Zwrotnik Węży

Zwrotnik Węży

Autorzy: Marie Brennan

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 22.50 zł

Lady Trent, największy światowy autorytet w dziedzinie smoków, tym razem wyrusza na targany wojnami kontynent Erigi, by badać najbardziej egzotyczne gatunki tych stworzeń

Trzy lata po fatalnej wyprawie w niegościnne góry Wystrany nieustraszona badaczka przeciwstawia się rodzinie i konwenansom, by wyruszyć z ekspedycją na rozdarty wojną kontynent Erigi, siedlisko takich egzotycznych gatunków smoków, jak żyjące w trawie węże sawannowe, leśne węże nadrzewne i najbardziej nieuchwytne z nich wszystkich, legendarne bagienne żmije z tropików.

Wyprawa obfituje w wiele trudności, a Izabela, której towarzyszy dawny współpracownik i przyjaciółka-uciekinierka z domu, musi stawić czoło uciążliwym upałom, wyniszczającej gorączce, pałacowym intrygom, plotkom i innym niebezpieczeństwom w trakcie wędrówki po nieprzebytej dżungli zwanej Zielonym Piekłem. Odwaga, pomysłowość i naukowa ciekawość bohaterki zostaną wystawione na najcięższe próby.

„Drugi tom pamiętników Izabeli jest równie bezkompromisowo uczciwy i szczery jak pierwszy, opowiedziany typowym dla Brennan jędrnym, żywym stylem, z bohaterką jednocześnie zachwycającą, zadziwiającą i godną szacunku!”.

„Kirkus”

„Książka przesycona radością i zapałem odkrywcy oraz naukową ciekawością”.

„Publisher’s Weekly”

„Jeśli kiedyś w sekrecie żałowaliście, że smoki nie są prawdziwe, ta książka jest dla was. Szczególnie spodoba się fanom Naomi Novik i Mary Robinette Kowal”.

„ Rt Books”

„Jaśnie pani jest zdecydowaną i bystrą kobietą szukającą smoków - popieram całym sercem!”.

Melanie Rawn, autorka cyklu Wygnańcy

Marie Brennan

Zwrotnik Węży

Tytuł oryginału

The Tropic of Serpents (A Memoir of Lady Trent)

ISBN

Copyright © 2014 by Bryn Neuenschwander

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2018

Ilustracje w tekście i na okładce

Todd Lockwood

Przekład: Dorota Żywno — Przedmowa, rozdz. 1–5

Danuta Górska — rozdz. 6–25

Redakcja

Magdalena Wójcik

Skład i łamanie Studio Graficzne Pixelnoiz

Wydanie 1

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67

faks 61 852 63 26

dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

sklep@zysk.com.pl

www.zysk.com.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Przedmowa

Część pierwsza Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Część druga Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Część trzecia Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Część czwarta Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Rozdział dwudziesty pierwszy

Rozdział dwudziesty drugi

Rozdział dwudziesty trzeci

Rozdział dwudziesty czwarty

Rozdział dwudziesty piąty

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Przedmowa

Opinia publiczna jest kapryśna. Dziś, jak Scirlandia długa i szeroka, wychwala się mnie jako przykład inteligencji i śmiałości naszej rasy. W istocie, nawet jeśli nie jestem najsłynniejszą Scirlandką na świecie, ośmielę się twierdzić, że pod tym względem doganiam Jej Wysokość Królową. Nie posunęłabym się do tego, aby mniemać, że jestem powszechnie uwielbiana, lecz jeśli już jakaś gazeta zechce wspomnieć o mnie na swoich łamach (czego ostatnio nie czynią już tak często, ze względu na fakt, iż w ostatnim dziesięcioleciu nie dokonałam żadnych wstrząsających odkryć ani nie otarłam się o wystarczająco makabryczną śmierć), istnieje duże prawdopodobieństwo, że wzmianka będzie zasadniczo w przychylnym tonie.

Nie zawsze tak było. Wprawdzie niewiele jest osób tak starych, aby o tym pamiętać, a jeszcze mniej jest na tyle nieuprzejmych, aby poruszać tę kwestię, jednak kiedyś lżono mnie w skandalizujących artykułach. Mimo to nie mam oporów przed praniem brudów publicznie — zwłaszcza teraz, gdy to już zamierzchłe czasy. Niektóre zarzuty pod moim adresem były całkowicie pozbawione podstaw; inne, jak przyznaję, były w pełni uzasadnione, przynajmniej na ile można zaufać mojej opinii.

Ponieważ nie skończyłam jeszcze pisać swoich pamiętników, nie mogę zapewnić, że ta część, drugi tom serii, będzie zawierać najwięcej plotek. Ten zaszczyt może przypaść woluminom opisującym późniejszy okres mojego życia, przed drugim małżeństwem, kiedy moje stosunki z przyszłym mężem były wodą na młyn dla plotkarzy, zarówno w kraju, jak i za granicą. Nie zdecydowałam jeszcze, ile z tych faktów ujawnię. W tym tomie nie zabraknie jednak skandali, jako że w tamtym okresie oskarżono mnie o cudzołóstwo i zdradę stanu, a także okrzyknięto najgorszą matką w całej Scirlandii. To więcej, niż większość kobiet doświadcza przez całe życie, i przyznaję, że owo osiągnięcie napawa mnie swego rodzaju przewrotną dumą.

Oczywiście jest to również opowieść o mojej wyprawie do Erigi. Przestrogi, jakie zamieściłam w pierwszej przedmowie, pozostają aktualne: jeśli mogą was zbulwersować opisy przemocy, chorób, jedzenia obcego scirlandzkiemu podniebieniu, dziwacznych religii, publicznej nagości lub idiotycznych błędów dyplomatycznych, zamknijcie tę książkę i zajmijcie się czymś bardziej odpowiednim.

Zapewniam was jednak, że przeżyłam to wszystko, więc wy prawdopodobnie też przeżyjecie lekturę moich przygód.

Lady Trent

Amavi, Prania

23 ventisa, 5659

Część pierwsza

W której pamiętnikarka opuszcza kraj ojczysty, zostawiając za sobą masę kłopotów, od rodzinnych po kryminalne

Rozdział pierwszy

Moje samotnicze życie — Moja szwagierka i moja matka — Niespodziewany gość — Kłopoty u Kemble’a

Zanim wyruszyłam na wyprawę do Erigi, zebrałam się na odwagę i udałam do miejsca według mnie znacznie groźniejszego: do Falchester.

W stolicy zazwyczaj nie można się spodziewać jakichś szczególnych przygód, najwyżej mógł mnie złapać deszcz. Jeździłam tam regularnie z Pasterway, ponieważ pewne sprawy w mieście wymagały mojego nadzoru. Nie ogłaszałam jednak publicznie tych wycieczek — co znaczy, że wspominałam o nich tylko garstce ludzi, z których wszyscy byli dyskretni. Dla większości Scirlandczyków (tych, których w ogóle to obchodziło) od powrotu z Wystrany byłam odludkiem.

Pozwolono mi prowadzić samotnicze życie ze względu na moje osobiste trudności, chociaż w rzeczywistości mnóstwo czasu poświęcałam pracy. Najpierw była to publikacja wyników badań z Wystrany, a potem przygotowania do erigańskiej ekspedycji, wciąż opóźnianej przez rzeczy, nad którymi nie mieliśmy kontroli. Jednakże podczas tego graminisowego poranka nie mogłam już dłużej uchylać się od towarzyskich zobowiązań, przed którymi wytrwale zasłaniałam się pracą. Najlepsze, co mogłam zrobić, to wypełnić je szybko jedno po drugim: odwiedzić najpierw krewnych, a potem rodzinę, z którą byłam związana przez małżeństwo.

Mój dom w Pasterway znajdował się w niewielkiej odległości od modnej dzielnicy Havistow, gdzie rok wcześniej osiadł mój najstarszy brat Paul. Zwykle udawało mi się unikać odwiedzin w jego domu ze względu na dwie szczęśliwe okoliczności: częstą nieobecność Paula oraz kompletny brak zainteresowania jego żony moją osobą. Tym razem jednak zostałam zaproszona, a odmowa sprawiłaby więcej kłopotów niż zgoda.

Zrozumcie, nie chodzi o to, że nie lubię swojej rodziny. Z większością utrzymuję dość serdeczne stosunki i całkiem dobrze się dogaduję z Andrew, po którym jestem następna w kolejności starszeństwa. Jednak gros braci uważa mnie co najmniej za dziwaczkę, a potępienie mojego zachowania przez matkę przechyla ich opinię na stronę dezaprobaty. Nie wiedziałam, czego chciał ode mnie Paul tamtego dnia, ale, szczerze mówiąc, wolałabym się spotkać z rozdrażnionym wystrańskim skalnym żmijem.

Niestety, żmije były daleko, podczas gdy mój brat znajdował się zbyt blisko, aby uniknąć z nim spotkania. Z poczuciem, że ruszam do boju, delikatnie uniosłam fałdy sukni, jak na damę przystało, weszłam po schodach od frontu i pociągnęłam za dzwonek.

Szwagierkę zastałam w porannym saloniku, do którego wprowadził mnie lokaj. Judith była wzorem scirlandzkiej żony z wyższych sfer pod każdym względem, pod jakim ja nie byłam: ubrana pięknie, ale bez popadania w ostentację; pełna wdzięku pani domu wspomagająca karierę męża działalnością na niwie towarzyskiej; oraz oddana matka, już z trójką dzieci i bez wątpienia planująca następne.

Łączyło nas tylko jedno, czyli Paul.

— Czyżbym przyszła nie w porę? — spytałam uprzejmie, przyjmując filiżankę herbaty.

— Ależ skądże — odparła. — Męża nie ma w tej chwili w domu… spotkanie z lordem Melstem… ale proszę, zostań do jego powrotu.

Lord Melst? Paul piął się w górę.

— Zakładam, że w sprawach Synedrionu.

Judith przytaknęła.

— Mieliśmy chwilę wytchnienia, kiedy objął stanowisko, ale teraz sprawy rządowe pochłonęły go całkowicie. Nie spodziewam się go często widywać aż do gelisa.

Co oznaczało, że mogę tu sobie długo posiedzieć.

— Jeśli to nie za duży kłopot — powiedziałam, odstawiając filiżankę i wstając — lepiej teraz pójdę i wrócę później. Obiecałam, że dzisiaj odwiedzę też mojego szwagra Matthew.

Ku mojemu zaskoczeniu Judith wyciągnęła rękę, żeby mnie zatrzymać.

— Nie, proszę, zostań. Mamy gościa, który chciał się z tobą zobaczyć…

Nie zdążyłam spytać, kim jest ów gość, chociaż nabrałam pewnych podejrzeń od chwili, gdy Judith zaczęła mówić. Drzwi saloniku się otworzyły i weszła moja matka.

Teraz wszystko nabrało sensu. Od jakiegoś czasu dla spokoju ducha przestałam odpowiadać na jej listy. Matka wciąż krytykowała każde moje posunięcie, chociaż ją prosiłam, żeby przestała. Sugerowała wręcz, że to moje nieprzemyślane decyzje spowodowały śmierć mojego męża w Wystranie. Ignorowanie jej nie było uprzejme, ale alternatywa była jeszcze gorsza. Zatem żeby się ze mną spotkać, matka musiałaby się zjawić niezapowiedziana w moim domu… albo zwabić mnie do cudzego.

Powyższe konstatacje ani trochę nie poprawiły mi humoru. Jeśli matka nie zamierzała wyciągnąć do mnie ręki na zgodę — w co wątpiłam — to wpadłam w pułapkę. Wołałabym wyrwać sobie ząb, niż wysłuchiwać jej zarzutów. (I żebyście nie sądzili, że to tylko przenośnia, musicie wiedzieć, że kiedyś naprawdę wyrwałam sobie ząb, więc to porównanie nie przyszło mi łatwo).

Jak się jednak okazało, matka miała nowe podstawy do oskarżeń.

— Izabelo, cóż to za brednie słyszę o twoim wyjeździe do Erigi?

Zdarzało mi się pomijać wstępną wymianę uprzejmości i zwykle jestem wdzięczna, jeśli inni postępują tak samo. Tym razem jednak słowa matki poraziły mnie jak strzała wypuszczona z ukrycia, która trafiła prosto w mózg.

— Co? — spytałam głupio, nie dlatego, że nie zrozumiałam, tylko dlatego, że nie miałam pojęcia, skąd się dowiedziała.

— Doskonale wiesz, o czym mówię — ciągnęła bezlitośnie. — To absurd, Izabelo. Nie możesz znowu wyjechać za granicę, a już na pewno nie do Erigi. Tam trwa wojna!

Ponownie usiadłam na krześle, korzystając z tej chwili zwłoki, żeby odzyskać panowanie nad sobą.

— To przesada, mamo, sama wiesz. W Bayembe nie ma wojny. Mansa Talu nie ośmieli się najechać Bayembe, którego granic pomagają strzec scirlandzcy żołnierze.

Prychnęła pogardliwie.

— Przypuszczam, że człowiek, który wypędził Achian z Elerqi… i to po dwustu latach!… odważy się na wiele. A nawet jeśli on nie zaatakuje, to co z tymi okropnymi Ikwunde?

— Pomiędzy nimi i Bayembe leży cała dżungla Mouleen — zirytowałam się. — Oczywiście oprócz rzek, których również strzeże Scirlandia. Mamo, cały sens naszej wojskowej obecności w tym kraju polega na tym, żeby zapewnić tam bezpieczeństwo.

Matka rzuciła mi złowieszcze spojrzenie.

— Żołnierze nie zapewniają bezpieczeństwa, Izabelo. Oni tylko zmniejszają niebezpieczeństwo.

Moje zdolności retoryczne odziedziczyłam po matce. Tego dnia jednak nie miałam nastroju, żeby podziwiać jej zgrabne sformułowania. Ani pochwalać jej zaskakująco dobrą orientację w polityce. Większość scirlandzkich kobiet z jej klasy, a także wielu mężczyzn, zaledwie potrafiłoby wymienić dwa erigańskie mocarstwa, które zmusiły Bayembe do szukania zagranicznej — czyli scirlandzkiej — pomocy. Dżentelmenów w tamtych czasach interesował tylko niesprawiedliwy „traktat handlowy”, na mocy którego bayembeńskie żelazo wraz z innymi cennymi surowcami trafiało do Scirlandii, w zamian za co pozwolono nam rozmieścić swoich żołnierzy po całym Bayembe i założyć kolonię w Nsebu. Damy w ogóle się tym nie interesowały.

Czy matkę już wcześniej ciekawiła polityka, czy też specjalnie się dokształciła, kiedy usłyszała o moich planach? Tak czy inaczej, nie w taki sposób zamierzałam jej przekazać nowinę. Nie zdecydowałam jeszcze, jak właściwie chcę to zrobić; odkładałam tę kwestię, powodowana czystym tchórzostwem, z czego właśnie zdałam sobie sprawę. I takie były konsekwencje: niemiła konfrontacja na oczach szwagierki, której sztywno uprzejmy wyraz twarzy zdradzał, że wiedziała, co się święci.

(Nagle tknęło mnie podejrzenie, że Paul też o tym wiedział. Spotkanie z lordem Melstem, akurat. Co za szkoda, że był nieobecny, kiedy przyszłam).

Oznaczało to przynajmniej tyle, że zmierzę się jedynie z matką, bez sojuszników wspierających ją w krytyce. Nie byłam jednak tak naiwna, by sądzić, że sama znajdę sprzymierzeńców.

— Ministerstwo spraw zagranicznych nie pozwoliłoby ludziom tam jeździć, a co dopiero się osiedlać, gdyby to było niebezpieczne — powiedziałam. — A pozwala, więc sama widzisz. — Matka nie musiała wiedzieć, że ciągłe opóźnienia ekspedycji wynikały między innymi z konieczności przekonania Ministerstwa, żeby wydało nam wizy. — Doprawdy, mamo, dużo groźniejsza od wojska będzie malaria.

Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby to powiedzieć, ale palnęłam głupstwo. Spojrzenie matki się wyostrzyło.

— Doprawdy — powtórzyła tonem, który mógłby zmrozić szkło. — A jednak chcesz jechać do kraju, gdzie szerzą się tropikalne choroby, ani przez chwilę nie myśląc o swoim synu.

Jej zarzut był zarazem słuszny i niesłuszny. To prawda, że nie myślałam o synu tyle, ile należało oczekiwać. Po jego narodzinach miałam bardzo mało pokarmu i musiałam wynająć mamkę, co bardzo mi odpowiadało, gdyż malutki Jacob zanadto mi przypominał o swoim nieżyjącym imienniku. Teraz jednak mój syn miał dwa lata, został odstawiony od piersi i oddany pod opiekę niańki. Intercyza małżeńska całkiem hojnie mnie zaopatrzyła, lecz wiele z tych pieniędzy pochłonęły badania naukowe, a książki o naszej wystrańskiej wyprawie — praca naukowa pod nazwiskiem mojego męża i moje wypociny o podróży — nie przynosiły takich zysków, na jakie liczyłam. Jednak z tego, co zostało, płaciłam szczodrze za opiekę nad moim synem, i nie dlatego, że wdowa po drugim synu baroneta nie powinna się sama zniżać do takiej roboty. Po prostu nie wiedziałam, co zrobić z Jacobem.

Ludzie często sądzą, że mądrość macierzyńska jest całkowicie instynktowna: że choćby przed porodem kobieta nic nie wiedziała o wychowywaniu dziecka, później sama jej płeć wyposaży ją w niezbędną wiedzę. To nie jest prawdą nawet na najbardziej podstawowym biologicznym poziomie, co dobitnie wykazał mój brak mleka, a jeszcze mniej jest to prawdziwe w sensie społecznym. W późniejszych latach nauczyłam się rozumieć dzieci z perspektywy przyrodnika; wiem, jak się rozwijają, i nawet podziwiam ich cudowne postępy. Wtedy jednak mały Jacob był dla mnie bardziej niezrozumiały niż smok.

Czy najlepiej wychowa dziecko kobieta, która robiła już to wcześniej, która doskonaliła swoje umiejętności przez lata i lubi swoją pracę, czy też kobieta, która się na tym nie zna i czerpie z tego niewielką satysfakcję, której jedyne kwalifikacje to bezpośredni biologiczny związek? Zdecydowanie popierałam pierwsze rozwiązanie, więc nie widziałam żadnego praktycznego powodu, żeby nie pojechać do Erigi. W tym sensie bardzo dużo myślałam o moim synu.

Jednak absolutnie nie mogłam powiedzieć czegoś takiego matce. Grałam więc na zwłokę.

— Matthew Camherst i jego żona zaproponowali, że się nim zaopiekują pod moją nieobecność. Bess ma własne dziecko, prawie w tym samym wieku; Jacobowi dobrze zrobi towarzystwo rówieśnika.

— A jeśli zginiesz?

Pytanie przecięło rozmowę niczym tasak. Czułam, że policzki mi płoną z gniewu albo ze wstydu, pewnie z obu powodów. Byłam oburzona, że moja matka mogła powiedzieć coś takiego bez ogródek… ale mój mąż rzeczywiście zginął w Wystranie. Niewykluczone, że mnie spotka to samo w Eridze.

Tę martwą ciszę przerwało pukanie do drzwi; po chwili wszedł kamerdyner z tacą w ręku, skłonił się i podsunął Judith wizytówkę.

Wzięła ją z tacy mechanicznie, jakby była marionetką i ktoś pociągnął za sznurki w jej ramieniu. Zmieszanie wyryło drobną zmarszczkę między jej brwiami.

— Kim jest Thomas Wilker?

To nazwisko zrobiło na mnie takie wrażenie, jakbym zahaczyła mentalną stopą o niezauważony krawężnik i omal nie upadła na twarz.

— Thomas Wil… co on tu robi? — Spóźnione zrozumienie pomogło mi odzyskać równowagę. Judith najwyraźniej go nie znała, podobnie jak moja matka, toteż pozostawała tylko jedna odpowiedź. — Ach, pewnie przyszedł zobaczyć się ze mną.

Moja szwagierka raptownie się wyprostowała i zesztywniała, ponieważ nie tak się składało wizyty towarzyskie. Mężczyzna nie powinien odwiedzać wdowy w domu, który do niej nie należał. Rzuciłam okiem na kartkę, którą Judith upuściła z powrotem na tacę. Właściwie to nie była wizytówka, tylko kawałek papieru z ręcznie wypisanym nazwiskiem pana Wilkera. Coraz gorzej. Pan Wilker, ściśle rzecz biorąc, nie był dżentelmenem i z pewnością nie był osobą, która w normalnych okolicznościach składałaby tu wizyty.

Zrobiłam, co mogłam, żeby uratować sytuację.

— Przepraszam. Pan Wilker jest asystentem lorda Hilforda. Pamiętasz go, oczywiście? To on zorganizował wyprawę do Wystrany. — Organizował także wyprawę do Erigi, chociaż zdrowie nie pozwalało mu wziąć w niej udziału. Ale co mogło być tak pilnego, żeby lord Hilford wysłał za mną pana Wilkera do domu mojego brata? — Powinnam z nim porozmawiać, ale nie chcę ci sprawiać kłopotu. Pójdę więc.

Matka zatrzymała mnie wyciągniętą ręką, zanim zdążyłam wstać.

— Żaden kłopot. Sądzę, że wszystkie chętnie posłuchamy, co ten pan Wilker ma do powiedzenia.

— Istotnie — bąknęła Judith, posłuszna milczącemu rozkazowi wplecionemu w słowa mojej matki. — Wprowadź go, Londwin.

Kamerdyner skłonił się i oddalił. Pan Wilker pojawił się tak szybko, że widocznie zerwał się natychmiast, gdy tylko go poproszono do środka; w jego ruchach wciąż widać było wzburzenie. Jednak już dawno przyswoił sobie lepsze maniery niż te, których nabył w młodym wieku, więc najpierw przedstawił się Judith.

— Dzień dobry, pani Hendemore. Nazywam się Thomas Wilker. Przepraszam, że przeszkadzam, ale mam wiadomość dla pani Camherst. Musieliśmy się minąć po drodze; dopiero co byłem u niej w domu. Niestety te wiadomości są tak niefortunne, że nie mogę czekać. Powiedziano mi, że ją tu zastanę.

Mimowolnie zacisnęłam dłonie z obawy, kiedy usłyszałam jego urywane, niemal nieskładne słowa. Jak nakazywały dobre maniery, pan Wilker patrzył tylko na Judith, skinął jedynie lekko głową, kiedy wymienił moje nazwisko. Nie doczekawszy się od niego wyjaśnień, wymieniłam spojrzenia z matką.

Zdumiało mnie to, co dostrzegłam w jej oczach. „Wszystkie chętnie posłuchamy, co ten pan Wilker ma do powiedzenia”… myślała, że on jest moim kochankiem! Może przesadzam, ale miała taką minę, jakby szukała oznak niestosownego związku i ich nie znalazła.

Nic dziwnego. Wprawdzie nie darłam już kotów z panem Wilkerem jak w Wystranie, ale nie darzyłam go romantycznym uczuciem ani on mnie. Łączyły nas wyłącznie interesy.

Chciałam skarcić matkę, nie przebierając w słowach za takie insynuacje, ale się wstrzymałam. Nie tylko dlatego, że publiczne prowadzenie takiej rozmowy byłoby wysoce niestosowne, ale ponieważ uświadomiłam sobie, że z panem Wilkerem łączyły mnie aż dwa rodzaje interesów, z których erigańska ekspedycja była tylko jednym.

Na szczęście, zanim zdążyłam wyskoczyć nieproszona ze swoimi pytaniami, Judith skinęła na Wilkera, żeby mówił dalej.

— Ależ proszę, panie Wilker. A może pańska wiadomość jest prywatna?

Nie wysłuchałabym tej wiadomości sama nawet za sto suwerenów w sytuacji, kiedy matka mnie podejrzewała.

— Proszę — powiedziałam. — Co się stało?

Pan Wilker westchnął głęboko i nagle uleciało z niego całe podniecenie. Wydawał się przygnębiony i przegrany.

— U Kemble’a było włamanie.

— U Kemble’a… och, nie! — Ręce mi opadły w geście takiego samego przygnębienia. — Co zniszczyli? Czy może…

Ponuro kiwnął głową.

— Zabrali. Jego notatki.

Kradzież, nie zniszczenie. Ktoś wiedział, nad czym pracował Kemble, i postanowił ukraść to dla siebie.

Osunęłam się na oparcie krzesła, kompletnie zapominając o godności damy. Frederick Kemble był chemikiem, którego zatrudnił pan Wilker — czy raczej ja go zatrudniłam, bo pieniądze należały do mnie, chociaż nie ja decydowałam, do kogo miały trafić — żeby kontynuować badania naukowe, których wyniki sami ukradliśmy w górach Wystrany trzy lata wcześniej. Badania te dokumentowały metodę utrwalania smoczych kości: zdumiewającej substancji, lekkiej i mocnej, lecz szybko się rozkładającej poza żywym organizmem.

Chiavoranin, który opracował tę metodę, nie był pierwszym, który próbował. Coś, co zaczęło się jako zwykłe zadanie dla taksydermistów — ponieważ myśliwi chcieli zakonserwować trofea po upolowanych smokach, a przyrodnicy pragnęli zachować okazy do badań — wzbudziło wielkie zainteresowanie chemików. Kilku ścigało się, kto pierwszy (jak im się zdawało) rozwiąże tę zagadkę. Pomimo naszych starań, żeby zachować w tajemnicy pracę Kemble’a, najwyraźniej ktoś się o tym dowiedział.

— Kiedy? — spytałam, a potem uświadomiłam sobie, że to głupie pytanie.

— Zeszłej nocy, ale wątpię, czy uda nam się dokładniej ustalić porę. — Pan Wilker pokręcił głową. Mieszkał w mieście i co selemer odwiedzał chemika z samego rana. Wieści były więc tak świeże, jak to możliwe, chyba żeby sam Kemble usłyszał intruza i zszedł na dół w piżamie sprawdzić, co się dzieje.

Kiedy dotarło do mnie, co mogło się wtedy stać, zdjął mnie nagły chłód. Czy intruz by uciekł? Czy też pan Wilker znalazłby rano chemika martwego?

Niepotrzebnie dramatyzuję, upomniałam się w duchu. Nie miałam czasu się nad tym zastanawiać, bo z zamyślenia wyrwał mnie ostry głos matki.

— Izabelo, na miłość boską, o czym ten człowiek mówi?

W pewnym stopniu pocieszyła mnie zuchwała myśl, że przynajmniej z wiadomości pana Wilkera matka nie mogła wyczytać żadnej osobistej niedyskrecji.

— Badania naukowe, mamo — powiedziałam, prostując plecy, a potem wstając. — To ciebie nie dotyczy. Niestety jednak zmuszona jestem skrócić wizytę; powinnam natychmiast porozmawiać z panem Kemble’em. Zechciej mi wybaczyć…

Matka także wstała i wyciągnęła rękę.

— Proszę, Izabelo. Bardzo się o ciebie martwię. Ta ekspedycja, którą planujesz…

Widocznie rzeczywiście się martwiła, skoro poruszyła tak osobisty temat w obecności obcej osoby, jaką był pan Wilker.

— Pomówimy o tym później, mamo — obiecałam, nie zamierzając dotrzymać obietnicy. Nabrałam zwyczaju unikania wszelkich rozmów z matką, jeśli nie ograniczały się do bezpiecznych tematów. Co rzadko się zdarzało. — To naprawdę pilna sprawa. Zainwestowałam sporą sumę w prace pana Kemble’a i muszę się dowiedzieć, ile straciłam.

Rozdział drugi

U Fredericka Kemble’a — Synteza — Sympozjum — Lord Hilford — Perspektywy Natalie — Dwa tygodnie

Samotnicze życie nie sprzyja umiejętności prowadzenia konwersacji. Przywykłam do zastanawiania się nad moimi słowami, poprawiania ich i przepisywania na czysto, zanim wysłałam ostateczną wersję listu do adresata. Moja uwaga wywarła zamierzony skutek, gdyż matka wreszcie pozwoliła mi odejść, a uprzejme pożegnanie Judith wypełniło niezręczne luki w rozmowie — lecz kiedy stanęłam na ulicy, moje zadowolenie szybko się rozwiało.

— Obawiam się, że tego pożałuję — zwierzyłam się panu Wilkerowi, naciągając rękawiczki.

— Nie sądzę, żeby straciła pani dużo pieniędzy. — Podniósł rękę, żeby wezwać dorożkę zmierzającą do najbliższego postoju.

Z westchnieniem pociągnęłam jego rękę w dół.

— Mój powóz stoi po drugiej stronie ulicy. Nie miałam na myśli inwestycji. Tego nie żałuję ani trochę. Szkoda tylko, że powiedziałam o tym matce. Ona postanowiła z góry potępiać wszystko, czym się ostatnio zajmuję.

Pan Wilker nie skomentował. Wprawdzie wtedy już byliśmy w lepszych stosunkach, jednak nie zwierzaliśmy się sobie nawzajem z osobistych kłopotów.

— Jeszcze nie wszystko stracone — powiedział. — Kemble zeszłej nocy zabrał bieżący dziennik na górę, żeby przeczytać swoje przemyślenia przed snem. Jego żona nie cierpi tego zwyczaju, ale w tym przypadku to była łaska boska.

(Uwaga dla czytelników, którzy wzdragają się na widok drobnych bluźnierstw: ostrzegam, że będzie ich więcej. Podczas pobytu w Wystranie pan Wilker powściągał język w moim towarzystwie, ale kiedy poczuł się przy mnie swobodniej, nabrał zwyczaju wzywania imienia bożego nadaremno. Gdybym ocenzurowała tu jego mowę, nie przedstawiłabym należycie jego charakteru, zatem zechciejcie wybaczyć tę bezpośredniość i jemu, i mnie. Żadne z nas nie jest zbyt religijne).

Pani Kemble nie była sfrustrowaną gospodynią domową; pracowała u boku męża. Kiedy on godzinami gapił się w ścianę i żuł ogryziony koniec pióra, pogrążony w teoretycznych rozważaniach, ona zajmowała się aspektami praktycznymi, zamawiając i odmierzając chemikalia. Wierzyła jednak w rozdzielność pracy i życia codziennego, a ja — która, jak zapewne zauważyliście, przypominałam raczej Fredericka Kemble’a — cieszyłam się, że nie zdołała oduczyć męża jego zwyczajów.

Tak jej powiedziałam, kiedy dotarliśmy do domu i laboratorium Kemble’a w Tanner Fields. W odpowiedzi zmierzyła mnie ironicznym spojrzeniem, które jednak nie maskowało zdenerwowania spowodowanego włamaniem.

— Miło mi to słyszeć, pani Camherst, ale niestety to nie ocaliło szkła.

— Mogę zobaczyć?

Pani Kemble zaprowadziła nas do piwnicy. Obecnie panował tam półmrok, światło docierało tylko przez okna na poziomie ulicy. To jednak wystarczyło, żeby dostrzec zniszczenia: wszędzie leżało potłuczone szkło, pogięte i roztrzas­kane instrumenty pomiarowe. W powietrzu wisiał odór chemikaliów, chociaż okna były otwarte, a na zewnątrz chłopiec kręcił korbą napędzającą wentylator. Włamywacze nie tylko zabrali notatki Kemble’a, zrobili także wszystko, co mogli, żeby opóźnić postępy jego badań.

— Pani Kemble, bardzo mi przykro. — Przyłożyłam chusteczkę do nosa. — Jeśli wyśle pani list do mojego księgowego, dopilnuję, żeby otrzymała pani odszkodowanie za wszystkie straty. Nie mogę pani zwrócić spokoju ducha — zrobiłam bezradny gest — ale przynajmniej odkupię szklane naczynia.

— To bardzo miło z pani strony — powiedziała ułagodzona pani Kemble. — Mąż jest na górze; nie chciałam, żeby mi się kręcił pod nogami, kiedy sprawdzam, co zniszczono i czego brakuje. Lucy poda państwu herbatę.

Posłusznie poszliśmy z panem Wilkerem do salonu, gdzie zastaliśmy Frederica Kemble’a zaciekle piszącego coś na kartce papieru. Arkusze zaścielały stół i podłogę, a Lucy, ostatnia niezamężna córka Kemble’ów, starała się znaleźć wolne miejsce, żeby postawić tacę nie tylko z herbatą, ale i z plikiem czystych kartek. Zobaczyła nas i dotknęła łokcia ojca.

— Papo…

— Nie teraz, daj mi… — Gwałtownie kiwnął głową, co chyba miało zastąpić machnięcie ręką, skoro ręce miał zajęte notowaniem.

Lucy podeszła do nas.

— Co on robi? — spytałam, nie ważąc się podnieść głosu.

— Spisuje, ile zapamiętał — wyjaśniła Lucy. — Z notatników, które ukradziono.

Po trzech latach pracy Kemble z pewnością zdążył wykuć na blachę proces konserwowania smoczych kości; nawet ja znałam go na pamięć, chociaż tak mało wiedziałam o chemii, że nie rozumiałam większości słów. Co do reszty…

— Pan Wilker powiedział, że najnowszego notatnika nie zabrano, tak? Więc skoro go mamy, starsze notatki nie są takie ważne. — Większość z nich była już nieaktualna, gdyż dokumentowała nieudane eksperymenty.

Lucy rozłożyła ręce.

— On twierdzi, że nawet stare notatki są ważne… że lubi je przeglądać od czasu do czasu.

Poszła po więcej filiżanek, a potem usiedliśmy z panem Wilkerem w drugim końcu saloniku, żeby wysłuchać relacji Lucy o włamaniu i dotychczasowym przebiegu śledztwa. Zanim skończyła, jej ojciec był gotów zrobić przerwę w pracy i zauważyć istnienie reszty świata.

— Gdyby przyszli przed sabatem… — Chemik był wyraźnie wdzięczny, że tak się nie stało. Córka podała mu filiżankę herbaty, którą przyjął i wypił z roztargnieniem. — Podczas lunchu w eromerze przeglądałem stare notatki i coś przykuło moją uwagę. W zeszłym roku…

Pan Wilker, który już dawno nauczył się rozpoznawać znaki ostrzegawcze, przerwał mu, zanim chemik zanurzył się w gąszcz naukowego języka, którego nie rozumiałam ani w ząb. Zasoby naszej ogólnej wiedzy powiększyły się tak szybko za mojego życia, że chociaż jestem uważana za bardzo wykształconą kobietę, istnieją całe dziedziny, o których wiem niewiele; należy do nich chemia. Za czasów mojej młodości programy nauczania dla młodych dam w ogóle jej nie uwzględniały, a moje samodzielne studia poszły w innym kierunku. Pan Wilker naprowadził więc naszego chemika na tematy, które mnie interesowały.

— Wspominał pan o tym dziś rano. Nasunęło to panu jakiś pomysł?

— Tak mi się wydaje. Na razie to tylko myśl, potrzeba będzie wielu testów. Ale chyba wreszcie wiem, jak przeprowadzić syntezę.

Jego słowa zrobiłyby na mnie większe wrażenie, gdybym ich nie słyszała po raz piąty. W końcu po to zatrudniliśmy Kemble’a. Wiedzieliśmy, jak zakonserwować kości smoków; to już nie stanowiło problemu. Jednakże już przed trzema laty pan Wilker i ja dostrzegliśmy niebezpieczeństwo związane z tą wiedzą.

Smocze kości interesowały nie tylko myśliwych, którzy chcieli zakonserwować swoje trofea, oraz przyrodników pragnących bez pośpiechu studiować okazy post mortem. Jako wyróżniające się niezwykłymi właściwościami, były atrakcyjne również dla ludzi innego rodzaju. Pod względem cech mechanicznych przewyższały żelazo i stal, bo były lżejsze i mocniejsze — a ponieważ łatwo dostępne złoża rudy żelaza w Antiopie i innych częściach świata zaczynały się wyczerpywać, wartość każdego materiału zastępczego rosła z roku na rok.

Mogłabym długo wyliczać wady przemysłowego zastosowania smoczych kości. Nawet miałam już gotowy artykuł na ten temat, który mogłam w każdej chwili wysłać do wszystkich godnych zaufania wydawców. Smoki były jeszcze rzadsze niż żelazo i wprawdzie się rozmnażały (czego nie można powiedzieć o rudzie), ale powszechny popyt na ich kości doprowadziłby do masowej rzezi, może nawet do wytępienia gatunku. Z powodu nieregularnego kształtu wiele kości nie nadawało się do budowy maszyn, co prowadziłoby do ogromnego marnotrawstwa. Koszty i kłopoty związane z pozyskiwaniem kości martwych smoków (z których wiele żyło w krainach równie obcych i odległych jak te wciąż bogate w żelazo) sprawiały, że perspektywa była niezbyt opłacalna. Tekst liczył wiele stron, ale całość opierała się na błędnym założeniu, że ludzie zastanowiliby się rozsądnie nad tą kwestią przed podjęciem decyzji.

Prawda natomiast wyglądała tak, że spekulanci rzuciliby się na ten pomysł jak sępy na padłego konia, żeby oskubać go do gołych kości. Gdybym chciała sobie wmówić, że przesadzam — że taki ponury scenariusz nigdy się nie spełni — wystarczyło spojrzeć na kontynent erigański, gdzie żelazo skusiło kilka antiopskich państw do wtrącenia się w sprawy tamtejszych narodów. Skoro Thiessin chciał podbić Djapę, Chiavora podsycała rewolucję w Agwi, a Scirlandia wmieszała się pomiędzy Unię Talu i militarną potęgę Ikwunde, żeby budować nowe maszyny parowe, nie zawahalibyśmy się poświęcić kilku niemych bestii.

Westchnęłam i dopiłam herbatę.

— Z całym szacunkiem, panie Kemble, właściwie nawet chciałabym, żeby ktoś jeszcze rzucił na to okiem. Jestem całkowicie przekonana, że mając dość czasu, potrafiłby pan rozwiązać tę zagadkę… ale czasu może nam zabraknąć. Wcześniej czy później ktoś rozpracuje metodę Rossiego, nawet bez pomocy pana notatek. Jeśli mamy zapobiec chaosowi, musimy znaleźć sposób, żeby zaspokoić popyt na tę substancję bez zarzynania smoków.

— Wątpię, czy nam się tak poszczęści. — Głos pana Wilkera brzmiał ponuro. — Jeśli chodzi o rzucanie okiem przez kogoś innego. Ilu ludzi zada sobie tyle trudu, co my, tylko dla ocalenia zwierząt? Już mordujemy słonie dla ich kłów i tygrysy dla skór, chociaż mają wartość jedynie dekoracyjną.

Zapewne miał rację. Z westchnieniem powiedziałam:

— W takim razie miejmy nadzieję, że policja odzyska notatnik… chociaż to wątła nadzieja. Czy mamy jakiś pomysł, kto za tym stoi?

Sądząc po ponurej ciszy, jaka zapadła, odpowiedź zaczynała się od „tak”, a potem robiło się jeszcze gorzej.

— Zapewne wie pani o sympozjum — rzucił mimochodem pan Wilker.

Zgromadzenie uczonych odbywało się w Kolokwium Filozofów, najwybitniejszej instytucji naukowej w Scirlandii. Pan Wilker nie został zaproszony, ponieważ nie był szlachetnie urodzony. Mnie także nie zaproszono; wprawdzie pochodziłam ze szlacheckiego rodu, ale nie byłam mężczyzną. Znaliśmy jednak kogoś, kto spełniał oba te warunki.

— Gdyby to był ktoś z gości, lord Hilford mógłby to sprawdzić.

— Nie będzie miał dużo czasu — odparł Kemble, otrząsając się z zamyślenia, w które często popadał. — Czy sympozjum nie kończy się w tym tygodniu?

Tak, uczeni wkrótce mieli się rozjechać do swoich krajów.

— Istotnie. W takim razie wiem już, co będę robiła dziś po południu.

*

Stanęłam przed drzwiami miejskiego domu lorda Hilforda, zanim sobie przypomniałam, że obiecałam złożyć wizytę krewnym ze strony męża. Mimo to zapukałam do drzwi, zamierzając poprosić hrabiego, żeby mi pozwolił wysłać do nich liścik. Okazało się jednak, że nie wrócił jeszcze z wykładu, więc miałam mnóstwo czasu, kiedy czekałam na niego w saloniku.

Jeśli myślicie, że wystarczyłoby mi czasu, żeby dotrzymać obietnicy, mniej więcej macie rację. Camherstowie mieszkali niedaleko lorda Hilforda, przy placu Mornetty, a droga tam i z powrotem zabrałaby mi najwyżej dwadzieścia minut. Nie wiedziałam jednak, jak długo mnie zatrzymają, a przede wszystkim musiałam jak najszybciej zawiadomić lorda Hilforda o włamaniu do pana Kemble’a. Jeśli za tym oburzającym czynem krył się któryś z gości Kolokwium, mieliśmy mało czasu, żeby się czegoś dowiedzieć, a jeszcze mniej, żeby coś z tym zrobić.

Przynajmniej tak sobie tłumaczyłam. W rzeczywistości, chociaż powiedziałam matce, że mój szwagier Matthew zgodził się zaopiekować małym Jacobem pod moją nieobecność, wolałam nie wspominać o jego braku entuzjazmu dla tego planu. Jego żona nie miała nic przeciwko tymczasowej opiece nad jeszcze jednym dzieckiem, natomiast Matthew był przeciwny perspektywie zatrzymania go na zawsze. Może nawet to on zdradził sekret wyprawy do Erigi w zasięgu słuchu mojej matki. Wyczerpana poranną konfrontacją i okropnymi wiadomościami o włamaniu, nie miałam ochoty spotykać się z nikim, kogo nie uważałam za dobrego przyjaciela.

Napisałam więc list z przeprosinami i wysłałam z nim czyścibuta lorda Hilforda na plac Mornetty. Potem założyłam ręce, krążyłam po pokoju, martwiłam się i układałam setki różnych (bezużytecznych) planów, dopóki lord nie wrócił do domu.

Kiedy usłyszałam jego grzmiący głos we frontowym holu, nie mogłam dłużej wytrzymać w salonie. Lord zobaczył mnie, kiedy stanęłam w drzwiach, i uniósł siwe kępki brwi.

— Zawsze bardzo mi miło panią widzieć, pani Cam­herst… lecz z pani twarzy zgaduję, że nie sprowadza tu pani nic dobrego.

— W istocie — przyznałam i wyjaśniłam sytuację, kiedy lord Hilford zdejmował płaszcz i kapelusz. Laskę zatrzymał; z biegiem lat stała się mniej pozą, a bardziej koniecznością, odkąd jego reumatyzm się nasilił. Wszedł za mną do salonu i z westchnieniem usiadł w fotelu.

— Mhm — mruknął, kiedy skończyłam. — Ciekawe, czy ktoś nie był przypadkiem w Wystranie. Nie miałem żadnych wiadomości od Iljisza z Drustanewa, ale wie pani, jak działa poczta. I ktoś mógł się prześliznąć obok nich niezauważony.

Wieśniacy mieli pilnować wielkiej jaskini przed ciekawskimi. Właśnie kości smoków zachowane na tym wielkim cmentarzysku podsunęły nam pierwsze wskazówki co do roli kwasu w tym procesie.

— W książce nic o tym nie napisaliśmy — powiedziałam, nawiązując do monografii, jaką opublikowaliśmy po powrocie z ekspedycji. — Tylko o tym, że smoki rozszarpywały swoich zmarłych pobratymców i w kawałkach zabierały ich do jaskini. Nikt nie mógł z tego wnioskować o zachowaniu szczątków… ani znaleźć jaskini.

Machnięciem ręki hrabia mi przypomniał, że nic, co mówię, nie jest mu obce.

— Jednak istnieje taka możliwość i musimy ją wziąć pod uwagę. Kolejna ewentualność: Kemble się wygadał.

— Gdyby się wygadał, czy zniszczono by jego laboratorium? — oburzyłam się. Wtedy dostrzegłam lukę w swojej logice. — Ach, nie oskarża go pan o sprzedanie tajemnicy, tylko o nieumyślne ujawnienie wskazówki pozwalającej się domyślić, nad czym pracuje.

— Każdy z nas mógł to zrobić — przyznał lord Hilford. — Ja także. Chciałbym myśleć, że jestem dyskretny, ale… cóż. Uczeni piją dużo więcej, niż się innym zdaje, a ja nie mam już tak mocnej głowy jak kiedyś.

Pomyślałam, że przynajmniej ja na pewno nie zdradziłam naszej tajemnicy. Nie dzięki jakimś niezwykłym zaletom, tylko z braku okazji. Rzadko rozmawiałam z nieznajomymi. Ale wspominanie o tym nic by nie dało, więc zapytałam jedynie:

— Czy podejrzewa pan kogoś spośród gości Kolokwium? A może członków?

— Kilku, niestety — mruknął lord Hilford. — Jest taki szczurowaty gość, Marñeo, któremu nie ufam za grosz; oskarżono go o przywłaszczanie sobie wyników badań innych osób. Guhathalakar otwarcie przyznaje, że pracuje nad problemem konserwacji. Nikt z bulskewskiej delegacji się tym nie zajmuje, ale mają więcej okazji od innych, żeby węszyć po Wystranie. A Hingijczycy… Proszę mi wybaczyć, pani Camherst, ale bez dalszych dowodów mogę jedynie snuć domysły.

— No, pan Wilker wciąż jest u Kemble’a i rozmawiali z policją, więc możemy liczyć na jakiś trop. — Wstałam i znów zaczęłam nerwowo chodzić po pokoju, wykręcając palce. — Szkoda, że nie mogę nic zrobić, żeby przyspieszyć badania. Pieniądze pomagają tylko do pewnego stopnia; nie sprawią, że umysł Fredericka Kemble’a będzie pracował szybciej.

— Niech się pani zajmie własnymi badaniami — poradził bardzo rozsądnie lord Hilford. — Może pani odkryje coś przydatnego, a nawet jeśli nie, to możemy wykorzystać każdą odrobinę wiedzy o smokach, żeby odrobinę lepiej je chronić. Niemniej… żeby przejść od jednego stresującego tematu do drugiego…

To wystarczyło, żebym się zatrzymała. Próbowałam sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz hrabia wyrażał się tak oględnie, ale nie pamiętałam niczego podobnego. Obejrzałam się i zobaczyłam, że przygryza zwisający koniuszek wąsa. Czekałam, ale on milczał.

— Och, niechże pan wreszcie powie — rzuciłam dość ostrym tonem. — Czekanie nie pomaga moim rozstrojonym nerwom.

— Natalie — mruknął niechętnie. — Czy raczej jej rodzina.

Wnuczka zwykle nie była powodem do stresu. Ani jej rodzina, ale…

— Niech zgadnę — westchnęłam. — Uznali, że nie jestem dla niej odpowiednim towarzystwem. Ba, cała Scirlandia doszła do takiego samego wniosku: nie nadaję się do towarzystwa dla nikogo.

— Niezupełnie o to chodzi. Tak, uważają panią za ekscentryczkę, ale na ogół nieszkodliwą. Rzecz w tym, że ekscentryczka nie jest dobrym towarzystwem dla niezamężnej młodej damy… zwłaszcza jeśli zamierza ona zmienić ten stan.

Spojrzałam na niego z zaskoczeniem.

— Przecież Natalie ma dopiero… — Policzyłam i zamilkłam. — Prawie dwadzieścia lat — dokończyłam ponuro. — Rozumiem.

— No właśnie. — Lord Hilford również westchnął, z przesadnym skupieniem przyglądając się gałce swojej laski. — Rodzina absolutnie się nie zgadza, żeby Natalie towarzyszyła pani w tej wyprawie. Zapewne nie będzie pani co najmniej przez pół roku, może dłużej; to zrujnowałoby jej szanse na małżeństwo. Staropanieństwo i tak dalej. Próbowałem perswadować, naprawdę.

Wierzyłam mu. Lord Hilford miał postępowe poglądy na to, co wypada damom, a poza tym uwielbiał Natalie, ale w końcu nie był prawnym opiekunem swojej wnuczki.

— Rozmawiał pan z nią?

— Ona zna opinię rodziny. Liczyłem, że pani z nią porozmawia… wie pani, jak kobieta z kobietą… i pomoże jej się pogodzić z tą sytuacją. Nie przykują jej przecież łańcuchami do jakiegoś brutala.

Lecz jeśli Natalie wkrótce sama nie poszuka sobie męża, może nie znaleźć nikogo lepszego oprócz jakiegoś brutala.

— Zobaczę, co mogę zrobić.

Lord Hilford najwyraźniej odczuł ulgę.

— Dziękuję. Jednak musi się pani pospieszyć. Zamierzałem napisać do pani dziś po południu, ale teraz mogę powiedzieć to osobiście: harmonogram się zmienił. Czy pani i Wilker możecie wyruszyć za dwa tygodnie?

Gdybym trzymała coś w ręku, upuściłabym to.

— Dwa tygodnie?

— Jeśli pani nie może, proszę powiedzieć. Wtedy jednak może dojść do kolejnego opóźnienia. W Ministerstwie Spraw Zagranicznych nastąpi zmiana, a nowemu urzędnikowi nie podoba się, że podróżni jeżdżą do Nsebu, ze względu na zamieszki w tej okolicy.

— Zamieszki? — zaniepokoiłam się, przypominając sobie komentarze mojej matki.

— Ach tak, wiadomość nie dotarła jeszcze do gazet. Dowiedziałem się o tym od naszego człowieka w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Grupa królewskich inżynierów wpadła w zasadzkę podczas wykonywania pomiarów na południowym brzegu Giramy, na terytorium rzekomo pod naszą ścisłą kontrolą. Wygląda na to, że Eremmo ucichli wystarczająco pod jarzmem Ikwunde, żeby inkosi znów zaczął szukać nowych podbojów. Pewnych ludzi mocno to martwi.

Nic dziwnego, zważywszy na militarne sukcesy, jakimi Ikwunde cieszyli się przez ostatnie pięćdziesiąt lat pod przywództwem kolejnych wojowniczych inkosich. Pomimo tego wierzyłam w naszych żołnierzy, którzy tam stacjonowali. Poza tym region rzeki między Bayembe i Eremmo znajdował się po przeciwnej stronie kraju niż Nsebu.

— Jeden kłopot za drugim — westchnęłam. — Zaczynam się obawiać, że nigdy nie dojdzie do tej wyprawy.

— Dojdzie, pani Camherst, jeśli ruszymy wystarczająco szybko. Inaczej będziemy musieli przekonywać nowego urzędnika.

Przekonywanie poprzedniego już zajęło nam miesiące. Rozważyłam moją sytuację i zmełłam w zębach przekleństwo, jakie nie przystoi damie. Liczyłam na to, że Natalie będzie mi towarzyszyć w tej podróży. Czy gorzej byłoby podróżować samej — w dodatku z nieżonatym mężczyzną — czy znaleźć inną kobietę w tak krótkim czasie? Lub raczej czy to drugie będzie gorsze niż konsekwencje tego pierwszego?

Tak czy inaczej nie mogłam pozwolić, żeby to wpłynęło na moją odpowiedź.

— Tak, będę gotowa. Pana Wilkera musi pan sam zapytać.

— Wiem, co powie Tom. — Hrabia podniósł się z krzesła. — Zatem za dwa tygodnie. Na pewno musi pani się przygotować. Ja tymczasem zajmę się sprawą włamania.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Zwrotnik Węży Historia naturalna smoków 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona