Komeda

Komeda

Autorzy: Magdalena Grzebałkowska

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 488

Cena książki papierowej: 44.90 zł

cena od: 22.99 zł

Człowiek tajemnica. Listów nie pisał. Dzienników nie prowadził. Mruk. Miły. Uśmiechnięty. Osobny – tak o nim mówili. Większość tego, co wiemy o Krzysztofie Komedzie, pochodzi ze wspomnień jego żony. Często sprzecznych z tym, co pamiętają inni. Agnieszka Osiecka pisała, że gdy grał na fortepianie, jego dłonie opowiadały „małe, kameralne historie o niebie dla dwojga osób”. Ale jego życie taką historią nie było.

 

By poznać prawdę o jednym z najwybitniejszych polskich muzyków, którego kołysankę z Dziecka Rosemary nucił cały świat, Magdalena Grzebałkowska odwiedza między innymi państwa skandynawskie, Rosję i Stany Zjednoczone. Dociera do ostatniego żyjącego świadka tragicznego upadku ze skarpy sprzed pięćdziesięciu lat i jako pierwsza przedstawia jego wersję wydarzeń. Odkrywa osobiste życie polskiego jazzu – Komedy i środowiska, w którym się obracał: od barwnego życia Piwnicy pod Baranami i narodzin warszawskiego Jazz Jamboree aż po Los Angeles tuż po lecie miłości. Poznaje historie ludzi, którzy dla muzyki porzucali pracę, dzieci, dostatnie życie.

 

To poruszający portret pokolenia, dla którego jazz był najpiękniejszą – i często jedyną – namiastką wolności.

 

Magdalena Grzebałkowska jest reporterką, autorką bestsellerowych książek: Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego, Beksińscy. Portret podwójny oraz 1945. Wojna i pokój. Laureatka Nike Czytelników 2016.

Dla Tosi i Roberta

Pierwszy Festiwal Zespołów Sweterkowych

* * *

Dzień trzeci

W środę ósmego sierpnia 1956 roku, około godziny dwudziestej, na zbitą z desek i częściowo przykrytą dywanem scenę wchodzi sześciu młodych mężczyzn w czarnych ubraniach.

Lekarz.

Student mechanizacji rolnictwa.

Plastyk.

Inżynier.

Student konserwatorium.

Muzyk, miłośnik bobrów.

Konferansjer Leopold Tyrmand podchodzi do mikrofonu i ostrzega publiczność, że teraz usłyszy muzykę trudną, ambitną i przeznaczoną wyłącznie dla koneserów. Po czym zapowiada zespół Sekstet Komedy, co „nie oznacza angielskiego słowa »komedia«, tylko jest pseudonimem”.

Ludzie klaszczą. Z poradników dla fanów jazzu wiedzą już, że oklaski są wskazane. Nawet w czasie trwania utworu. Można wołać „jeszcze”, nie wolno krzyczeć „bis”. Wycia i gwizdów należy raczej unikać: „w naszych warunkach nie jest to przyjęte”. Jazzu już się nie tańczy.

Tydzień wcześniej

Tygodnik „Przekrój”: „Uwaga! Kierowcy pojazdów mechanicznych! Uwaga! Jeżeli między 6 a 12 sierpnia na szosach wiodących do Sopotu, spostrzeżecie młodych ludzi pragnących przy pomocy »auto-stop« dostać się na festiwal, podwieźcie ich. Wiemy, że podwieziecie”[1].

Dziesięć tysięcy. Tylu fanów jazzu spodziewają się organizatorzy festiwalu.

Od trzydziestu do sześćdziesięciu tysięcy. Tylu przyjedzie. Dane będą niepewne, bo przybyłych nikt nigdy dokładnie nie policzy.

Czterdzieści cztery tysiące. Tylu ludzi mieszka w Sopocie na stałe w 1956 roku.

Tygodnik „Przekrój” zachęca: „Sprzedaj ostatnią koszulę, zastaw klipsy (jeśli jesteś kobietą, a lubisz jazz) i przybądź do Sopotu!”.

Miasto się zatyka. Brakuje miejsc w hotelach, właściciele kwater prywatnych przyjmują po kilka osób do jednego pokoju. Ludzie koczują na trawnikach, rezerwują kosze na plaży, rozkładają koce na wydmach.

Karnetów (po 70, 105 i 140 złotych) upoważniających do wejścia na wszystkie imprezy festiwalu w kasach Orbisu już brak. Kończą się bilety na pojedyncze wejścia.

Milicja odnotowuje napływ „niebieskich ptaków” i „spekulantów biletowych”.

Jest chłodno, czasem siąpi deszcz.

*

Do Sopotu jadą też jazzmani.

W Poznaniu sześciu członków Sekstetu Komedy wciska się do przepełnionego wagonu. Mają z sobą kontrabas, dwa saksofony (altowy i barytonowy), perkusję i dwa pudła wielkości trumien z rozłożonym na części wibrafonem w środku. Perkusista prosi głośno współpasażerów o nierozpychanie się ze względu na szacunek dla zmarłych wiezionych w skrzyniach. Nikt się nie śmieje. Za ciasno na śmiech.

Zespół Drążek i Pięciu rusza z Krakowa.

Z tego samego miasta jedzie zespół Andrzeja Kurylewicza – ośmiu muzyków i jedna refrenistka Wanda Warska. Ich menedżerka Zofia Lach (od czerwca także menedżerka Sekstetu Komedy) od kilku dni jest już na miejscu.

Ze Stalinogrodu (do niedawna Katowic) nadciąga Zespół Wicharego – siedmiu jazzmanów plus wokalistka Elisabeth Charles (córka Szkotki i obywatela Zanzibaru, żona polskiego lotnika).

Warszawska grupa Pinokio (sześciu jazzmanów) nadciąga prosto z obozu wojskowego. Pianista i saksofonista tenorowy mają ciężką grypę i trzydzieści dziewięć stopni gorączki.

Szczecin reprezentuje pięciu muzyków z zespołu Pawła Gruenspana.

Z Poznania jedzie Grzewina Band (sześć osób) – jedyny polski zespół jazzowy, który grał za granicą – na Zlocie Młodzieży Krajów Nadbałtyckich w Rostoku (NRD).

Siedmiu Melomanów z Jerzym Matuszkiewiczem na czele podąża z Łodzi i Krakowa przez Warszawę. Przekupiony konduktor rezerwuje dla nich cały wagon[2]. Ich refrenistka Angielka Jeanne Johnstone też jest żoną polskiego lotnika.

Czołowy czechosłowacki big-band Kamila Háli z Pragi (dziewięć osób) przyjedzie dopiero w czwartek wprost z polskiego cyrku, w którym gra sezonowo. Dyrektor cyrku, na czas festiwalu, znajduje za nich zastępstwo.

Ośmioosobowy The Dave Burman Jazz Group przyleci prosto z Londynu, już po rozpoczęciu festiwalu, ale jeszcze nie wiadomo kiedy.

Muzycy zostają rozlokowani w kwaterach prywatnych, po czterech–pięciu w jednym pokoju. Zespoły są wymieszane. Słynni Melomani na przykład nocują z nieznanym Sekstetem Komedy, co niektórych członków Sekstetu onieśmiela.

Do miasta docierają też dziennikarze z całego kraju. Ci, którzy zawiadomili wcześniej organizatorów o swoim przybyciu (proszono o to w specjalnie rozesłanych biuletynach), w biurze festiwalowym odbierają karnety upoważniające do wejścia na każdą imprezę i są kierowani do kwater. Zbigniew Zapert z „Expressu Wieczornego” nie anonsował swojego przybycia. Nie ma też upoważnienia od swojego redaktora naczelnego. Jest bardzo niezadowolony, bo karnetów dla dziennikarzy już nie ma. Musi sobie też załatwić nocleg na własną rękę. Na pocieszenie dostaje kilka biletów wejściowych. Ale nawet to nie poprawi mu humoru już do końca festiwalu.

Trzy dni wcześniej

Krzesła są ze szkół.

Zygmunt Wiśniewski:

– Musieliśmy je, jak gdyby siłą, pożyczać. Zostały zwiezione do Sopotu ciężarówką. Potem trzeba było ponumerować oparcia i te same cyfry napisać na karnetach.

Pawilon A, barak z pruskiego muru przy molu (siedziba Bałtyckiej Wystawy Artystycznej), w którym ma się odbywać festiwal, stoi pusty.

Zygmunt Wiśniewski:

– Trzeba było go jakoś przystroić. Dekoracje robili zaprzyjaźnieni plastycy, a te tkaniny nad sceną to już nam pomagała wieszać Opera Bałtycka.

Wiśniewski zatrudnia bileterów.

Wiśniewski dogaduje się z firmą Megafonizacja Kraju, działającą przy Poczcie Polskiej, w sprawie nagłośnienia festiwalu. Wie, że dysponuje ona niedoskonałą aparaturą, ale innej takiej firmy nie ma.

Wiśniewski zatrudnia oświetleniowców z Opery Bałtyckiej.

– Panie Wiśniewski, a można wstawić dodatkowe krzesła?

– A bileciki by pan załatwił?

– Szefie, gdzie rozklejać plakaty?

Trzy dni przed rozpoczęciem I Ogólnopolskiego Festiwalu Jazzowego Zygmunt Wiśniewski, inżynier elektryk kolejnictwa[3], sypia niewiele.

Wspomina:

– O festiwalu, że będę to organizował, dowiedziałem się na początku lipca. Pracowałem na pół etatu w Państwowym Przedsiębiorstwie Imprez Estradowych w Gdańsku, zwanym Estradą. Mój bezpośredni przełożony nazywał się chyba Kowalik, ale mówiliśmy na niego „tramwajarz”, bo był kiedyś motorniczym i partia go skierowała na odcinek kultury. Powiedział tylko do mnie: „Zróbcie, obywatelu, festiwal, bo trzeba to zrobić”. Zadaniem mojej ekipy były sprawy techniczne. Biuro mieliśmy na ulicy Chopina 41, dwa malutkie pokoje. Chodziłem do Leopolda Tyrmanda, do hotelu, mówił mi, co trzeba zrobić, i ja to ze swoimi ludźmi robiłem. Zajęty byłem cały czas, bo problemów było pełno. Na przykład my wstawiliśmy dodatkowe krzesła do sali, a straż pożarna usuwała, bo pilnowała, żeby przejścia były wolne. Ale noclegami muzyków się nie zajmowałem. To komitet artystyczny od Tyrmanda wiedział, kogo zapraszać i gdzie przybyłych ulokować.

Największa trudność była w tym, że nikt nie był w stanie przewidzieć, jakie tłumy przyjadą.

Dzień pierwszy, poniedziałek

Miasto jest gotowe. Władze sprzyjają festiwalowi. Towarzysz Roman Kosznik (rocznik 1927), przewodniczący prezydium Miejskiej Rady Narodowej w Sopocie, w połowie lipca zwierzył się dziennikarzowi „Przekroju”: „Osobiście interesuję się muzyką jazzową nie od dziś. Bywam na wszystkich koncertach tego typu, organizowanych przez gdańską Estradę”[4].

Przed sopockim dworcem stoi plansza zachęcająca do udziału w festiwalu, przy Pawilonie A wisi olbrzymi plakat autorstwa Jerzego Skarżyńskiego, nad ulicami powiewają kolorowe chorągiewki „z osobliwymi malowidłami”.

W pawilonie przygotowano tysiąc dziewięćdziesiąt dwa miejsca, czterysta siedzących dla posiadaczy karnetów („snobi” nazwie ich potem Tyrmand), dziennikarzy oraz przedstawicieli Ministerstwa Kultury i Sztuki. Reszta będzie stała.

Rozpoczynająca festiwal parada w stylu nowoorleańskim ma wystartować o godzinie siedemnastej spod mola. Pójdzie ulicą Grunwaldzką, skręci w Dzierżyńskiego, potem Stalina, dojdzie do Rokossowskiego i skończy się przed Pawilonem A[5].

Jerzy Kosiński, dyrektor gdańskiej Estrady, przewodniczący komitetu organizacyjnego festiwalu, od początku jest przeciwny paradzie. Mogą wziąć w niej udział tysiące ludzi, nad którymi nikt nie będzie miał kontroli. Ale Leopold Tyrmand i przedstawiciele jazz clubów upierają się przy pochodzie. Nikt z organizatorów nie robi jednak przeglądu transparentów, szarf i tablic produkowanych przez studentów uczelni artystycznych z całej Polski.

Ludzie będą potem wspominać, że w powietrzu czuło się napięcie.

*

Ruszają. Na czele, w przedwojennym kabriolecie pomalowanym w paski, jedzie Leopold Tyrmand. Za nim muzycy na platformach ciężarówek, jest też ekipa w bryczce zaprzężonej w dwa konie. Kto ma z sobą trąbkę, ten trąbi. Kto wziął puzon, klarnet czy saksofon, ten dmie i dmucha. Kto zabrał werbel, ten uderza. Są gitary i bandżo, ktoś wciągnął na platformę kontrabas.

Zofia Lach poupinała prześcieradła na zaprzyjaźnionych studentkach. Tańczą teraz wśród jazzmanów.

Muzyków przepasano szarfami z hasłem „jazz – festiwal”, studenci niosą osadzone na kijach tablice z abstrakcyjnymi malunkami, jakiś człowiek dźwiga transparent z nazwiskiem Kurylewicza.

Czterech mężczyzn (ludzie zapamiętają, że byli to aktorzy teatru studenckiego Bim-Bom) niesie po jednej literze na drągu – P, A, D, U. Krążą wokół siebie, zamieniają się miejscami, odwracają tablice w różne strony i tylko czasem ustawiają je w szyku „dupa”. Jan Szczeblewski, sekretarz Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej w Gdańsku, dwa tygodnie po zakończeniu festiwalu napisze w raporcie dla Wydziału Kultury Komitetu Centralnego swojej partii: „Tego rodzaju wybryków miało być znacznie więcej (...), jednak sama młodzież (...) zaprotestowała przeciwko temu i nie dopuściła do przemaszerowania przez miasto innych nieprzyzwoitych napisów”[6].

Muzycy z Sekstetu Komedy idą w kondukcie pogrzebowym. Ubrani na czarno, niosą, jak trumnę, jasną skrzynię od wibrafonu. Okleili ją klepsydrami z tytułami najpopularniejszych polskich szlagierów – Wiśniowego sadu i Mambo Italiano. Zofia Lach gra rolę wdowy po muzyce popularnej i jazzie tradycyjnym. Idzie za trumną podtrzymywana przez jednego z członków zespołu. W rękach trzyma słomkowy kapelusz typowy dla jazzmanów z Nowego Orleanu.

Tuż przed nimi kręci się student archeologii z Warszawy. Półnagi owinął się plakatami festiwalowymi, na głowie ma czapkę z gazety, na nodze napis „Art Fatum” – to nawiązanie do amerykańskiego jazzmana Arta Tatuma. Nazywa się Jerzy Skolimowski. Będzie wspominał:

– Nie znałem wtedy jeszcze ludzi z Sekstetu, ale ponieważ ich kondukt był zabawny, wymieniliśmy jakieś żarty. Postanowiłem wybrać się na ich próbę.

W paradzie idą też fani jazzu, wśród nich Marek Piestrak. W przyszłości zostanie reżyserem, ale na razie ma osiemnaście lat, mieszka w Gdyni i słucha jazzu. Opowiada:

– Pojechałem do Sopotu z dwoma czy trzema kolegami. Sczesaliśmy grzywki do przodu, marynarki przewróciliśmy na drugą stronę, żeby wyglądać jakoś bardziej awangardowo, i włączyliśmy się do smoka tysiącgłowego, który tupał pod transparentem „dupa”. Traktowaliśmy ten festiwal jak otwarcie drzwi na Zachód, do prawdziwego świata. Nasz własny świat był nędzny i zastępczy.

„Tego rodzaju wybryków miało być znacznie więcej” – napisze sekretarz KW PZPR w raporcie po zakończeniu Festiwalu

Sekstet Komedy w kondukcie pogrzebowym podczas parady otwierającej Festiwal

Wzdłuż ulic ustawiają się gapie: matki z dziećmi, młodzież, starcy. Setki, tysiące ludzi. Jest chłodno, kto mógł, włożył płaszcz lub sweter, na ramiona studenta Skolimowskiego ktoś narzucił jasny koc.

Wszystkich filmuje ekipa Polskiej Kroniki Filmowej. Redaktor Zapert notuje w korespondencji dla swojej gazety, że w przemarszu przez miasto „królowały” nieomal zupełnie obnażone dziewczyny. I pyta, dlaczego milicjanci przyglądali się bezczynnie tym „wybrykom i ekscesom”.

*

Flaga festiwalowa idzie na maszt. Płyną dźwięki Swanee River – melodii, która otwiera wszystkie polskie imprezy jazzowe – a Leopold Tyrmand ze sceny pawilonu wygłasza krótkie przemówienie do publiczności:

„Jeśli chodzi o mnie, to nazwałem tę wielką imprezę Pierwszym Festiwalem Zespołów Sweterkowych (...). Nie znajdziecie jazzu w towarzystwie kolorowych fraków ani nafosforyzowanych cylindrów, nie dadzą wam go pracowici słynni dyrygenci. (...) Natomiast w latach, w których jazz nosił na sobie odium kulturalnego miazmatu, gdy zepchnięty został do katakumb, można było usłyszeć w Krakowie, w samotnie stojącym nieopodal cmentarza domu, kilku polskich studentów z różnych miast muzykujących dla siebie i dla grona oddanych miłośników, grających szczerze, gorąco i naprawdę jazzowo. Grali na starych zdezelowanych instrumentach ubrani w zmięte koszule i naddarte swetry, ale grali z całego serca”[7].

Konferansjer Tyrmand zaprasza na estradę pierwszy zespół. Dziś gra grupa Andrzeja Kurylewicza.

W pawilonie panuje ścisk. Widzowie stoją pod ścianami, kucają między rzędami, leżą i siedzą pod sceną. Wolnych miejsc brak. Przed wejściem tłoczy się pięć tysięcy ludzi. Kilku milicjantów nawołuje o spokój, ale nikt ich nie słucha. Fani jazzu napierają na płot otaczający barak, mimo oporu bileterów próbują wepchnąć się do środka. Trzydziestu osobom się to udaje. Reszta się kłębi na zewnątrz. Pęka parkan, ktoś wybija szyby, pod naporem ciał wyłamują się drzwi wejściowe.

Leopold Tyrmand: „Jeśli chodzi o mnie, to nazwałem tę wielką imprezę Pierwszym Festiwalem Zespołów Sweterkowych”

Tyrmand na chwilę przerywa koncert.

Z raportu towarzysza Szczeblewskiego:

„Ob. Tyrmand, mimo (...) iż wiedział o niemożliwości natychmiastowego założenia głośników na zewnątrz pawilonu, głośno się tego domagał, doprowadzając w ten sposób do jeszcze większego wrzenia, co rozzuchwalona młodzież uczciła zbiorowym skandowaniem nazwiska Tyrmand. Wobec takiego stanu rzeczy służba porządkowa była całkowicie bezradna”[8].

Zygmunt Wiśniewski:

– Tam nikt nie dał rady ich powstrzymać, pchali się fanatycy, oni musieli zobaczyć koncert. Dopiero jak przyjechała dodatkowa milicja i udało się część ludzi wyrzucić z tej sali, to porobiło się blokady i nikogo więcej nie wpuszczono. Szybko zrobiliśmy megafonizację na zewnątrz, jakieś głośniki, żeby ludzie mogli posłuchać, zrobiło się lepiej, choć nadal się pchali.

Na widowni siedzi Jerzy Kościelny, konsultant muzyczny Centralnego Zarządu Imprez Estradowych Ministerstwa Kultury i Sztuki. Ma wysłuchać wszystkich koncertów i sporządzić sprawozdanie z festiwalu. Zapisuje obserwacje z koncertu zespołu Kurylewicza: „Jedyną godną uwagi postacią w tym zespole jest jego kierownik i jednocześnie pianista – Kurylewicz. (...) Nie do przyjęcia jest natomiast puzonista – Gadomski. (...) Każde solo puzonisty było dla mnie męką nie do zniesienia”[9].

Dzień drugi, wtorek

Rano w pobliżu sopockiego mola ratownicy zauważają cztery delfiny. Mężczyźni wsiadają do szalup ratunkowych i ruszają w pościg za zwierzętami. „Głos Wybrzeża” informuje czytelników: „Próbowali złowić żywcem jedno ze stworzeń, względnie przy pomocy prowizorycznego harpuna zrobionego z bosaka – upolować”. Delfinom jednak udaje się uciec.

W tym samym czasie w sopockim magistracie trwa narada. Miejscowe władze rozważają przerwanie festiwalu, jednak dochodzą do wniosku, że może to spowodować „nieodpowiedzialne ekscesy”. Przewodniczący prezydium MRN wzywa na spotkanie z członkami rady kilku organizatorów festiwalu, w tym Leopolda Tyrmanda. Krytykuje ich za paradę i awantury podczas koncertu. Tyrmand nie przyjmuje uwag. Mówi: „Pochód w Sopocie był dziecinną zabawką w stosunku do tego, co organizuje się w Warszawie. Ocena panów jest typowo prowincjonalna”[10].

Wobec takiego stanowiska organizatorzy festiwalu zostają wezwani do Wydziału Propagandy Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Gdańsku. Na spotkanie jadą też przedstawiciele władz miejskich i Wojewódzkiej Rady Narodowej. Ustala się zacieśnienie współpracy z Komendą Wojewódzką Milicji Obywatelskiej, zwiększenie liczby koncertów i organizowanie ich w kilku punktach Trójmiasta równocześnie.

Jednak prawdziwego porozumienia między władzami a twórcami festiwalu nie uda się osiągnąć. Towarzysz Szczeblewski zapisze: „Organizatorzy, zaślepieni powodzeniem jazzu, nie zastosowali się do uwag i poleceń”[11].

*

Wieczorem, w pawilonie A, koncert gra zespół Drążek i Pięciu. Konsultant muzyczny ministerstwa: „Ciekawym podaję skład zespołu, a to w celu troskliwego omijania jego koncertów. (...) O naśladowaniu maniery śpiewaczej Armstronga przez skądinąd miłego Stanisława Otałęgę można powiedzieć, że jest szczytowym osiągnięciem błazeństwa estradowego”[12].

Dane mu jest też posłuchać jazzmanów z Pinokia: „Zespół warszawskiego jazz clubu wzbudzał na sali – niestety! – uczucie głębokiego zażenowania”[13].

*

W nocy po molu spaceruje sześciu młodych mężczyzn z Sekstetu Komedy ze swoją menedżerką. Boją się jutrzejszego występu.

„Nasz zespół uprawia wyłącznie jazz nowoczesny – powie dziennikarzowi już po festiwalu lider Sekstetu – a mianowicie bebop, cool, west coast-jazz. Wzorujemy się na zespołach Gerry Mulligana i Modern Jazz Quartet. Jesteśmy pierwszym tego rodzaju zespołem w Polsce. (...) Uprawiamy muzykę dość eksperymentalną, którą trzeba umieć słuchać”[14].

Inne zespoły grają zwykle tylko jazz tradycyjny, czasem tylko dorzucają do repertuaru kilka nowoczesnych utworów. A jeśli publiczność ich nie zaakceptuje? Czy nie zanudzą słuchaczy? Czy fani jazzu dobrze przyjmą wibrafon? A jeśli pomysł z Bachem nie wypali?

Jest z nimi też Jerzy Skolimowski. Na próbie zachwycił się ich grą. Obiecuje, że podczas koncertu usiądzie pod samą sceną i będzie najgłośniej klaskał. Nadają mu pseudonim Kibic.

Dzień trzeci, środa

W samo południe, w pawilonie A, rozpocznie się konferencja prasowa – zapowiadają miejscowe gazety. – Uprasza się o punktualność.

Są już jazzmani. Przychodzą dziennikarze, zjawia się też redaktor Zbigniew Zapert z „Expressu Wieczornego”. Jest i Sławomir Sierecki z „Głosu Wybrzeża”, którego artykuł – krytyczny wobec organizacji festiwalu – ukazał się rano w dzienniku. Czytelnicy przeczytali w nim, że mile zapowiadający się pochód został zeszpecony, a rozwydrzenie i chamstwo pseudomiłośników muzyki ukazały się z całą jaskrawością w czasie koncertu świetnego przecież zespołu Andrzeja Kurylewicza.

Leopold Tyrmand zabiera głos. Tekst Siereckiego nazywa przykładem schizofrenii i obskurantyzmu. Oświadcza też, że jest gotów iść przez Sopot z transparentem składającym się z czterech liter. A wybryki na koncertach jazzowych uważa za wynik tego, że „jazz był długo zabraniany i młodzież obecnie w ten sposób manifestuje swoją radość”.

Czy są pytania od dziennikarzy? Redaktor Zapert podnosi rękę. Chciałby wiedzieć, jakim prawem na festiwal zaproszono tak słabe zespoły jak choćby Pinokio. Pianista zespołu Mateusz Święcicki będzie wspominał po latach: „doszło też do awantury (...). Inżynier Adam Ferch, prezes Warszawskiego Klubu Jazzowego (...) wraz z Sosnowskim [saksofonistą tenorowym] i ze mną zaprotestował przeciwko takim wartościowaniom bez uzasadnienia. Na to Zapert odpowiedział, że nie musi się tłumaczyć. Wówczas zakwestionowano kwalifikacje Zaperta”[15].

W „Expressie Wieczornym” ukaże się wkrótce artykuł zatytułowany Chuligani z zespołu Pinokio.

*

Około godziny dwudziestej na zbitą z desek i częściowo przykrytą dywanem scenę w pawilonie A wchodzi sześciu młodych mężczyzn w czarnych spodniach i bluzach z szalowymi kołnierzami. Ich stroje uszyły koleżanki pianisty ze studiów.

Plastyk staje przed wibrafonem. Za radą Zofii sczesał grzywkę na czoło jak Laurence Olivier w Hamlecie i jest nieprzytomny ze strachu. Słyszał, że Leopold Tyrmand każdego, kto należy do ZMP, uważa za matoła, więc jako były zetempowiec bardzo się go boi.

Lekarz, z dopiero zapuszczoną jasną bródką, zasiada przy fortepianie. Patrzy spokojnie na swój zespół.

Zaczynają utworem Champ z repertuaru Dizzy’ego Gillespiego*.

Plastyk zapamięta:

– Nogi wibrafonu to były skrzyżowane pręty, pośrodku wzmocnione śrubami. Jak się ostro grało, to śruby puszczały i instrument zaczynał osiadać. A ja z nim, coraz niżej, w końcu grałem w przysiadzie. Tak też się zdarzyło w Sopocie. A do tego stanął silnik wibrafonu. Musieliśmy przerwać.

Wezwany elektryk naprawia silnik i skręca nogi instrumentu, zespół czeka na scenie.

Leopold Tyrmand znów staje przed mikrofonem: „Raz jeszcze przepraszamy za wypadek z wibrafonem, ale gdyby państwo wiedzieli, w drodze jakich wyrzeczeń zespół go zdobył, nie byłoby dla nikogo dziwnym, że ma się prawo psuć”[16].

Publiczność jest wyrozumiała (z poradnika: „Nie obrzucaj organizatorów festiwalu przekleństwami w rodzaju »Cholera by ich wzięła za taki bałagan!« (...). Nie mieli przecież żadnych doświadczeń”).

Sekstet Komedy wraca do gry. Po Love Me or Leave Me z repertuaru Gerry’ego Mulligana czas na Memory of Bach.

Tyrmand krótko: „Utwór eksperymentalny oparty na fudze Bacha”.

Grają siedem minut, bez saksofonów.

Kiedy kończą, publiczność szaleje. Są brawa, gwizdy, okrzyki, w górę lecą ubrania.

Przygotowali na ten wieczór dziesięć utworów, Blues in the Closet z repertuaru Buddy’ego de Franco jest ostatni.

Plastyk: „Zaczęliśmy we właściwym tempie, a kończyliśmy niemalże w tempie czeskiej polki. Takiego daliśmy czadu! Wrzaski, fruwały marynary, brawa, wreszcie śpiew Sto lat”[17].

Jerzy Kościelny, konsultant muzyczny ministra kultury, notuje na gorąco: „Zespół ten stylowo różni się znacznie od wszystkich innych uczestników festiwalu i – mimo to – (ku mojemu zdziwieniu) został życzliwie przyjęty przez znaczną część publiczności. Na szczególne uznanie zasługuje fakt wykuwania własnego stylu”[18].

I to już koniec koncertu.

Zylber będzie wspominał po latach: „Przywołuję ten obraz i Krzysztofa – przyjaciela: cofnięty w głąb sceny, drobny, uśmiechnięty, trochę zażenowany, dziękował za oklaski, zdając się mówić: To nie ja – to oni”[19].

Uśmiechają się, choć obiecywali sobie do końca zachować powagę.

Jan Ptaszyn Wróblewski mówi:

– Ani podskoczyć, ani się uśmiechnąć, ani nic, bo to od razu by wyglądało, że robimy coś pod publiczność. Ta ówczesna poza egzystencjalistyczna była straszna.

W środę ósmego sierpnia 1956 roku, około godziny dwudziestej drugiej, ze sceny zbitej z desek schodzi sześciu młodych jazzmanów w czarnych ubraniach.

Krzysztof Komeda Trzciński – lekarz – pianista.

Jan Wróblewski – student mechanizacji rolnictwa – saksofonista barytonowy.

Jerzy Milian – plastyk – wibrafonista.

Jan Zylber – inżynier – perkusista.

Józef Stolarz – student konserwatorium – kontrabasista.

Stanisław Pludra – zawodowy muzyk, miłośnik bobrów – saksofonista altowy.

Otacza ich tłum ludzi, ściskają im dłonie, rzucają się na szyje, dziennikarze proszą o kilka słów dla czytelników.

Ktoś się przepycha. To reżyser Andrzej Munk, pracuje dla Polskiej Kroniki Filmowej:

– Chciałbym jeszcze dziś w nocy nagrać wasz Memory of Bach.

*

Po Sekstecie na scenę wyjdą Melomani. Największa gwiazda polskiego jazzu.

Zdaniem Kościelnego będą nudni: „Pewien złośliwy muzyk (...) zaproponował przechrzczenie ich nazwy na Megalomani. Jest to bowiem zespół z primadonną, której imię i nazwisko brzmi Jerzy Matuszkiewicz”[20].

*

Film się zachowa, czarno-biały, niewyraźny, minuta i pięćdziesiąt pięć sekund. Kamera najeżdża na pianistę, szczupłego blondyna w czarnej bluzie i w okularach z przezroczystymi oprawkami, który zapala papierosa i gasi zapałkę machnięciem prawej dłoni. Spikerka, tonem chłodnym i beznamiętnym, zapowiada: „Komeda, Krzysztof Trzciński. Twórca jednego z najbardziej interesujących zespołów jazzowych w Polsce. Słuchać będziemy kompozycji opartej na temacie Jana Sebastiana Bacha”. Pianista zawiesza dłonie nad klawiaturą i zaczyna grać.

Nagrywają w nocy, w pawilonie A. Komeda, Stolarz, Zylber i Milian. Najpierw cały utwór. Potem powtórki i zbliżenia.

– Panowie, musicie grać tak samo jak za pierwszym razem, pod playback! – woła Andrzej Munk.

Panowie się śmieją. Przecież to jest jazz, tu się nigdy nie gra dwa razy tak samo. Reżyser jest nieugięty, więc czasem na filmie będzie widać, jak muzycy nie trafiają w instrumenty w odpowiednim momencie.

Jerzy Milian w oczekiwaniu na swoją kolej zasypia pod wibrafonem. „Obudzono mnie taktownie, kiedy przyszła właściwa pora – opowie po latach. – Potem na ekranie zobaczyłem zamiast swojej twarzy raczej maskę pośmiertną, cały natomiast filmik odebrałem jako sylwestra w kostnicy, bo rytmy były żwawe, ale grane przez bardzo smutnych i ubranych na czarno panów w kłębach dymu”[21].

Dzień nie wiadomo który

Pianista Krzysztof trzyma za rękę menedżerkę Zofię. Jedzą razem lody Mewa, spacerują po molu, rozmawiają, piją tanie wino.

Komeda poznaje syna Zofii, czteroletniego Tomka. Chłopiec przyjechał do Sopotu z babcią Barbarą Tittenbrun, która go wychowuje.

Pianista pyta menedżerkę:

– A gdybym tak poprosił panią Barbarę o twoją rękę?

Tak to przynajmniej zapamięta Zofia.

Dzień czwarty, czwartek

Londyńczycy z zespołu The Dave Burman Jazz Group lecą do Warszawy z przesiadką w Holandii. Do Gdańska zabiera ich dakota, samolot transportowy z czasów drugiej wojny światowej. Towarzyszy im Audrey, żona Dave’a. Pobrali się tuż przed wyjazdem do Polski.

Zofia Lach z synem Tomkiem. Sopot, 1956

„Głos Wybrzeża” informuje: „Na lotnisku w Gdańsku zgotowano gościom serdeczne powitanie. Gdy członkowie zespołu zstępowali po schodkach samolotu, zespół Wicharego zrobił Dave Burmanowi i jego małżonce miłą niespodziankę. Odegrano marsza weselnego Mendelssohna”[22].

Grupa składa się z przypadkowych muzyków, bo niemal wszyscy członkowie oryginalnego składu odmówili wyjazdu do komunistycznego kraju. Niektórym też nie pozwolono. Gitarzyście, projektantowi samolotów, zabronił pracodawca, De Havilland Aircraft Company. Basiście, wykładowcy akademickiemu – jego uczelnia. Pianista, kierowca autobusu, nie dostał urlopu. Puzonista, dziennikarz relacjonujący psie wyścigi w gazecie „The Greyhound Owner”, zasłonił się nawałem pracy w sezonie letnim.

Dave Burman wspomina:

– Wiele razy miałem telefony z naszego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, żebym się powstrzymał od wyjazdu. Pytano, czy zdaję sobie sprawę z tego, co robię. Ostatecznie, już na lotnisku, musiałem podpisać dokument, że w razie kłopotu nie będę prosił o pomoc ambasady brytyjskiej oraz że mam świadomość ryzyka.

*

Dziś w pawilonie A grają Grzewiński i Kamil Hála.

Konsultant Jerzy Kościelny o liderze zespołu polskiego: „W festiwalu brał udział w charakterze puzonisty. Grę na tym uroczym instrumencie pominę jednak milczeniem”[23].

O Czechach: „Najwyższy poziom techniki zespołowej. Przykry zawód słuchaczom sprawiła refrenistka, której produkcje nie miały z jazzem nic wspólnego”[24].

Dzień piąty, piątek

Prasa zawiadamia: Zespół Gruenspana i Dave’a Burmana zamiast w pawilonie A zagra koncert w Hali Sportowej Stoczni Gdańskiej. W sprzedaży są dodatkowe bilety.

Wieczorne jam session odbędzie się w sopockiej Operze Leśnej. W razie deszczu zostanie przeniesione do hali stoczniowej. Zostaną podstawione autobusy.

Kościelny o Gruenspanie: „Jeśli chodzi o zespół, to poza pianistą Gruenspanem oraz perkusistą Cupakiem nie uważam wymienienia pozostałych członków za możliwe”[25].

Dave Burman i jego zespół też nie robią na wysłanniku ministerstwa większego wrażenia. Wprawdzie muzycy opanowali instrumenty w stopniu dobrym, ale zdaniem Kościelnego soliści improwizują ubogo. „To nie jazz-group tylko jazz-grób”[26].

*

Redaktorowi Zapertowi koncert Anglików może i się podoba, za to zachowanie widzów nie:

„Podczas występów zespołu londyńskiego w Hali Sportowej Stoczni Gdańskiej słyszę ryki, wrzaski, gwizdy. Rozzuchwaleni awanturnicy zdzierają z dziewcząt części garderoby i rzucają je pod sufit. (...) Ten sam obrazek obserwuję podczas jam session w Operze Leśnej (...). W imieniu opinii publicznej domagamy się: wyciągnięcia surowych konsekwencji wobec niefrasobliwych organizatorów tej ponurej afery. (...) Zabronienia na przyszłość organizowania imprez masowych przez tak nieodpowiedzialnych ludzi. Afera sopocka winna znaleźć swój epilog w prokuraturze”[27].

Tadeusz Wasilewski z Centralnego Zarządu Imprez Estradowych ma dosyć dziennikarza „Expressu Wieczornego”. Szykuje pismo z odpowiedzią na zarzuty Zaperta. Zauważa: „Przebieg festiwalu oceniła obiektywnie niemal cała prasa polska, zwracając wprawdzie uwagę na niedociągnięcia (...), ale nie wyolbrzymiając i nie zmieniając przebiegu wydarzeń”[28].

Autor innego, nie podpisanego raportu dla Ministerstwa Kultury dodaje:

„Ob. Zapert nie obdarza sympatią swojego dziennikarskiego kolegę ob. Tyrmanda. Dlaczego jednak do tych osobistych porachunków wykorzystuje pismo i jako tarczy używa opinii publicznej. Na odwadze mu widać nie zbywa. Z prawdą i rzetelnością jest on w kolizji. W sumie człowiek nieodpowiedzialny, który za wprowadzenie w błąd opinii publicznej powinien ponieść karę”[29].

Dzień szósty, sobota

Wieczorem, w Operze Leśnej, koncert All Stars. Grają wszystkie zespoły, także londyńczycy. W wywiadzie udzielonym dziennikarzowi czasopisma „Jazz” powiedzą: technika grających Polaków jest dość dobra; ale niewyrobiona publiczność reaguje zbyt żywo na popisy solistów i nieprawidłowo klaszcze w rytm utworów; perkusistów macie średniej miary; szkoda, że nie możecie słuchać orkiestr jazzowych światowej sławy, „to pozwoliłoby na wchłonięcie nowszych prądów muzycznych, bo (...) wasze orkiestry przypominają nam lata trzydzieste. A zbliżamy się przecież do lat sześćdziesiątych”[30]. I dlaczego nikt nie tańczy?!

Dzień siódmy, ostatni, niedziela

Z początku nic nie zapowiada awantury. Trwają ostatnie przygotowania do wyborów miss Sopotu na molu, które mają się rozpocząć o godzinie dwunastej trzydzieści. Jest to pierwszy oficjalny konkurs piękności w powojennej Polsce. Festyn nazwano Jazz i uroda.

Technicy ustawiają estradę, po której będą się przechadzać panie. Wybory uświetni występ zespołu Grzewińskiego.

W muszli koncertowej na molu od rana grają Pinokio i Melomani. Inni jazzmani też zagrają, około godziny dziewiętnastej wystąpi Sekstet Komedy. Wieczorem ma się odbyć zabawa taneczna. Gdańskie Zakłady Gastronomiczne przygotowują wystawę garmażeryjno-cukierniczą z możliwością konsumpcji.

Publiczność, głównie mężczyźni, schodzi się powoli. Bilet wstępu kosztuje pięć złotych, młodzież i wojskowi w służbie czynnej płacą tylko trzy złote.

W biurze festiwalowym gromadzą się już pretendentki do tytułu najpiękniejszej. „Rewia odbędzie się w kostiumach kąpielowych” – zapowiada „Dziennik Bałtycki”.

Tłum gęstnieje. Milicja nie wpuszcza widzów na drewnianą część mola, ale bilety są wciąż sprzedawane. Napływający bez przerwy ludzie nie mają już gdzie się wcisnąć, obsiadają barierki, biorą się na barana.

Około dwunastej zespół Grzewińskiego próbuje się przebić z instrumentami w stronę estrady, żeby zacząć granie. To jednak niemożliwe. Ludzie ich nie przepuszczają.

Organizatorzy postanawiają więc puścić muzykę z głośników – leci Mackie Majcher. Tymczasem Franciszek Walicki, dziennikarz „Głosu Wybrzeża” i współorganizator festiwalu, zaprasza na scenę kandydatki. Reporterka „Głosu” notuje: „Gwizdy, krzyki, niewybredne epitety pod adresem kandydatek na Miss, obrzucanie spikera płonącymi zapałkami, podnoszenie do góry samochodu Kroniki Filmowej (...). Prym w tej zabawie wodzili szczególnie młodzieńcy w wieku przedpoborowym, piętnasto-, siedemnastolatki”[31].

I wtedy, pod naporem ciał, pęka estrada.

Dziennikarz Polskiego Radia nadaje z mola: są ranni i poturbowani (nie okaże się to prawdą, pogotowie odnotuje tylko jeden przypadek zwichnięcia nogi).

Anonimowy raport dla ministerstwa: „Nie wiem, kto zadecydował, aby puszczać to na antenę Polskiego Radia, ale chyba jakiś nieodpowiedzialny, a żądny sensacji smarkacz”[32].

Franciszek Walicki naradza się z Jerzym Kosińskim. Wskutek zawalenia się sceny postanawiają przenieść konkurs piękności na dach jednego w pawilonów na molo.

Zbigniew Zapert widzi tratujących się ludzi.

Z raportu: „Obywatel Zapert wypisuje głupstwa, że tratowano ludzi. Nie przeczę, może i tratowano, ale przy schodkach prowadzących na dach. Jest to już wewnętrzna sprawa dziennikarzy, którzy tłoczyli się przy tych schodach jak niezdyscyplinowana młodzież”[33].

Erich Lessing, austriacki fotograf, robi zdjęcia kobietom, które z pomocą milicjantów wspinają się po drabinie na dach budynku w strojach kąpielowych i płaszczach, boso i w butach. Panie rozbierają się i każda z przypisanym sobie numerem wędruje po krawędzi dachu.

Zwycięża Elżbieta Sosińska, dziewiętnastoletnia studentka szkoły teatralnej we Wrocławiu. Podczas minuty dla fotoreporterów, którzy także wspięli się po drabinie, pozuje w płaszczu przeciwdeszczowym.

*

Miasto pustoszeje.

Muzycy Sekstetu Komedy opuszczają Sopot z pamiątkowym cynowym pucharem, na którym wygrawerowano napis „Jazz-festiwal, Sopot 1956”.

Organizatorów imprezy wzywa się przed oblicze władzy. Ktoś musi ponieść karę za bałagan kilku ostatnich dni.

[1] Sopot, 6–12 sierpień, Jazz, „Przekrój”, 22 lipca 1956, nr 589.

[2] Podaję za: Marcin Kołodziejczyk, Cały ten zgiełk, „Polityka”, 4 listopada 2009.

[3] Przedwojenny gdańszczanin, syn rozstrzelanego przez Niemców obrońcy Poczty Polskiej.

[4] Sopot, 6–12 sierpień, Jazz, op. cit.

[5] Dziś ta trasa przebiegałaby ulicami: Grunwaldzką – 3 Maja – Niepodległości – Bohaterów Monte Cassino.

[6] Archiwum Akt Nowych w Warszawie, Ministerstwo Kultury i Sztuki, Centralny Zarząd Imprez Estradowych, 1956, 2/366/0/8.5/VIII 23.

[7] Cyt. za: Leopold Tyrmand, Pierwszy Festiwal Zespołów Sweterkowych, „Jazz Forum” 2006, nr 7–8.

[8] Archiwum Akt Nowych w Warszawie, Ministerstwo Kultury i Sztuki, Centralny Zarząd Imprez Estradowych, 1956, 2/366/0/8.5/VIII 23.

[9] Ibidem.

[10] Ibidem.

[11] Ibidem.

[12] Ibidem.

[13] Ibidem.

[14] Przy pół czarnej. Z K. Trzcińskim o jazzie, „Express Poznański”, 23 sierpnia 1956.

[15] Wspomnienia weteranów, „Jazz Forum” 1981, nr 72, s. 29.

[16] Wypowiedzi Leopolda Tyrmanda pochodzą z nagrań dokonywanych podczas I Ogólnopolskiego Festiwalu Muzyki Jazzowej w 1956 roku.

[17] Danuta Lubina-Cipińska, Nie tylko jazz... Biesiady z Jerzym Milianem, Katowice 1997, s. 45.

[18] Archiwum Akt Nowych w Warszawie, Ministerstwo Kultury i Sztuki, Centralny Zarząd Imprez Estradowych, 1956, 2/366/0/8.5/VIII 23.

[19] Cyt. za: Marek A. Karewicz, Dionizy Piątkowski, Czas Komedy, Poznań 2013, s. 104.

[20] Archiwum Akt Nowych w Warszawie, Ministerstwo Kultury i Sztuki, Centralny Zarząd Imprez Estradowych, 1956, 2/366/0/8.5/VIII 23.

[21] Danuta Lubina-Cipińska, Nie tylko jazz..., op. cit., s. 48, 49.

[22] „Głos Wybrzeża”, 10 sierpnia 1956.

[23] Archiwum Akt Nowych w Warszawie, Ministerstwo Kultury i Sztuki, Centralny Zarząd Imprez Estradowych, 1956, 2/366/0/8.5/VIII 23.

[24] Ibidem.

[25] Ibidem.

[26] Ibidem.

[27] Cyt. za: Krystian Brodacki, Historia jazzu w Polsce, Kraków 2010, s. 178.

[28] Archiwum Akt Nowych w Warszawie, Ministerstwo Kultury i Sztuki, Centralny Zarząd Imprez Estradowych, 1956, 2/366/0/8.5/VIII 23.

[29] Ibidem.

[30] Spotkanie festiwalowe. Anglicy dobrze i źle o naszych zespołach, „Jazz” 1956, nr 3.

[31] Uwagi o sopockim festynie, „Głos Wybrzeża”, 17 sierpnia 1956.

[32] Archiwum Akt Nowych w Warszawie, Ministerstwo Kultury i Sztuki, Centralny Zarząd Imprez Estradowych, 1956, 2/366/0/8.5/VIII 23.

[33] Ibidem.

* Jeden z polskich jazzmanów zwrócił mi uwagę, że muzycy z pokolenia Krzysztofa Komedy nie odmieniali imion wykonawców zagranicznych. On i jego koledzy powiedzieliby więc „Dizzy Gillespiego”, „Louis Armstronga”, „Miles Davisa”.

Trzydzieści osiem

* * *

Czaszka porucznika

Na stu fortepianach rozstawionych w poznańskim Pałacu Targowym zwiedzający grają popularne melodie. Najczęściej: Tomasz, skąd ty to masz? i Przysięgnij mi, że jeszcze powrócisz. Felietonista „Dziennika Poznańskiego” zauważa, że najładniej i najsmętniej gra pianino pomalowane na seledynowo. Żałuje, że nie jest jeszcze w różowe kropki.

Krem Cazimi Metamorphoza radykalnie usuwa piegi, wągry, zmarszczki i inne wady cery.

Panu Walentemu Michalakowi skradziono rower męski marki Glorja – wartość 200 zł.

W poznańskiej kamienicy na ulicy Rzeczypospolitej 4 rodzi się Krzysztof Andrzej, syn Zenobii i Mieczysława Trzcińskich.

Wskutek upadku z konia porucznikowi 15. Pułku Ułanów Damjanowi Samsonowi Karczewskiemu pękła czaszka.

Jest 27 kwietnia 1931 roku. Poniedziałek. Pochmurno.

Rodzice

Są zamożni.

Niania do dzieci. Ogrodnik do roślin. Kucharka do obiadów.

Mieczysław Trzciński jest urzędnikiem w Banku Polskim w Poznaniu, w Alejach Marcinkowskiego 12.

Z czasem awansuje i z niedużego mieszkania na ulicy Rzeczypospolitej, gdzie urodził się Krzysztof, przeniesie rodzinę do wynajętej modernistycznej willi na ulicy Lubeckiego 10, w elitarnej willowej dzielnicy Grunwald. Tuż przed wojną zamieszkają w centrum miasta, w służbowym mieszkaniu na drugim piętrze kamienicy na ulicy Działowej.

W Wigilię jadają zupę grzybową z suszonymi owocami (gruszki i śliwki, jabłka, bez śmietany, trochę masła i cebulki). W Wielkanoc żurek zabielany. Ale wpierw dzielą się jajkiem.

Zimą jeżdżą na narty. Latem nad morze.

Czytają dużo książek, bywają w teatrach, w kinie i na koncertach, chodzą do kawiarni.

Jeżdżą na pikniki za miasto. Wtedy rozkładają koc, tato bez marynarki podwija rękawy koszuli i kładzie się obok mamy w letniej sukience. Dzieci sadzają między sobą. Pozują do zdjęcia – Zenobia, Mieczysław i córka Irena są uśmiechnięci. Czteroletni Krzysztof patrzy w skupieniu.

Żadnych nakazów i zakazów. Zamiast tego niejasne poczucie winy. W domu Trzcińskich mówi się: „Nam by się nie podobało, gdybyś tak postąpił”, „Jakbyś tak zrobiła, to mnie by było przykro”. Można wtedy pocałować matkę w rękę i zgodzić się z nią.

Mieczysław i Zenobia nie rozmawiają z dziećmi o pieniądzach (Irena dopiero po ślubie pozna ich wartość), nie poruszają przy nich trudnych tematów, nie podnoszą na siebie głosu, są dla siebie uprzejmi. W dni powszednie dzieci jadają przy osobnym stole[1].

Żony urzędników bankowych nie powinny pracować. Zenobia więc nie pracuje. Oficjalnie. Nieoficjalnie jest właścicielką sklepu z włóczkami, zarejestrowanego na jej brata Rolanda. Przy sklepie działa szkółka, w której klientki, przy kawie, uczą się robić na drutach.

Po co jej ten sklep? Z nudy czy dla zarobku?

Krystyna Zasada (rocznik 1930), córka chrzestna Zenobii, sądzi, że z obu powodów.

– Ciocia lubiła dobrze żyć, była przy tym przedsiębiorcza – mówi.

Krzysztof Trzciński z rodzicami i siostrą Ireną. Częstochowa, lata czterdzieste

A co na to wuj Mieczysław? Nie wie. Nie wtajemniczano dzieci w takie sprawy. Ale wydaje się jej, że nic nie mówił.

– Wujek był raczej, proszę pani, pod kierunkiem cioci. Ona decydowała właściwie o wszystkim.

Zenobia

Dla syna będzie najważniejsza. Przynajmniej do chwili kiedy pozna on Zofię Lach. Ale nawet długo potem, w październiku 1968 roku, wyśle do niej z okazji imienin telegram z Los Angeles: „Kochanej mamusi sto lat życzy kochający Krzysztof”.

O niej mało.

Przychodzi na świat w Częstochowie w 1908 roku.

Ma ojca Kazimierza Nałęcz-Gębickiego. A właściwie prawie go nie ma, bo umarł na gruźlicę. Był oficerem armii carskiej.

Ma matkę Władysławę, córkę zamożnego mieszczanina, który z powodu nieudanych interesów utracił kamienice w mieście i grunty na tyłach Jasnej Góry. „Znamy takiego jednego mądrego, który cały majątek zamienił na siedem bochenków chleba” – będą go wspominać w rodzinie.

Ma dwie siostry. I dwóch braci. Są utalentowani muzycznie.

Zenobia, czwarta z rodzeństwa, czyta nuty, gra na pianinie, najchętniej piosenki wodewilowe. Ale nie śpiewa publicznie, nawet wśród bliskich. Nawet kolęd w Wigilię. Unika krępujących sytuacji. Kiedy siostra Halina prosi ją, żeby została matką chrzestną jej córki Krystyny, zgadza się, ale nie trzyma dziecka przed ołtarzem osobiście. Jest wtedy w ciąży z Krzysztofem i nie chce stać z dużym brzuchem przed tłumem ludzi. Prosi więc kogoś o zastępstwo.

Przed ślubem pracuje krótko jako sekretarka w gabinecie lekarskim.

Czesze się gładko, z przedziałkiem, nosi się elegancko, figurę ma pełną, na zdjęciach uśmiechnięta. Ciemnowłosa, śniada. Urodę odziedziczy po niej córka.

Mieczysław

O nim jeszcze mniej.

Starszy od Zenobii o czternaście lat.

Pochodzi ze wsi Mierzyn, w Łódzkiem, z rodziny robotniczej.

Kim są jego rodzice? Nikt nie zapamięta.

Ma siostrę i brata o imieniu Hilary.

Gimnazjum kończy w Częstochowie, podobnie jak kursy handlowe[2].

Znajomi wołają na niego Dłutko (bo ojciec stolarz?). Potrafi grać na skrzypcach.

Robi karierę urzędniczą w Piotrkowie Trybunalskim – wpierw w Komisji Aprowizacyjnej, potem w Polskiej Krajowej Kasie Pożyczkowej[3], a w końcu w Banku Polskim Spółce Akcyjnej.

Zenobię poznaje przez brata swojego przyjaciela z Częstochowy, który zabiega właśnie o uczucie jej siostry Haliny.

Mieczysław Trzciński zakochuje się w Zenie. A Zena w nim.

I jest to podobno prawdziwa miłość.

Biorą ślub w czerwcu 1930 roku i wyjeżdżają do Poznania.

Na zdjęciach Mieczysław wygląda poczciwie. Ma dobre oczy, nieśmiały uśmiech i dołeczek w brodzie. Syn będzie miał taki sam. Niestety, biało-czarne fotografie nie przekazują, czy rudawy kolor włosów syn odziedziczy także po nim.

Krzysztof z Ireną. Poznań, 1935

Irena

Młodsza o dwa lata od brata.

„Mama kochała Krzysztofa bardziej niż mnie” – powie w przyszłości do kamery[4].

Konserwatorium

W domu Trzcińskich stoi fortepian marki Blüthner. Zenobia uczy swoje dzieci grać. Krzysztof zaczyna w wieku czterech lat. Matka zauważa, że syn z chęcią siada przy instrumencie. „Pamiętam, z jakim mozołem i ukradkiem ćwiczył Sto lat, by zagrać mi to na imieniny. To było ujmujące, ale i szokujące”[5] – powie po latach Zenobia.

I będzie to jej jedyna publiczna wypowiedź o dzieciństwie syna.

„W swoich pierwszych marzeniach widziałem się w roli sławnego wirtuoza”[6] – będzie wspominał Komeda.

I będzie to jego jedyna publiczna wypowiedź o swoim dzieciństwie.

Krystyna zapamięta, że Krzysztof potrafił zagrać każdą piosenkę kapeli ulicznych.

– Stał na balkonie, usłyszał, siadał do pianina i od razu grał – opowiada.

Rok przed wybuchem wojny chłopiec zdaje egzaminy do Państwowego Konserwatorium Muzycznego w Poznaniu. Znajdują u niego słuch absolutny. Ma osiem lat i według wspomnień rodzinnych zostaje najmłodszym studentem uczelni. Jest już wtedy uczniem pierwszej klasy szkoły powszechnej.

Nie zachowały się dokumenty związane z przyjęciem Krzysztofa do szkoły muzycznej, przepadł indeks, w którym widniało zdjęcie chłopca i jego kulfoniasty podpis. Archiwum Akademii Muzycznej w Poznaniu, spadkobiercy konserwatorium, zawiadamia mnie, że w czasie wojny zaginęła wszelka dokumentacja związana z działalnością uczelni przed 1939 rokiem.

Państwowe Konserwatorium Muzyczne proponowało trzy etapy kształcenia. Krzysztof Trzciński zapewne zdał egzamin do dwuletniej szkoły wstępnej. Po jej zakończeniu miałby prawo do nauki w liceum (cztery lata) i akademii (trzy lata).

[1] Niektóre informacje o metodach wychowawczych w domu Trzcińskich pochodzą z: Emilia Batura, Komeda. Księżycowy chłopiec, Poznań 2010, s. 18.

[2] Informację o wykształceniu podaję za: Krzysztof Balkiewicz, Krzysztof Komeda. Moja słodka europejska ojczyzna, Łódź 2013, s. 54.

[3] Ibidem.

[4] Cytat pochodzi z filmu Claudii Buthenhoff-Duffy, Krzysztof Komeda. Muzyczne ścieżki życia, Finlandia, Niemcy, Polska, Szwajcaria, 2009.

[5] Marek A. Karewicz, Dionizy Piątkowski, Czas Komedy, Poznań 2013, s. 83.

[6] Jerzy Radliński, Obywatel jazz, Kraków 1967, s. 181.

Był duży kłopot

* * *

Polio

Wysoka gorączka zaatakowała pierwsza. Za nią przyszedł silny ból głowy. Dreszcze. Krzysztof jest chory.

Przeziębienie? Grypa?

Zenobia Trzcińska nie może wezwać na pomoc lekarza. Jest koniec sierpnia 1939 roku, a ona, wraz z dziećmi, spędza wakacje w chacie rybackiej w nadmorskiej wsi Chałupy. Do pomocy ma tylko kobietę, której na imię Halina[1]. Mieczysław, który jeszcze niedawno był z nimi, został pilnie wezwany do Poznania. Bank Polski ma być przygotowany do ewakuacji z powodu zagrożenia nadchodzącą wojną.

Dziecko czuje się coraz gorzej, gorączka wzrasta, więc kobiety na zmianę okładają je zimnymi prześcieradłami. Krzysztof zaczyna wymiotować, dostaje biegunki. Ma też uczucie sztywności w karku i plecach.

Kiedy po kilkudziesięciu godzinach temperatura spada, Zenobia zarządza powrót do Poznania. Jej syn jest nadal bardzo słaby, nie może chodzić samodzielnie, w dodatku stracił władzę w prawej nodze. W drodze powrotnej trzeba go nieść na rękach.

Zenobia Trzcińska musi sobie zdawać sprawę z tego, że Krzysztof ma chorobę Heinego-Medina, zwaną polio. Na pewno zna wiele dzieci, które zostały dotknięte niepełnosprawnością z jej powodu. Od początku XX wieku przez półkulę północną przetacza się pandemia tej choroby. Co roku w Polsce wirusem zaraża się kilkaset osób, głównie dzieci. To i tak niewiele w porównaniu ze Stanami Zjednoczonymi, gdzie chorych liczy się rocznie w tysiącach (polio dopada nawet prezydenta Franklina Delano Roosevelta). Z choroby można wyjść bez szwanku, ale wielu zarażonych wirusem traci władzę w nogach i rękach.

I wciąż nie ma lekarstwa na chorobę Heinego-Medina[2].

Ewakuacja

1 września 1939 roku, kiedy Zenobia z dziećmi jest w drodze do Poznania, wybucha wojna, a na fortepian Blüthnera w mieszkaniu Trzcińskich spada niemiecka bomba zrzucona z samolotu. Oprócz instrumentu niszczy kamienicę na ulicy Działowej. Z gruzów uda się wydobyć jedynie albumy rodzinne.

Tego dnia, wskutek bombardowań przeprowadzonych kilkakrotnie nad miastem, ginie dwustu cywilów i około czterdziestu pięciu żołnierzy.

Zenobia dociera do Poznania prawdopodobnie w sobotę 2 września. Zatrzymuje się u swojego brata Rolanda. Cała jej własność to teraz zawartość walizek przywiezionych z wakacji.

Trzcińscy kontaktują się z lekarzem, który potwierdza diagnozę – Krzysztof przeszedł polio. Doktor zaleca długą rehabilitację porażonej nogi.

Ale to wykluczone.

W poniedziałek 4 września Mieczysław i Zenobia z dziećmi siedzą już w jednym z dwóch pociągów, którymi ewakuowani mają być pracownicy poznańskich banków (z centralą w Warszawie) wraz z rodzinami, gotówką, papierami wartościowymi, maszynami i dokumentacją[3]. Będą jechać na wschód, do Warszawy, a być może i do Lwowa. Tam Niemcy na pewno nie dotrą.

Pociąg Banku Polskiego rusza około dziesiątej rano. Krzysztof nadal nie czuje się dobrze. „Ciągle był tak chory, że gdy ewakuowano nas z Poznania, ojciec na rękach wnosił go do pociągu”[4] – zapamięta jego siostra.

Powrót

Pociąg ewakuacyjny posuwa się bardzo wolno. Głównie stoi po wiele godzin w polu – pierwszeństwo mają transporty wojskowe i medyczne. Wciąż zdarzają się niemieckie naloty. Ludzie chronią się wtedy pod wagonami. „Leżeliśmy pod pociągiem, a ponieważ Krzysztof nie chodził, to go cały czas przenosili i nosili. Był duży kłopot” – opowie Irena[5].

W środę 13 września transport staje ponownie, tym razem między Kutnem a Żychlinem. Od początku przejechali zaledwie sto pięćdziesiąt kilometrów. W dodatku dalsza jazda nie będzie możliwa, jak zawiadamiają ich żołnierze: z powodu bombardowań tory zostały zniszczone.

Ludzie z pociągu muszą teraz radzić sobie sami. Wyżsi urzędnicy wypłacają im pieniądze na drogę. Niektórzy decydują się iść do Warszawy. Trzcińscy postanawiają wrócić do Poznania.

Idą z dziećmi pieszo, czasem ktoś ich podwiezie furmanką. Niosą syna na zmianę, nocują w wiejskich chałupach. Mieczysław zdobywa od kogoś rower. Irena zapamięta, że jeździł nim po zaopatrzenie[6]. Zenobia choruje w drodze na dyzenterię, gospodyni w jednym z domów, w których nocują, leczy ją ziołami.

Prawdopodobnie pod koniec września Trzcińscy docierają w końcu do Poznania.

Reichsgau

Krzysztof, mimo wojny, jest poddawany rehabilitacji. Jego stan się poprawia. Ostatecznie będzie miał jedną nogę nieco chudszą i krótszą. Do końca życia będzie tylko lekko utykał.

I to jest dobra wiadomość.

Ze złych:

Poznań teraz nazywa się Posen i leży na terenie Reichsgau Posen (wkrótce zaś Warthegau). Polacy nie są tu mile widziani. Nie mogą siadać w parkach na ławkach podpisanych „Nur für Deutsche”, racje żywnościowe zależą od czystości ich rasy, a Hitler zamierza wkrótce zasiedlić Reichsgau Niemcami ze Wschodu, wysiedlić zaś stąd Polaków i Żydów.

Trzcińscy nie mają swojego mieszkania. Jak długo mogą siedzieć Rolandowi na głowie?

Mieczysław powinien się zgłosić do pracy. To nakaz okupanta, za odmowę grozi kara śmierci. On nie zamierza jednak pracować dla Niemców.

Sklep Zenobii nie istnieje. Komu potrzebne teraz ekskluzywne włóczki?

Właściwie nie mają z czego żyć.

Postanawiają przenieść się więc do Częstochowy (wkrótce Tschenstohau), która leży od niedawna na terenie Generalnej Guberni, i tam przeczekać najtrudniejszy czas.

Osiem transportów

Docierają na miejsce pociągiem towarowym w listopadzie.

Zenobia raz jeszcze pojedzie do Poznania, przywiezie stamtąd albumy ze zdjęciami, kołdry i kilka talerzy.

„W obecnej sytuacji każda ocalała rzecz była bezcenna, gdyż zostaliśmy właściwie bez niczego”[7] – powie po latach jej córka Irena.

W październiku 1939 roku na częstochowskim dworcu, jeszcze przed Trzcińskimi, znaleźli się pierwsi przymusowi wysiedleńcy z Gdyni (obecnie Gotenhafen). W grudniu dołączą do nich Wielkopolanie wyrzuceni z Reichsgau i Żydzi z Łodzi. W sumie, przez rok, do miasta trafi osiem transportów wysiedlonych, prawie sześć tysięcy ludzi z różnych stron kraju[8]. Część wyjedzie dalej, inni zostaną tu co najmniej do końca wojny.

Wkrótce do miasta przyjeżdżają siostra Zenobii Halina z mężem Antonim i córką Krystyną. Uciekli ze Lwowa, gdzie za udział Antoniego w wojnie polsko-bolszewickiej groziła im wywózka na Sybir. Do Częstochowy przenoszą się też z Poznania Roland z rodziną (być może przymusowo wysiedleni) oraz rodzeństwo Mieczysława[9].

– Nasza rodzina zawsze miała bliski kontakt, ale okupacja nas jeszcze zbliżyła – mówi Krystyna Zasada.

Tschenstohau

Zdaje się, że Trzcińscy przez chwilę mieszkają u Władysławy, matki Zenobii, ale szybko wynajmują mieszkanie w centrum miasta, na pierwszym piętrze kamienicy w alei Najświętszej Marii Panny 31 (wkrótce Adolf Hitler Alee). Dwadzieścia minut od Jasnej Góry.

Krystyna Zasada:

– Mieszkanie było dwupokojowe, wydzielone z bardzo dużego lokalu. Wchodziło się od razu do kuchni, potem był korytarz z łazienką i spiżarnią, za nim duży pokój z oknami na podwórze. A potem, przez coś w rodzaju ciemnej garderoby, przechodziło się do pokoju dziecięcego, od strony alei. Ponieważ moja mamusia chorowała na gruźlicę, przez pewien czas mieszkałam z Trzcińskimi. Spaliśmy w pokoju z Irką i Krzysztofem, na metalowych łóżkach. Wszyscy, którzy dojechali w wojnę, mieli takie, także ciocia Zena i wujek Mietek. U nich w pokoju były jeszcze stół i krzesła, nie pamiętam, czy jednakowe. I pianino tam stało.

Kamienica przed wojną należała do eleganckich, z klasycystyczną fasadą i sklepem Wedla od ulicy, za to z długimi oficynami zamykającymi podwórze w prostokąt, skąd przez półokrągłą bramę przechodziło się do ogrodu.

Właściciel domu, żydowski doktor Edward Kohn, był społecznikiem. Jedno z mieszkań użyczał chasydom z Góry Kalwarii na bożnicę, inne Towarzystwu Higienicznemu i Lekarskiemu. Umarł w 1927 roku. Jego syn Wacław Konar, internista, prowadził w kamienicy laboratorium analityczne[10]. Prawdopodobnie to on podzielił duże mieszkania na mniejsze, dla wojennych tułaczy.

U Trzcińskich nieustannie ktoś nocuje. Znajomi i obcy. Wysiedleńcy i dobrowolni uciekinierzy. Rolę pokoju gościnnego grają kuchnia i spiżarnia.

Po powstaniu warszawskim łóżka w spiżarni zajmą dwaj mężczyźni, być może nauczyciele, znają języki obce. Jeden z nich będzie uczył Krzysztofa niemieckiego, drugi Irenę i Krystynę francuskiego.

Ale z sąsiadami Mieczysław i Zenobia się nie spoufalają. Przez nowych i starych mieszkańców kamienicy Zena uważana jest za kobietę piękną i elegancką, lecz zdystansowaną. Jej mąż za to jest postrzegany jako człowiek zasadniczy.

Mała stabilizacja

A gdyby tak udawać, że wojny prawie nie ma?

W tym celu można otworzyć komis o nazwie Okazja. Taki sam prowadzi już w Częstochowie brat Mieczysława. Okazję należy zarejestrować na Zenobię, bo Mieczysław wciąż podlega obowiązkowi pracy i nadal nie zamierza pracować dla Niemców. Po wojnie napisze w życiorysie: „Nie dałem się wysługiwać okupantom w Banku Emisyjnym, jako bankowiec. Zająłem się komisem, z którego utrzymywałem żonę i dwoje dzieci”[11].

Krystyna Zasada:

– Ten komis był malutki. Na ulicy Kościuszki. Nie było tam żadnych mebli, tylko krótki kontuar. Bardzo dobry punkt. Ludzie przynosili głównie biżuterię i futra.

Czasem rodzicom pomaga syn. Z podania Krzysztofa Trzcińskiego na studia: „Pracowałem w charakterze chłopca do posyłek”[12].

Wojna nie znosi stabilizacji. Można więc, na złość wojnie, zatrudnić gosposię na stałe. Trzcińscy posyłają ją na wieś, po mięso. W porze łapanek, kiedy wyjazdy są niebezpieczne, rodzina żywi się popularką – czarnym kwaśnym chlebem z buraczaną marmoladą[13].

W udawaniu, że nie ma wojny, pomagają rodzinne uroczystości. Na niedzielne obiady nie zaprasza się wzajemnie (problemy z aprowizacją), imienin się nie obchodzi, ale Boże Narodzenie i Wielkanoc jak najbardziej.

I jeszcze są sylwestry. Najczęściej u Rolanda, który oficjalnie ma hurtownię – Handelsbüro START Roland Gembicki – a nieoficjalnie szmugluje też cukier i wspomaga miejscowy oddział Armii Krajowej. Stać go na podejmowanie gości. Pod koniec wojny zdobędzie nawet skądś szafę grającą z kilkoma płytami, zapewne niemieckimi.

Wojnę można oszukać też na inne sposoby.

W niedzielę trzeba się ubrać odświętnie i z dziećmi trzymanymi za ręce pójść na mszę do klasztoru jasnogórskiego. Potem można pozwolić im pobiegać z kuzynami po parku, samemu oddając się rozmowie z krewnymi.

W tygodniu powinno się zapewnić Irenie i Krzysztofowi szkołę. Trzeba ich posłać na tajne komplety: córkę do nazaretanek, syna do braci szkolnych[14].

Czasem tylko syn, zamiast do tajnej szkoły, trafia do szpitala. Powikłania po heinemedinie wywołują zapalenie stawów.

Można też wypuścić dzieci na podwórko. Enklawa kamienicy pod numerem 31 daje poczucie bezpieczeństwa.

– Na środku podwórka był trawnik, a naokoło bieżnia. Tam gonili się złodzieje z policjantami. Pamiętam, że Krzysztof miał problemy z bieganiem, więc był przeważnie policjantem. Spisywał protokoły. Był najważniejszy, że tak powiem. Z chudszą nóżką, w krótkich spodenkach, ale dzieci się z nim liczyły. On miał dużo różnych wiadomości – zapamięta Anna Kłyszewska (z domu Rydzewska), rówieśnica Ireny, sąsiadka Trzcińskich z drugiego piętra. – A my z Irenką byłyśmy pielęgniarkami, naklejałyśmy plasterki na kolana. Albo gotowałyśmy z błota. Jak rzadkie, to była kawa, jak gęste, to ciasto. Czasem chodziliśmy do ogrodu, na końcu podwórka za bramą. Wolno nam było tam piec w ognisku chleb na patyku albo kartofle, jeść jabłka z drzewa. W chłodne dni siadywaliśmy na klatce i najstarszy z dwunastki Preislerów, rodziny z Poznania, też mieszkających w naszym domu, opowiadał historie o kowbojach albo czytał na głos o Dzikim Zachodzie. Znaczy ta wojna nas jakoś nie dotyczyła, szła ulgowo, nie było żadnych szarpanin.

Krzysztof Trzciński na wakacjach z psem Lordem. Wieś Olsztyn pod Częstochową

W czasie wakacji można też uciec przed wojną na wieś. Zenobia pakuje na wóz kołdry, garnki, jedzenie, gosposię, dzieci i wyrusza na dwa miesiące do chałupy wynajętej we wsi Olsztyn pod Częstochową. Jej siostra wynajmuje dom po drugiej stronie ulicy. Ojcowie dojeżdżają w wolne dni.

Krystyna Zasada:

– Raz z gosposiami poszliśmy na grzyby. Byłam najstarsza, za mną rok młodszy Krzysztof, potem Irena i moja sześcioletnia siostra Zuzanna. Ja oczywiście znalazłam najwięcej grzybów. Krzysztof na pewno zrobił to niechcący, ale jakoś tak mnie potrącił i wszystkie moje grzyby wypadły. Dostałam histerii, zaczęłam go bić. Byłam silniejsza i wyższa od niego, on wątły. Wtedy Irka zaczęła go bronić i doskoczyła mnie tłuc. Na to moja siostra zaczęła walić Irenę. Wtedy nasza gosposia stanęła za mną, ich za nimi. To ja już nie wytrzymałam i krzyknęłam, że taką rodzinę to ja mam w dupie. Dostałam karę za ordynarne słowo. Po powrocie do Częstochowy przez dwa miesiące nie wolno mi było wyjść na dwór. I dlatego to tak dobrze pamiętam.

Komeda

Istnieją dwie wersje.

1.

Podczas zabawy w policjantów i złodziei Krzysztof Trzciński urządza kwaterę dowództwa w kącie podwórka. Na drzwiach komórki pisze kredą słowo KOMĘDA zamiast komenda.

Dzieci się z niego śmieją.

2.

Podczas zabawy w wojsko, w mieszkaniu rodziców, Krzysztof Trzciński zostaje dowódcą. W korytarzu urządza kwaterę. Na drzwiach spiżarni pisze kredą słowo KOMEDA zamiast komenda.

Dzieci się z niego śmieją.

Muzyka

Stuka palcami w stół podczas obiadów, gra na niewidzialnej klawiaturze. Upominają go, żeby przestał.

Idzie do łazienki umyć ręce, długo nie wraca. Znajdują go zamyślonego – gra w miednicy wypełnionej wodą.

Zenobia zatrudnia dla Krzysztofa nauczycielkę muzyki. Chłopiec chodzi do niej z nutami pod pachą. Z czasem Trzcińscy kupują pianino i lekcje odbywają się u nich w domu. Irena też się uczy. Dzieci ćwiczą repertuar klasyczny, dużo Chopina, są też Bach, Mozart, Beethoven.

Krzysztofa nie trzeba zmuszać do grania.

– Ale nie mogę powiedzieć, żeby siedział przy instrumencie od rana do wieczora – mówi Krystyna.

– Imponowało nam, że gra na pianinie. Jedyny z całego podwórka. Ale współczuliśmy mu, że musi wracać do domu ćwiczyć, kiedy my siedzimy na trzepaku. Zawsze tato go wołał. Krzysztof nie żalił się jednak, był bardzo spokojny – wspomina Anna Kłyszewska.

Nauczycielka

Kto uczy Krzysztofa?

Koleżanki z podwórka będą po latach wspominały starszą siwą panią[15].

Irena zapamięta, że mieszkała niedaleko.

Zofia, żona Komedy, zapisze we wspomnieniach, że mąż jej mówił o żydowskiej nauczycielce.

Wygląda na to, że Krzysztof Trzciński uczy się u Wandy Kopeckiej.

Mam jej fotografię, uciętą na pół w poziomie[16]. Pół pianistki trzyma dłonie na klawiaturze połowy pianina. Kopecka na zdjęciu jest jeszcze młoda, ciemne włosy związała w ciężki kok, modny przed pierwszą wojną światową. Fryzur obowiązujących po zakończeniu drugiej wojny światowej nie będzie dane jej poznać. Umrze w 1942 roku w Treblince wraz ze swoim ojcem Maurycym Neufeldem, właścicielem największego składu aptecznego w Częstochowie. Ukończyła konserwatorium w Petersburgu, koncertowała w Europie, uczyła w konserwatorium warszawskim, przed wojną wróciła do rodzinnego miasta.

Mieszka w domu w alei Najświętszej Marii Panny pod numerem 35. Dzieli ją kilkanaście kroków od kamienicy, w której mieszkają Trzcińscy. Jeszcze przez chwilę Wanda może do nich przychodzić. Ale na początku kwietnia 1941 roku Niemcy zamykają ją w miejscowym getcie wraz z doktorem Wacławem Konarem i prawie czterdziestoma tysiącami innych Żydów.

Zofia, żona Komedy, napisze we wspomnieniach: „(...) matka załatwiła Krzysiowi przepustkę na teren getta i tam kontynuował naukę”[17].

– To niemożliwe – mówi Krystyna Zasada. – Znając ciocię, bardzo wątpię, żeby puściła tam Krzysztofa.

Wanda Kopecka – prawdopodobnie to ona uczyła Krzysztofa gry na pianinie podczas okupacji

Nie wiadomo, czy ktoś jeszcze uczy go w czasie wojny muzyki. Raczej ćwiczy pod okiem matki.

Koniec wojny

Radzieckie czołgi wjeżdżają do Częstochowy po południu 16 stycznia 1945 roku. Kilka z nich rusza aleją Najświętszej Marii Panny w stronę Jasnej Góry, ale Krzysztof i Irena nie widzą tego z okna swojego pokoju. Walki z Niemcami przeczekują w piwnicach domu na ulicy Katedralnej 8, gdzie mieszka ich babcia. Są z nimi rodzice i siostra Zenobii Halina z najbliższymi.

Dzień później, z samego rana, dowódca 54. Brygady Pancernej Iwan Czugunkow melduje swoim przełożonym, że miasto zostało zdobyte.

W Częstochowie, od listopada 1944 roku, na ulicy Sobieskiego 84 mieszka z matką Marek Hłasko, młodszy od Krzysztofa o trzy lata.

Nie znają się. Spotkają się pierwszy raz po dwudziestu trzech latach w Los Angeles.

Trzcińscy starają się nie wypuszczać dzieci na ulicę. „Byliśmy od tego całkowicie odseparowani. W ogóle w domu takiego słowa jak Rosjanie nie było” – zapamięta Irena[18].

Hłasko widzi więcej. „Rosjanie weszli; rozbito cysternę ze spirytusem i potem ludzie leżeli w błocie, pijąc spirytus zmieszany z rozdeptanym śniegiem. (...) Brali nasze zegarki i nasze obrączki; brali nasze kobiety, ale nie chcieli naszej gościny i naszego dachu nad głową” – napisze po latach[19].

Rosjanie zostaną tu do czerwca 1946 roku. W tym czasie zgwałcą jedenaście kobiet, zabiją dwadzieścia dwie osoby, dokonają trzydziestu sześciu napadów rabunkowych, okradną sto trzydzieści sześć razy[20].

To dane oficjalne.

Liczba nie zgłoszonych przypadków pozostaje nieznana.

Szkoła

W styczniu 1945 roku Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego wydaje dekret o powstaniu Narodowego Banku Polskiego. Tymczasową centralę ustanawia w Łodzi i Krakowie. Mieczysław Trzciński zgłasza gotowość do pracy. Zostaje wysłany na placówkę na zachód, do Żar (dotychczas niemieckiego Sorau), na ziemiach, które wkrótce wszyscy będą nazywać odzyskanymi albo wyzyskanymi[21].

Krzysztof wraca do szkoły.

Od 1 lutego działa już męskie gimnazjum i Liceum imienia Romualda Traugutta w Częstochowie. W przedwojennej siedzibie szkoły na razie jest szpital radziecki, chłopcy uczą się więc na najwyższym piętrze liceum żeńskiego.

Krzysztof Trzciński ma czternaście lat i prawdopodobnie jeszcze wiosną 1945 roku trafia do klasy pierwszej gimnazjalnej, którą kończy latem w trybie przyspieszonym. Wstępuje też do harcerstwa. Niewysoki blondyn, wygląda na najmłodszego wśród kolegów.

„Myśmy się wtedy pasjonowali sportem, a on nie. Trzymał się na uboczu” – powie w przyszłości dziennikarzowi Jan Staniewicz, kolega z klasy[22].

Anonse

„Kawiarnia, dancing, muzyka jazzowa. Wyborowa kawa i bufet. Ul. Bracka 20”, „Życie Warszawy”, 15 lipca 1945.

„Trąbka jazzowa okazyjnie do sprzedania. Ciepła 3 m. 20”, „Życie Warszawy”, 21 sierpnia 1945.

„Leopold Tyrmand znajduje się w Warszawie. Adres – Koszykowa 14, u prof. Wasiutyńskiego”, „Życie Warszawy”, 24 sierpnia 1945.

„Rutynowana perkusistka (jazzb.) wstąpi do zespołu. Orłowo, ul. Inżynierska 15”, „Dziennik Bałtycki”, 19 listopada 1945.

[1] We wspomnieniach rodzinnych pani Halina raz jest opiekunką z Poznania, innym razem żoną rybaka.

[2] Hilary Koprowski, przyszły twórca szczepionki, studiuje na razie medycynę na Uniwersytecie Warszawskim i muzykę w warszawskim konserwatorium. Nie może zdecydować – bardziej chce być lekarzem czy pianistą. W każdym razie wirusologii uczy się, grając jednocześnie etiudy Chopina. Informacje o polio zaczerpnęłam z: Józef Krzyk, Polio, choroba bogatych, „Gazeta Wyborcza”, 1 marca 2013.

[3] Informacje o ewakuacji banków z Poznania pochodzą z: Jacek Wiesiołowski, Relacje o ewakuacji PKO i innych banków poznańskich we wrześniu 1939 roku, w: „Kronika Miasta Poznania” 1997, r. 65, nr 2: Banki poznańskie, s. 203–218.

[4] Cyt. za: Krzysztof Balkiewicz, Krzysztof Komeda. Moja słodka europejska ojczyzna, Łódź 2013, s. 45.

[5] Cytat pochodzi z filmu Nataszy Ziółkowskiej-Kurczuk, Komeda, Komeda, Telewizja Regionalna – Stowarzyszenie Europejskie, 2012.

[6] Informacja pochodzi z: Krzysztof Balkiewicz, Krzysztof Komeda, op. cit., s. 49.

[7] Ibidem, s. 58.

[8] Dane za: Stanisław Rybicki, Pod znakiem lwa i kruka, Warszawa 1990, s. 103, 104.

[9] Niewykluczone jest też, że rodzeństwo Mieczysława Trzcińskiego mieszkało w Częstochowie już w okresie międzywojennym.

[10] Informacje o kamienicy pochodzą z: Tadeusz Piersiak, Biuro z zabytkami, „Gazeta Wyborcza”, 25 listopada 2009; Tomasz Haładyj, Tadeusz Piersiak, Joanna Skiba, Spacerownik po Częstochowie, Warszawa 2010.

[11] Cyt. za: Krzysztof Balkiewicz, Krzysztof Komeda, op. cit., s. 61.

[12] Cytat pochodzi z życiorysu Krzysztofa Trzcińskiego złożonego w 1950 roku przed egzaminami wstępnymi na studia medyczne. Dokument znajduje się w archiwum Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu.

[13] Informacja o jedzeniu pochodzi z: Krzysztof Balkiewicz, Krzysztof Komeda, op. cit., s. 79.

[14] Wspólnota zakonna, zwana lasalianami, zajmująca się służbą wychowawczą.

[15] Informację podała Halina Leszczyńska, koleżanka Komedy z dzieciństwa. Za: Tadeusz Piersiak, Jak Komeda stawał się pianistą, „Gazeta Wyborcza”, strony lokalne – Częstochowa, 25 listopada 2011.

[16] Zdjęcie dostałam od dr. Juliusza Sętowskiego, szefa Ośrodka Dokumentacji Dziejów Częstochowy w Muzeum Częstochowskim.

[17] Zofia Komedowa Trzcińska, Nietakty. Mój czas, mój jazz, Warszawa 2015, s. 70.

[18] Cyt. za: Krzysztof Balkiewicz, Krzysztof Komeda, op. cit., s. 93.

[19] Marek Hłasko, Piękni dwudziestoletni, Warszawa 2008, s. 96, 97.

[20] Dane pochodzą z: Gdy 70 lat temu do Częstochowy weszła Armia Czerwona, nie dla wszystkich było to wyzwolenie, rozmawiał Jarosław Sobkowski, „Gazeta Wyborcza”, Częstochowa, 17 stycznia 2015.

[21] Informację o pobycie Mieczysława Trzcińskiego w Żarach podaję za: Marek Hendrykowski, Komeda, Poznań 2009, s. 33.

[22] Komeda we wspomnieniach, „Gazeta Wyborcza”, Poznań, 1 marca 2008.

Dwadzieścia trzy

* * *

Pianino

Będzie odtąd już zawsze należało do Krzysztofa.

Zabierze je do Ostrowa.

Stamtąd do Poznania.

Przywlecze ze sobą do Warszawy.

Dopiero do Hollywood pojedzie bez niego – w Los Angeles studio filmowe zapewni mu mały fortepian zwany baby.

Brązowe, lekki błysk, białe klawisze pokryte kością słoniową, czarne z mahoniu. Proste, bez ozdób, wyprodukowane niedługo przed wojną. Pochodzi z fabryki pianin i fortepianów Eduarda Seilera w Liegnitz (od niedawna Legnicy). Pierwszy, niemiecki właściciel kupił je w sklepie Carla Mingego w Waldenburgu (Töpferstraße 6). Dla reklamy pan Minge umieścił nad klawiszami miedzianą tabliczkę ze swoim nazwiskiem i nazwą sklepu.

Jak Trzcińscy zdobyli pianino dla syna?

Może czekało w służbowym mieszkaniu, wraz z resztą mebli, na trzecim piętrze kamienicy na ulicy Słowackiego 23a? W tym samym budynku dwa niższe piętra i parter zajmuje Narodowy Bank Polski (do niedawna Dom Bankowy Eichhorn & CO).

Może kupili je od szabrownika?

A może legalnie, w państwowym magazynie, gdzie składuje się poniemieckie instrumenty potrzebne nowej Polsce? Trzeba tylko pójść i udowodnić, że ktoś z rodziny potrafi grać na instrumencie. Z tym raczej nie ma problemu w domu Mieczysława Trzcińskiego, nowego dyrektora banku w Wałbrzychu, mieście, które jeszcze niedawno nazywało się Waldenburg.

Napad

Trzcińscy będą tu tylko przez chwilę. Przyjadą latem 1946. Na Dolnym Śląsku zostaną rok, najwyżej półtora.

Podoba im się miasto? Jest ładne.

Prawie nie zniszczone, bo taka jest wola Armii Radzieckiej.

Prawie całe do wzięcia. Widelce i noże leżą w szufladach restauracyjnych kredensów, kawiarniane stoliki i krzesła można wystawiać w słoneczny dzień na ulice, nożyczki i grzebienie czekają przy lustrach ocalałych zakładów fryzjerskich. Bez przerwy działają kopalnie.

Ale nie ma tu rodziny, sióstr, braci, mamy, kuzynów.

Jest za to garnizon z piętnastoma tysiącami żołnierzy radzieckich. Są też Niemcy. Wciąż ich więcej niż Polaków. W styczniu 1946 roku mieszkańców dawnego Waldenburga jest sto siedemnaście tysięcy, nowych wałbrzyszan niecałe dwadzieścia pięć tysięcy[1].

Przez miasto przewalają się osadnicy, przesiedleńcy i reemigranci z Francji. Szabrownicy wciąż są czynni. Zorganizowane grupy bandytów napadają na śląskie pociągi, sklepy i urzędy. Nocami słychać strzały.

Wczesnym popołudniem 6 listopada 1946 roku do banku na ulicy Słowackiego 23a wchodzi czterech mężczyzn. Mają przy sobie trzy pistolety, obezwładnionemu strażnikowi zabierają niemiecki pistolet maszynowy. Żądają pieniędzy. Komuś z pracowników udaje się uciec i zawiadomić milicję. Wojsko radzieckie przybywa na pomoc, żołnierze blokują ulicę. Wywiązuje się walka, strzały padają także w budynku.

Irena i Krzysztof są wtedy w domu, słyszą strzelaninę. Chłopiec upada na podłogę i krzyczy głośno ze strachu[2].

Co to jest jazz?

W czasopiśmie „Ruch Muzyczny” (październik 1946) Leopold Tyrmand, dziennikarz i znawca jazzu, tłumaczy: „Z definicji naszej wynika jedna rzecz niezbita i dla jazzu zasadnicza: muzyka jazzowa oparta jest na improwizacji, powiedziałbym nawet: jest sama improwizacją”.

[1] Podaję za: http://blog.e-knapczyk.pl/walbrzych-i-okolice-historia-miasta-na-tle-historii-dolnego-slaska/rozdzial-ix-1945-1989/, dostęp: 24 maja 2017.

[2] Informacje o napadzie na bank zaczerpnęłam z: Ryszard Bełdzikowski, Z problematyki stanu bezpieczeństwa społecznego, „Kronika Wałbrzyska” 1996, s. 78; Artur Szałkowski, Krzysztof Komeda w Wałbrzychu, http://walbrzych.naszemiasto.pl/artykul/krzysztof-komeda-w-walbrzychu,1081791, artgal,t,id,tm.html, dostęp: 31 maja 2017.

Brak dyscypliny

* * *

Księga ogłoszeń

Wyobrażam sobie, jak Zenobia, łapiąc się za serce, mówi Mieczysławowi codziennie przy śniadaniu, że dłużej tu zostać nie mogą. A on pije kawę, kiwa głową na znak, że na pewno coś załatwi, i schodzi na dół do banku. Może na odchodnym dodaje, że na razie życie się musi toczyć dalej, a dzieci powinny chodzić do szkoły.

We wrześniu 1946 roku Krzysztof i Irena rozpoczęli w Wałbrzychu nowy rok szkolny w gimnazjum i Liceum imienia Bolesława Limanowskiego.

Siostra została uczennicą klasy wstępnej A, brat – klasy III A („dawnej IV A” informuje dyrekcja szkoły w sprawozdaniu za rok 1946/1947). Polskie szkolnictwo poddawane jest właśnie reformie na wzór radzieckiej. Przedwojenny podział na cztery klasy gimnazjalne i dwie licealne zostanie zastąpiony siedmioletnią szkołą podstawową połączoną z czteroletnim liceum w „jedenastolatkę”.

Największym problemem nauczycieli jest utrzymanie dyscypliny w szkole. Uczniowie są z różnych stron kraju, o różnym poziomie wiedzy i kultury, w różnym wieku. Część pracuje w fabrykach i kopalni, uczy się popołudniami. Większość lekceważy szkolne przepisy, żali się w sprawozdaniu Władysław Dubaj, dyrektor szkoły. Kronika placówki, zwana Księgą Ogłoszeń, wypełnia się „apelami, zaleceniami i upomnieniami, ostudzającymi niewczesne porywy i nieobliczalne wyskoki”[1].

Miłe chwile też są. Na przykład wycieczka uczniów do miejscowej wytwórni tlenu metodą Lindego.

Albo akademie szkolne. W kwietniu 1947 roku odbywa się uroczystość z okazji poświęcenia szkoły, miesiąc później z okazji Święta Pracy. Za każdym razem zgromadzeni słuchają wykładu o rozwoju polskiej myśli socjalistycznej i wiersza Edmunda Osmańczyka Lato 1946. Ważnym elementem programu są występy szkolnych muzyków – skrzypków i pianistów. Ktoś wykonuje na fortepianie Poloneza A-dur Fryderyka Chopina.

Czy Krzysztof Trzciński z III A gra na tej akademii? Jego koledzy zapamiętają, że na przerwach stukał wciąż w klawisze szkolnego pianina. A proszony o akompaniament podczas uroczystości, zgadzał się, choć niechętnie.

W Wałbrzychu od roku działa szkoła muzyczna. Nie wiadomo jednak, czy Krzysztof jest jej uczniem.

Radio

Mają radioodbiornik, pierwszy w domu Trzcińskich po wojnie, model nieznany. Może stary, poniemiecki? Może nowy? Choćby taki aparat Aga 1651 produkowany w Szwecji i sprowadzany już do Polski. Duża drewniana skrzynka, głośnik obciągnięty jasnym płótnem, dwa pokrętła i przykryte prostokątną szybką wypisane ukosem nazwy miast z częstotliwościami.

W lutym 1945 roku zaczyna nadawać Polskie Radio Katowice, we wrześniu 1946 roku Polskie Radio Wrocław. Słychać je w Europie. Słychać i w Wałbrzychu.

W programie felietony, koncerty życzeń, kąciki poezji, wiadomości i muzyka: ludowa, poważna i rozrywkowa. Nadawana jest Mozaika muzyczna, Uśmiech i piosenka, są też koncerty Orkiestry Tanecznej Polskiego Radia. Ulubieńcem słuchaczy jest Jan Liersz (w 1947 roku przyjmie pseudonim Jerzy Harald) z Katowic, ze swoją sześcioosobową grupą. Grają precyzyjnie zaaranżowane utwory. To nie jest jazz (choć mają na koncie nagranie piosenki Gdy jazz gra), raczej lekko swingująca muzyka.

Ale dla felietonisty katowickiej „Gazety Robotniczej” niemal wszystko, co w radiu okropne, jest jazzem. Pisze w styczniu 1946 roku:

„(...) bardzo lubię słuchać muzyki polskiej (polka, krakowiak, kujawiak, mazur). Wprost przepadam za Bieńkiem i jego polskimi piosenkami ludowymi.

Nastawiam Katowice. Szum, zgrzyt, hałas, awantura. Ale w końcu eliminuję wszystko, co niepotrzebne, i nareszcie... muzyka. Ale w tym miejscu szlag mnie na stojąco trafia. Owszem, muzyka jest, ale... szarpana. Jazz. Dzikie murzyńskie dźwięki. Zwariowana melodia bez melodii, której żaden wariat nawet nie pojmie...

(...) Na litość boską, panowie z radia, zlitujcie się!”[2].

Gorsza od jazzu według dziennikarza „Gazety” jest już tylko muzyka poważna: „Te okropne koncerty symfoniczne, których żaden mądry człowiek nie zrozumie, tak bardzo są... głupie”[3].

W radioodbiornikach Polaków można też usłyszeć Europę. Kręci się powoli gałką i nagle słychać jazz nadawany przez wojskową stację American Forces Network z Paryża dla amerykańskich żołnierzy stacjonujących w Europie i północnej Afryce.

Z całej rodziny Trzcińskich radia najbardziej lubi słuchać Krzysztof.

YMCA Łódź

Janusz Cegiełła wiosną 1947 roku odbiera dostawę paczek z Ameryki i Szwajcarii. W środku znajduje wysokiej klasy gramofon i kilkaset płyt z muzyką jazzową. Pokryte kruchym szelakiem, za dwa lata łatwo będą pękać pod uderzeniami młotka.

Odradza się właśnie przedwojenny polski Związek Chrześcijańskiej Młodzieży Męskiej YMCA (Young Men’s Christian Association), którego celem jest równomierny rozwój ducha, umysłu i ciała. Zachodnie filie organizacji ślą do siedzib YMCA w kraju lekarstwa, ubrania, jedzenie i jazz. Potrwa to jednak już niedługo.

W styczniu 1947 roku, w atmosferze terroru fizycznego i psychicznego, odbyły się w Polsce sfałszowane na masową skalę wybory powszechne. Całą władzę w kraju przejęła sterowana z zewnątrz przez Józefa Stalina Polska Partia Robotnicza z Władysławem Gomułką na czele. W kraju panuje cenzura, podziemie antykomunistyczne jest konsekwentnie likwidowane (ginie dwa tysiące ludzi, dwadzieścia pięć tysięcy trafia do więzień), Amerykanie są przedstawiani jako główni wrogowie Polski. PPR ogłasza „bitwę o handel”, która ma wyeliminować sektor prywatny. Wkrótce z krajobrazu miast zaczną znikać prywatne sklepy, restauracje, kawiarnie i warsztaty rzemieślnicze. Działalność UNRRA (United Nations Relief and Rehabilitation Administration), której pomoc w 1946 roku sięgnęła trzystu sześciu milionów dolarów, została zawieszona.

Latem 1947 roku w Komitecie Centralnym PPR powstanie lista „tematów do wykorzystywania w twórczości artystycznej”, z muzyką włącznie. Pisarz Jerzy Putrament powie na jesiennym posiedzeniu KC, że należy „rozpracować plan i prowadzić systematyczną akcję celem uzbrojenia naszych prac w ochronną szczepionkę przeciwko zgniłym wpływom wstecznictwa kapitalizmu europejskiego”[4]. Zalecone zostanie ograniczanie napływu filmów, książek i gazet anglosaskich, ale też działalności British Council.

Ale na razie wiosną 1947 roku Janusz Cegiełła, były powstaniec, pianista, student prawa i dziennikarstwa, działacz łódzkiej YMCA od 1936 roku, ogląda etykiety na przysłanych płytach: Duke Ellington, Cole Porter, Louis Armstrong, Benny Goodman, Count Basie. Nie zna się na jazzie. To teraz się na jazzie poznam – decyduje.

Ustawia gramofon w sali YMCA i 4 kwietnia 1947 roku inauguruje, wraz z kilkoma kolegami[5], działalność Klubu Melomani. Zapraszają ludzi do słuchania muzyki mechanicznej, organizują wieczorki taneczne. Wkrótce tworzą własną taneczno-swingową orkiestrę. Gra w niej na trąbce łodzianin Andrzej Wojciechowski, rocznik 1930, na perkusji pochodzący z Ozorkowa Witold Sobociński, rocznik 1929.

Brak wiedzy i instrumentów nadrabiają zapałem.

Na imprezy Klubu Melomani trudno się dopchać.

YMCA Warszawa

Afisze rozwieszone na płotach, murach i ruinach Warszawy zapowiadają, że w sali widowiskowej jazz clubu polskiej YMCA w piątek 30 maja 1947 roku odbędzie się jam session. Grane będą: hot jazz, boogie-woogie i swing. Imprezę poprowadzą Wojciech Brzozowski (działacz YMCA) i Leopold Tyrmand, założyciele jazz clubu. Bilety od stu do trzystu złotych.

*

Będzie to pierwszy w powojennej Polsce koncert jazzowy, choć przedwojenni muzycy swingują, jazzują, grają muzykę taneczną w lokalach całego kraju już od zakończenia wojny.

Każda licząca się restauracja i kawiarnia zatrudnia orkiestry, big-bandy, pianistów lub choćby samych swingujących akordeonistów. Często popularność lokalu wyznacza poziom grającego tam zespołu[6].

Utwory przywożą muzycy powracający z Zachodu. Płyty i nuty, poza YMCA, wypożycza też ambasada amerykańska, choć wizyty tam mogą się źle skończyć. Perkusista Mirosław Ufnalewski zostanie wezwany na przesłuchanie do komendy Milicji Obywatelskiej w pałacu Mostowskich. Po latach opowie dziennikarzowi Krystianowi Brodackiemu: „Zapytali mnie, co robię w YMCA i jakie materiały szpiegowskie wynosiłem z ambasady. (...) Na próżno przekonywałem, że jestem muzykiem, że [pożyczałem] biuletyny muzyczne (...). Skatowali mnie do nieprzytomności, po twarzy bili, upadłem na podłogę”[7]. Przed wyjściem będzie musiał podpisać oświadczenie, że w razie pytań o ślady pobicia powie o chuliganach bikiniarzach, którzy wyrzucili go z tramwaju.

*

Leopold Tyrmand wkłada jasny, dwurzędowy garnitur. Do kieszeni chowa okarynę. Scenę w YMCA, gdzie ma się odbyć jam session, kazał udekorować wyciętymi z kartonu instrumentami i owocami (nawiązanie do dżemu?). Zna się na jazzie jak mało kto w Polsce. Przed wojną, podczas studiów w Paryżu, bywał w słynnym Hot Club de France. Zdarzało mu się słuchać jazzu nawet w czasie wojny, nawet z Niemcami. Teraz zależy mu na uświadomieniu Polakom, czym jest prawdziwy jazz.

Do udziału w imprezie zaprosił między innymi multiinstrumentalistę Charlesa Bovery’ego (przyjechał z Czech w czasie wojny grać dla Niemców, przeszedł na polską stronę i został w Warszawie) i pianistę Waldemara Valdiego Maciszewskiego (w 1949 roku zajmie trzecie miejsce w Konkursie Chopinowskim). Pierwszy występ w Polsce będzie miała Jeanne Johnstone-Schiele, która kilka dni wcześniej przyjechała do kraju z mężem Tadeuszem Schielem, kapitanem Królewskich Sił Powietrznych.

*

Na widowni komplet, pół tysiąca ludzi, na scenie zapada ciemność, zza zasuniętej kurtyny rozlegają się ciche dźwięki melodii Swanee River. To Leopold Tyrmand gra na okarynie. Długo szukał sygnału, którym mógłby rozpocząć jam session. Będzie wspominał:

„Jakoś wydawało mi się, że te parę fraz przywołują smak spirituals, nader jazzową murzyńską rzewność właściwszą dla jazzowego hejnału niż jakikolwiek ograny riff. Tak oto narodził się polsko-jazzowy hymn, owoc mej ignorancji, jako że Foster [autor utworu] był biały i pisał dla tzw. minstrel shows, w których biali aktorzy czernili twarze i udawali wesoło pląsających Murzynów na plantacjach w Alabamie”[8].

Konferansjer Tyrmand wygłasza przemówienie o jazzie.

Uczy też, jak należy zachowywać się podczas koncertu, jak powinien się ubierać fan jazzu. I niech nikogo nie dziwi, że muzycy chodzą po scenie podczas koncertu, podśpiewują pod nosem, a nawet rozmawiają z sobą – ostrzega.

Dziennikarz przedstawia muzyków. Koncert się zaczyna, mikrofon wysiada – Johnstone musi śpiewać bez niego. Refrenistka radzi sobie świetnie.

„Express Wieczorny” informuje następnego dnia: „Przyznajmy się szczerze, że to, czego się dowiedzieliśmy w piątkowy wieczór o muzyce jazzowej, przekraczało nasze najśmielsze przypuszczenia”[9].

Następny koncert Od ragitme’u do jitterbuga Brzozowski i Tyrmand zorganizują jeszcze w listopadzie 1947 roku. Rok później będzie jam session Studio 48.

YMCA Kraków

Jest tam kilka postaci. Po pierwsze, malarz Jerzy Skarżyński, rocznik 1924. Zna jazz sprzed wojny, po wojnie zdobywa literaturę fachową.

Po drugie, malarz Jerzy Kujawski. Mieszka we Francji, ale przysyła do Krakowa płyty swojemu przyjacielowi Skarżyńskiemu.

Po trzecie, Witold Kujawski, rocznik 1927, brat Jerzego. Pochodzi z Ostrowa Wielkopolskiego, z którego został wyrzucony z rodziną w 1939 roku. Gra na pianinie, fascynuje go kontrabas. Jego rodzice prowadzą w Krakowie sklep galanteryjny.

Po czwarte, Jerzy Matuszkiewicz, rocznik 1928. Pochodzi z Jasła, po wojnie trafia do Krakowa. Akordeonista. Uczy się w szkole muzycznej gry na pianinie i klarnecie, fascynuje go saksofon.

Poznają się tuż po wojnie w założonym przez Matuszkiewicza zespole tanecznym, który gra w przerwach między pogadankami literata Adama Polewki o marksizmie w domu kultury u zbiegu ulic Karmelickiej i Podwale.

*

Jazz club w krakowskiej YMCA powstaje jesienią 1948 roku. Prezesem jest pianista Zygmunt Hammer. Malarz Jerzy Skarżyński – kierownik programowy klubu – w każdą niedzielę przynosi płyty i w jednej z sal YMCA odtwarza je na patefonie. Udziela przy tym prelekcji o jazzie. „Dotyczyły głównie tradycji, muzyki Nowego Orleanu, Chicago, pieśni murzyńskiej i swingu”[10] – powie po latach.

W Warszawie było jam session? W Krakowie też się odbędzie. Przy jazz clubie powstaje zespół swingowy. Gra Matuszkiewicz, gra Kujawski, grają inni krakowscy muzycy, zapraszają do grania big-band Turewicza. „Tutaj dopiero zaczęliśmy interesować się jazzem serio”[11] – wspomni Jerzy Matuszkiewicz.

Film

Wciąż jeszcze można oglądać w kinach amerykańskie filmy. W lipcu 1947 roku wśród koników kinowych w całej Polsce najwyższe ceny osiągają bilety na amerykańską produkcję Serenada w Dolinie Słońca.

Nakręcona sześć lat wcześniej historia jest naiwna. Norweska łyżwiarka zakochuje się w młodym kompozytorze. Konkuruje z nią słynna śpiewaczka. Rzecz się dzieje w Idaho, na tle ośnieżonych zboczy Sun Valley.

Ale widzów najbardziej przyciąga muzyka. Bo w filmie występuje big-band jazzmana Glenna Millera. Jego muzycy grają słynne już na całym świecie (także wśród niektórych muzyków w Polsce): Chattanooga Choo Choo, In the Mood, Moonlight Serenade, I Know Why, It happened In Sun Valley.

To jest chyba jazz – mówią jedni widzowie po seansie.

To jest na pewno jazz – dodają inni.

Tak chcę grać – postanawiają niektórzy z nich i wracają do kina na kolejny seans. Będą wśród nich tacy, którzy obejrzą Serenadę… siedem razy.

[1] Sprawozdanie dyrekcji Państwowego Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącego im. Bolesława Limanowskiego w Wałbrzychu za rok szkolny 1946/47, s. 6, ze zbiorów Zakładu Rękopisów Biblioteki Narodowej, Archiwum Krzysztofa Komedy.

[2] Szarpana muzyka, „Gazeta Robotnicza”, 24 stycznia 1946.

[3] Ibidem.

[4] Cyt. za: Andrzej Paczkowski, Pół wieku dziejów Polski, Warszawa 2005, s. 137.

[5] Markiem Sartem, gitarzystą i kompozytorem; Marianem Suchockim, pianistą; Jerzym Brodzkim, dziennikarzem, perkusistą.

[6] W Krakowie gra orkiestra Kazimierza Turewicza i zespół Zbigniewa Wróbla, w Warszawie można usłyszeć Zygmunta Karasińskiego z rewią 1000 taktów muzyki jazzowej, orkiestry Charlesa Bovery’ego i Mieczysława Janicza oraz Orkiestrę Taneczną Polskiego Radia pod dyrekcją Jana Cajmera. W Łodzi grają orkiestry braci Łopatowskich, braci Harrisów i braci Pindrasów oraz big-band Krochmalskiego.

[7] Krystian Brodacki, Historia jazzu w Polsce, Kraków 2010, s. 117.

[8] Leopold Tyrmand, Sopocki wstrząs, „Jazz Forum” 1982, nr 74.

[9] Cyt. za: Halina Sarara, Jazzowe szaleństwo w YMCA, „Jazz Forum” 1987, nr 105.

[10] Jerzy Radliński, Obywatel jazz, Kraków 1967, s. 185.

[11] Ibidem, s. 183.

Dwadzieścia jeden

* * *

Jak doklejony w fotomontażu

Skryty jest. Niektórzy myślą nawet, że się wywyższa. Inni znów podejrzewają, że ma kompleksy, bo lekko kuleje. I dlatego taki oschły, zmienny w nastrojach.

Są tacy, z którymi nigdy nie rozmawia, są też tacy, z którymi rozmawia, ale nawet wtedy dużo nie mówi. Patrzy, słucha, rzadko rzuci słowo, jeszcze rzadziej całe zdanie. Zawsze jednak trafia w punkt.

Najczęściej wydaje się nieobecny. Siedzi w środku samego siebie i nikomu się nie zwierza z tego, co czuje, o czym myśli. Przezywają go Nietoperz, bo wygląda, jakby spał w dzień.

Nawet na fotografiach przypomina ducha o bladej, szczupłej twarzy, z zaczesanymi do góry włosami.

Oglądam pamiątkowe zdjęcie ze szkoły muzycznej. Piętnaście osób, sześcioro nauczycieli, reszta uczniowie. Czternastu fotografowanych wpatruje się w obiektyw, lekkie uśmiechy, niektórzy głowy przechylili na bok. Tylko jeden jak doklejony w fotomontażu – stanął z boku, zagapił się w dal, jakby zapomniał, gdzie jest. To Krzysztof Trzciński oczywiście.

Albo zdjęcie legitymacyjne. Schludny kołnierzyk koszuli, sweter, ciemna marynarka, miła twarz, ale oczy nieobecne.

I powolny jest strasznie. Wszystko robi w swoim tempie, nigdy się nie śpieszy. To mu zostanie do końca życia.

Ale lubią go w szkole. Koleżeński, życzliwy, pomocny – koledzy po latach powiedzą o nim kilka przymiotników.

Nawet znajdzie przyjaciół, niektórych na całe życie. Już niedługo, musi tylko zostać na drugi rok w klasie maturalnej ostrowskiego liceum.

Kościół, basen, teatr

Bo Trzcińscy znów się przeprowadzili. Tym razem do Ostrowa Wielkopolskiego. Mieszkają na tyłach modernistycznego, przedwojennego budynku Narodowego Banku Polskiego, przy placu Bankowym 1. Dyrektorem placówki jest Mieczysław Trzciński.

Wciąż trwa 1947 rok.

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

Dziewiętnaście

Dostępne w wersji pełnej.

Katakumby

Dostępne w wersji pełnej.

Upomnienie

Dostępne w wersji pełnej.

Ustronie Morskie 1952

Dostępne w wersji pełnej.

Siedemnaście

Dostępne w wersji pełnej.

Milian

Dostępne w wersji pełnej.

Wróblewski

Dostępne w wersji pełnej.

Najpiękniejszy jam w Polsce

Dostępne w wersji pełnej.

1955

Dostępne w wersji pełnej.

Jazz Hour

Dostępne w wersji pełnej.

Sekstet Komedy

Dostępne w wersji pełnej.

Przed festiwalem

Dostępne w wersji pełnej.

Próby, próby, próby

Dostępne w wersji pełnej.

Maria

Dostępne w wersji pełnej.

Zofia

Dostępne w wersji pełnej.

W trasie

Dostępne w wersji pełnej.

Baź

Dostępne w wersji pełnej.

Stałe koncerty obniżają loty

Dostępne w wersji pełnej.

Festiwal po raz drugi

Dostępne w wersji pełnej.

Moskwa

Dostępne w wersji pełnej.

Dwaj ludzie z szafą

Dostępne w wersji pełnej.

Pana Lyrmanna nie trafi wina

Dostępne w wersji pełnej.

Blues dla Gomułki

Dostępne w wersji pełnej.

Dwanaście

Dostępne w wersji pełnej.

Kraków

Dostępne w wersji pełnej.

Piwnica

Dostępne w wersji pełnej.

Pokrewieństwo z Monkiem, ale niemuzykalne

Dostępne w wersji pełnej.

Mr. Coolu

Dostępne w wersji pełnej.

Światosław Richter jedzie furgonetką

Dostępne w wersji pełnej.

Jazz ’58

Dostępne w wersji pełnej.

Jedenaście

Dostępne w wersji pełnej.

Jazz Camping ’59

Dostępne w wersji pełnej.

Niewinni czarodzieje

Dostępne w wersji pełnej.

Komeda kuje dźwięki

Dostępne w wersji pełnej.

Parę wsyp, parę pomyłek

Dostępne w wersji pełnej.

Dziesięć

Dostępne w wersji pełnej.

Wiadomo – stolica!

Dostępne w wersji pełnej.

My, młodzi, mamy rację

Dostępne w wersji pełnej.

Grenoble

Dostępne w wersji pełnej.

Gruby i chudy

Dostępne w wersji pełnej.

Gayetsky z Kijowa

Dostępne w wersji pełnej.

Tingel-Tangel

Dostępne w wersji pełnej.

Sobie smaczni

Dostępne w wersji pełnej.

Dorota Cedro śpiewa w Hybrydach

Dostępne w wersji pełnej.

Taniec na lipie

Dostępne w wersji pełnej.

Chałtury i filmy

Dostępne w wersji pełnej.

Nóż w wodzie

Dostępne w wersji pełnej.

Uważaj, bo cię ugryzie

Dostępne w wersji pełnej.

Pozdrowienia ze Słonecznego Brzegu

Dostępne w wersji pełnej.

Siedem

Dostępne w wersji pełnej.

Wszyscy mają ponure miny

Dostępne w wersji pełnej.

Marszałek Rola-Żymierski, na zdrowie!

Dostępne w wersji pełnej.

Diamentowy naszyjnik

Dostępne w wersji pełnej.

Hvad med os?

Dostępne w wersji pełnej.

Notesik

Dostępne w wersji pełnej.

Gdzie jest Stańko?

Dostępne w wersji pełnej.

O jerum, jerum, jerum!

Dostępne w wersji pełnej.

Ludzie! Komeda jest w mieście!

Dostępne w wersji pełnej.

Prawo i pięść

Dostępne w wersji pełnej.

Życie towarzyskie i uczuciowe

Dostępne w wersji pełnej.

Jazz in Polen

Dostępne w wersji pełnej.

Split, a potem Hvar

Dostępne w wersji pełnej.

Wstręt

Dostępne w wersji pełnej.

Cały Komeda

Dostępne w wersji pełnej.

Svantetic

Dostępne w wersji pełnej.

Kattorna

Dostępne w wersji pełnej.

Jugosławia, Norwegia, Jugosławia

Dostępne w wersji pełnej.

Cztery

Dostępne w wersji pełnej.

Jeśli przyjdzie Katelbach

Dostępne w wersji pełnej.

Astigmatic

Dostępne w wersji pełnej.

Sult

Dostępne w wersji pełnej.

Odpoczynek

Dostępne w wersji pełnej.

BMW

Dostępne w wersji pełnej.

Straszny kraj

Dostępne w wersji pełnej.

Bariera

Dostępne w wersji pełnej.

Nieustraszeni pogromcy wampirów

Dostępne w wersji pełnej.

Le Depart

Dostępne w wersji pełnej.

Meine süsse Europäische Heimat

Dostępne w wersji pełnej.

Requiem

Dostępne w wersji pełnej.

Dwa

Dostępne w wersji pełnej.

Kołysanka

Dostępne w wersji pełnej.

Miasto

Dostępne w wersji pełnej.

Ty, czujesz coś?

Dostępne w wersji pełnej.

Elana

Dostępne w wersji pełnej.

Żona

Dostępne w wersji pełnej.

Moja muzyka przyjęta znakomicie

Dostępne w wersji pełnej.

Osiem miesięcy

Dostępne w wersji pełnej.

Na Żoliborzu

Dostępne w wersji pełnej.

Cała grupa nieudaczników

Dostępne w wersji pełnej.

Upadek

Dostępne w wersji pełnej.

Oriole Lane

Dostępne w wersji pełnej.

Pół

Dostępne w wersji pełnej.

LOT

Dostępne w wersji pełnej.

Cześć! Co po tamtej stronie?

Dostępne w wersji pełnej.

Siedemnaście dni

Dostępne w wersji pełnej.

Powrót

Dostępne w wersji pełnej.

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej.

Wybrana literatura

Dostępne w wersji pełnej.

Projekt okładki

Krzysztof Rychter

Fotografia na okładce

Marek Karewicz / East News

Opieka redakcyjna

Daniel Lis

Adiustacja i indeks

Urszula Horecka

Korekta

Małgorzata Biernacka

Barbara Gąsiorowska

Wybór fotografii

Weronika Jakubczyk

Książka powstała przy wsparciu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Copyright © by Magdalena Grzebałkowska

© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2018

ISBN 978-83-240-5429-9

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Komeda Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego 1945 Beksińscy. Portret podwójny 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Komeda Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002