Zobacz, co zrobiłam

Zobacz, co zrobiłam

Autorzy: Sarah Schmidt

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 23.51 zł

Zobacz, zobacz, co zrobiłam,

Ojca, matkę dziś zabiłam.

Siekierą, siekierą łup,

Przy trupie leży trup.

Suspens, mroczne tajemnice rodzinne i bohaterka owiana złą sławą – znakomita, oparta na faktach powieść, która rzuca nowe światło na jedną z najbardziej zagadkowych zbrodni w historii Stanów Zjednoczonych

Pewnego sierpniowego dnia 1892 roku w Fall River w stanie Massachusetts w domu zamożnej i szanowanej rodziny Bordenów dochodzi do brutalnego morderstwa. Ofiarami są ojciec i macocha trzydziestodwuletniej Lizzie, która w czasie ataku najpewniej przebywała w domu. Szybko staje się główną podejrzaną. Czy rzeczywiście była zdolna zabić najbliższych? Do dziś nie wiadomo. Ani śledztwo, ani głośny proces sądowy, którym przez parę tygodni żyła niemal cała Ameryka, nie rozstrzygnęły sprawy. Po zwolnieniu z aresztu Lizzie przez trzydzieści pięć lat nadal mieszkała w rodzinnym miasteczku, niezrażona niechęcią sąsiadów i plotkami na swój temat.

Sarah Schmidt w powieści Zobacz, co zrobiłam powraca do tych dramatycznych dni, kiedy społeczność Fall River nie mogła wyjść z szoku, miejscowi policjanci rozpoczęli najtrudniejsze w swojej karierze śledztwo, a rozbita emocjonalnie i cierpiąca na zaniki pamięci Lizzie miała oparcie jedynie w starszej siostrze, Emmie. Czy jest szansa na rozwikłanie zagadki historycznej zbrodni, skoro każda z relacji o tamtych wydarzeniach prowadzi coraz głębiej w mrok życia rodziny Bordenów i ich skomplikowanych uczuciowych relacji?

Historia Lizzie Borden stała się podstawą filmu fabularnego Lizzie (2018) z Chloë Sevigny i Kristen Stewart w rolach głównych.

Niezapomniany debiut… Wciągający jak powieść kryminalna, obyczajowa i historyczna w jednym.

„Publishers Weekly”

Sarah Schmidt

ZOBACZ, CO ZROBIŁAM

przełożyła Dobromiła Jankowska

Tytuł oryginału: See What I Have Done

Copyright © 2017 by Sarah Schmidt

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVIII

Copyright © for the Polish translation by Dobromiła Jankowska, MMXVIII

Wydanie I

Warszawa MMXVIII

Spis treści

Dedykacja

Motto

Część pierwsza1. Lizzie

2. Emma

3. Bridget

4. Benjamin

Część druga5. Lizzie

6. Bridget

7. Emma

8. Benjamin

9. Lizzie

10. Benjamin

11. Bridget

12. Benjamin

13. Lizzie

14. Bridget

Część trzecia15. Benjamin

16. Emma

17. Lizzie

Kalendarium wydarzeń w Fall River

Fragmenty testamentów

Podziękowania

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla Cody’ego.

A także dla Alana i Rose, którzy odeszli, zanim udało mi się skończyć

Wyrastamy z miłości – jak z Ubrań,

Upychamy ją w głębie Szuflad

Emily Dickinson, tłum. Stanisław Barańczak

Knowlton: Od tamtej pory była pani z macochą w przyjaznych stosunkach?

Lizzie: Tak, sir.

Knowlton: Serdecznych?

Lizzie: To zapewne zależy od tego, jak rozumie się słowo „serdeczny”.

(z zeznań Lizzie Borden)

Część pierwsza

1

Lizzie

4 sierpnia 1892

Wciąż krwawił.

– Ktoś zabił ojca! – wołałam.

Wdychałam naftowe powietrze, zlizywałam gęstość z zębów. Zegar nad kominkiem tykał tykał. Spojrzałam na ojca, na ręce przyciśnięte do ud, na błyszczący jak słońce niewielki złoty pierścień na małym palcu. Dałam mu ten pierścień na urodziny, kiedy już go nie chciałam. „Tatusiu – powiedziałam wtedy – daję ci pierścionek, ponieważ cię kocham”. Uśmiechnął się i pocałował mnie w czoło.

Tak dawno temu.

Spojrzałam na ojca. Dotknęłam krwawiącej dłoni – jak długo trwa, zanim ciało ostygnie? – i nachyliłam się ku jego twarzy, próbując nawiązać kontakt wzrokowy, czekając, czy mrugnie, może mnie rozpozna. Otarłam usta dłonią, poczułam smak krwi. Moje serce biło koszmary, galopem, galopem, kiedy znów spojrzałam na ojca, zobaczyłam, jak krwawa rzeka spływa po jego szyi i znika w materiale garnituru. Zegar nad kominkiem tykał tykał. Wyszłam z pokoju, zamknęłam za sobą drzwi i przeszłam do tylnych schodów, po raz kolejny wołając do Bridget:

– Szybko! Ktoś zabił ojca! – Otarłam dłonią usta, oblizałam zęby.

Bridget zeszła, a z nią fetor mięsa.

– Panienko Lizzie, co…

– Jest w bawialni. – Pokazałam przez grube wytapetowane ściany.

– Ale kto? – Twarz Bridget kłująca konfuzją.

– Myślałam, że jest ranny, ale nie wiedziałam, jak poważnie, póki nie podeszłam bliżej – powiedziałam. Letni żar uderzał w szyję jak nóż. Bolały mnie dłonie.

– Panienko Lizzie, straszy mnie panienka.

– Ojciec jest w bawialni. – Trudno było powiedzieć cokolwiek więcej.

Bridget zbiegła ze schodów, przez kuchnię, a ja za nią. Dotarła do bawialni, położyła dłoń na okrągłej gałce, przekręć ją, przekręć.

– Ma pociętą twarz. – Jakaś część mnie pragnęła wepchnąć Bridget do pokoju, żeby zobaczyła to samo, co widziałam ja.

Odsunęła rękę od klamki i odwróciła się, obrzucając mnie sowim spojrzeniem. Strużka potu spływała po jej skroni na obojczyk.

– Co to znaczy? – zapytała.

Jak w maleńkim lustrze we wnętrzu swojej głowy widziałam całą krew ojca, posiłek, resztki z uczty dzikiego psa. Paski skóry na piersi, oko leżące na ramieniu. Jego ciało jak apokalipsa.

– Ktoś wszedł i go pociął – powiedziałam.

Bridget się trzęsła.

– Co panienka mówi? Jak ktoś mógł pociąć mu twarz? – Zbolały głos, łza.

Nie chciałam, żeby płakała, nie miałam ochoty jej pocieszać.

– Nie jestem pewna – odparłam. – Chyba siekierą. Taką, jaką ścina się drzewa.

Bridget zaczęła płakać, a w moich kościach zaczęły bąbelkować dziwne uczucia. Stała twarzą do drzwi i przekręciła nadgarstek, uchylając je tylko odrobinę.

– Idź po doktora Bowena – poleciłam. Spojrzałam jej przez ramię, próbowałam zobaczyć ojca, ale nie mogłam.

Bridget odwróciła się do mnie, podrapała w dłoń.

– Powinnyśmy być przy ojcu panienki…

– Idź po doktora Bowena. – Złapałam ją za rękę, szorstką i lepką, zaprowadziłam do bocznych drzwi. – I lepiej się pospiesz, Bridget.

– Panienka nie może zostać sama.

– A jeśli pani Borden wróci do domu? Czy nie powinnam tu być i jej powiedzieć? – Czułam zimne zęby na zębach.

Spojrzała w słońce.

– No dobrze – powiedziała. – Popędzę jak najszybciej.

Wybiegła bocznymi drzwiami, które uderzyły ją w pośladki jak wiosło, podskakiwała, ruszając na Second Street, biały czepek służącej niczym żagiel na wietrze. Obejrzała się przez ramię w moją stronę, z miną ogłupiałą z nerwów, więc pospieszyłam ją ruchem dłoni, szybko, z pstryknięciem. Nie zatrzymywała się, bokiem potrąciła jakąś starą kobietę, która upuściła laskę i zawołała: „Gdzie panience tak spieszno?”. Bridget nie odpowiedziała, co za wychowanie, zniknęła z pola widzenia, stara kobieta podniosła laskę, zadzwoniła nią o bruk, lepki lepki dźwięk.

Patrzyłam na przechodzących ludzi, z przyjemnością słuchałam ich głosów wypełniających powietrze, jakby wszystko było całością, i poczułam, jak usta układają mi się w uśmiech na widok ptaków podskakujących na gałęziach i pod drzewami. Przelotna chęć, żeby je złapać, włożyć do gołębnika w szopie. Jakież miałyby szczęście, gdybym się nimi zaopiekowała. Pomyślałam o ojcu, w żołądku zaburczało mi z głodu, podeszłam więc do wiadra przy studni, zanurzyłam ręce w chłodzie, łyk łyk. Uniosłam dłonie do ust i zaczęłam siorbać. Woda była miękka, delikatna. Wszystko zwolniło. Zobaczyłam martwego gołębia, szarego i nieruchomego, leżącego na podwórku, i mój żołądek zamruczał. Spojrzałam w słońce. Pomyślałam o ojcu, próbowałam sobie przypomnieć, jakie ostatnie słowa do niego powiedziałam. Zerwałam gruszkę i wróciłam do domu.

Na kuchennym blacie leżały chlebki kukurydziane. Grzebałam w nich palcami, aż ugniotłam z ciasta małe mączne kamienie. Rzuciłam garścią o ścianę, słuchałam, jak rozbijają się czerstwą falą. Podeszłam do pieca, przysunęłam do siebie garnek z baranim bulionem i wzięłam głęboki oddech.

Zostały tylko moje myśli i ojciec. Poszłam w kierunku bawialni, zatopiłam zęby w gruszce, zatrzymałam się przy drzwiach. Zegar nad kominkiem tykał tykał. Kolana zaczęły mi drżeć, wbiłam nogi w podłogę, ugryzłam znów gruszkę, by je uspokoić. Za drzwiami bawialni pachniało tytoniem z fajki.

– Ojcze – powiedziałam. – Czy to ty?

Otworzyłam drzwi szerzej, a potem jeszcze szerzej, zatopiłam zęby w gruszce. Ojciec leżał na kanapie. Nie poruszył się. Skórka owocu chrzęściła mi w ustach, znów poczułam ten zapach.

– Musisz skończyć z tytoniem, ojcze. Od niego twoja skóra śmierdzi starością.

Na podłodze obok kanapy leżała jego fajka. Wsadziłam ją między zęby, językiem nacisnęłam niewielki ustnik. Wciągnęłam powietrze. Słyszałam, jak na zewnątrz Bridget upiornie wrzeszczy: „Panienko! Panienko!”. Położyłam fajkę z powrotem na podłodze, palcami dotykając krwawych kręgów, a potem wyszłam z pokoju i przymknęłam drzwi, zerkając jeszcze na ojca.

Otworzyłam boczne drzwi. Zdenerwowana, czerwona z gorąca Bridget oznajmiła:

– Doktora Bowena nie ma w domu.

Miałam ochotę na nią splunąć.

– To idź go poszukać. Wezwij kogoś. No, ruszaj – powiedziałam.

Odrzuciła głowę do tyłu.

– Ale panienko, czy nie powinnyśmy wezwać pani Borden? – Jej głos odbijał się echem jak w jaskini, dosyć tych pytań.

Wbiłam obcas w drewnianą podłogę, aż dom jęknął, a potem zawył.

– Mówiłam ci, jej tu nie ma.

Bridget zmarszczyła czoło.

– A gdzie jest? Musimy ją zawołać. – Irytująca, uporczywa.

– Nie mów mi, co robić, Bridget. – Mój głos odbijał się od drzwi i ścian.

Dom jak łamliwa kość pod podeszwą. Wszystko dźwięczało głośniej, niż powinno, raniło uszy.

– Przepraszam, panienko. – Bridget potarła dłoń.

– Idź po kogoś innego. Ojciec potrzebuje pomocy.

Bridget sapnęła, patrzyłam, jak biegnie ulicą, mijając grupkę dzieci grających w klasy. Ugryzłam gruszkę i zaczęłam się odsuwać od drzwi.

Usłyszałam, jak zza płotu kobiecy głos woła mnie po imieniu, poczułam je w sobie jak wiertło, „Lizzie. Lizzie. Lizzie” wwiercało się w ucho. Zerknęłam na idącą w moją stronę postać. Przycisnęłam twarz do siatkowych drzwi, zebrałam w całość znajome kształty.

– Pani Churchill? – zapytałam.

– Nic ci nie jest, moja droga? Usłyszałam, jak Bridget wydziera się na całą ulicę, a potem zobaczyłam cię stojącą w drzwiach, taką zagubioną. – Pani Churchill podeszła do domu, obciągając czerwoną bluzkę. Na schodku przed bocznymi drzwiami znów zapytała: – Moja droga, nic ci nie jest?

Serce biło mi szybko, szybko, szybko i powiedziałam:

– Pani Churchill, proszę wejść do środka. Ktoś zabił ojca.

Zmarszczyła czoło i nos, usta otworzyła w puste O. Z piwnicy dobiegło głośne uderzenie; szyja mi drgnęła.

– Co za absurd – powiedziała cienkim głosem.

Otworzyłam drzwi, wpuściłam ją.

– Lizzie, co się stało? – zapytała.

– Nie wiem. Weszłam i zobaczyłam go całego pociętego. Jest tam. – Wskazałam bawialnię.

Pani Churchill powlokła się do kuchni, grubymi, czystymi palcami pocierając purpurowe policzki, potem złoty naszyjnik z kameą, dłonie położyła na piersi. W całym jej blasku zobaczyłam tam złotą obrączkę ślubną z diamentami, chciałabym ją zatrzymać. Oddychała ciężko miękkimi, wyssanymi przez dzieci piersiami, czekałam, aż jej serce wystrzeli przez żebra na kuchenną podłogę.

– Jest sam? – Cicho jak mysz.

– Tak. Zupełnie.

Pani Churchill zrobiła kilka kroków w stronę drzwi bawialni, zatrzymała się i spojrzała na mnie.

– Powinnam wejść?

– Jest bardzo poraniony, pani Churchill. Ale może pani wejść. Jeśli pani chce.

Odsunęła się, wróciła do mnie. Policzyłam, ile razy widziałam ciało ojca od chwili, gdy je znalazłam. Zaburczało mi w brzuchu.

– Gdzie jest twoja matka? – zapytała.

Machnęłam głową w stronę sufitu, nienawidzę tego słowa, potem zamknęłam oczy.

– Poszła odwiedzić chorą krewną.

– Naprawdę musimy ją wezwać, Lizzie. – Pani Churchill ciągnęła mnie za rękę, by zmusić do poruszenia się.

Swędziała mnie skóra. Wyrwałam się z uścisku, podrapałam dłoń.

– Nie chcę jej teraz przeszkadzać.

– Lizzie, nie bądź śmieszna. To nagła sytuacja. – Karciła mnie, jakbym była dzieckiem.

– Może go pani zobaczyć, jeśli pani chce.

Zakłopotana potrząsnęła głową.

– Chyba nie dałabym rady…

– Gdyby go pani zobaczyła, zrozumiałaby pani, dlaczego to zły pomysł, by wołać panią Borden.

Pani Churchill dotknęła wierzchem dłoni mojego czoła.

– Jesteś bardzo rozpalona, Lizzie. Nie myślisz logicznie.

– Nic mi nie jest. – Moja skóra wyślizgnęła się spod jej dłoni.

Otworzyła oczy tak szeroko, jakby miały wyrosnąć poza granice czaszki, a ja nachyliłam się ku niej. Pani Churchill się wzdrygnęła.

– Lizzie, może powinnyśmy wyjść na zewnątrz…

Zdecydowanie pokręciłam głową.

– Nie. Ojciec nie powinien zostawać sam.

Pani Churchill i ja stałyśmy obok siebie, przodem do drzwi bawialni. Słyszałam, jak oddycha, słyszałam jej ślinę przepływającą po dziąsłach, czułam mydło i goździki w jej włosach. Dach zaskrzypiał, drzwi bawialni odrobinę się uchyliły, moje stopy małymi kroczkami przesuwały się do przodu, aż znalazłam się nieco bliżej ojca.

– Pani Churchill – powiedziałam – jak pani myśli, kto umyje jego ciało, kiedy nadejdzie czas?

Spojrzała na mnie, jakbym mówiła w obcym języku.

– Ja… ja nie wiem.

– Może moja siostra mogłaby to zrobić. – Odwróciłam się, patrzyłam, jak smutek małymi kroczkami sunie przez jej brew, i uśmiechnęłam się, rozchmurz się, no, rozchmurz się.

Jej usta rozstąpiły się jak morze.

– Nie martwmy się o to teraz.

– Ach. No dobrze. – Znów odwróciłam twarz w stronę bawialni.

Przez jakiś czas milczałyśmy. Swędziała mnie dłoń. Miałam ochotę podrapać się po niej zębami i już podnosiłam rękę do ust, kiedy pani Churchill zapytała:

– Kiedy to się stało, Lizzie?

Szybko opuściłam rękę.

– Nie jestem pewna. Poszłam na dwór, wróciłam, a on tu leżał. Bridget była na górze. A teraz on nie żyje. – Próbowałam myśleć, ale wszystko zwolniło. – Czy to nie zabawne? Nie pamiętam, co robiłam. Czy to się czasem pani zdarza? Zapominać najprostsze sprawy?

– Chyba tak, tak – mamrotała.

– Powiedział, że nie czuje się dobrze i chce zostać sam. Pocałowałam go więc, zostawiłam śpiącego na kanapie i wyszłam na dwór. – W dachu coś strzeliło. – Nic więcej nie pamiętam.

Pani Churchill położyła mi dłoń na ramieniu, poklepała je, aż zrobiło mi się ciepło i przyjemnie.

– Nie zmuszaj się, kochana. To wszystko jest bardzo… nienaturalne.

– Ma pani rację.

Pani Churchill otarła oczy, które od łez i pocierania zrobiły się czerwone. Wyglądała dziwnie.

– To się nie dzieje naprawdę – powiedziała.

Wyglądała dziwnie, a ja próbowałam nie myśleć o ojcu leżącym samotnie na kanapie.

Skóra mnie zaswędziała. Podrapałam się.

– Bardzo chce mi się pić, pani Churchill.

Spojrzała na mnie rubinowymi oczami i podeszła do kuchennego blatu. Nalała z dzbanka wody i podała mi kubek. Woda była mętna i ciepła. Upiłam łyk. Myślałam o ojcu. Woda drapała mnie w gardło. Powinnam była wylać ją na podłogę, kazać pani Churchill posprzątać i podać mi coś świeżego. Znów upiłam łyk.

– Dziękuję – powiedziałam. Uśmiechnęłam się.

Pani Churchill podeszła bliżej, objęła mnie i mocno trzymała. Pochyliła się i zaczęła szeptać, ale gdzieś z jej środka czułam zapach kwaśnego jogurtu, od którego zebrało mi się na mdłości. Odepchnęłam ją.

– Musimy znaleźć twoją matkę, Lizzie.

Gdzieś z zewnątrz dobiegł hałas, zbliżał się do bocznych drzwi, pani Churchill pobiegła tam i otworzyła. Przede mną stanęli pani Churchill, Bridget i doktor Bowen.

– Znalazłam go, panienko – powiedziała Bridget. Próbowała uspokoić oddech, dyszy jak stary pies. – Biegłam tak szybko, jak mogłam.

Doktor Bowen poprawił na wąskim nosie okrągłe okulary w srebrnych oprawkach i zapytał:

– Gdzie on jest?

Wskazałam bawialnię.

Doktor Bowen, jego pomarszczone czoło.

– Dobrze się czujesz, Lizzie? Czy ktoś chciał ci zrobić krzywdę? – Miękki, miodowo-mleczny głos.

– Krzywdę?

– Osoba, która zraniła twojego ojca. Czy ciebie również próbowała skrzywdzić?

– Nikogo nie widziałam. Tylko ojciec jest ranny – odparłam.

Drewniana podłoga zapadała mi się pod stopami i przez moment myślałam, że zatonę. Doktor Bowen stanął przede mną, sięgnął po moje nadgarstki, wielkie dłonie, wdychał i wydychał, jego powietrze dotykało moich ust. Oblizałam je. Palcami naciskał moją skórę, aż poczuł płynącą krew.

– Masz przyspieszony puls, Lizzie. Zajmę się tym, gdy tylko obejrzę twojego ojca.

Skinęłam głową.

– Czy mam iść z panem?

– To… nie jest konieczne. – Doktor Bowen.

– Och – powiedziałam.

Doktor Bowen zdjął marynarkę i podał ją Bridget. Ruszył do bawialni, zabrał ze sobą brązową, zmęczoną skórzaną torbę lekarską. Wstrzymałam oddech. Otworzył drzwi jak tajemnicę, wepchnął się do pokoju. Słyszałam sapnięcie, kiedy mówił „Dobry Boże”. Drzwi były wystarczająco otwarte. Gdzieś zza moich pleców krzyknęła pani Churchill, gwałtownie odwróciłam ku niej głowę. Znów krzyknęła, jak ludzie w koszmarnym śnie, jej wrzask przeniknął moje ciało, aż mięśnie spięły się do bólu.

– Nie chciałam go oglądać! Nie chciałam go oglądać! – krzyczała pani Churchill.

Bridget zawodziła, upuściła na podłogę okrycie doktora Bowena. Trzymały się i szlochały.

Chciałam, żeby już przestały. Nie podobało mi się, że tak reagują na ojca, okrywają go wstydem. Poszłam do doktora Bowena, stanęłam obok niego przy kanapie i próbowałam nie patrzeć na ciało ojca. Bridget wołała:

– Panienko, niech panienka nie wchodzi!

W pokoju było spokojnie, ale doktor Bowen mnie odsunął.

– Lizzie – powiedział – nie wolno ci tu być.

– Ja tylko chciałam…

– Nie możesz już tutaj wchodzić. Nie patrz na ojca.

Wypchnął mnie z pokoju i zatrzasnął drzwi. Pani Churchill znowu krzyknęła, zasłoniłam uszy. Słuchałam bicia swojego serca, aż straciłam czucie.

Po jakimś czasie doktor Bowen wyszedł z bawialni, blady i spocony, i zawołał:

– Wezwijcie policję!

Zagryzł wargę, szczęka strzeliła jak cicha błyskawica. Na czubkach palców miał drobne płatki krwawego konfetti i próbowałam sobie wyobrazić, w jaki sposób dotykał ojca.

– Mają dzisiaj doroczny piknik – szepnęła pani Churchill. – Na posterunku nikogo nie będzie. – Potarła oczy, aż zrobiły się przekrwione.

Chciałam, żeby przestała płakać, więc się uśmiechnęłam i powiedziałam:

– Nic nie szkodzi. W końcu przyjdą. Wszystko będzie dobrze, prawda, doktorze Bowen?

Doktor Bowen popatrzył na mnie, ja spojrzałam na jego dłonie. Pomyślałam o ojcu.

***

Miałam cztery lata, kiedy poznałam panią Borden. Pozwalała mi jeść cukier łyżkami, kiedy ojciec nie patrzył. Mój język śpiewał z radości!

– Potrafisz dotrzymać tajemnicy, Lizzie? – zapytała pani Borden.

Skinęłam głową.

– Najlepiej dotrzymuję tajemnic.

Nie powiedziałam nawet Emmie, że uwielbiam naszą nową matkę.

Włożyła łyżkę cukru do moich ust, zassałam policzki, czując słodką falę.

– Zachowajmy nasz cukrowy posiłek w sekrecie.

Kiwałam i kiwałam głową, aż zostały tylko mdłości. Później, kiedy biegłam przez dom, wołając „Karru! Karru!” i wspinałam się na kanapę w bawialni, ojciec krzyknął:

– Emmo, pozwoliłaś Lizzie jeść cukier?

Emma weszła do bawialni z pochyloną głową.

– Nie, ojcze. Przysięgam.

Minęłam ich w pędzie i ojciec złapał mnie za rękę, pociągnął.

– Lizzie – powiedział, podczas gdy ja tylko chichotałam i się jąkałam – czy zjadłaś coś, czego ci nie wolno?

– Jadłam owoce.

Ojciec spojrzał mi prosto w twarz, pachniał jak ciastko maślane.

– I nic więcej?

– I nic więcej. – Zaśmiałam się.

Emma patrzyła na mnie, próbowała zajrzeć mi do ust.

– Kłamiesz? – zapytał ojciec.

– Nie, tatusiu. Nie mogłabym.

Przeszukał mnie, zajrzał pod policzki, szukając śladu nieposłuszeństwa. Uśmiechnęłam się. On się uśmiechnął. I pobiegłam dalej, podskakując, a kiedy mijałam w kuchni panią Borden, puściła do mnie oko.

***

Kiedy niedługo później przyjechała policja, zaczęli robić zdjęcia ciemnoszarego garnituru, który ojciec włożył tego ranka do pracy, czarnych skórzanych trzewików zasznurowanych na kostkach i stopach. Lampy błyskały co sześć sekund. Młody policyjny fotograf powiedział, że wolałby nie robić zdjęć głowy tego starca.

– Czy może to zrobić ktoś inny, proszę? – zapytał, wierzchem dłoni ocierając czoło, jakby z głowy spływała mu oliwa.

Jeden ze starszych funkcjonariuszy kazał mu wyjść na zewnątrz i dodał, że znajdą prawdziwego mężczyznę do tej roboty. Nie potrzebowali mężczyzny. Wystarczy córka. Z miłością opiekowałam się ojcem cały ranek i nie bałam się jego twarzy. Powinnam była powiedzieć: „Ile potrzebujecie zdjęć? Jak duże ma być zbliżenie? Jaki kąt doprowadzi was do mordercy?”.

Ale zamiast tego doktor Bowen wstrzyknął mi pod skórę cudowne ciepłe lekarstwo, od którego poczułam się lekko i dziwnie. Posadzili mnie w jadalni razem z panią Churchill oraz Bridget i powiedzieli:

– Czy możemy zadać paniom kilka pytań?

Niewielki pokój był zatłoczony, ciężki od odoru ciepłych ciał i trawy, policyjnych ust, z których śmierdziało na wpół strawionym kurczakiem i wilgotnymi drożdżami.

– Oczywiście – odparła pani Churchill. – Ale nie zamierzam mówić o stanie, w jakim znajduje się pan Borden.

Zaczęła płakać, wydając dźwięki jak wyżymaczka. W myślach odpłynęłam na piętro domu, gdzie każdy stawał się echem. Myślałam o ojcu.

Jeden z funkcjonariuszy ukląkł przede mną, położył dłoń na mojej i szeptem splunął mi w twarz:

– Dowiemy się, kto to zrobił, i zaatakujemy go wszystkimi siłami.

– Ludzie robią takie okropne rzeczy – powiedziałam.

– Tak, niestety – odparł policjant.

– Mam nadzieję, że ojca nie bolało.

Funkcjonariusz gapił się na swoje dłonie, odchrząknął.

– Jestem pewien, że nie czuł zbyt wiele. – Ściskał notes. – Chciałem zapytać, czy mogłaby mi pani opowiedzieć wszystko, co pamięta z dzisiejszego poranka.

– Nie jestem pewna…

– Nie ma złych odpowiedzi, panno Borden. – Śpiewny głos. Jabłko Adama podskoczyło jak zabawka na Halloween.

Spojrzałam policjantowi w oczy i uśmiechnęłam się szeroko, nie ma złych odpowiedzi, jak miło z jego strony, że mnie uspokaja. Wiedziałam, że od tej chwili Bóg z pewnością będzie się do niego uśmiechał.

– Byłam na zewnątrz, w szopie, potem wróciłam do domu i go znalazłam.

– Pamięta pani, po co poszła do szopy?

– Próbowałam znaleźć ołowiane obciążniki do mojej wędki.

– Wybierała się pani na ryby? – Gryzmoły, gryzmoły.

– Wuj mnie zabierze. Szkoda, że pan nie wie, co potrafię złowić.

– Przyjedzie w odwiedziny?

– Przecież już przyjechał. Jest tutaj.

– Gdzie? – zapytał policjant nerwowo jak kuc szukający paszy.

– Wyszedł załatwić jakieś interesy. Przyjechał wczoraj.

– Musimy mu zadać kilka pytań.

– Dlaczego?

Uderzałam palcami, rytmicznie, raz, raz, raz, raz, aż do środka mojego ciała. Podążyłam za tym uczuciem, spojrzałam na siebie, zauważyłam miękkie, szare gołębie piórko przyklejone do spódnicy. Zdjęłam je, roztarłam między palcami, rozgrzałam się i zagotowałam.

– Panno Borden, proszę wybaczyć, ale doszło tu do morderstwa. Musimy zapytać pani wuja, czy nie widział na dworze kogoś obcego.

Podniosłam wzrok.

– Tak. Tak, oczywiście.

Wgniotłam gołębie piórko w dłoń, niosłam je jak miłość.

Funkcjonariusz zadawał pytania. Rozejrzałam się po pokoju, spojrzałam na sufit, chciałam zajrzeć przez popękany jak pajęcza sieć gips i belki do pokojów wyżej: kilka godzin wcześniej byłam tam, na piętrze, widziałam ojca i panią Borden, którzy wspólnie zaczynali dzień. Pani Borden zaplotła gęste jak szczotka szarosiwe włosy i spięła je na czubku głowy, a ojciec powiedział: „Jak zawsze czarująco, moja droga”. Od czasu do czasu to robili, byli wobec siebie przyjaźni i mili. Funkcjonariusz zadawał pytania, a umysł przesłoniła mi mgła.

Słyszałam, jak obok Bridget piskliwie mówi do drugiego policjanta:

– Jej siostra jest u przyjaciółki w Fairhaven. Nie ma jej od…

– Dwóch tygodni – wtrąciłam. – Nie ma jej od dwóch tygodni i pora, żeby wróciła do domu.

Drugi policjant skinął głową i burknął:

– Natychmiast po nią poślemy.

– I dobrze. Sama się tym wszystkim nie zajmę.

Potem Bridget powiedziała:

– Zamykam drzwi na klucz. Dom jest pozamykany cały czas.

Drugi policjant notował, pisał jak szalony, aż pot wystąpił mu na gęste wąsy. Czasami broda ojca robiła się wilgotna ze złości i kiedy do ciebie mówił, zbliżał twarz do twojej, żebyś słyszała jego słowa, ta wilgoć łaskotała cię w podbródek. Umysł zasnuła mi mgła. Miałam ochotę pogłaskać ojca po brodzie i twarzy, żeby wyglądał jak przeszłość.

Rozejrzałam się po bawialni.

– Jesteś pewna, że rano drzwi były zamknięte? – zapytał Bridget drugi policjant.

– Tak. Rano musiałam otworzyć zamek od frontu, żeby wpuścić biednego pana Bordena, bo wrócił wcześnie z pracy.

Sposób, w jaki Bridget mówiła o ojcu, wywołał u mnie uśmiech. Odwróciłam się do niej i policjanta.

– Właściwie – powiedziałam – to drzwi do piwnicy nie zawsze są zamknięte na klucz.

Bridget spojrzała na mnie, jej gąsienicowe brwi rozstąpiły się jak ziemia, a drugi policjant notował coś, notował. Stopami rysowałam kręgi na dywanie. Szeroko otworzyłam oczy, czułam, jak dom przesuwa się w lewo, potem w prawo, a gorąco wciska się w ściany. Wszyscy manipulowali sobie przy szyjach, próbując poluzować ciasno zapięte ubrania. Ja siedziałam spokojnie ze złożonymi rękami.

Słyszałam, jak na zewnątrz roje ludzi ustawiają się przed domem. Głosy brzmiały niczym kanonada. Kołysałam się z gorąca, słyszałam, jak gwoździe w podłogowych deskach ustępują. Dźwięk gołębich nóżek cyk, cyk po dachu i myślałam o ojcu. Słońce przesunęło się za cień i dom strzelił. Podskoczyłam na krześle. Bridget podskoczyła na swoim. Pani Churchill również.

– Chyba się przestraszyłyśmy – powiedziałam, miałam ochotę się zaśmiać.

Pani Churchill znów zaczęła płakać, aż dostałam dreszczy. Jakiś rzeźnik w mojej głowie przez uszy wybijał mi cały rozsądek, spadający na stół w jadalni. Gorset zgniatał mi żebra, a małe kałuże potu wypełniały przestrzenie w zgięciach rąk i nóg. Bridget wstała z krzesła, odkleiła brudnobiałą spódnicę od tylnej części ud i podeszła do pani Churchill, żeby ją pocieszyć. Rozmawiały. Policjanci robili notatki, wchodzili do pokojów i z nich wychodzili, obserwowali mnie.

Potarłam ręką twarz, pozwoliłam, by piórko opadło na dywan, zobaczyłam drobniutkie krople krwi na swoich palcach. Przysunęłam je do nosa, potem do ust. Polizałam, poczułam smak ojca, swój smak. Przełknęłam. Spojrzałam w dół na swoją suknię, zobaczyłam krwawe ślady. Gapiłam się na te plamy, patrzyłam, jak tworzą się z nich rzeki na moich kolanach – znam te rzeki! – i pomyślałam o czasach, kiedy bawiłam się w rzece Quequechan z Emmą, kiedy byłyśmy młodsze, jak ojciec krzyczał do nas z brzegu: „Nie wchodźcie za głęboko! Nie wiecie, jak duży jest spadek”.

Moje ciało pragnęło przeszłości z Emmą i ojcem: chciałam znów być małą dziewczynką. Chciałam pływać, łowić ryby, razem z Emmą suszyć się na słońcu, aż skóra się ugotuje. „Bądźmy niedźwiedziami!”, mówiłabym, robiłybyśmy się brązowe i ogromne, nasze niedźwiedzie łapy uderzałyby w nasze czarne nosy. Emma by krwawiła, a ja wdzierałabym się w jej schowane pod futrem żebra, dotykała jej serca pazurami. Emma chciałaby znów mnie uderzyć, ale ojciec powiedziałby: „Emmo, bądź miła dla Lizzie”, i byśmy się uściskały.

***

Ledwie dwa lata temu odbywałam swoją wielką europejską podróż. Tyle wolności. Nie było Emmy, która dyktowałaby, jak mam się zachowywać i co mówić, więc mogłam żyć. Za namową ojca pojechałam z kuzynkami, Bordenównami z krwi i przez małżeństwo, z którymi w domu rzadko rozmawiałam, i popłynęłyśmy, rozwijając żagle, połykając oceaniczny wiatr, uczyłyśmy się opierać falom. Czegóż nie robiłyśmy!

Rzym. Moje bostońskie buty więzły w mozaikowym bruku, potykałam się, wyglądałam jak głupia. Kupiłam nowe włoskie trzewiki z cielęcej skórki, chodziłam prosto, chodziłam, jak powinna iść dama, nie wzbudzając zainteresowania. Chodziłam, słysząc w uszach tylko szybkie włoskie słowa, miałam ochotę wskoczyć w ten zaśpiew płynący z jednych ust do drugich.

Wszystko przypominało mi, jak małe jest Fall River, a jak duża ja się w końcu stawałam. Tam Schody Hiszpańskie pokryte kwitnącą lawendą i dywanem czerwonych azalii, mężczyźni i kobiety wspinający się na szczyt, twarze całowane słońcem, całowane usta, dwa kozły, biały i czarny, ciągnące niewielki, szary drewniany wózek z pomarańczowymi i zielonymi warzywami, stałyśmy z kuzynką u stóp marmurowej fontanny, pokazując sobie potężny romański budynek z czerwonej cegły i szepcząc: „Tam mieszkał John Keats!”, ależ jestem obyta.

Tam mężczyźni w fedorach siedzieli wokół stolików, pijąc gęstą jak błoto kawę. Tam dziewczynki w komunijnych sukienkach. Tam trzy osoby czytają. Tam gołębie otrzepują skrzydła, dziobią nasiona. Ależ pragnęłam zabrać jednego do domu. Tam, tam, tam. Oczy szeroko otwarte na te wszystkie rzeczy. Wiedziałam o świecie więcej niż Emma i to mnie uszczęśliwiało. Wysyłałam jej pocztówkę za pocztówką, by nie czuła, że coś traci, wysyłałam uściski, wysyłałam powód, by bardziej za mną tęskniła.

W Paryżu jadłam i piłam, co chciałam. Masło, kaczy smalec, pasztet z wątróbki, tłusty brie, ciemnoczerwone jak wiśnia wina, gruszki, dżem z klementynek i lawendy, ciastka z kremem, kawior, ślimaki z orzeszkami piniowymi w maśle czosnkowym. Robiłam to samo co Francuzi, oblizywałam palce, nie obchodziło mnie, co ludzie widzą, co myślą. Ojcu by się to nie podobało, powiedziałby, że jestem nieokrzesana. Wszystko przejadłam, zjadłam jego pieniądze, dokądkolwiek poszłam, było cudownie. Nauczyłam się, jak zwijać język na akcentowanych samogłoskach, rozmawiałam z tym i tamtym nieznajomym. Nikt mnie nie znał, nikt niczego ode mnie nie oczekiwał. Chciałam, żeby tak było zawsze.

Ja, odkrywca. Ileż chodziłam. Któregoś dnia widziałam, jak kobieta rzuca się do Sekwany, płynie niczym łabędź pod łukami mostów z białego kamienia, pod Pont Saint-Michel. Dźwięki, które wydawała, istna opera. Uśmiechnęła się, unosiła na wodzie, zniknęła. Klaskałam, oklaskiwałam to, że przejęła kontrolę nad swoim życiem. Gdyby jeszcze Emma mogła to zobaczyć. Jak daleko może dotrzeć kobieta, jeśli naprawdę tego zapragnie. A ja pragnęłam.

***

Suknia przykleiła mi się do ud, ożeż, pijawki, i zaczęłam odrywać ciężki materiał od skóry, próbując zakryć małe plamki krwi. Doktor Bowen otworzył drzwi prowadzące z bawialni do jadalni i powiedział:

– Potrzebujemy prześcieradeł, by okryć ciało.

Kiedy powiedział „ciało”, aż zazgrzytałam zębami. Wierciłam się na krześle, próbowałam zajrzeć do bawialni, sprawdzić, czy z ojcem wszystko w porządku.

– Bridget, gdzie jest pościel Bordenów? – zapytała pani Churchill.

– W komodzie w pokoju gościnnym. Pójdę z panią.

– Niech panie idą tylnymi schodami – polecił jeden z policjantów. – Z dala od bawialni.

Skinęły głowami, wyszły z pokoju, stopy szły jak małe bębenki po tylnych schodach obitych wykładziną. Ktoś podał mi szklankę wody. Napiłam się. Zegar nad kominkiem tykał tykał. Napiłam się jeszcze. Doktor Bowen położył mi dłoń na czole i zapytał, jak się czuję. Zaczęłam odpowiadać, kiedy z górnego piętra dobiegły dwa długie wrzaski.

– Co, na Boga? – odezwał się doktor Bowen.

Kolejne dwa wrzaski.

– Ratunku! Niech nam ktoś pomoże! – krzyczała Bridget.

Te wrzaski, te wrzaski.

Redaktor inicjujący: Magdalena Gołdanowska

Redaktor prowadzący: Magdalena Matuszewska

Przekład: Dobromiła Jankowska

Redakcja: Maria Wirchanowska

Korekta: Grzegorz Krzymianowski, Dominik Wódz

Projekt okładki, ilustracja wykorzystana na I stronie okładki: © Josh Durham

Skład i łamanie: Dariusz Ziach

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 48

tel. (22) 828 98 08

faks (22) 395 75 78

biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN 978-83-280-5537-7

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

i Marcin Kapusta / Virtualo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Zobacz, co zrobiłam 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer