W cieniu paproci

W cieniu paproci

Autorzy: Anika Stelmasik

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 13.35 zł

O samotności i miłości, o przegranych bitwach i wygranych wojnach

Adam to artysta malarz, który z powodu kalectwa nie opuszcza swojego mieszkania-pracowni. Jedyną wartością, jaką wyznaje, jest sztuka, nic poza nią.

Pewnego dnia do jego mieszkania wkracza szalona nastolatka Niki, która pod pretekstem akcji organizowanej przez jej liceum zmienia żarówki, a jednocześnie wprowadza sporo zamieszania w życie Adama. I prowokuje zmiany, których on zupełnie się nie spodziewa…

Maria, dojrzała kobieta, mieszkająca ze swoją matką, przez całe dorosłe życie pielęgnowała pamięć po swojej młodzieńczej miłości do Jana. Po latach odkrywa tajemnicę zniknięcia Jana i postanawia zawalczyć o siebie.

I Adam, i Maria – widzący siebie czasem nawzajem w oknach kamienicy podczas długich, bezsennych nocy – borykają się z samotnością, która w nich wrosła, jak im się zdaje, już na zawsze.

Ale czy rzeczywiście na zawsze?

Anika Stelmasik

W cieniu paproci

ISBN

Copyright © by Anetta Stelmasik, 2018

All rights reserved

Redakcja

Hanna Kossak-Nowocień

Projekt graficzny okładki i stron tytułowych

Joanna Wasilewska

Wydanie 1

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67

faks 61 852 63 26

dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

sklep@zysk.com.pl

www.zysk.com.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

W cieniu paproci

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Słońce letnimi promieniami dzieliło budynek na strefy światła i cienia. W jego blasku ściana wydawała się jaśniejsza, niż była w rzeczywistości, wręcz oślepiała białobłękitem, ostro odcinając się od głębokich, granatowych fioletów cienia na dolnych kondygnacjach. Wpatrując się w cienistość parteru, miało się ochotę dać nura w panujący tam chłód. Krzewy bzu tulące się w narożniku niemal chłonęły głęboką zielenią liści orzeźwiający półmrok, gotując się na wejście w strefę skwaru popołudnia. Spokój późnego poranka mąciła tylko nonszalancko powiewająca firanka w oknie na drugim piętrze, zapewne siłą przeciągu porwana do zwariowanego tańca za oknem. Od czasu do czasu leniwy widok rozbłyskiwał nagle odbiciem słońca w otwieranych oknach. Nawet dzikie gołębie, zazwyczaj spacerujące po rozgrzanym dachu, siedziały teraz w cieniu wyłomów gzymsu. Wszystko to zapowiadało kolejny upalny dzień, zbyt upalny jak na czerwiec.

Jakaś zapomniana przez świat mucha raz po raz waliła głową w szybę, próbując przedostać się do rzeczywistości za oknem. Długotrwałe brzęczenie owada wręcz usypiało.

W mieszkaniu panował zaduch. Opary terpentyny rozpuszczającej farbę na pędzlach w słoikach, wczorajszy smród papierosów i zapach zbyt mocnej kawy po turecku stanowiły wyzwanie dla nosa.

Adam zbliżył się do okna, szarpnął klamkę, szyby zadrżały i okno ze zgrzytem otworzyło się na oścież. Skorzystała na tym mucha i momentalnie odfrunęła, lekko chwiejąc się na boki, może z radości, a może od bólu głowy.

Próżno by czekać na orzeźwiający powiew, bezwietrzny dzień nijak nie mógł wpłynąć do środka.

Adam lekko otarł nabrzmiały farbą pędzel o rant palety. Delikatnym ruchem musnął płótno. Wątła plamka w kolorze szafiru pojawiła się tuż obok poprzedniej, błękitnej. Wpatrywał się przez kilka chwil w widok za oknem, po czym już bardziej energicznie śmiesznymi, wręcz dziecinnymi okrężnymi ruchami złączył dwa stożki sąsiadujących ze sobą na palecie farb. Zieleń i niebieski zaistniały głębokim granatem i pokaźną plamą na dole płótna. Chyba na taki efekt liczył, bo przechylił delikatnie głowę, chcąc ocenić pracę z innej perspektywy. Mrużył oczy, przygryzał delikatnie wargi, wychylał się to do tyłu, to do przodu, a potem kilka minut trwał w bezruchu. Wytarł pędzel kawałkiem tkaniny, która prawie nie różniła się od kolorowej palety, nosząc tysiące śladów po poprzednich obrazach.

Kawa nie smakowała tak, jak by sobie tego życzył, zbyt mocna, aż drażniła goryczą język, ale cóż, cukier skończył się już wczoraj, a pan Wacław zapewne dziś nie przyjdzie. Sączył więc małymi łykami smołowatą ciecz i dalej rozmyślał nad proporcjami w obrazie. To drugi z zamierzonego cyklu. Nawiązując do impresjonistów, chciał ukazać zmienność pejzażu w zależności od pory dnia i nastroju artysty.

Widok z okna o świcie powstał miesiąc temu, był efektem twórczego potu wyciskanego codziennie o piątej nad ranem. Wyrazisty, błękitno-szafirowy, spoczywał sobie teraz spokojnie płótnem do ściany, czekając cierpliwie na pobratymców.

To koniec na dziś, światło zaczynało się już roziskrzać, mogło stanowić niezłe preludium do trzeciego ujęcia z cyklu. To niesamowite uczucie, jedenasta godzina, a dla Adama dzień się już zakończył. Inni dopiero brali drugi oddech, by się rozbujać w pracowitym dniu, a on już czekał nocy. Plan został wykonany, cóż dalej? Przetrwać, oszukać czas, aby nie przechodzić katorgi długich, jednakowych godzin spędzanych na czytaniu drugi raz tej samej książki i oglądaniu z okna niezmiennej historii ludzi mieszkających w okolicy. Nie znał nikogo, ale wiedział dużo o ich zwyczajach i nawykach. To dziwne, jak wiele można powiedzieć o ludziach, obserwując ich z daleka, przez okno.

Od końca kwietnia do ostatnich ciepłych dni lata, o jedenastej trzydzieści pani Pulchna wyprowadza starego wychudzonego dziadka na ławkę na dziedzińcu. Przykrywa mu nogi kocem i zostawia, by zażywał świeżego powietrza. Później co piętnaście minut rozchyla firankę w oknie na parterze i spogląda troskliwie na Dziadunia, który siedzi tak, podparty obiema rękami o laskę, przez dwie godziny. O czym rozmyśla? Może o tym, jak kiedyś był młody, o dawnych znajomych, gorących nocach miłosnych, silnych mięśniach, o pierwszej, krzywej literze w zeszycie, ostatnim przyjacielu pochowanym w ubiegłym roku, a może wcale nie rozmyśla, tylko obserwuje mrówki uparcie wydeptujące ścieżki na trawniku.

W niedzielę Dziadzio zawsze wychodzi na ławeczkę w stroju galowym. Ciemnozielony mundur i czapka rogatywka są pewnie chlubą — nie wiadomo, czy bardziej dla niego, czy dla jego córki, a może wnuczki — pani Pulchnej. Dziadzio jest chudy, widać, że słaby, ale pierś w niedzielę zawsze pręży dumnie, demonstrując medale za zasługi zdobiące prawie cały przód munduru. Adam przypuszczał, że pewnie nie raz okazał się bohaterem, doczekał się kochającej rodziny, co znakomicie widać po troskliwej opiece pani Pulchnej.

Kwadrans przed południem wraca z zakupów pani Kwiecista Sukienka, kobieta po pięćdziesiątce, zawsze ubrana w rzeczy o kwiatowych wzorach. Kolorowa jak papuga ara, czasami nawet z włosami w dziwnych, nienaturalnych barwach. Ostatnio w maju, kiedy lilaki w rogu dziedzińca nabrzmiewały od fioletu swych kiści, Kwiecista Sukienka miała włosy koloru bzu. Liliowe, fioletowe, zwiewne. Codziennie taszczy wiklinowy kosz pełen porów, marchewek, kapusty, co znakomicie harmonizuje z jej krągłą, pulchną sylwetką, nieunikającą widać prostej radości życia, jaką daje jedzenie. Na jej widok serce samo się raduje, jakieś niesamowite siły witalne drzemią w tej kolorowej kobiecie, która prócz koszyka z warzywami zawsze niesie uśmiech i łagodny spokój. Przypomina matkę, karmicielkę. Człowiek ma ochotę złapać ją za rękę i bezpiecznie pomaszerować z nią przez życie.

Nagły, drażniący dźwięk dzwonka u drzwi przerwał Adamowi rozmyślania o uczuciu sielankowego spokoju u boku Kwiecistej Sukienki. Spojrzał ze zdziwieniem na zegarek: dziewięć po dwunastej. O tej godzinie nikogo się nie spodziewał. Zresztą nie spodziewał się o żadnej godzinie. Trochę to trwało, nim po kolejnych szarpiących uszy dzwonkach zbliżył się do drzwi. Skrzeczący zamek odblokował zasuwę i Adam wolnym, niepewnym ruchem ręki, niczym staruszki lękające się złodzieja, uchylił drzwi. Bardziej od pory, jaką wybrał sobie gość, zdziwił go sam gość. Na progu stała młoda dziewczyna, można rzec prawie kobieta. Pod ostrym makijażem widać było dziecięco-młodzieńcze rysy, które jakby na siłę chciała zatuszować. Piegi ledwie przebijały się przez grubą warstwę pudru, a okrągłe policzki pociesznie kontrastowały z ostrą kreską tuszu pod okiem. Metr siedemdziesiąt prawie kobiety stało na progu i, o zgrozo, było niemal tak samo zdziwione widokiem Adama, jak Adam niespodziewanym gościem.

— Dzień dobry, jestem Niki, chodzę do pobliskiego liceum, tego na Konarskiego, wie pan którego? — bełkotała, przestraszona, zaskoczona osobą Adama.

— Tak, tak, wiem… na Konarskiego — potwierdził w celu skrócenia dalszej prezentacji, nie mając pojęcia, czy na Konarskiego jest jakakolwiek szkoła. Nie był na Konarskiego, może nawet miejsce, o którym w tej chwili myślał, było zupełnie inną ulicą. Nieważne zresztą.

Zapadła dziwna cisza. Wypadało, aby Niki rzekła cokolwiek, może coś o celu swej wizyty, ale ona stała, patrząc roztargnionym wzrokiem to na Adama, to na numer czterdzieści cztery na jego drzwiach. Jakby się upewniała, że trafiła pod właściwy adres. Postanowił przerwać drętwe milczenie, przyspieszyć moment zamknięcia drzwi i uznania tej niezapowiedzianej wizyty za zwykłą pomyłkę.

— Więc?

Ponaglające pytanie przywróciło dziewczynę do życia. Wzięła głęboki oddech i zaczęła opowiadać o organizowanej w szkole akcji zwalczania przyczyn i skutków ocieplania klimatu przez degradacyjne zachowania człowieka.

Mniej więcej w połowie opowieści przestał już słuchać, skupił wzrok na śmiesznym kolczyku w kształcie trupiej czaszki, rytmicznie podskakującym przy uchu dziewczęcia z każdym wypowiedzianym słowem. Najwyraźniej trupia czaszka stanowiła talizman albo przynajmniej ulubiony motyw, bo po dokładnych oględzinach stwierdził, że podobne ma przyczepione do bransoletki. Blaskiem małych cekinów olbrzymia czaszka jaśniała na bluzce, a nawet, o zgrozo, buty, wysokie trampki, całe były w czaszki. Coś niesamowitego! Może to jakiś manifest, ostrzeżenie przed globalnymi skutkami ocieplenia?

Dopiero po chwili zauważył, że Niki wymachuje mu przed oczami dziwnymi przedmiotami, też białymi. Aż bał się na nie spojrzeć, przekonany, że to zapewne również czaszki. Spojrzał… szkło… mlecznobiałe rurki. Usłyszał, że „to żarówki, energooszczędne”. Nawet nie miał pojęcia, że takie są.

— No więc? Mogę je wymienić? Akcja jest zupełnie darmowa, zabieram stare, pożerające energię, a zostawiam nowe. Wszystko jest sponsorowane, proszę więc się nie bać, że obciążę pana jakimiś kosztami. Czy chce pan je wkręcić?

Padło konkretne pytanie, jednak nie było na nie odpowiedzi. Adam kątem oka spojrzał dyskretnie na sufit, zwisający jakieś trzy metry nad jego głową. Niki złapała to spojrzenie i zażenowana nietaktem przygryzła wargi.

— Teraz to będzie raczej trudne. — Poklepał znacząco kółko swojego wózka inwalidzkiego.

— To żaden problem, ja to zrobię — oświadczyła już właściwie za progiem, przeciskając się między drzwiami a wózkiem. A przecież jeszcze się nie zgodził i wcale nie był pewien, czy ma ochotę, aby ktoś zmieniał mu cokolwiek w mieszkaniu, zwłaszcza oświetlenie.

Światło było dla niego ważne, nawet to sztuczne, tworzyło klimat, nastrój. Albo przygnębiało chłodnym i słabym półmrokiem, albo poprawiało humor, gdy było silne i ciepłe.

Teraz jakaś obca małolata kręci się mu po domu, szukając żarówki. I znów ma tę samą minę co wtedy, gdy stała zdziwiona przed drzwiami, jakby nie mogła złapać powietrza.

— Pan maluje… niesamowite, artysta!

Całe zdanie wypowiedziała w próżnię, nie czekając na jakikolwiek komentarz z jego strony. Kręciła się jak baletnica w pozytywce, zaskoczona liczbą płócien przytulonych do ścian.

Miał dość, nie lubił obcych, nie lubił żadnych zachwytów, podziwów ani względem swojej osoby, ani twórczości.

— Chodziło ci o żarówki — przypomniał prawie niegrzecznie.

Niki ocknęła się dopiero, kiedy spojrzała na żarówkę w zaciśniętej dłoni.

— Potrzebne jest krzesło.

— Jest za tobą, odstaw tylko to duże płótno. — Nakierował ją delikatnym ruchem głowy, mając nadzieję, że przyspieszy akcję i pozbędzie się intruza — ekologa.

Za stertą ram i blejtramów dostrzegła jakieś oparcie, to mogło być krzesło. Widać, że długo nikt go nie używał, było zakurzone i wybrudzone farbą. Spojrzała na płótno, które wcześniej przestawiła. Zamglony pejzaż, kosmiczny widok spowity gęstymi nićmi pajęczyny, klimatem bliski surrealizmu, nieco przypominał obrazy Beksińskiego. Wielkie zielone oko w dole obrazu przymykało się pod ciężarem pajęczyny, a może mgły? Nastrój raczej przygnębiający, ale kolorystyka ciekawa, szafirowe zielenie tak chłodne, iż można by rzec, że przedstawiają głębie morza.

Widział, że patrzy na jego obraz. Czuł się prawie zażenowany, wręcz nagi.

— Odstaw go tam, obok parasoli. — Ręką wskazał na stojak pełen zdezelowanych kolorowych parasolek.

Posłuchała, a potem weszła na krzesło i nie bacząc na kurz, który mienił się w ostrym słońcu, drgając w strugach światła, wykręciła starą, kruchą żarówkę.

— Myślę, że będzie pan zadowolony, zresztą wieczorem sam pan zobaczy… Światło tych nowych jest żółte, ciepłe — paplała, jakby ponownie chcąc usprawiedliwić swoje nagłe wtargnięcie do obcego mieszkania.

— Dziękuję, sprawdzę — odrzekł sucho, czekając już nieskrywanie na wyjście gościa.

Niki wyczuła kres swojej misji w domu Adama. Delikatnie lawirując między płótnami, odstawiła krzesło, pożegnała się i wyszła.

Dopiero po chwili Adam poczuł zapach unoszący się w pokoju. Gdzieś między terpentyną, kurzem i farbami, prawie nieuchwytny, delikatnie dał się wyczuć aromat lawendy.

Lubił go, kiedyś.

Następny dzień nie przyniósł zapowiedzi jakiejkolwiek zmiany pogody. Upał już od wczesnego poranka przygotowywał wszystkich na żar popołudnia. Gołębie spod gzymsu gdzieś się podziały, pewnie znalazły sobie chłodniejsze lokum, może bliżej wody, albo pofrunęły wysoko, tam gdzie skwar zamienia się w deszczowy chłód. Stara kamienica prócz mieszkań o nieustawnych pokojach przechodnich, skrzypiących drewnianych schodów i resztek witrażu w oknach klatki schodowej miała jeszcze jedną zaletę — dziedziniec, otoczony z czterech stron trójkondygnacyjnymi murami. W upalne lata było to jedyne miejsce, gdzie słońce nie miało stałego dostępu. Wszystkie trzy okna kwatery Adama, usytuowanej przy wewnętrznej ścianie budynku, wychodziły właśnie na tę stronę. Dzięki temu cały jego świat był odizolowany od hałasu ulicy, latem panował przyjemny chłód, choć wadą, zwłaszcza z punktu widzenia artysty, było mało dziennego światła. Już od trzeciej po południu lokum zaczynało przypominać mysią norę. Zimą zaś było ciemne, zimne i przygnębiające.

W taki dzień jak dziś człowiek przestaje wierzyć w jakąkolwiek zmianę. Wydaje się, że upał będzie trwał do końca świata, a deszcz pozostanie tylko sennym marzeniem.

Drugi obraz z cyklu wymagał już tylko małej pieszczoty. Silne kontrasty odzwierciedlały oślepiające kolorem przestrzenie na tynkach i nasycone głębie cienia. Patrząc na obraz, można było odczuć klimat tak upalnego dnia.

Adam spojrzał na ścianę przeciwległej elewacji i odnalazł na niej to wszystko, co było w jego obrazie: małą szarozieloną plamę zmurszałej belki balkonu, przypominający kształtem Australię kawałek odpadającego tynku, rzędy wyróżniających się czerwienią pelargonii na pierwszym piętrze tworzące wręcz klimat małych włoskich miasteczek. Dodał jeszcze kilka drobnych blików, białych plamek podkreślających odbicie światła w szybach okien, i mógł czuć się zadowolony.

Zauważył też coś, czego nie dostrzegł wcześniej — szyby ożyły. Cały widok zdawał się nieruchomy, ale w odbiciach okien działo się tak wiele. Żyły życiem nieba, które się w nich przeglądało. Mała biała chmurka powoli wędrowała przez okna na drugim piętrze i gołębie wróciły, krążąc w okiennym odbiciu.

Adam odłożył pędzel, był usatysfakcjonowany tym, co stworzył. Poczuł pragnienie. Spierzchnięte upałem albo twórczym zapałem wargi delikatnie piekły, kiedy chwycił nimi papierosa. Spojrzał na zegar, zaraz usłyszy pukanie do drzwi. Minęła chwila, kroki na klatce i stukot. Adam energicznie podjechał w kierunku wejścia.

Pan Wacław zdawał się nie większy od swojej torby listonosza. Nonszalancko przechylona na głowie czapka z daszkiem nadawała mu radosny, trochę łobuzerski wygląd.

— Dzień dobry, panie Adamie, poczty to ja klasycznie, w trąbkę jeża, nie mam dla pana, ale za to coś znacznie lepszego niż wszystkie polecone tego świata. — Z dumą wyładował z torby, prócz kilograma cukru, siedmiu torebek zupy pieczarkowej w proszku, chleba, konserwy turystycznej i dwóch tubek sjeny palonej, słoik gołąbków domowej roboty. — To dzieło Marylki, specjalnie dla pana. — Z radością podniósł słoik do góry, prezentując z chlubą czerwień sosu pomidorowego.

— Proszę podziękować żonie, jest cudowna, że o mnie pamięta — z nieskrywaną wdzięcznością odrzekł Adam.

— A co ma nie pamiętać, to anioł, nie kobieta! Pewnie… jak każda ma za uszami. Panie Adamie, w trąbkę jeża, jak ona się zdenerwuje, to wzrokiem pewnie samego bazyliszka by przepędziła na sto wiatrów, a jak krzyknie! Nie za wiele, bo tego bym nie zniósł, ale jak już krzyknie, to normalnie człowiekowi żyły z cholesterolu się przeczyszczają. Ma kobieta charakterek… ale gotuje jak mało która! Człowiek już sam nie wie, za co ją bardziej kocha, za jedzenie czy za… no wie pan…

Pan Wacław mrugnął porozumiewawczo i zaczął chichotać znacząco, aż zaróżowił się na twarzy.

— Przecież to znana nie od dziś prawda, że przez żołądek do serca — radośnie potwierdził Adam, delektując się zapachem unoszącym się z otwartego słoika.

— Cóż, to ja już polecę, bo upał straszliwy, a mnie jeszcze trzeba cztery kamienice obrobić. Będę w czwartek. Co przynieść? Farby, herbatę, chleb? — pytał już w drzwiach.

— Jeśli można, to tubę karminu i błękitu paryskiego. I cytryny… jakoś mam ochotę na cytryny.

Pan Wacław zniknął w cieniu klatki schodowej, słychać było tylko, jak paski i sprzączki jego torby obijają się o siebie, dzwoniąc przyjaźnie.

Adam lubił ten dźwięk. Właściwie oznaczał dla niego przetrwanie. Przepastna torba listonosza stanowiła jedyne źródło jego kontaktu ze światem. Zakupy, listy, czasem jakiś mały obraz na okazjonalny handel. Nie lubił sprzedawać swoich dzieł i od wielu lat je gromadził. Traktował jak spowiedź i był absolutnie szczery w uczuciach przelewanych na płótno. Obrazy stały się formą jego opowieści o życiu. Żył dzięki nim… i panu Wacławowi.

Krople potu utorowały sobie prostą ścieżkę wzdłuż kręgosłupa. Koszulka przylgnęła do spoconego ciała zbyt mocno, upał zaś zaczął dawać mu się we znaki. Nie mógł nawet zrobić przeciągu, bo żadne z jego okien nie znajdowały się naprzeciw siebie.

Włączył wentylator i siedział, patrząc w okno. Myślał o trzecim z cyklu. Dziś musi przygotować blejtram, naciągnąć płótno, ale nie mógł wykrzesać z siebie sił, aby stać przy gorącym garnku i mieszać klej kostny.

Kwiecista Sukienka wraca z targu, czyli już prawie południe. Gigantyczny por wystaje z jej koszyka jak wielki koguci ogon. Dziadzio na jej widok z grzecznością uchyla czapki, uśmiecha się lekko, prawie niezauważalnie, po czym wraca do swojego świata. Znów się nic nie zmieniło, tylko gołębie wróciły pod gzyms.

Adam wsypał drobne granulki kleju do odrapanego niebieskiego garnka, jednak po kilku minutach żar bijący z palnika zmusił go do odwrotu. Zmniejszył płomień i powrócił na swoje miejsce obserwacyjne. Pusta sztaluga to trochę dziwny widok, na pewno dziwniejszy niż ten za oknem, bo nieprzewidywalny.

Cień zaczął docierać do balkonu z pelargoniami na pierwszym piętrze, objął go już prawie w całości swymi kojącymi, chłodnymi skrzydłami. Widać już popołudnie.

Lubił ten balkon cały w kwiatach, doskonałe przeciwstawienie natury i architektury. Obserwował wielką paproć, którą właścicielka wystawiała każdego dnia. Często zastanawiał się nad miłością, jaką trzeba darzyć rośliny, aby tak codziennie wyprowadzać je na spacer niczym psa. Jednak zwierzę to zupełnie co innego, skacze, szczeka, liże, merda ogonem, pokazuje, że kocha… Roślina nie pokazuje, nie mówi, nie szczeka nawet, niczym nie merda. Czegóż można oczekiwać od paproci w zamian za troskę i miłość?

Nie wiedział, jak długo trwała drzemka, ale sądząc po kłębach dymu, musiała być co najmniej godzinna. Przerażony dymem i dzwonkiem u drzwi, wyrwał się półprzytomnie z sennego świata.

Podjechał do wejścia i nie czekając na przywitanie gościa, powrócił szybko do kuchni. W na wpół zwęglonym garnku klej zaskwierczał głośno pod strumieniem zimnej wody.

— Kucharz to chyba z pana nie najlepszy? — Usłyszał za plecami znajomy głos. Odwrócił się, by ujrzeć swoją znajomą od ratowania planety przed powodziami, trzęsieniami i topnieniem lodowców.

— To tylko klej kostny, baza do podobrazia — wyjaśnił rzeczowo, jednocześnie tłumacząc smród spalenizny nieprzypominający jakiegokolwiek jadalnego produktu.

— A… Nadal nie bardzo wiem, po co to panu, ale cieszę się, że nie miało to służyć do jedzenia, bo śmierdzi okropnie nieapetycznie — stwierdziła z uśmiechem na ustach, siłując się jednocześnie ze starym, wypaczonym oknem w kuchni.

— Czy cokolwiek może śmierdzieć apetycznie? — przekornie spytał Adam, zastanawiając się nad celem ponownej wizyty Niki.

Wyczuwając jego ciekawość, oświadczyła, że wpadła tylko na chwilę, by spytać, czy nowe światło mu odpowiada. Dopiero po chwili zrozumiał sens pytania, kojarząc je z wczorajszymi żarówkami.

— A… oczywiście, jest przyjemne, dziękuję — odpowiedział grzecznie, sucho i szybko, mając nadzieję, że dziewczyna, osiągnąwszy cel swojej wizyty, pomknie teraz cała w skowronkach jako spełniona ekolożka do swojego LO, dając mu święty spokój.

— Fajnie tu… — ni stąd, ni zowąd rzuciła w przestrzeń, przyglądając się uważnie pędzlom na stoliku, które stały w słoikach jak kwiaty w wazonie. Opuszkiem palca naciskała ich włosie, jakby badając twardość każdego z nich.

Adama zdziwiło, że takie miejsce może podobać się nastolatce. Dziewczyny w jej wieku wolą chyba wystawy sklepowe, dyskoteki, kina, a nie zakurzone i zagracone mieszkanie artysty, kaleki. Nie skomentował tego jednak głośno, łudząc się, że niewciąganie dziewczyny w rozmowę poskutkuje jej szybkim wyjściem.

— Mieszka pan sam?

Krótkie, proste i treściwe pytanie przeszyło go dziwnym lękiem. Przez chwilę poczuł się zupełnie jak przy tablicy, kiedy nie zna się odpowiedzi. Skąd ta panika? Miał wrażenie, jakby ktoś wlazł mu w sam środek grządki z warzywami i szykował się do zdeptania młodych sadzonek. Nie lubił, kiedy świat interesował się jego osobą, a ta dziewczyna była przybyszem ze świata.

— Mieszkam sam, też lubię swoje mieszkanie i uważam, że żarówki energooszczędne to świetny pomysł, ale niestety pora już, abym przystąpił do pracy. Za moment światło zupełnie się zmieni i nic nie poradzą żadne żarówki, nawet te najlepsze — skłamał, udając zapracowanego. Nie miał pojęcia, o czym można rozmawiać z osobą stamtąd.

— Jasne… Światło to najważniejsza rzecz, ale myślę, że dziś już pan nie będzie nic robił — stwierdziła przekornie, znakomicie obnażając jego kłamstwo.

— Miałem taki zamiar, zaraz wracam do pracy — zażenowany tłumaczył się jak dziecko przyłapane na wyjadaniu konfitur. — Czy mogę jeszcze w czymś pomóc?

Grzecznościowa formuła, wypowiadana zazwyczaj tylko w celu zasygnalizowania rozmówcy końca rozmowy, teraz spotkała się z konkretną odpowiedzią.

— Tak. Czy mogę prosić o szklankę wody? Duszno tutaj.

No nie! — zaprotestował w myślach — dziewczyna jest niemożliwa! Dobre wychowanie nakazywało jednak napoić spragnionego gościa.

— Proszę sobie nalać, stoi w kuchni, obok herbaty, na szafce przy oknie.

Nie brzmiało to jak szczere zaproszenie na przyjacielską kolację, ale niczym nie zraziło dziewczyny. Wróciła po chwili do pokoju ze szklanką przezroczystego płynu w ręku i zaczęła się rozglądać, na czym mogłaby usiąść. Nie znalazła niczego, co nie wyglądałoby jak paleta malarska, więc bez pardonu rozsiadła się po turecku na podłodze.

Osłupiał! Czy ona ma zamiar wysiadywać tutaj dłużej niż wymaga tego wypicie szklanki wody? — pomyślał z przerażeniem.

— Obawiam się, że podłoga nie jest zbyt czysta. Nie sprzątałem jej od miesięcy — ostrzegł, mając cichą nadzieję, że może brud ją wystraszy. Ale gdzie tam! Widać inny był boski plan, bo Niki uparcie siedziała na starych sosnowych deskach, w czasach świetności zapewne szykownych niczym palisander.

— Moja koleżanka też maluje, ale jej prace są trochę inne…

— Serduszka i pawie piórka? — Adam przerwał jej złośliwym wtrąceniem.

Był znudzony i nie miał najmniejszej ochoty na konwersację. Męczyła go namolność dziewczyny. Nie słuchał jej paplaniny o twórczych osiągnięciach koleżanki, jego wzrok przykuły nowe gadżety stroju rozmówczyni. Dziś bucikowe trupie czaszki zamieniła na spokojne, wręcz eleganckie i niesamowicie odpowiednie na upały glany, prawie po kolana. By tradycji stało się zadość, motyw czaszki szokował olbrzymią główką na klamrze paska, ozdobioną błyszczącymi kamykami w oczodołach.

— …są takie pochmurne i zagadkowe, niezbyt kolorowe…

Adam ze zdziwieniem uniósł brwi ku górze. Zupełnie stracił wątek rozmowy, rozkojarzony demonicznymi akcentami stroju nastolatki.

— Mówię o obrazach koleżanki — wyjaśniła, odgadując jego zagubienie.

— A… no tak. Ale ty chyba też nie patrzysz na świat przez różowe okulary? — spytał.

Teraz to jej brwi powędrowały wysoko ku gładkości trochę przesadnie przypudrowanego czoła.

— Dlaczego pan tak myśli? — Najwyraźniej zaskoczył ją śmiałością tego stwierdzenia, a może jego trafnością. — Czy takie rzeczy widać po człowieku? — Nieco sztucznie rozciągnęła usta w udawanym uśmiechu lekkoducha.

— Na twój widok mimowolnie nasuwa się takie spostrzeżenie. Kolory są odzwierciedleniem stanu lub potrzeb duszy, a ty…

— A ja ubieram się na czarno. O to chodzi? — przerwała niezbyt grzecznie.

— Podkreślasz mroczność swej duszy barwami i tymi upiornymi motywami. — Gestem brody wskazał błyszczącą szklanymi oczami czaszkę.

— Ciekawy profil psychologiczny mojej osobowości, ale proszę się nie obawiać: nie jestem satanistką, nie zjadam nietoperzy w locie i nie odprawiam rytualnych czarnych mszy — zażartowała, próbując rozładować nieco nerwową atmosferę. — A swoją drogą to dziwne — kontynuowała — że artysta, z gruntu człowiek otwarty na inność, neguje odmienność i oryginalność.

Atak za atak — pomyślał. Chyba rzeczywiście wlazł z butami w jej świat, skoro tak zawzięcie zaczęła się bronić. Zapewne musnął ledwie prawdę o jej osobowości, a ona być może tego nie lubiła, zresztą jak on sam.

Trafiony, zatopiony, zupełnie niechcący. Psycholog amator! Fu, nieładnie — w myślach dał sobie po łapach. Teraz wypadałoby powiedzieć coś miłego, aby zgrabnie zakończyć temat.

— Mroczna dusza nie znaczy wcale zła, mrok to tajemnica, a tajemnica jest ciekawa. — Uznał, że trafnie to ujął.

— Dość już tego rozszyfrowywania, panie Enigma! Może to po prostu moda, może to teraz trendy mieć czarne ciuchy, włosy i czaszki gdzie popadnie, może nie ma w tym żadnej filozofii ani głębi przekonań.

— I usta — przerwał.

— Co i usta? — Zaskoczona nie zrozumiała tego wtrącenia.

— Czarne usta, też czarne jak reszta — uzupełnił jej wyliczankę.

— No i usta też. Zresztą proszę już nie podkreślać, że jest pan tak bardzo zdegustowany moim wyglądem, bo pomyślę, że zachowuje się pan jak mój nauczyciel od matematyki, który podczas odpowiedzi przy tablicy każe mi się przesuwać w kierunku drzwi, twierdząc, że taka ciemna masa zbyt zlewa się z tłem czarnej tablicy…

— A ty jesteś pewna, że z tą ciemną masą to chodziło mu o twój czarny strój? — zażartował odważnie, nie wiedzieć czemu, przecież nie lubił żartować z nieznajomymi, a zwłaszcza z małolatami zakochanymi w trupich czaszkach.

Spojrzała na niego jak na kosmitę, który oświecił ją nową teorią ewolucji. Pokręciła niepewnie głową, nie dowierzając, że takie mogły być intencje belfra.

— Pan chyba też nie jest orłem w tej dziedzinie…?

— O… I tu się mylisz, ale podążając twoim tokiem myślenia, sądzę, że wniosek taki wyciągnęłaś, bazując na banalnym i niepotwierdzonym założeniu, iż artysta winien przejawiać typowe predyspozycje do przedmiotów humanistycznych, a jakakolwiek zażyłość z królową nauk jest mu obca.

— Oczywiście — potwierdziła z wyrazem rozbawienia na twarzy. — Śmiem nawet przypuszczać, że zwykłe działania matematyczne sprawiają panu problemy. — Olbrzymi uśmiech na jej twarzy zwiastował satysfakcję i przekonanie o racji.

— A to po czym wnioskujesz?

Ciekawskie brwi znów zwiały na czoło. Wyraźnym gestem brody wskazała na kalendarz wiszący na ścianie. Pożółkła kartka z wyraźną czarną cyfrą 23 wtapiała się w swoją listopadową datę sprzed czterech lat.

— To… to wcale nie objaw braku logiki matematycznej — odrzekł z nutą rozczarowania, jakby pierwszy raz zobaczył spóźnioną datę. — Po prostu nie pomyślałem… nie pamiętałem… To tylko głupia kartka, jedna z wielu w starym kalendarzu, taka sama jak inne, a jednocześnie będąca symbolem.

— Czego?

— Końca.

— Chyba już pójdę — rzekła cicho, zaskoczona nagłą zmianą jego nastroju. Czuła się tak, jakby nadepnęła mu na bolący odcisk.

— Jasne… Musisz już iść, dzięki za wizytę — powiedział, patrząc w okno, w widok za oknem, w coś, czego może wcale tam nie było.

Jeszcze kilka godzin i upał wpadnie w objęcia chłodnego wieczoru… jeszcze kilka godzin… — pomyślał.

— Znowu biegasz z tą głupią roślinką!? To takie niemądre. Wystawiasz ją jak jakąś papugę na balkon i z balkonu, na balkon i z balkonu… Przypominasz ciotkę Brygidę, ona też tysiąc razy dziennie potrafiła przewijać ten sam motek wełny. To ona miała taką papugę…

— Mamo, przestań! Słyszałam o ciotce Brygidzie i jej papudze — Maria z wściekłością przerwała gderanie matki.

— To przestań wariować na punkcie roślin!

— To nie ja zwariowałam, tylko ty robisz się nieznośna. Jeśli nie przestaniesz mnie strofować, to wyjdę już teraz i nie podam ci precelków.

Stara kobieta ze srebrnymi włosami spiętymi w mały kok siedziała oparta o stos puszystych poduch.

— To szantaż, złośliwa jesteś — burknęła pod nosem, krzywiąc twarz.

Młodsza kobieta o włosach starannie ukrywanych przed starością pod warstwą czarnej farby milczała. Lustro wiernie odtwarzało ruchy jej palców zapinających perłowe guziki przy białej bluzce. Patrzyła w oczy swojego odbicia, nie przerywając misternej roboty. Wygładziła włosy i tak już perfekcyjnie przylegające do czaszki, zapięła na uszach małe plastikowe klipsy imitujące perły i ruszyła w kierunku korytarza.

— Mario, wróć! Natychmiast wracaj! — krzyczała stara kobieta zdenerwowanym głosem, mając nadzieję, że córka spełni swoje obowiązki do końca, nienagannie jak co dzień.

Cofnęła się tuż przy drzwiach, weszła do kuchni i po chwili wyszła z talerzem pełnym kruchych ciastek z makiem. Podeszła do stolika obok łóżka matki i postawiła je tam bez słowa.

— Nie możesz ze mną zostać? Gdzie ty znowu idziesz, ciągle gdzieś łazisz i łazisz… nie potrafisz zająć się starą matką. Ta głupia paproć ma lepiej niż ja — mówiła cicho niby do siebie, gryząc już makowy smakołyk.

— Przestań — szepnęła Maria.

— Nie umiesz nawet zająć się takim starym wapniakiem jak ja… jesteś…

— Przestań, słyszysz! Przestań! — krzyknęła nagle Maria. — Już nie mogę cię słuchać! — dodała ciszej.

Stara kobieta przestała gryźć precla. Zaskoczona patrzyła na córkę.

— Nie patrz tak na mnie. Nic ci nie zrobiłam, proszę tylko, żebyś przestała gadać! — W jej głosie słychać było zmęczenie i przygnębienie.

— Nigdy tak do mnie nie mówiłaś, nie krzyczałaś nigdy… — Szeroko otwarte matowo błękitne oczy za szybą z łez wyglądały młodziej. Nabrzmiała od złości kropla spłynęła gwałtownie po policzku, pozostawiając mokre zmarszczki.

— Zawsze jest ten pierwszy raz, prawda? — Nie czekając na odpowiedź, Maria odwróciła się, cedząc przez zęby: — Gdzieś jest kres wytrzymałości, może właśnie do niego dotarłaś?

Nie była litościwa w tej chwili. W głębokim zakamarku duszy poczuła słodycz, czyżby zemsty? Czuła się jak mała dziewczynka na huśtawce: żołądek podchodzi do gardła, kiedy dotyka się nogami nieba, pozostała część brzucha wypełnia się ciepłym lukrem, stygnącym gwałtownie przy najniższym locie huśtawki.

Nie zobaczyła już drugiej dorodnej łzy, odwróciła się i wyszła z pokoju.

Przeraziła ją niszcząca moc czasu, który skruszył nawet granitowy charakter jej matki. Przez całe życie łzy były dla niej tylko naturalnym sposobem oczyszczania oka. Kobieta sukcesu i partii lat siedemdziesiątych była twarda i pozbawiona sentymentów. Była na szczycie swojej huśtawki, dziś płacze prawdziwymi łzami, pewnie gorzkimi i słonymi jak każda łza. Lukier zaczął troszkę mdlić.

Szła szybko, patrząc uważnie pod nogi, aby nie zawadzić czubkiem buta o nierówności w chodniku.

Koncert organowy mistrzów baroku zaczynał się za niecały kwadrans, a przed nią było jeszcze parę przecznic. Zwykle czuła nastrój doniosłości i podekscytowania kilka godzin wcześniej, dziś jednak nie mogła wykrzesać z siebie nic więcej prócz szybkiego chodu.

Zaskoczyła ją gwałtowność sceny z matką. Nie znała siebie takiej. Mówiła, krzyczała i nie przestała istnieć! Kiedyś myślała, że jeśli okaże negatywne emocje, to serce, jelita i mózg eksplodują jej za karę. Nie eksplodowały, ale kara była. Spokój, jaki powinien jej teraz towarzyszyć, spłynął wraz ze łzami po policzkach matki.

To nie był już sen, raczej bezustanne odklejanie spoconego ciała od wilgotnego prześcieradła. Powietrze cięższe już być nie mogło, pewnie tam gdzieś w górze nabrzmiewa kroplami jak dorodne piersi rodzicielki i za chwilę spadnie na świat orzeźwiającym i chłodnym deszczem. Co chwilę niebo rozświetlały błyskawice, bez grzmotu jeszcze, za to częste i pulsujące.

Adam otworzył oczy, właściwie rozkleił, bo sen nie całkiem jeszcze z nich wypełzł. Niech w końcu pada, leje — zatęsknił za chłodem i orzeźwieniem.

Uniósł się na łóżku z zamiarem otwarcia drugiej części okna, by dać pole do popisu przyszłej chłodnej bryzie, wychylił się i… spadł! Niemrawe nogi, ciężkie jak powietrze burzowe, nie skoordynowały myśli z ruchem.

Czasami zapominał, że chodzenie nie jest już takie łatwe, że jest niemożliwe. Spadł, bo jego kalectwo zanadto się uśpiło. Rzeczywistość boli wtedy bardziej niż siniaki po upadku. W nagłych chwilach świadomości własnej niemocy tęskni się ogromnie do czasów, kiedy chodzenie było aktem niezauważalnym. Najgorsze, że oczywistości nikt nie docenia. Nie myśli się o tym, jak pięknie móc powiedzieć „pójdę po szklankę wody” i nie dostrzegać momentu, w którym mózg i ciało wzajemnie się doganiają. Teraz „pójdę po szklankę wody” znaczy mniej więcej tyle, ile kiedyś planowanie wyprawy po zakupy — długie, monotonne, ale niezbędne, choć męczące. Zdarzały mu się sny, że lata, jest wysoko, a nogi nie ważą nic. Ręce jak skrzydła zagarniają powietrze, a słoniowate zwykle kończyny dolne sterują kierunkiem lotu. Z takich snów nigdy nie chciał się budzić.

Kolejna błyskawica rozpaliła niebo. Na wyświetlaczu zegarka błękitne neonowe cyferki obwieszczały 3:15. Nie zaśnie już. Zapalił papierosa, może kilka łyków czystej wódki pozwoli omamić rzeczywistość, by sen znów nadszedł. Butelka zawsze stoi obok łóżka. Towarzyszka jego chwil słabości. Wierna jak kochanka, czuła jak dziwka, za której usługi trzeba potem płacić ciężkim bólem głowy. Cierpliwa przyjaciółka pozwalająca wybełkotać wszystkie żale i smutki. Tylko dla niej był w stanie chałturzyć i malować kolorowe obrazki na zamówienie. Poświęcając dumę artysty, zyskiwał pienądze, za które listonosz kupował kolejne butelki, kolejne z nią spotkania.

Pił małymi, gryzącymi gardło łykami, dym papierosa w ciężkim powietrzu wisiał nad łóżkiem jak zjawa. Spojrzał w okno, gdy metalowy parapet zadźwięczał pod pierwszą kroplą.

Jaki to piękny odgłos — pomyślał, kiedy parapet jak fortepian wygrywał całe nokturny. Rozpadało się nareszcie. Grzmot rozdarł gdzieś blisko ciszę i powiało chłodem o zapachu deszczu. — Alleluja, alleluja! Można oddychać!

Wódka i deszcz stworzyły mieszankę wręcz orzeźwiającą. Gdy tylko skończy cykl Za oknem, weźmie się za naturę. Namaluje Cztery pory roku, jak Vivaldi, ale nie nutami, tylko pociągnięciami pędzla. Może to banalne, kiczowate, ale niby dlaczego miał unikać kiczu? Całe życie przed nim uciekał, bał się jak ognia, może teraz pora z nim się zmierzyć? Dziś, kiedy nie ma już nic do stracenia, może właśnie kicz to kolejny okres w życiu, jakiego musi posmakować?

Cztery pory roku, cztery stany umysłu. Jaka pora zawładnęła jego jestestwem? Czuł się jak późnojesienny, zasuszony oset w polu. Dawno obumarły kwiaty, już niczym oka nie cieszy suchy, kłujący, niesympatyczny badyl. Kiedy przyjdzie pora pierwszego śniegu, oprószy go srebrny mróz, błyśnie sobie jeszcze na chwilę… ale nie ma w tym nic zabawnego. Poczuł, że niewiele dzieli go od popadnięcia w zły humor.

Z wielkim wysiłkiem przestawił swoje zalane wódką tryby mózgowe na myśl o sztuce. Był ciekawy własnej interpretacji przyrody z okresu nożnego (tak nazywał czas, kiedy poruszał się o własnych siłach). Klimaty zapamiętane. Wyryte w pamięci jak hieroglify na kamiennych tabliczkach. Czyż jest nam, ludziom, coś bliższego niż natura? Ludziom? A jak dobrze ich zapamiętał?

Świt zaczął rysować coraz wyraźniejsze kształty kamienicy z naprzeciwka, błoga rześkość powietrza przymknęła mu powieki. Zasnął jak dziecko po płaczu spokojnym, błogim snem.

Głośne ujadanie psa na trawniku obudziło Adama gwałtownie. To wielki owczarek o gęstym, granatowoczarnym futrze i niestosownym wręcz do wyglądu imieniu Bigos. Szczeka zapewne na kotkę, która w piwnicznym okienku jeży na niego grzbiet.

— Wszystko tutaj jest przewidywalne i znajome. Pies, kot, ludzie, paprotki…

Nie zdążył dokończyć myśli, gdy usłyszał ciche pukanie do drzwi. Wytężył słuch, może się przesłyszał? Gość o siódmej rano to stuprocentowa niespodzianka. Pukanie się powtórzyło, ciche, podwójne. To nie omam słuchowy — zrozumiał i dość powolnymi, nawet jak na niego, ruchami przesiadł się na wózek.

Oczom nie wierzył. W drzwiach stała Niki z miną lekko już znudzoną.

— Chyba nie obudziłam pana? Pomyślałam, że jest tak pięknie po burzy, że na pewno pan już maluje.

— Nie obudziłaś mnie, zrobił to Bigos — odpowiedział, cofając się w geście komunikującym „wejdź, jeśli musisz”.

— O… to jadł już pan śniadanie? — Z nutką rozczarowania w głosie Niki zamknęła za sobą drzwi.

— Nie, jeszcze nie zdążyłem, zresztą rzadko jadam śniadania, raczej tylko kawa… — odpowiedział, niknąc w kuchni.

— A bigos? — krzyknęła w jego kierunku.

— Jaki bigos?! — Zdziwiony wyjrzał zza futryny. Trzaskanie zapalarki do gazu oznaczało wstawienie wody na kawę. — A! Bigos. To pies — wyjaśnił po chwili. — Szczekał na kotkę z podwórka i obudził chyba całą kamienicę. Echo na dziedzińcu robi swoje, szczekanie psa grzmi jak ryknięcie smoka. À propos grzmienia, burza faktycznie była piękna. Lubię burze. — Nie wiedzieć czemu opowiadał jej te rzeczy… Nie był przygotowany psychicznie na przyjście gościa, nigdy zresztą nie był, bo nie miewał przecież gości.

— Ja też uwielbiam, zwłaszcza błyski. Gdy rozświetlają mrok, zawsze myślę, że to jak podglądanie nocy w intymnej sytuacji. — Spojrzał na nią z zainteresowaniem, lekko zdziwiony. — Noc jest po to, by wszystko spowić mrokiem — kontynuowała wyjaśnienia. — Aksamitem przykryć miasta, wsie, lasy, jak kocem nagie ciało, a tu nagle błysk, wszystko przez sekundę widoczne jak na dłoni, pornografia wręcz!

— Ciekawa wizja, przyznam, malarska i poetycka. — Adam nie ukrywał zaskoczenia.

— No tak… — Wyglądała na lekko zmieszaną. — To ja lepiej zrobię kawę.

Wstała i wyjęła z torby dwie bułki i zawiniątko z zieleniną.

— Miałby pan coś do tych bułek? — Wyciągnęła przed siebie dłonie.

— Kurczę, obawiam się, że nie… Już dawno nie jadłem bułek.

Dziewczyna zniknęła w kuchni, zanurkowała w lodówce jak w pustym bezkresnym oceanie i po chwili wróciła z łupem. Pół jogurtu i cukier na świeżej bułce prezentowały się całkiem apetycznie.

— A co jest w tej torebce? — zapytał Adam, wskazując brodą i oblizując jednocześnie palce, po których spływał słodki jogurt.

— To szczaw jest. Rano byłam na łące, nad rzeką, po burzy szczaw był taki piękny i soczysty. Zupę ugotujemy… Lubię szczawiową, bo jest kwaśna i nieapetycznie zielona jak szlam na bagnach, ale jak się posmakuje łyżeczkę, to aż latem czuć. Taka niespodzianka smakowa.

Niki snuła opowieść o szczawiowej, a Adam siedział coraz bardziej zdumiony. „Ugotujemy zupę”, liczba mnoga i czas przyszły tego stwierdzenia lekko go zaskoczyły. Ona snuje plany chyba zbyt wybiegające w przyszłość. Poza tym nie rozumiał, dlaczego Niki go odwiedza, chyba nie jest jej celem gotowanie zup u nieznajomych, no prawie nieznajomych. Nastolatka i prawie czterdziestolatek…

Boże święty, te wizyty nie mają chyba kontekstu uczuciowego? Niewiele wiedział o nastolatkach, dziewczynach zwłaszcza, ale kiedyś obiło mu się o uszy, że potrafią się platonicznie zakochiwać. Nastoletni chłopcy w swoich nauczycielkach, nastolatki w panach od wychowania fizycznego. Na Boga, ale nie w nim, biednym, kalekim malarzu!

A może to dziewczę, zapewne słynące ze swego gołębiego serca, traktuje te wizyty jako akcję charytatywną? Skoro ratują koty, karmią psy, to czemu nie miałyby dokarmiać artystów? Najprościej byłoby zapytać o przyczynę odwiedzin, ale bał się. Młode istoty mogą być wrażliwe, a już zupełnie nie miał pojęcia, jak reagują, kiedy poczują się urażone. Pewnie ryczą… a on nie lubi łez!

Zapytam następnym razem — pomyślał i małymi łykami powoli dopijał kawę, słuchając opowieści Niki o kulinarnych smakach i fantastycznych kolorach zup.

Popołudnie z Niki i zupą upłynęło niebywale szybko. Organizowanie jajek, ponoć niezbędnego składnika zupy, również przebiegło sprawnie. Butelki po nocnych rozmowach z przyjaciółką wylądowały w skupie, za co Niki w pobliskim sklepie zakupiła jajka i świeżą bagietkę.

Zupa faktycznie wyglądała jak bagienny osad, ale smakowała całkiem dobrze i wcale nie zasługiwała na miano przysmaku topielców. Pełne brzuchy nie spowolniły procesów myślowych. Wręcz przeciwnie, dodały sił w dyskusji o sztuce, która wywiązała się zupełnie niechcący, kiedy podczas prawie milczącej konsumpcji ich oczy mimowolnie wypatrzyły ten sam obiekt. Obraz wysunięty z szeregu zapomnianych dzieł sprowokował oboje do zażartej dysputy. Niki skrytykowała ostry kontrast kolorystyczny, który według niej działał na odbiorcę jak płachta na byka. Zamiast ponoć urzekać niespodziewanym nasyceniem barw, budził uczucia niezdrowe i agresywne.

— Może to właśnie było moim celem — bronił się Adam.

— No to cel osiągnięty, żółć z fioletem sprawia… — zawahała się przez chwilę.

— …że ci się żółć warzy, co? — przerwał jej przekornie.

Spojrzeli na siebie i oboje wybuchnęli śmiechem.

— To jest kolorystyczno-anatomiczna prowokacja! — śmiała się Niki.

— Bo sztuka ma prowokować, zmuszać do refleksji, poruszać zmysły, wkurzać, rozśmieszać, wzruszać…

— Ja przecież o tym wiem, nawet to czuję, tylko jak za mocno porusza, to też niedobrze chyba?

— Sztuka łagodzi obyczaje, wycisza, naprowadza człowieka na drogę ducha. Pomyśl tylko, gdyby Hitler zrealizował się jako artysta, to może by nie doszło do drugiej wojny światowej, do tylu nieszczęść, a świat wyglądałby dziś zupełnie inaczej.

— E… myślę, że akurat w wypadku tego pana z wąsikiem to jak u lwa ludożercy instynkt zabójcy byłby silniejszy. Nawet sztuka nie wyciszyłby w nim zewu krwi. Nie popadajmy w paranoję — rozkręciła się — sztuka nie jest panaceum na wszystkie nieszczęścia. Jest prawdą absolutną dla wielu ludzi, ale uważam, że trzeba mieć jeszcze zdrowy rozsądek, a nawet nie rozsądek, lecz umiar i odpowiednio poukładane priorytety życiowe. Można cenić kilka wartości, które będą tak samo ważne, podobnie jak kilkoro dzieci dla matki. Przecież nie kocha żadnego bardziej, wszystkie otrzymują tyle samo jej uwagi i troski.

Rozchylone usta Adama i brwi przesunięte wysoko na czoło świadczyły o zaskoczeniu tak wylewnym monologiem.

— Czy to przypadkiem nie jest przytyk do mnie? Jedyny sens mego życia to sztuka? Tak uważasz? — spytał z niekłamanym lękiem.

Zdegustowana mina Niki potwierdzała wcześniej wyrażoną opinię.

— Dobra, koniec tych wywodów — stwierdziła, widząc, że chyba za daleko zabrnęła w swojej ocenie życia Adama. — Będę się zbierać, bo zupełnie straciłam rachubę czasu, a ty przecież musisz tworzyć — dodała jakby zmieszana wcześniejszym osądem.

— Znów jesteś złośliwa.

Uśmiech na jego twarzy nie potwierdzał obaw Niki o urażonej dumie artysty. Wzrok Adama natomiast przykuło coś zupełnie innego. Z niedowierzaniem rejestrował rzeczy, które dziewczyna pakowała do swojej, oczywiście czarnej, torby. Zupełnie nie pamiętał, kiedy je stamtąd wyjmowała, a było tego naprawdę sporo — czerwona kosmetyczka (cud, że nie czarna), plastikowe pudełko z plastrami, pilniczek do paznokci cały w kolorowe kwiaty, kolorowa chusteczka na głowę (kolejny cud), kilka żetonów do wózka, siatka ekologiczna z napisem „nie jaj ziemi” („zabi” pewnie się sprało), malowanka dla dzieci z balonikami na okładce i duży notes oprawiony w ciemnofioletowy skaj.

Po co nastolatce malowanka? — pomyślał…

Niki zamknęła za sobą drzwi, słyszał, jak szybko zbiega po schodach, chyba po dwa stopnie naraz.

Niesamowita dziewczyna, zwariowana trochę! — skwitował. W myślach nie mógł wyjść z podziwu dla jej umiejętności dyskusji, wciągania w dialog, posiadania własnego zdania i odwagi wyrażania opinii. Czuł, że ją polubił, i było to nawet miłe uczucie. Od lat nikogo nie lubił prócz listonosza. Żył dla siebie resztą tego, co mógł wykrzesać ze swojego istnienia, i przyzwyczaił się do takiego stanu. Prawie wegetacja, sowicie okraszana alkoholem, sztuką i samotnością, była już dla niego normą.

Nastolatka z wszechobecnym motywem czaszek zakłóciła rytm jego codzienności, jednak nie obawiał się z jej strony obalenia świętości tej stagnacji. Traktował ją jak powiew rześkiego powietrza po burzy w jego zatęchłym domu.

Wrócił do sztalug.

Wszak czas tylko wtedy owocuje, kiedy jest wypełniony treścią — pomyślał moralizatorsko i przełożył ołówek zza prawego ucha za lewe, próbując zabrać się do pracy.

Paprotka za oknem wyszła na spacer. Czuł, że wszystko jest tak, jak być powinno.

Życie na ulicy Bystrej wbrew nazwie wcale wartko nie płynie. Jest raczej spokojne, ustabilizowane i przewidywalne, co stanowi walor tej okolicy. Dzielnica ze starym przedwojennym budownictwem i wieloma równie wiekowymi mieszkańcami nie cieszy się zainteresowaniem młodych. Płacz dziecka za ścianą to tutaj raczej wyjątek. Młode małżeństwo studenckie wyprowadziło się po roku, twierdząc, że „miejsce śmierdzi starością i śmiercią”. Poniekąd mieli rację. W stuletnich kamienicach dało się wyczuć odgłosy kołatków w drewnianych balustradach i zapach kulek na mole w skrzypiących najczęściej szafach mieszkańców. Nekrologi cieszyły się większą poczytnością niż gazety w kiosku za rogiem.

Za kwadrans powinien usłyszeć kroki na klatce schodowej. Pan Wacław dziś wpadnie do niego po zamówienie, zapewne będzie bardzo zdziwiony szczawiową w lodówce. Zresztą cokolwiek jadalnego w lodówce byłoby zaskoczeniem. Już dawno urządzenie to przestało służyć Adamowi zgodnie ze swoim przeznaczeniem. Ostatnio trzymał w nim werniksy, bo w upale nabierały grudkowej konsystencji, a jeszcze wcześniej słoiczki z ugotowanym klejem kostnym. Stały tak długo, aż pokrył je szaro-czarno-srebrny puch, zwany potocznie pleśnią. Adama ciekawiło, jak długo taka pleśń może przetrwać i co z niej wyrośnie. Wybujała w ciągu kilku tygodni na parę centymetrów w górę, po czym opadła i skurczyła się jak ciasto z zakalcem. Eksperymentator doszedł więc do wniosku, że po pierwsze, pleśń też zdycha, po drugie, każde zło czeka kiedyś kres. Dziś jednak Adam był dumny ze swej lodówki, zawierającej owoc nieoczekiwanego spotkania z czaszkomaniaczką, czyli zupę z liści.

Pan Wacław wyjął z przepastnej torby trzy zawiniątka. Farby od razu wylądowały na stole w pracowni, a chleb, kawa i papierosy w kuchni.

— Cieszę się, że zmienia pan te swoje pustelnicze zwyczaje i rozmawia z ludźmi, nawet jeśli są troszkę zwariowani, jak pan twierdzi. Zawsze to jakaś odmiana. — Listonosz wyjął z ostatniego zawiniątka plastikowy pojemnik pełen pierogów z kapustą, ulubionych Adama. — Żona prosiła, aby pan je sobie na dwie porcje rozdzielił i jedną do zamrażarki włożył. Ten mój anioł — uśmiechnął się na myśl o żonie — dba o pana lepiej niż o mnie. Dwa tygodnie proszę ją o fasolkę po bretońsku. Ach te kobitki, z nimi źle, ale bez nich jeszcze gorzej! — filozoficznie podsumował rozmowę, po czym pospiesznie zapiął torbę brzęczącą niezliczonymi sprzączkami i wziął ze stołu kartkę z listą zakupów.

Adam sporządzał listę, jeśli asortyment przekraczał sześć sztuk. Pan Wacław spojrzał na kartkę i ze zdziwienia ruszył prawą brwią.

— To naprawdę musi być ciekawa młoda osóbka, skoro pan ciasteczka zamówił. A o jakie konkretnie chodzi?

Adam kompletnie nie znał się na ciastkach.

— Mogą być słodkie — sprecyzował zamówienie, przypominając sobie, że oprócz frykasów z cukrem bywają też słone krakersy.

— Cenna wskazówka — ironizował listonosz.

Organizm Adama od lat funkcjonował bez konieczności spożywania cukru, chyba że w kawie. Organy nieużywane ponoć zanikają, więc jego kubki smakowe, te od wyłapywania słodkiego smaku, pewnie już dawno zginęły przepalone dymem papierosowym.

— Kupię czekoladę, moja wnuczka najbardziej lubi czekoladę — zdecydował pan Wacław już przy drzwiach.

— Proszę się zbytnio w te zakupy nie angażować, to tylko na wszelki wypadek… — tłumaczył się Adam nieco zażenowany.

Jednak do tej pory wypadki w jego życiu nie prowadziły do niczego dobrego. Jeden z bardziej znaczących dziewięć lat temu pozbawił go możliwości samodzielnego poruszania się, a kolejne doprowadziły do przerwania błyskotliwej kariery, powrotu do kraju i osiedlenia się pewnie do końca życia na Bystrej. Od tamtej pory unikał jak ognia jakichkolwiek wypadków, z upływem czasu coraz większym szacunkiem darząc monotonię i marazm swojego żywota.

O jedenastej trzydzieści, tradycyjnie jak co dzień ławeczkę dopełnił swoją osobą Dziadunio. Dziś chyba w bojowym nastroju, bo co chwila pod szpikulcem jego laski ginęła niewinna mrówka. Może zresztą to mrówki zapałały dziś żądzą krwi i postanowiły zaatakować swojego oprawcę, ale chyba przeceniły swoje siły, bo sądząc po minie żołnierza w stanie spoczynku, to on wracał z tarczą.

Kwiecista Sukienka nadeszła dostojnym krokiem, niosąc w koszyku i pod pachą dorodne cukinie. Uśmiech z jej twarzy spłynął łagodnie na Dziadunia i trupy mrówek. Przysiadła obok. Odpoczywała i zbierała siły przed wspinaczką z cukiniami na ostatnie piętro kamienicy.

Po godzinie wczesne popołudnie zaczęło o sobie przypominać porą obiadową i zapachami smażonych kotletów wypływającymi z okien dusznych mieszkań. Adam zamiast obiadu wypalił kolejnego papierosa, próbując zebrać siły twórcze. Tymczasem gapił się w okno i nijak nie mógł się zmusić do żadnego wysiłku. Włączył radio, aby przerwać ciszę, i zdjął z półki Barbarzyńcę w ogrodzie. Jednak czytanie po raz kolejny tej samej książki smakowało dziś mniej więcej tak jak piwo chrzczone wodą: smak może podobny, ale brak głębi. Zdarzały się takie dni, kiedy kalectwo fizyczne gramoliło się z jego kolan na mózg. Przez lata zdążył oswoić je na tyle, aby żyło z nim w zgodzie. Jak stare małżeństwo, bez uniesień i wielkiej miłości, tolerując wzajemnie wszystkie swoje wady.

A wad kalectwo na początku wspólnej drogi miało bez liku. Uczyli się więc siebie nawzajem, wszędzie — pod prysznicem, kiedy opanowywali tak bardzo kiedyś prozaiczne wyszorowanie pięt, w kuchni przy sięganiu po szklankę z górnej szafki, w pracowni, próbując uwolnić kółko zablokowane kawałkiem złamanego blejtramu. Po latach jednak związek się dociera, Adam w końcu doczekał się przysięgi wierności od kalectwa i z ust lekarza. Skoro padło „i nie opuszczę cię aż do śmierci”, pogodził się z kalectwem i postanowił żyć z nim w zgodzie.

Jednak zazdrosne było ono niesamowicie! Odchodziły więc wszystkie inne oblubienice Adama, nie mogąc znieść obecności wszędobylskiego kalectwa.

Ponoć dziewięćdziesiąt procent związków ludzi po wypadkach prowadzących do niepełnosprawności fizycznej się rozpada. Najczęściej przyczyną rozstania nie jest zmiana cielesna, ale przemiana duchowa. Człowiek żyje z drugim człowiekiem, świadomie godząc się na specyfikę jego osobowości, charakteru. Dokonuje wyboru, wiedząc, w jakim stopniu dana osoba mu odpowiada. Po wypadku towarzyszem jest człowiek-niespodzianka, powoli rozbrajający bombę. Żadna z kobiet nie przetrzymała wybuchu bomby nerwowej Adama. Żadne pakty o nieagresji nie skutkowały, bo jego kalectwo, dzikie jeszcze, nieoswojone, ciągle szczerzyło kły. Absorbowało w całości jego byt, jawę, a nawet sen. Niekiedy porywało do walki, potem pogrążało w klęsce. Wymagało ciągłego poświęcania czasu, czaiło się w zbyt stromych schodach, w zbyt wąskich na wózek drzwiach, w bólu rąk nieprzyzwyczajonych do dźwigania ciężaru własnego ciała. Zmuszało do ciągłego poznawania nowego siebie.

Trzeba zakochać się w swoim kalectwie, aby zaakceptować chudość nóg z resztkami smętnie kolebiących się na boki mięśni, stopy nieposłusznie spadające z podnóżka wózka, penis zdegradowany tylko i wyłącznie do roli narządu oddającego mocz, tułów pozbawiony towarzystwa wiecznie rozbieganych nóg.

Godna podziwu jest więc wierność kalectwa, pozbawiająca Adama złudzeń, że kiedykolwiek go zdradzi i opuści. Dobra żona! Jedyna wierna partnerka.

Około godziny paprotkowej Adam zamienił żonę na kochankę. Oddał się jej bez reszty, tuląc w ramionach, obejmując, całując, delektując się jej smakiem. Wspominali pół wieczoru, oglądając poblakłe slajdy czasów świetności, wernisaży w Belgii, dawnych przyjaciół. Pośmiali się nawet z ułudy, w jakiej żył, z gonitwy, w jakiej uczestniczył. Zjedli razem kolację w postaci pierogów pani Maryli i pewnie cieszyliby się sobą jeszcze z pół nocy, gdyby nie wysokoprocentowa miłość, która powaliła Adama do łóżka i zamiast szukać czułych stref, odkrył tylko jej puste i suche jak pieprz dno.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

W cieniu paproci 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy