, której moc nigdy nie była większa.

Poza tym nie miały czasu do stracenia.

5

Świeca nie była nowa, lecz biała i prawie cała, z grubym knotem. Płonęła intensywnym, równym płomieniem, gdy siostry zajmowały swoje miejsca.

Nanette czuła presję czasu, chociaż jednak moc śpiewała jej w żyłach, poruszała się ociężale, wydatny brzuch był bardziej przeszkodą niż pomocą. Z trudem oddychała, problem sprawiało jej utrzymanie się na nogach, kiedy stała przed kryształem. Wyciągnęła ręce, gładząc zimny kamień. Nim jeszcze go dotknęła, słowa pojawiły się w umyśle, połączone siły sióstr napełniły każdą sylabę.

Bogini Matko, okaż swe moce

W tej czarnej dla mnie godzinie.

Poślij czarta w falujące morze,

Daj ochronę mnie, dziecku i całej rodzinie.

To było dobre zaklęcie, silne, bardziej konkretne niż zwykle, wypowiedziane pospiesznie z konieczności. Powtórzyła je trzykrotnie po trzykroć, słowa toczyły się jedno za drugim i nim skończyła, kryształ zapłonął. W jego wnętrzu błysnęło światło czerwone jak furia. Na ten widok siostry Nanette wstrzymały oddech, ona sama zaś zamknęła oczy, karmazynowa poświata przenikała przez jej powieki, odpowiadała na prośbę, składała przyrzeczenie.

Gdy skończyła rytuał, w głębi jej ciała odezwał się inny ból. Wiedziała, że nie jest związany z magią. Tak zaczynało się życie jej córki.

Dokładała starań, by ustać, zajmować miejsce w kręgu, dopóki ognisty żar kryształu nie przygasł. Potem z jękiem opadła na kolana. Kamienna podłoga zalśniła od jej wód, macica boleśnie się skurczyła.

Florence i Fleurette, stare panny, krzyknęły przerażone. Anne-Marie napomniała je, by nie straszyły Nanette.

– Nadszedł po prostu jej czas – oznajmiła spokojnie.

– Nie! – stęknęła Nanette. – Dopiero w święto Yule…

– Tego przewidzieć nie sposób.

Poczekały, aż minie pierwszy ból, potem Anne-Marie i Louisette podniosły ją.

– Musimy sprowadzić ją ze wzgórza – powiedziała Isabelle.

– D’accord – odrzekła spokojnie Louisette, jakby kobiety codziennie zaczynały rodzić w jaskini na szczycie wzgórza. – Florence i Fleurette, zbierzcie rzeczy. Isabelle, pójdziesz przodem i dopilnujesz, żeby Nanette o nic się nie potknęła, dobrze?

– Bien sûr.

Chwilę później Nanette opuszczała jaskinię na drżących nogach. Ból minął, jakby nigdy go nie było. Tylko namoknięta spódnica i ociekające wodą uda, teraz nieprzyjemnie stygnące, przypominały jej, że coś się wydarzyło.

– Bóle wrócą – powiedziała Anne-Marie. – To będzie trudne, ale dasz radę. Kiedy pojawią się skurcze, przystaniemy. Zaprowadzimy cię do łóżka.

– Powiedz nam, kiedy się pojawią – dodała Louisette.

Powoli i niezgrabnie kobiety schodziły po stromej ścieżce.

– Maintenant, maintenant! – Nanette krzyczała co chwilę.

Siostry pomagały jej wtedy klęknąć i trzymały, gdy zmagała się ze skurczem. Kolejnym brakowało elementu zaskoczenia, mimo to ich intensywność była szokująca. Kontrolę przejęło nad nią ciało, Nanette nie pozostało nic innego, jak tylko poddać się jego woli.

Zejście ze wzgórza do Sadów zwykle zajmowało pół godziny, tego dnia jednak wyglądało na to, że potrwa całą dobę. Florence i Fleurette wkrótce dogoniły siostry, Louisette wysłała je przodem, by poczyniły przygotowania. Anne-Marie mruczała kojąco do ucha Nanette, a Isabelle szła przodem krętą ścieżką, wypatrując luźnych kamieni albo jeżyn, o które ciężarna mogłaby się potknąć. Wolno, jakże wolno pokonywały zbocze.

W połowie drogi znowu się zatrzymały w miejscu, gdzie ścieżka się poszerza i prostuje, oferując widok na wijący się po klifie trakt do Marazion. Dalej po horyzont rozciągało się morze taflą matowego srebra. Jęcząc z długotrwałego dojmującego bólu, Nanette zapragnęła znaleźć się w wodzie. Już nie myślała o łowcy czarownic. Trudy ciała, żar połogu zajmowały ją bez reszty.

Isabelle jednak nie zapomniała. Ciągle popatrywała na szare zimowe morze i teraz wykrzyknęła:

– Spójrzcie tam! Ksiądz!

Skurcz ustępował i Nanette, z trudem łapiąc powietrze, podniosła głowę. Zwróciła wzrok w kierunku wskazanym przez siostrę, mruganiem odpędzając krople potu.

– Nie widzę go – rzekła chrapliwie.

– Nie o niego chodzi, tylko o jego wóz.

Wyrównawszy oddech, Nanette poczuła się na tyle silna, by wstać, starając się zachować równowagę na pokrytej lodem ziemi. Opierając się o Anne-Marie, powiodła oczami po trakcie.

– Och! – westchnęła. – Widzę wóz! Kuc stoi na zimnie, ale gdzie jest ksiądz?

– Nigdzie go nie ma – odrzekła Anne-Marie.

– Czy z tamtego miejsca mógł zejść w dół po klifie? – zapytała Isabelle.

– Nie sądzę – odparła Louisette.

Nanette często jeździła traktem.

– Nie – rzekła. – Jest tam niemal pionowe urwisko opadające prosto na skały. Ludzie zrzucają z niego rzeczy, kiedy na dobre chcą się ich pozbyć.

– Jeśli taka będzie wola Bogini, to łowca czarownic także zniknie na dobre – burknęła Louisette.

– Nie ma go tam – oznajmiła z przekonaniem Isabelle. – Nigdzie go nie widzę.

Kiedy tym razem ból przeszył brzuch Nanette, powodem było i dziecko, i magia, wielka fala cierpienia, mocy i triumfu, która wzniosła się w niej niczym grzywacz na oceanie i pozostawiła ją wyczerpaną, zdyszaną i osłabłą z wdzięczności.

Poród przeciągnął się do nocy. Fleurette przygotowała remedium, a Florence, chociaż nigdy nie wydała na świat dziecka, wiedziała, co robić. Pomiędzy skurczami siostry prowadziły ją dokoła pokoju, masowały jej plecy i brzuch, trzymały, gdy krzyczała. Dopiero pod sam koniec zawołała Michaela po imieniu.

Florence skwitowała to cmoknięciem.

– Tę robotę musisz wykonać sama, Nanette – szepnęła Fleurette. – Innego wyjścia nie ma.

Nanette była zbyt zaabsorbowana porodem, by wtedy to zrozumieć, choć później sobie przypomniała. Urodzenie się, wydawanie dziecka na świat, stawienie czoła śmierci: to samotna praca.

Dziewczynka urodziła się, kiedy nazajutrz wstało słońce, Orchiére od główki do idealnych paluszków u stóp. Miała wilgotne czarne loki i oczy ciemne jak noc. Głośno protestowała przeciwko nieprzyjemnemu zimnemu powietrzu, ostremu światłu, szorstkiej bawełnie, w którą owinęła ją Fleurette. Dopiero kiedy Nanette przystawiła ją do piersi, ucichła, do tego czasu jednak zdążyła postawić na nogi cały dom.

Jedna po drugiej przychodziły, żeby ją obejrzeć, Louis­ette posępnie dumna, Anne-Marie uśmiechnięta, Isabelle zauroczona. Nawet mężczyźni się pojawili, choć żaden nie okazał emocji.

– Następna dziewczynka z rodu Orchiére – burknął Claude.

– Tak, Claude – odparła Louisette. – Nasza linia trwa.

– Tego jeszcze nie wiesz.

– Ja wiem – oznajmiła Nanette. – Wiem doskonale. A na imię ma Ursule.

Louisette posłała Claude’a i Paula na ratunek porzuconemu księżowskiemu kucowi, który całą zimową noc spędził na krawędzi klifu. Jak później powiedzieli, rozpoznali wóz i odwieźli go do stajni, do której należał. Swoim łamanym angielskim zdołali przekazać stajennemu, że go znaleźli, i ludzie z miasta ruszyli za nimi na poszukiwanie księdza.

Gdyby był przypływ, pewnie nigdy by się nie dowiedzieli, co się przytrafiło ojcu Bernardowi. Ponieważ jednak morze dopiero zaczęło zalewać groblę między lądem stałym a St Michael’s Mount, połamane i zakrwawione zwłoki łowcy czarownic leżały wyraźnie widoczne na kamieniach u stóp klifu.

– Myślą, że stanął, żeby się wysikać, i poślizgnął się – relacjonował Paul z ponurą uciechą. – Wyciągnęli go na sznurach. Kości przebiły się przez skórę, a czaszka była zmiażdżona jak skorupka jajka. Te jego małe oczka, którymi tak się w nas wpatrywał, teraz…

– Ciii, Paul – przerwała mu Anne-Marie. – Nanette karmi dziecko.

Nanette, usadowiona przy piecu z noworodkiem przy piersi, powiedziała:

– Chcę słyszeć. Chcę mieć pewność, że łowca czarownic nie żyje. Chcę wiedzieć, że w końcu jesteśmy bezpieczni.

Po tych słowach Fleurette odwróciła się gwałtownie, filiżanka wypadła jej z ręki i z głośnym hukiem roztrzas­kała się na kamiennej podłodze.

Bliźniaczka momentalnie znalazła się przy niej.

– Dobrze się czujesz? – zapytała cicho. – Co się stało?

Fleurette tylko pokręciła głową, ale była blada jak mgła, a jej puste dłonie dygotały. Florence objęła ją i wyprowadziła z kuchni do sypialni.

Louisette cmokała, biorąc miotłę, by uprzątnąć kawałki ceramiki.

– Paul, zdenerwowałeś Fleurette.

Nanette zadrżała, mocniej tuląc do siebie Ursule.

– Nie, Anne-Marie, to nie Paul zdenerwował Fleurette, tylko ja. – Spojrzała na ssące dziecko, na jej maleńkie różowe usteczka i rzęsy niczym skrzydła kosa na tle miękkich policzków. – Popełniłam błąd i Fleurette o tym wie. Zło nigdy nie znika. – Przycisnęła głowę do wysokiego oparcia krzesła, pilnując spokoju córeczki. – Wszyscy musimy stawić temu czoło. – Westchnęła ze znużeniem i zamknęła oczy. – Dopóki linia Orchiére trwa, walka nigdy się nie skończy.

Rodzina rozpieszczała Nanette przez kilka dni, nawet Claude traktował ją łagodnie. Kiedy Ursule miała pięć dni, sprezentował jej kołyskę, którą zbudował w tajemnicy, pracując z piłą i młotkiem za oborą, gdzie szlifował deski, by nie podrapały niemowlęcia, woskował zawiasy, dzięki czemu gładko kołysały dziecko do snu. Nanette mu podziękowała i pochwaliła przed Louisette, wywołując na twarzy najstarszej siostry rzadki u niej uśmiech.

Isabelle na pewien czas przejęła dojenie kóz, co oznaczało, że kiedy przybył z wizytą ojciec Maddock z Marazion, Nanette była sama w domu z córeczką.

W wyciu wiatru od morza usłyszała stukot kopyt na drodze, a po nich cichsze klapanie o ubitą ziemię ścieżki. Przed chwilą ułożyła Ursule w kołysce; podeszła do kuchennego okna i podniosła zasłonę w samą porę, by zobaczyć, jak ksiądz wiąże wałacha do płotu i otrzepuje sutannę z kurzu. Jego strój był tak podobny do stroju zmarłego duchownego, że serce na moment przestało jej bić, bo pomyślała, że łowca czarownic powstał z martwych. Kiedy ojciec Maddock otworzył furtkę, bała się, że zobaczy upiora ze zmiażdżoną czaszką i zakrwawionymi kośćmi na wierzchu.

Podszedł do frontowych drzwi domu, z których nigdy nie korzystano, i uderzył w nie rękojeścią bata.

Nanette się zawahała; kusiło ją, by zignorować pukanie, ale zdecydowała, że lepiej będzie, jeśli zachowa się normalnie, pewnie tak jak zachowałaby się Meegan. Wytarła ręce w fartuch, przeczesała włosy palcami i poszła korytarzem do drzwi. Zaskrzypiały na zardzewiałych zawiasach, opierając się jej wysiłkom, by je otworzyć. Udało się dopiero po trzeciej próbie; z przeraźliwym piskiem zaskrobały o próg, gdy w końcu się zakołysały. Ksiądz uniósł cienkie brwi.

– Przepraszam, panie – powiedziała. – W ogóle z nich nie korzystamy.

– Nikt was nie odwiedza?

Trudno to było uznać za grzeczne powitanie. Nanette zadarła brodę, przez co ich oczy się zrównały.

– Jesteś pierwszym od dawna – odrzekła swoją najlepszą angielszczyzną.

Był otyły, miał rzadkie brązowe włosy i słabe oczy. Trzymał kapelusz z płaskim rondem przed wystającym brzuchem, jakby chciał go ukryć.

– Nie przyjechałem z wizytą.

To wzbudziło w niej gniew. Zaplotła ręce, by nie stracić panowania nad sobą.

– No cóż, w takim razie musisz mieć inny powód tej forsownej podróży.

– Jestem przekonany, że przed swą przedwczesną śmiercią ojciec Bernard rozmawiał z tobą o twoim bękarcie.

Nanette zagryzła zęby, bojąc się, że powie coś, co skończy się katastrofą.

Ojciec Maddock prychnął.

– A więc mam rację. Powiem ci, że się z nim zgadzałem. Chociaż służymy różnym kościołom, wyznajemy te same zasady.

– Jeśli myślisz – odparła Nanette przez zaciśnięte gardło – że oddałabym swoją córkę jemu, tobie lub komukolwiek innemu, to postradałeś zmysły.

– Przypuszczam, że ojciec dziecka nie chce się z tobą ożenić.

Wyprostowała ręce i położyła dłoń na zasuwie gotowa w każdej chwili ją zamknąć.

– Wolę nie wychodzić za mąż. – Pomyślała, że zabrzmiała całkiem jak Louisette.

Twarz mu poczerwieniała.

– Powinnaś przynajmniej ochrzcić to biedactwo. Uratować je przed czyśćcem!

Nanette nie potrafiła się powstrzymać. Splunęła mu pod stopy.

Rumieniec na jego twarzy pociemniał, chwilę poruszał ustami.

– Wstydź się! – zakrzyknął. – Bezbożnicy z Sadów! Twoje dziecko będzie przeklęte na wieczność!

Ursule zakwiliła. Nanette poczuła reakcję w piersiach i nie musiała nawet patrzeć, by wiedzieć, że stanik sukni przesiąkł jej mlekiem.

– Zostaw nas w spokoju! – warknęła, po czym z rozdzierającym uszy skrzypnięciem zawiasów zamknęła drzwi przed nosem księdza.

Myślała, że sobie poszedł, i usiadła na krześle, by nakarmić dziecko. Wtedy usłyszała kroki na tylnym ganku. Drgnęła i niemowlę zapłakało, bo sutek wysunął się mu z buzi. Nanette z wysiłkiem wstała, córeczka krzyknęła rozczarowana. Ksiądz w kapeluszu na głowie, z batem w dłoni wpadł do kuchni, nie fatygując się pukaniem. Nanette pospiesznie próbowała się zakryć. Pomyślała o ucieczce do spiżarki i zamknięciu drzwi na klucz, ale gniew zapłonął w niej wysokim płomieniem.

– Czego chcesz? – zapytała. Mała Ursule zapłakała głośniej, położyła więc córeczkę na ramieniu.

W odpowiedzi Maddock pokazał jej zgnieciony i brudny przedmiot.

Przez kilka sekund Nanette patrzyła, nic nie rozumiejąc. Kiedy pojęła, co to jest, w piersiach poczuła zimny dreszcz, który przygasił jej gniew. Łzy dziecka moczyły jej ramię, maleńkie ciałko dygotało od szlochów. Nanette opadła na krzesło i przykryła główkę córki dłonią, jakby ksiądz mógł ją ugryźć.

– Co to jest? – zapytała drżącym głosem.

Lecz przecież wiedziała.

Upuścił kapelusz, gdy uciekał. Musiał leżeć tam od tamtego brzydkiego dnia, tracił kształt pod naporem pogody, kolor blakł, ale nadal był rozpoznawalny. Zwłaszcza dla człowieka, który nosił bardzo podobny.

Kapelusz łowcy czarownic.

Nanette czuła, jak krew odpływa jej z twarzy.

– Widzisz przecież, panie, że muszę nakarmić dziecko! Odejdź, proszę, i zostaw mnie w spokoju!

– On tutaj był – rzekł ojciec Maddock. Potrząsnął przedmiotem, który trzymał, a po podłodze rozsypały się grudki ziemi. – W dniu swojej śmierci!

– Nic nie…

– Wiem! – krzyknął przeraźliwie. – Mówił mi, że się tu wybiera, i w istocie to uczynił, lecz nie wrócił! – Pochylił się, a jego tłuste policzki trzęsły się z gniewu. Zezowate oczy jakimś sposobem się skupiły, gdy zbliżył swoją twarz zbyt blisko twarzy Nanette. – Coś mu uczyniła… – ostatnie słowo wypluł, jakby ohydniejszego nie znał: – …czarownico?

Nanette z zapłakanym i mokrym dzieckiem w ramionach wzięła głęboki wdech. Nie miała przeciwko niemu żadnego oręża prócz swej mocy. Otoczyła się nią jak pancerzem, jak tarczą.

Powoli wstała. Kolory powróciły na jej twarzy, ból magii zaczął się głęboko w ciele, tam gdzie łono wciąż było tkliwe po porodzie. Jakby wyczuwając, co rośnie w matce, mała ucichła.

– Posłuchaj mnie, klecho. – Nanette powoli obeszła stół, Maddock się cofnął, z palców zwisał mu zniszczony kapelusz. – Jesteśmy starym i szacownym klanem, chronimy się wzajemnie. – Czuła, że jej słowa naładowane są mocą, że całe ciało jest nią wypełnione. Fala rosła, silniejsza, potężniejsza, wzbierała, by się załamać. – Jeśli będziesz nam groził, klecho… – Zrobiła kolejny krok i dostrzegła, że on odbiera jej siłę. Magia przyniosła ukojenie jej córeczce, lecz napełniła przerażeniem serce wroga. – Jeśli będziesz nam groził, groził mojemu dziecku, zniszczymy cię.

Jakby znikąd pojawił się szary kot, dziko machał ogonem, żółte ślepia wbił w ojca Maddocka. Ksiądz pobladł na jego widok.

– Jak… nie możesz… – usiłował zakrzyknąć, ale głos uwiązł mu w gardle. Dłoń trzymająca zniszczony kapelusz trzęsła się jak osika.

Nanette wyciągnęła rękę.

– Daj mi to.

Jego usta otworzyły się i zamknęły jak u łapiącej powietrze ryby. Puścił kapelusz, który spadł na jej rękę. Kot wygiął grzbiet i zasyczał, ksiądz pobladł jeszcze bardziej i w końcu wyglądał jak jeden z pecynków surowego chleba, które wyrabiała Isabelle.

Nanette rzuciła kapelusz w otwarte palenisko. Wylądował na żarze, bezwładny i pokonany. Ból z brzucha sięgnął piersi. Mogłaby przysiąc, że urosła, stała się większa, że głos się jej obniżył.

– Idź stąd, klecho – zaintonowała. – Zanim tobie też się coś przydarzy.

Kapelusz wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu zajął się ogniem i wypełnił kuchnię kwaśnym dymem.

Ojciec Maddock głośno sapnął i wycofał się do drzwi, raz po raz się żegnając. Kot ze złowieszczym prychaniem podążył za nim.

– Nierządnica! – wychrypiał ksiądz. – Jezabel!

Kot skoczył na niego.

Duchowny wydał z siebie paniczny okrzyk i wyskoczył przez drzwi na ganek. Niezgrabnie przebiegł ogród i dopadł furtki, o mało przy tym się nie przewrócił, z batem dyndającym przy jego boku.

W chwili gdy furtka się za nim zamknęła, kot wrócił z wysoko podniesionym ogonem. Podszedł spokojnie do pieca i położył się na ciepłych cegłach. Dym, który przed chwilą kłębił się nad ogniem, skurczył się i zniknął w kominie, pozostawiając powietrze tak czyste, jakby przez dom przemknął zimowy wiatr. Nanette czuła, jak moc dokoła niej słabnie.

Na jej ramieniu Ursule poruszyła się i zakwiliła. Nanette wypuściła powietrze z płuc i wróciła na krzesło, by przystawić dziecko do piersi.

Wypełniało ją poczucie triumfu, smakowała je, choć zdawała sobie sprawę, że to zdradliwa emocja. Nic się nie skończyło. I się nie skończy, dopóki kobiety jej rodzaju będą w taki sposób sprawować władzę nad mężczyznami.

Spojrzała na buzię Ursule, rozkoszując się linią maleńkiego noska, łukiem pokrytego meszkiem policzka.

– Oddałabym za ciebie życie, córeczko – szepnęła.

Przy palenisku kot wybijał ogonem irytujący rytm.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

WSTĘP

KSIĘGA NANETTE

KSIĘGA URSULE

KSIĘGA IRÉNE

KSIĘGA MORWEN

KSIĘGA VERONIKI

PODZIĘKOWANIA

Spis treści

WSTĘP

KSIĘGA NANETTE 1

2

3

4

5

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Tajemna historia czarownic 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy