Nic o mnie nie wiecie

Nic o mnie nie wiecie

Autorzy: Imran Mahmood

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 376

Cena książki papierowej: 34.99 zł

cena od: 4.10 zł

Przed sądem staje młody chłopak oskarżony o morderstwo.

Tuż przed zakończeniem procesu zwalnia adwokata i postanawia sam wygłosić mowę końcową we własnej obronie.

Twierdzi, że prawnik radził mu przemilczeć pewne sprawy we wcześniejszych zeznaniach. Czasami może być zbyt trudno wytłumaczyć prawdę tak, by inni w nią uwierzyli. Ale jeśli chłopak ma spędzić resztę życia za kratkami, to chce przynajmniej trafić do więzienia za to, co naprawdę zrobił.

Kiedy omawia kolejne elementy materiału dowodowego, składa swoje życie w nasze ręce. My, czytelnicy – członkowie ławy przysięgłych – musimy powstrzymać się od osądów, dopóki nie usłyszymy jego historii w całości.

Przyjęta przez niego linia obrony budzi wiele wątpliwości… Ale tak naprawdę liczy się odpowiedź na jedno pytanie:

Zrobił to czy nie?

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

Podziękowania

Przypisy końcowe

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału: You Don’t Know Me

Redakcja językowa: Ewa Kaniowska

Projekt okładki: Pola Raplewicz Kav Studio

Zdjęcie na okładce: © wavebreakmedia / Shutterstock

DTP: INSATSU Michał Żelezniakowicz

Korekta: Beata Wójcik

Redaktor prowadzący: Małgorzata Hlal

Copyright © Imran Mahmood, 2017

The moral right of the author has been asserted.

This is a work of fiction. Names, characters, places and incidents are either the product of the author’s imagination or are used fictitiously, and any resemblance to actual persons, living or dead, or to actual events or locales is entirely coincidental.

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, 2018

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-760-6

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

www.czarnaowca.pl

Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl

Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

CENTRALNY TRYBUNAŁ KARNY

NR SPRAWY: T2017229

Przewodniczący składu orzekającego:

SĘDZIA SALMON QC1

Mowy końcowe:

Proces: dzień 29

Wtorek, 4 lipca 2017

OBECNI

Prokurator:p. C. Salfred QC

Oskarżony:osobiście

Transkrypcja z nagrania cyfrowego:

T. J. Nazarene Limited

Oficjalne protokołowanie i transkrypcja nagrań sądowych

1

10.05

OSKARŻONY:

W 1850 roku Henry John Temple, 3. wicehrabia Palmerston, wygłosił w parlamencie mowę trwającą pięć godzin. Don Pacifico, portugalski Żyd, który mieszkał w Grecji, ale urodził się na Gibraltarze, padł ofiarą rasistowskiego ataku. Pobili go. Zdemolowali mu dom. Rozkradli jego rzeczy. Grecka policja widziała to wszystko, ale nic nie zrobiła. Don Pacifico zwrócił się do rządu Grecji o odszkodowanie. Władze odmówiły wypłaty zadośćuczynienia. Odwołał się więc do rządu brytyjskiego.

Co na to Palmerston? Palmerston uznał Żyda z Gibraltaru za obywatela brytyjskiego. Wysłał więc całą eskadrę okrętów Królewskiej Marynarki Wojennej i zablokował port w Atenach. Po ośmiu tygodniach rząd Grecji zapłacił. Nieprzychylnie nastawieni parlamentarzyści domagali się wyjaśnień i to właśnie wtedy Palmerston wygłosił swoją pięciogodzinną mowę. Powiedział między innymi, że obywatel brytyjski powinien być zawsze i wszędzie chroniony przez silne ramię rządu Wielkiej Brytanii przed krzywdą i niesprawiedliwością.

Wtedy to właśnie znaczyło być Brytyjczykiem. O to się rozchodziło. Sorry, o to chodziło, trochę się stresuję. W tamtych czasach, jeśli ktoś był brytyjskim obywatelem, to nieważne, czy był Żydem, Portugalczykiem, Gibraltarczykiem czy kimś innym. Wystarczyło być poddanym Korony. To wystarczało, żeby na całym świecie można było liczyć na pomoc wielkiej Anglii. Ten cały Palmerston wysłał flotę statków dla jednego człowieka!

To właśnie Anglia była gotowa robić dla swoich ludzi, nawet dla takiego nieważnego Żyda jak Don Pacifico – cała Anglia dla jednego człowieka. Sto sześćdziesiąt lat później czarny Anglik nie może liczyć na Anglię. Zupełnie nie może. Mogę liczyć tylko na ten mały kawałek Anglii na tej sali. Dla mnie tu właśnie jest teraz cała Anglia. Jesteście całą Anglią, a ja was potrzebuję. Potrzebuję waszego silnego ramienia, ochrony przed krzywdą i niesprawiedliwością. Potrzebuję was. Potrzebuję was. Potrzebuję was. A wy potrzebujecie mnie. Potrzebujecie mnie, żeby być całą Anglią.

W sumie to tyle mniej więcej napisałem. Ale potem sobie pomyślałem: po co? Żaden ze mnie Lord Palmerston, mógłbym se walnąć pięciogodzinną mowę, a przecież i tak was nie przekabacę na swoją stronę. Nie jestem głupi. Wiem, że żadnymi mowami się z tego nie wykręcę. Ale wiecie co? Warto było przeczytać ten kawałek tylko po to, żeby zobaczyć wasze miny. Nie że chciałem się z was nabijać, tylko trochę wami trząchnąć. Nie spodziewaliście się, że mogę gadać jak uczony, co? Chciałem wam tylko pokazać, że mam też inną twarz, nie tylko tą, którą poznaliście, jak składałem zeznania. Chciałem, no nie wiem, jakoś was zaskoczyć. A powiem wam, że jeszcze nieraz was zaskoczę.

Może to jest pierwsze zaskoczenie. Czemu ja tu stoję i przemawiam zamiast mojego adwokata? Czemu postanowiłem stanąć przed wami i opowiedzieć wszystko własnymi słowami? Nie myślcie sobie, że się na niego obraziłem czy coś. Chodziło raczej o różnicę zdań w pewnych sprawach, a poza tym mam jakby dodatkowe informacje, o których on nie wie.

No, dam wam przykład. Pamiętacie, jak zeznawałem parę dni temu? To właśnie jedna z tych sytuacji, w których się różniliśmy. Chciał, żebym opowiedział wam coś, co nazwał „wiarygodną historią”. „Powiedz im to, co chcą usłyszeć”, mówi. No to ja na to: „Nie, stary, ja chcę im powiedzieć to, czego nie chcą usłyszeć, prawdę”. Ale jemu się to za bardzo nie spodobało. „To dla nich za dużo”, mówił, „za dużo, za mocne”.

Mój adwokat był dobry, żeby nie było. Ale pomyślałem sobie, że nie jest mną. Nie wie tego, co ja wiem. Problem w tym, że chociaż wiem, co sam wiem, to nie wiem, co on wie. Mam mu pozwolić, żeby przemawiał do was w waszym języku, ale opowiedział tylko połowę historii, czy mam to zrobić sam i powiedzieć całą prawdę, ryzykując, że nic z tego nie załapiecie? Mogę w ogóle opowiedzieć wam wszystko? Uwierzylibyście? Nie wiem, serio. Nie wiem. Ale wiem, że nie mogę ryzykować życia za to zabójstwo i nie powiedzieć wam, co jest prawdą. Nawet jeśli mój prawnik nie chce, żebym to zrobił.

Oto więc moje wyznanie. Wcześniej zeznawałem pod przysięgą. Na Pismo Święte. Ale Bóg dobrze wie, że nie powiedziałem wam dokładnie całej prawdy. Było tam trochę prawdy, nie myślcie sobie, nawet całkiem sporo, ale może też trochę jakby nie do końca prawdy. Ale tak właśnie chciał ten mój papuga. „Nie chodzi o prawdę”, tak mi mówił, „tylko o to, w co mogą uwierzyć”.

To mnie wkurzyło, no bo jak to: przysięgam wam, że będę mówił prawdę, a potem mam jakby kłamać? Wczoraj wieczorem nie mogłem usnąć i o tym myślałem. Dużo. A jak się obudziłem, to nie byłem zadowolony, serio. No to rano mu powiedziałem: „Stary, muszę zacząć wreszcie mówić, jak jest. Ta mowa, moja mowa końcowa, to dla mnie ostatnia szansa”. A on mi na to, że w takim razie to koniec. Nie może mnie już reprezentować z przyczyn e t y c z n y c h. Z przyczyn etycznych? Zawsze myślałem, że w etyce chodzi o prawdę, ale wychodzi na to, że wcale nie. Chodzi o w r a ż e n i e. „Jak myślisz, jakie wrażenie zrobisz w sądzie, jeśli teraz nagle opowiesz zupełnie inną historię? Jak to będzie wyglądać, kiedy przekażesz im n o w e i n f o r m a c j e?” No to może, mówię mu, nie muszę mówić im akurat t e j r z e c z y – zresztą szczerze, to nawet nie jestem pewny, czy mogę wam to powiedzieć. No bo jakbym wam to powiedział, to nie wiem, czy w ogóle bym to przeżył, nadążacie?

Nie myślcie sobie, chcę wam powiedzieć, ale po prostu nie jestem w tej chwili pewny, czy dam radę. Nie wiem, co byście se o mnie pomyśleli, gdybyście to usłyszeli. Może najpierw musicie mnie trochę lepiej poznać. Prawdziwego mnie.

Teraz sobie na mnie patrzycie i macie mnie za jakiegoś głupiego gówniarza, który bez powodu strzela do ludzi. Wiem, że tak myślicie, bo nie jestem głupi i wy nie jesteście głupi. Wiem, że moje zeznania, co je złożyłem parę dni temu, nie brzmiały za dobrze. Wiem. Wiem, że sprawa wygląda nieciekawie. Więc wiem, myślicie se, że po prostu zastrzeliłem tamtego gościa, ale to nieprawda. Chcą, żebyście w to wierzyli. Chcą, żebyście mieli mnie za głupiego nieroba, co poszedł se na jakąś przypadkową ulicę i zastrzelił pierwszego z brzegu gościa za nic. Ale nie dajcie się nabrać. Oni są w tym nieźli, w nabieraniu. Ten facet, Pan Prokurator, właśnie z tego żyje. Bajeruje was codziennie od rana do wieczora, a jak już z wami kończy, to wydaje wam się, że białe jest czarne, a czarne jest białe. Szacun dla niego. Dobry jest. Kawał cwaniaka, ale niezły w te klocki. Ale nie dajcie się zmylić i zobaczcie prawdę. Obiecuję, że czeka was niespodzianka. Nie musicie tego robić dla mnie. Zróbcie to po prostu tak sobie, w ramach tego, jak mu tam, eksperymentu. Jeśli stwierdzicie, że nie mam racji, to trudno, zróbcie, co do was należy. Ale jeśli się ze mną zgodzicie…

Zacznijmy od dowodów. Okej, dowody nie wyglądają dla mnie za dobrze, ale w sumie nie ma ich znowu wcale tak dużo. Ale zanim się tym zajmę, to chcę tylko powiedzieć jedno. Olejcie wszystko, co powiedziałem czy czego nie powiedziałem wtedy, jak zeznawałem parę dni temu. Tak naprawdę to się przecież nie liczy, jeśli nie ma poważnych dowodów, że miałem coś wspólnego z morderstwem, co nie? Jeśli dowody są z dupy, to co za różnica, co wam powiedziałem czy nie?

No dobra, to lecimy z dowodami. Zapisałem je sobie.

Zastrzelili gościa, który mieszkał w tej samej dzielnicy co ja.

Parę miesięcy przed tym, jak go zastrzelili, ktoś podobno widział, jak go mijałem na ulicy i powiedziałem do niego: „Ty śmieciu”.

Trzy tygodnie przed tym, jak go zastrzelili, świadek widział Jamila, tego zabitego, jak się kłócił z czarnym gościem mniej więcej w moim wieku i mniej więcej mojego wzrostu, ubranym w czarną bluzę z kapturem z białymi chińskimi napisami na plecach.

Dowody z przekaźników komórkowych. Ekspert od telefonów powiedział, że mój telefon był w tym samym obszarze co zmarły dokładnie w chwili strzelaniny, w tej samej komórce telekomunikacyjnej. Mój telefon był też w tej samej komórce co jego dwa tygodnie wcześniej, kiedy podobno się z nim kłóciłem. I był w tej samej komórce w dniu, kiedy niby powiedziałem do niego: „Ty śmieciu”. Wszystko w jednej komórce telekomunikacyjnej. Jak mówił ten ekspert? Pięćdziesiąt, sześćdziesiąt metrów?

Przeszukanie mieszkania. Policja mnie aresztowała, bo słyszała plotkę, że miałem coś do czynienia z tą strzelaniną. Przeszukali moje mieszkanie i znaleźli pistolet Baikal. Znaleźli czarną bluzę z białymi chińskimi literkami na plecach. Znaleźli mój telefon, który pasował do dowodów z przekaźników komórkowych. Znaleźli mój paszport. Znaleźli e-bilet na samolot do Hiszpanii. Znaleźli hajs, trzydzieści tysięcy funtów w moim plecaku. Znaleźli ślady prochu, o których prokurator tyle nawijał, w moim samochodzie i na bluzie. Znaleźli mnie.

Policja twierdzi, że kula, która zabiła tego chłopaka, Jamila, musiała pochodzić z mojej broni. Balistyka. Pamiętacie tego gościa, który przyszedł tu z tymi wszystkimi wykresami i tak dalej. Ta kula wyszła z tej broni, tak powiedział.

Znaleźli mikroskopijną cząsteczkę krwi zabitego chłopaka pod moim paznokciem.

W moim aucie znaleźli parę jego włosów.

Sprawa zamknięta, co? Pozamiatane. Możecie wracać do domu, dziękujemy serdecznie za uwagę. Jeślibyście mnie skazali na tej podstawie, to pewnie poszlibyście se do domu i spali spokojnie. Wiem o tym. Ale siedzicie tu nad tą sprawą od czterech tygodni. Miałem nadzieję, że będziecie chcieli, żeby cały ten czas nie poszedł na marne. Ale potem doszedłem do wniosku, że nie jestem wcale taki pewny.

Może dla was wszystkich to po prostu zwykła sprawa, co? Miła odmiana od normalnego życia. Możecie codziennie wstać, włożyć czystą koszulę, przyjść tutaj, przeglądać gazetę czy cokolwiek i kiwać albo kręcić głową. Możecie go słuchać, tego prokuratora. Możecie słuchać sędziego i poczuć, że coś robicie. Szanowani obywatele. A kiedy już stąd wyjdziecie, kiedy sprawa się skończy, możecie wrócić do swojego życia i zająć się tym, co zwykle robicie. Ale wiecie, ja nie znikam, kiedy wy se wracacie do domu. Ciągle tu jestem. Ciągle jestem człowiekiem, co nie? Kiedy wasz synek, który teraz ma może cztery czy pięć lat i zaczyna podstawówkę, podrośnie, ja ciągle będę za kratkami. Kiedy będzie miał z dziesięć lat i pierwszy raz pójdzie do szkoły dla starszaków, ja ciągle będę siedział w więźniu. Kiedy skończy szkołę i pójdzie do pracy albo na uniwerek, ja ciągle tu będę. Odsiadywał dożywocie. Bo nie przyglądnęliście się dokładnie. Bo nie odwaliliście roboty porządnie. Tylko o to was proszę. Żebyście wysłuchali mojej historii – jestem niewinny. Obiecuję, jeśli przyglądniecie się bliżej, sami się przekonacie.

Popatrzcie na dowody. Dowiecie się wszystkiego, co musicie wiedzieć. Nie ściemniam, naprawdę jest tam dość, żeby pokazać, że mówię prawdę.

Przerwa: 11.15

2

11.28

Zanim mnie aresztowali za morderstwo, miałem robotę. No, może nie taką prawdziwą pracę z pensją i tak dalej, ale miałem zajęcie i zarabiałem hajs. Nie byłem żadnym gangsterem – sprzedawałem fury. Samochody. Kocham fury. Nikt nie wie więcej o autach niż ja. Lubię stare fury. Lubię nowe fury. Lubię wypasione silniki V8, lubię wolnossące, lubię z turbodoładowaniem.

Ale zorientowałem się, że większość ludzi nie ma pojęcia, co mają, kiedy sprzedają furę. Jedna typiara raz myślała, że sprzedaje starego Vauxhalla Carltona po byłym facecie. A nie sczaiła się, że to nie jakiś zwykły stary carlton warty góra trzy stówy. To był Lotus Carlton. Silnik twin turbo trzy koma sześć litra i trzysta siedemdziesiąt siedem koni. Pięć sekund do setki. Wypas na maksa, dwieście osiemdziesiąt na godzinę. Każdy by za to dał minimum dwadzieścia tysi, chociaż fura miała chyba ze dwadzieścia lat. Bo widzicie, ja sprawdzam szajs, zanim coś kupię. I jeszcze wam powiem, że większość moich klientów też srogo sprawdza. Na mojej dzielni nie można nikomu wcisnąć starego rzęcha. Klient chce wszystko obejrzeć przez lupę. Za każde wgniecenie wytarguje obniżkę. A za każdą rzecz ponad standard płaci ekstra, nadążacie?

To tak samo chyba powinno być tutaj, nie? Uwierzycie prokuratorowi na gębę czy przyglądniecie się porządnie i sprawdzicie, co tam pod maską? Prokurator sprzedaje wam dobry towar? Czy próbuje wcisnąć jakiś szajs mejd in Tajwan?

No dobra, weźmy pierwszy dowód. Chłopaka zastrzelili na śmierć w mojej dzielnicy. A ja na to mówię: i co z tego? Zaciukali go w dzielnicy, w której mieszkają wszyscy ludzie, którzy mieszkają w tej dzielnicy. To jest byle jaki argument i byle jaki dowód. Jest w ogóle sens, żebym się nad tym jeszcze rozwodził?

Gdyby zabili go w waszej dzielnicy, to miałoby znaczyć, że wy go zabiliście? Nie no, bez jaj. To jakiś debilizm. Ale Pan Prokurator uważa, że tak to działa, i robi z tego wielką sprawę. Ale to jest właśnie jego przewaga nade mną. Może powiedzieć cokolwiek i zaraz to brzmi poważnie i groźnie. Ale jak się bliżej przyglądnąć, to gówno prawda. Sąd wybaczy, wyrwało mi się. Chodzi mi o to, że gdybym ja gadał tak jak on, jak prokurator, to od razu byście stwierdzili, że to kiepski dowód. Że co, ja tam mieszkałem i zabity chłopak też? Czy to naprawdę dowód na cokolwiek? To dowód z dupy. No co, mam rację?

Jedziemy z drugim dowodem. Ktoś widział, że minąłem się z ofiarą na ulicy i powiedziałem mu: „Ty śmieciu”. Dla prokuratury i dla każdego, kto się naoglądał za dużo filmów, to ma być niby dowód. Niby ma to znaczyć, że facet jest dla mnie trupem. Jakbym był jakimś mafiosem z amerykańskiego filmu. Ha, ha, ha! Przepraszam, państwo przysięgli. Przepraszam, ale gdybyście wiedzieli to, co ja, i wychowali się tam, gdzie ja się wychowałem, to też byście się śmiali. W Londynie na ulicy to znaczy zupełnie coś innego. On nie miał skąd tego wiedzieć, bo nie jest z ulicy. Nie z prawdziwej ulicy, takiej ulicy, jaką ja znam, ulicy, na której ludzie do siebie strzelają. W sumie może to nie był najlepszy przykład, ale wiecie, o co mi chodzi. On jest z innej bajki. Nie mówię, że to coś złego. Taka prawda po prostu. Jakbym wylądował u niego na polowaniu czy co oni tam robią, to też bym nie rozumiał ich gadki. Na przykład ja, jak słyszę „działka”, to myślę o hajsie, który mi ktoś odpalił, albo może o herze. A on pewnie myśli o swoim domu na wsi, czaicie? Pochodzimy z różnych światów. Nie żałuję, że nie żyję w jego świecie, ale chciałbym, żeby on spędził chociaż dzień w moim. Śmieć!

Powiem wam teraz parę słów o śmieciach. Kiedy miałem jakieś jedenaście lat, poszedłem do nowej szkoły. Nie do rejonówki, tylko do jakiejś innej, parę kilometrów od domu, bo w tej najbliższej nie było miejsc. To był taki stary klocek z lat siedemdziesiątych, co to jak go budowali, to pewnie myśleli, że wygląda super, ale za moich czasów wyglądał już po prostu jak ruderowaty blok. Na ścianach miał zielone panele, to pamiętam, a między nimi duże kwadratowe okna. Dookoła było podwórko, na którym bawiliśmy się wszyscy na przerwach, z barierką dookoła, żeby dzieciaki nie wyłaziły na ulicę. I tyle. Tak jakby próbowali załatwić nam jak najwięcej miejsca za jak najmniej hajsu, teren był otwarty i płaski jak pustynia, więc nikt nie mógł się nigdzie schować.

A nie, było jedno miejsce. Takie jakby schody pożarowe na bocznej ścianie budynku, spiralne, ale kanciaste, no i pod ostatnim odcinkiem tej kanciastej spirali było coś w rodzaju studni, powiedzmy. Jak się nią zeszło na sam dół, to dochodziło się do zamkniętych metalowych drzwi do jakiejś kanciapy w piwnicy, gdzie pewnie woźny walił se konia czy coś w tym stylu. Mówiliśmy na to miejsce „Rów”. Nikt nie chciał tam trafić.

Bo to jest tak, że zmieniasz dzielnię i nagle jakbyś się przeprowadził do obcego kraju. Poszedłem do tej nowej szkoły i jakbym wylądował na froncie. W podstawówce była nas gdzieś tak z połowa czarnych. A tam, kurde, jakbym trafił do siedziby nacjonalistów z BNP. W całej szkole znalazłoby się może z osiem czy dziewięć niebiałych osób. Jakby oczy przestawiły mi się nagle z widzenia kolorowego na czarno-białe. A te dzieciaki, stary! Rasizm na całego się tam odpierdalał, słowo. Przepraszam, wysoki sądzie, pamiętam, co sąd mówił wcześniej o przeklinaniu, ale tam było ciągle: „asfalt to, bambus tamto, czarnuch siamto”. No ale nieważne. Tak było i już. Czasem trzeba po prostu zacisnąć zęby i jakoś żyć.

Nauczyłem się wyłanczać i ignorować ich, ile się dało. Ale nie będę ściemniał, zdarzało się, że musiałem komuś przywalić. Człowiek jest w stanie dużo znieść, ale w końcu pęka. Niezbyt lubiłem się bić. Pomijając wszystko inne, czułem się jak każdy czarny koleś, który walczył z Rockym na filmach. Wszyscy zawsze mieli nadzieję, że ktoś mi rozwali głowę. Ogólnie starałem się zawsze jakoś wykręcić z niefajnych sytuacji. Jeśli dało się uniknąć napierdalanki, to unikałem. Pamiętajcie, że byłem ładniejszy niż większość typów, więc miałem więcej do stracenia, nie? No ale w końcu po paru solówach, kiedy trochę im nakopałem, do większości dotarło, żeby mnie zostawić w spokoju. Ludzie nie szukają zaczepki, żeby po prostu wygrać. Szukają zaczepki, żeby wygrać łatwo i bezproblemowo. Jeśli na tym ci zależy, to nie do mnie podbijaj.

No i był tam taki jeden chłopak, Curt, jeden z niewielu poza mną czarnych w szkole. To był taki wielki, gruby przygłup. Taki typ, że cokolwiek byś mu powiedział, szczerzył się tylko od ucha do ucha. Nieważne, co mu powiedziałeś, nieważne, że chłop był jak dąb, tylko się do ciebie głupio uśmiechał. I nie chodzi mi o jakieś zwykłe rzeczy, że na przykład nazwać go tłustą p… przepraszam, wysoki sądzie.

Nie, można było mu spokojnie powiedzieć, że jego stara daje za funciaka, a on i tak by odpuścił. Jeden z tych totalnie wyluzowanych gości. Ale w tym problem. Bo jak pozwolisz komuś choć trochę toczyć z siebie bekę, to równie dobrze możesz mu się dać totalnie zgnoić.

No ale takie lekcje się wynosi ze szkoły. To chyba trochę jak w więzieniu. Jeśli okażesz chociaż trochę słabości, to cię rozerwą na strzępy. Więc wyobrażacie sobie pewnie, jak Curt miał przesrane.

Jak dla mnie wyglądało na to, że Curta przez całe życie będzie prześladował pech. Chłopak był nie tylko za wielki i zbyt wesolutki, ale miał też swoje problemy. Jego matka była ćpunką czy alkoholiczką, czy coś, a chociaż wtedy nic o tym nie wiedzieliśmy, pewnie też się puszczała gdzieś na boku za kasę. Zdarzało się, że Curt przychodził do szkoły z siniakami na twarzy. Prawie ich nie było na nim widać, bo był taki ciemny. Ale ja widziałem. Zawsze zauważałem. W te dni się tyle nie uśmiechał. Miał minę, jakby zrobił coś złego. Nie chciał też za bardzo rozmawiać. Wyglądał wtedy tak, że nawet największy idiota nie chciałby się z niego nabijać – to by było zbyt chamskie, żeby mu jeszcze dowalać.

Ale ci goście w szkole mieli totalnie w dupie, co się działo u kogoś w domu. Nie twierdzę, że nie mieli własnych problemów. Na stówę mieli. Ale jakoś mimo to wcale mu nie odpuszczali. Patrzyłem czasem, jak mu dosrywali. Jakiś taki wypierdek, dwa razy od niego mniejszy, podchodził i wyzywał go od czarnuchów, a Curt tylko spuszczał głowę. Potem gość na przykład podskakiwał i dawał mu z liścia w twarz. A Curt ciągle nic. Dzieciaki zbierały się dookoła, śmiały z niego i nabijały, a ja tam stałem i myślałem sobie: „No weź, stary, jesteś ze dwa razy większy od tych debili. Zajeb im porządnie”. Ale on nigdy nic nie zrobił. Spływało po nim jak po kaczce.

Wydawało mi się, że oni po prostu chcą go sprowokować. Jakby w głębi duszy wiedzieli, że jeśli go wystarczająco podpuszczą, to może ich zaciukać w ułamku sekundy, ale nie potrafili się powstrzymać. Chcieli zobaczyć, jak zamienia się w Hulka. Tak czy inaczej, próbowali wszystkiego. Wyzywali go. Rzucali w niego jakimś szajsem. Kradli mu rzeczy. Kurwa, cokolwiek można wymyślić, żeby zrobić drugiej osobie, oni mu to robili. Kiedyś nawet wrzucili go do Rowu i zerwali mu ciuchy. On tam płakał w samych gaciach, a ze stu chłopa stanęło nad tą studnią i charchało na niego gęstymi, zielonymi glutami. Jeden typ nawet próbował go obsikać, ale nie bardzo mu się udawało trafić. Jak w końcu się pojawili nauczyciele, Curt się po prostu wytarł, włożył z powrotem ciuchy i zachowywał się tak, jakby nic się nie stało. To znaczy tak, płakał trochę i tak dalej, ale generalnie nic nie zrobił.

Całkiem lubiłem Curta, serio. W sumie potem został moim najlepszym kumplem. Można nawet powiedzieć, że jedynym prawdziwym przyjacielem. Ale wtedy jeszcze go za dobrze nie znałem. Nawet nie pochodził długo do tamtej szkoły, bo któregoś dnia jego mamę przenieśli gdzieś do północnego Londynu i musiał się przeprowadzić. Ale z tamtych czasów zapamiętałem to, jak próbował być bezkonfliktowy i że chociaż zawsze chciał pokoju, wojna jakby za nim szła. Ten chłopak przyciągał kłopoty jak magnes.

Tak, wiem. Gadam naokoło i plączę się jak autobus na objeździe. Ale w końcu dojdę do sedna, słowo. No więc Curt. Kiedyś siedział sobie sam, tak jak zwykle, na jakimś schodku i czekał na koniec przerwy, żeby móc wrócić bezpiecznie na lekcje. Podszedłem i stwierdziłem, że posiedzę se z nim chwilę. Ja potrafiłem oddać, więc jak widzieli nas razem, to zwykle dawali mu spokój. Więc tak na moje, to robiłem mu przysługę. Nie pamiętam, o czym gadaliśmy. Wtedy jeszcze się nie kumplowaliśmy, nie byliśmy z jednej paczki, ale coś tam nas łączyło.

Na początku nie zauważyłem, że coś jest nie halo. Chyba nikt zresztą nie zauważył. No tak, był jakiś hałas, ale ludzie zawsze darli ryja na przerwie, jak na spacerniaku w pierdlu. Ale pamiętam, że zobaczyłem Marka Warnera. Kojarzycie tych nastolatków, którzy w metryce mają trzynaście lat, ale mordę dwudziestoletniego typa? No to on był jednym z nich. Wyglądał tak, jakby w życiu nie przytrafiło mu się nic dobrego. Ale najważniejsze, jeśli o niego chodzi, to że umiał się sukinsyn bić. Niby chudy jak patyk, ale taki szybki, że nawet nie było widać, jak i kiedy macha łapami. Napierdalały wte i wewte przed twarzą przeciwnika, aż tu nagle ta twarz leżała na ziemi. Dziwnie się na to patrzyło, bo z jednej strony go za to nienawidziłeś, a jednocześnie gapiłeś się jak w telewizor. Nie dało się od niego oderwać oczu.

No więc Warner tam był z tymi wielkimi piąchami i zakazanym ryjem. Przechodził obok tym swoim krokiem pana i władcy wszechświata, i nagle nas widzi i się zatrzymuje. „Pierdolone czarne pedały”, mówi, czy coś w tym stylu. Kiedy teraz ktoś mi z czymś takim wyjeżdża, chociaż szczerze mówiąc, nie zdarza się to zbyt często, to nikomu, nieważne kim jest, nie uchodzi to na sucho. Jeśli chcesz mi coś takiego przypierdolić, to lepiej się szykuj do odwrotu. Ale wtedy, jak mówiłem, wyrywałem się tylko wtedy, kiedy wiedziałem, że wygram, a uwierzcie mi, że nigdy nie miałbym nastroju na napierdalankę z Warnerem. No to patrzę w ziemię i tylko pod nosem rzucam „spierdalaj”, i dalej sobie gadam z Curtem.

Wziął mnie totalnie z zaskoczki. Nagle leżę na glebie, a twarz mnie napieprza, jakbym dostał bejsbolem. Wstaję i zaczyna działać instynkt. Zanim się nawet zdążyłem zastanowić, walę w Warnera, i nagle zbiera się wokół nas tłum. Minąłem pięścią cel o jakieś sto metrów. Moja ręka przelatuje mu koło głowy i mało brakowało, żebym znowu się wywalił. Za to Warner napieprza jak maszyna. Pięści spadają na mnie jak tłoki w silniku. Ciosy są takie szybkie, że czuję się, jakbym wyrżnął w kamienny mur. Od razu padam, a on się na mnie rzuca, kolanami przygniata ramiona, a pięściami próbuje zmasakrować mi twarz. Myślę sobie, że jakby to potrwało sekundę czy dwie dłużej, to do końca życia musiałbym jeść przez słomkę. Nic nie widzę. Mogę tylko odwracać głowę, próbować się uchylać od ciosów i ignorować wrzeszczący tłum.

Już, już myślałem, że zaraz kipnę, a tu nagle Warner ze mnie zlatuje, leci do tyłu, ciągle młóci łapami, ale wali już tylko powietrze. Przez jakąś minutę nie mogę załapać, co się właściwie stało. To Curt. Po prostu go ze mnie ściągnął, jakby podniósł wściekłego kota. Warner się wyrywa, a kiedy się orientuje, że to tylko Curt, rzuca się na niego. „No dalej, tłusty czarnuchu” i zaczyna go walić. Curt z początku nic nie robi. Trochę się tylko uchyla i przyjmuje ciosy, tak jak robił przez całe życie. Ale wtedy Warner woła: „Śmieciu pierdolony!”, i coś w nim pęka.

Oczy Curta nagle się ożywiają, jakby ktoś włączył zapłon. Jedną ręką blokuje ciosy Warnera, a drugą bierze zamach i wali go prosto w łeb. Nie pięścią. Wali całym ramieniem. No i chłopak upadł. A raczej padł. Dało się słyszeć trzask, jak uderzył głową o chodnik. Wszystkim zaczyna odpierdalać. Wrzeszczą imię Warnera i wołają rzeczy w stylu: „Pozwalasz temu bambusowi się tak obrażać?” i tak dalej. Warner zbiera się chwiejnie na nogi i jakimś cudem, nie wiem, skąd bierze siłę, jeszcze raz rzuca się na Curta. Curt tym razem nawet się nie zastanawia. Łapie pięść Warnera jedną ręką i wykręca, aż gość zaczyna wrzeszczeć. Potem drugą dłonią łapie go za łokieć od tyłu. A potem po prostu łamie mu łapę.

Parę tygodni później Curt odszedł ze szkoły. Jak mówiłem, zdaje się, że jego mama musiała się z jakiegoś powodu przeprowadzić, więc on też. Ale wspominałem ten dzień przez wiele lat. Dlaczego on to zrobił? Nie byliśmy wtedy kumplami. Właściwie nawet z nim za często nie gadałem. Jeśli cokolwiek do niego czułem, to litość, bo miałem go za słabiaka. Więc czemu to zrobił? Jestem prawie pewny, że ja bym się dla niego nie postawił. Nie, nie prawie, jestem pewny, że bym tego nie zrobił. Ale teraz już chyba wiem, o co chodziło. Mógł wiele znieść, wszystkie te asfalty, czarnuchy, cokolwiek. Znosił bicie i poniżanie. Ale nie mógł znieść jednego wyzwiska. „Śmieć”.

To mu się bardzo źle kojarzyło. Z matką, która się sprzedawała za lufkę. Ze wszystkimi facetami, którzy przychodzili, wykorzystywali ją i znikali. Z matką budzącą się z drgawkami we własnych rzygach, które on musiał posprzątać, a potem wpakować ją do łóżka. Z tym, jak codziennie, kurwa, od urodzenia, powtarzała mu, że wolałaby go wyskrobać. Że jest śmieciem. To mu trafiało prosto w bebechy. Pewnie nawet on sam nie wie, dlaczego tak zareagował, ale założę się, że gdybyście dzisiaj nazwali go „śmieciem”, to nie ograniczyłby się do waszej ręki.

Ale jedno mogę wam powiedzieć. Ten skurwysyn zasłużył sobie na złamaną rękę. Porządnie se nagrabił, a ja nie wyznaję zasady „dostajesz to, za co zapłaciłeś”, tylko „płacisz za to, co zrobiłeś”. Zawsze, bez wyjątku.

No właśnie, więc kiedy ten prawniczyna chrzani, że „ty śmieciu” miałoby znaczyć, że kogoś zaciukasz, to jak mam się nie śmiać? Dla niego to może tylko słowa, ale tam, na ulicy, to jest zajebiście ważne. Słowa mają znaczenie.

Miałem zacząć od tego, że i tak zresztą nigdy tego nie powiedziałem do tego zabitego gościa, ale wiecie co? Przyznaję się. Powiedziałem mu tak. Ale to nie znaczyło ani nie znaczy tego, co pan prawnik by chciał. Nazwałem go śmieciem. I on b y ł śmieciem, nieważne, że teraz nie żyje. Tam, skąd pochodzę, był śmieciem; idiotą, totalnym zerem i tak dalej. Gdybym był z mafii czy innego gangu, to może faktycznie chodziłoby mi o to, że jest trupem. Ale nie jestem, więc mi nie chodziło. Niech on przestanie oglądać tyle telewizji i chociaż na parę minut zejdzie na ziemię.

O to mi właśnie chodzi z tymi dowodami. Musicie się temu porządnie przyglądać. Bo on nie odwala roboty, jak trzeba. Mógłby. Ale tego nie robi. Próbuje, jak to on powiedział, „zamydlić wam oczy”. No raczej. Dokładnie to wam tutaj odstawia. Bierze wielką kostkę mydła i wpierdala wam w oczy kupę mydlin. Myślicie, że nie mógł sprawdzić, co to znaczy „śmieć”, zanim oparł oskarżenie na tej podstawie? Pewnie, że mógł. Pewnie nawet sprawdził. Taa. Ale nie chce, żebyście o tym wiedzieli.

Przerwa obiadowa: 13.01

3

14.05

Dobra, to na czym skończyliśmy z tymi dowodami? Teraz numer trzy? Idzie łatwiej, niż myślałem.

Trzy tygodnie przed zabójstwem świadek widział, jak ofiara kłóciła się z czarnym chłopakiem mniej więcej w moim wieku i mniej więcej mojego wzrostu ubranym w czarną bluzę z białymi chińskimi napisami na plecach. Właściwie to zahaczamy trochę o dowód numer pięć. Policja znalazła u mnie w mieszkaniu czarną bluzę z chińskimi literkami.

Wiecie, co powiem, bo już to mówiłem prokuratorowi na tej sali, więc sami słyszeliście. Czarny chłopak mojego wzrostu i w moim wieku to mógł być którykolwiek z czarnych gości mieszkających w tej dzielnicy. Ilu czarnych dwudziestojednolatków, metr osiemdziesiąt wzrostu, mieszka w tej chwili na Camberwell? Setki? Tysiące? Więcej? To czarna dzielnica. Co to najczęściej mówią biali? „Ja nie zwracam uwagi na kolor”. Ha! No to powiem wam, że jakbyście poszli tam dziś wieczorem, tobyście zwrócili uwagę na bardzo dużo koloru na bardzo wielu dwudziestoletnich chłopakach, metr osiemdziesiąt wzrostu. Jasne, żaden nie byłby taki śliczny jak ja, ale łapiecie, o co mi chodzi?

Do tego trzeba jeszcze doliczyć wszystkich czarnych typów, którzy są z innej dzielni, ale z jakiegoś powodu akurat przyjechali tam w tamtą sobotę. Ilu ich mogło być? No to pytam was, czy to porządny dowód, czy po prostu zbieg okoliczności? Gdyby to był jedyny dowód, to może nawet w ogóle by mnie tu teraz nie było. Może byście sobie pomyśleli: to jakaś pierdoła, nie liczy się. A ja bym wam przyznał rację. Czyli możemy już wywalić ten dowód?

Ale chodzi o bluzę, nie? To was najbardziej męczy. Czarna bluza z kapturem to jedno, ale taka z białymi chińskimi napisami na plecach – to już zbyt duży zbieg okoliczności, co?

Ale czy faktycznie? Jak się przyglądniecie, to zobaczycie metkę na bluzie. Jak pójdziecie na to swoje zaplecze czy gdzie tam siedzicie, to wyjmijcie ją z torby i popatrzcie na metkę. Chcecie wiedzieć, co na niej pisze? Powiem wam, bo sobie ją oglądnąłem. Pisze tam „XXL”, a potem mniejszymi literkami „made in Taiwan”. Wiem, może się wydawać, że to nic ważnego, ale jak się zastanowić, to wychodzi, że to może być megaważne – a przynajmniej trochę. Żaden ze mnie ekspert, ale domyślam się, że jak chińskie dzieci szyły tą bluzę w jakiejś fabryce, to raczej nie zrobiły tylko jednej. Wypuścili ich pewnie z dziesięć tysięcy. „I co z tego?”, powiecie. Ale to nie Tajwańczycy kupują te bluzy. Robi się je na nasz rynek. Wiadomo to po tej metce do prania, czy jak to się nazywa – jest po angielsku.

Czyli jakieś dziesięć tysięcy bluz z kapturem. Jedna na każdego z tysiąca czarnych dwudziestojednolatków, którzy się tamtego dnia kręcili po okolicy, i jeszcze dziewięć tysięcy zostaje. No i co z tego, że znaleźli taką bluzę w moim mieszkaniu? Jeśli wleźlibyście do mieszkań wszystkich, którzy kupili te bluzy, to wiecie, co byście znaleźli? U każdego znaleźlibyście tą bluzę. I okazałoby się, że większość z nich albo połowa, albo chociaż jedna dziesiąta należy do czarnoskórych mężczyzn w moim wieku. Dlaczego? Bo to ludzie w moim wieku noszą bluzy z kapturem. Pan Prokurator nie wychodzi w sobotę wieczorem w takiej bluzie, mogę się założyć. Pewnie nosi tweedowy garnitur albo coś w tym stylu. To młodzi ludzie w nich chodzą. Tacy ludzie jak ja. Czyli oprócz mnie to mogło być tysiąc innych osób. A poza tym popatrzcie na mnie tylko. Czy ja wam wyglądam na XXL? Od roku codziennie pakuję na siłce, a i tak wszystkie ciuchy mam w rozmiarze M. No to co teraz sądzicie o tym dowodzie?

Przerwa: 14.30

4

14.40

No więc starałem się wam pokazać, że ten prokurator próbuje wam namieszać w głowie, ale nie możecie mu na to pozwolić. Musicie odgonić zasłonę dymną i porządnie się przyglądnąć temu, co próbuje wam wmówić. Lubi dymić, bo kiedy pojawia się dym, to w naturalnym odruchu zamyka się oczy. Ale lubi też robić co innego – dodawać różne malutkie dowodziki i robić z nich wielkie halo. Bierze kawałeczek stąd, drugi kawałeczek stamtąd i mówi: „Patrzcie, jakie wielkie się robią te wszystkie kawałki, jak się je do siebie pododaje”.

Kiedy byłem dzieciakiem, mieliśmy w podstawówce taki wielki kubeł z klockami lego. To nie było w tej rasistowskiej szkole, do której potem trafiłem. To było całkiem miłe miejsce, do dziś je dobrze wspominam. Ściany były żółte. Pamiętam je. I krzesła. Pamiętam te malutkie krzesełka. No ale dobra, lego. Uwielbiam lego, bo po pierwsze można z nich zbudować, co się chce, a po drugie są niezniszczalne. Pewnie dlatego mają je we wszystkich szkołach. Tego się po prostu nie da rozpieprzyć, więc jak raz się kupi zestaw, to on już zostaje na zawsze. Na pewno wszyscy bawiliście się kiedyś lego. Pewnie uwielbialiście te klocki. Może się nawet zastanawiacie, dlaczego w ogóle przestaliście się nimi bawić. Założę się, że nie przychodzi wam do głowy nawet jedna zła rzecz, którą można by powiedzieć o lego. Ale mnie przychodzi.

Problem z lego, pewnie z każdym, ale na pewno z lego w mojej szkole, jest taki, że nigdy nie ma dość o d p o w i e d n i c h lego. Nigdy nie było dość klocków, których potrzebowałeś, żeby zbudować to, co chciałeś, rakietę kosmiczną, dom, samochód, cokolwiek. Budowałeś sobie domek z czerwonych lego i nagle się okazywało, że czerwone się skończyły, bo jakiś głupi bachor je sobie zabrał. No to przerzucałeś się na niebieskie, a jak te się skończyły, to na żółte. Ale nawet jak zużyłeś już wszystkie normalne klocki, to ciągle ci brakowało. Więc musiałeś brać jakieś inne, na przykład te długie, cienkie klocki, a nawet te płaskie, szare trójkąty. I kiedy już udawało ci się skończyć, domek miał masę popieprzonych elementów, na przykład koła samochodowe zamiast okien i dziwne kawałki sterczące ze ścian. Mówiłeś: „Proszę pani, niech pani zobaczy mój domek”… Ale to nie przypominało normalnego domu. Wyglądało jak jakaś porąbana chałupa z koszmaru. I już wtedy, kiedy miałem z pięć lat, wiedziałem, że jak składasz coś z kawałków, to musisz użyć o d p o w i e d n i c h kawałków. Muszą pasować, bo inaczej nie wyjdzie ci ta rzecz, którą chcesz zbudować. Wyjdzie ci coś prawie jak ta rzecz. Albo rzecz, która wygląda prawie jak ta rzecz.

Tak właśnie lubi pogrywać Pan Prokurator. Wystarczy mu, że dowody prawie składają się na rzecz, którą chce zbudować.

Zaraz, zaraz, na czym skończyłem? To jest megatrudne. W telewizji wygląda łatwo. Mówisz parę słów. Przekonujesz ławę przysięgłych, wierzą ci, płaczesz, przysięgli płaczą, mówią: „niewinny”. W mojej głowie tak to właśnie wyglądało. Po tym jak napisałem ten początkowy kawałek, o Palmerstonie i tak dalej, i zjarnąłem się, że wpadłem głębiej, niż myślałem, zapisałem se różne hasła, żeby pamiętać, co mam powiedzieć. Stwierdziłem, że po prostu je wyklepię, jak jakieś kiepskie rapsy, czaicie? Ale zajebiście ciężko to idzie. Mam z pięćdziesiąt punktów, które chcę poruszyć, ale każdy strasznie długo mi zajmuje i ciągle się gubię. Więc może to wygląda, jakbym pierdolił bez ładu i składu, ale tak nie jest. To wszystko jest hiperważne. Tylko jakby trudno mi ogarnąć te wszystkie drobiazgi, które wiem, że muszę powiedzieć, ale nie wiem jak. No i jest jeszcze ta jedna sprawa… Im dłużej o tym myślę, tym bardziej stwierdzam, że totalnie musicie się o tym dowiedzieć… Ale później. Później to będzie miało więcej sensu.

O czym mówiłem? No, to chciałem powiedzieć, że prokurator na siłę skleja ze sobą różne rzeczy i próbuje z nich zbudować coś, na co się wcale nie składają. Twierdzi, że jednego dnia kłócę się z tym gościem i coś tam mu mówię, a za chwilę on już leży z kulką w głowie. Twierdzi, że na pewno go zastrzeliłem, bo miałem do niego jakieś wąty czy coś, ale to właśnie jest kolejny przykład jego cwaniakowania, które tak bardzo lubi. Ale przyglądnijcie się tej sprawie. Ruszcie głową, użyjcie rozumu. Gdzie tu motyw? Czemu niby miałem go zastrzelić? Co, niby przez tą akcję ze śmieciem? Ludzie się nie strzelają przez jakieś głupie pyskówki na ulicy, jakby tak było, to wszyscy w Londynie już dawno by się powybijali.

Oskarżyciel mówi, że wcale nie musi udowadniać motywu. Może i mówi prawdę. W końcu on się chyba zna na prawie, co nie? Ale ja na to odpowiadam, że nawet jeśli nie muszą udowadniać motywu, to powinni go poszukać. Bo typa faktycznie ktoś zastrzelił. Może jakby pogrzebać i spróbować znaleźć powód tego strzelania, to coś by się znalazło. I może dlatego Pan Prokurator nie chce się w to wgłębiać. Ale to nie znaczy, że wyście nie powinni się wgłębiać. No to o co w tym wszystkim chodzi? Kto miał powód, żeby go zastrzelić, jeśli to nie byłem ja?

O czym nie wspomniał w swojej wielkiej mowie, to że zamordowany, Jamil, był członkiem gangu. Tak, miał dziewiętnaście lat. Tak, ten jego gang to była z początku tylko popierdółka, handlowali trochę ziołem, czasem zrobili jakiś mały włam i tyle. To nie był żaden wielki, poważny gang. Ale tak czy inaczej to był gang, a dzieciaki z każdego gangu traktują gangsterkę megapoważnie. To całe ich życie.

Zaczynają się zadawać z gangami jeszcze za dzieciaka, a potem to życie ich wciąga. Zaczyna się od noży. Na początku ten z największym nożem jest bossem. Potem ten, kto faktycznie tego noża użyje, on jest bossem. Potem chłopak, który kogoś tym nożem zabije, on jest bossem. I od tej pory tak wygląda ich życie, codziennie ścigają się o miejsce na szczycie, kto kogo prześcignie, kto będzie największym bossem.

Dla was to pewnie brzmi strasznie głupio. Dzieciaki haratają się między sobą o torebeczkę zioła czy inną pierdołę – ale dla nich to jest całe życie. Włazi im to w krew, a jak już wlezie, to strasznie trudno się tego pozbyć. To jak choroba, która miesza ci w głowie, co jest prawdą, a co nie, i wmawia ci, że morderstwo jest w porządku. Ale to nie jest tak, że oni jakoś szczególnie się nad tym zastanawiają. Nikt się nie zastanawia. To jest po prostu ich rzeczywistość, tak jak w waszej rzeczywistości w porządku jest zmarnować całe życie na harówę aż do starości, a potem pójść na emeryturę i za chwilę umrzeć. To też strasznie głupie. Tyle że jak w czymś tkwisz, to se nie zdajesz z tego sprawy.

Dla tych dzieciaków rzeczywistość to nie jest zwykła codzienność: wstać, pójść do szkoły, pobluzgać na nauczycieli. Tylko to popierdolone gówno. To właśnie jest dla nich real. Wcześniej o tym nie wiedziałem. To znaczy jasne, widziałem, że zaczynają się wplątywać w różne interesy. Ale nie wiedziałem dlaczego. Nie wiedziałem, że większość z nich praktycznie nie miała wyboru. Ci wszyscy ludzie w telewizji, w wiadomościach, politycy i tak dalej, ciągle pierdolą, jaka to dla nich niespodzianka, że młodziaki robią takie rzeczy. Ale to żadna niespodzianka. Zaskakujące jest raczej to, że ktokolwiek w ogóle przestaje. Dla tych chłopaków kumple z gangu są jak bracia. Wielu z nich ma tylko ich, tylko ich obchodzi, że w ogóle żyją. To do kumpli lecą, kiedy wpadną po uszy w szambo, i to kumple ich z niego wyciągają. Gangi to dla nich właściwie rodziny. No i to jest dość oczywiste, jak się nad tym zastanowić. Za zioma z gangu chłopak da się dźgnąć nożem w brzuch, no to jak to można inaczej nazwać, jak nie rodziną? Kiedy taki chłopak nie ma ojca. Kiedy matka nie potrafi nad nim zapanować, ale wydaje się jej, że wystarczy go posłać do kościoła, a oni go już tam naprostują. Prawdziwa rodzina ma go w dupie. Jak wziąć takiego chłopaka, a nie ściemniam, wszystkie te dzieciaki takie są, to nic dziwnego, że trafia do gangu. To jest nieuniknione, kurwa. Ale ludzie nie chcą o tym słuchać. Bo chcą, żeby każdy zapłacił za swoje czyny. Nie myślcie sobie, ja nie mam nic przeciwko, żeby ludzie płacili za swoje chujowe wybory. Ale kurwa, te dzieciaki nie mają żadnego wyboru.

Jak chodziłem do szkoły, to jeszcze zanim skończyłeś jedenaście lat, starsze dzieciaki cię zaczepiały i było: „Chodź do naszego gangu”. A jak nie chciałeś, to zaraz ktoś się do ciebie przypieprzał. Truli ci dupę, gnoili. Jak nie byłeś mocny, to prędzej czy później dla świętego spokoju stwierdzałeś: „No dobra, wchodzę”. Masa dzieciaków ma już i tak pierdyliard problemów, nie chce im się jeszcze użerać z dodatkowym. Są też inne przypadki. Dzieciaki, co nie radzą se z matmą, historią i tak dalej, starsi wybierali ich sobie na cel. „Ej, mordo, prezesa to z ciebie raczej nie będzie. Skąd weźmiesz hajs, jak skończysz szkołę? Z zamiatania ulic? My mamy dla ciebie robotę. Hajs dostaniesz od ręki. Musisz tylko iść odebrać jedną rzecz”, bla, bla, bla. Jak w szkole odchodzi coś takiego, to co zrobisz? Jak masz trochę skillów i nie dasz se wejść na głowę, tak jak ja, to może ci się udać. Ale jak nie masz? To nie masz wyboru. Albo dostajesz wpierdol, albo wchodzisz do gangu, dostajesz kasę i szacun. A potem to już po prostu twoje życie. Z czasem to się robi normalne, że dzieciak sprzedaje dragi w swojej szkole. Normalne, że dzieciak zaciuka nożem drugiego bez żadnego powodu. A kiedy coś się robi normalne, to nie masz powodu, żeby to zmienić. Wtedy to po prostu życie. Twoje życie.

Dotarło to do mnie dopiero niedawno, kiedy czekałem w więzieniu na proces. Rok czekałem, żeby się zajęli moją sprawą. Mówią na to areszt śledczy. A jak cię trzymają tak długo w czterech ścianach i nie masz nic do roboty, to zaczynasz robić dwie rzeczy, których pewnie nigdy w życiu nie robiłeś. Każdy tak ma. Myślisz w chuj. I czytasz w chuj.

W bibliotece w pierdlu jest zwykle pełno szajsu, ale raz na jakiś czas coś się trafi, to jak znaleźć dychę na ulicy. Jakby Bóg zrzucił z nieba coś specjalnie dla ciebie. Znalazłem taką książkę The Hammerman. Wziąłem ją, bo myślałem, że to jakiś horror czy coś takiego. Wiecie, jakaś zmyślona historia, ale nie. To jedna z tych książek na faktach autentycznych. Dzieje się w dawnych czasach w RPA. Czytałem i ciągle myślałem o tych dzieciakach w gangach. To jest dokładnie tak samo, słowo.

No bo wtedy był ten cały zjebany apartheid. Paru białasów jakby rządziło czarnymi. Jak byłeś czarny i ci się przyfarciło, to mogłeś być na przykład służącym białego. Ale jak miałeś pecha, to mogli cię nawet zabić, jeśli powiedziałeś coś nie halo do białego. Masakra. Jakby mnie tam wtedy sądzili, to proces by się skończył w jeden dzień. Jeden dzień. I jeden możliwy wyrok. Winny. Dożywocie. Szlus. Ale jak byłeś biały i zabiłeś czarnego – nic.

No ale w którymś roku biali w RPA nagle zaczęli się strasznie bać czarnych. Jednego dnia wszystko było spoko, a następnego zaczęli się na noc zamykać za wysokimi ogrodzeniami podłączonymi do prądu, a i tak srali ze strachu. A czemu? Bo jakiś wielki czarny facet włamywał im się do domów i rozwalał głowy młotkiem. Gazety bez przerwy o tym napierdalały. Wszyscy próbowali złapać tego gościa. Ludzie się bali. A jeszcze bardziej się wystraszyli, kiedy ktoś zaczął go nazywać Hammerman, a inni podchwycili. Hammerman, facet z młotkiem. Dla białych to brzmiało jak imię jakiegoś potwora. Ale dla czarnych to była ksywa superbohatera. No i on był jak superbohater. Tajemniczy. Nie do złapania. Gadali o nim najróżniejsze rzeczy. Że miał ponad dwa metry wzrostu. Że był wielki jak czołg. Że biegał szybciej niż gepard. Że był niewidzialny. Że umiał latać. Im bardziej absurdalne plotki, tym łatwiej ludzie je łykali. Zrobili z niego legendę.

Ale wiecie, co ich najbardziej przerażało? Nie wiedzieli, dlaczego to robił. A ci ludzie musieli to wiedzieć, bo wtedy może mogliby to zrozumieć. Jego zrozumieć. Zrozumieć potwora. A wtedy może potwór stałby się z powrotem człowiekiem, a przecież każdy może zabić człowieka, nie? Wszyscy się bali – poza czarnymi. Oni się nie bali.

Czarni byli zachwyceni. Wreszcie ktoś z nimi trzymał, stał po ich stronie. Jeden człowiek naprawdę m ó g ł zmienić cały kraj. To było dla nich zajebiste. Nawet jakby siedli i próbowali coś wymyślić, to nigdy by nie wymyślili niczego lepszego niż ten facet. No może do czasu wypuszczenia Mandeli, ale to było prawie dziesięć lat przed tym, jak to się stało. To było w czasach, kiedy jeszcze nawet nie wybuchały zamieszki. Zanim ktokolwiek miał choćby cień nadziei na zmianę.

Z tej książki wyglądało na to, że biali już wcześniej się trochę bali czarnych. Na początku wydawało mi się to turbogłupie. Czemu niby mieli się ich bać, skoro większość czarnych była praktycznie jakby niewolnikami? Ale pisarz tak to wytłumaczył: bali się ich, bo nie umieli ich czytać. Ich twarze były dla nich jakby bez wyrazu. Kiedy białas opieprzał służącego za zbicie szklanki, a gość się po prostu na niego gapił bez wyrazu, to totalnie ryło beret. Nie mieli pojęcia, co oni se myślą. I widzieli to na własne oczy. Dajesz zjebkę jakiemuś służącemu, a on się tylko na ciebie gapi i nic nie mówi, nawet na twarzy nic nie widać. Musieli srać w gacie ze strachu, co tam się działo za tymi pustymi twarzami. Każdy chce wiedzieć, co jego wróg se myśli.

A tu nagle się zjawia ten wielgachny facet, jak superbohater, na luzie wchodzi do domów białych i rozwala im ryje młotkiem. W sumie bez powodu. Nie kradł żadnych fantów. Kobiet nie gwałcił. Tylko rozwalał im czachy młotkiem. Pewnie się zaczęli zastanawiać, a co jak nagle wszyscy zaczną tak robić? Biali może i mieli kasę, władzę i wszystko. Ale czarnych Afrykanów były, kurwa, miliony. Miliony. Wszyscy wkurwieni. Wszyscy gotowi do wojny. Wszyscy marzący o kawałku wolności i szansie na rewanż. A co jakby któregoś dnia wszyscy powstali jak ten Hammerman i zaczęli jakąś rewolucję?

No ale w końcu go złapali. Postawili przed sądem. Nie miał prawników. Nie gadał po angielsku, ale nawet im się nie chciało załatwić mu tłumacza. A potem go chyba powiesili. Koniec historii. Biali wygrali. Mogli znowu wyluzować, pootwierać bramy i o nim zapomnieć. Ale parę czy paręnaście lat później ktoś znalazł nagranie przemowy tego gościa z sali sądowej, zanim go skazali na śmierć. Cała była w zulu czy po jakiemu on tam mówił, i tyle się nagadał, a nikt nie wiedział, o co chodzi, czy pierdolił coś od rzeczy, czy mówił wierszem, bo nikomu się nawet nie chciało sprowadzić na salę pełną białych kogoś, kto mógłby im przetłumaczyć, co ten typ mówi.

No ale ten reporter, który znalazł taśmę, dał ją do przetłumaczenia i opowiedział, co na niej było. Ten typ, Hammerman, miał porąbane życie, serio. Parę lat wcześniej złapali go za kradzież i dali mu siedem lat. Siedem lat za kradzież! Przy czym siedem lat w RPA to nie jak siedem lat w Anglii. Przez pięć lat kazali mu tłuc kamienie po osiemnaście godzin dziennie. I to właśnie powiedział sędziemu, zanim go skazali. Że musiał przez cały dzień rozwalać te kamienie, w upale, małym młotkiem. Białe kamienie wielkości ludzkiej głowy. I po jakimś czasie, jak patrzył na te kamienie, to już nie widział kamieni. Widział głowy. Patrzył, jak rozwala młotkiem wielkie, białe głowy, od rana do wieczora. A jak go wypuścili, to mu odwaliło i dalej robił jedyne, co potrafił.

Żeby nie było, nie żal mi, że go powiesili. Jak łazisz z młotkiem i rozwalasz ludziom głowy, to ludzie raczej nie będą zadowoleni. Jak już mówiłem, trzeba płacić za to, co się zrobiło. Ale mam pretensję o jedno. Próbował powiedzieć, co mu leży na wątrobie, wytłumaczyć, co się działo w jego głowie, ale wszyscy mieli go w dupie do tego stopnia, że nawet nie chciało im się go wysłuchać. Ja przynajmniej mam was. No ale wracając, chodzi mi o to, że to nie miało żadnego sensu, że rozwalał ludziom głowy młotkiem. Ale to się działo w jego głowie. To była jego rzeczywistość. Te kamsztory to były głowy białych ludzi i wszystko, co mu zrobili. A może głowy białych ludzi były po prostu kamieniami, które przez lata rozwalał. Od której strony by spojrzeć, dla niego to miało sens, bo tak se wymyślił, a jak wpadło mu to do głowy, to już nie potrafił się tej myśli pozbyć.

I właśnie dlatego wam o tym wszystkim opowiadam. Co się stało z tym gościem, dokładnie tak samo było z gangiem Jamila, Brygadą, czy jak tam oni się zwali. W ich głowach codziennie się dzieje coś takiego jak łupanie kamieni. No nie chodzi o prawdziwe kamienie, wiadomka, ale o inny syf. Jak masz dwanaście lat i jacyś goście przykładają ci nóż do gardła, bo sprzedałeś trochę zioła na terenie ich gangu, no to zbierasz swoją ekipę i robicie im to samo. A potem, jak widzisz jednego z tych gości samego na ulicy, to tym razem już nie przykładasz mu noża do gardła, tylko wbijasz. Wiem, to brzmi kosmicznie i jak z filmów gangsterskich, ale tak się właśnie dzieje. Bo co innego mają robić? Nie dilować? Jak wpychacie ciągle do telewizji pierdyliard gangsta raperów, co mają hajsu jak lodu, to czego się spodziewacie? Z kogo bierze przykład młody czarny dzieciak na ulicy? Z Baracka Obamy? Czemu musimy aż tak daleko szukać, żeby znaleźć jednego faceta, którym te dzieciaki mogłyby chcieć zostać? A może powinny zostać bokserami czy biegaczami? Równie dobrze można by im powiedzieć, że powinny zostać zwycięzcami loterii.

Chujowe to jest. Wiecie, jaka jest najbardziej dobijająca rzecz, jaką w życiu widziałem? Dwie panienki z podstawówki rozmawiały w autobusie, kim chciałyby zostać, jak dorosną. Jedna, taka gruba, jakby wpierdalała burgery na śniadanie, gadała z taką wychudzoną typiarą, co to wyglądała, jakby śniadania nigdy w życiu nie jadła. Było gdzieś tak koło dziesiątej, powinny dawno być w szkole, ale nie były. Chociaż wyglądało trochę tak, jakby jechały do szkoły, tylko się za bardzo nie śpieszyły. Tak czy inaczej, ta gruba, między jednym gryzem jakiegoś żarcia a drugim, tak zagadała do koleżanki:

– Ja to bym chciała być albo astronautką, to najbardziej, albo projektantką mody, albo pilotką.

A ta chuda na to:

– Taa, ja też mam na pierwszym miejscu astronautkę. Na drugim naukowczynię, ale na trzecim na pewno nie pilotkę, bo mam lęk wysokości.

– No ale co z astronautką? – mówi grubaska. – Przecież astronauci też muszą być wysoko.

– Nieee – odpowiada tamta. – Nie muszą.

To właśnie zrobili tym dzieciom. Wmówili im, że mogą być, kimkolwiek zechcą, ale ich oszukali. Dali im po prostu inne marzenia. Ale to przecież ciągle tylko marzenia.

No więc tak. Dzieciaki są dilerami, chociaż same się tymi dilerami nie zrobiły. A jak macie dilerów, to macie i wszystko, co się z dilerką wiąże: między innymi strzelanie. Nawet wśród dzieciaków. Uświadomcie to sobie. Zresztą w sumie nie musicie sobie tego uświadamiać. Przecież już to wiecie. Tylko za bardzo was to nie obchodzi, bo nie dzieje się pod waszymi drzwiami. Nie winię was. Gdyby to się nie działo pod moim domem, to też pewnie miałbym to w dupie. Jestem taki sam jak wy. Ja mam w dupie wasze sprawy, wy macie w dupie moje. W porządku. Nie próbuję was namówić, żebyście się nagle zaczęli tym przejmować. Chcę tylko powiedzieć, że Jamila zastrzelili, bo był w gangu i dilował, a do dilerów często strzelają. I tyle. Żal mi jego rodziny. Przykro mi, że jego mama siedzi tu na sali i musi tego słuchać. Ale taka jest prawda.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

QC (Queen’s Counsel) – radca królewski; tytuł honorowy w brytyjskiej hierarchii prawniczej (przyp. tłum.). [wróć]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Nic o mnie nie wiecie 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer