Maria Piłsudska. Zapomniana żona

Maria Piłsudska. Zapomniana żona

Autorzy: Elżbieta Jodko-Kula

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 19.90 zł

Józef Piłsudski – wybitny umysł, strateg i mąż stanu, a jednocześnie człowiek bez solidnego wykształcenia, postać barwna, ale i kontrowersyjna. Fakt, że pierwsza poważna miłość, przypuszczalnie na wieść o ślubie byłego kochanka, popełniła samobójstwo, a jedna z ostatnich jego wybranek zmarła w niewyjaśnionych okolicznościach, ukazuje stopień zaangażowania emocjonalnego kobiet pozostających w związkach z Piłsudskim. Te zaś, które zostawały jego żonami, też nie miały łatwego życia. Początkowo emablowane i kochane, współuczestniczki pracy i walki Józefa, z czasem były przez niego odsuwane i stopniowo zapominane.

Maria z Koplewskich, primo voto Juszkiewicz, Piłsudska, urodziwa, energiczna i pociągająca kobieta, była pierwszą żoną marszałka. Nazywano ją "Piękną Panią".

Los obdarzył Marię nie tylko szczęśliwym dzieciństwem, ale też urodą i niepospolitą odwagą. Pierwsze, wczesne małżeństwo Marii nie było udane, związek ten rozpadł się szybko. Maria, zmuszona przez władze carskie do ponownego osiedlenia w Wilnie, zajęła się wychowaniem córki i… konspiracją.

Pod koniec lat dziewięćdziesiątych dziewiętnastego wieku Maria poznała dwóch niepospolitych mężczyzn. Byli to Roman Dmowski i Józef Piłsudski. Poróżniła ich rywalizacja o względy "Pięknej Pani". Wciąż jeszcze formalnie zamężna Maria wybrała Józefa. Przeżyła wiele szczęśliwych i podniosłych chwil, ale też wiele rozczarowań, w tym to największe – mężem, który opuszczając Kraków, opuścił też i Marię.

Elżbieta Jodko-Kula - autorka jest absolwentką Wyższej Szkoły Pedagogiki Specjalnej i studium socjoterapii. Od lat pracuje jako pedagog w jednej z podwarszawskich szkół. Publikowała opowiadania i powieści dla dzieci i młodzieży oraz teksty dramaturgiczne, wydane w dwóch zbiorach scenariuszy przedstawień dla teatrów szkolnych. Kilka z nich otrzymało wyróżnienia lub nagrody w ogólnopolskich konkursach. Jedna z nagrodzonych sztuk pt. "Perły szczęścia nie dają" została adaptowana i zaprezentowana widzom Teatru Telewizji. Sztuka Zapis została zrealizowana przez Teatr Animacji w Poznaniu. W 2014 r. ukazała się powieść dla dorosłych zatytułowana "Zdrady i powroty".

Copyright © Elżbieta Jodko-Kula 2018

Projekt okładki

Sylwia Turlejska

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce

© Biblioteka Kongresu; Jacek Sopotnicki/Fotolia.com

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Zdjęcia na wkładce

Indigo Images; Narodowe Archiwum Cyfrowe; Elżbieta Jodko-Kula; Biblioteka Kongresu; Biblioteka Narodowa

Redakcja

Tomasz Olejniczak

Korekta

Katarzyna Kusojć

Małgorzata Denys

ISBN 978-83-8123-710-9

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

ul. Gintrowskiego 28, 02–697 Warszawa

www.proszynski.pl

Wstęp

Kobiety w życiu sławnych mężczyzn pełniły różne role. Matki – kształtowały charaktery, chroniły, uczyły, czasami rozpieszczały, widząc w rosnących u ich boku chłopcach walory, których nie zauważał jeszcze nikt inny. Często borykając się z życiowymi trudnościami, bywały dla synów przykładem zaradności lub pokory. Czasem zaś, przez nadmierną surowość, prowokowały bunt.

Życiowe relacje z matkami stawały się dla wybitnych przywódców fundamentem, na którym budowali swoje późniejsze związki z kobietami. Kochające rodzicielki często do końca ich życia zajmowały niezachwianie silne pozycje w sercach swoich synów, pozostając ważną częścią rzeczywistości lub wyidealizowanym wspomnieniem.

Partnerki stojące u boku sławnych małżonków niekiedy usuwały się w cień, matkując im raczej, niż cokolwiek narzucając. Czasem, choć dużo rzadziej, starały się odgrywać publicznie równie ważne jak oni role, co bardzo różnie kończyło się dla związków. Najczęściej jednak żony lub towarzyszki życia intensywnie wspierały swych mężczyzn, dbając nie tylko o rodzinne gniazda, ale i o powodzenie ich przedsięwzięć.

Niektóre kobiety miały swój udział w wielkich dziejowych sukcesach partnerów, nigdy nie domagając się nagrody. Dla wielu nagrodę samą w sobie stanowiło miejsce u boku znanego i szanowanego lub wręcz wielbionego człowieka. Kobiety te często rezygnowały z realizacji własnych zamierzeń, akceptując swoją rolę.

Wiele z partnerek ukrywało przed światem dziwactwa lub słabości swych sławnych mężczyzn, godząc się często na nie najlepsze traktowanie lub zdrady, których doświadczały.

Większość żon lub konkubin, świadoma roli, jaką przyszło im odegrać, przymykała oczy na niedoskonałości swoich partnerów. Inne zaś za wszelką cenę próbowały walczyć o spokój rodziny, co jednak na ogół nie przynosiło pożądanych efektów.

Żony sławnych mężów nie mają łatwego życia i rzadko bywają jedynymi ich partnerkami. Władza lub sława wywołują często poczucie wszechmocy, a co za tym idzie, podnoszą znacznie (przede wszystkim we własnych oczach) atrakcyjność tego, który ją sprawuje.

Życiowe partnerki sławnych mężczyzn nieczęsto miewają spokojne i udane życie, jednak wokół znaczących męskich postaci nigdy nie brakuje kobiet gotowych podjąć się roli towarzyszki życia, czasem nie pierwszej i nie drugiej z kolei.

Prolog

Kiedy Karolina po raz pierwszy spotkała Marię Piłsudską na podwórku kamienicy przy ulicy Szlak 31 w Krakowie, matka Marszałka, Maria z Billewiczów Piłsudska, od dawna istniała jedynie we wspomnieniach kochającego syna.

Pierwsza miłość Józefa Piłsudskiego, Leonarda Lewandowska, nie żyła już od dwudziestu lat. Jego druga żona, Aleksandra Szczerbińska, wychowywała dwie małe córeczki, a późna miłość, Eugenia Lewicka, studiowała prawdopodobnie medycynę.

Jesienią 1920 roku pierwsza żona Marszałka, Maria z Koplewskich Piłsudska, mieszkała sama w Krakowie.

Jesień 1920. Dom na Szlaku

Karolina szła szybko chodnikiem, marząc o tym, by wreszcie pozbyć się ciężaru. Chciała jak najprędzej znaleźć się w domu i odstawić dwie duże paczki owinięte szarym papierem. Pakunki były ciężkie, a zabezpieczający je konopny sznurek wrzynał się dziewczynie w dłonie.

Wchodząc w bramę kamienicy, rozejrzała się za starym dozorcą Wincentym, który codziennie o tej porze wielką miotłą sprzątał klatkę schodową, podwórze i chodnik.

Jesień 1920 roku była prawie bezdeszczowa i ciepła, ale pomimo słonecznej pogody leciwego stróża nie było widać. Przed domem zaś Karolina nie spotkała nikogo, komu mogłaby powierzyć pilnowanie paczek. Bała się zostawić którąś z nich na ulicy.

– Najwyżej postawię jedną obok schodów na dole, a potem szybko po nią wrócę – mruknęła do siebie, próbując w tym rozwiązaniu znaleźć pocieszenie, jednak kiedy otworzyła drzwi klatki schodowej, doszła do wniosku, że najlepiej zrobi, jeżeli następny etap podróży – dwa piętra dzielące ją od wynajmowanego od niedawna mieszkanka – pokona, niosąc obie paczki naraz. Owinięte szarym papierem książki były dla niej zbyt cenne, żeby zostawiać je choćby na chwilę bez opieki.

Wiele tygodni zbierała pieniądze na zakup kilkunastu tomów, które uprzejmy stary bukinista przechował dla niej aż do tego dnia. Antykwariusz miał słabość do młodej nauczycielki i doskonale rozumiał jej zamiłowanie do literatury, a fakt, że Karolina od września uczyła języka polskiego w szkole powszechnej, dodawał jej w jego oczach ważności.

Antykwariusz lubił nauczycieli i kiedy tylko mógł, odkładał dla nich potrzebne egzemplarze książek. A gdy widział, że kupujący nie śmierdzi groszem, nieznacznie obniżał ich cenę. Długi warkocz dziewczyny i wesołe spojrzenie wyjątkowo pięknych oczu dopełniły reszty.

Ulubione powieści Żeromskiego i Balzaka oraz wydane ostatnio we Lwowie dwa opasłe tomy historii polskiej literatury Karolina odebrała zaraz po pracy ze starej księgarni w pobliżu Rynku. Sympatyczny staruszek owinął paczki papierem i obwiązał sznurkiem tak mocno, że mogła je nieść bez obawy, iż sznurek pęknie lub papier rozedrze się niespodziewanie. Sprzedawca zadbał o wszystko, bo domyślił się, że Karoliny nie stać na wzięcie dorożki. Wszystkie pieniądze, jakie miała w niewielkiej skórzanej portmonetce, zostawiła w jego sklepiku.

Kiedy, szczęśliwa, wychodziła z księgarni, nie czuła jeszcze ciężaru paczek, jednak po przejściu Rynku i kilku przecznic miała serdecznie dosyć dźwigania i najchętniej poprosiłaby kogoś o pomoc. Niestety, po drodze nie spotkała nikogo znajomego, a teraz nawet stróż Wincenty ukrył się gdzieś przed jej wzrokiem.

Z trudem poradziła sobie z otwarciem drzwi kamienicy i w końcu wniosła paczki do środka. Kiedy znalazła się na klatce schodowej, położyła je na podłodze i wyprostowawszy plecy, roztarła dłonie.

Na klatce schodowej starej kamienicy było ciemno i Karolina początkowo nie zauważyła niczego niepokojącego. Kiedy jednak jej wzrok przyzwyczaił się do mroku, zobaczyła, że przy schodach, kilka metrów od niej, stoi jakaś nieruchoma, oparta plecami o ścianę postać. Wkrótce też dostrzegła, że osoba ta kurczowo trzyma się poręczy schodów.

Karolina nogą przesunęła paczki, żeby usunąć je sprzed drzwi, i wciąż rozcierając obolałe dłonie, ruszyła w kierunku tajemniczej postaci.

Podszedłszy bliżej, zauważyła, że oparta o ścianę kobieta ma przymknięte oczy i ciężko oddycha. Poznała ją od razu. Przy schodach stała sąsiadka z pierwszego piętra pani Maria Piłsudska, którą Karolina widywała rzadko, a w ostatnich dniach wcale. Dzięki opowieściom wszechwiedzącego stróża dobrze jednak wiedziała, kim jest ta kobieta.

– Przepraszam, czy pani źle się czuje? – zapytała, nachylając się w stronę Piłsudskiej. Ta uniosła wolną dłoń w uspokajającym geście.

– Nic mi nie jest – powiedziała słabym głosem, nie otwierając jednak oczu. – Muszę tylko chwileczkę odpocząć.

Karolina zrozumiała, że kobieta naprawdę słabo się czuje.

– Może pójdę po Wincentego? – zaproponowała, zapominając o swoich paczkach.

Kobieta pokręciła głową, z trudem otworzyła oczy i spróbowała się uśmiechnąć.

– Nie trzeba – powiedziała, patrząc na Karolinę. – Już mi lepiej. Zmęczyłam się trochę zakupami. Przeceniłam swoje siły… – wyjaśniła, wskazując na leżącą przy schodach wypchaną siatkę.

– Ojej, robiła pani zakupy! – wykrzyknęła Karolina zaskoczona. Do tej pory, jak wiedziała z opowieści Wincentego, zajmowała się tym gosposia, która co rano przychodziła do mieszkania na pierwszym piętrze i pomagała nie tylko w sprawunkach, ale i w utrzymaniu porządku.

– Hania zachorowała – wyjaśniła Piłsudska odrobinę mocniejszym głosem. – Mówiłam jej, że nie powinna myć okien, ale ona uparła się, że muszą być czyste, i któregoś dnia, kiedy byłam u znajomej, wyszorowała w mieszkaniu wszystkie szyby. Chyba wtedy się przeziębiła i dostała gorączki. Już trzy dni nie przychodzi, a ja nie miałam w domu pieczywa, więc wybrałam się na zakupy i trochę z tym przesadziłam. Dziękuję panience za zainteresowanie. Odpoczęłam już i czuję się dużo lepiej. Zaraz wejdę na górę.

Całe szczęście, że to tylko jedno piętro, pomyślała Karolina i natychmiast zaczęła rozważać, jak teraz pomóc sąsiadce. Do ciężkich paczek doszła jej teraz jeszcze torba z zakupami, a poza tym sama pani Piłsudska, która też przecież wymagała wsparcia przy wchodzeniu po schodach.

– Pomogę pani – zaproponowała – ale najpierw zaniosę moje paczki. Proszę tu na mnie poczekać, to naprawdę nie potrwa długo.

Odwróciła się na pięcie i pobiegła po książki.

– Nie trzeba, naprawdę nie trzeba – powiedziała Piłsudska, powoli schylając się po siatkę. – Proszę sobie nie robić kłopotu.

Karolina była jednak szybsza i zanim kobieta zdążyła wyciągnąć rękę, rzuciła jedną z trzymanych paczek i złapała siatkę pani Marii.

Niewiele tego, pomyślała, podnosząc ją do góry. Ciężar zakupów Piłsudskiej wydawał się niczym przy wadze pakunków, które sama niedawno niosła.

– Proszę tu poczekać, zaraz wrócę – powiedziała i mimo zmęczenia raźno ruszyła po schodach, w jednej ręce trzymając paczkę z książkami, w drugiej siatkę. Zostawiła zakupy Piłsudskiej przed drzwiami jej mieszkania i jeszcze szybciej pobiegła na drugie piętro.

Kiedy zeszła na dół, Maria rozpoczęła już wędrówkę po schodach. Karolina podniosła drugą paczkę z książkami i zrównała się z sąsiadką.

– Proszę wesprzeć się na mnie – powiedziała, podając ramię Piłsudskiej, która natychmiast skorzystała z propozycji.

Próbowała uśmiechnąć się do Karoliny, ale na jej wykrzywionej bólem twarzy pojawił się ledwie grymas. Bardzo wolno, z wyraźnym trudem wchodziła po schodach, starając się nie zatrzymywać. Karolinie wydało się, że kobieta lekko utyka, ale nie zapytała o nic, żeby nie zmuszać jej do mówienia. Milczały. Maria oddychała ciężko, a Karolina usiłowała podtrzymywać ją ramieniem, co wcale nie było łatwe, gdyż drugą rękę zajętą miała ciężką paczką.

Kiedy wreszcie znalazły się przed drzwiami mieszkania na pierwszym piętrze, Piłsudska wyjęła klucz z kieszeni płaszcza i podała go dziewczynie. Była blada, oddychała z trudem i Karolina zrozumiała, że oczekuje pomocy przy otwieraniu drzwi.

– No to jest pani w domu – oznajmiła, pomagając sąsiadce wejść do mieszkania. – Może po kogoś zadzwonić albo pójść po lekarza? – zapytała, z troską spoglądając na bladą twarz sąsiadki.

– Nie trzeba – powiedziała Maria słabo, kręcąc głową. Zdjęła płaszcz i położyła go na stojącym obok wieszaka krzesełku. – Zaraz poczuję się lepiej – dodała i nie ściągając butów, weszła do saloniku.

Karolina stała chwilę w przedpokoju, rozglądając się ciekawie. W mrocznym wnętrzu centralne miejsce zajmował ogromny wieszak na wierzchnie okrycia. Trochę dziwnie wyglądały na nim dwa samotne, smętnie zwisające żakiety, należące przypuszczalnie do właścicielki mieszkania.

Jeden z nich był czarny z wąskim futrzanym kołnierzem. Karolina widywała w nim Piłsudską. Ale to było dawniej, w ostatnich tygodniach nie spotykała sąsiadki.

Kiedy na początku września, wracając z pracy, spotykała na ulicy panią z pierwszego piętra, kłaniała się grzecznie, za każdym razem dygając jak dziewczynka. Ten irytujący ją nawyk pozostał Karolinie z lat szkolnych i choć bardzo się starała, nie potrafiła go wyeliminować. W pracy, pośród uczniów, czuła się wystarczająco poważną osobą, by uśmiechem i lekkim skinieniem głowy reagować na pozdrowienia, ale wobec starszych i szanowanych osób traciła rezon, tak więc bywało, że zachowywała się jak pensjonarka. Nie cierpiała tych swoich dygnięć, ale ilekroć mijała panią Piłsudską, grzecznie zginała kolano, mówiąc wyraźnie „dzień dobry”.

Początkowo sąsiadka odpowiadała machinalnie, nie podnosząc nawet głowy, ale po pewnym czasie zdarzało jej się uśmiechnąć do Karoliny.

Potem przestały się spotykać i dziewczyna zapomniała nawet, że piętro niżej w jej kamienicy mieszka tak znamienita osoba.

Wir obowiązków wciągnął Karolinę całkowicie. Zajęta pracą w szkole i prywatnymi lekcjami, które zajmowały jej niemal każde popołudnie, nie spotykała sąsiadów, z wyjątkiem starego stróża Wincentego, który za każdym razem gdy tylko ją widział, uśmiechał się radośnie i zatrzymywał, by zagaić rozmowę.

Stróż był nieocenionym źródłem informacji o sąsiadach. Od niego można się było dowiedzieć, kto gdzie pracuje, na co chorują najstarsi lokatorzy okolicznych kamienic i czyje dzieciaki to „diabły z piekła rodem”. Opowieści te na ogół nie ciekawiły Karoliny, ale starała się grzecznie słuchać wszystkiego, w nadziei, że dowie się czegoś o pani Marii, która interesowała ją najbardziej. Historie pozostałych lokatorów nie były dziewczynie do niczego potrzebne, ale wysłuchiwała ich z grzeczności, a raczej udawała, że słucha. Nie chciała zrażać do siebie Wincentego, ponieważ był on bardzo pomocny przy różnych domowych naprawach.

Karolina dopiero od niedawna mieszkała w Krakowie i nie miała tu wielu znajomych, a już na pewno nie tak bliskich, by prosić ich o powieszenie półki lub naprawienie zatkanego zlewu. Poprzednio, kiedy jeszcze studiowała, wynajmowała miejsce na stancji, gdzie nie musiała się o nic martwić. Samodzielne życie wymagało jednak większych starań o codzienne sprawy. Wincenty oraz jego żona pożyczali też młodej nauczycielce żelazko, na którego zakup Karoliny w pierwszych tygodniach pracy nie było stać. Teraz miała już własne, ale wdzięczność za okazaną życzliwość nie pozwalała jej być wobec stróża niegrzeczną, toteż ilekroć chciał albo raczej musiał jej coś opowiedzieć, wysłuchiwała wszystkiego cierpliwie, doskonale maskując znudzenie. Zazwyczaj jednak mimo uszu puszczała wszystkie opowieści, prócz tych, których centralną postacią była pani Maria, ktoś z jej znamienitych przyjaciół lub On, Marszałek Piłsudski.

– Proszę wejść – usłyszała teraz słaby głos pani Marii. Przed drzwiami dokładnie wytarła buty w niewielki stary kilimek i trochę onieśmielona ruszyła w kierunku salonu. Nie weszła jednak do środka, tylko zatrzymała się w progu i uśmiechając się nieśmiało, powiedziała:

– Bardzo dziękuję, ale nie chciałabym pani przeszkadzać. Proszę mi tylko powiedzieć, czy na pewno nie potrzebuje pani pomocy. Może zawołam stróża albo pobiegnę po doktora. Dobrze?

Piłsudska potrząsnęła głową na tyle energicznie, że widać było, iż czuje się już lepiej. Wyjęła z kredensu niewielki koszyczek ze słodyczami i przeniosła go na stół, po czym odsunęła krzesło i usiadła na nim, wskazując dziewczynie miejsce po drugiej stronie stołu.

– Zapraszam panią – powiedziała, uśmiechając się szeroko. – Skoro jesteśmy sąsiadkami, powinnyśmy się lepiej poznać, a przede wszystkim jeszcze raz dziękuję za okazaną pomoc. Jeśli mogłabym się jakoś zrewanżować, naprawdę będzie mi miło.

Maria przyglądała się Karolinie, ale w jej twarzy było tyle ciepła i serdeczności, że dziewczynę opuściło skrępowanie i po kilku minutach w salonie Piłsudskiej poczuła się całkiem dobrze.

Chętnie odpowiadała na zadawane przez Marię pytania i w ten sposób w krótkim czasie opowiedziała o swoim skromnym życiu, zainteresowaniach i osieroconej przez ojca rodzinie, starannie omijając jednak kłopotliwe tematy. Piłsudska zadawała pytania, ale podobnie jak Karolina robiła to z dużym taktem i uwagą. Nie wypytywała więc, jak mieszka się w pokoiku przy strychu, bo od Wincentego i Hani wiedziała, że nie jest to komfortowy lokal.

Od kiedy właściciel kamienicy z dużego strychu, służącego wcześniej za graciarnię i suszarnię, wygospodarował niewielki pokoik, wynajmował go zawsze biednym studentom, których nie stać było na płacenie wysokiego czynszu.

Pani Maria dawniej posyłała czasem mieszkającym na drugim piętrze młodym ludziom swoją Hanię z garnkiem jedzenia lub upieczonym ciastem, bo po lokatorach małego pokoiku zawsze było widać finansowe niedostatki.

Niektórzy z nich często potem bywali gośćmi w mieszkaniu Piłsudskiej, ale nie wszyscy. Czasem trafiali się lokatorzy, z którymi nie nawiązywała bliższych kontaktów. Tym razem jednak, słuchając opowieści Karoliny i przyglądając się jej aż nazbyt szczupłej figurze, Maria poczuła coś na kształt współczucia i tkliwości wobec tej bardzo młodej i bardzo miłej dziewczyny. Zapragnęła gościć ją u siebie częściej.

W zachowaniu Karoliny odkryła coś, co w jakimś stopniu przypominało Marii córkę, i choć zazwyczaj takie porównania bywały dla niej przykre, tym razem jednak było inaczej.

To, że z postury i sposobu patrzenia Karolina była odrobinę podobna do Wandy, sprawiało Marii przyjemność i chociaż znała ją krótko, zapragnęła, by ich znajomość trwała dłużej.

Przez wrodzoną delikatność i dobre wychowanie nie zamierzała jednak narzucać się sąsiadce. Żyjąc na uboczu wszelkich ważnych wydarzeń, obawiała się, że obcowanie ze starszą kobietą może młodej osobie wydawać się nudne, dlatego też za nic w świecie nie chciałaby być natrętna.

Czas jednak mijał i rozmowa rozkręciła się na tyle, że Karolina zaczęła wreszcie uśmiechać się swobodnie, aż wreszcie całkiem się ośmieliła.

– Czy mogłaby pani opowiedzieć o sobie? – zapytała, ale najwidoczniej przestraszona własną śmiałością, zaczerwieniła się po same uszy.

– Pewnie Wincenty wszystko już pani powiedział – roześmiała się Maria wesoło, patrząc Karolinie w oczy. – To dobry człowiek, ale uwielbia gadać o lokatorach i jak panna zechce, przedstawi niejedną ciekawą historię ze Szlaku.

Karolina poczuła się niezręcznie. Nie chciała, żeby sąsiadka posądziła ją o wścibstwo, ale nie potrafiłaby skłamać, że nigdy nie rozmawiała o niej z Wincentym.

– Ale ja… – zaczęła, czując, że jej policzki oblewa rumieniec.

– Nic nie szkodzi – przerwała Piłsudska. – Przecież pani przed chwilą też mi o sobie opowiadała, więc i ja powinnam się zrewanżować. Chętnie coś opowiem, jeżeli oczywiście nie wyda się to panience nudne… – powiedziała, uważnie przyglądając się Karolinie.

Dziewczyna energicznie potrząsnęła głową i pochyliwszy się w stronę rozmówczyni, zawołała z entuzjazmem:

– Wspaniale! To mnie naprawdę bardzo ciekawi!

Widząc reakcję młodej sąsiadki, Maria roześmiała się serdecznie.

– No już dobrze, ale co tak naprawdę panią interesuje? Jaki fragment mojego życia? – zapytała i natychmiast dodała: – Było tych historii trochę, bo przeżyłam wiele i naprawdę nie wiem, co mogłoby panienkę zaciekawić.

– Wszystko! – odpowiedziała szczerze Karolina, czym całkowicie ujęła Piłsudską. Kobieta jeszcze raz uśmiechnęła się szeroko, z prawdziwą sympatią popatrzyła na dziewczynę, po czym pokiwała głową i po krótkiej chwili zastanowienia rozpoczęła swoją opowieść.

Wilno

Urodziłam się w 1865 roku w Wilnie jako trzecia i najmłodsza córka Konstantego Koplewskiego i Ludmiły z Chomiczów Koplewskiej.

Moje dzieciństwo było naprawdę udane. Rodzice kochali się i mimo że mama starsza była od ojca o kilka lat, tworzyli dobre i zgodne małżeństwo.

O swoje dzieci troszczyli się bardzo, więc ja i moje siostry rosłyśmy w domu pełnym zrozumienia i miłości. To może wyda się pani dziwne, ale do śmierci taty, którą przeżyłam jako kilkunastoletnia panna, nie miałam prawie żadnych zmartwień.

Mój ojciec był znanym w Wilnie lekarzem, a mama piękną, ale rozsądną i zapobiegliwą panią domu.

Myślę, że jak większość mężczyzn tato pragnął mieć chociaż jednego syna, ale skoro Pan Bóg nie obdarzył go chłopcem, kochał bardzo wszystkie swoje córki, a mnie rozpieszczał szczególnie. Mama twierdziła nawet nieraz, że pozwalał mi na zbyt wiele. Swobodne wychowanie córek przysparzało rodzicom trosk, z drugiej jednak strony kształtowało mój charakter.

Matka, kobieta wykształcona i oczytana, prowadziła dom otwarty, w którym zawsze było dużo gości. Kiedy żył ojciec, przyjeżdżali do rodziców znajomi ze Lwowa, Petersburga i Warszawy, a ja, siedząc w salonie na małym stołeczku, przysłuchiwałam się rozmowom starszych i z ich opowieści uczyłam się nie tylko geografii, ale i historii.

Moje siostry nie uczestniczyły w tych spotkaniach. Od słuchania opowieści dorosłych zdecydowanie wolały swoje towarzystwo, ale znały mnie dobrze i nigdy nie namawiały do rezygnowania z moich dziwnych upodobań. Siedziałam więc w kącie salonu i bawiąc się klockami lub lalką, chłonęłam wszystko, co rozumiałam i co tylko nadawało się dla uszu dziecka.

Patriotycznie nastawieni rodzice zawsze interesowali się ruchem niepodległościowym i chociaż bezpośrednio nie angażowali się w działalność konspiracyjną, to jednak w naszym domu nieraz widywałam broszury lub ulotki, których pochodzenia ojciec nie chciał ujawniać. Kiedy moja ciekawość szła zbyt daleko, rodzice tłumaczyli mi, jak umieli, trudną sytuację Polaków, a także przestrzegali przed niepotrzebnym wścibstwem. Byłam jednak bardzo ciekawskim dzieckiem i zadawałam mnóstwo pytań, choć nie na wszystkie z nich uzyskiwałam odpowiedzi. Z tonu ojca, jaki przybierał, gdy mówił o sprawach ważnych, szybko nauczyłam się wnioskować, które z tematów poruszanych w naszym domu są tak poważne, że małe dziewczynki nie powinny się nimi interesować. Zabiegi dorosłych, aby trzymać mnie z dala od tych kwestii, nie na wiele się zdawały, bo kiedy tylko rodzice zaczynali mówić ściszonymi głosami, zawsze przybiegałam do taty i wdrapywałam mu się na kolana, nie chcąc uronić z rozmowy choćby jednego słowa.

Ojciec śmiał się wtedy, ale nie potrafił mnie skarcić, chociaż – po prawdzie – to mi się należało. Często jeszcze bronił swej najmłodszej córki przed niecierpliwymi uwagami mamy. Być może czuł, że niedługo przyjdzie mu się cieszyć szczęściem rodzinnym, i dlatego w mej pamięci pozostał jako człowiek nadzwyczaj delikatny i wesoły.

Do dziś nie wiem, kto dostarczał ojcu prasę konspiracyjną, bo po jego śmierci mama nie umiała odpowiedzieć mi na to pytanie.

Kiedy trochę podrosłam i rozpoczęłam naukę w gimnazjum, sama zaczęłam poszukiwać interesujących mnie kontaktów i już wkrótce miałam swobodny dostęp do nielegalnej prasy. Rodzice przeczuwali, w co się angażuję, i chociaż zdarzały się w domu rozmowy, w czasie których prócz przestróg i napomnień pojawiały się też i matczyne łzy, to jednak wszyscy doskonale zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że napomnienia rodziców – tak samo jak moje obietnice – są jednakowo mało przekonywające. Rodzice znali mnie i wiedzieli, że kiedy zabrałam się do konspirowania, nic i nikt nie będzie w stanie mi w tym przeszkodzić.

Ojciec miał pewnie nadzieję, że żaden dorosły i poważnie myślący człowiek nie będzie powierzał ważnych zadań podlotkom. Miał w tym dużo racji, ale to właśnie z nas, przenoszących ulotki podlotków, rosły całkiem dobrze przygotowane do pracy „dromaderki”, dźwigające pod ubraniem wiele funtów gazetek i ulotek, z którymi jeździłyśmy po wszystkich zaborach.

Prawdę mówiąc, sprzeciw moich rodziców nie był zbyt kategoryczny. Bardzo tolerancyjny i niesłychanie łagodny ojciec przekonywał mamę, że nie należy mnie krępować i powinna pozwolić mi robić w życiu to, co słuszne, a zdaniem ojca słuszna była praca dla Polski.

W domu Koplewskich, tak jak i w wielu polskich domach w tym czasie, kwestia patriotyzmu była sprawą nadrzędną.

Oczywiście wychowanie, jakie odebrałam, miało różne strony. Obcując swobodnie z dorosłymi, czułam, rzecz jasna, wobec nich respekt, ale młodzieńczy egoizm nie pozwalał mi przejmować się zbytnio matczynymi niepokojami. Głęboka wiara, jaką pokładałam w opiekę i możliwości ojca oraz stryja, który był urzędnikiem wysokiego szczebla w jakimś ministerstwie, dawała mi przekonanie, że nic złego nie może mi się przytrafić.

Czas pokazał jednak, że myślenie moje było błędne, chociaż niewątpliwie koneksje taty, a po jego śmierci znajomości i wpływy stryja kilkakrotnie ratowały mi skórę.

W domu rodzinnym w Wilnie rosłam na pannę pewną siebie, radosną i ciekawską, a do tego na tyle ładną, by z tej urody korzystać. Dobre maniery, wesołe usposobienie i umiejętność podobania się były najlepszym posagiem, jaki wyniosłam z wychowania matki, i muszę przyznać, że znakomicie potrafiłam go używać, i to nie tylko dla własnych korzyści, ale też pro publico bono.

– Pewnie rzadko się zdarzało, żeby uczennica brała się do konspirowania. Była pani naprawdę bardzo młoda… Przecież mogli panią zatrzymać, zaaresztować. Nie bała się pani?… – zapytała Karolina, patrząc z podziwem na Marię, która uśmiechnęła się blado i tylko machnęła ręką.

– Rzeczywiście, kilkakrotnie mi się to przydarzyło, ale na początku wcale się nie bałam. Kiedy byłam w ostatnich klasach gimnazjum, bardziej bałam się, że przy zatrzymaniu stracę ulotki i że przez moją nieuwagę nigdy nie dotrą one do ludzi, niż o to, że takie zatrzymanie mogłoby się skończyć dla mnie więzieniem lub zsyłką. W tamtych czasach my, młodzi, nie myśleliśmy o sobie, ale o służeniu ideałom, w które wierzyliśmy i które były dla nas ważniejsze od własnego bezpieczeństwa i spokoju naszych rodzin. Teraz oczywiście inaczej na to patrzę i spoglądając wstecz, widzę, jak mało było rozsądku w moich poczynaniach, jednakże między młodymi pracującymi przy kolportażu ulotek i czasopism było coś w rodzaju rywalizacji. Rywalizacja ta każdego z nas prowokowała do czynów, których rozsądni ludzie powinni się wstydzić.

– Wstydzić? – obruszyła się Karolina, nie rozumiejąc krytycyzmu w słowach Marii. – Przecież to było prawdziwe bohaterstwo!

– Wtedy wcale tak tego nie postrzegałam. Wierzyłam, że to, co robię, jest słuszne, ale niestety czasami byłam nieuważna i niezbyt rozsądna. Pewnie przez to właśnie kilka razy wpadłam. Czasami zapominaliśmy o elementarnych zasadach konspiracji i wtedy zdarzały się wpadki, które zagrażały nie tylko złapanemu, ale i wszystkim jego współpracownikom. Oczywiście uczono nas przestrzegania ważnych zasad, ale gdy głowa i serce gorące, trudno wszystko utrzymać na wodzy.

Teraz wiem, że narażałam się ponad miarę, przewożąc na sobie i ze sobą takie ilości broszur i ulotek, że pewnie bardziej przypominałam manekina niż człowieka.

Tato nie raz powtarzał mi, że to, co „wyprawiam”, źle się skończy, ale w swoim zatroskaniu nie był aż tak przekonywający, żeby wystarczająco mnie nastraszyć.

Sam zresztą też pewnie wierzył, że jego ukochanej córce nic złego nie może się przydarzyć, a gdyby los przypadkiem zadecydował inaczej, to przecież zawsze jeszcze jest on, mój ojciec, który zrobi wszystko, by mnie ochronić.

Teraz rodziców moich dawno nie ma, a ja z wdzięcznością wspominam ich i tamte czasy. Miałam szczęście zaznać rodzicielskiej opieki, daleko wykraczającej poza zwykłe ramy.

Nigdy nie byłam grzeczną i pokorną panienką, ale nie ma w tym ani winy mojej, ani zasługi.

Pozwalano mi w domu na dużo więcej niż moim rówieśnicom i ojcu w głowie nie postało zabraniać mi czegokolwiek. Pewnie dlatego wyrosłam na pannę pewną siebie, towarzyską, a jednocześnie dość egoistycznie nastawioną do życia. W dzieciństwie dostawałam to, czego pragnęłam, w młodości zaś potrafiłam wziąć to sobie sama. Niestety jednak – z rozmaitym skutkiem.

Już na początku gimnazjum poznałam grono starszej młodzieży, która próbowała konspirować. Początkowo biegałam jedynie na spotkania i wieczornice, gdzie starsi członkowie rodzącej się organizacji próbowali przybliżyć młodym idee ruchu socjalistycznego i tłumaczyć, na czym polega konspiracja i walka z uciskiem. Przede mną, młodą i ciekawą świata pannicą, otwierały się jakieś nowe drzwi, za którymi kryła się tajemnica, walka, przygoda. Była w tym gronie też rodząca się przyjaźń i koleżeństwo z rówieśnikami, będące w pewnym wieku naturalną potrzebą każdej młodej istoty.

Moja mama, zajęta działalnością społeczną i towarzyską, początkowo nie zdawała sobie sprawy z tego, że jej najmłodsza córka zaczyna konspirować, ale ojciec zorientował się od razu i niejednokrotnie przepytywał mnie o to, z kim się spotykam i co robię.

Z jednej strony nie chciałam, by tato znał zbyt wiele faktów, z drugiej jednak nie śmiałam odmówić mu podstawowej wiedzy na swój temat. Trochę mu więc opowiadałam, a o więcej nie pytał, gdyż rozumiał, że w takich sytuacjach lepiej nie wiedzieć za dużo.

Znał mnie wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, iż zakazując mi działalności konspiracyjnej, osiągnie jedynie to, że w końcu i przed nim zacznę konspirować. Wcale tego nie chciał, wymógł więc na mnie przyrzeczenie, że jeśli będę miała kłopoty, szczerze powiem mu o wszystkim.

Przyrzekłam, ale w głębi duszy śmiać mi się chciało z ojcowskich pouczeń. Wydawało mi się wówczas, że czeka mnie wielkie zadanie do spełnienia, misja, której podołam samodzielnie, bez pomocy innych, a już na pewno bez pomocy rodziny. Marzenia te były niezmiernie naiwne. O tym jednak dowiedziałam się dopiero później.

Jeszcze ucząc się w gimnazjum, jeździłam pomiędzy Warszawą, Wilnem a Petersburgiem z ulotkami i niewielkimi broszurami propagandowymi, które miały zainteresować ideą ruchu socjalistycznego nie tylko młodzież. Początkowo ukrywałam przed matką cel swoich wycieczek, ale inteligentna i dobrze zorientowana kobieta nie dała się długo zwodzić. Tego, czego się domyślała, nie potrafiła zostawić bez komentarza i wreszcie pewnego dnia odbyła się rozmowa, która nie była już tak spokojna jak dotychczas.

Od tego dnia, ilekroć matka widziała, że szykuję się do podróży, wpadała w przerażenie, a czasem nawet w histerię. Wtedy jednak zazwyczaj pomagał mi ojciec, delikatnie tłumacząc mamie konieczność zachowania rozsądku i spokoju. Mnie jednak także napominał, próbując zachować równowagę pomiędzy pragnieniami córki a lękiem żony.

Wreszcie, po wielu rozmowach z tatą, mama przestała robić mi trudności, a i ja także starałam się złagodzić jej niepokój. Zaczęło mi się nawet wydawać, że robię to całkiem skutecznie. Nic podobnego. Teraz dopiero czuję i wiem, co działo się w sercach rodziców, kiedy patrzyli, jak idę z niewielkim kuferkiem, owinięta w pasie gorsetem z bibuły; radosna, dumna i niemal beztroska, bez lęku, ale i bez świadomości tego, w co tak naprawdę się pakuję.

Wszystko to nie przeszkodziło mi na szczęście z dobrym wynikiem skończyć gimnazjum. Kiedy odbierałam ostatnie świadectwo, wiedziałam już, co będę dalej robić.

Rzecz jasna, zamierzałam jeszcze się uczyć i w tej decyzji bardzo wspierali mnie rodzice. Chciałam też konspirować, o czym wcale nie mówiłam matce, ojcu zaś niczego nie musiałam mówić. Znał mnie i wiedział, że i tak by mnie nie powstrzymał.

– W jaki sposób przewoziła pani te wszystkie ulotki? – zapytała Karolina. – Przecież papier jest ciężki – dodała, przypominając sobie niedawną podróż przez Kraków z paczkami książek.

Piłsudska pokiwała głową, uśmiechając się szeroko.

– W późniejszych latach kobiety opracowały specjalne techniki upychania papierów pod spódnicami i w gorsetach. Dzięki specyfice kobiecego ubioru panie mogły dźwigać na sobie całkiem pokaźne przesyłki. Niestety często kończyło się to poranieniem ciała lub łaskotaniem tak wielkim, że trudno je było wytrzymać. Mężczyźni mieli gorzej, bo ich pakunki trzeba było upychać w teczkach lub walizkach, które żandarmom znacznie łatwiej było przeszukać niż elegancką, szeroką damską spódnicę. W pracy konspiracyjnej liczyło się więc wszystko, a przewidywanie ludzkich reakcji miało w tym niebagatelne znaczenie.

Mężczyźni przewożący bibułę starali się wyglądać „urzędowo”. Kiedy któryś z nich miał ze sobą podejrzany ładunek, zakładał zwykle jakąś urzędniczą czapkę albo kurtkę przypominającą krojem mundur. Carscy żołdacy, wychowani w strachu przed władzą, zwykle omijali tych, którzy w jakimkolwiek stopniu przypominali urzędników.

W Rosji państwowe stanowiska dawały ogromne możliwości, przed którymi drżeli zwykli ludzie.

Wiele lat później, jeszcze przed ślubem, pomagałam w Wilnie Piłsudskiemu w kolportowaniu ulotek. Zdarzyło mi się wówczas przewieźć na sobie siedemdziesiąt pięć egzemplarzy broszury Kobieta i socjalizm, które ważyły łącznie ponad trzydzieści kilogramów!

Na to wspomnienie Maria zaśmiała się, a Karolina popatrzyła na nią, z niedowierzaniem kręcąc głową.

– Dzieło pana Bebla tak bardzo poraniło mi skórę, że kilkanaście egzemplarzy poznaczonych było moją krwią, ale broszura dotarła tam, gdzie miała dotrzeć. Byłam z siebie dumna.

Ziuk nieraz potem wspominał mój wyczyn i doceniał go, ilekroć sam owijał się konspiracyjnym papierem. Ja jednak doskonale pamiętałam, jak bardzo cierpiałam, wioząc na sobie ten straszny ładunek, i wcale nie zamierzałam tego powtarzać. Gorąco i ból, jaki czułam wtedy przy każdym kroku, a do tego konieczność udawania swobody i lekkości były dla mnie bardzo trudne.

Karolina popatrzyła na Marię z podziwem i korzystając z chwili ciszy, wspomniała swoją spokojną, ale dość smutną wczesną młodość w niedużym, sennym miasteczku.

Lęk matki o bezpieczeństwo Karoliny i jej brata, który towarzyszył obojgu od dzieciństwa, po wyjściu ojca na wojnę w 1914 roku stał się naprawdę trudny do wytrzymania.

Niełatwo im było pogodzić się z ciągłymi ograniczeniami, ale Karolina nie miała natury buntowniczej i nigdy nie robiła nic wbrew woli matki. Jedyne, o co skutecznie zawalczyła, to studia w Krakowie, na które mama początkowo też nie chciała wyrazić zgody. Karolina jednak po raz pierwszy w życiu zachowała się bardzo stanowczo i po kilku nieprzyjemnych rozmowach postawiła na swoim.

Teraz, jako dorosła osoba, rozumiała emocje, z którymi w tamtych trudnych i niebezpiecznych latach nie wszystkie kobiety potrafiły sobie radzić. Wychowywane na gospodarne, dobre i miłe panie domu nie tylko wypełniały swe zadania, wychowując dzieci. Pod nieobecność mężów zarządzały również rodzinnymi interesami lub majątkami. Często jednak, tak jak działo się to w rodzinie Karoliny, zostawały wdowami, z ciężarem, którego nie potrafiły samodzielnie udźwignąć. Trudy codziennego życia i ciągły lęk o przyszłość dzieci robiły z nich osoby zalęknione, przepracowane i przedwcześnie postarzałe. Kiedy nagle stawały się jedynymi żywicielkami swych rodzin, miłe dotychczas w obyciu panie domu nabierały nowych cech, które tylko nielicznym dodawały uroku. Większość z nich swój los traktowała nie jako powinność, ale jako nieoczekiwany i niesprawiedliwy wyrok, a to niewątpliwie wpływało na atmosferę ich domów.

Jakże inną kobietą była Maria, która sama zdecydowała się na życie trudne, choć przy jej pochodzeniu i urodzie mogłaby wybrać inaczej.

Karolina miała się jeszcze nie raz przekonać, jak wiele dylematów miewała do rozstrzygnięcia ta dzielna kobieta, której los podarował ciekawe życie.

– Czy może napiłaby się pani herbaty? – zapytała Maria.

Karolinie wydawało się, że powinna grzecznie odmówić, żeby nie przysparzać gospodyni kłopotu, ale nie zrobiła tego. Dawno nie piła herbaty i naprawdę miała ochotę na filiżankę gorącego napoju. To, co parzyła sobie na maluteńkim piecyku we wnęce mieszkanka, nie zachwycało smakiem. Suszona mięta i mieszanka ziół z ogrodu matki nie kosztowały jednak nic, za to nawet najtańsza herbata z małego sklepiku na rogu była teraz dla Karoliny nieosiągalna.

Piłsudska zauważyła wahanie swojego gościa i zanim dziewczyna zaczęła zdanie, oparła dłonie o blat stołu i powoli odsunęła się na krześle.

– Bardzo dziękuję, naprawdę nie trzeba… – powiedziała Karolina bez przekonania, ale Maria podniosła tylko dłoń, jakby chciała ją powstrzymać.

– Oczywiście, że się pani napije – odparła, uśmiechając się delikatnie, choć widać było, że prostowanie ciała sprawia jej pewną trudność. – To żaden kłopot – dodała, chociaż lekki grymas bólu, który pojawił się na jej twarzy, świadczył zupełnie o czymś innym.

– W tym domu herbata zawsze jest gotowa – oznajmiła, kierując się w stronę drzwi. – Mój mąż nauczył mnie zasady, że dobrej herbaty nigdy nie jest za dużo.

– Może pomogę – zaoferowała Karolina, ale Maria chyba nie usłyszała jej pytania, bo ciągnęła dalej rozpoczęty wątek, nie zastanawiając się pewnie nawet, czy dziewczyna ją słyszy. Karolina podniosła się więc ze swojego miejsca i poszła za gospodynią do kuchni. Stanęła w drzwiach obszernego pomieszczenia i oparłszy się o framugę, słuchała słów Marii. Stał tam nieduży piec, który przylegał do ściany oddzielającej kuchnię od jednego z mniejszych pokoi. Rura wchodząca w mur wyprowadzała ogrzewanie do tego właśnie pomieszczenia i dzięki temu piec kuchenny pełnił podwójną rolę. Pewnie dlatego pod płytą buzował słaby ogień, który naraz buchnął żywym płomieniem, gdy gospodyni dorzuciła spory kawałek drewna.

– Zwykle palę węglem, ale kiedy chcę, żeby płomień na chwilę stał się większy, wrzucam drewienko i zaraz herbatka gotowa – powiedziała, nie patrząc na Karolinę, po czym przesunęła na środek płyty olbrzymi czajnik.

Karolinie wydało się dziwne, że dla jednej osoby można gotować wodę w tak wielkim czajniku, tymczasem Maria zajrzała do stojącego na kredensie imbryka na esencję i stwierdziwszy, że jest w nim wystarczająco dużo herbacianego ekstraktu, zamknęła przykrywkę.

– Mąż lubi mocną herbatę i zawsze chciał, żeby mu ją prędko przynosić. Zresztą pije tę swoją herbatę w tak wielkich saganach, że zawsze dziwiło mnie, ile potrafi w sobie zmieścić. Kiedy zostawał czasem sam w domu, służąca szykowała mu ją do termosu. Duży był i pojemny, ale Ziuk zabrał go ze sobą, kiedy przenosił się do Warszawy, a mnie został ten wielki czajnik... Za duży dla jednej osoby, ale nie potrafię się z nim rozstać...

Maria zamilkła, a Karolina stała dalej oparta o framugę drzwi i nagle zrobiło jej się bardzo przykro. Uświadomiła sobie bowiem, że Maria czeka na powrót męża, w dalszym ciągu gotowa respektować jego życzenia i przyzwyczajenia, które być może od czasu, gdy Piłsudski wyprowadził się z Krakowa, uległy całkowitej zmianie. Tego jednak żadna z nich nie mogła wiedzieć...

Piłsudska uśmiechnęła się słabo i nie patrząc na Karolinę, podjęła opowieść:

– Ten czajnik pamięta bardzo szczęśliwe czasy. Bywało, że napełniony po brzegi nie wystarczał dla zebranych w mieszkaniu gości. Piliśmy ze wszystkiego, co znajdowało się w kredensie – z filiżanek, kubeczków, a nawet z blaszanych czerpaków, choć po nie sięgali tylko najmniej wybredni panowie.

Broniś, brat Józefa, jeszcze na Topolowej pijał czasem z czerpaka, ale wtedy miałam wrażenie, że nawet tego nie zauważa. Dziwny był trochę i nawet w tłumie gości potrafił całkowicie się wyłączyć i zająć myślami, które nie wiedzieć dokąd biegły. Trudno go było wtedy zawrócić, więc siedział na stołku, wciśnięty w kąt pomiędzy kredens a piec tamtego mieszkania, i myślał o swoich sprawach.

Maria westchnęła i podniosła imbryk z esencją. Uniosła pokrywkę i powąchała herbaciany ekstrakt.

– Bardzo lubiłam te dni, w których bywało u nas dużo ludzi – powiedziała. – To były męczące, ale naprawdę piękne czasy.

Para w czajniku zaczęła nagle unosić pokrywkę. Piłsudska zsunęła naczynie na brzeg płyty i uniosła je, żeby napełnić wrzątkiem przygotowane filiżanki. Karolina ruszyła jej na pomoc. Dziewczynie wydało się, że olbrzymi czajnik przeważy kruchą kobietę, a wrząca woda wyleje jej się na spódnicę i pantofle. Podeszła do kuchni i sięgnęła po rączkę czajnika. Maria bez słowa odsunęła się, by zrobić jej miejsce, a gdy dziewczyna uniosła do góry czajnik, szepnęła cicho:

– Dziękuję.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

Wstęp

Prolog

Jesień 1920. Dom na Szlaku

Wilno

Sąsiadka

Petersburg

Decyzje

Herbata

Warszawa

Z powrotem w Wilnie

Wizyty

Uczucia

Miłość

Ziuk

Ślub

Łódź i „Robotnik”

Znowu w więzieniu

X pawilon Cytadeli Warszawskiej

W drodze

Londyn

Rodzina

Broniś

Zakopane

Co tu ludzi mieszkało!

Co tu ludzi bywało

Kraków

Dzielne kobiety

Samotność

Czas próby

Wojna

Brygadierowa Maria Piłsudska

Koniec wspólnej drogi

Wieczór

Przyjazd Józefa

Koniec

Karolina

Bibliografia

Podziękowania

Ilustracje

Spis treści

Wstęp

Prolog

Jesień 1920. Dom na Szlaku

Wilno

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Maria Piłsudska. Zapomniana żona Adam Makary Olka Julka Karina 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Komeda Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002