Uzdrawiaczki

Uzdrawiaczki

Autorzy: Marta Stefaniak

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 3.35 zł

Autorka powieści "Czary w małym miasteczku", za którą została uhonorowana I nagrodą jury na Festiwalu Literatury Kobiecej.

Klimatyczna opowieść o zgromadzeniu uzdrawiaczek, które przez lata leczyły chorych i ratowały potrzebujących z opresji. Cechowały je mądrość i szacunek do ludzi. Obdarzone przez kolejnych panujących wszelkimi przywilejami, z poświęceniem służyły współmieszkańcom. Jednak gdy po cesarzu Wyszegu na tron wstąpił jego syn Nadbor, wszystko się zmieniło. Jego wzmagająca się paranoja sprawiła, że uzdrawiaczki stały się głównym celem ataków. Intrygi dworskie, podstępni doradcy, miłość do władzy, bunt i wielka namiętność w tle.

Jak długo ostanie się państwo, którego władca wypowiedział wojnę własnym poddanym? Ile ocaleje z wiedzy przekazywanej przez lata, jeśli na jej posiadaczki zostanie wydany wyrok śmierci? Co można czynić w czasach tyranii i zamętu, by uchronić swoją rodzinę od nieszczęścia?
Wszystko w duchu refleksji nad tym, na ile ludzkie losy są determinowane przez okoliczności, a na ile przez osobiste wybory i działania. Jakie postawy mogą przyjmować ludzie wobec panującej nad nimi tyranii?

Barwna, osadzona w świecie stylizowanym na średniowiecze powieść o sile miłości i przetrwania.

Marta Stefaniak urodziła się i wychowała na Podkarpaciu. Ukończyła studia matematyczne na Uniwersytecie Warszawskim. Jest autorką powieści "Czary w małym miasteczku", uhonorowanej nagrodą Pióra na Festiwalu Literatury Kobiecej.

Copyright © Marta Stefaniak, 2018

Projekt okładki

Agata Wawryniuk

Zdjęcia na okładce

© Debra Lill/Trevillion Images; S_Photo/Shutterstock.com;

Chamille White/Shutterstock.com;

Jerome Scholler/Shutterstock.com

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Tomasz Olejniczak

Korekta

Aleksandra Gajek

Sylwia Kozak-Śmiech

ISBN 978-83-8123-708-6

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

Wstęp

Wiele lat temu na południu cesarstwa szalała zaraza. Ludzie powaleni chorobą trzęśli się od dreszczy, majaczyli nieprzytomnie i po kilku dniach tej męczarni – marli. Nikt nie wiedział, jakim sposobem owo nieszczęście się szerzy. Wkrótce całe południe kraju płonęło w śmiertelnej gorączce i nie było ani jednej osady wolnej od pomoru.

Wtedy to kilka mądrych kobiet, które znały się na doglądaniu chorych, porzuciło na czas zarazy swoje rodziny i zaczęło wędrować od wioski od wioski, żeby za pomocą ziół, eliksirów i umiejętnych zabiegów ratować ludzi od śmierci. I ku zdumieniu tych, co stracili już nadzieję, trud tych kobiet nie szedł na marne. Wielu ocaliły od zgonu, innym przyniosły przynajmniej ulgę w męczarniach i konanie uczyniły lżejszym. Toteż wkrótce wieść o nich zaczęła się krzewić po całym południu i w każdej wiosce pokaranej morem wyglądano ich jak wybawicielek.

Wreszcie zaraza ustała. Niektóre spośród owych mądrych kobiet wróciły do swoich rodzin i podjęły takie życie jak wprzódy. Inne jednakże spostrzegły, że przecież choroby nie przestały się plenić, wciąż niosąc za sobą śmierć i cierpienie. Przysięgły więc sobie nawzajem, że wyrzekną się własnych rodzin i domów, żeby wspólnie leczyć choroby wszędzie tam, gdzie będzie potrzeba. Nazwały się uzdrawiaczkami i owym mianem zaczęli także zwać je inni ludzie.

Z początku żyły w ubóstwie, chociaż ozdrowieńcy chętnie odpłacali im tak, jak mogli. Ale że wśród prostych i biednych ludzi pracowały, dostawały taką odpłatę, na jaką stać było biedaków. Lecz przecież nie o majątki i dostatki im chodziło, toteż nie miały sobie tego za nieszczęście. Z czasem zaczęły do nich dołączać młode dziewczęta, które chciały żyć tak jak one, uczyć się od nich i być im pomocą. Toteż ich zgromadzenie rosło i rosła jego sława, sięgając coraz dalej i wyżej. Wreszcie nie tylko ubodzy zwracali się do nich o ratunek w razie choroby, ale też wielcy i możni. I z wdzięczności obdarzali je hojnie różnymi łaskami.

Niewiele czasu upłynęło, kiedy na zgromadzenie uzdrawiaczek spłynęło dobrodziejstwo cesarskiej życzliwości. Cesarz, który wtedy sprawował władzę nad państwem, kazał pobudować w każdym mieście obszerne dwory i oddał je w posiadanie tym mądrym kobietom, aby mogły je zasiedlić i roztoczyć z nich opiekę nad mieszkańcami miasta i okolicznych wiosek. Darował im też inne bogactwa i obdarzył licznymi przywilejami, takimi nawet, które zazdrość budziły wśród bogaczy i możnowładców. Toteż niczym dziwnym nie było, że choć uzdrawiaczki zachowały prosty sposób życia, to ciągnęło do nich wiele dziewcząt i młodych kobiet, tylko niektóre wiedzione chwalebną chęcią, aby pracę i naukę obracać na ratunek potrzebującym, inne za to szukając wywyższenia w ludzkich oczach i wolności od pospolitych mozołów. Często działo się to wbrew woli rodziców, ze wstydem dla porzuconych narzeczonych albo nawet z krzywdą dla młodych mężów i małych dzieci. Wiele z tego zaczęło powstawać niepokojów, gwałtów i zgorszenia. Wreszcie jeden z następnych cesarzy, choć równie życzliwy dla zgromadzenia jak jego poprzednicy, postanowił ten stan rzeczy ukrócić. Wydał rozkaz, aby zamknąć bramy zgromadzenia dla dziewcząt i młodych kobiet samowolnie chcących do niego przystąpić. Od tej pory uzdrawiaczki miały sobie dobierać uczennice tylko spośród dzieci, które im rodzice z dobrej woli ofiarują.

Surowe to było zarządzenie i ciężkie więzy nakładające na zgromadzenie, które dotąd znało tylko cesarskie łaski i dobrodziejstwa. Ale ów cesarz wynagrodził swą srogość nowymi przywilejami dla tych mądrych kobiet. Podobnie jego następcy nie wahali się obdarzać ich różnymi dobrami i zaszczytami. Toteż ostatecznie zgromadzenie uzdrawiaczek okrzepło, umocniło się i tak się wpasowało w bytowanie całego państwa, że już nikt nie umiał sobie przedstawić, aby go nie było. I trwało tak długie lata, do czasu, aż po cesarzu Wyszegu wstąpił na tron Nadbor, jego syn.

CZĘŚĆ I

Rozdział I

Mrok zalegał jeszcze w długim korytarzu, ale powoli okno u wschodniego krańca rozjaśniało się coraz mocniej. Z daleka, poprzez grube mury, dobiegło stłumione pianie koguta. Wreszcie jedne spośród szeregu drzwi uchyliły się ze szmerem. Wyszła spoza nich kobieta w długiej koszuli bielejącej w ciemnościach. Ruszyła w stronę żelaznego dzwonka wiszącego na ścianie, sięgnęła po miękki od starości, wytarty, poszarzały sznur i mocno pociągnęła.

Płaski, głuchy, lecz donośny dźwięk, wielokrotnie powtórzony, rozniósł się po korytarzu, po schodach, dotarł na wyższe i niższe kondygnacje. Po krótkiej chwili w długim ciągu zamkniętych drzwi otwarły się jedne, potem drugie, i wkrótce półmrok pobielał od nocnych koszul schodzących się zewsząd kobiet. Niosły dzbanki i miski, przez ramiona miały przewieszone kawałki czystego płótna i wszystkie śpieszyły w stronę umywalni. Nawoływania, rozmowy i śmiechy rozległy się wnet po całym korytarzu i przytłumiły głos dzwonka.

W niewielkiej izbie, dusznej od zmieszanych oddechów, dziewczyna leżąca na łóżku pod oknem podniosła głowę i powiedziała głośno:

– Dzwonią.

Usiadła w pościeli, spuściła bose nogi na ziemię i powtórzyła z naciskiem:

– Dzwonią!

W łóżku pod zachodnią ścianą wszczęło się poruszenie, zamajaczył nad nim snop złotorudych włosów i dziewczęcy głos zamamrotał półprzytomnie:

– Gdzie dzwonią? U nas czy na mieście?

– U nas! – odparła niecierpliwie pierwsza z dziewcząt. – Wstawajcie wreszcie!

Rudowłosa dziewczyna ziewnęła szeroko, po czym odrzuciła nakrycie i także usiadła na łożu.

Trzecia z dziewcząt, zajmująca posłanie po wschodniej stronie, nie poruszyła się jednak ani nie odezwała. Ale przecież nie spała już od dobrej chwili. Leżąc w ciemności, patrzyła, jak lustro z polerowanej blachy zawieszone obok drzwi połyskuje blado, odbijając nikłe poranne światło wpadające przez okno, i czekała na dźwięk żelaznego dzwonka. Wreszcie, tak jak i jej towarzyszki, zmusiła się, aby opuścić nagrzaną pościel. W półmroku zalegającym izbę wszystkie trzy wzięły się śpiesznie szykować do umywalni: ogarniały rozchełstane podczas snu koszule, przygładzały potargane włosy, macały bosymi stopami po podłodze, szukając chodaków, chwytały po ciemku pierwsze z brzegu dzbanki spośród naczyń stojących w nieładzie na zydlu w kącie i zgarniały z haczyków wbitych w ścianę kawałki płótna do wycierania się po myciu. Wreszcie wyszły na korytarz, dołączając do innych kobiet.

W umywalni było tłoczno i o wiele widniej niż za jej progiem. Węgle na palenisku mieniły się jasnym złotem, zaś osadzone na ścianie łuczywo to kurczyło się, to rosło, kopcąc wąską strużką dymu. Na suficie migotały odblaski wody napełniającej wielkie stągwie, a wzdłuż ścian sunęły wyolbrzymione cienie zebranych tutaj kobiet. Trójka dziewcząt rozdzieliła się – każda zajęła się własnym ochędóstwem. Ta, która wstała ostatnia, nabrała wody do przyniesionej miski, przyklękła w kącie i zaczęła się myć. Miała miłą, nieszpetną twarz o konturze łatwiej się dającym wpasować w wydłużony nieco czworobok niźli w owal i o pokrytych jasnym meszkiem policzkach, które teraz, po nocy, były zaczerwienione i rozgrzane. Kilkakrotnie zaczerpnęła w stulone dłonie chłodnej wody i obmyła nią rozpaloną skórę. Kosmyki jasnopopielatych włosów, ciągle jeszcze potarganych i nieuładzonych, zmoczyły się przy tym i przylgnęły do jej twarzy.

Wychlusnęła zużytą wodę do kamiennej rynny pod ścianą, którędy spływały ścieki, umyła miskę, a potem jeszcze zaczerpnęła odrobinę czystej wody i przepłukała usta, żeby pozbyć się nieświeżego posmaku po nocy. Wytarła twarz i szyję suchym płótnem.

– Skończyłaś się już myć, Alda?

Alda rozpoznała głos rudowłosej Oleny, z którą dzieliła sypialną izbę. Odwróciwszy się ku niej, kiwnęła głową.

– Zatem chodźmy po Rytę i wracajmy się ubierać – rzekła Olena.

Trudno jednak było znaleźć kogoś w tej izbie przepełnionej złotym poblaskiem i długimi cieniami, pośród kobiet kręcących się z naczyniami pełnymi wody albo pochylonych nisko i myjących twarze, szyje, pachy, gadających przy tym pomiędzy sobą poufale i śmiejących się gardłowym, tłumionym śmiechem. W końcu jednak Ryta się znalazła. Kucała pod ścianą, piorąc coś ukradkiem. Kiedy Alda i Olena stanęły przy niej, spojrzała na nie szybko przez ramię.

– Jużeście gotowe? – spytała. – Zaczekajcie chwilę.

Nachyliła głowę o ciemnych, przylizanych włosach z powrotem nad miską. Wreszcie mocno wyżęła wyprane kawałki szmatek, wychlusnęła prędko brudną wodę do rynny i zebrała swoje rzeczy. Jej lisi, zaostrzony nos zdawał się to wydłużać, to kurczyć razem z cieniem wędrującym po chudej twarzy.

– Chodźmy – zarządziła.

Na korytarzu tymczasem bardzo pojaśniało. Okno u jego wschodniego końca pobielało zupełnie, choć słońce ciągle jeszcze nie wstało. W izbie także było już na tyle widno, że bez trudu dawało się rozróżnić sprzęty: łóżka, skrzynie, stół w kącie pod oknem, krzesło, ławę i zydel zastawiony naczyniami. Dziewczęta zaczęły się szybko ubierać. Chuda Ryta, roztrzepując porządnie koszulę i suknię, które miała starannie złożone na wieku swej skrzyni, powiedziała zrzędnie do Oleny, wygrzebującej kawałki ubrania zaplątane w nakrycia na łożu:

– Choć raz byś porządnie odzienie na noc złożyła!

Tamta wzruszyła ramionami, oszczędzając sobie odpowiedzi. Nałożyła dzienną koszulę, na nią brązową suknię, na głowę luźno narzuciła czarną chustę i obróciła się ku swoim towarzyszkom. Alda w podobnym stroju czekała już przy progu, ale Ryta kończyła jeszcze układać chustę na głowie. Wygładziła starannie podołek sukni i oznajmiła wreszcie:

– Możemy iść.

Z obu stron korytarza ciągnęły kobiety, kierując się ku schodom. Wszystkie nosiły podobne odzienie, tyle że starsze miały głowy okryte białymi chustami, a młodsze – czarnymi. I wszystkie schodziły na dół, do komnaty, w której jadano posiłki.

W owej obszernej, nie do końca jeszcze widnej izbie dymiły już na stołach misy z polewką, a pobok stały dzbany z mlekiem i leżały grubo pokrojone kromki czarnego chleba. Służące, które krzątały się po izbie, nie miały na sobie brązowych sukien ani chust luźno spadających na ramiona, tylko zwykły niewieści przyodziewek: kaftany z krótkimi rękawami, koszule, spódnice i ciasne zawoje dookoła głowy.

Środek komnaty zajmowały dwa stoły. Większy z nich składał się z trzech części: główny człon biegł pod oknami, wzdłuż północnej ściany, a od jego końców odchodziły ukośnie dwa skrzydła. Pomiędzy jednym z tych skrzydeł a zachodnią ścianą stał dodatkowy, pojedynczy stół. Właśnie ku niemu zmierzały Alda, Ryta i Olena, wraz z innymi dziewczętami. Światłe uzdrawiaczki, noszące białe chusty, zasiadały tymczasem na ławach przy głównym stole. Ale poczesne miejsce, przy którym stało wysokie, rzeźbione krzesło, ciągle pozostawało puste.

Kobieta, do której owo miejsce przynależało, zdawała się nie widzieć świtu bielejącego za oknem ani nie słyszeć gwaru mieszkanek dworu schodzących na dół, do komnaty, gdzie jadano posiłki. Siedziała w swojej izbie i pisała coś na kawałku pergaminu rozłożonym na stole. W lampie stojącej przy jej łokciu niewiele już zostało oliwy, toteż mały płomyk skwierczał, trzeszczał i migotał. Na szczęście przez okno wlewało się już tyle światła, że można by było pisać nawet i bez lampy. Stos gotowych arkuszy, zwiniętych i opieczętowanych, piętrzył się na brzegu stołu.

Nieokryte chustą, czarne, gęste włosy, przetykane gdzieniegdzie srebrnymi nitkami, okalały zwartą chmurą twarz piszącej, po nieprzespanej nocy bladą niczym wapno. Wielkie i ciemne oczy były podkrążone sinymi cieniami, przez co zdawały się jeszcze większe i ciemniejsze.

Skończywszy pisać, kobieta odłożyła pióro i nakryła dłońmi zmęczone powieki. Wykonana robota dawała jej snadź niedużo radości. Długie i wąskie usta drgały lekko, mimo że zaciskała je mocno. Wreszcie oderwała ręce od twarzy i zaczęła przysypywać piaskiem mokre pismo.

Coś zachrobotało za drzwiami, które zaraz otworzyły się ze skrzypieniem. Na progu stanęła stara służąca, niosąc na drewnianej tacy grubą kromkę czarnego chleba, dzbanek z mlekiem i cynowy kubek.

– Przykazywaliście, żeby wam rano przynieść chleba z mlekiem, bo chcecie dziś śniadać osobno? – upewniła się, zatrzymując się u wejścia.

Kobieta siedząca przy stole skinęła głową.

– Tak przykazywałam – powiedziała.

Służąca weszła do izby.

– Bo to nigdy nie wiadomo, czy ta Ulisia czegoś nie pokręci – mamrotała pod nosem, kładąc tacę na stole.

Nalewając mleka do kubka, rzuciła ukradkowe spojrzenie na obsługiwaną panią.

– Idziecie dzisiaj na cesarską radę? – zapytała ściszonym głosem.

Zagadnięta nie odpowiedziała. Ale stara, nie zważając na ów znak, żeby zaprzestać nagabywania, ciągnęła poufałym, ostrzegawczym szeptem:

– Różnie ludzie mówią, po co ta rada jest zwoływana... I po co wy się na nią wybieracie...

Uzdrawiaczka słuchała tej gadaniny w milczeniu. Służąca pokręciła się jeszcze po izbie, złożyła odzienie rzucone niedbale na skrzynię, wygładziła sękatymi dłońmi nietknięte posłanie na łóżku, a w końcu zabrała tacę i poszła.

Kobieta pozostała przy stole sięgnęła po chleb, odłamała kawałek i uniosła do ust. Jej ręka opadła jednak w połowie drogi – tak jakby śniadająca nie mogła się dzisiaj przemóc do swojej codziennej spyży.

W zgromadzeniu uzdrawiaczek nie było zwyczaju, aby jadać ze wspólnego naczynia, jak to czyniono powszechnie gdzie indziej. Wszystkie kobiety i dziewczęta podczas posiłków nakładały sobie strawy do osobnych misek. Nie inaczej było i dzisiaj. Alda, kiedy już nadeszła jej kolej, sięgnęła po czerpak pływający w wielkiej donicy z polewką gęsto utkaną grudkami twarogu i nalała sobie jadła do własnej miski. Postawiła ostrożnie naczynie przy swoim miejscu, usiadła, wzięła łyżkę i zaczęła jeść. Kilka razy, towarzysząc światłym uzdrawiaczkom w odwiedzinach u chorych, słyszała złośliwe przymówki od gospodarzy: „Prosilibyśmy, byście siadały z nami do wieczerzy – ale byście się wszak brzydziły jeść z nami ze wspólnej misy”. Nie było to miłe, lecz musiała przyznać, że owi ludzie w istocie mieli słuszność – wcale jej się nie podobała myśl, żeby sięgać po jadło rozgrzebane wstrętnie przez wiele łyżek.

Nie słyszała dookoła wielkiego gwaru, mimo że w komnacie siedziało więcej niż trzy dziesiątki kobiet i prawie dwa tuziny dziewcząt. W zwykły, nieświąteczny dzień śniadano w zgromadzeniu śpiesznie i bez zbędnego rozgardiaszu. Rozmowy w małych grupkach toczyły się krótkie i niegłośne, a jeśli gdzieniegdzie zrywał się pojedynczy śmiech, to od razu cichnął.

– Przyjdziecie wieczorem za ogrody rzucać piłkę? – zapytała zniżonym głosem wysoka dziewczyna siedząca naprzeciwko Aldy, nachylając się przez stół. Chuda Ryta zerknęła na nią złośliwie sponad miski.

– Ty byś lepiej księgami się zajęła, Jarota, skoro masz za parę dni nałożyć białą chustę – dogadała jej.

– Chcę się zabawić, póki mi jeszcze przystoi – odparła tamta dobrodusznie.

– Ja bym przyszła, jeśli się inne wybiorą – odezwała się rudowłosa Olena.

Alda nachyliła się niżej nad miską. Bała się, że i ją zagadną, czy przyjdzie dziś wieczór rzucać piłkę z innymi dziewczętami. A nie chciała się tłumaczyć ze swej odpowiedzi. Szczęściem reszta śniadających dziewcząt nie zważała na jej zachowanie, umawiając się na wieczorną zabawę.

O tyle łatwiej było Aldzie pozostać niezauważoną, że siedziała na samym końcu ławy zajmowanej przez pomocnice. Ukośne skrzydło głównego stołu dochodziło tutaj dość blisko, toteż Alda mogła bez trudu słyszeć rozmowy prowadzone za jej plecami przez światłe uzdrawiaczki.

– Izodora nie zeszła dziś śniadać – odezwała się właśnie półgłosem jedna z nich.

– Podobno listy pisze do naszych dworów w innych miastach – dorzuciła inna.

– A po cóż? – spytała jeszcze inna.

– Mają zostać rozesłane, gdyby miała dzisiaj nie wrócić – wyjaśniła pierwsza jeszcze bardziej zniżonym głosem.

– Nie wierzę, aby cesarz śmiał się na to poważyć! Nie wierzę! – odparła jej rozmówczyni ze zgrozą.

– A w innych dworach wiedzą chociaż, że Izodora wybiera się dzisiaj na radę? – spytała inna z kobiet.

– Mogą nawet tego nie wiedzieć, że rada została zwołana – odparła ta, która wszczęła rozmowę. – Przecież przez dwa lata jej nie było. A teraz jeszcze zwołano ją tak nagle… Podobno pan Bertram ściągnął na zamek z wielką liczbą wojska.

U szczytu głównego stołu podniosła się wysoka kobieta. Uzdrawiaczki szepczące za plecami Aldy umilkły, a dziewczęta siedzące obok niej rzuciły się śpiesznie dojadać chleb, polewkę i dopijać mleko. Wysoka kobieta okrążyła główny stół i podeszła do tego, gdzie siedziały pomocnice. Jej strój uderzał schludnością: suknia była gładko obciągnięta, pas zawiązany tak, że jeden koniec dokładnie przykrywał drugi, a biała chusta opinała twarz tak ciasno, że nawet pojedynczy włos spod niej nie wystawał.

– Kończcie jeść i chodźcie za mną – odezwała się do dziewcząt głosem od lat wprawionym do zyskiwania posłuchu.

Z tym władczym obejściem, surowym tonem i schludnym strojem zdawało się kłócić zatroskanie, jakby na stałe wyryte na twarzy mówiącej. Alda pamiętała tę twarz od najwcześniejszego dzieciństwa. Zawsze tak samo okalała ją ciasno biała chusta i tak samo naznaczało zatroskanie. Alda ciągle nie umiałaby rozstrzygnąć, co mówi większą prawdę o Elminie, która od siedmiu lat sprawowała godność współrządczyni zgromadzenia, a zarazem głównej opiekunki wychowanek i pomocnic: czy surowość jej głosu i stroju, czy też troska widoczna na jej twarzy.

Dziewczęta, pod przewodem Elminy, ustawiły się przy wyjściu z komnaty. Przy głównym stole także zapanowało poruszenie: światłe uzdrawiaczki odsuwały misy, odstawiały kubki, podnosiły się i kierowały w stronę drzwi. Niektórym Elmina pozwalała wyjść spokojnie, a na inne wołała donośnie i władczo.

– Światła Bolemiro! Wychodzicie dziś do chorych? Weźmijcie pomocnicę! Światła Uto! A wy wychodzicie? Weźmijcie pomocnicę!

Po czym popychała wybraną dziewczynę w stronę zagadniętej kobiety. Grupka dziewcząt topniała szybko i wkrótce zostało ich zaledwie kilka. Alda poczuła naraz, jak jej opiekunka chwyta ją mocno za ramię i przyciąga do siebie. Ku wyjściu zmierzała właśnie niska uzdrawiaczka o okrągłej, różowej twarzy. Jej chusta, zsunięta na tył głowy, odsłaniała mlecznosiwe włosy, gładko przyczesane i rozdzielone nad środkiem czoła. Serce Aldy zaczęło mocno walić. To była Oregona. Ta, o której mówiono, że obok Rosławy jest najbieglejszą uzdrawiaczką w całym cesarstwie. I że z wielką niechęcią bierze ze sobą pomocnice na naukę.

– Światła Oregono! – zawołała Elmina, a jej głos, zupełnie inaczej niż poprzednimi razy, wydał się proszący i niepewny. – Czy weźmiecie dziś ze sobą pomocnicę?

Jasnoniebieskie oczy zagadniętej kobiety spoczęły przez krótką chwilę na Aldzie. Zaraz jednak zmrużyły się w uśmiechu i niteczki cieniutkich zmarszczek pobiegły od nich ku skroniom. Oregona skinęła głową i rzekła życzliwie:

– Wezmę.

Parciana szelka od ciężkiej skrzynki z lekarstwami wrzynała się głęboko w ramię Aldy. Na dworze było już zupełnie widno, a miejski dzwon obwieścił przed chwilą początek dnia dla wszystkich mieszkańców stolicy. Słońce stało jeszcze na tyle nisko, że mury całkiem je zasłaniały, ale złote plamy na ścianach i jaskrawe odblaski w niektórych oknach zaświadczały o jego obecności. Przez małą uchyloną furtkę w bramie Oregona wraz z Aldą wyszły na ulicę.

Miasto już się budziło. Niewielu jeszcze jednak było przechodniów, a każdy głos, stukot albo zgrzyt rozlegał się wyraźnie i gromko w tej porannej ciszy. W jednej z bocznych uliczek Oregonę i Aldę minęła mała grupka zdrożonych wędrowców: ojciec, matka i dwójka małych dzieci. Odzienie, jakie na sobie mieli, było szarawe od kurzu. Mężczyzna poganiał kijem objuczonego muła, dźwigając zarazem uśpioną paroletnią dziewczynkę, której głowa spoczywała na jego ramieniu. Kobieta idąca obok niosła niemowlę w chuście przewieszonej przez pierś. W następnej, jeszcze węższej uliczce Alda zobaczyła przez nisko osadzone okno, jak ciemnowłosa dziewczyna z podwiniętymi po łokcie rękawami pracowicie miesi ciasto na stole. Kawałek dalej, za kolejnym zakrętem, musiały usunąć się na bok, bowiem pachołek prowadził za uzdę okazałego rumaka, na którym siedziała młoda pani w bogato zdobionej sukni, trzymając się siodła i mrużąc sennie oczy. Znowu skręciły w wąską dróżkę, schodząc coraz niżej, ku najdalszym i najuboższym dzielnicom. Na kamiennym progu siedziały dwie stare, tęgie kobiety. Rozmawiały godnie i spokojnie. Pomiędzy nimi leżał wąski pasek słonecznego blasku, a na kolanach jednej z nich drzemało dziecko. Alda czuła bolesne ściskanie w gardle. Często ją nachodziło to uczucie, kiedy szła przez miasto i przypatrywała się jego mieszkańcom, zwłaszcza o tej porannej, spokojnej godzinie. Powracało potem w nocy, jeszcze boleśniejszym skurczem, kiedy leżała w łóżku i wlepiała w ciemność szeroko otwarte oczy. Czasami dławiło tak bardzo, że wyciskało łzy, spływające za uszy łaskotliwymi strużkami.

Poczuła na ramieniu ciepłą dłoń Oregony.

– Ciężko ci – powiedziała starsza uzdrawiaczka życzliwie. – Teraz ja wezmę skrzynkę.

Zbliżały się już ku samym obrzeżom stolicy, gdzie domy były najnędzniejsze, a ulice najbardziej błotniste i zaśmiecone. Gdy przechodziły obok podłego szynku, napotkały grupę pijanych żołnierzy z cesarskiej drużyny, idących całą drogą, szeroko i butnie, przy wtórze hałaśliwego śmiechu i plugawych piosenek. Ubrana w łachmany starucha, która stała w odrzwiach niskiego, drewnianego domku, powiodła za nimi ukradkowym spojrzeniem, a gdy zniknęli za rogiem, splunęła głośno i nienawistnie.

***

Koło południa, właśnie gdy cesarski orszak wyjeżdżał z zamkowej bramy, słoneczny dzień stracił swą jasność. Cienkie, postrzępione chmury napłynęły ze wschodu, zbiły się w białawą powłokę, zasłoniły niebo i zamgliły słońce. Wisiało w zenicie podobne do bladego księżyca. Młody cesarz podniósł ku niemu twarz, zmrużywszy wąskie, ciemne oczy. Być może zanosiło się na burzę.

Wszystkie trzy konie w orszaku szły żwawym stępem. Przed nimi maszerowało dziesięciu cesarskich drużynników. Każdy z nich miał narzuconą na skórzany kubrak czerwoną tunikę z wyszytą na piersi czarną cesarską koroną. Dziesiątka żołnierzy pieszego wojska, zamykająca orszak, nosiła mniej świetne odzienie: proste kolczugi nieprzysłonięte żadnym okryciem. W środku pochodu, tuż za cesarzem, jechali dowódca drużynników, młody pan Tanchelm, oraz wódz cesarskiej piechoty, pan Bertram.

Tanchelm, młodzieniec ledwie rok czy dwa starszy od cesarza, miał krótkie, jasne, kędzierzawe włosy i gładko wygolone oblicze. Nosił błękitny kaftan tkany w srebrne liście dębu. Natomiast pan Bertram, sławny z wojennego kunsztu, był już mężem dojrzałym w latach. Jego twarz porastała brązowa, krótko przycięta broda. Na przedzie swojej szaty miał wyszytego szarego wilka.

Wieża Radców, do której zmierzał cesarski orszak, wznosiła się na środku pustego rynku. Z samego rana drużynnicy przepędzili stąd kupców, którzy jak co dnia zaczęli rozbijać swe kramy. Żebraków rozsiadających się dookoła razem z kołatkami, miseczkami i torbami przegnali jeszcze bezlitośniej: kijami i kopniakami. Toteż na całym rynku nie było żywego ducha. Na samym środku pozostał tylko przewrócony do góry nogami dwukołowy wózek i rozdeptana wokół niego rzepa.

Cesarz zmierzył zmrużonymi oczami opustoszały plac. Dwa lata temu, podczas poprzedniej rady, wszystko tu inaczej wyglądało. Na rynku panował tłok, ścisk i hałas. Pod wieżą stały pasiaste namioty ozdobione proporcami przybyłych wielmożów. Co chwilę odzywały się trąbki i rogi wygrywające rodowe wezwania, kupcy nawoływali do swoich kramów, a trefnisie wyśpiewywali ucieszne piosenki. Ledwie się przebił przez ten tłum ze swoim pochodem – drużynnicy musieli się mocno napracować, zanim uczynili mu przejście pomiędzy zuchwałą gawiedzią.

Teraz, pośród opuszczonego rynku, Wieża Radców wydawała się bardziej poczerniała i dużo starsza niż wtedy. I taka cicha, jakby nikogo w niej nie było.

Cesarski orszak zatrzymał się u wejścia. Jeden z drużynników potrzymał konia zsiadającemu Nadborowi, zaś dwóch innych odemknęło wrota. Pan Tanchelm rozkazał półgłosem:

– Otoczyć wieżę! Cesarscy drużynnicy z przodu, a ludzie pana Bertrama z tyłu i po bokach!

Drużynnicy bezzwłocznie wypełnili rozkaz, ale dziesiątka pieszego wojska nie ruszyła się z miejsca. Niski, muskularny pan Bertram nieśpiesznie oddał końskie wodze jednemu ze swych żołnierzy. Dopiero potem spokojnie powiedział do reszty swych ludzi:

– Stańcie z tyłu i po bokach wieży.

Żołnierze natychmiast ustawili się zgodnie z nakazem. Młody pan Tanchelm uśmiechnął się szeroko, jak gdyby karność cesarskiej piechoty prawdziwie go ucieszyła. Ale nic nie powiedział, tylko ruszył za cesarzem, który wchodził już do środka, poprzedzony przez dwóch drużynników. Pan Bertram także za nimi podążył.

Wewnątrz wieży panował półmrok. Szerokie, kręte schody oświetlone były jedynie przez ukośne snopy białawego światła, wpadającego przez małe okienka. Kiedy niewielki pochód wspiął się na samą górę, drużynnicy pchnęli ciężkie, okute żelazem odrzwia, otwierając przed młodym władcą wejście do komnaty obrad.

Wielmoże czekający już w środku poderwali się śpiesznie i wszystkie karki zgięły się w niskim ukłonie. Nadbor szedł pomiędzy możnymi panami z twarzą zimną i skurczoną. Nie patrzył na nich, nie spojrzał także na kobietę w brązowej sukni i białej chuście, która stała przed prostym, drewnianym krzesłem umieszczonym po lewej stronie tronu. Za to pan Tanchelm zmierzył ową kobietę długim spojrzeniem, po czym rzekł cicho i drwiąco:

– Zatem prawdę mówiły pogłoski, że światła Izodora, pierwsza nad uzdrawiaczkami, zamierza nas dzisiaj nawiedzić!...

Nadbor odrzucił do tyłu swój ciężki płaszcz i usiadł na tronie. Po cesarskiej lewicy stanął pan Tanchelm, a po prawicy pan Bertram. Młody władca dał znak, że pozwala zgromadzonym usiąść. Jednocześnie drużynnicy zatrzasnęli z hukiem drzwi od komnaty, pozostając – inaczej niż poprzednimi razy – w jej środku zamiast za progiem.

Cesarz powiódł wzrokiem dookoła. Jego twarz, która pomimo młodego wieku zdawała się wyniszczona i zmięta, drgała lekko. Mocniejszy skurcz przebiegł przez nią, kiedy cesarz natrafił spojrzeniem na puste krzesło ozdobione medalionem z godłem rodu Waderów. Panowie siedzący obok odsuwali się od tego krzesła możliwie najdalej, jakby w obawie przed rzeczą skażoną zarazą.

Cesarz odezwał się cicho:

– Wiele się zmieniło, odkąd was ostatnio widziałem.

Nerwowy skurcz ponownie ściągnął jego rysy.

– A i wiele się jeszcze zmieni.

W ciszy, jaka zapadła po tych słowach, słychać było tylko ciężkie oddechy.

– Przed ośmiu laty, gdy wstępowałem na tron, byłem jeszcze... – cesarz zaciął się – ...byłem jeszcze chłopcem. Wiele od was musiałem znosić.

Zacisnął mocno zęby, aż pod skórą zarysowały się więzadła szczęki.

– Myśleliście – podjął cichym głosem – że zawsze będziecie mną rządzić? Że zawsze będę waszą... – znowu się zająknął – ...waszą kukiełką?

Żaden z wielmożów nie śmiał podnieść oczu. Wszyscy zdawali się tamować dech w piersi.

– Spojrzyjcie, kogo ze sobą przywiodłem – powiedział cesarz.

Kilka bojaźliwych spojrzeń pobiegło w stronę wodzów stojących u cesarskiego tronu.

– To teraz moi najbliżsi i najwierniejsi doradcy – ciągnął Nadbor. – I uczynią wszystko, co im każę, bez wahania i bez... – zaciął się – ...i bez miłosierdzia.

Zwrócił wzrok na puste krzesło ozdobione godłem Waderów. Mięsień pod jego lewym okiem zaczął pulsować.

– Już niektórzy... już niektórzy z was się o tym przekonali.

Oderwał wzrok od pustego miejsca. Spojrzał twardo na zgromadzonych panów.

– Po to was wezwałem, by wam to oznajmić – powiedział głośno. – Dobrze to sobie zapamiętajcie.

Cisza, która nastała, kiedy wybrzmiały te słowa, była duszna i dławiąca. Czoła wielu spośród członków rady pokryły się gęstym potem, choć do kamiennej sali nie przenikało wiele z ciepła panującego na dworze. Naraz ową duszącą ciszę przeciął głos jasny, dźwięczny i pełen powagi:

– Źle postępujecie, mój młody panie.

Izodora stała wyprostowana i patrzyła prosto na cesarza.

– Trzeba nam wszystkim żałować, że wasz ojciec takim młodym was odumarł.

Nadbor nic nie odpowiedział. Nie spojrzał nawet w jej stronę, tylko jego rysy ściągnęły się w skurczu, a długie palce zacisnęły się na poręczach tronu. Zamiast niego odezwał się pan Tanchelm:

– Śmiesz, uzdrawiaczko, wytykać swemu panu złe postępowanie?

– Taki mamy przywilej, którym wiele lat temu zostałyśmy obdarzone – odparła Izodora. – I nawet wy, dowódco drużynników, nie zarzucicie nam, żeśmy go dotąd nadużywały.

Zanim dowódca cesarskiej drużyny zdążył odpowiedzieć, zwróciła się znów do Nadbora:

– Wiele zła uczyniliście ostatnio, mój panie. Wytraciliście do szczętu ród Waderów, za to tylko, że był możny i wpływowy za czasów waszej chłopięcej słabości. A teraz znowu wtrąciliście do lochów starego pana Sulibora i ciężarną żonę kniazia Radosta.

Cesarz zapytał chrapliwie:

– Bronisz dzieciobójczyni i zdrajcy mojego ojca, uzdrawiaczko?

Izodora westchnęła.

– Jeśli czymkolwiek pan Sulibor przewinił wobec waszego, panie, ojca – powiedziała – ten mu to dawno przebaczył, co udowodnił licznymi łaskami. A nikt rozsądny nie uwierzy w to, że młoda pani Lubomira, żona kniazia Radosta, jest dzieciobójczynią. Nie, panie, wy wiecie dobrze, że inna była przyczyna, dla której kazaliście ich uwięzić: chcieliście zastraszyć ich rody spokrewnione z tym, który wymordowaliście.

– Zamilcz, szalona kobieto! – krzyknął ktoś z głębi komnaty.

Cesarz siedział nieruchomo na tronie, ponury i przygarbiony. Izodora mówiła dalej, nie zważając na usłyszany przed chwilą okrzyk:

– Ale jest jeszcze gorsza rzecz, panie, do której się przymierzacie. Wiadomo już wszędzie, że chcecie na nowo rozpocząć wojnę przeciwko wolnym góralom. Panie, wojna rozlewa się zawsze daleko poza pierwotny obszar, a cały kraj rujnuje poprzez daniny i pobór do wojska! Lud w waszym kraju, panie, już i tak ledwo może udźwignąć ciężary, którymi jest obarczony. Co mu zostaje po zapłaceniu czynszów dla panów, włodarzy i sołtysów, to zabierają mu wasi, panie, poborcy! A cóż wam przyjdzie z tej nowej wojny? Po co chcecie narzucać swoich namiestników tym dzikim plemionom? Nie przysporzy to waszemu państwu ani bogactwa, ani bezpieczeństwa. I czy myślicie, panie, że zwyciężycie górali na trwale? Jeszcze żaden z waszych przodków tego nie dokonał, chociaż wielu próbowało!

– Skończyłaś, uzdrawiaczko? – zapytał cesarz ochrypłym głosem, nie patrząc na Izodorę.

Kobieta zawahała się. Wreszcie odpowiedziała poważnie i ze smutkiem:

– Skończyłam, panie.

Cofnęła się i usiadła na swoim miejscu. Cesarz podniósł głowę i spojrzał prosto na członków rady.

– Ktoś jeszcze chce coś... – zaciął się – ...coś zarzucić swojemu władcy?

Popatrzył na pięknego, czarnobrodego mężczyznę, całkiem jeszcze młodego, zajmującego jedno z krzeseł po cesarskiej prawicy.

– Może wy, kniaziu Radoście? Może wy uważacie, że niesłusznie uwięziłem waszą żonę?

Zagadnięty wielmoża siedział bez ruchu, zaciskając palce na poręczach krzesła tak mocno, aż kości i ścięgna zdawały się rozrywać skórę. Jego twarz połyskiwała od potu, a pierś wznosiła się i opadała w szybkim, bezgłośnym oddechu. Cesarz patrzył na niego przez długą chwilę, a nie dostawszy odpowiedzi, zwrócił się ku innemu panu: mężowi okazałej tuszy, z czerwonym, nalanym obliczem, odzianemu w brązową szatę z połyskliwego jedwabiu, ornamentowaną złotem na krawędziach.

– A może wy, władyko Darwanie? Może wy żądacie uwolnienia swojego ojca, pana Sulibora?

Władyka spojrzał na młodego cesarza oczami załzawionymi z przestrachu i wybełkotał niezbornie:

– Nie, nie, panie… ja nigdy… nikt z mego rodu…

Urwał, jak gdyby zabrakło mu powietrza. Wargi Nadbora skrzywiły się z pogardą. Odwrócił wzrok od władyki i patrząc przed siebie, rzekł głośno:

– Widzisz sama, uzdrawiaczko, nikt z obecnych panów nie potrzebuje twojego… twojego wstawiennictwa.

Zamilkł, lecz widać było, że jeszcze nie skończył.

– Ja też nie potrzebuję twojej rady. – Głos załamał mu się w połowie zdania. – Ani niczyjej innej! – dokończył, krzycząc.

Powiódł płonącym spojrzeniem po wielmożach, a mięsień pod jego okiem pulsował nieustannie. Przez chwilę w komnacie panowała dzwoniąca w uszach cisza, a potem cesarz powiedział niskim, głębokim głosem:

– Więcej rad tutaj nie będzie.

Podniósł się z tronu i ruszył do wyjścia, a w ślad za nim ruszyli wódz jego pieszego wojska i dowódca jego drużyny.

Rozdział II

Kiedy cesarski orszak dotarł na zamkowy dziedziniec, Nadbor zeskoczył z konia, po czym zamiast ku głównemu wejściu, ruszył w stronę wąskich drzwi prowadzących do zachodniego skrzydła. Tanchelm natychmiast podążył za nim, podobnie jak i pan Bertram, choć mniej skwapliwie i z większym wahaniem. Wspięli się po wąskich schodach na szczyt zachodniej wieży i weszli do niewielkiej izby, surowo urządzonej. Przy zimnym palenisku stały tu tylko dwa długie zydle, pomiędzy którymi na kamiennej podłodze leżała rysia skóra. Cesarz opadł ciężko na zydel i długą chwilę siedział w ponurym zamyśleniu, wbijając wzrok w popiół na kominie. Wreszcie kiwnięciem głowy kazał usiąść Bertramowi, a do Tanchelma powiedział:

– Idź, każ nam przynieść wina.

Gdy za młodym mężczyzną zamknęły się drzwi, Nadbor, nie odwracając oczu od paleniska, zapytał wodza piechoty:

– Kiedy wyruszasz w góry?

– Pojutrze, panie – odpowiedział Bertram.

Skurcz przebiegł przez cesarskie oblicze.

– Rację miała owa... – zaciął się – ...owa uzdrawiaczka, gdy mówiła, że nie uda mi się zwalczyć górali?

Wódz nie od razu odpowiedział. Słynął nie tylko z męstwa, lecz również z rozwagi, zatem zwykł dobrze ważyć słowa. Siedział przez pewien czas w milczeniu, wspierając duże i silne dłonie na kolanach. Wreszcie odezwał się:

– W wielu wojnach już się biłem, panie. I jeżeli się z nich czegoś nauczyłem, to jednego: umniejsza własne siły ten, kto od początku oczekuje klęski.

Cesarz nic nie powiedział. Ujął pogrzebacz i zaczął nim rozbijać resztkę zwęglonego polana na palenisku. Dziabał wypalone drewno, dopóki nie zostało z niego nic oprócz popiołu. Dopiero wtedy rzucił krótko:

– Jedź w góry.

A po chwili dodał:

– Możesz odejść.

Wódz cesarskiego wojska wstał, ukłonił się i odwrócił do wyjścia. Na progu minął się jeszcze z Tanchelmem, który wnosił do izby tacę z dzbanem wina i srebrnymi kubkami.

Gdy za Bertramem zamknęły się drzwi, dowódca cesarskiej drużyny postawił tacę na zydlu, rozlał wino do kubków i podał jeden z nich swojemu panu. Nadbor jednak na niego nie spojrzał, nadal grzebiąc ożogiem w zimnym popiele. Tanchelm odstawił więc kubek i usiadł naprzeciwko cesarza. Przy tym wysokim, pięknym młodzieńcu, jaśniejącym siłą i zdrowiem, młody władca zdawał się jeszcze bardziej wyniszczony. Wychudła twarz, szarpana częstokroć nerwowymi skurczami, jeszcze marniej się przedstawiała obok niebieskich oczu o śmiałym i otwartym wejrzeniu, skłonnych do uśmiechu czerwonych ust i szerokiego, gładkiego czoła, nad którym zwijały się krótko przycięte, jasne włosy. A jednak tych dwóch ludzi, tak bardzo różniących się powierzchownością, łączyła więź, której siłę i znaczenie znali tylko oni. Młody cesarz słyszał w dzieciństwie bajania o dawnych władcach, którzy miewali pośród sług czarowników zdolnych odgadnąć i spełnić wszelkie ich żądania. I zdawało mu się nieraz, że złotowłosy młodzian u jego boku jest właśnie takim czarownikiem, z łatwością przenikającym jego najskrytsze pragnienia po to, by je natychmiast spełniać. Z uśmiechem zdobiącym pąsowe wargi będzie równał z ziemią domy, dusił niemowlęta, palił żywym ogniem mężów i niewiasty, jeśli jego pan wyrazi taką wolę.

Nadbor wypuścił pogrzebacz, który z brzękiem upadł na posadzkę.

– Tanchelmie – powiedział głucho. – Nie usnę spokojnie, dopóki ta... – zająknął się – …ta kobieta będzie chodziła po ziemi.

Młoda i jasna twarz naprzeciw niego pojaśniała jeszcze bardziej w uśmiechu.

– Panie – odparł dowódca drużyny – rzeknijcie tylko słowo, a w tej samej godzinie zostanie stracona na waszych oczach.

Zawiesił na krótko głos, by zaraz dodać dobitnie:

– Ale marne to byłoby zadośćuczynienie za to, na co się wobec was poważyła. Dajcie mi trochę czasu, a przygotuję wam lepszą odpłatę.

***

Po wyjściu cesarza w komnacie obrad przez chwilę panowała cisza. Ale przerwał ją zaraz donośny głos Izodory:

– Szlachetni panowie, nie przystoi, abyście się dawali zastraszać. Prawda, że przez ostatnie dwa lata cesarz zadbał, aby wzrosnąć w siłę, ale przecież wy przez to nie postradaliście własnej. Czy chcecie się dać wytępić jeden po drugim jak owce w stadzie?

Za oknami rozległo się miarowe stąpanie żołnierzy z cesarskiego orszaku.

– Czy chcecie mu pozwolić doprowadzić ten kraj do ruiny? – mówiła Izodora jeszcze głośniej.

Otyły władyka Darwan spojrzał na nią nienawistnie i syknął przez zęby:

– Zamilcz, uzdrawiaczko!

Ruszył do wyjścia.

Z miejsca powstał także inny wielmoża – tęgi, postawny mężczyzna o siwej, starannie utrefionej brodzie.

– Byłem cesarskim opiekunem – rzekł dumnie, wodząc spojrzeniem po innych członkach rady, a nie patrząc wcale na uzdrawiaczkę. – Nie godzi mi się słuchać takich rzeczy.

Podniósł wysoko głowę, strzepnął zawinięty rękaw ciężkiej, bogato zdobionej szaty i podążył ku wyjściu. Za nim jęli wstawać następni panowie.

– Jeżeli wy się mu nie sprzeciwicie, to któż to zrobi?! – wołała głośno Izodora.

Ale żaden z możnowładców nie patrzył już na nią. Wstawali i śpieszyli gromadnie ku drzwiom, jakby żaden z nich nie chciał być ostatni.

Po chwili Izodora została sama. Spostrzegła, że drżą jej kolana, usiadła więc na swoim krześle.

A więc uczyniła to, co zamierzała. Nie zabrakło jej odwagi w ostatniej chwili, nie cofnęła się, doprowadziła swoje plany do końca. A jednak teraz czuła pustkę w sercu i gorycz w ustach. Przecież nie miała wielkich nadziei, że możnowładcy jej wysłuchają. Wszak to nie owa nadzieja kazała jej stanąć dziś na radzie, ale przekonanie, że jeśli tego nie uczyni, jeśli się nie sprzeciwi mordowaniu niewinnych i uciśnieniu biednych, zhańbi pamięć swoich wielkich poprzedniczek. Więc dlaczego teraz, kiedy tego dokonała, czuła smutek i gorycz?

Nie miała po co dłużej tu zostawać – podniosła się i ruszyła powoli ku wyjściu. Kiedy sięgała do klamki niedomkniętych drzwi, serce zaczęło walić jej gwałtownie – może za progiem czekają już cesarscy siepacze z pałkami i postronkami. Za progiem jednak były tylko puste i ciche schody, prowadzące w dół krętą drogą. Izodora schodziła powoli, przecinając ukośne słupy białego światła rozpraszające półmrok. Nagle stanęła gwałtownie, chwytając się ściany. Za załomem muru rysował się cień człowieka w spiczastym hełmie. Serce znowu zaczęło jej tak łomotać, jakby miało rozbić się o żebra. Zmusiła się, aby postąpić krok niżej, a potem jeszcze jeden. Cień rozsunął się na dwie części, tracąc wszelkie podobieństwo do człowieka.

Znalazłszy się na samym dole, pchnęła ciężkie odrzwia i zaraz zmrużyła oczy przed zalewem światła. Zapomniała przez te godziny spędzone w wieży, jak słoneczny jest dzisiejszy dzień. I jak młody jeszcze – niedawno minęło południe.

Rynek zdążył już się zaludnić – mieszkańcy Wyżogrodu szybko się spostrzegli, że kuksańce i razy cesarskich drużynników już im nie grożą. Koło tuzina kupców ściągnęło na spóźniony jarmark. Słudzy wielmożów przybyłych na radę właśnie brali od nich całe kosze warzyw, jajek, suszonych serów i uwędzonych ryb. Dwie młode, może trzynastoletnie dziewczyny niosły między sobą nieckę wypełnioną świeżym, parującym jeszcze mięsem. Odgiąwszy w bok smukłe kibicie i odrzuciwszy długie warkocze na wąskie plecy, rozmawiały ze sobą poważnie o jakichś swoich sprawach. Niski, chudy, bosonogi chłopak z rozczochranymi jasnymi włosami szedł śpiesznie, podbiegając od czasu do czasu, a dźwigał korzec wypełniony po brzegi ziarnem. Woły ciągnęły mozolnie naładowany drewnem wóz, który zgrzytał, trzeszczał i piszczał przenikliwie, a woźnica – silny i krępy mężczyzna – strzelał nad nimi z bata, ale nie ośmielał się smagać skóry pracowitych zwierząt. Panna z zamożnego domu wiodła pod rękę ociemniałą babkę. Obie kobiety – i stara, i młoda – miały takie same długie nosy, czarne oczy, grube brwi i pociągłe twarze. Tylko warkocze dziewczyny były hebanowe, a włosy babki, widoczne spod zawoju – srebrnosiwe. Brzegiem rynku, wzbijając kurzawę, owczarz przeganiał wielkie stado owiec.

Izodora długą chwilę stała przed wieżą, przyglądając się ze ściśniętym sercem ludziom krzątającym się wokół swoich codziennych zajęć. Naraziła dla nich własne życie, lecz mimo tego nie zdołała od nich oddalić groźby głodu, ucisku ni wojny. Wręcz przeciwnie: głód, uciśnienie i wojna były bliżej tych ludzi niż kiedykolwiek. Choć ciężko przychodziło w to wierzyć tego pięknego, spokojnego popołudnia.

Łagodne słońce przyświecało Izodorze przez całą drogę do dworu uzdrawiaczek. Na jednej z wąskich uliczek stara kobieta wygrzewająca przed domem spuchnięte i sine nogi zawołała na nią:

– Uzdrawiaczko! Ej, uzdrawiaczko!

Gdy Izodora podeszła do niej, poprosiła:

– Zerknęlibyście na moje nogi... Puchną i puchną, choć je sadłem smaruję i okładam szmatami moczonymi w kwaśnym mleku.

Izodora przykucnęła obok obrzmiałych łydek starej kobiety. Skóra na nich była napięta, błyszcząca i sina. Pierwsza uzdrawiaczka nacisnęła opuchliznę w paru miejscach, a potem, uniósłszy wzrok na starą kobietę, powiedziała:

– Ani smarowanie, ani okłady wam nie pomogą. To wasza krew potrzebuje, żeby ją oczyścić. Przyślę wam dzisiaj torebkę ziół, sypcie ich dwie łyżki na kwaterkę wody i pijcie, dopóki opuchlizna nie zniknie.

Stara kobieta kiwnęła głową ze zrozumieniem.

– Szkoda, że nie macie tych ziółek ze sobą – rzekła. – Zaraz bym sobie naszykowała.

Zerknąwszy bystrym okiem na Izodorę, dorzuciła pytanie:

– A czemu wy nie nosicie ze sobą skrzyneczki z lekarstwami, jak to czynią inne uzdrawiaczki?

– Kiedyś nosiłam – odparła Izodora. – I codziennie chodziłam leczyć chorych. Ale teraz zgromadzenie przydzieliło mi inne zajęcie.

Wstała z kucek i uśmiechnęła się dziwnie, jednym tylko kącikiem długich ust.

– Choć może lepiej by było, gdybym została przy tamtej robocie.

Mimo że uzdrawiaczki nie zaczęły jeszcze wracać od chorych, dwór nie zdawał się wcale opuszczony. Od strony domu wychowanek niosły się piski najmłodszych dziewczynek bawiących się w ogrodzie, z zielarni dochodziło miarowe stukanie, a że trwała właśnie pora południowego obrządku, od obór i stajen słychać było porykiwanie bydła i podniesione głosy służących. Ale gdy Izodora weszła do głównego domu, wszystkie te dźwięki rozpłynęły się w ciszy panującej na pustych, chłodnych korytarzach. Jedynie kroki Izodory odbijały się tutaj głośnym echem. Pierwsza uzdrawiaczka wspięła się po szerokich schodach na najwyższą kondygnację, po czym, idąc do swojej izby, zastukała po drodze w troje różnych drzwi. Nie oglądała się za siebie, ale słyszała, jak za jej plecami otwierają się kolejno każde z nich, i nowe kroki wtórują jej własnym. Przekroczywszy próg swej izby, odwróciła się i stanęła naprzeciw wchodzącym: Elminie, opiekunce wychowanek i pomocnic, Wirudzie, opiekunce stołecznego dworu oraz starej Ksemonie – opiekunce ksiąg zgromadzenia.

Izodora usiadła za stołem i gestem poprosiła przybyłe, żeby uczyniły to samo. Potem odezwała się:

– Żądałyście, abym zdała wam sprawę z dzisiejszej rady.

– Takie mamy prawo jako współrządczynie zgromadzenia – odparła popędliwie Wiruda.

Była to kobieta dobiegająca pięćdziesiątki, tęga, z czerwoną cerą połyskującą od łoju i z rzadkimi, gładko przylizanymi włosami, niepiękna, ale powszechnie szanowana w zgromadzeniu za rozum i nieustępliwość.

– Takie macie prawo jako współrządczynie zgromadzenia – powtórzyła poważnie Izodora.

Zamilkła na chwilę, zbierając słowa. Potem zaczęła:

– Szłam na tę radę po to, aby zbadać, czy cesarz zechce się pogodzić z wielmożami i ważniejsze jeszcze: czy da się odwieść od zamiaru rozpoczęcia nowej wojny. A także by zbadać, czy uda się nakłonić wielmożów do sprzeciwu wobec niego, jeśli nie zechce niczego zmienić w swych zamierzeniach. – Urwała, by nabrać oddechu. – Przekonałam się niezbicie – podjęła – że cesarz nie zamierza się godzić z możnymi panami: wezwał ich po to tylko, aby ich zastraszyć. I nie da się odwieść od umyślonej wojny: moje napomnienia wprawiły go we wściekłość. Zaś wielmoże… – uśmiechnęła się niewesoło – …nadto się boją, żeby myśleć o sprzeciwie. Kiedy po radzie próbowałam do nich mówić, uciekali przed moimi słowami jak przed morowym powietrzem.

Siedząca naprzeciw niej Wiruda czerwieniała coraz bardziej w trakcie jej przemowy i w końcu rzekła głosem zdławionym od powstrzymywanej złości:

– Mówiłam wam, Izodoro, że narażacie zgromadzenie na gniew i zemstę cesarza dla jałowych mrzonek.

– To, co wy, Wirudo, nazywacie jałowymi mrzonkami, ja nazywam naszą powinnością – odparła pierwsza uzdrawiaczka.

– Nasza powinność to chorych leczyć! – wybuchła opiekunka dworu, uderzając dłonią o stół. – A wasza, jako pierwszej uzdrawiaczki, chronić zgromadzenie, a nie wystawiać je na zgubę, rozjuszając szalonego młodzika!

Zmarszczka pomiędzy brwiami Elminy, słuchającej tego sporu bez słowa, pogłębiła się jeszcze. Opiekunka wychowanek i pomocnic zachowała jednak milczenie.

– Znam powinności pierwszej uzdrawiaczki, Wirudo – rzekła tymczasem Izodora, nie podnosząc głosu. – A jeśli wypełniam je inaczej, niż wy byście to czynili na moim miejscu, mam do tego prawo.

Czerwień na twarzy Wirudy pociemniała aż do fioletu. Po śmierci poprzedniej przywódczyni wiele uzdrawiaczek spodziewało się, że to Wiruda zostanie obrana na jej następczynię. Jednak Izodorze przypadła większość głosów. I choć rok później Wiruda objęła godność opiekunki stołecznego dworu – zaszczytną i dającą jej zarazem tytuł współrządczyni zgromadzenia – to dostała przy tym znacznie mniej prawdziwej władzy, niż jej posiadały opiekunki dworów w poślednich miastach. Tutaj, w stolicy, Izodora i tak miała ostatnie słowo w każdej ważniejszej sprawie. Opiekunce dworu zostawało doglądanie sług i gospodarstwa. Toteż – jak szeptano – Wiruda ciągle nie mogła się pogodzić z tym, że musi ustępować kobiecie siedem lat młodszej, której wcale nie uważała za godniejszą od siebie.

Teraz znać było, że słowa Izodory przyjęła niczym umyślną obrazę. Ledwie panując nad głosem, zaczęła mówić:

– A tak, gdybym to ja była pierwszą uzdrawiaczką, najpierw troszczyłabym się o to, żeby zgromadzenie mogło się w spokoju zajmować tym, do czego je ustanowiono. Pewnie by przez to o mnie pieśni nie układali, ale bym za to bezpiecznie przeprowadziła moje zgromadzenie przez niedobre czasy. Tak ja bym rozumiała swoje powinności!

Siwa Ksemona, która dotąd nie odzywała się głośno, mamrotała coś tylko do siebie i machała niecierpliwie ręką, wtrąciła nagle z rozdrażnieniem:

– Najpierwsza nasza powinność to zadbać o księgi, bo tam cała nasza mądrość jest chowana. A ja już trzeci rok podnoszę, że mi bibliotekę pleśń i wilgoć zżerają, że mi trzeba pomocnic do przepisywania…

– Ksemono, przecież zawsze daję wam tyle pomocnic, ile zażądacie. Nie o księgach tu teraz radzimy – upomniała ją półgłosem Elmina.

Izodora zdawała się nie słyszeć tej pomniejszej rozmowy. Spojrzenie jej uciekło w bok, a długie usta drgnęły lekko.

– Rozważałam długo i sumiennie waszą przestrogę, Wirudo – rzekła. – I osądziłam, że nie macie słuszności. Gdybym osądziła przeciwnie, nie poszłabym na radę.

Spojrzała znowu na opiekunkę dworu.

– Na cesarską zemstę naraziłam jedynie siebie. Zgromadzeniu nic nie grozi, prócz tego, że przyjdzie może mu obierać nową zarządczynię. Bywali nieraz cesarze, co mieli zatargi z pojedynczymi uzdrawiaczkami, ale na samo zgromadzenie żaden jeszcze nie poważył się podnieść ręki.

– Żaden też jeszcze nie ważył się wyrzynać możnych rodów bez przyczyny! Ani trzymać brzemiennej żony kniazia na łańcuchu niczym skundlonej suki! – Twarz Wirudy znowu nabiegła ciemną purpurą. – Nie pojmuję zatem, skądżeście tak pewni, że Nadbor nie zechce pomścić obrazy na nas wszystkich!

– Stąd, że wtedy stanęłaby przeciwko niemu ludność całego kraju. Inna rzecz wojować z paroma wielmożami, którzy są tylko ciężarem dla ludu, a inna krzywdzić uzdrawiaczki, opiekunki całego narodu.

Wodząc wzrokiem od jednej współrządczyni do drugiej, Izodora mówiła dalej:

– Może mrzonką było sądzić, że zdołam powstrzymać Nadbora. Ale moją powinnością było przynajmniej spróbować. Ktoś go musi powstrzymać, takim czy innym sposobem.

Podniosła się, opierając dłonie o stół.

– Powiedziałam wam wszystko, co chciałyście wiedzieć. Jeśli niczego więcej ode mnie nie żądacie, rozejdźmy się do naszych zwykłych zajęć.

Zdawało się przez chwilę, że Wiruda nie zaniecha kłótni. Siedziała twardo na krześle, trzymając na stole zaciśnięte pięści, suknia na jej piersiach unosiła się i opadała, a zaciśnięte wargi zdawały się tylko po to wstrzymywać napór gniewnych słów, by dać im możność przybrać jeszcze na sile. W końcu jednak opiekunka dworu nic nie rzekła. Wstała z impetem i ruszyła ku drzwiom. W jej ślady poszła mamrocząca, trzęsąca głową Ksemona. Na końcu podniosła się Elmina, ale zamiast wyjść z izby, tak jak starsze kobiety, zamknęła za nimi drzwi, odwróciła się od progu i spojrzała na Izodorę.

– Czy naprawdę się obawiasz, że Nadbor każe cię uwięzić i stracić? – zapytała.

– Po tym, co dzisiaj słyszałam, nierozsądnie by było wątpić, że to zrobi – odparła Izodora, unikając jej wzroku.

– Zatem wyjedź z Wyżogrodu, schowaj się w jednym z naszych dworów nad granicą! – zawołała Elmina gwałtownie. – Rządzić zgromadzeniem możesz także stamtąd!

Izodora uśmiechnęła się dziwnie.

– Na cóż by się zdały moje starania, by dać wielkim panom przykład odwagi, jeślibym teraz tchórzliwie uciekła?

– Pycha przez ciebie przemawia – rzekła Elmina. – Wiruda miała słuszność. Chcesz, żeby układano pieśni o tobie.

Izodora przestała się uśmiechać. Jej twarz wydała się naraz zmęczona, smutna i postarzała. Nadal unikając wzroku przyjaciółki, pierwsza uzdrawiaczka odparła:

– Cenię sobie własne życie ponad wszelkie pieśni i opowieści. Ale przecież nie tyle, by sądzić, że jest ważniejsze od życia innych. A ktoś inny musiałby zapłacić cesarzowi, jeśli ja bym uciekła.

Rozdział III

Tuż przed południem Oregona powiedziała Aldzie, że powinny teraz odetchnąć. Kupiła sobie i młodej pomocnicy po jęczmiennym placku prażonym na oleju i po kubku słabego piwa. Usiadły na kamiennym progu, przy niewielkim, błotnistym placyku ze studnią na środku.

Aldzie chciało się jeść i pić, była zmęczona i kręciło jej się w głowie. Od rana odwiedziła wraz z Oregoną więcej niż dziesiątek ciasnych i smrodliwych izb, widziała wszelkiego rodzaju nieszczęścia, choroby i kalectwa. Posłusznie zlewała wrzątkiem naczynia i noże, obmywała rany, przytrzymywała wyrywające się dzieci, podawała ze skrzynki potrzebne maści i eliksiry. Oregona nie tłumaczyła jej wiele ze swoich czynności. Szybko nacinała wrzody i przyrządzała okłady na ropiejące rany lub w skupieniu odmierzała lekarstwo, które później uważnie, po kropelce, wlewała w usta bezprzytomnych chorych. Uzdrawiaczki, którym Alda wcześniej towarzyszyła, znacznie obszerniej wyjaśniały jej symptomy chorób i działanie stosowanych medykamentów. Oregona raz tylko kazała Aldzie przyłożyć ucho do kościstej, porośniętej siwymi kłakami piersi przeziębionego starca, aby mogła posłuchać, jakim głosem tam szemrze i świszczy choroba.

Ale też żadna z uzdrawiaczek, którym Alda dotąd asystowała, nie schodziła do aż tak nędznych zaułków stolicy cesarstwa, pomiędzy taki natłok chorób i cierpienia. Żadna nie dzieliła swojego czasu pomiędzy tak wielu potrzebujących – nic dziwnego, że miały go więcej na pouczanie pomocnicy.

Nie mogąc więc liczyć na dogłębne objaśnienia, Alda starała się bacznie przyglądać wszystkim zabiegom Oregony. Jednak dłonie tamtej poruszały się zbyt szybko, zaś oczy jednym spojrzeniem zdawały się ogarniać znaki niewidoczne dla młodej pomocnicy. Alda prędko się gubiła i traciła rozeznanie w czynnościach swojej towarzyszki. Jedną rzecz wszelako spostrzegła: chorzy zdawali się uspokajać pod ręką Oregony, tak jakby samo jej dotknięcie łagodziło cierpienie. Nawet niemowlę, zanoszące się płaczem aż do zsinienia, rzucające się rozpaczliwie i wyginające w łuk swoje drobne ciałko, przycichło i znieruchomiało, kiedy pochyliła się nad nim, gładząc je i szepcząc łagodnie: „Ciiiicho, ciiiicho, nie będzie bolało…”. Gdy mu przemywała wywarem zaropiałe oczka, kwiliło już tylko słabo i z rzadka machało pomarszczoną piąstką.

Oregona jadła swój placek powoli, przeżuwając dokładnie każdy kęs. Od czasu do czasu zapijała strawę małym łyczkiem piwa. Nogi wyciągnęła daleko przed siebie, a różową twarz, poznaczoną gęsto cieniutkimi zmarszczkami, wystawiła z rozkoszą ku południowemu słońcu. Alda obserwowała ją ukradkiem. Słyszała o niej dużo dziwnych pogłosek. Powszechnie sławiono jej biegłość i wiedzę, co do których podobno tylko Rosława mogła się z nią równać. Jednak już o jej oddaniu nędzarzom rozmaicie mówiono: niektóre uzdrawiaczki bardzo je wychwalały, ale były też takie, co twierdziły, że przeznaczając swoje talenty wyłącznie dla tych, którzy nie mają się czym odpłacić, darmo dostaje chleb zgromadzenia. Wszakże jeszcze o tych sprawach rozprawiano otwarcie i bez skrępowania. Ale krążyły też inne pogłoski, pokątne, niepewne i pełne zgrozy. Co prawda nikt nie zarzucał Oregonie, że czyni cokolwiek wbrew prawu. Owszem, przywilej, z którego podobno korzystała, został prawowicie nadany zgromadzeniu. Ale to było dawno, w innych czasach, kiedy całkiem inaczej na te rzeczy spoglądano. A teraz żadna inna uzdrawiaczka nie ważyłaby się używać tego przywileju.

Oregona odstawiła kubek i spojrzała na Aldę. Dziewczyna wbiła szybko oczy w ziemię i gorąca czerwień napłynęła na jej policzki. Ale starsza kobieta uśmiechnęła się życzliwie i rzekła:

– Pora na nas. Jeszcze wielu chorych zostało do opatrzenia.

Sięgnęła po woskową tabliczkę uwieszoną u pasa, przebiegła wzrokiem długą listę imion, a potem dodała:

– Chodźmy.

Kiedy na mieście wydzwonili połowę popołudnia, Oregona oznajmiła, że zostały im jeszcze do odwiedzenia dwie chore, najmniej pilnie potrzebujące pomocy.

Pierwsza z nich okazała się chudą, niechlujną kobietą. Narzekała, że na oczy jej się coś rzuciło i że gorętwa ją męczy z niewiadomych przyczyn. Istotnie, jej oczy były przekrwione i załzawione, a czoło zdawało się spotniałe i rozpalone. Oregona spojrzała na opuchłą twarz kobiety i zapytała wesoło:

– A zęby wam nie doskwierają, gospodyni?

– A tak, czasem trochę pobolewają...

– Pokażcie.

– Ale co mi będziecie w zęby patrzeć, uzdrawiaczko, kiedy ja się na oczy skarżę?

– Czasem od zepsutego zęba zgorzelina aż na oczy idzie – wyjaśniła cierpliwie Oregona. – Pokażcie mi.

Zajrzała w uchylone usta kobiety.

– Zgorzel wam się tu zrobiła jak się patrzy – oznajmiła. – Trzeba tego zęba wyrwać, bo on całą waszą krew zatruwa.

– Może samo przejdzie? – zapytała z przestrachem kobieta. – Ja się rwania zębów boję!

– Nie przejdzie. – Oregona potrząsnęła głową. – Gorzej tylko będzie. Wzrok możecie nawet stracić, a boleć będzie coraz bardziej.

Kobieta ściągnęła w bok usta, namyślając się przez chwilę. Wreszcie westchnęła ciężko:

– Ech, jak trzeba, to trzeba. Rwijcie, kiedy tak.

Oregona nalała jej do kubka trochę makowego wywaru.

– Wypijcie – poleciła. – To nie będzie tak bardzo bolało.

Kazała Aldzie nastawić wodę na wrzątek, a gdy się zagotowała, polała nią szczypce i noże wyjęte ze skrzynki. Potem poprosiła dziewczynę, aby przytrzymała głowę gospodyni. Kiedy Alda uchwyciła mocno w obie ręce spocone skronie kobiety, Oregona nacięła dziąsła dookoła zepsutego zęba, a potem zacisnęła na nim szczypce i wyrwała go wśród pojękiwania, przytłumionych okrzyków i mimowolnych szarpnięć chorej, które Aldzie ciężko było powstrzymywać. Po skończonym zabiegu kobieta odpluwała długo krwią na glinianą polepę i nie wyglądała na zbytnio zadowoloną. Oregona wyjęła płócienny woreczek ze swojej skrzynki. Odsypała z niego trochę pokruszonych ziół i nakazała gospodyni:

– Róbcie sobie z tego wywar i płuczcie nim usta wieczór, rano i w południe, dzisiaj, jutro i pojutrze. Dziąsło wam się wtedy dobrze wygoi, oczy się wyleczą i gorączka przejdzie.

– Mówicie? – upewniła się kobieta, ciągle jeszcze nieco odęta.

– Tak mówię – rzekła z życzliwym uśmiechem Oregona.

Po chwili znowu szły błotnistą ścieżką pomiędzy nędznymi domkami. Aldzie bardzo już ciążyła skrzynia z lekarstwami: przewieszała parcianą szelkę to przez jedno, to przez drugie ramię, ale na żadnym ciężar nie zdawał się mniejszy. Oregona obejrzała się w końcu na dziewczynę, przystanęła i wzięła skrzynkę.

– To już niedaleko – zapewniła.

Niebawem dziewczyna spostrzegła dziwną dobudówkę z gliny zmieszanej ze słomą, przylegającą do jednego z krzywych, drewnianych domków. Wyglądała jak jaskółcze gniazdo i zdawała się niewiele od niego większa. Właśnie w tamtą stronę skierowała się Oregona. Pchnęła liche drzwi, sklecone byle jak ze słomy i z wikliny, pochyliła głowę w niskim wejściu i weszła do środka. Alda wcisnęła się za nią, chociaż z trudem starczało tam miejsca na nie obie. Panowały tu mrok i duchota. Światło wpadało tylko przez dymnik na górze i przez szpary pomiędzy wikliną we drzwiach. Starczało go jednak, aby ukazać starą kobietę siedzącą w kącie na legowisku rozłożonym na ziemi. Oregona przykucnęła przy niej.

– Co wam tym razem dolega, gospodyni? – zapytała serdecznie. – Wysłaliście po mnie wczoraj wieczorem sąsiadkę.

– Tu mnie dusi. – Stara położyła rękę na piersiach. – Tak dusi i dusi, że czasem myślę: na śmierć mnie zadławi. I chęć do jadła mnie odeszła. Nic mi się jeść nie chce, nawet na świeży chleb mnie nie kusi. A i spać nie mogę. Z boku na bok się przewracam, wstanę po ciemku, wody się napiję, a spanie nijak nie przychodzi.

– Pozwólcie, gospodyni – powiedziała Oregona. – Osłucham was.

Niemiła woń starego ciała napełniająca izbę wzmogła się jeszcze, kiedy chora rozchyliła suknie. Oregona przyłożyła ucho do jej wyschłych piersi i wsłuchała się uważnie. Potem delikatnie obróciła kobietę i tak samo osłuchała jej plecy.

– Nic złego tam u was nie słychać – oznajmiła, po czym nakazała Aldzie: – Otwórz drzwi, dziecko, potrzebuję światła.

Odchyliła dolne powieki staruszki, uważnie obejrzała gałki jej oczu, zerknęła w ziejące kwaśnym zapachem usta, obmacała starannie brzuch, boki i chude, gruzłowate nogi. Jednocześnie zagadywała chorą.

– Córka była u was ostatnio?

– A była, przyniosła chleba, trochę mleka, sera... Była.

– Nie chcielibyście tam u niej zamieszkać?

– A po co ja tam? Zięć niedobry, nie lubi mnie. A i córki dzieci... Niedobre dla babki, nieusłuchliwe. Biegają gdzieś po całych dniach, córka ich nie pilnuje. Do południa z zięciem na rynku przesiadują. Czasem żywej duszy w domu nie ma. Jakby wtedy na mnie śmiertelna godzina przyszła, nie byłoby komu mnie poratować. Tu przynajmniej jak krzyknę, to zawsze ktoś za ścianą jest i mnie posłyszy.

– A jednak odwiedźcie córkę i wnuki czasami – poradziła Oregona łagodnie. – Albo chociaż wyjdźcie na słońce i zajrzyjcie do znajomych. W tych ciemnościach złe myśli wam się w głowie lęgną.

Powstając z kucek, dorzuciła:

– Nie widzę u was żadnej choroby. Dbajcie tylko o siebie, a pożyjecie jeszcze długie lata.

Stara kobieta nic na to nie odrzekła, dopiero widząc, że Oregona zbiera się już do wyjścia, zapytała z przestrachem:

– Nie zostawicie mi żadnych leków?

Oregona zawahała się. Wreszcie rzekła:

– Zostawię. Może i prawdziwie wam się przydadzą.

Przyklękła przy swojej skrzynce i długo przeglądała zebrane tam zioła. W końcu wyjęła mały pęczek suchych, żółto-zielonych roślin, obejrzała go uważnie w smudze światła wpadającego przez dymnik i położyła na podołku chorej.

– Gotujcie po kilka gałązek w małym kubku wody i dolewajcie sobie takiego wywaru do mleka – powiedziała.

Stara zachłannie przykryła zioła chudą, powykręcaną dłonią.

– Co to za ziele? – zapytała. – Pomoże mi, mówicie?

Oregona skinęła głową i podniosła się z klęczek.

– Przywróci wam sen i chęć do jadła – zapewniła.

Chora pochwyciła fałd jej sukni, powstrzymując ją przed odejściem.

– Kiedy do mnie znowu przyjdziecie, uzdrawiaczko? – zapytała niespokojnie.

Uzdrawiaczka delikatnie odjęła suchą, sękatą rękę ze swojej szaty.

– Kiedy tylko mnie do siebie wezwiecie – obiecała.

Wyszły od chorej i Alda znów dźwigała skrzynkę Oregony. Ale teraz, kiedy świadomość końca dzisiejszej roboty przydawała błogości zmęczeniu uczuwanemu w całym ciele, ciężar zdawał się dużo mniejszy. Alda szła coraz lżejszym i szybszym krokiem. Nie tylko do odpoczynku było jej śpieszno. Zerknęła na słońce zawieszone nad dachami. Zostanie jej jeszcze sporo czasu, żeby obmyć się, przyczesać włosy, zmienić szaty… Radość wystrzeliła w niej jasnym płomieniem, ale zaraz opadła przytłumiona przez mgliste, dokuczliwe myśli. Może lepiej by jej było i łatwiej, i spokojniej, gdyby została wieczorem we dworze, zeszła razem z innymi dziewczętami na wieczerzę, potem zagrała z nimi w piłkę za ogrodem, a wreszcie udała się na spoczynek i przed zaśnięciem po raz ostatni rozpamiętała i słodycz, i gorycze, których się wyrzekała...

Pogrążona w tych rozważaniach, nie widziała wiele dookoła siebie. Kiedy się w końcu ocknęła, spostrzegła, że Oregona prowadzi ją zupełnie inną drogą niż rano.

– Nie idziemy do dworu? – zapytała ze zdziwieniem.

– Jeszcze nie – odrzekła starsza kobieta.

Wszystkie pogłoski, które słyszała o Oregonie, odezwały się teraz w głowie dziewczyny. Wiedziała, gdzie idą. Poczuła chłód napływający na policzki i drżenie ogarniające nogi.

Ciasna uliczka rozszerzyła się, a drewniane domy rozstąpiły, ukazując niekształtny plac, przy którym stała ponura budowla z czerwonego muru. Przed okutymi żelazem wrotami siedziało na ziemi czterech pachołków, zabawiając się rzucaniem kośćmi. Pilnowali tyleż wejścia do więziennego gmachu, co dwojga ludzi przykutych do słupów, które stały na środku placu. Słońce świeciło właśnie prosto w twarze skazańców i od wpuszczonych w ziemię drągów długie cienie się kładły na pyliste podłoże.

Jeden z pachołków roześmiał się hałaśliwie po udanym rzucie. Podniósł rozweseloną gębę i spostrzegł nadchodzące uzdrawiaczki. W jednej chwili jego uśmiech zagasł. Trącił łokciem najbliższego kompana. Gra od razu ustała. Pachołkowie patrzyli w milczeniu na Oregonę, zbliżającą się powoli ku więźniom. Alda zatrzymała się na brzegu placu, niezdolna, aby iść dalej.

Przy pierwszym palu zwisał krępy, grubokościsty mężczyzna o wielkiej głowie, porośniętej czarnymi kudłami. Na tabliczce przybitej ponad nim widniał krótki napis: „Zbójca”. Zdawał się półprzytomny z udręczenia i niepomny tego, co się dzieje dookoła. Oregona podniosła jego spoconą, podobną do sagana głowę i usiłując uchwycić spojrzenie źrenic umykających pod powieki, zapytała półgłosem:

– Chcecie, żebym wam pomogła? Dała wody albo skróciła tę mękę?

Zbójca poruszył parę razy grubymi wargami pokrytymi czarnymi strupami i wreszcie wydobył spomiędzy nich przeciągły jęk:

– Woooody…

Jego głowa zakołysała się ciężko, kiedy Oregona puściła ją, sięgając po bukłak zawieszony u pasa. Przytknęła naczynie do spieczonych warg zbójcy. Pił długo i chciwie, aż w końcu odsunął usta i przymknął powieki. Po jego brodzie i szyi, porośniętych czarną szczeciną, ściekały wąskie, lśniące strużki.

Oregona odstąpiła od niego i podeszła do drugiego pala. Przybito na nim tabliczkę z napisem „Trucicielka”, pod którą przykuto chudą dziewczynę w poszarpanych łachmanach. Jej brzydka twarz, poznaczona siniakami, skurczyła się na widok podchodzącej. Uzdrawiaczka powtórzyła swoje pytanie:

– Chcecie, żebym wam pomogła? Napoiła albo całkiem skończyła z tą męką?

Trucicielka poruszyła parę razy żuchwą, tak jakby żuła coś pracowicie.

– Tamten się przeląkł? – zapytała skrzypliwie. – Liczy, że go ułaskawią? – Roześmiała się schrypniętym, rwącym się śmiechem. – Ja wiem, że mi nie darują – rzekła. – Lepiej już to szybciej skończyć.

Zacisnęła mocno zęby i spojrzała prosto w oczy Oregony. Uzdrawiaczka cofnęła się o krok, pobladła i skinęła głową:

– Dobrze – powiedziała.

Sięgnęła do boku, a gdy spostrzegła, że nie ma tam swojej skrzynki, przywołała gestem Aldę. Dziewczyna postąpiła parę kroków na zesztywniałych nogach. Oregona niecierpliwie wyrwała jej skrzynkę, przyklękła obok niej na ziemi, wyjęła coś, czego Alda nie zdążyła zobaczyć, po czym szybko podeszła do trucicielki. Skazana zacisnęła z całych sił powieki i odwróciła głowę. Alda nie zdążyła zrobić w porę tego samego. Zanim zakryła twarz dłońmi, zobaczyła już za dużo. Obok niej jeden z więziennych pachołków przeklinał głośno i plugawie.

Kiedy Alda odsłoniła oczy, Oregona stała z pochyloną głową tuż przy swojej skrzynce, wycierając powoli ostrze noża kawałkiem płótna. Wreszcie schowała nóż razem ze szmatką, dźwignęła skrzynię i podeszła do dziewczyny.

– Teraz już wracamy do zgromadzenia – oznajmiła głucho.

Alda ruszyła machinalnie za starszą uzdrawiaczką. Gdy wchodziły w uliczkę przy placu, półprzytomne oczy dziewczyny spotkały się ze wzrokiem młodej mieszczki stojącej na progu jednego z domów. Kobieta cofnęła się śpiesznie i schowała do środka, wciągając za sobą swoje małe dziecko.

Oregona długo nie odzywała się słowem. Oddychała ciężko i na jej poszarzałej twarzy świeciły kropelki potu. Wreszcie, gdy miały już za sobą więcej niż połowę drogi do dworu zgromadzenia, zapytała Aldy:

– Czy wiesz, jak nam został dany ten przywilej?

Dziewczyna potrząsnęła głową.

– Pewnie – powiedziała gorzko Oregona. – Słyszałam, że już się nie opowiada wychowankom tej historii.

Znowu nie mówiła nic przez długą chwilę. Wreszcie, nie patrząc na dziewczynę u swego boku, rzekła:

– Opowiem ci.

Zaczęła mówić półgłosem:

– To było za panowania cesarza Dalewina, więcej niż dwieście lat temu. Ów cesarz cenił bardzo jedną spośród uzdrawiaczek, imieniem Zaruta. Ocaliła od śmierci jego najmłodszą córkę. Cesarz często powtarzał, że nie ma takiej rzeczy, której by jej odmówił, gdyby poprosiła. Ale ona nigdy go o nic nie prosiła, więc aby się jej odwdzięczyć, podarował wiele cennych skarbów zgromadzeniu. W tym samym czasie w lasach dookoła Wyżogrodu grasowała banda pewnego zbójcy o imieniu Jura. I zdarzyło się tak, że banda Jury w swojej zuchwałości napadła na orszak zaufanego cesarskiego doradcy, który właśnie wracał ze swoich dóbr do stolicy. W walce, która się wywiązała, Jura ciął owego pana tak, że ten na miejscu wyzionął ducha. Kiedy się cesarz dowiedział o tym zdarzeniu, zapałał tak wielkim gniewem, że posłał oddział zbrojnych do lasów, gdzie chował się Jura, przykazawszy im surowo, że mają nie wracać, póki nie wybiją całej bandy zbójców. Tylko samego herszta nie wolno im było zabijać, mieli go pojmać i przywieść na zamek. Tak się też stało. Cesarscy ludzie przyprowadzili Jurę przed cesarza, a ten kazał go zawlec na rynek i przed ludnością stolicy ogłosił, że oto nowa kara zostaje ustanowiona dla morderców równie nikczemnych jak owy zbójca. Mają na oczach cesarskich poddanych ginąć powolną śmiercią z głodu i pragnienia, przykuci do pręgierza, a nikomu pod najsurowszą groźbą nie wolno im ulżyć kawałkiem chleba ani kroplą wody. Cesarscy pachołkowie przykuli zatem Jurę na środku rynku do słupa i zostawili na stracenie. Ale mijały dni i Jura nie umierał. Cesarz sam codziennie jeździł patrzeć, czy zabójca już sczezł, i codziennie widział go żywego. I coraz bardziej dziwnym zdawało się władcy, że zbójca nie tylko wciąż żyje, ale nawet jego męka nie zdaje się aż taka straszna, jaką była umyślona. Wreszcie cesarzowi zaświtało, że może wbrew jego rozkazom ktoś przynosi ulgę skazańcowi. Kazał więc przy nim potajemnie stróżować. Sam stanął po zmroku na czatach razem z pachołkami. Czekali długo, aż koło północy zobaczyli, że zaiste ktoś podchodzi chyłkiem do mordercy, daje mu jeść i pić. Pachołkowie wyskoczyli z pochodniami, pochwycili ową osobę. I któż się nią okazał? Uzdrawiaczka Zaruta. Poprowadzili ją do cesarza, a ten milczał długo, patrzył na nią, aż w końcu powiedział: „Wiele ci zawdzięczam, uzdrawiaczko. Dlatego nie będę cię karał tak, jak bym to zrobił z każdym innym. A nawet okażę ci łaskę. Zlitowałaś się nad tym nikczemnikiem? Dobrze. Nie pozwolę ci więcej dawać mu jeść ani pić, ale możesz inaczej ulżyć jego męce. Jeśli naprawdę się nad nim litujesz, zakończ ją teraz własnymi rękami, bo inaczej potrwa jeszcze wiele dni i nocy”.

Oregona westchnęła głęboko.

– Nie wiadomo – mówiła dalej – czy cesarz naprawdę chciał tym sposobem okazać łaskawość uzdrawiaczce, czy przeciwnie, chciał ją upokorzyć i pognębić. Może liczył na to, że uzdrawiaczka nie zdoła wypełnić takiego nakazu. Ale ona wzięła podany jej miecz, podeszła do więźnia i...

Oregona urwała i przez długą chwilę szła w milczeniu.

– Cesarz patrzył na to, co robiła – podjęła wreszcie. – A gdy skończyła, przywołał ją znowu do siebie. „Wiele dobrego dla mnie uczyniłaś, uzdrawiaczko – powiedział. – A choć dałem za to twojemu zgromadzeniu duże bogactwa, ciągle się miałem za twego dłużnika. Ale teraz wreszcie znalazłem możność, aby spłacić ten dług. Ty i całe twoje zgromadzenie dostajecie ode mnie nowy przywilej. Od dzisiaj macie prawo przynosić ulgę skazanym na śmierć przy pręgierzu: albo łagodząc wodą ich pragnienie, albo też czyniąc to, co ty przed chwilą”.

Oregona umilkła. Potem spojrzała wreszcie na dziewczynę u swego boku.

– Stąd mamy ten przywilej – powiedziała. – Ale kiedy byłam niewiele starsza od ciebie, zaczęto powtarzać, że to gorszące i wstrętne, abyśmy my, uzdrawiaczki, zastępowały kata. Coraz częściej głoszono w zgromadzeniu, że ten przywilej kala nasze dobre imię... I w końcu zostałam tylko ja, która z niego korzystam. Wiem, co się o mnie mówi pomiędzy uzdrawiaczkami. Wiem, że już nieraz rozważano, aby mi zakazać tego, co robię. Ale choćby mi tego zabroniono, nadal będę to czynić. Bo w moim pojęciu sprzeniewierzyłabym się naszej powinności, gdybym mogąc ulżyć komuś w cierpieniu, nie uczyniła tego. I czy robię to opatrując chorych, czy... To wszystko jedno.

Zatrzymała się, tak że i Alda musiała stanąć.

– Czy rozumiesz mnie, dziecko? – zapytała z naciskiem.

Alda kiwnęła głową. Oregona nadal nie ruszała się z miejsca, a gdy dziewczyna odważyła się na szybkie spojrzenie, zobaczyła, że starsza kobieta przygląda się jej bacznie, uśmiechając się przy tym dziwnie.

– Rozumiesz, ale przecież nie pójdziesz w moje ślady? – zabrzmiało kolejne pytanie.

Alda poczuła gorąco zalewające policzki. Nie śmiejąc podnieść wzroku, potrząsnęła głową.

Rozstawszy się z Oregoną, Alda pobiegła do umywalni. O tej porze było tam chłodno i ciemnawo. Ogień na palenisku dawno wygaszono, a przez wąskie okno w grubym murze wpadało niewiele światła. Parę uzdrawiaczek myło się po kątach, parę innych prało swoje odzienie w cebrzykach. Alda wzięła starą, wyszczerbioną miskę stojącą przy ścianie, nabrała w nią wody i ochłodziła spoconą twarz. Potem napiła się chciwie, czerpiąc z miski raz po raz dłonią. Z zamętu, który panował w jej głowie, jedna rzecz wyłoniła się wyraźnie: oto los postanowił za nią, aby skończyć wreszcie wyprawy za miasto. Po co by tam dzisiaj szła, jeśli ciągle przed jej oczami stało to, co zobaczyła niedawno? Jeśli dziś o niczym innym nie umiałaby myśleć?

Lecz kiedy już niemal postanowiła pozostać we dworze, ogarnął ją taki żal za tym, co utraci, taki strach przed zaprzepaszczeniem swej potajemnej własności, że w pośpiechu nabrała świeżej wody, wymyła szybko twarz, szyję i pachy, opłukała z brudu obolałe stopy i w gorączce, bosonoga, z chustą przewieszoną przez ramię, a ciżmami w ręce, pobiegła przez korytarz do swojej izby.

Ryta siedziała na łóżku i rozmawiała z Oleną, przepisującą przy stole pod oknem na woskową tabliczkę jakąś recepturę z grubej księgi rozłożonej na drewnianym pulpicie. Na widok Aldy z bosymi nogami, mokrymi kosmykami włosów przylepionymi do twarzy i w pochlapanym wodą odzieniu spytała ze zdumieniem:

– Cóż to, kąpałaś się?

– Myłam się tylko – odrzekła Alda cicho.

Podeszła do swojej skrzyni, wyjęła z niej świeżą suknię i zaczęła się przebierać. Ryta nie odrywała od niej złośliwego wzroku. A kiedy Alda stanęła przed lustrem i zaczęła rozczesywać splątane włosy, zagadnęła z szyderczym uśmieszkiem:

– Na wieczerzę się tak szykujesz, Alda?

– Przestań już, Ryta – rzuciła Olena, pochylona nad przepisywaniem.

Policzki Aldy ogarnął piekący rumieniec. Nic nie odrzekła na zaczepkę, rozczesując nadal wilgotne włosy. Ryta jednak nie odpuszczała:

– Bo pewnie wszystkie pomocnice będą dzisiaj zazdrośnie na ciebie spoglądać. A po wieczerzy spokoju ci nie dadzą, żebyś im opowiedziała, coś zdołała podpatrzeć u najbieglejszej z uzdrawiaczek. Nie dla każdej z nas Elmina poważyłaby się prosić Oregonę, żeby wzięła pomocnicę na naukę. Ale dla ciebie zawsze była taka łaskawa, że…

– Zmilknijże wreszcie, Ryta! – zawołała gniewnie Olena, odrzucając z twarzy pasmo złotorudych włosów.

– A cóż ja złego mówię? – odrzekła Ryta wcale niespeszona. – Dziwi mnie tylko, że Alda tak się na zwykłą wieczerzę przystraja.

Na tę zaczepkę Alda też nie odpowiedziała. Narzuciła na głowę świeżą chustę i z policzkami ciągle piekącymi od rumieńca wymknęła się z izby.

Pierwszy raz zobaczyła tego chłopca prawie rok temu, podczas święta letniego przesilenia. Elmina pozwoliła tego dnia pomocnicom wyjść na miasto i przyłączyć się do zabaw. Alda trzymała się razem z Rytą i Oleną, starając się nie zgubić pośród ciżby.

Pod wieczór przystanęły na głównym rynku, gdzie wokół ogromnego ogniska tańczyły młode dziewczyny ubrane w barwne sukienki przyozdobione kwiatami. Przygrywali im muzykanci, a ludzie dookoła klaskali i pokrzykiwali do wtóru.

Poprzez szkliste, migotliwe powietrze nad ogniem Alda spostrzegła w tłumie szczupłego, ciemnowłosego chłopaka. Wyglądał na bardzo młodego, może nawet młodszego od Aldy, chociaż na jego twarzy nie został już ślad po dziecięcej okrągłości. Owa twarz była zresztą bardzo urodziwa, mimo że raczej chuda i o chmurnym wyrazie. Ciemne włosy dookoła niej zostały dość krótko przystrzyżone i przedzielone nad środkiem czoła.

Chłopak miał na sobie czarną koszulę ze lśniącej tkaniny, przy szyi rozciętą i przyozdobioną zielonym haftem, szykowniejszą i bardziej kosztowną niż przyodziewek większości mężczyzn zebranych wokół ogniska. Alda co chwila spoglądała na niego ukradkiem. Nagle spostrzegła z przestrachem, że jego towarzysz – znacznie niższy i mniej urodziwy, o rudej czuprynie – patrzy na nią, a następnie z uśmieszkiem szepcze coś do ucha ciemnowłosego chłopaka. Tamten słuchał go przez chwilę, a potem podniósł oczy i spojrzał wprost na Aldę. Spuściła gwałtownie głowę. Policzki zapiekły ją tak, jakby zajęły się od ogniska. Brązowa suknia i czarna chusta pomocnicy zaciążyły jej nagle niczym utkane z końskiego włosia. Zobaczyła się naraz tak, jak musieli ją widzieć owi młodzieńcy: ponuro ubraną, tak odmienną od zwykłych dziewcząt jak sowa od kolorowych krasek. A teraz jeszcze godną ośmieszenia, przyłapaną na niewczesnych, niestosownych dla jej stanu zachwytach. Zachłystując się upokorzeniem, zapytała szeptem Oleny:

– Wracamy już do dworu?

Tamta spojrzała na nią ze zdumieniem:

– Ale czemuż? Przecież jeszcze daleko do nocy?

Alda nie potrafiła się wytłumaczyć. Zamilkła więc i wbiła oczy w ziemię. Uciekłaby stąd, nie czekając na przyjaciółki, ale wydało jej się, że tym sposobem okazałaby się szyderczym oczom po drugiej stronie ogniska jeszcze śmieszniejszą. Stała więc pośród tłumu niczym pod pręgierzem.

Piszczałki i bębenki odezwały się z nową siłą, a pieśni zabrzmiały jeszcze głośniej. Alda poczuła naraz, jak czyjaś dłoń dotyka jej łokcia. Usunęła się na bok, myśląc, że ktoś prosi o przejście, i spojrzała za siebie przez ramię. W jednej chwili cała zesztywniała. Szczupły chłopak w czarnej koszuli patrzył jej prosto w oczy, a potem lekkim ruchem głowy dał znak, aby poszła za nim. Odwrócił się i zaczął przeciskać pomiędzy ludźmi. Alda przez krótki czas nie ruszała się z miejsca. Żołądek ściskał się jej ze wstydu i strachu, a cała głowa gorzała od uczuć, których nie umiała rozeznać. Chłopak przystanął i obejrzał się na nią, a wtedy – na równi przestraszona tym, co czyni, jak i tym, że coś mogłoby jej w tym przeszkodzić – rzuciła się za nim w tłum. Słyszała, jak jej towarzyszki wołają za nią: „Alda! Alda!”, ale nie zważała na to. Wydostała się wreszcie z ciżby i zobaczyła owego chłopca, czekającego na uboczu. Podeszła do niego powoli i przez chwilę oboje stali naprzeciw siebie w milczeniu, bez tchu, patrząc tylko jedno na drugie. W końcu chłopak odezwał się niskim, przyciszonym głosem:

– Znasz ogrody owocowe za południową bramą? Przyjdź tam jutro, po pierwszym wieczornym dzwonie. Skręć z traktu w ścieżkę przy wypalonym drzewie i wejdź na wzgórze. Tam będę na ciebie czekał.

Alda kiwała głową raz za razem. Stali jeszcze przez jakiś czas naprzeciw siebie, oboje niezręczni i zmieszani, nie wiedząc, co więcej mogą sobie powiedzieć, po czym chłopiec wyciągnął rękę, dotknął lekko policzka Aldy, cofnął się o krok, odwrócił się i odszedł.

Gdy Olena i Ryta wróciły po zmroku do izby, Alda leżała już w łożu. Nic nie odrzekła na połajanki Ryty ani na jej natarczywe dopytywania. Olena osadziła wreszcie Rytę ostro i niebawem obydwie usnęły. Ale Alda jeszcze długo leżała z szeroko otwartymi oczami, na przemian zmartwiała z przestrachu i rozsadzana przez szaloną radość.

Następnego dnia, im bardziej zbliżała się pora umówionego spotkania, tym większe męczyły ją rozterki. Nawet kiedy powróciwszy od chorych, myła się już, czesała włosy i nakładała świeże odzienie, nie wiedziała wcale, czy w ostatku naprawdę wymknie się ukradkiem z dworu i pobiegnie za miasto, czy też zamiast tego zaczeka jak co dnia na swe współmieszkanki i zejdzie razem z nimi jak zwykle na wieczerzę.

Nie zaczekała jednak. Nałożyła trzęsącymi się rękami chustę, śpiesznie, z pochyloną głową przeszła przez korytarze, na których mijały ją już uzdrawiaczki powracające od chorych, a potem tak szybko, że ledwie czuła ziemię pod stopami, pobiegła przez miasto ku południowej bramie.

Łagodne wzgórza obsadzone owocowymi ogrodami wygrzewały się w wieczornym słońcu. Alda znalazła wypalone drzewo i ścieżkę odbijającą od traktu. Kiedy schyliła się, wchodząc pod nisko zwieszone gałęzie, ciągle umajone młodą jeszcze zielenią, przeszyło ją dojmujące przeczucie, że na darmo się zdobyła na tę szaloną wyprawę, że ów nieznany chłopiec zabawił się tylko jej kosztem, że go wcale nie zastanie na górze.

Ale on tam był i czekał już na nią. Stał pod jabłonią, okrytą przez zawiązki owoców, małe, zielone i twarde.

Wiedzieli, że zbyt częste spotkania mogłyby ściągnąć na nich kłopoty, toteż czasami całe tygodnie dzieliły ich schadzki. Rozstawali się zawsze po tym, jak dobiegało ich uderzenie dzwonu, odległe i przytłumione, zwiastujące rychłe zamknięcie miejskich bram. Alda pierwsza schodziła wąską ścieżką, pochylając nisko głowę pod czepliwymi liśćmi. Potem szła szybko traktem do miasta, nie oglądając się za siebie. Pachołkowie przy bramie odprowadzali ją obojętnym wzrokiem, ale ona i tak czerwieniła się i chowała twarz, przemykając obok nich pośpiesznie.

Nie rozmawiali ze sobą zbyt wiele. Alda dowiedziała się tylko, że chłopak ma na imię Gorozd, że jest jedynym synem swoich rodziców i że jego ojciec dorobił się znacznego majątku, wytwarzając wspaniałe naczynia – puchary i amfory – dla możnych panów, a nawet dla samego cesarza. Któregoś wieczora na jesieni, kiedy dzięki wcześnie zapadającym zmierzchom mogli wracać razem przez ciemniejące ulice, osłonięci szarówką od zbyt wścibskich spojrzeń, Gorozd pokazał jej dom, w którym mieszkał.

– Tam, to okno na dole, w głębi dziedzińca – powiedział cicho. – Tam sypiam. Sam, odkąd trzy lata temu mój starszy brat zabił się, upadłszy z konia.

Kończący się dzień niewiele jeszcze stracił ze swojej jasności. Alda siedziała w tym samym miejscu, co prawie rok temu, na trawie pokrytej płatkami kwiatów jabłoni, już przywiędłymi i zbrązowiałymi na brzegach. Suknię miała rozluźnioną i rozpasaną, stopy bose, a jej chusta leżała parę kroków dalej na ziemi. Oplatała ramionami nogi zgięte w kolanach, a jasne włosy, puszczone luzem, przysłaniały jej twarz po obu stronach.

– Nie musiałaś przychodzić, jeśli nie chciałaś – powiedział Gorozd ze złością.

Alda skuliła się trochę, objęła mocniej nogi i odpowiedziała:

– Chciałam.

Owa odpowiedź nie wygładziła chmurnie ściągniętych brwi chłopaka ani nie rozluźniła twardo zaciśniętych ust. Na wpół odwrócony od Aldy, smagał miarowo witką niewysoką dziczkę, odzierając ją z liści.

Od miasta dobiegło stłumione, ale wyraźne uderzenie dzwonu. Gorozd wypuścił witkę i rzucił:

– Chodźmy. Zaraz będą zamykać bramy.

Alda spojrzała na niego z przestrachem:

– Nie umówimy następnego razu?

Zawsze dotąd tak czynili przy rozstaniu. Tym razem chłopak nie mówił nic przez chwilę i nie patrzył na Aldę. Wreszcie odpowiedział:

– Dobrze.

I dorzucił kapryśnie:

– Ale zjaw się w łatwiejszym nastroju.

Kiedy Alda wróciła do zgromadzenia, ciągle jeszcze było widno – dnie długo trwały o tej porze roku. Zarówno Olena, jak i Ryta leżały już w łóżkach. Chłodnawe powietrze wpadające przez okno napełniało izbę zapachem wiosennego wieczoru. Olena spała na brzuchu, oddychając cicho, a dookoła jej posłania walało się jak zwykle rozrzucone nieporządnie odzienie. Za to Ryta, zaspana, podniosła głowę, słysząc wchodzącą Aldę, i rzekła:

– Wzięłyśmy dla ciebie mleka i placków z wieczerzy. Są w kącie na zydlu.

– Bardzoście dobre – odpowiedziała cicho Alda.

Rozebrała się szybko, przysiadła obok zydla na piętach i zaczęła jeść. Ryta patrzyła na nią, opierając się na łokciu.

– Jaka ona jest? – zapytała wreszcie.

– Kto? – odparła szeptem Alda.

– Oregona. – Ryta przełknęła głośno ślinę. – To prawda, co o niej powiadają?

Alda zapatrzyła się w ścianę, a ręka trzymająca placek opadła bezwładnie na podołek.

– Tak – odpowiedziała wreszcie.

Ryta nie pytała więcej. Opuściła z powrotem głowę na poduszkę i rzekła sennie:

– Podsłuchałam, jak przy wieczerzy światłe uzdrawiaczki mówiły o dzisiejszej cesarskiej radzie i o Izodorze. Cesarz się podobno zawstydził jej napomnień. Może zatem opamięta się wreszcie…

Ziewnęła i umilkła. Po chwili jej ciche sapanie zawtórowało miarowemu oddechowi Oleny. Alda skończyła powoli posiłek. Kiedy zaczęła się rozbierać do snu, na czysto zamiecionych deskach podłogi leżały już srebrne plamy księżycowego blasku.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

Spis treści

Wstęp

CZĘŚĆ I Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Uzdrawiaczki 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran