Czas zemsty

Czas zemsty

Autorzy: Marek Przybyłowicz

Wydawnictwo: Muza

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 384

cena od: 20.74 zł

Trzymający w napięciu thriller osadzony w realiach II wojny światowej. Londyn, rok 1942. Pułkownik Radomski otrzymuje od Naczelnego Wodza polecenie znalezienia kandydata do supertajnej i niebezpiecznej misji w okupowanej Polsce. Rozkaz: przeniknąć do obozu Aschwitz, uzyskać dowody hitlerowskich zbrodni, pomóc w ucieczce rotmistrzowi Pileckiemu. Zadania podejmuje się major Kotwicz – przedwojenny oficer marszałka Rydza-Śmigłego, jedyny człowiek mający dostęp do tajnego bunkra zbudowanego dla Wodza właśnie… w Oświęcimiu. Zrzucony do Polski, rozpoczyna śmiertelnie niebezpieczną grę z okupantem, której wynik może zaważyć na losach całej wojny.

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Arkadiusz Nakoniecznik

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Maria Śleszyńska, Katarzyna Szajowska

Zdjęcie na okładce: © Stokkete/Shutterstock

Copyright © for the text by Marek Przybyłowicz

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2018

Chociaż wiele postaci, miejsc i zdarzeń występujących w tej książce jest prawdziwych, to jednak jest ona przede wszystkim fikcją literacką.

ISBN 978-83-287-0285-1

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2018

FRAGMENT

Ani, Igorowi, Stefanowi

O wpół do czwartej znowu odwiedziły nas niemieckie samoloty. Tym razem nie zrzuciły bomb, lecz krążyły na niskiej wysokości nad okolicą, ostrzeliwując drogi z broni maszynowej. Nie było z czego odpowiedzieć na ich zuchwałość. Przylecieli dzisiaj w formacji trójkowej, jedna trójka za drugą. Ostatnia zawróciła nad wsią i rozluźniła szyk. Wiedzieliśmy, że nie wróży to niczego dobrego. Rzeczywiście, maszyny najpierw zawisły w powietrzu, a następnie zanurkowały, zasypując drogę gradem pocisków. Dwie lub trzy minuty później dołączyły do reszty i znikły w oddali. Zniszczenie zostało dokonane.

Z wioski nadeszły wieści, że zginęło dwóch mężczyzn, a jedno dziecko zostało ranione w ramię. Wszyscy starali się uciec ugorem. Kiedy zobaczyłem około siedmioletniego chłopca, krew wciąż wyciekała powoli z jego rękawka i kapała dużymi czerwonymi kroplami w bruzdy. Głośno płakał. Wkrótce zabrano go do ambulansu, gdzie pielęgniarka opatrzyła mu rany. Kość została mocno naruszona, trzeba było odstawić go do szpitala. Dwaj mężczyźni zostali przy drodze.

Alexander Polonius, Widziałem oblężenie Warszawy,

Edynburg 1941

Co ci Żydzi wam zrobili, że paliliście ich w Auschwitz?

Steven, uczeń szkoły średniej w Edynburgu,

w rozmowie z moim synem, 2012

SPIS TREŚCI

CZĘŚĆ PIERWSZA

CZĘŚĆ DRUGA

CZĘŚĆ TRZECIA

Podziękowania

Chicago, 17 września 1976

Podziemne pomieszczenia banku Lloydsa koiły klimatyzowaną sterylnością. Starszy mężczyzna w nienagannie skrojonym garniturze nie bez trudu położył metalową kasetę na stole i uśmiechnął się do eleganckiej kobiety. Znał ją doskonale, tak jak wszyscy. Blondynka odpowiedziała uśmiechem, za który kochała ją cała Ameryka.

– Thank you…

Bezszelestnie wyszedł z sali depozytów i zamknął za sobą drzwi. Kobieta ostrożnie położyła wypielęgnowane dłonie na stalowej skrzynce, odwlekając chwilę, kiedy będzie musiała unieść wieko i zajrzeć do środka. W końcu zdecydowanym ruchem przekręciła kluczyk i otworzyła kasetę.

– What the fuck…?! – Rozejrzała się z obawą, że ktoś ją usłyszy, i powtórzyła znacznie ciszej: – Co to ma być…?!

Chwilę przyglądała się sztabkom złota z napisami po polsku i datą: 1937. Potem ostrożnie wyjęła kilka sztuk; jej oczom ukazał się pożółkły prostokąt fotografii, a na niej ładna i elegancka brunetka z kilkuletnią dziewczynką na kolanach. Duża szmaciana lalka trzymana przez dziecko zwisała częściowo poza kadrem. Obok druga, podniszczona fotografia. Kobieta bezgłośnie odczytała napis na jej odwrocie: „Auschwitz, 1942”. Zmarszczy­wszy wydepilowane brwi, odwróciła zdjęcie: jakaś rodzina na tle donicy z filodendronem, ojciec w mundurze, obok niego kilkunastoletni syn, po bokach dwie córki, w centralnym miejscu fotel, na którym siedzi kobieta trzymająca na kolanach niemowlę, a z boku kilkuletnia dziewczynka.

Wrażenie, które na kobiecie wywarło zdjęcie, kazało jej jeszcze raz zajrzeć do kasety. Ze zdumieniem wyciągnęła z niej czarny metalowy krzyż. Przez chwilę mu się przyglądała, wreszcie położyła go obok fotografii. Przymknęła oczy. Pod powiekami pojawił się człowiek w mundurze… Poczuła ból policzka… I jeszcze większe od bólu upokorzenie…

Spojrzała ponownie na zdjęcie. Mężczyzna w mundurze… Przesunęła dłonią po czole. Ta szmaciana lalka…

– Boże, pomóż mi to wszystko zrozumieć…

Londyn, 17 września 1942

Pułkownik Radomski, szef Oddziału VI Sztabu Naczelnego Wodza, wpatrywał się tępo w wielką donicę z filodendronem, stojącą w przeciwległym kącie jego biura. Chętnie zamieniłby się z nią na role. Właściwie chętnie zamieniłby się rolami z czymkolwiek, nawet z klamką do drzwi. Byle tylko pozbyć się tego pulsującego bólu, który pomału rozsuwał szwy jego mózgoczaszki.

Przymknął powieki. Przed oczami natychmiast ukazało mu się wspomnienie z wczoraj, wnętrze zadymionego niemiłosiernie pubu, hałas i zgiełk… O nie, znowu, pomyślał, odebrawszy niepokojący sygnał wysłany przez wciąż buntujący się żołądek. Wzrok pułkownika spoczął na przycisku dzwonka.

Tylko nie ona! Sama myśl o sekretarce sprawiła, że zaczął snuć ponure fantazje o samobójstwie. Ale niestety trzeba było stawić czoło teraźniejszości, która nieustępliwie czekała na jakieś posunięcie ze strony pułkownika. Z największym trudem położył palec na przycisku. W tej samej chwili w otwartych drzwiach gabinetu pojawiła się sekretarka: wysoka kobieta około czterdziestki w mundurze WAAF, z puklami rudych włosów i dużymi czarnymi rowerami na nosie. Stanęła w progu, świdrując zielonymi oczami ledwo żywego pułkownika. Ten z trudem zebrał siły, by wymamrotać:

– Poproszę kubek mocnej kawy, pani Stefanio…

– Panno, actually… – poprawiła go sekretarka. – Sofort!

Pułkownik chciał zaprotestować, ale ona obróciła się na pięcie i poszła parzyć kawę.

Zanim pracujący dzisiaj na zwolnionych obrotach mózg pułkownika zdołał dociec przyczyn, dla których jego własna sekretarka zwraca się do niego w języku wroga, już stał przed nim kubek parującej aromatycznej kawy.

– Dziękuję… pa… panno Stefanio…

Kiedy kobieta wyszła, z największym trudem wstał zza biurka i chwyciwszy kubek niczym monstrancję, podszedł do donicy. Przynajmniej na coś się przydasz! – pomyślał mściwie, wylewając do niej połowę zawartości naczynia. Filodendron został tu wstawiony pod jego nieobecność i był niechcianym darem od pani, a raczej panny, Stefanii – jego osobistej, niestety, sekretarki.

Podszedł do sporej komody i otworzył jej drzwiczki. Widok, jaki ukazał się jego oczom, od razu poprawił mu nastrój: w środku swoimi smukłymi kształtami kusiło kilka butelek. Po chwili namysłu wybrał jedną, odkorkował i wzdrygnął się, powąchawszy jej zawartość. No trudno, tym się lecz, czym się strułeś… – pomyślał.

Wyjął szklankę i napełnił ją w jednej trzeciej złocistym płynem. Na wszelki wypadek uważnie oszacował odległość dzielącą go od donicy z filodendronem, po czym jednym haustem wypił całą zawartość szklanki. Żołądek zareagował kilkoma bolesnymi skurczami, ale szybko dał za wygraną: po ciele pułkownika zaczęło się rozchodzić błogie ciepło, ból głowy jakby osłabł… Odczekawszy jeszcze chwilę, pułkownik dolał trunku do kubka z kawą, wypełniając ją po brzegi. Tak, teraz nawet londyńska ulica widziana z okna jego gabinetu wydała mu się mniej szara. Oderwał się od komody, z pewnym wysiłkiem dotarł do ogromnego biurka i z głośnym westchnieniem ulgi opadł na fotel. Opary wydobywające się z kubka wpływały kojąco na stan jego umysłu. Wszystko dla Sprawy… – rozgrzeszył swoje wczorajsze pijaństwo. Zresztą, zaraz tam… Wszystko przez te kłęby dymu z tanich papierosów, który jako niepalący musiał wdychać przez cały wieczór. Taa, to musiało mi zaszkodzić… – zawyrokował, po czym pociągnął mały łyczek z kubka. Już wiedział, że udało mu się wkroczyć na drogę wiodącą z powrotem do świata żywych.

Przycisnął dzwonek.

– Panno Stefanio, proszę wezwać kapitana Kamińskiego i proszę nie odpowiadać mi po niemiecku…

Wydawszy jednym tchem te dyspozycje, musiał skupić się na wyregulowaniu oddechu, z czego natychmiast skorzystała sekretarka:

– Sam pan mnie posłał na ten cholerny kurs niemiec­kiego, panie pułkowniku! Na szczęście spotkałam tam miłych ludzi, którzy…

– Pani… panno Stefanio, będzie pani tak łaskawa i zadzwoni do kapitana Kamińskiego!

– Natürlich.

Sekretarka obróciła się na pięcie i zamknęła za sobą drzwi. Kto, do kurwy nędzy, przydzielił ją do tego biura?! – to pytanie nurtowało pułkownika Radomskiego zawsze, gdy myślał o ludziach nieprzychylnych jego osobie. Najbardziej wścibska i najbardziej złośliwa baba musiała trafić właśnie tutaj…

Postanowił jakoś wynagrodzić sobie tę niesprawiedliwość. Wstał od biurka, podszedł do komody i uzupełnił zawartość kubka z kawą. Poczuł, jak wraca mu chęć do życia. Swoją drogą, ten chudy Amerykanin wydawał się wczoraj taką fujarą, ale po kilku godzinach narady na najwyższym szczeblu to jednak on wsadził pułkownika do taksówki, a nie odwrotnie…Wszystko dla Sprawy.

Pułkownik rozsiadł się w fotelu i otworzył teczkę z dokumentami. Od kilku dni zastanawiał się, jak to wszystko ugryźć, a tu nagle ci Amerykanie… Niewątpliwie skomplikowali i tak już niełatwą sprawę.

– Panie pułkowniku, pan kapitan Kamiński – zaanonsowała gościa sekretarka, wyrywając pułkownika z zadumy.

Ja ją kiedyś zastrzelę… – pomyślał, ale natychmiast przybrał pogodny wyraz twarzy.

– Proszę, panie kapitanie, napije się pan kawy? Mamy świeżą dostawę od generała Andersa, przyjechał właśnie oficer z Włoch. Panno Stefanio, będzie pani łaskawa…

Odwróciwszy się na pięcie, sekretarka ostentacyjnie trzasnęła drzwiami.

– Przepraszam, ale skąd ją pan wytrzasnął, panie pułkowniku? – zapytał z uśmiechem wysoki kapitan w lotniczym, nienagannie skrojonym mundurze.

– Ach, szkoda gadać. Przydzielili mi ją kilka dni temu. To na pewno czyjaś zemsta, tylko jeszcze nie wiem czyja. Ale się dowiem! Siadaj, proszę. – Wskazał fotel po drugiej stronie biurka i potarł czoło. – Rozmawiałem wczoraj z Naczelnym Wodzem. Wszystkie inne sprawy schodzą na plan dalszy, teraz zajmujemy się tylko tą jedną. Czasu mamy bardzo mało, trzeba działać zdecydowanie i szybko. Stąd to wczorajsze spotkanie z Amerykańcami. – Pułkownik wzdrygnął się i pociągnął spory łyk z kubka. W tej chwili otworzyły się drzwi i weszła sekretarka. Postawiła przed kapitanem filiżankę z aromatyczną kawą i obdarzyła go czarującym uśmiechem.

– A mnie nic się nie należy? – ze szczerym żalem spytał pułkownik.

– Zaraz przyniosę. Od razu wymieszać czy pan pułkownik obsłuży się sam?

Nie doczekawszy się odpowiedzi, opuściła pokój.

– Stary, to jest coś zupełnie nowego. Tu masz teczkę, poczytasz sobie w podróży.

– W podróży…? – zdziwił się kapitan.

– Nie mamy czasu. Potrzeba nam kogoś, kto zna Oświęcim. Tam przed wojną była nasza jednostka, artyleria, zdaje się. Musimy znaleźć kogoś, kto tam służył. Oczywiście nie byle kogo. Dlatego wytypowaliśmy dwóch oficerów, którzy są teraz u Sosabowskiego w Szkocji. Musisz tam pojechać, spotkać się z każdym z nich i wysondować, na ile mogą być przydatni. To musi być oficer, komandos albo jeden z tych, jak ich zwą, cichociemnych. No wiesz, pistolet. Misja jest bardzo delikatna i raczej bez powrotu. Powodzenia!

Nocny pociąg z Londynu z przeraźliwym zgrzytaniem hamulców zatrzymał się na Waverley Station w Edynburgu. Wysypało się z niego niewielu podróżnych, w większości mundurowych. Kapitan Kamiński poprawił czapkę z orłem w otoczce z huzarskich skrzydeł, rozejrzał się i wyszedł przed budynek dworca. Na pierwszy rzut oka Princes Street nie różniła się od przeciętnej londyńskiej ulicy: ten sam zgiełk, taki sam tłum, piętrowe autobusy… Wystarczyło jednak się odwrócić, aby widok ogromnej bryły zamku przyćmił wszystkie inne wrażenia. Był doprawdy imponujący.

– Kapitan Kamiński?

Kapitan odwrócił się i zobaczył przed sobą uśmiechniętego sierżanta w battledressie i szarym berecie z orłem.

– Pan pozwoli, panie kapitanie: sierżant Gaweł, Pierwsza Samodzielna Brygada Spadochronowa – przedstawił się żołnierz, nie odrywając dłoni od beretu. – Zawiozę pana do nas, proszę za mną.

Chwilę później jechali już zatłoczonymi ulicami Edynburga. Sierżant z wielką wprawą poruszał się lewą stroną jezdni, lawirując między wozami konnymi, wojskowymi ciężarówkami i maszerującymi oddziałami wojska. Wkrótce wyjechali z miasta i zagłębili się w las.

– Pan kapitan pierwszy raz w Szkocji?

– Tak się złożyło.

– Spodoba się panu. Ładne widoki, miłe ludzie, tylko kobitki trochę szkaradne, ale wie pan, panie kapitanie, jak się tak bliżej zapoznać z którą, to kochane baby, nie ma co, no i nas mają w dużym poważaniu, jak beny dydy!

– Jak co?

Zanim kapitan dowiedział się, co to są „beny dydy”, wyjechali z lasu i skręcili na północ. Jego oczom ukazała się ogromna zatoka, przecięta konstrukcją wielkiego stalowego mostu. Czegoś takiego jeszcze w życiu nie widział. Z zachwyconego osłupienia wyrwał go widok roześmianej gęby w lusterku.

– Robi wrażenie, co nie?!

– No… trzeba przyznać…

– Daje Szkotom pracę. Jak tylko skończą go malować, trzeba już zaczynać od początku, he, he. Nazywa się Forth Bridge, tam po lewo w dole jest Rosyth, stoją tam nasze okręty, kiedyś stamtąd wypłynął „Orzeł”. Ale nie wrócił. Znałem jednego mata…

– Musi być trudno utrzymać taki most? Przecież to idealny cel, wystarczy kilka bombowców i…

Kierowca z politowaniem spojrzał w lusterko.

– Pan nietutejszy, panie kapitanie. Pan spojrzy w prawo. Co pan widzi?

– No… wielką, długą zatokę.

– Więc niech pan sobie wyobrazi, że za każdym krzokiem stoją nasze chłopaki z boforsami. Jakby któremu hakenkrojcowi przyszło do głowy zbombardować most, to zanim tu doleci, trzy razy go upier… Za przeproszeniem pana kapitana, upieprzą mu ogon przy samy dupie. Toć oni o tym wiedzą i się tu nie zapuszczają.

– Sierżancie, pan z bydgoskiego?

– Skąd pan wie?

– Toć słyszę…

Po długiej jeździe coraz bardziej krętymi drogami dotarli do Largo. Wspięli się jeszcze w górę, obok szkoc­kiego kościółka, i przekroczywszy bramę, znaleźli się na terenie koszar. Górowała nad nimi wysoka stalowa konstrukcja. Jeep zatrzymał się na podjeździe przed jakimś pałacykiem, do którego prowadziło kilka szerokich stopni.

– Jesteśmy, panie kapitanie. Jakby czego było trzeba, to pan zapyta o sierżanta Gawła Władysława.

– Nie omieszkam. Dziękuję.

Kapitan dyskretnie obciągnął swój stalowoszary mundur. Wyglądał tu trochę jak papuga wśród wróbli, zewsząd otaczały go bladozielone battledressy. Zanim zdążył się porządnie rozejrzeć, usłyszał:

– Pan kapitan Kamiński? Proszę za mną, pan pułkownik czeka…

Pan pułkownik musiał trzymać podwładnych twardą ręką, bo na pierwszy rzut oka było widać, że wszystko działa tu jak w szwajcarskim zegarku. Dla kapitana wiele rzeczy było nie tylko nowych, co wręcz egzotycznych. Nawet ten zapach, który w przelocie złowiły jego nozdrza i zakręciły zwojami mózgowymi… Zanim połapał się, o co chodzi, już stał przed wielkimi starymi drzwiami.

– Pan pułkownik zaprasza.

Kapitan Kamiński wszedł do dużej, trochę mrocznej i trochę cuchnącej stęchlizną sali. Była urządzona skromnie i raczej staromodnie.

– Witam pana kapitana.

Zza biurka wstał i podszedł do niego niewysoki, krępy pułkownik. Bez słowa podał kapitanowi rękę i ścisnął jego dłoń, może trochę mocniej, niż tego wymagały formy towarzyskie. Jego oczy… Tak, w głęboko osadzonych niebieskich oczach pułkownika było coś, co budziło respekt. Wskazał stary fotel przy biurku. Ledwie kapitan usiadł, do sali bezszelestnie wsunął się żołnierz i stuknął obcasami.

– Kawa, herbata?

– Poproszę o filiżankę mocnej kawy.

– Dzwonił do mnie pański przełożony, pułkownik Radomski. – Kapitanowi wydało się, że przez marsową twarz przebiegł cień uśmiechu. – Jak pan pułkownik daje sobie radę w Londynie?

– Dziękuję, dużo spraw mamy ostatnio na głowie. Jestem u pana pułkownika właśnie w związku…

Nie przerywając gościowi, pułkownik ruchem ręki pozwolił żołnierzowi rozstawić filiżanki z kawą i talerzyk z kruchymi ciasteczkami.

– …w związku z jedną z nich.

Pułkownik cały czas mierzył kapitana uważnym spojrzeniem.

– Tak, to dobrze, że pan w Londynie… Przepraszam… proszę kontynuować, kapitanie.

– To bardzo delikatna sprawa, panie pułkowniku…

– Mniemam, że macie same delikatne sprawy, w końcu chodzi o wywiad, prawda? Słucham, z czym pan przyjeżdża? Zapewne chce mi pan porwać jakiegoś oficera, tak jak ci od cichociemnych? Mam rację?

– Na razie chciałbym tylko porozmawiać z dwoma z pańskich ludzi. Konkretnie chodzi o oficerów z przedwojennej jednostki z Oświęcimia.

– Proszę czuć się jak u siebie w domu, panie kapitanie. Porucznik Rolicki panu pomoże. Kiedy wraca pan do Londynu?

– Jutro wieczorem.

– Znakomicie! A więc załapie się pan na coś, o czym możecie tam tylko pomarzyć! – Przez marsową twarz pułkownika przemknął lekki uśmiech. – Zapraszam na obiad do naszej kantyny, panie kapitanie! Pewnie czuł pan ten zapach z kuchni?

– O tak, wspomnienie dawnych polskich potraw…

Pułkownik machnął z rezygnacją ręką.

– Kucharz poszedł za tę polskość do pudła. Na piętnaście minut, co prawda, bo mu się bigos zaczął przypalać, szybko kazałem go wypuścić… Wie pan co, to są bardzo dzielni i oddani sprawie ludzie, każdy z nich musiał przejść takie samo przeszkolenie jak inni spadochroniarze: i kucharz, i kapelan, każdy… Ale czasami… Niech pan sobie wyobrazi, tak zbałamucili jednego miejscowego farmera, że sprzedał im całego świniaka… Ściś­le zarachowanego przez królewski urząd wojny. Zrobili z niego po kryjomu cuda, ale jak wykazać, że świni nie ma?! Poszli do farmera z dwoma litrami wódki i ustalili, że nieszczęsny świniak wszedł na polską minę i nic z niego nie zostało. Spisali protokół i zapłacili za straty. Kiedy się o tym dowiedziałem, wysłałem kucharza do pudła, ale jak postawili przede mną michę białej z majerankiem… Sam pan wie, co musimy tutaj jadać. Za pół godziny w kantynie, potem może pan sobie maglować tych oficerów!

Za bigos i białą kiełbasę należał się kucharzowi przynajmniej Krzyż Walecznych. Dzięki swojemu kunsz­towi podniósł morale panów oficerów, o nadwątlonych forsownymi ćwiczeniami muskułach nawet nie wspominając. Dlatego też kapitan Kamiński z ulgą rozsiadł się w pokoiku na piętrze, do którego zaprowadził go porucznik Rolicki, i dyskretnie poluzował o kolejną dziurkę pasek od spodni. Wkrótce rozległo się pukanie i w drzwiach stanął wysoki porucznik w battledressie.

Słońce chyliło się ku zachodowi, nasycając barwy jesienniejących już liści. Kamiński wstał od biurka, przeciągnął się i podszedł do okna. Tam, gdzie zatoka rozszerzała swoje wody, zaczynało się Morze Północne, a dalej… dalej była Polska… Mój Boże, jak to jeszcze daleko… – pomyślał. Zebrał teczki z zapiskami, uporządkował papiery i starannie zawiązał tasiemki. Pułkownik Radomski będzie miał co czytać, chociaż… Nie wiadomo, czy któryś z oficerów, z którymi rozmawiał przez ostatnie godziny, będzie mu odpowiadał. Ale niech stary sam zadecyduje.

Kapitan wyszedł na mroczny korytarz i starannie zamknął za sobą drzwi.

– To mnie pan szuka, panie kapitanie.

Odwrócił się w stronę, skąd dochodził głos. Na tle okna rozświetlonego zachodzącym słońcem ujrzał jakąś sylwetkę. Kimkolwiek był ten człowiek, zachował się wysoce nieregulaminowo, na co Kamiński postanowił delikatnie zwrócić uwagę:

– Atakuje mnie pan od strony słońca, panie…

Postać zrobiła kilka kroków i stanęła przed kapitanem. Rozległo się donośne stuknięcie obcasami.

– Pan wybaczy, chyba za bardzo wczułem się w rolę cichociemnego. Porucznik Dec, panie kapitanie.

Stał przed nim krępy, niezbyt wysoki mężczyzna o raczej przeciętnej powierzchowności. Jego twarz wzbudzała jednak zaufanie, toteż kapitan spuścił nieco z tonu.

– Skąd pan wie, poruczniku, kogo szukam, jeśli można wiedzieć?

– Z chęcią wyjaśnię. Czy pan kapitan zakończył na dziś? Jeśli tak, to zapraszam do naszego wiejskiego przybytku w celu skosztowania miejscowych kropli na trawienie.

– Chętnie, tym bardziej że skosztowałem bigosu. Wie pan, nasze jelita odwykły już od prawdziwego jedzenia. Proszę dać mi dziesięć minut na uporanie się z papierami, muszę oddać je do przechowania.

* * *

koniec darmowego fragmentu

zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Czas zemsty 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer