Zdobycz i wierność

Zdobycz i wierność

Autorzy: Jerzy Pietrkiewicz

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Historia

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 19.90 zł

Intrygująca powieść historyczna polskiego pisarza osiadłego od czasu wojny w Wielkiej Brytanii w doskonałym tłumaczeniu Jacka Dehnela.

Powieść łotrzykowska Jerzego Pietrkiewicza, napisana po angielsku w 1955 roku, rozgrywa się w siedemnastowiecznej Polsce i Rosji, a jej głównym bohaterem jest postać historyczna: szkocki kompozytor i najemnik, kapitan Tobias Hume. Autor każe mu przyczynić się do wyszkolenia wiejskiego chłopaka Dymitra, który miał przejść do historii jako Dymitr Samozwaniec II. Ich przygody przedstawione są nie tylko jako charakterystyczne dla burzliwego wieku siedemnastego, ale i jako zaskakująco aktualne w czasach współczesnych.

Jerzy Pietrkiewicz

ZDOBYCZ I WIERNOŚĆ

Przełożył Jacek Dehnel

Tytuł oryginału: Loot and Loyalty

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal and Towarzystwo Przyjaciół Archiwum Emigracji, MMXVIII

Copyright © for the Polish translation and afterword by Jacek Dehnel, MMXVIII

Wydanie I

Warszawa MMXVIII

Spis treści

I. Zdobycz

II. Dary mędrców

III. Nos habebit humus

IV. Sobole i śliwki

V. Najemnicy

VI. Uwieńczony przez kruka

VII. Dzień Świętego Szymona

VIII. Pozostawiony samemu sobie

IX. Czarna żółć

X. Niechęć Króla Jegomości

XI. Wielka Machina

XII. Wierność

Epilog

Posłowie tłumacza

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

I. Zdobycz

Kapitan Tobias Hume, najemnik, zapodział niestety swój regiment gdzieś w wojennym gruzowisku Rosji. Siedział teraz samotnie na żółtawej kępie trawy, pośród smrodliwych waporów Bagien Prypeckich, i dumał nad losem swoich dziewięćdziesięciu Szkotów, z dłońmi na violi da gamba, a ze znużonymi oczyma – na dziurze w lewym bucie. Dziewięćdziesięciu zbrojnych – o ile w ogóle jeszcze żyli – trudno nazwać regimentem, jeśli jednak doliczyć do każdego człowieka dwa wozy, wozy wyładowane sobolimi skórkami, gronostajami, woskiem, złotymi świecznikami, smalcem i rondlami mosiężnymi, tych dziewięćdziesięciu strażników łupu prezentowało sobą siłę militarną wartą reputacji Kapitana Hume’a.

Poruszył stopami i pęknięcie jeszcze się powiększyło – lewy but rozdziawił się ku swemu panu, a pan, ziewając, ku instrumentowi. Viola da gamba utraciła dwie struny, ale słońce wciąż na niej grało, pozostawiając głębsze tony pogłębiającym się cieniom. Brzozy paradowały czarno-białym szeregiem wzdłuż mokradła, z którego żaby posyłały schrypłe rozkazy.

Kapitan powstał, poprawił rapier i ruszył wedle linii drzew, ciągnąc instrument po przegniłej trawie. Nie o strunach myślał, ale o schowanych w pudle świstkach papieru. To przez wzgląd na nie ocalił violę da gamba, przez wzgląd na Wielką Machinę.

Wyrósł przed nim krzyż wysoki jak brzoza, z przepychającymi się po jego ramionach plamami bieli i czerni. Długie pasy haftowanego płótna furkotały na tle błękitnej jamy nieba, przedłużając gesty owych drewnianych ramion. W połowie krzyża chybotał się mężczyzna ubrany na biało, z dłońmi wzniesionymi ku furkocącemu płótnu.

– Owiń rusznik dwakroć, synku! – zabrzmiał głos spod krzyża i Tobias Hume ujrzał sutą chustę, opadającą na szerokie ramiona jakiejś kobiecej postaci. Jej głowa była gdzieś na wysokości dwóch łapci, wspartych na niewidocznej podpórce; ich poskręcane łyko zdawało się przenikać z czarnymi haftami na chuście.

Mężczyzna nie odpowiedział, przyciskał tylko czoło do drewna, chwytając powietrze dłońmi. Końce płótna wyglądały teraz jak wyloty rękawów u pozbawionego ramion ciała.

– Hej ty, kmiotku! – krzyknął Tobias, chwytając za rękojeść rapiera. – Złaź no!

Kobieta odwróciła się i wlepiła weń blade, duże oczy. Stopy ponad nią przez chwilę dygotały, ale widać chłopak nie miał zamiaru usłuchać rozkazu, bo jego prawa dłoń przesunęła się po krawędzi płótna, jakby chciał uspokoić wzburzone powietrze. Kobieta cofnęła się o krok i powiedziała, nie patrząc na syna:

– Już po ciebie przyszli, Dymitrze, sokoliku mój, przyszli wykrwawić wielkie nieba na twoje ruszniki niesplamione, a ty chciałeś jeno otrzeć rany słońcu.

– A ilu ich, mateńko? – zapytał z krzyża, przylegając do drewna całym ciałem. Niemal wyśpiewał to pytanie jak modlitwę i zakończył je głębokim westchnieniem.

– Jeden tylko, Dymitrze, jeden tylko, ale tyle ma kurzu na cudzoziemskim kapeluszu, że tysiąc kopyt musiało bić w piach setek dróg, żeby go tu sprowadzić szybciej od wiatru. Dziesięć armii za nim pójdzie, mój synku, a niebo okrwawi ruszniki Chrystusowe na każdym krzyżu.

– A czy jedzie na białym rumaku, mateńko?

– Nie, Dymitrze, konia nie ma, ale dumam, że to wielki generał, bo kaftan na nim czerwony, a do tego targa nielichy oręż drewniany. Lepiej zejdź, synku.

Mówiła o Kapitanie, jakby go tam nie było. Tobias słuchał tak cierpliwie, że sam się sobie dziwił; ani już nie dbał o to, czy chłop zejdzie, ani też mu się nie chciało rozmawiać z babą. W powietrzu czuć było świeżym mlekiem, aż cmoknął. Gdyby miał więcej siły, wspiąłby się na górkę za krzyżem i obejrzał sobie wioskę, do której wreszcie dotarł. Zamiast tego usiadł parę kroków od baby i, niezbyt godnie, poczochrał wilgotne włosy pod kapeluszem. „Mają jedzenie, pomyślał, a to wystarczy. Najpierw mam zjeść, czy się przespać?”.

Z góry zaatakowała Kapitana para dzikich oczu; wgapiały się weń z bezpiecznej odległości poprzez migotania przymglonego światła. Zdawało się, że chłopak zwisł z jednego z ramion krzyża, z całym ciałem spiętym i nogami ugiętymi przed skokiem. Z głową podaną do przodu odsłonił twarz w zwierciadle słońca – i dwa ziarnka światła posadowiły się na dwóch dużych brodawkach, jednej na górnej wardze, a drugiej pod prawym okiem. Rudawa czupryna przykuła uwagę Kapitana, przypominała bowiem tyleż jego własne włosy, co kolor gnijących chwastów, poprzez które brnął, odkąd postradał wałacha na tamtym brzegu Dniepru. Dzikie spojrzenie zaatakowało przybysza, zanim jeszcze słowa zaczęły wykrzywiać ciężkie, bezkształtne usta.

– Cudzoziemcze – powiedział Dymitr, bardziej jeszcze uginając nogi – jestem niczyj. Nie mamy tu pana… panie – dodał, spoglądając na połyskującą rękojeść rapiera. – Matka moja przybyła na te ziemie łosiowe zza wschodu słońca, a ojciec… błogosławiona niech będzie jego pamięć! – chłopak pospiesznie ucałował drewno krzyża – …ojciec ubieżał tu zza wielkiej rzeki. – Co powiedziawszy, machnął prawą nogą ku wschodowi, gdzie brzozy wciąż trzymały straż wzdłuż mokradła: – Nie możecie mnie zabrać do jego pana, do kraju Cara, za rzekę. – Tu znów machnął nogą.

– Jego Cesarska Mość Dymitr, Car Moskiewski, nie żyje – wymamrotał sennie Tobias do samego siebie, a w jego głowie wyładowane wozy poturkotały ponad wspomnieniami bitew i ucieczki, rozjeżdżając jego gniew i dumę.

– Umiem ja pisać i czytać, cudzoziemcze, a tak, umiem – oświadczył śpiewny głos pod wysyłanymi przez haftowane ruszniki znakami, które to znaki też były nieistotne.

– Złaź, człeku – szepnął Tobias, próbując unieść ciało, ale łokieć omsknął się na trawie i łupnął w violę da gamba; w pudle coś zaszeleściło. – Głodny jestem. Mam ubić rapierem waszą krowę?

– Krowa! – zakrzyknęła kobieta i zebrawszy długą spódnicę, wbiegła na górkę, tam przystanęła, spojrzała za siebie na zwisające z krzyża ruszniki, po czym rzuciła się w łoziny z chustą rozpostartą szeroko jak bocianie skrzydła.

Chłopak zeskoczył i skłonił się przed Kapitanem, wskazując instrument.

– Mam ponieść wasz wielki oręż, panie?

– Mnie lepiej ponieś – odparł Tobias.

Kapitan nie był zmuszony przeszywać krowiej szyi rapierem; zamiast tego zjadł kaczkę, po czym, wypiwszy nieco płynu mdławego i zalatującego serwatką, zasnął przy stogu. Jako że siano leżało nieco ponad ziemią na drągach, wsunął instrument pod spód, powierzając przyszłość Wielkiej Machiny wonnej czujności siana.

Obudził go niski dźwięk. Zanim jeszcze zsunął kapelusz ze spotniałej twarzy, ktoś pociągnął go za but, przy czym znów dało się słyszeć złowróżbne pęknięcie.

– Generale – krzyknęła kobieta – wasi żołnierze ukradli mi krowę!

Tobias Hume, stanął niezbornie na nogi i zamrugał w słońcu, które zagnieździło się teraz na ulu, pomiędzy dwoma konarami dębu rzucającego ciężki cień na sadzawkę i pływające w niej kaczki.

– Pogonił za nimi w gniewie ogromnym, sokolik mój, a oni zarżną mojego Dymitra, jako mu się śniło na Świętego Stanisława.

– Mieli ze sobą jakie wozy?! – krzyknął niecierpliwie Tobias, nie mogąc się zdecydować, w którym iść kierunku.

– Żadnych wozów, Generale, żadnych wozów. – Wbiła weń oczy blade, jakby były z przejrzystego lodu, wnikając niemal do środka jego głowy.

– Gdzie teraz ci ludzie?

– Zaciągnęli biedne bydlątko do chaty, gdzie drugi krzyż stoi. Ale głupi, że tam poszli, ano, bezmyślni i głupi, bo Chrystusowe ruszniki na tamtym krzyżu unurzane w żółci chmur morowych.

Spiesząc do chaty, Tobias minął krowę, czy raczej to zwierzę go minęło: biegło z uniesionym ogonem, ciągnąc za sobą po mchu i paprociach słomiany powróz. Ale żaden żołnierz nie ścigał uciekającego łupu.

Chata zbudowana była z luźno połączonych bali, a przez szpary i dziury między nimi buchały śmiechy i krzyki. Od ścian odbijały się słowa rosyjskie i polskie, a z nimi głos Dymitra, wyśpiewujący oburzone protesty. Kapitan pchnął rapierem w jedną z dziur, po czym rzucił ku drzwiom donośny rozkaz:

– Wyłazić, ale wszyscy!

Przez inną dziurę wysunęła się lufa muszkietu, a z wnętrza chaty pijacki głos odparł:

– Właź. Potrzebujemy skóry niedźwiedziej, żeby przyodziać naszego brodawczatego księcia.

Mniejsza o to, gdzie padł Rosjanin, ważne, że padł jak żołnierz, bo skądś poleciały na niego dwa berdysze i w niespodziewanym hołdzie legły całą długością na jego ciele. Kapitan schylił się dwornie i pomógł mu wstać. Rosjanin zatoczył się w drugi koniec chaty, zawadzając o jakąś ludzką przeszkodę, opartą o ścianę niczym worek.

– To mój wuj, Iwan Iwanowicz Nikityn. On to znalazł miód, a ledwie go spróbował, jego stare ciało zesztywniało niczym tureckie siodło.

– Nie żyje?

– Gdzie tam! Ale drugi raz ominęła go cała koronacja. Najpierw w Moskwie, a teraz tutaj… Patrz na tego kmiotka! Powiedział nam, że jest Dymitrem, więc uczyniliśmy go Cesarzem żab, żmij, jeży i węgorzy, którymi ta przeklęta ziemia szczodrze obradza. Mówi, że umie czytać i pisać… Patrz no!

Tobias osłonił oczy przed słońcem, które wykuwało pionowe sztaby przez dziury w dachu, i od razu wybuchł śmiechem, co tak uradowało Rosjanina, że zaczął się okładać kułakiem po piersi. Wówczas to Kapitan zauważył kolejnego żołnierza, kucającego za Dymitrem. Przedstawił się on najserdeczniejszym z możliwych piśnięciem:

– Jam jest szlachcic polski, a ty musisz być kupcem niemieckim. Nie sprzedałbyś mi pary butów?

Kapitan puścił mimo uszu tę sugestię, woląc nacieszyć się w pełni swoim śmiechem. Wiejski chłopak zmienił się nie do poznania. Dymitr siedział na karpie drzewa i tylko z upiornej głębi oczodołów jego dzikie spojrzenie krzyczało, kim jest. Na lnianą rubaszkę nałożyli mu ornat, a nogi związali karmazynowym pasem. Z tego szyderczego splendoru wystawały stopy, wciąż w szorstkich łapciach, a barwa podeszew z łyka i rzemyków zdawała się protestować przeciwko złotym niciom przeszywającym lilie na sztywnej szacie.

Chłopak wpatrywał się z wytężeniem we własne stopy, jakby chciał przekonać samego siebie, że pasma łapci nie pozwolą jego ciału oddzielić się od duszy. A że spuścił oczy, nie był może świadomy, jaką królewską ozdobą uwieńczono mu głowę. Jego włosy musiały się jednak burzyć wobec tego wtargnięcia, bo ich grube pasma kiełkowały sponad błyszczącego metalowego pierścienia i szydziły z korony, wystając z niej niczym poszarpany pióropusz.

Żołnierze z pewnością wydudlili wystarczająco wiele miodu, by uznać przybycie Kapitana za kolejną część ich zabawy. Kiedy jego śmiech ucichł, włochate ramię podało mu dzban z taką prostotą, jakby był po prostu zastępcą ściętego z nóg bojara, który legł pod ścianą.

W końcu Dymitr postanowił się odezwać:

– Przymusili mnie do picia – mówił powoli – a teraz jestem durny jak ten baran. – Próbował coś jeszcze tłumaczyć, ale musiałby się wspomóc gestem, a jego ręce żadnego gestu wykonać nie mogły, bo i one, pod osłoną ornatu, były związane. Ramiona Dymitra zadrżały; zwilżył językiem górną wargę i przemówił ponownie. Tym razem przeprosił bezpośrednio własne sumienie: – O, moja biedna duszo – wyszeptał z nabożnym westchnieniem. – Utopiłem cię, utopiłem cię i będę teraz leżał w błocie czarnym, jako i mój ojciec leży pogrzebion w tym mokradle, gdzie się kończy las horyński.

Spuścił ukoronowaną głowę niżej jeszcze i zamknął oczy. Obaj żołnierze mrugnęli do Tobiasa i wyszczerzyli zęby. Ich stupor osiągnął szczyt tępego zadowolenia. Kapitan przez chwilę pomyślał o matce Dymitra, ale nie jego sprawą było mieszać się do tego, zwłaszcza teraz, kiedy cały śmiech już przebrzmiał.

„Baba zaraz i tak po niego przyleci”, uspokoił samego siebie.

Szlachcic polski postanowił okazać całą swoją posturę, niewywierającą zresztą wielkiego wrażenia. Z trudnością wyprostował nogi: były gołe aż po kolana, a zaschnięte błoto okrywało stopy niczym dobrze dopasowane kamasze. Odziany był w strój brunatny, przypominający nieco mnisi habit, odcięty poniżej bioder, a jedyną pozostałością wojskowego ubioru był obficie nabijany ćwiekami pas z zatkniętymi trzema sztyletami.

Polak zerknął na muszkiet, wciąż wciśnięty w szeroką szparę pomiędzy luźnymi balami, i widok ten ogromnie go rozsierdził.

– Na cóż było nam targać tę parszywą rurę? Ani lontu, ani prochu, niczego zgoła! Czym mamy strzelać? Makiem czy krowim plackiem?

– Miałem dwa wozy prochu… – mruknął Tobias.

– Lepiej mówisz po polsku niż którykolwiek z tych Moskwicinów. Jesteś Niemiec, miałem rację, nieprawdaż? – Bosy wojownik popatrzył na kapelusz Kapitana z zazdrością.

– Nie – odparł Tobias, prostując się. – Jestem kapitanem regimentu szkockiego w służbie Jego Cesarskiej Mości.

– Niemiec tedy, jako rzekłem. Ale nie ma już twojej Moskiewskiej Mości. Zarżnęli go właśni ludzie, biliśmy się za ich Cara po nic. W końcu ukradli nasze konie, nasze napierśniki, nasze kobiety, nawet nasze buty i brudne koszule. – Polak mówił teraz z gniewem i tupał stopą, strzepując z niej pecynki szarego błota. – Ten durny chłopek dłużej będzie siedział na tym zgniłym pniaku niźli tamten na swoim tronie ruskim. Powiadam ci, waszmość, trzeba nam było spalić tę całą Moskwę na popiół, poderżnąć gardło każdego zdrajcy, utopić każdego brodatego popa i… – Tu się zawahał, myśląc, co jeszcze powinien dodać do listy owych straconych okazji.

Jego towarzysz przysłonił twarz dzbanem i chłeptał głośno. Przymrużone oczy kpiły z polskiego kompana.

Kapitan uznał, że sam żywi wobec losu urazę głębiej uzasadnioną, i przemówił z wielką żarliwością:

– Panowie, to wina waszych dowódców. Skoro już Polacy postanowili poprzeć pretensje Cara Dymitra, skoro już sprowadzili go z Polski do Rosji, powinni byli posłać potężniejszą armię, więcej muszkieterów i więcej pikinierów. A co zamiast tego dali temu biednemu łajdaczynie?

Rosjanin odpowiedział z wnętrza pustego dzbana:

– Polską żonę, pazerną… – Glina przemieniła resztę jego słów w drwiący gulgot.

Tobias plasnął dłonią w pancerz i dobył z siebie głos pełny i namiętny:

– Powinniście byli namówić Carewicza, żeby dał specjalny patent zawodowcom takim jak ja, a my zebralibyśmy parę tysięcy leniwych chłopów i zrobili z nich piechotę. Ja sam, panowie, mając obsadzony w pełni regiment, utrzymałbym nie tylko twierdzę, ale i powiat cały. Ci północni jeźdźcy walczą niczym Tatarzy, nie mają pojęcia o prawdziwej sztuce wojennej. A ich machiny, te malowane, chwiejne wieże i podwójne ostrokoły, jakiż z nich pożytek? Ale Jego Cesarska Mość ani spojrzał na moje plany…

Dwaj uciekinierzy nie byli zainteresowaniami wynalazkiem Kapitana. Nie dbali też szczególnie o subtelności taktyki wojskowej. Ilekroć Tobias podnosił głos, kiwali tylko posępnie głowami, zadziwieni być może jego wymownością w języku dlań obcym. Tymczasem słońce upstrzyło tylną ścianę chaty i rozczesywało czarną brodę Iwana Iwanowicza, który bez śladu życia na napuchniętej twarzy ciężko napierał ogromnym ciałem na omszałe bale. Dymitr przestał już opalać swoje obute w łyko stopy, popołudniowe cienie wpełzły bowiem przez drzwi i ugasiły karmazyn pasa oraz błyski na rąbkach ornatu. Tylko charkot dobywający się z jego szeroko rozwartych ust przeszkadzał cieniom w sprawowaniu cichych egzekwii za światło dnia.

Pomiędzy drugim a trzecim dzbanem Kapitan niezobowiązująco zagadnął o swoich zagubionych Szkotów, ale Polak w ramach współczucia uraczył go opowieścią o własnych sługach, którzy tak niewdzięcznie uciekli wraz z końmi swego pana, że gdyby Bóg Jedyny ofiarował mu przyjemność wymierzenia kary, kazałby odcinać te tchórzliwe nogi tępym toporem, by dobitniej wpoić naukę o powinnościach. Miód rozgrzał krew Kapitana lepiej niż słońce czerwcowe, ale szorstka melodia chrapania wsączyła w jego duszę melancholię, melancholia zaś z kolei trąciła struny warg, które zaczęły formować powolne, nieskładne słowa opłakujące los żołnierzy, przeklinające klimat bagien i opowiadające o bogactwach dalekich ziem, sprzedawanych Diabłu za bezdurno.

Obojętni wprawdzie na wojenne doświadczenia najemnego Kapitana, zagubieni żołnierze zgadzali się jednak z jego argumentami o wątpliwej wartości łupów i podawali nawet konkretne przykłady, z których jeden, co ciekawe, wciąż można było sobie obejrzeć na głowie chłopka.

– Tę koronę – powiedział Polak – znaleźliśmy na głowie jednego z tych pohańskich świętych, którym Moskwicini składają złoto i srebro. Widzisz, Kapitanie, jam człek pobożny i katolickiego kościoła nigdy bym nie obrabował. To zostawiam tym dwóm zbłąkanym heretykom, którzy przekonali mnie, bez wątpienia za poduszczeniem samego Diabła, żebym jechał z nimi na południe. Mówili, że mają majątek pod Starodubem, gdzie mógłbym odpocząć i poczekać z moją czeladzią, aż zamęt przeminie…

Rosjanin się sprzeciwił, Kapitan nie wiedział jednak, czy chodziło o drogę ucieczki, czy o skradzioną koronę, tamten mówił bowiem prędko i połykał słowa. Jedno wszakże Tobias usłyszał dokładnie:

– Mój wuj, cóż… Ledwie wszedł do swego dworu, wuj biedaczysko zakrzyknął: „Car!”, i pobiegł na dziedziniec. Zaklinał się, że widział ducha zarżniętego Cara i że z obawy przed zdradą nie zostanie ani godziny w tym dworze, tylko rusza z nami do kuzyna mieszkającego na Bagnach…

– Kuzyn! – wybuchł Polak. – Jeszczem tego kuzyna nie widział! Ale widziałem was, heretycy, jakeście wygnali biednego księdza, naszego księdza, z jego kościoła! Zabraliście mu wino i ornat, i kantora, bo ten tłusty wieprzek, twój wuj, powiedział, że lubi śpiewanie. A kantor, Kapitanie, nie mógł patrzeć na ornat w łapskach pijanych Moskwicinów; wymknął się pierwszej nocy, kiedyśmy stanęli w oberży, po czym go znaleziono w zagajniku z brzuchem rozprutym kłami odyńca.

– Ej, słuchaj, panie, tego bekającego jezuity! – wykrzyknął oburzony Rosjanin, zbyt wszakże znużony, by wszczynać walkę. – Tegoż samego poranka węszył jak łasica za monastyrem z naszymi świętymi rosyjskimi krzyżami na kopułach. Znalazł, bez choćby jednego mnicha, bo wszyscy ubieżeli, kiedy pierwsi Polacy przyjechali z Carem. Tak, włamał się do kaplicy i porwał tę koronę z głowy świętego. Więcej nie zabrał, bo go chłopi pogonili.

– Posłuchaj no, Kapitanie. – Polak złapał go za pas. – Ci Moskwicini okłamują nawet swoje bałwany. Kiedy chciałem sprzedać koronę Żydowinowi po tej stronie Dniepru, powiedział, że to mosiądz jeno, wart mniej niż para niemieckich rękawiczek. Nie wiem, czemum ją zatrzymał, może sądziłem, że przeistoczy się w złoto, kiedy księżyc się odmieni. Wszyscy oni łgarze, każdy Moskwicin łgarz. A co do tego tłustego wieprzka – wskazał ścianę, na której tle czarna broda błyskała teraz, jakby ją utkano z czystego złota – nie wierzę, żeby miał w Polsce kuzyna. Szukał tylko wymówki, żeby się ukryć w naszym kraju…

– Wy nas wpakowaliście w tarapaty, wy! Na cóż przyjechaliście z naszym Carewiczem? – Rosjanin cisnął pustym dzbanem o deski podłogi, rozbijając go, aż Dymitr podskoczył na swym królewskim pniaku i rzucił się gwałtownie, ale nie zakłóciło mu to snu. W tej chwili przez drzwi zajrzała matka chłopaka i ujrzawszy przekrzywioną koronę i szatę, uklękła w trawie, nie śmiejąc przyjrzeć się jego twarzy.

– O, Najświętsza Panienko – zawodziła, kołysząc się na klęczkach. – Król z Krakowa przybył we własnej osobie, żeby pomodlić się pod Chrystusowymi rusznikami w naszej żałosnej krainie.

Zanim Tobiasowi Hume’owi udało się zbudzić chłopaka, kobieta wstała i pognała przed siebie. Jej chusta łopotała w słońcu, aż znikła w białej kępie drzew.

Żołnierze wybuchnęli śmiechem i wkrótce miód rozcieńczył kłótnię dwóch sojuszników. Dzbany z grubej gliny przywróciły pewność nogom i ramionom. Jeden przez drugiego rozprawiali głośno o plagach owego nieszczęsnego roku tysiąc sześćset szóstego, którego nie godzi się zwać Pańskim, ale raczej początkiem panowania Szatana, co każdą z gorejących piekielnych godzin powierzył złodziejom i zdradliwym sługom. Opowiadali ze straszliwymi szczegółami, jak Moskwicini nocą zaatakowali nowego Carewicza w jego Cesarskim zamku, jak wyskoczył z okna i połamał sobie członki, jak strażnicy zostawili go na łaskę buntowszczyków. Polak przypomniał sobie nagłą falę mrozu po śmierci Cara:

– Mróz w maju! – krzyknął, wybałuszając oczy na Kapitana.

Tobias Hume słuchał uważnie i zadawał pytania, w owym czasie bowiem nie było go w Moskwie.

– Więc pierzchliśmy wszyscy jako te zające – podsumował Rosjanin.

– Ja też uciekłem z mojego obozu – dodał Tobias i zadziwiło go, że wstyd nie zabarwił mu uszu purpurą. Gdzieś między myślami błąkała się krucha nadzieja, że dziewięćdziesięciu Szkotów nie było na tyle głupich, żeby bronić się do ostatniego człowieka. I tęsknił za dalekim echem choćby jednego wozu, którym by furmanił jakiś anioł fortuny, oby z tych praktyczniejszych i obdarzonych niejaką orientacją w przestrzeni.

– Wody! – doszedł ich zdławiony głos z kąta chaty. Brzmiał tak odlegle, jakby doleciał aż z bitewnego pola wypalonych ziem Bezcarstwa Moskiewskiego.

Mignęły w tę i nazad żółte pludry: dzban błotnistej wody został przytknięty do brody bojara.

– Nie wolno mu tego pić. Może się zatruć – powiedział Kapitan.

Kochający siostrzeniec zawahał się, a kiedy wuj ponownie zawołał wody, machnął tylko dzbanem do tyłu i w przód: oblał całą twarz bojara, aż sztywne rysy zaczęły tajać, przybierając pogodny wyraz. Również Dymitr dotarł do końca swej sennej podróży: nie wołał, żeby go napoić, wymówił tylko jedno słowo, słowo nader wyraźne: „Mateńka”. Także i ono brzmiało, jakby doleciało z odległego pola bitewnego gdzieś na pustkowiach snu.

Dwie pary przebudzonych oczu gapiły się na siebie nawzajem.

Iwan Iwanowicz Nikityn otworzył usta, a potem zamknął je z kłapnięciem szczęki i nim na powrót rozwarł wargi, jego trzęsąca się dłoń rzuciła na tułów szeroki znak krzyża.

– Na Matkę Świętą w niebiesiech wysokich… Znowu przyszedł, żeby dręczyć moją grzeszną duszę… Wody! Wody!

Tym razem siostrzeniec nie wybiegł; pomyślał, że jeden czy dwa łyki miodu przepłuczą gardło wuja i przemyją jego zeszklone oczy. Nikityn, powąchawszy napój, poruszył potężnym nosiskiem, po czym spojrzał w górę na siostrzeńca z wymówką. Utkwił małe, czarne oczka na niższej z brodawek Dymitra i podrapał się po brodzie długimi, brudnymi paznokciami; druga brodawka co rusz znikała pod zwilżającym wyschnięte wargi językiem chłopaka, wysuwającym się co chwilę jak u węża.

Bojar chyłkiem otarł oczy, a potem spróbował się podnieść: dźwignął się i znów upadł, rozrzucając nogi szeroko.

– Chcecie wstać, wuju? – zapytał, schylając się, siostrzeniec.

– Nie – odparł Nikityn i przyglądał się chłopakowi, wciąż od nowa i od nowa licząc brodawki, i mrugając oczami zgodnie z rytmem, w jakim poruszał się język Dymitra. Gruby Rosjanin nie mógł mu w tym dotrzymywać kroku zbyt długo. Powoli przymknął powieki i oparł się o ścianę, modląc się po cichu o wskazówki.

Tobiasowi żal się zrobiło myśli kłębiących się pod tym pobrużdżonym niskim czołem i zwrócił się do Iwana Iwanowicza tonem na tyle przyjacielskim, na ile pozwalał mu jego polski akcent w rosyjskiej mowie:

– Wasza Miłość, to jest chłopek z pobliskiej chaty. Napotkałem go przypadkiem, przybywszy tu dziś rano.

Nikityn nie otworzył oczu, by przyjrzeć się człowiekowi o tak wykwintnych manierach. Zamiast tego pochylił głowę, tak przyjmując pełną szacunku przemowę, i zapytał, uważnie dobierając słowa:

– Szlachetny panie, czy byłbyś gotów przysiąc na mój krzyż, gdybym go wciąż miał na szyi… Bo nie mam go, jak pan widzisz, jako że mi go skradziono, kiedym zasnął w chłopskiej łódce w czas naszej ucieczki przez Dniepr… Czy byłbyś pan, powtarzam, gotów przysiąc, że ta siedząca naprzeciwko mnie zjawa jest teraz twą własnością i była twoim rabem przez ostatnie dwa dni i dwie noce?

– Tego dokładnie, Wasza Miłość, potwierdzić nie mogę – odparł spiesznie Tobias.

– Ha, widzisz! – wykrzyknął Nikityn, otwierając oczy i klepiąc się po grubych udach. – Napełnia mnie to żałością i przerażeniem. Nie jest twoim rabem.

– Ja niczyj nie jestem! – zawołał chłopak i z paniką w oczach zaczął błagać Kapitana o pomoc. Tobiasowi przemknęła przez głowę iskierka pomysłu. „Zobaczymy, jak się to wszystko rozwinie”. Jego myśli zwróciły się teraz ku jakiemuś niejasnemu celowi.

Polak dobrodusznie postanowił ułagodzić bojara i opisał całą maskaradę od momentu, w którym miód przyprawił Iwana Iwanowicza o nagłe zesztywnienie. To tylko wstrząsnęło Rosjaninem, tak że jął okazywać swojemu słowiańskiemu bratu pogardę na najróżniejsze kwieciste sposoby.

Siostrzeniec pospieszył z ostrożniejszymi wyjaśnieniami, ale i one nie pomogły. W końcu sam kmiotek począł wylewnie błagać o uwolnienie, ale zaprzepaścił swoje szanse jedną niefortunną dygresją. Przez gadulstwo biorące się ze strachu i z wypitego miodu opowiedział, co mu się zwidziało w pijackim śnie:

– Stałem przy oknie w dziwnym zamku zbudowanym z drew drogocennych. I słyszałem, jak wielu ludzi wiele razy wymawiało moje imię, słyszałem je dokoła, pod oknem na dziedzińcu, nawet w górze, w rozgrzanym niebie. Widziałem błyskające topory i piki wysokie, a w ciele moim ognie płonęły jak spadające gwiazdy. Było mi ciepło, ale drżałem, była jasność, a ja czułem w oczach noce najciemniejsze, wielu mnie opłakiwało przyjaciół, choć ni jednego szczerego przyjaciela nie miałem. Byłem samotny i osierocony, a w dole, pod oknem, ziała na mnie otchłań pełna gadów. Skoczyłem w tę otchłań i poczułem ból w każdym członku mego ciała. I wszystko, i zamek, i noc, i samo niebo, stało się krwią. Śniło mi się, że umarłem.

Kiedy skończył, dysząc ciężko, wyczerpany wspominaniem koszmaru, nikt w chacie nie ośmielił się na niego spojrzeć, nawet szkocki stoik Kapitan Tobias Hume. W mglistym zmierzchu wisiało przeczucie dziwnych wydarzeń, które miały dopiero nadejść.

Iwan Iwanowicz, skulony w kącie przy nietkniętym dzbanie miodu, żegnał się tak często i w takim obłędzie pospiesznych gestów, jakby dzwony Sądu Ostatecznego biły na każdej drewnianej dzwonnicy jak Bagna Prypeckie długie i szerokie.

A potem w zapadłej ciszy Tobias Hume podszedł do rozdygotanego bojara, podniósł go i wyprowadził niczym ogromne dziecko z chaty prosto na łąkę, gdzie stary krzyż strzegł czarnych haftów człowieczego strachu na obrzędowych rusznikach.

– Powiadam wam, to zwykły wiejski chłopak. – Kapitan zapomniał dodać pochlebczego zwrotu „Wasza Miłość”. – I mówi, że jest wolny.

– Nie ma wolnych chłopów, dobrze to wiesz, cudzoziemcze.

– Najwyraźniej znalazłoby się jeszcze paru w Królestwie Polskim. A w każdym razie w tym opustoszałym powiecie.

– Nie rozumiesz, cudzoziemcze? Car nie umarł. – Po opuchniętej twarzy bojara toczyły się łzy.

– …i wstąpił w ciało tego głupiego wieśniaka – zaśmiał się ironicznie Kapitan.

– Czemu nie? – odparł Nikityn. – Skoro człowiek może się zmienić w wilkołaka, to czemuż Car, który jest obrazem Boga na tej bezbożnej ziemi, czemuż Car, że powtórzę, nie miałby zmartwychwstać w przebraniu wieśniaka, najniższego spośród wszystkich stworzeń, które Pan Bóg obdarzył duszą nieśmiertelną?!

– Cóż – myśli Kapitana nie były już niejasne – lepiej powiem Waszej Miłości, że ten chłopak, Dymitr, zapytał mnie dziś rano z własnej nieprzymuszonej woli, czy mógłby wstąpić do mojej służby. Jestem Kapitanem i jak wiecie, mam prawo werbować każdego napotkanego mężczyznę, byle był wolny i chętny.

– Ile za niego chcesz, Kapitanie? – wyszeptał Rosjanin, nachylając się do jego ucha.

– Później o tym pomówimy, Wasza Miłość.

– A on nie ucieknie, prawda, Kapitanie?

– Ha, możemy postawić przed chatą wartę.

– Mój siostrzeniec jest na twoje rozkazy.

– Wielcem zobowiązany, Wasza Miłość.

Bojar poczłapał z powrotem do chaty.

Matka Dymitra musiała szukać syna w każdej kępie łozinowej i w każdej brzezinie, bo zjawiła się w chacie późno, kiedy księżyc zdążył naostrzyć berdysz bojarskiego siostrzeńca. Nie wpuścił jej. Przyprowadziła ze sobą krowę i przyniosła Kapitanowi violę da gamba. Tobias wyszedł po instrument, a wtedy mu powiedziała:

– Jeśli zabiliście mojego sokolika, oddajcie mi jego ciało. Tu macie biedne bydlątko, niedojone jeszcze, weźcie, zarżnijcie, zjedzcie, ale oddajcie mi mojego Dymitra, na pięć ran Chrystusowych, oddajcie mi go.

– Nic mu nie jest, kobieto. Rano zobaczysz się z synem. Zabierz krowę do szopy.

– O, mój sokoliku!

– Śpi, mówię ci. Idź do domu. – I Kapitan wyminął trzymającego straż żołnierza, ciągnąc violę da gamba po mchu oblanym księżycowym światłem.

Wewnątrz chaty Tobias znalazł swój cenny towar siedzący samotnie pod szeroką i migotliwą dziurą w dachu. Dzieliła ich cisza, równie trudna do przełamania co srebrna krata księżyca na dachu chaty.

– Chcę się zobaczyć z matką – powiedział Dymitr nadąsanym, dziecinnym tonem, bawiąc się mosiężną koroną.

– Nie masz matki, chłopcze, nie masz żadnej matki, rozumiesz?

Znów zapadła cisza, wypełniając każdy gliniany dzban bezwonną trucizną. Gdzieś na zewnątrz skrzypienie kół zaczęło powoli zakreślać lesiste granice odległości.

– Wozy! – krzyknął Kapitan i rozwarł drzwi szeroko. Przebiegł obok krzyża i lecąc przez zarośla, omiatał szerokimi rękawami gibkie gałązki, niewiele dbając, czy sparciała skóra jego butów poradzi sobie z tym ostatecznym wyzwaniem. Jego serce odtańcowywało gigę coraz szybciej i szybciej, aż wreszcie posłyszał miękki, szkocki akcent.

– To ja, wasz Kapitan! – zakrzyknął do pierwszego z wozów.

– My nie żołnierze, my kupcy – odparł znużony głos do wtóru uderzenia batem. Koń zarżał, potrząsnął grzywą i jął, jak się zdawało, skubać światło księżycowe z wyboistej leśnej drogi.

– Wieziecie może futra i skóry? – zapytał Kapitan, biegnąc wzdłuż rzędu wozów. Nie był ciekaw, czym handlują, chciał po prostu usłyszeć, dla przyjemności własnych uszu, jak ktoś się doń zwraca w rodzinnej mowie.

– Ano, mieliśmy szczęście, że ocaliliśmy własne skóry, Kapitanie. Car Dymitr nie żyje, ale Święty Andrzej dzielnie nas bronił i opuściliśmy bramy tej jatki, którą Diabłu podobało się nazwać Moskwą. A, Kapitanie – ciągnął miękki głos – wiecie może, kędy najkrótsza droga do majątku mości Seton-Setońskiego?

Redaktor serii: Filip Modrzejewski

Przekład: Jacek Dehnel

Redakcja: Teresa Leśniak

Korekta: Małgorzata Denys, Sabina Raczyńska

Adiustacja: Anna Dworak

Projekt okładki: Tomasz Majewski

Obraz Rembrandta van Rijna wykorzystany na okładce: © Leemage / Corbis via Getty Images

Projekt typograficzny i łamanie: Robert Oleś / d2d.pl

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 48

tel. 22 826 08 82, 22 828 98 08

biuro@gwfoksal.pl

gwfoksal.pl

ISBN 978-83-280-5739-5

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

i Marcin Kapusta / Virtualo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Zdobycz i wierność 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Piękna i odważna. Ulubiona agentka Churchilla Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów Był sobie król… Do piekła i z powrotem: Europa 1914–1949 Wołyń '43 Romanowowie