Jak czytać wodę

Jak czytać wodę

Autorzy: Tristan Gooley

Wydawnictwo: Otwarte

Kategorie: Popularnonaukowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 400

Cena książki papierowej: 36.90 zł

cena od: 20.99 zł

Tym razem Tristan Gooley zabierze cię na swoje odważne wyprawy – od mroźnej Arktyki, przez Sussex, aż po tajemniczy Oman. Czerpiąc ze swoich bogatych doświadczeń, pokaże ci, jak odczytać sekretne znaki kałuż, sadzawek, jezior, rzek i mórz.

Chcesz przewidywać pogodę z fal, odnaleźć drogę dzięki kałużom, umieć zinterpretować kolor wody? Sięgnij po unikatowy niezbędnik każdego, kogo interesuje świat przyrody.

 

 

Fascynujące zwyczaje, kaprysy i sekrety wody aż prosiły się o książkę na swój temat. Jak dobrze, że napisał ją właśnie Tristan Gooley!

„The Spectator”

Dla Gs, Ks, Ms i Bs

ROZDZIAŁ 1

Dziwne początki

Wprowadzenie

Dzień w dzień możemy się wpatrywać w rzekę lub jezioro i przez rok nie zobaczyć ani razu tego samego widoku. Jak to się dzieje, że jeden akwen potrafi cechować taka zmienność? Co faktycznie kryje się za różnicami, które obserwujemy w kolejne dni albo kiedy spoglądamy na wodę z różnych miejsc na brzegu? W tej książce opowiem o wskazówkach, znakach i wzorach, jakie możemy dostrzec w wodzie, niezależnie od tego, czy stoimy obok zwykłej kałuży czy też spoglądamy na przestworza oceanu.

Wiele książek ma ambicje, by opowiadać o wodzie, ale nawet te ciekawe często zwodzą czytelnika, traktując ją jako pojemnik, w którym żyją jakieś istoty, albo okno, przez które możemy gdzieś zajrzeć. Ja nie zamierzam degradować jej do roli statysty – przez cały czas będzie pozostawać głównym przedmiotem naszego zainteresowania. Zwierzęta i rośliny są oczywiście bardzo interesujące i zasłużą na wzmiankę, jeżeli tylko pomogą nam wyjaśnić zachowanie obserwowanej przez nas wody – ale nie na odwrót. Ponadto skupimy się na wodzie w stanie ciekłym, a nie na lodzie, śniegu czy parze. W odróżnieniu od autorów większości publikacji przyrodniczych nie zamierzam przykładać większej wagi do wskazówek organicznych niż nieorganicznych: boja w niczym bowiem nie ustępuje skorupiakowi, jeżeli tylko pomoże nam w odczytaniu wody. Z tego powodu moja książka zajmuje miejsce na uboczu „konwencjonalnych” publikacji przyrodniczych, niemniej w swej istocie pozostaje książką o przyrodzie.

Filozoficzny, fizjologiczny, a nawet duchowy wpływ wody na człowieka został już gruntownie przebadany w istniejącej literaturze. Wielkie umysły od tysiącleci czerpały inspirację z obserwacji wody. Roger Deakin zwrócił uwagę, że żyrafy są jedynymi ssakami, które nie potrafią pływać, a ludzie, w odróżnieniu od pozostałych małp człekokształtnych, mają błony pławne między kciukami i palcami wskazującymi, co stanowi kolejny argument wspierający popularną teorię, że nasz pociąg do wody ma charakter nie tylko filozoficzny, ale również biologiczny. Woda najwyraźniej korzystnie wpływa na nasz umysł, ciało i duszę.

Antropolog Loren Eiseley stwierdził:

Jeżeli na naszej planecie istnieje jakakolwiek magia, to zawiera się ona w wodzie1.

Może to i prawda, lecz mnie fascynuje nasza zdolność do dochodzenia sensu zjawisk przez rozumienie fizycznych podstaw obserwowanych prawidłowości. Obie perspektywy, filozoficzna i praktyczna, wymagają poświęcenia pewnego czasu na wpatrywanie się w wodę. Jestem głęboko przekonany, że osiągniemy więcej, jeśli będziemy wiedzieli, czego wypatrywać.

Rozumienie obserwowanych przez nas zjawisk i ich przyczyn nie odbiera piękna całościowemu obrazowi rzeczywistości. Przeciwnie, jak sam miałem się okazję przekonać kilka lat temu, kiedy człowiek nauczy się mierzyć wielkość kropli deszczu za pomocą analizy kolorów w tęczy – im więcej czerwonego, tym większe krople – nie traci ona bynajmniej na uroku, a wręcz zyskuje nowy wymiar piękna. To samo można powiedzieć o wszystkich znakach, jakie odnajdziemy na różnego rodzaju akwenach. Poeta i naukowiec mogą stanąć ramię w ramię na brzegu i podziwiać urodę smugi połyskującej pod zachodzącym słońcem, a jednocześnie czerpać przyjemność z wyczytywania rozmaitych informacji z jej formy.

W zaskakująco upalnym Oslo pomagałem zeskrobywać pąkle i algi z dna pontonu. Trwały przygotowania do rejsu z Norwegii do Anglii na jednym z najpiękniejszych statków, jakie widziałem.

Mój dobry znajomy nie mógł zgodnie z planem objąć stanowiska „członka załogi tymczasowej”, a ja z wielką radością zająłem jego miejsce w norweskim pontonie. Przede mną rozciągało się niemal trzydzieści metrów perfekcyjnej bryły – zbudowanego współcześnie klasycznego jachtu wzorowanego na legendarnych łodziach klasy J z lat trzydziestych XX wieku. Promienie słońca odbijały się od powierzchni wody i padały na śnieżnobiały kadłub z jego nieskazitelnie czystymi mosiężnymi elementami.

Piękny jacht był podobno oczkiem w głowie amerykańskiego architekta, który ożenił się ze spadkobierczynią wielkiej fortuny. Łódź powstała zatem w absolutnie wyjątkowych okolicznościach: z połączenia marzenia i odpowiednio dużego salda na koncie. Ktoś zdradził mi szeptem, że opalany drewnem piecyk w luksusowym salonie został zaprojektowany na specjalne zamówienie. Przedni szklany panel kosztował wiele tysięcy dolarów i miał nadawać mu wygląd pasujący do jego nowego domu.

Przed wypłynięciem w morze kazano nam między innymi zabezpieczyć każdy centymetr kwadratowy lśniącego, wyłożonego mahoniem wnętrza specjalnie przygotowanymi przezroczystymi płachtami plastiku. Marynarzom pozwolono sycić wzrok widokiem pięknego drewna, ale nie wolno im było go dotykać. Samo wejście na pokład takiej łodzi uchodziło za zaszczyt, a podróżowanie na niej w charakterze członka załogi na tak wczesnym etapie kariery wydawało mi się niemal zbyt piękne, żeby było prawdziwe.

Zrzuciliśmy cumy, zwinęliśmy idealnie białe liny i odbijacze – nie miały być nam potrzebne przez najbliższy tydzień. Jacht sunął przez fiord ku otwartemu morzu.

Po upływie dwóch dni przyzwyczailiśmy się do życia na wodzie. Wkrótce zaczęliśmy lawirować między wielkimi stalowymi platformami wiertniczymi, apokaliptycznymi, industrialnymi smokami Morza Północnego. Wiatr zelżał i letnie poranne zamglenie szybko zgęstniało. Mgła skryła całkowicie platformy wiertnicze, które można było zobaczyć tylko jako jaskrawe plamki na ekranie radaru. Ich obecność zdradzały także gwałtowne płomienie ulokowanych na nich gazowych pochodni. Buchały w górę, rozświetlając mgłę, która na tyle uporczywie zalega w tamtej okolicy, że doczekała się nawet własnej nazwy: haar. Dla zabicia czasu sprawdzaliśmy swoją znajomość tajników żeglarstwa.

– Kula, romb, kula – zawołał przez pokład w moją stronę Sam, jasnowłosy wiking i kapitan naszej łodzi, kiedy obejmowałem wachtę za sterem.

– Statek o ograniczonej zdolności manewrowej – odpowiedziałem, a Sam skinął z uśmiechem głową. Na chwilę zapadło milczenie. Przerwałem je następującą zagadką: – Czerwone światło na białym tle, nad dwoma żółtymi, migające naprzemiennie.

Sam przez chwilę w milczeniu poprawiał jakiś węzeł, po czym podniósł wzrok.

– Statek rybacki... zajęty połowem okrężnicą, nieporuszający się po wodzie. – Wyszczerzył zęby. Chciał chyba, żebym przez chwilę sądził, że udało mi się go na czymś złapać. Ale na to nie miałem szans ani wtedy, ani podczas reszty podróży, a tak naprawdę to nigdy. Zwyczajnie za dobrze się na tym znał. Po prostu pozwalał mi poczuć typową dla żółtodzioba dumę z własnych umiejętności. Wiedział, że całkiem niedawno zdałem egzamin na kapitana jachtu morskiego w żegludze pełnomorskiej. Być może sam miło wspominał ten wczesny etap swojej kariery.

Uraczył mnie zresztą czymś więcej niż przerażającymi opowieściami z życia na morzu. Żadne z jego doświadczeń morskich nie było bardziej przerażające od egzaminu ustnego w Szkole Morskiej w Warsash. Nie ulegało wątpliwości, że Sam czerpał pewną przyjemność z opowieści o astronomicznie szczegółowej wiedzy, jaką należy mieć, aby zaliczyć ten rytuał przejścia w karierze żeglarza. „Mogą wybaczyć ci jedną pomyłkę, ale raczej nie dwie. A jeśli tylko zwęszą jakąkolwiek lukę w twojej wiedzy, będą bezlitośni... Rzucą się na ciebie jak sępy!”

Ten żeglarski rytuał przejścia sam w sobie był dla mnie czymś pięknym. Poczucie posiadania odpowiednich kwalifikacji łagodzi wątpliwości, jakie dręczą każdego uczciwego dwudziestoparolatka. Jeżeli ktoś kompetentny wręcza mu dokument i stwierdza, że zdał egzamin, to może faktycznie ów dwudziestoparolatek coś tam wie. A jeśli coś wie, to może jest coś wart.

Choć powinienem czerpać czystą przyjemność z pierwszego rejsu w roli zawodowego marynarza, nękały mnie osobliwe wątpliwości. I to pomimo posiadania papierowego dokumentu z ułatwiającym identyfikację zdjęciem wsuniętego do eleganckiego etui Royal Yachting Association. Niepokój ocierał się o mój umysł na podobieństwo starej konopnej liny, jaką marynarz przesuwa często między palcami na pokładzie statku. Niepokój ten miał postać kapitana Abharaha.

Widziałem kapitana Abharaha wszędzie. Niezależnie od tego, przez który oszroniony solą reling wyglądałem albo w którą stronę szarego Morza Północnego wlepiałem wzrok, dostrzegałem jego podobiznę. Towarzyszył mi nawet po zakończeniu wachty, zalegając ze mną na koi. Był zaskakująco uporczywym towarzyszem rejsu, a mało istotny fakt, że zmarł tysiąc lat przed moimi urodzinami, nie przynosił specjalnego ukojenia mojej niespokojnej duszy.

Kapitan Abharah rozpoczął swoje życie zawodowe jako pasterz w perskiej prowincji Kerman. Potem zatrudnił się na łodzi rybackiej, co zaprowadziło go na morze. Z czasem zahaczył się jako marynarz na statku handlowym kursującym do Indii. W końcu przerzucił się na pływanie po zdradzieckich szlakach morskich do Chin. W tamtych czasach panowało przekonanie, że nikt nie zdołał jeszcze odbyć podróży do Chin i z powrotem, nie zaliczając po drodze jakiegoś poważniejszego nieszczęścia. Abharah dokonał tej sztuki siedmiokrotnie, a wszystko to wydarzyło się tuż przed końcem pierwszego tysiąclecia.

Skąd wiemy tak wiele o człowieku z nizin społecznych, z odległej części świata, który żył w tak zamierzchłych czasach? Ponieważ dokonał czynu świadczącego o niezwykłej wiedzy i równie wielkiej bezczelności – tak niezwykłej i wielkiej, że opowieść o nich przetrwała do dziś2.

Pewien żeglarz, kapitan Shahriyari, który podobnie jak wszyscy obawiał się trasy do Chin, stał kiedyś w sztilu w porze poprzedzającej nadejście sezonu tajfunów. W pewnej chwili dostrzegł w oddali ciemny, tajemniczy obiekt. Z pokładu opuszczono małą łódkę z czterema marynarzami i wysłano ich, aby sprawdzili, co to takiego. Gdy byli już całkiem blisko, zobaczyli znajomą twarz: słynny kapitan Abharah siedział spokojnie w kajaku, w którym poza nim znajdował się jeden skórzany bukłak wody.

Marynarze wrócili na statek i opowiedzieli Shahriyariemu o surrealistycznym odkryciu, a ten zapytał, dlaczego znajdujący się w potrzebie kapitan, osoba tak przecież szanowana, nie został przetransportowany na pokład. Marynarze wyjaśnili, że Abharah odmówił przejścia z kajaka do łodzi, twierdząc, że sam sobie świetnie poradzi i że byłby gotów do nich dołączyć jedynie pod warunkiem, że zapłacono by mu pokaźną sumę tysiąca dinarów.

Kapitan Shahriyari i jego załoga podumali nad tą dziwaczną propozycją, aż w końcu górę wzięły przekonanie o mądrości Abharaha i lęk przed dziwnymi warunkami pogodowymi – przedłużająca się cisza przed burzą z oczywistych powodów budziła ich niepokój. Przystali na warunki Abharaha. Ten po wejściu z kajaka na pokład natychmiast zażądał tysiąca dinarów, które zgodnie z umową mu wypłacono. Następnie polecił Shahriyariemu i jego załodze, aby usiedli, wysłuchali dokładnie jego słów, a następnie zrobili, co im każe. Tak też postąpili.

– Al-daqal al-akbar! – wykrzyknął kapitan Abharah.

Abharah wyjaśnił im, że znaleźli się w wielkim niebezpieczeństwie: muszą pozbyć się całego ładunku, a także spiłować grotmaszt i wyrzucić drzewce do morza. Następnie mieli odciąć główną kotwicę i wprowadzić statek w dryf. Załoga zabrała się do wykonywania rozkazów kapitana Abharaha, mimo że czyniła to z ciężkim sercem – marynarz ze statku handlowego niczego bowiem nie cenił bardziej niż właśnie ładunku, masztu i głównej kotwicy. Były to dla niego namacalne symbole bogactwa, zdolności do żeglugi i bezpieczeństwa – powód, dla którego ryzykował życiem i narzędzia, które pozwalały mu je zachować. Załoga wypełniła jednak polecenia i czekała, co stanie się dalej.

Trzeciego dnia na niebie zaczęła wznosić się chmura, która z czasem upodobniła się do majaczącej w oddali latarni morskiej. Niedługo potem opadła z powrotem ku powierzchni morza. Potem nadciągnął tajfun – al-khabb. Miotał nimi przez trzy dni i trzy noce. Lekki za sprawą uprzednich zabiegów statek unosił się na falach niczym korek, omijając niebezpieczne rafy, dzięki czemu załoga ocalała, a statek nie utonął ani się nie roztrzaskał. Czwartego dnia wiatr osłabł i wszyscy dotarli bezpiecznie do celu w Chinach.

W drodze powrotnej z Chin kapitan Abharah kazał zatrzymać wypełniony nowym ładunkiem okręt. Opuszczono małą szalupę i wysłano w niej kilku marynarzy, aby odszukali i wyłowili kotwicę, którą odcięli przed sztormem i zostawili na rafie koralowej.

Zdumiona załoga zapytała kapitana Abharaha, skąd wiedział, gdzie szukać kotwicy i w jaki sposób udało mu się z taką dokładnością przewidzieć nadejście tajfunu. Wyjaśnił im, że wszystko jest dość oczywiste, gdy dysponuje się wiedzą na temat księżyca, pływów, wiatru i znaków na wodzie.

Właśnie ta niezwykła intuicja kapitana Abharaha i jego rozumienie przyrody nie dawały mi spokoju podczas podróży z Norwegii, o której wspomniałem wcześniej. Fascynowała mnie mądrość pozwalająca mu odczytać znaki, o które nigdy by mnie nie zapytano na jakimkolwiek egzaminie, ale które z całą pewnością istniały. Dawni arabscy żeglarze ukuli nawet specjalny termin na określenie tej wiedzy – mówili, że nieliczne osoby posiadają isharat3.

To oczywiste, pomyślałem, że tego rodzaju wiedza pochodzi z innych źródeł niż materiały przygotowujące do oficjalnych egzaminów: można ją zdobyć wyłącznie w praktyce. Zacząłem zatem ją gromadzić, spędzając dni, noce, tygodnie i miesiące na morzu.

Tyle że się myliłem. Czas spędzany na nowoczesnych jachtach uczy człowieka kierowania łodzią i załogą, czytania między wierszami synoptycznych prognoz pogody, wypiekania chleba w kambuzie i poprawiania smaku surowej ryby odrobiną soku z limonki. To sporo, ale w epoce oszałamiających osiągnięć elektroniki nie pozwala na wyjaśnienie tajemnicy Abharaha. Nie wyposaża człowieka w tę szczególną głęboką mądrość, nie uczy go prawdziwego czytania wody. Wielokrotnie rozmawiałem na ten temat z doświadczonymi kapitanami i wszyscy zgodnie przyznawali mi rację, często ze smutkiem w utkwionych w horyzoncie oczach.

Zafascynowany doświadczeniami zdobywanymi na morzu, a zarazem sfrustrowany, że nie dały mi one umiejętności odczytywania znaków pojawiających się wokół mnie na wodzie, postanowiłem obrać inny kurs. Wiele lat temu wyruszyłem w równoległą podróż, tym razem w poszukiwaniu mądrości. Ledwie postawiłem pierwszy krok, wydarzyło się coś bardzo dziwnego. Szybko odkryłem, że liczba wskazówek pozwalających lepiej rozumieć otaczającą nas wodę nie wzrasta proporcjonalnie do odległości, jaka dzieli nas od stałego lądu. Zjawiska obserwowane w kałużach i strumykach mogą się okazać równie doniosłe i przydatne, jak te, z którymi zetkniemy się pośrodku Atlantyku.

Co więcej, okazuje się, że łatwiej jest dowiedzieć się czegoś o wodzie, stojąc na stałym gruncie, niż przebywając na pokładzie żaglówki, nawet jeśli to właśnie na niej zamierzamy później tę wiedzę wykorzystać. Chciałbym w tej książce pokazać, na ile to możliwe, nie tylko w jaki sposób można się różnych rzeczy nauczyć na lądzie, ale również jak je tam zaobserwować i jak nacieszyć nimi oko. Takie podejście może się wydawać dalekie od ideału czy nawet naciągane, niemniej zostało sprawdzone w praktyce. Stosują je jedni z najwybitniejszych specjalistów od czytania wody, jakich wydała ludzkość.

Żeglarze z wysp leżących na Oceanie Spokojnym od stuleci zadziwiają swoimi umiejętnościami przybyszów z Zachodu4. Kapitan Cook spotkał tych wybornych żeglarzy na Tahiti w 1774 roku, kiedy na jego oczach w morze wypłynęło 330 łodzi przewożących 7760 osób. Cook i jego towarzysze „przyglądali się im w niemym zachwycie”.

Nie dysponując mapami, kompasami ani sekstansami, wyspiarze z Pacyfiku umieli odnajdywać drogę na olbrzymich połaciach oceanu, posiłkując się wyłącznie naturalnymi wskazówkami. Nikomu na Ziemi nie udało się im nigdy dorównać w umiejętności czytania wody. W kolejnych rozdziałach zapoznamy się ze stosowanymi przez nich metodami, wspominam o nich jednak już tutaj, aby omówić, w jaki sposób przekazują sobie te umiejętności z pokolenia na pokolenie.

Na podobieństwo arabskiego terminu opisującego wiedzę na temat znaków występujących na wodzie również wśród wyspiarzy z Pacyfiku funkcjonuje odpowiednie wyrażenie – kapesani lemetau – za pomocą którego mówią o morzu i zjawiskach związanych z wodą5. Młodzi adepci tej wiedzy wypływali ze swoimi nauczycielami, tajniki sztuki odczytywania gwiazd, wiatru i fal przekazywano im zaś w domowym zaciszu. Teeta Tatua, tia borau (żeglarz) z Wysp Gilberta w Republice Kiribati, nauczył się tych umiejętności od swojego dziadka w maneaba, czyli domu spotkań6. Wielu innych zdobywało wiedzę z użyciem „kamiennej wyspy” czy „kamiennego canoe”. Jest to prosta pomoc dydaktyczna służąca do pokazywania uczniom, w wygodnych warunkach na plaży, w jaki sposób będzie się zachowywać otaczająca ich woda i jak należy ją interpretować.

Powinniśmy czerpać inspirację z tradycji wyspiarzy, aby zrozumieć nie tylko, jak wiele możemy się nauczyć, ale też jak tego dokonać, nie opuszczając stałego lądu. Ważne jednak, aby nie onieśmielały nas ich umiejętności. Przywołam tu trącące już dziś trochę myszką słowa legendarnego australijskiego działacza na rzecz ochrony przyrody Harolda Lindsaya: „Niech nam się nie roi, że tubylcy dysponują mocami, których poskąpiono cywilizowanemu człowiekowi”7.

Nie tylko jesteśmy w stanie naśladować tradycyjne metody, ale możemy połączyć zawartą w nich wiedzę ze współczesną nauką, rozumieniem przyrody, doświadczeniem i mądrością. Ian Proctor, wielce szanowany strateg regatowy, który pomagał załogom żeglarskim zdobywać najważniejsze nagrody, twierdzi, że wiele wyścigów rozstrzyga się, zanim ktokolwiek postawi nogę na pokładzie8. Dlaczego? W związku z umiejętnością odczytywania znaków na wodzie.

W tej książce zawarłem streszczenie różnorodnych zachowań wody, które wydają mi się warte zaobserwowania. Wybrałem ulubione przykłady z długiej listy, którą sporządzałem z upływem lat, perełki uosabiające w mojej ocenie to, co interesujące i pożyteczne. Aby stworzyć wam możliwie najlepsze warunki do zainteresowania się tą sztuką, musiałem wszakże poradzić sobie z dwiema przeszkodami.

Pierwszą jest fakt, że przyrodnicy podzielili wodę na odrębne królestwa. Stawy, rzeki, jeziora i morza uznaje się za całkowicie odmienne byty. Byłoby to nawet dość rozsądne podejście, gdybyśmy koncentrowali się wyłącznie na żyjących w nich zwierzętach i roślinach, mało które występują bowiem jednocześnie w słodkowodnym jeziorze i w morzu, nawet położonych w odległości zaledwie kilkuset metrów. Ale sama woda niewiele sobie robi z tych granic, dlatego gros zjawisk występujących na największych oceanach możemy poznać, przyglądając się wiejskiemu stawowi. Niezależnie zatem od tego, nad jakim akwenem lubimy najbardziej spędzać czas, zjawiska, jakie warto na nim zaobserwować, nie będą się zamykać w poświęconym im rozdziale.

Po drugie, badanie znaków występujących na wodzie niespecjalnie przystaje do niecierpliwego podejścia, w którym chcielibyśmy sprawnie odfajkowywać kolejne punkty z listy. Nic nie dzieje się na zawołanie. Jeżeli zechcecie zaobserwować na żywo któryś z opisanych w tej książce znaków, może wam się to udać już za pierwszym razem, ale bardziej prawdopodobne, że znak ten pojawi się później, w wybranej przez siebie chwili – o ile oczywiście będziecie go nadal cierpliwie wypatrywać. Najlepiej więc podejść do sprawy całościowo. Książka ta została skomponowana w ten sposób, abyście mogli podjąć próbę zidentyfikowania każdego ze znaków, a jednocześnie mieli świadomość, że wszystkie wchodzą w skład większej układanki. Przygotuje was to nie tylko do poszukiwania konkretnych znaków, ale również do kontaktu z wodą w całej jej kapryśności i we wszelkich przebraniach, w jakich zdecyduje się wam ukazać.

Będziecie musieli sprostać rozmaitym wyzwaniom, przygotować się na chwile frustracji, a nawet lekkiego zdezorientowania, kiedy po raz pierwszy zetkniecie się z co bardziej skomplikowanymi wzorami. Zachęcam, abyście podchodzili do nich jak do bohaterów literackich – niektóre będą proste, ale z czasem to te bardziej skomplikowane okazują się najciekawsze.

Wreszcie możecie zadać sobie zupełnie naturalne pytanie, po co w ogóle mielibyście wyruszyć w tak nietypową podróż. Niech na nie odpowie Chad Kālepa Baybayan, współczesny Pwo – mistrz nawigacji – z Pacyfiku. W wywiadzie udzielonym w 2014 roku Chad na pytanie o sens zgłębiania tych metod odpowiedział:

Mamy tu do czynienia z naprawdę unikalnym zestawem umiejętności. Kto spróbuje je opanować, może faktycznie liczyć na to, że wyostrzą mu umysł, intelekt i zdolność do interpretowania kodów przyrody [...]. Dla mnie jest to najbardziej zachwycający stan, jakiego kiedykolwiek doświadczyłem9.

Wyspiarze z Pacyfiku przywiązują ogromną wagę do nabywania tych umiejętności. Dopuszczanie nowicjuszy do ich elitarnego świata starszyzny oraz towarzysząca temu inicjacja są obudowane rytuałami. Przebieg nauki i obrzędy przybierają nieco inną postać na różnych wyspach, ale kilka wątków powtarza się wszędzie. Adepci zakładają specjalną przepaskę na biodra, zostają obsypani kurkumą i wymieniają się podarkami z przyjaciółmi i rodziną. W trakcie całego procesu, który może trwać nawet sześć miesięcy, powinni żyć w czystości i pić specjalne napoje kokosowe, wyrzekając się wody. Zważywszy na moje zamiłowanie do rytuałów przejścia związanych ze zdobywaniem wiedzy, łatwo sobie wyobrazić, że brzmi to wszystko dla mnie niezwykle fascynująco.

Możecie w przyszłości wybrać swój własny sposób nauki czytania wody, taki, który będzie sprawiał wam największą przyjemność. Ale jeżeli po lekturze tej książki nie zaczniecie postrzegać wody w inny sposób niż wcześniej, będzie to oznaczało, że nie sprostałem zadaniu, jakie sobie wyznaczyłem, i nie zasłużę na choćby odrobinę napoju kokosowego.

Mam nadzieję, że nasza wyprawa sprawi wam przyjemność.

Tristan

1 L. Eiseley, The Flow of the River, za: http://todayinsci.com/E/Eiseley_Loren/EiseleyLoren-Quotations.htm (dostęp: 8.06.2016, tłum. J. Konieczny).

2 G. Hourani, Arab Seafaring, Princeton 1995, s. 114–117.

3 G.R. Tibbets, Arab Navigation, London 1971, s. 273.

4 Spostrzeżenia na temat wyspiarzy z Oceanu Spokojnego za Davidem Lewisem i Stephenem Thomasem.

5 S. Thomas, The Last Navigator, London 1987, s. 26.

6 D. Lewis, We, the Navigators, Honolulu 1994, s. 202.

7 H. Lindsay, The Bushman’s Handbook, Sydney–London 1948, s. 1.

8 I. Proctor, Sailing Strategy, London 2010, s. 1.

9 http://voices.nationalgeographic.com/2014/03/03/hokulea-the-art-of-wayfinding-interview-with-a-master-navigator/ (dostęp: 4.03.2015).

ROZDZIAŁ 2

Wyruszamy

Naszą podróż rozpoczniemy, wzorem wielu sławnych podróżników, w kuchni.

Jedno z rozpowszechnionych przekonań na temat wody mówi, że przybiera ona spłaszczony kształt. Problem w tym, że woda rzadko kiedy jest naprawdę płaska. Przyjrzyjcie się dokładnie wypełnionej nią szklance, a zauważycie, że powierzchnia zakrzywia się lekko przy ściankach, tworząc tak zwany menisk wklęsły. Zakrzywienie to wynika ze zjawiska przyciągania wody przez szklankę – a dokładnie przez jej ścianki, do których płyn przywiera. Oddziaływanie to sprawia, że powierzchnia wody, która w przeciwnym razie byłaby płaska, zamienia się w niesamowicie płytką miskę z niziutkim rantem.

Co nam daje ta obserwacja? Sama w sobie pewnie niewiele, ale w połączeniu z kilkoma innymi faktami będzie krokiem do zrozumienia, dlaczego rzeka płynie w taki, a nie inny sposób.

Przyciąganie wody przez szklankę jest właściwością charakterystyczną dla tej cieczy. Niektóre inne ciecze, na przykład rtęć (jedyny metal występujący w warunkach normalnych w stanie płynnym), są odpychane przez szklankę, co prowadzi do powstania kształtu przypominającego miskę odwróconą do góry dnem, czyli menisku wypukłego. Większość cieczy jest odpychana albo przyciągana przez inne substancje. Cząsteczki cieczy przyciągają się również delikatnie nawzajem – gdyby tak nie było, oddzielałyby się od siebie i przechodziły w stan gazowy. A więc woda przyciąga wodę.

Cząsteczka wody, jak wbijano nam do głowy na lekcjach chemii, składa się z połączonych silnym wiązaniem dwóch atomów wodoru i jednego atomu tlenu. Nauczyciele, przynajmniej moi, zapominali jednak wspomnieć o tym, że atomy wodoru w cząsteczce wody są przyciągane przez inne atomy wodoru z pobliskich cząsteczek wody. Właśnie z tego powodu woda przykleja się do wody. Można to sobie wyobrazić przez analogię z dwoma balonami, które potarte o sweter przywierają lekko do siebie za sprawą oddziaływania elektrostatycznego. Zasada fizyczna jest podobna, tyle że w skali mikro.

Lepkość wody można łatwo zaobserwować. Weźcie szklankę wody i wylejcie kilka kropli na płaską, gładką, wodoodporną powierzchnię, na przykład blat kuchenny. Przykucnijcie, aby wasze oczy znalazły się na poziomie kropelek. Widzicie, jak woda zbiega się w delikatnie wypukłe jeziorka? Nie rozpływa się w idealnie płaską powierzchnię i nie ścieka w całości z blatu (ścieknie, jeżeli wylejecie jej odpowiednio dużo, ale jakaś część zawsze zostanie). Zamiast całkowicie się „rozpłaszczyć”, woda formuje na blacie skupisko odwróconych do góry nogami kałuż.

Dzieje się tak, ponieważ wzajemne przyciąganie się cząsteczek wody, jej lepkość i napięcie powierzchniowe są na tyle silne, że opierają się przyciąganiu grawitacji. Jej siła próbuje przyciągnąć wodę do blatu, tak aby przybrała możliwie spłaszczoną postać i spłynęła na podłogę, ale napięcie wody na to nie pozwala. Dlatego też kiedy ktoś przewróci szklankę z wodą, sięgniemy raczej po ścierkę niż mopa. Cząsteczki wody pozostające na stole przyciągają się wzajemnie i uniemożliwiają spłynięcie wszystkich na podłogę.

Wybierzcie dwa w miarę nieodległe i nieregularne jeziorka wody na blacie. Jeżeli przytkniecie palec do jednego z nich, pociągniecie kawałeczek w kierunku drugiego i oderwiecie palec, nie wydarzy się nic szczególnego; pierwsze jeziorko może się co najwyżej w ostatecznym rozrachunku trochę rozciągnąć. Zauważcie, że tuż po oderwaniu palca zajdzie odwrotne zjawisko – woda lekko odskoczy przyciągana przez cząsteczki, które zostały z tyłu. (Jeżeli przeprowadzicie ten eksperyment na wielu powierzchniach, zaobserwujecie różnice w zakresie i tempie cofania się wody wynikające z odmiennej siły, z jaką powierzchnie przyciągają wodę). Przesuńcie teraz palec trochę dalej, aby jeziorka zetknęły się ze sobą. Co się stało? Tym razem woda nie cofa się pod wpływem oddziaływania pozostałej części jeziorka, a jest przyciągana przez swojego nowego przyjaciela i łączy się z nim za sprawą lepkości wody.

Kiedy po jednym z podobnych eksperymentów zabrałem się do wycierania wody, przeciągając szmatką po powierzchni usianej małymi kroplami, woda zachowała się w sposób, którego nigdy wcześniej nie zauważyłem. Materiał wchłonął jej dużą część, w końcu do tego przecież służy, a pozostała na powierzchni resztka została „sprasowana” na gładką warstewkę. Ale taka warstewka pozostaje płaska i cienka tylko przez moment – zaraz potem woda dosłownie zbiera się w sobie, tworząc setki małych jeziorek. Jeziorka te są często ze sobą powiązane, przez co wilgotna powierzchnia nabiera plamiastego wyglądu. Wykonajcie sami ten eksperyment, a przekonacie się, co mam na myśli.

Woda fascynowała Leonarda da Vinci, który skrupulatnie badał jej lepkość. Lubił obserwować, jak kropelki nie zawsze od razu odrywają się od spodniej części gałęzi. Zwrócił uwagę, że nawet kiedy kropla jest dostatecznie duża, odrywa się z pewnym oporem. Mniej więcej w 1508 roku zauważył, że rozciąga się wtedy do takiej postaci, że powstaje szyjka, a kropla spada dopiero wtedy, gdy szyjka robi się zbyt wąska, aby utrzymać ciężar całości.

Zjawisko to możemy zaobserwować sami po deszczu na końcówkach liści; jest to naprawdę piękny widok. Jeżeli nadal mocno pada, woda będzie spływać obficie z konarów, gałązek i liści, ale tuż po ustaniu deszczu przyjrzyjcie się uważnie liściom drzew albo krzewu. Woda zbiera się często na cienkiej żyłce biegnącej przez środek liścia i dopiero potem spływa ku jego końcowi. Kropla zawisa na nim, a napięcie i lepkość stawiają opór sile grawitacji. W końcu zbiera się tyle wody, że grawitacja przeważa i kropla spada. Liść często podskakuje wtedy z wdziękiem, po czym proces rozpoczyna się od początku.

Napięcie wody w największym stopniu uwidacznia się na jej powierzchni. Ponieważ znajdujące się tam cząsteczki są przyciągane przez cząsteczki znajdujące się tuż pod nimi, wytwarza się napięcie, które wyposaża wodę w swego rodzaju cienką skórę. Istnieje prosty eksperyment, za pomocą którego można dowieść dwóch fundamentalnych prawd: woda ma swego rodzaju skórkę wytworzoną przez napięcie powierzchniowe, a owo napięcie jest wynikiem słabego wiązania, jakie powstaje między atomami wodoru cząsteczek wody.

Sztuczka ta – czytaj: poważny eksperyment naukowy – pozwoli nam dowieść, że napięcie powierzchniowe jest w stanie unieść lekki kawałek metalu. W tym celu będziemy obserwować unoszenie się igły na wodzie. Trudność sprawi nam jedynie pierwsza część eksperymentu – igłę na wodzie należy kłaść bardzo, bardzo powoli, w przeciwnym razie przebije powierzchnię i opadnie na dno. Istnieje sprytny sposób na poradzenie sobie z tym problemem: należy położyć igłę na skrawku bibuły (nieco trudniejszej do zdobycia w dzisiejszych czasach, ale nadal dostępnej w większości sklepów papierniczych). Ta powoli nasiąknie wodą, po czym opadnie na dno miski, pozostawiając unoszącą się na powierzchni igłę.

Wynika z tego, że napięcie powierzchniowe wody jest na tyle silne, aby utrzymać mały kawałek metalu. Teraz musimy jeszcze dowieść, że owa skórka na powierzchni powstaje za sprawą wiązań elektrycznych między cząsteczkami wody. Wiązania te można osłabić, rozpuszczając w wodzie odrobinę jakiegoś detergentu. Świetnie nada się do tego płyn do naczyń – detergenty działają między innymi dlatego, że zawierają ładunki elektryczne osłabiające przyciąganie cząsteczek wody. Dolewamy detergent i igła tonie.

Jeżeli w okresie letnim znajdziemy się nad jakimś dużym zbiornikiem wypełnionym stojącą wodą, na przykład nad stawem lub jeziorem, pewnie natkniemy się tam na tętniący życiem świat owadów. Przyglądając się im uważniej, będziemy mieli okazję zaobserwować w naturze eksperyment ze „skórą” tworzącą powierzchnię wody. Aby uzyskać jak najlepszy efekt, podejdźcie do wody zwróceni twarzą w stronę słońca. Schylcie się przy tym możliwie nisko. Owady są niezwykle wyczulone na wszelkie nadlatujące z góry istoty, dlatego aby zbliżyć się do nich bez wzbudzania popłochu, najlepiej poruszać się powoli, ukradkiem i w stronę światła. Jeżeli w słoneczny dzień podejdziecie do brzegu w miejscu, gdzie wasz cień będzie się znajdował dokładnie za waszymi plecami, zobaczycie o wiele więcej.

Część owadów wznosi się w powietrzu, inne żyją pod wodą, ale jedne z najciekawszych będą siedzieć na powierzchni. Dlaczego nie opadają w dół? Człowiek bez wątpienia by zatonął. Wynika to z faktu, że napięcie powierzchniowe wody jest silniejsze od przyciągania grawitacyjnego, jakie Ziemia wywiera na małe owady. W przypadku dużych ciał, na przykład ludzi, sytuacja przedstawia się na odwrót, ale dzięki temu mamy przynajmniej większą frajdę z pływania. Na tym etapie nie musimy się przejmować, o jakie konkretnie owady chodzi (w dalszej części poznamy kilka z nich), warto jednak poświęcić chwilę, aby zachwycić się ewolucją przyrody, która możliwie najlepiej stara się wykorzystać zjawisko napięcia powierzchniowego. Między innymi z tego powodu detergenty i woda nie tworzą najszczęśliwszego połączenia.

Napięcie, za sprawą którego woda przylepia się sama do siebie i do ścianek szklanki, odpowiada również za tak zwane zjawiska kapilarne. Każdy z nas miał okazję zaobserwować, że płyny nie zawsze poruszają się zgodnie z kierunkiem siły grawitacji – ilekroć zanurzamy pędzel w wodzie, widzimy, jak wpływa ona do góry między włosie, mimo że nasze rozumienie grawitacji podpowiada nam, że nie powinno to być możliwe.

Zjawiska kapilarne biorą się z prostego połączenia dwóch omówionych wcześniej zjawisk. Niektóre powierzchnie, jak szkło czy włókna pędzla, przyciągają wodę, a ona z kolei przyciąga samą siebie. W rezultacie w przypadku odpowiednio cienkich przewodów – na przykład pustych przestrzeni między włosami pędzla – zachodzi interesujące zjawisko: efekt menisku sprawia, że powierzchnia wody unosi się przyciągana do materiału znajdującego się powyżej, ciągnąc za sobą całą powierzchnię cieczy. Ponieważ cząsteczki wody przywierają do siebie, woda znajdująca się tuż pod powierzchnią podąża w górę. Efekt ten jest tym wyraźniejszy, z im węższym (do pewnej granicy) przewodem mamy do czynienia.

Każda roślina, od małego źdźbła trawy do wielkiego dębu, wykorzystuje zjawisko kapilarne do transportowania wody z gleby do położonych najwyżej liści. Wiemy, że w drzewach nie funkcjonują żadne pompy, a mimo to tysiące litrów wody w jakiś sposób podróżują z gleby ku czubkom drzew. Bez zjawiska kapilarnego byłoby to niemożliwe.

Wróćmy do kuchni. Ścierki, chusteczki i inne drobno tkane materiały z tego powodu tak doskonale nadają się do wycierania wody, że zostały specjalnie zaprojektowane, aby maksymalizować zjawisko kapilarne. Jest coś osobliwie przyjemnego w tym, że naprawdę dobrą ścierką nie trzeba właściwie poruszać, bo sama niczym magnes zasysa otaczającą ją wodę.

Rozpatrzmy to zjawisko w szerszym kontekście. Kiedy następnym razem będziecie przechodzić obok jakiejś rzeczki, strumienia albo zwykłego rowu, przyjrzyjcie się brzegowi. Mogłoby się wydawać, że tworząca go gleba będzie ciemna i wilgotna w miejscach, gdzie została ochlapana wodą, ale zwróćcie uwagę na to, że wilgoć sięga powyżej linii omywania brzegu przez chlupoczącą wodę, powyżej poziomu, do którego woda jest w ogóle w stanie dosięgnąć.

Gleba jest mieszaniną grudek i pęcherzyków powietrza – do pewnego stopnia przypomina plaster miodu złożony z cienkich rurek. Woda zostaje wciągnięta w te przewody za sprawą zjawiska kapilarnego i w rezultacie gleba wypełnia się wilgocią powyżej poziomu wody płynącej w rowie albo strumieniu. Wysokość, na jaką woda jest w stanie wpłynąć, zależy od szeregu czynników, między innymi od jej czystości – czysta wznosi się wyżej od zanieczyszczonej, ale głównym czynnikiem pozostaje wielkość przewodów między cząsteczkami. Woda wznosi się znacznie wyżej w glebach złożonych z drobnych okrągłych cząsteczek, na przykład w mule, niż w chropowatych, na przykład piasku. Na przeciwległych biegunach znajdą się zatem glina, w której woda wznosi się bardzo wysoko, i żwir, w którym nie wznosi się prawie w ogóle.

Ciśnienie powietrza również określa, ile wody popłynie w górę w ziemi, a następnie się w niej utrzyma. Przy gwałtownym spadku ciśnienia, na przykład przed nadciągającą burzą, gleba nie jest w stanie utrzymać wód kapilarnych, które bardzo szybko odpływają wtedy do pobliskich strumieni, jeszcze bardziej zwiększając ryzyko wystąpienia powodzi w następstwie burzy1.

Chciałbym w tym miejscu odejść na chwilę od głównego wątku i pokazać, jak dostrzeganie najdrobniejszych zjawisk w połączeniu z bardziej generalnymi obserwacjami może ułatwić nam zrozumienie tego, co się wokół nas dzieje. Obserwacja rozchlapanej wody w kuchni i spacer plażą pomogą nam bowiem w przewidzeniu powodzi w rzece.

Wysokość poziomu morza zależy od pływów, na które z kolei oddziałuje szereg innych czynników, które omówię później. Teraz wspomnę tylko, że należy do nich między innymi ciśnienie atmosferyczne. Kiedy jest niskie – poziom morza podnosi się w porównaniu ze stanem w czasie wysokiego ciśnienia. Różnica wynosi około trzydziestu centymetrów między wyżem a niżem. Aby łatwiej zapamiętać tę zależność, wyobraźcie sobie, że wyż ze swym cudownym błękitnym niebem „uciska” horyzont, obniżając poziom morza.

Załóżmy, że znajdujecie się na dobrze wam znanym terenie przybrzeżnym i w pewnej chwili zauważacie, że morze uniosło się wyżej niż kiedykolwiek wcześniej, nawet w czasie przypływu. Możecie na tej podstawie podejrzewać, że doszło do gwałtownego spadku ciśnienia. To z kolei pozwala wam nie tylko przewidzieć pogorszenie pogody, które następuje często wraz ze spadkiem ciśnienia, ale również większe ryzyko powodzi, jako że część wody przytrzymywanej przez zjawisko kapilarne powyżej poziomu strumieni, rowów i rzek opuści ziemię, zanim jeszcze spadnie pierwsza kropla deszczu.

Kiedy już wiemy, jakich zjawisk wypatrywać i co z nich wynika, napotkany akwen będzie nie tylko pięknym, fascynującym zjawiskiem przyrodniczym, ale również wskazówką. Uczymy się postrzegać wodę jako składnik misternej sieci. Dawniej umiejętności te określano mianem magii, a w bliższych nam czasach zdolności parapsychologicznych. Nie są one ani jednym, ani drugim, a po prostu owocem ciekawości, uważności i gotowości do łączenia faktów.

Porwani przez wir zagadnień poruszonych w tym rozdziale, przyglądaliśmy się wodzie w kuchni, na liściach, w strumieniach i w morzu. W naszej wyprawie śladami wielkich odkrywców, choćby Superagi, hinduskiego specjalisty od wody z XIV wieku, który „posiadł głęboką wiedzę na temat wartości znaków”, musimy przyzwyczaić się do myśli, że zrozumienie wody w jednym miejscu pomoże nam zrozumieć ją gdzie indziej.

1 P. Younger, Water, London 2012, s. 14.

ROZDZIAŁ 3

Jak dostrzec Pacyfik w stawie

Mimo częstych wycieczek nad morze zamiłowanie mojej rodziny do wody i pływania pozostawało nienasycone, dlatego kilka lat temu zaczęliśmy kombinować, co z tym zrobić. W krajobrazie zbudowanym z przepuszczalnych skał kredowych, gdzie mieszkamy, trudno znaleźć wiele stojącej wody. Okazje do popływania w naturalnych jeziorach zdarzają się zatem rzadko. Doszliśmy do wniosku, że jeśli Mahomet nie może przyjść do góry, to góra musi przyjść do Mahometa. Skoro nie możemy znaleźć odpowiedniego jeziora, to... W naszym ogrodzie znajduje się teraz sporych rozmiarów staw, w którym pływamy przez większą część roku.

Lista znienawidzonych przeze mnie prac ogrodniczych jest długa, ale dbanie o staw należy do tych najprzyjemniejszych. W każdy weekend mam kilka rzeczy do zrobienia: czyszczenie, wygarnianie, szumowanie, przycinanie roślin wodnych, poskramianie ekspansji glonów. Te jakże atrakcyjne prace o dziwo mnie nie nużą, bo dzięki nim mogę spędzać dużo czasu na obserwowaniu stawu. Choćby dzisiejszego poranka – naliczyłem czternaście żab i podskoczyłem z radości na widok czarnego skrzeku pęczniejącego między łodygami wczesnowiosennych roślin.

W zeszłym roku, wychodząc pewnego dnia z domu na spotkanie, przystanąłem przy stawie i utkwiłem w nim spojrzenie. Robię to zawsze, nawet kiedy jestem spóźniony. Następnie próbowałem się stamtąd ulotnić, ale jakoś nie mogłem. Fascynacja wodą, którą odczuwałem tego dnia, była silniejsza niż zwykle. Zerknąłem na zegarek i niewielki ośrodek rozsądku w moim mózgu zaczął popędzać większą, nonszalancką część do ruszenia w drogę. Coś jednak nie pozwalało mi odejść. Zaraz potem zobaczyłem to coś, a dokładnie rzecz biorąc, stałem się świadomy jego istnienia. Oba te pojęcia nie są bynajmniej tożsame.

Nasze mózgi zmagają się z taką ilością informacji dostarczanych przez zmysły, że muszą używać filtrów, żeby sobie z tym poradzić. W naszych głowach działa automatyczny system ustalania priorytetów, który nieustannie przesiewa dane dostarczane przez oczy, wybierając z nich te najistotniejsze. Z ewolucyjnego punktu widzenia byliśmy zawsze najbardziej zainteresowani drapieżnikami i ofiarami – zagrożeniami i możliwościami. Ponieważ zarówno jedne, jak i drugie się poruszają, w każdej sytuacji w pierwszej kolejności zwracamy uwagę na ruch, a dopiero później dostrzegamy subtelniejsze detale. Każdy zauważy królika przebiegającego przez ścieżkę, ale mało kto skoncentruje się na stosie liści leżącym obok niej – dopóki oczywiście wiatr nie porwie ich w powietrze i nie zasypie nimi ścieżki.

Kiedy spoglądamy na jakiś akwen, w naszej głowie włącza się ten sam filtr. Najpierw dostrzegamy ruch, a dopiero potem jakiekolwiek drobne zmiany barwy czy jasności. Tamtego dnia wiał dość silny wiatr, który poruszał taflą stawu. Przy jednym z brzegów z wody wystawały kamienie służące jako stopnie do chodzenia. Moją uwagę przyciągnęły zmarszczki, które wiatr tworzył na powierzchni stawu. Jest to pospolite zjawisko, każdy z nas widział je setki razy. Niemniej mnie uderzył fakt, że podświadomie próbuję zinterpretować wzory pojawiające się wokół kamieni za pomocą wiedzy na temat zachowania wody w zupełnie innej części świata.

W 1773 roku kapitan Cook z największą ostrożnością płynął wzdłuż zdradzieckiego obszaru na Oceanie Spokojnym zwanego archipelagiem Tuamotu1. Marynarze nazywali te wyspy Niebezpiecznym Archipelagiem, ponieważ na tamtejszych rafach roztrzaskało się wiele statków. Cook nie widział wysp ani rozsianych między nimi raf, ale wiedział, gdzie się znajdują, ponieważ wyczuwał ich obecność. Nie dysponował bynajmniej parapsychologicznym szóstym zmysłem, a po prostu śledził uważnie zachowanie wody i zauważył, że martwa fala, która w normalnych warunkach powinna nadbiegać z południa, zaniknęła. Wydedukował z tego, że archipelag musi się znajdować na południe od niego i że osłania ich przed falami. Morze stało się spokojniejsze, uświadomił sobie Cook, ponieważ znajdowali się w obszarze osłoniętym od martwej fali. Kiedy tylko fala pojawiła się ponownie, kapitan mógł częściowo odetchnąć z ulgą, gdyż wiedział, że minęli niebezpieczny obszar.

Wpatrując się w kamień w stawie, zauważyłem, że zmarszczki docierają do niego seriami wraz z kolejnymi podmuchami wiatru. Po zawietrznej stronie kamieni rozciągał się obszar spokojnej wody, którego próżno było szukać gdzie indziej w stawie. Był to cień, obszar osłonięty przed wzbudzanymi podmuchami wiatru zmarszczkami. Skojarzył mi się z cieniem martwej fali, który wyczuł Cook.

Mimo że Cook był znakomitym żeglarzem i nawigatorem, miał pojęcie jedynie o najbardziej podstawowych technikach czytania wody i nie znał wielu bardziej skomplikowanych, które powszechnie stosowano wtedy w obszarze Oceanu Spokojnego. Dziś rozumiemy je lepiej od Cooka, a to dzięki dociekaniom akademickim z ubiegłego wieku. Złożone i piękne wzory, które zauważyłem wtedy po raz pierwszy na powierzchni stawu, sprawiły, że byłem jednocześnie spóźniony i szczęśliwy. Później zacząłem je dostrzegać na innych stawach, jeziorach, rzekach i morzach; blisko domu i daleko od niego. Są to znaki, które każdy z nas może wypatrzyć – jeżeli tylko zechce.

Na powierzchni wody wokół kamieni można było dostrzec pięć wyraźnych wzorów – sposobów zachowania wody. Pierwszy rysował się na otwartej powierzchni stawu: były to uporządkowane zmarszczki wzbudzone przez wiatr. Drugim był cień zmarszczek zlokalizowany po przeciwnej stronie kamieni, gdzie zmarszczki nie mogły dotrzeć i gdzie woda była spokojna. Ale na powierzchni występowały jeszcze trzy inne wzory.

Kiedy zmarszczki uderzały w kamień, część niesionej przez nie energii odbijała się w przeciwną stronę niczym echo. Oznaczało to, że po stronie kamienia, do której dopływały zmarszczki – czyli po przeciwnej stronie od cienia zmarszczek – tworzył się obszar lekko wzburzonej wody, a owo wzburzenie wynikało z tego, że nadciągające ze środka stawu zmarszczki zderzały się z tymi, które już zdążyły się odbić od kamienia. Woda zachowywała się więc tu inaczej niż gdziekolwiek indziej. Po obu stronach kamienia zauważyłem dwa inne unikalne w swym charakterze obszary. Wreszcie dostrzegłem linię, gdzie zmarszczki spotykały się ponownie po opłynięciu kamienia, przenikając się i układając w swoisty wzór.

W pewnej chwili olśniło mnie, że patrzę na mapę zmarszczek, że ich układy są powiązane z położeniem danego obszaru w stosunku do kamienia i że wszystkie te procesy podlegają ściśle określonym prawom fizyki. To, co obserwowałem, odpowiadało w miarę dokładnie mapom martwej fali, których żeglarze z Oceanu Spokojnego używają od wieków do odnajdywania drogi między wyspami – absolutnie kluczowa umiejętność, kiedy próbuje się trafić w niewidoczny punkcik pośrodku wielkiego oceanu. Na moich oczach kamień z naszego stawu przemienił się w wyspę leżącą na Pacyfiku.

Zmarszczki wokół kamienia na stawie przypominają fale wokół wyspy na morzu

Warto w tym miejscu wspomnieć o zasadniczej różnicy między zmarszczkami, zwykłymi falami i martwą falą. Każde z tych zjawisk jest wytwarzane na wodzie przez wiatr wiejący nad jej powierzchnią. Zmarszczki powstają niemal natychmiast i zanikają równie szybko wraz z ustaniem wiatru. Można się o tym przekonać, dmuchając do filiżanki z herbatą. Aby powstały fale, wiatr musi wiać na większym obszarze, ponadto nie zanikają one zaraz po jego ustaniu, a dopiero po kilku godzinach. Martwa fala ma z kolei dość energii, aby wydostać się poza obszar wiatru. Przyjrzymy się dokładniej różnym typom fal w rozdziale Czytanie fal, ale na tym etapie możemy potraktować zmarszczki w stawie jako zjawisko analogiczne do fal na oceanie.

Kiedy przyglądałem się powierzchni stawu – coraz bardziej spóźniony na coś prawdopodobnie ważniejszego, ale bez wątpienia mniej urokliwego – wyobraziłem sobie, że jestem wyschniętym, ukruszonym listkiem, który podskakuje na falach. To podskakiwanie zmieniało się, w miarę jak popychany podmuchami wiatru listek przepływał obok kamienia. Gdybym był mrówką siedzącą na tym rozkołysanym listku, miałbym szansę wyczuć, gdzie się w danej chwili znajduję w odniesieniu do wyspy na stawie. Nawigatorzy z Oceanu Spokojnego określają tę sztukę mianem meaify – wyrafinowanej umiejętności wytyczenia kursu na podstawie zachowania wody2. Jej ruch wyczuwa się czasami łatwiej, w ogóle na nią nie patrząc, a niektórzy nawigatorzy słyną nawet z tego, że leżą na pokładzie z zamkniętymi oczami.

O sposobach odczytywania przez wyspiarzy wzorów na wodzie wiemy więcej niż o większości ich kultury, a to dzięki ciekawości kapitana Winklera z marynarki niemieckiej, który badał to zagadnienie w latach dziewięćdziesiątych XIX wieku na Wyspach Marshalla. Korzystając z pomocy tłumacza Joachima de Bruma (który sam został później mistrzem nawigacji), utrwalił tę wyrafinowaną i unikalną wiedzę o zachowaniu wody.

Wyspy Marshalla leżą na Oceanie Spokojnym blisko równika i wchodzą w skład Mikronezji3. Pozbawione gór, nie wznoszą się wysoko nad poziom morza, a przez to ukazują się oczom żeglarzy dopiero z bliska. W tym morskim świecie, gdzie życie zależało od umiejętności odnajdywania drogi między wyspami, a żeglarze nie mogli się wspierać kompasami, mapami i sekstansami, powstały idealne warunki do rozkwitu bogatej i finezyjnej sztuki odczytywania wody.

Kapitan Winkler odkrył, że Marszalezi postrzegają morze w podobny sposób, w jaki europejski kartograf traktowałby ląd: nie jako kotłowaninę wody zmieniającą się ciągle pod wpływem pogody, ale jako teren pokryty szeregiem charakterystycznych obszarów. Wszędzie na świecie głębokość morza traktowano jako niezwykle ważną informację, czasami nawet dokumentowano charakter dna morskiego, co pomagało w nawigacji i wyborze dogodnych miejsc do kotwiczenia. Jednak poza obszarem Oceanu Spokojnego nikomu nie przyszło do głowy, że również powierzchnia morza jest warta skatalogowania. Europejscy marynarze przez większą część historii byli uczeni takiego właśnie ograniczonego podejścia. Za jedyny chyba wyjątek można uznać konstatację, że warunki na wodzie zmieniają się w pobliżu lądu. Powierzchnia morza staje się tam chaotyczna i zmienna, ale wtedy i tak mamy zazwyczaj w zasięgu wzroku jakiś ląd, dlatego zjawiska te uważano powszechnie za mało znaczące dla określania położenia statku w dalekomorskiej nawigacji.

Marszalezi, pozbawieni innych możliwości, przyjęli odwrotny punkt widzenia. Blisko lądu nawigacja nie stwarzała żadnych problemów, a prawdziwe wyzwania czekały na nich między wyspami, na morzu, dlatego też nauczyli się wyczytywać z jego powierzchni wszystkie potrzebne wskazówki.

Zauważyli na przykład, że wiatr wieje z określonych i dość przewidywalnych kierunków. Są to tak zwane przeważające wiatry, które występują zresztą w każdym miejscu na Ziemi. Wzbudzają one przewidywalną martwą falę na oceanie, a kiedy uderza ona w wyspę, woda zachowuje się w znamienny sposób. Fale uderzające czołowo odbijają się od wyspy i mieszają z tymi, które nadciągają po nich. Fale mijające wyspę w bliskiej odległości ulegają zakrzywieniu i tworzą odmienny wzór po każdej stronie wyspy. Z kolei po drugiej stronie wyspy powstaje cień martwej fali.

Geniusz leżący u podstaw tych umiejętności bierze się z dwóch prostych, powiązanych ze sobą obserwacji. Po pierwsze, że kierunki wiatrów są okresowe, przez co wytwarzane przez nie fale – a także wzory, w które układają się wokół wysp – można również uznać za z grubsza przewidywalne. Po drugie, że wzory te można wykorzystać do wyznaczenia położenia lądu, obserwując zachowania wody. Podobnie jak osoba podróżująca na lądzie może wydedukować położenie rzeki na podstawie kierunku, w jakim opada stok wzniesienia, tak samo wyspiarze z Pacyfiku potrafią określić położenie pobliskiej wyspy na podstawie chybotania łodzi.

Jak się okazało, tego rodzaju wiedza i związane z nią umiejętności są powszechnie znane mieszkańcom wszystkich wysp na Oceanie Spokojnym. Mimo że poszczególne społeczności muszą interpretować zachowanie wody charakterystyczne dla okolicy, w której mieszkają, oraz przekazywać tę wiedzę z pokolenia na pokolenie, uczeni odkryli, że podobieństwa łączące grupy z nawet odległych wysp przeważają nad dzielącymi je różnicami. Nie powinno nas to zaskakiwać: ludy te musiały się mierzyć z podobnymi warunkami, miały podobne potrzeby, żaden z nich nie dysponował nawet podstawowymi instrumentami do nawigacji, a wiedza mogła się łatwo rozprzestrzeniać w związku z bogatą wymianą kulturową między wyspami. Co najważniejsze, przy wszystkich wyspach, nawet tych bardzo od siebie oddalonych czy znacząco różniących się wielkością, woda zachowuje się zgodnie z tymi samymi prawami fizyki. Nawet jeśli, jak sam miałem się okazję przekonać, wyspa składa się z kamienia zanurzonego w angielskim stawie.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

1 J. Cook, A Voyage Towards the South Pole and Round the World, London 1777, s. 316.

2 S. Thomas, dz. cyt., s. 78.

3 Za: D. Lewis, The Voyaging Stars, London 1978, s. 117–119.

ROZDZIAŁ 4

Zmarszczki na lądzie

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 5

Nie taka znów błaha kałuża

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 6

Rzeki i strumienie

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 7

Wypłynięcie

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 8

Jezioro

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 9

Barwa wody

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 10

Światło i woda

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 11

Brzmienie wody

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 12

Czytanie fal

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 13

Torcik omański. Interludium

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 14

Wybrzeże

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 15

Plaża

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 16

Prądy i pływy

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 17

Woda w nocy

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 18

Obserwowanie statków

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 19

Rarytasy i niezwykłości

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 20

Na nieznanych wodach

Dostępne w wersji pełnej

Wybrana bibliografia

Dostępne w wersji pełnej

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej

TRISTAN GOOLEY jest autorem bestsellerów, należą do nich The Natural Navigator (2010), The Walker’s Guide to Outdoor Clues & Signs (2014) oraz How to Read Water (2016). To jedyne książki na całym świecie, które podejmują temat naturalnej nawigacji. Jego artykuły publikowały między innymi „New York Times”, „Sunday Times” i „Wall Street Journal”. Gooley prowadził wyprawy na pięciu kontynentach, przepłynął ocean na małej łodzi, wspinał się na najwyższe góry świata... Jest członkiem The Royal Institute of Navigation oraz Royal Geographical Society.

Ilustracje

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału: How To Read Water.

Clues, Signs and Patterns from Puddles to the Sea

Copyright © Tristan Gooley 2016

Copyright © for the translation by Jacek Konieczny

Wydawca prowadzący: Karolina Kaim

Redaktor prowadzący: Agnieszka Urbanowska

Konsultacja merytoryczna: dr hab. prof. UW Artur Magnuszewski

Ilustracje w książce: s. 64 – za: A.M. Worthington,

The Splash of a Drop, Londyn 1895; s. 356 – na podstawie: S. Haver,

Freak Wave Event at Draupner Jacket January 1 1995, 2003; pozostałe ilustracje – © Neil Gower

Fotografie w książce:

s. 163 − © Top Photo Corporation / Shutterstock.com,

s. 212 − © ChrisVanLennepPhoto / Shutterstock.com,

pozostałe fotografie − © Tristan Gooley

Adiustacja: Aneta Tkaczyk / Wydawnictwo JAK

Korekta: Maria Armata / Wydawnictwo JAK,

Joanna Hołdys / Wydawnictwo JAK

Projekt okładki: Eliza Luty

Fotografia autora: Micha Theiner

ISBN 978-83-7515-635-5

www.otwarte.eu

Wydawnictwo Otwarte sp. z o.o., ul. Smolki 5/302, 30-513 Kraków

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Jak czytać wodę Przewodnik wędrowca 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jak czytać wodę Przewodnik wędrowca Duchowe życie zwierząt Medyczna Marihuana. Historia hipokryzji Małe wielkie odkrycia Na drugie Stanisław