Żadnych zasad

Żadnych zasad

Autorzy: Brad Thor

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 25.60 zł

Autor bestsellerów z listy New York Timesa, Brad Thor, prezentuje najdoskonalszy ze swoich thrillerów – sensacyjny majstersztyk, który nie zwalnia tempa ani na chwilę!

 

W jednej z najpotężniejszych organizacji świata ukryty jest tajny departament o niszczycielskich zapędach. Jej członkowie uchodzą za elitę, posiadają niewiarygodne możliwości i są nietykalni.

 

Jednak kiedy do Waszyngtonu trafia czterosekundowy fragment wideo z przerażającym nagraniem z drugiego końca świata, machina zaczyna pracować i agent sekcji antyterrorystycznej, Scot Harvath, otrzymuje najniebezpieczniejsze zadanie w swojej karierze.

 

To co miało być przysługą przeobraża się w serię osobistych dramatów o globalnym zasięgu, które rozgrywają się na tle niewiarygodnych intryg, politycznych rozgrywek i najmroczniejszych tajemnic szpiegowskiego podziemia.

 

Wartka fabuła, wyraziście zarysowane postaci i zapierające dech zwroty akcji świadczą o tym, że Brad Thor nie tylko jest w szczytowej formie, ale jest mistrzem gatunku.

Tytuł oryginału:

CODE OF CONDUCT

Copyright © 2015 by Brad Thor

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Łukasz Błaszczyk

Korekta: Edyta Malinowska-Klimiuk, Maria Zając, Kamila Majewska

ISBN: 978-83-8110-529-3

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Rozdział 55

Rozdział 56

Podziękowania

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Mojej nadzwyczajnej agentce, Heide Lange.

Co za przygoda! Dzięki za każdą wspaniałą chwilę.

„Jeśli musisz złamać prawo, zrób to, żeby przejąć władzę”.

JULIUSZ CEZAR

Prolog

WASZYNGTON, DYSTRYKT KOLUMBII

Kiedy wyciekła wiadomość, że prezydent trafił na obserwację do szpitala Marynarki Wojennej w Bethesdzie, wybuchła panika. Skoro prezydent Stanów Zjednoczonych nie ustrzegł się przed wirusem, nikt nie był bezpieczny.

Scot Harvath wyminął jadący przed nim samochód i przemknął przez skrzyżowanie, kiedy zmieniały się światła. Ruch na ulicach gęstniał. Pogłoski o kwarantannie sprawiły, że ludzie rzucili się do sklepów, żeby zgromadzić zapasy.

– Nie musimy tego robić – odezwała się kobieta, która siedziała obok niego.

Miała na myśli, że on nie musi tego robić. Też mógł wyjechać. Nie musiał zostawać w Waszyngtonie.

– Już to uzgodniłem z Jonem i jego żoną – odparł. – Będziesz u nich bezpieczna.

– A ty?

– Dam sobie radę. Dołączę do ciebie, kiedy tylko będę mógł.

Kłamał. To było niewinne kłamstwo, wymyślone, żeby poprawić jej nastrój, niemniej jednak kłamstwo. Mówiło się już o wstrzymaniu ruchu lotniczego. Dlatego jeszcze dziś musiał ją stąd wywieźć.

– A jeśli przesadzamy? – spytała.

– Nie przesadzamy.

Lara nie wątpiła w jego słowa. Znała prognozy. Nawet najbardziej optymistyczne scenariusze były przerażające. Ucierpieć miały przede wszystkim miasta. Szpitale już pękały w szwach, a oblegali je skądinąd zdrowi ludzie, przekonani, że wykazują niektóre z objawów. Dochodziło do tego, że naprawdę cierpiący pacjenci, jak ci z zawałem serca czy ostrym atakiem astmy, nie mogli liczyć na pomoc. A miało być tylko gorzej.

Władze miast, miasteczek i wiosek w całym kraju gorączkowo szukały rozwiązań, które pozwoliłyby im w dalszym ciągu zapewniać mieszkańcom podstawowe świadczenia i uporać się ze spodziewaną liczbą zwłok zmarłych – szokującą, nawet gdyby prognozy sprawdziły się tylko w połowie. Bez powodzenia.

Należało liczyć się z tym, że ratownicy sami będą padać ofiarą wirusa, albo zostaną w domach, żeby chronić swoich bliskich, więc stopniowo zaczną się wykruszać. Wkrótce służby ratunkowe przestaną działać. Potem to samo stanie się z wodociągami i elektrowniami. Oraz szpitalami, aptekami i sklepami spożywczymi, których większość zostanie splądrowana i zrównana z ziemią. Zapanują chaos i anarchia.

Na przetrwanie mogli liczyć jedynie ci, którzy wykazali się jako taką przezornością i przygotowali się zawczasu. Jednak nawet oni nie mieli żadnej gwarancji. Było jasne, że śladem apokaliptycznego jeźdźca na siwym koniu przybędzie kolejna plaga, równie niszczycielska jak śmierć – wszyscy ci, którzy postanowią skorzystać na całym tym zamęcie.

Nagle zza rogu wyjechały dwa chevrolety suburbany w barwach Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego i na sygnale pognały w ich stronę. Chociaż Harvath gwałtownie odbił w prawo, żeby zjechać im z drogi, i tak od kraksy dzieliły ich centymetry, kiedy rozpędzone biało-niebieskie SUV-y, ścinając zakręt, przemknęły tuż obok.

Lara obróciła głowę i powiodła za nimi wzrokiem.

– Jezu! – krzyknęła. – Widziałeś to? Omal nas nie staranowali.

Chaos zapanował już oficjalnie.

Zanim Harvath zdążył odpowiedzieć, rozdzwoniła się jego komórka. Odebrał i słuchał przez chwilę.

– Dobrze – odparł. – Będziemy za dziesięć minut. – Rozłączył się i wcisnął mocniej pedał gazu. – Samolot już wylądował – zwrócił się do Lary. – Kiedy dojedziemy na miejsce, wszystko będzie gotowe.

Zbliżając się do lotniska Reagan International, a konkretnie do terminalu obsługującego prywatne loty, zobaczył mrowie potężnych luksusowych sedanów i czarnych limuzyn. Nie on jeden dostrzegł w porę, co się święci. Ci, którzy mieli szansę wydostać się z miasta, właśnie z niej korzystali. Nie chciał utknąć na parkingu, więc zjechał na pobocze w pobliżu wejścia i wyskoczył z samochodu, żeby wyjąć bagaż Lary. Podniósł tylną klapę SUV-a, po czym wybrał sekwencję pięciu przycisków na cylindrycznym zamku i wysunął jedną z pancernych szuflad.

– Zabrałam służbowy pistolet – odezwała się Lara. – Mam też odznakę i zapas amunicji.

Nigdy nie rozstawała się z bronią. Wiedział o tym. Sięgnął do szuflady po małą skrzynkę z czarnego tworzywa i podał ją Larze.

– Na wszelki wypadek.

Podważyła zaczepy i uniosła wieczko.

– Telefon satelitarny? – zapytała.

Harvath pokiwał głową.

– Jeśli sytuacja jeszcze się pogorszy, sieć komórkowa nie przetrwa długo – wyjaśnił.

– Czy tam w ogóle będzie zasięg?

– Kiedy wyjedziesz z Anchorage, na dobrą sprawę możesz wyłączyć komórkę. Na miejscu nie ma zasięgu, ale możesz dzwonić przez wi-fi.

Zdjął tylną klapkę aparatu i pokazał jej przyklejony na odwrocie pasek taśmy z zapisanym numerem telefonu satelitarnego, który nosił w swoim plecaku ucieczkowym. Był to ich awaryjny środek kontaktu, na wypadek gdyby wszystko inne zawiodło.

Zamknął samochód i niosąc jej torbę, podprowadził Larę do budynku centrum obsługi pasażerów. Wewnątrz rozgrywały się dantejskie sceny.

W hali piętrzyła się sterta walizek, a bogaci klienci usiłowali wymusić na personelu przyśpieszony start swoich samolotów. Z gwaru rozmów Harvath wyłowił nazwy najróżniejszych punktów docelowych – Jackson Hole w Wyoming, Eleuthera na Bahamach, Kauai na Hawajach czy Kostaryka – gdzie zapewne mieściły się ich wakacyjne rezydencje, w których mieli nadzieję schronić się przed epidemią. W tłumie wypatrzył jednego z pilotów odrzutowca, oddał mu bagaż, po czym oboje pozwolili poprowadzić się w stronę wyjścia.

Kiedy znaleźli się na pasie startowym, Harvath nie chciał przedłużać pożegnania. Zależało mu, żeby Lara jak najszybciej znalazła się w powietrzu. Wziął ją w ramiona i pocałował, ale ten gest wydał mu się dziwnie chłodny. Myślami był już daleko od lotniska. Skupiał się na niebezpiecznym zadaniu, które go czekało.

– Jeszcze nie jest za późno – odezwała się Lara, chociaż wiedziała, że to nieprawda.

– Musisz już lecieć – odparł. Pocałował ją kolejny raz i wyswobodził się z jej objęć.

– Odprowadź mnie jeszcze na pokład.

Hałas pracujących silników zagłuszył sygnał, ale Harvath poczuł wibrację w kieszeni. Wyjął komórkę i odczytał wiadomość. Teraz naprawdę musiał się pośpieszyć.

– Nie mogę – powiedział i pocałował ją po raz ostatni. – Daj znać, kiedy dotrzesz na miejsce.

Potem odwrócił się i odszedł z powrotem w stronę budynku.

Kiedy znalazł się w hali, wybrał numer, z którego przyszła wiadomość.

– Jesteś tego pewien? – spytał.

– Na sto procent – odpowiedział głos w słuchawce.

– Ile mam czasu?

– Może kilka godzin. A może kilka dni. Co zamierzasz zrobić?

– A co ty byś zrobił? – zapytał Harvath.

– Uporządkowałbym swoje sprawy i miałbym nadzieję, że koniec będzie bezbolesny.

Rozdział 1

PROWINCJA ITURI

DEMOKRATYCZNA REPUBLIKA KONGA

TYDZIEŃ WCZEŚNIEJ

Potężny samochód terenowy przedzierał się przez mrok. Zbliżał się świt i nad prowadzącą przez dżunglę drogą wisiała mgła.

Scot Harvath wyjął komórkę i znów odtworzył nagranie. Ile już razy je oglądał? Sto? Dwieście?

Obraz trząsł się i momentami był nieostry. Na wyświetlaczu widać było grupę ludzi w kombinezonach ochronnych, wchodzących do niewielkiego budynku kliniki medycznej. Potem błyski płomieni wylotowych, gdy otworzyli ogień. A potem kompletny bezruch.

Ten krótki film został przysłany e-mailem do CARE International, organizacji dobroczynnej z siedzibą w Stanach Zjednoczonych, która ufundowała budowę kliniki. Natychmiast trafił do założyciela CARE, biznesmena i filantropa, Bena Beamana.

Przez kilka kolejnych godzin Beaman usiłował skontaktować się z kliniką Matumaini na wschodzie Konga. Nikt się nie zgłaszał. W końcu wcielił w życie plan awaryjny i skontaktował się z najwyższym rangą urzędnikiem Departamentu Stanu, jakiego znał. Ale ponieważ na terenie placówki nie było obywateli amerykańskich, dyplomaci niewiele mogli zdziałać. To „nie leżało w ich kompetencjach”, jak poinformował Beamana jego znajomy. Obiecał zadzwonić w tej sprawie do kilku osób, ale poradził mu, żeby wiele sobie nie obiecywał.

Beaman traktował swoją organizację jak wielką rodzinę. Atak na jednego z jej członków był atakiem na wszystkich. Nie miało dla niego znaczenia, czy był to ktoś z Kinszasy, czy z Kansas City. Skoro Departament Stanu nie mógł nic zrobić w tej sprawie, musiał poszukać pomocy gdzie indziej.

Tylko gdzie? Nawet gdyby znał kogoś w FBI albo CIA, najprawdopodobniej również spotkałby się z odmową. Sprawa jakiejś małej kliniki zagubionej wśród afrykańskiej dziczy nie leżała w niczyich kompetencjach. Ale przecież musiał istnieć ktoś, kto potrafi coś na to zaradzić.

Beaman zaczął się nad tym zastanawiać.

Kiedy ze szpitala CARE w Afganistanie została porwana lekarka, wynajął pewnego wyjątkowo przedsiębiorczego człowieka, który poleciał tam, żeby ją uwolnić. Właśnie takiej pomocy teraz potrzebował.

Musiał zadzwonić do kilku osób, zanim udało mu się wytropić Scota Harvatha, zatrudnionego z prywatnej agencji wywiadowczej, która nigdzie się nie reklamowała. Nie musiała.

Dawniej Carlton Group zajmowała się głównie nieoficjalnymi zleceniami, które przyjmowała za pośrednictwem Departamentu Obrony. Jednak obecnie jej agenci najczęściej przeprowadzali tajne operacje powierzane im przez Biały Dom i Centralną Agencję Wywiadowczą. Kiedy firma przechodziła trudny okres, nie miała innego wyjścia, jak korzystać z każdej nadarzającej się okazji do wykonania zlecenia, ale te czasy należały już do przeszłości. Teraz rzadko współpracowała z prywatnymi kontrahentami, a jeżeli się to zdarzało, musiał istnieć poważny powód.

Podobnie jak Lekarze bez Granic, pracownicy CARE docierali tam, gdzie tylko nieliczni mieli odwagę i ochotę się zapuszczać. Zakładali swoje placówki w najuboższych zakątkach Trzeciego Świata, od Mumbaju do Mogadiszu, gdzie nie tylko leczyli tubylców, ale również pomagali miejscowym służbom medycznym w podnoszeniu kwalifikacji. Byli życzliwymi ludźmi, którzy robili dużo dobrego dla bliźnich w potrzebie, a wykonując swoją pracę, nie raz zetknęli się z przemocą.

Na przestrzeni lat kilka razy dochodziło do napaści na placówki CARE. Ich pracownicy traktowali poważnie kwestię bezpieczeństwa, ale mieli ograniczone możliwości finansowe w tym zakresie. Chcieli przeznaczyć możliwie jak najwięcej pieniędzy na pomoc ludziom. Na tym polegała ich misja.

Planowali otworzyć dwa kolejne szpitale w Kongu, ale Beaman chwilowo wstrzymał to przedsięwzięcie. Postanowił najpierw wyjaśnić, co się stało z Matumaini.

Chociaż rządowi Stanów Zjednoczonych nie podobało się wykorzystywanie organizacji pozarządowych do tajnych operacji, założyciel Carlton Group miał w tej kwestii inny pogląd. Nawiązał już współpracę z paroma organizacjami tego typu, ale żadna z nich nie dorównywała CARE International. Gdyby ich skaptował, zyskałby bezcenną przykrywkę. Co więcej, Beaman zaoferował mu sowitą zapłatę. Zadanie było niebezpieczne, a założyciel CARE zdawał sobie sprawę z ryzyka. Postawił tylko jeden warunek. Chciał, żeby całą akcją pokierował Scot Harvath.

W związku z tym już na samym początku pojawił się problem. W zasadzie Harvath był nieosiągalny. Pracował w szaleńczym tempie i właśnie doprowadził do końca piekielnie trudną operację w Syrii. Na ten czas wszystkie sprawy w kraju pozostawały w stanie zawieszenia i dotyczyło to również jego życia osobistego.

Jego partnerka mieszkała w Bostonie, a on pod Waszyngtonem, nieopodal Alexandrii. Już sama ta odległość wystarczająco utrudniała im życie. Jednak szanse na przetrwanie ich związku niemal całkowicie przekreślał fakt, że Harvath wiele razy zmieniał ich wspólne plany albo wyjeżdżał za granicę, nawet jej o tym nie informując. Niedawno uprosiła go, żeby zarezerwował dla niej tydzień i trzymał się tego terminu, choćby walił się świat. Harvath wykroił urlop ze swojego kalendarza i udał się do Carltona, żeby uzyskać jego błogosławieństwo. Otrzymał je.

Mieli rozkoszować się plenerami Nowej Anglii w jesiennej szacie. Lara wystarała się w swojej pracy o tydzień wolnego w tym samym czasie. Wynajęła idealny domek nad jeziorem i poprosiła pośrednika, żeby zamówił dwie skrzynki ich ulubionego wina. Pomyślała, że to będzie wspaniała niespodzianka. Wyobrażała sobie, że po drodze wstąpią do swojego ulubionego sklepu i zrobią zapasy, żeby oszczędzić sobie późniejszych sprawunków, a kiedy dojadą na miejsce, wino będzie już na nich czekać. Przez wielkie okno w sypialni będą mogli podziwiać paletę jesiennych barw. Właśnie tego potrzebowali.

Kiedy Reed Carlton, czyli Stary, jak nazywał go Harvath, zadzwonił do niego, od razu przeszedł do rzeczy.

– Jutro rano masz spotkanie w moim gabinecie. Przyjdź o wpół do ósmej i załóż garnitur.

Nie ulegało wątpliwości, że szykuje się coś poważnego, ale Carlton nie zdradził żadnych szczegółów. To było dla niego typowe. Ten stary as wywiadu zawsze ujawniał tylko tyle informacji, ile jego zdaniem inni potrzebowali. Harvathowi to nie przeszkadzało. Zdążył się przyzwyczaić. Zresztą był już jedną nogą na wakacjach i nie mógł się doczekać wyjazdu do Nowej Anglii.

Rankiem następnego dnia zjawił się w siedzibie Carlton Group w Reston w stanie Virginia z kubkiem kawy w ręku, ubrany w grafitowy garnitur od Ralpha Laurena, białą koszulę i ciemnoniebieski krawat. Podczas ostatniego pobytu za granicą musiał się ograniczyć do ćwiczeń wytrzymałościowych, przez co stracił około pięciu kilo, chociaż zachował wysportowaną sylwetkę. Jego błękitne oczy kontrastowały z opaloną twarzą, a jasnobrązowe włosy spłowiały nieco od słońca. Stojąc przed lustrem, pomyślał, że wygląda bardziej jak student z Południowej Kalifornii, który większość czasu spędza na plaży, niż ekskomandos Navy SEALs i tajny agent, walczący z terrorystami.

Kiedy wszedł do sali konferencyjnej, Stary już tam czekał i przedstawił go Benowi Beamanowi, szefowi CARE International. Kiedy Harvath zamienił z gościem kilka słów, pytając, jak się miewa lekarka, którą uwolnił w Afganistanie, Carlton poprosił ich, żeby usiedli, i nakierował rozmowę na zasadniczy temat.

Beaman, który przyniósł ze sobą laptop, uruchomił krótki pokaz slajdów. Przedstawiały budynek małej kliniki, jej personel oraz pacjentów, głównie rodziny z dziećmi. Jej nazwa – Matumaini – pochodziła z języka suahili i oznaczała nadzieję. Klinika, położona w głębi dżungli niedaleko granicy z Ugandą, była jedynym punktem opieki medycznej w promieniu przeszło dwustu kilometrów. Posiadała izbę chorych z piętnastoma łóżkami, gabinet zabiegowy i mniejsze o połowę laboratorium oraz niewielką aptekę.

Prezentację wieńczyło nagranie z ataku na ośrodek. Beaman uruchomił odtwarzanie i spojrzenia trzech par oczu wbiły się w monitor. Kiedy krótki film dobiegł końca, dyrektor CARE zamknął laptop i rozparł się na krześle.

– To wszystko, co wiemy – oznajmił.

Carlton włączył wielki płaski ekran umieszczony na ścianie za stołem konferencyjnym.

– To najnowsze zdjęcia satelitarne, jakie udało nam się zdobyć – wyjaśnił.

Za pomocą małego pilota powiększył obraz i ekran wypełniła niewielka polana wykarczowana w gęstej dżungli. Na środku stał samotny budynek małego szpitala. Dookoła nie było widać niczego, co zdradzałoby jakiekolwiek oznaki życia.

Stary uniósł dłoń z wyprostowanym palcem wskazującym, jakby chciał powiedzieć: „Ale to jeszcze nie wszystko”. Naciskając guziczki na pilocie, przesunął obraz na północny zachód od polany. Na ekranie, u podnóża wzniesienia, ukazało się coś, co przywodziło na myśl długi osmalony wykop. Wydobywały się z niego smużki czarnego dymu.

– Domyślacie się, co to jest? – zapytał.

Beaman pokręcił głową.

– Wygląda jak palenisko – rzucił Harvath. – I to ogromne.

– Zgadza się. – Carlton przytaknął. – A jak sądzisz, co tam zostało spalone?

– Raczej nie śmieci.

Dyrektor CARE International przez chwilę wodził wzrokiem między swoimi rozmówcami.

– Myślicie, że ktoś tam spalił zwłoki? – odezwał się ściszonym głosem.

Stary wyłączył ekran z obrazem satelitarnym.

– To mogło być cokolwiek.

– Ale jeśli to były zwłoki? – drążył Beaman. – Jeśli to ciała kobiet i dzieci? Naszego personelu i pacjentów? – zapytał i spojrzał na Harvatha. – Skoro to nie śmieci, to co?

Harvath odwiedził w swoim życiu tyle spustoszonych przez wojnę miejsc, że nawet nie potrafiłby ich wszystkich spamiętać. Widział potworności, które przechodziły wszelkie wyobrażenie. Jego zdaniem o wartości społeczeństwa świadczyło tylko jedno – to, jak troszczy się o swoich najsłabszych członków, zwłaszcza o kobiety i dzieci.

Zdjęcia satelitarne wypalonego rowu przywołały falę wspomnień, z których żadne nie było przyjemne, z których żadnego nie chciał pamiętać. Jednak było w tym wszystkim coś dziwnego. Próbował określić, co to takiego, ale ponieważ nic nie przychodziło mu do głowy, zepchnął tę myśl na drugi plan.

– Pan Carlton ma rację – orzekł. – To mogło być cokolwiek.

Przez chwilę Beaman sprawiał wrażenie, jakby nie wiedział, co odpowiedzieć.

– Ale jesteśmy zgodni co do tego, że najprawdopodobniej nie są to śmieci.

Harvath spojrzał na swojego szefa, a potem przeniósł wzrok z powrotem na dyrektora CARE International i pokiwał głową.

W sali zapanowało niezręczne milczenie.

– Panie Harvath – odezwał się w końcu Beaman. – Chciałbym wyjaśnić… Muszę wyjaśnić, co tam się stało. Jestem to winien tym ludziom, wszystkim moim ludziom. Nie mam wątpliwości, że poczułby się pan tak samo, gdyby coś takiego spotkało zespół, za który pan odpowiada.

Harvath zaczynał rozumieć, dokąd to wszystko zmierza. Beamanowi zależało, żeby to on pokierował tą operacją. Oczywiście gdyby zamienili się miejscami, Harvath zrobiłby wszystko, żeby wyjaśnić, co się stało z ludźmi, za których odpowiada. Ale tutaj nie chodziło o jego ludzi. Tutaj chodziło o pracowników CARE International i sprawa była o wiele bardziej złożona. Nie wystarczyło ot tak polecieć za ocean i sprawdzić, co się dzieje.

Kongo było najbardziej zabójczą strefą konfliktu na świecie. W ciągu niespełna dwudziestu lat toczące się tam nieprzerwanie walki pochłonęły pięć i pół miliona ofiar. Ten nękany najazdami sąsiadów i wojnami kraj przypominał beczkę prochu stojącą w pobliżu ogniska. Określenie sytuacji w tamtym regionie mianem niestabilnej było grubym niedopowiedzeniem.

Jednak związane z tym zagrożenia stanowiły tylko jeden z wielu problemów, jakie dostrzegał Harvath. Nasuwało się również mnóstwo pytań bez odpowiedzi. Nikt nie miał pojęcia, kto przysłał do CARE to tajemnicze nagranie, a co gorsza, nikt nie potrafił wyjaśnić, dlaczego uzbrojeni ludzie, którzy weszli do kliniki, mieli na sobie kombinezony ochronne.

Jak twierdził Beaman, Matumaini była małym ośrodkiem specjalizującym się w medycynie rodzinnej. Nie leczono tam chorób stwarzających zagrożenie epidemiologiczne. Nie pozwalało na to zbyt skromne zaplecze. Szczytem możliwości były mniej skomplikowane zabiegi chirurgiczne. Personel wiedział, że jeśli pojawi się jakiś nadzwyczajny problem, należy wezwać pomoc. Jednak nikt w centrali CARE nie odebrał takiego wezwania.

Harvathowi nie podobało się to ani trochę. Nie znosił błądzenia po omacku, a tutaj piętrzyło się zbyt wiele niewyjaśnionych wątków. A poza tym nie było ani chwili do stracenia. Zdawał sobie sprawę, że im dłużej potrwa przerzucenie zespołu do Konga, tym trudniej będzie znaleźć świeży trop. Jeżeli nie zaczną działać szybko, mogą nigdy nie dowiedzieć się, co zaszło i kto jest za to odpowiedzialny.

W jego głowie po raz kolejny zagościły drastyczne wspomnienia. Najbardziej wstrząsające były obrazy pomordowanych rodzin. Na własne oczy widział, do czego zdolne są potwory. Wiedział, jak daleko potrafią się posunąć, kiedy nikt ich nie powstrzymuje. W tym przypadku potwory były ucieleśnieniem wyrafinowanego zła. Ich ofiarami padli nie tylko chorzy i niedołężni, ale również ci, którzy się nimi opiekowali.

Potem powrócił myślami do swojego urlopu w Nowej Anglii, ale była to tylko przelotna refleksja. Już dokonał wyboru. Uważał to za swoją powinność. Oprócz niego w Carlton Group nie było nikogo, kto podjąłby się tego rodzaju zadania, mając tak mało czasu na przygotowanie. Gdyby się nie zgodził, operacja w ogóle nie doszłaby do skutku. Departament Stanu nie zamierzał kiwnąć w tej sprawie palcem, a na pomoc ze strony FBI i CIA Beaman też nie mógł liczyć. Harvath był jego jedyną nadzieją.

Czekała go typowa robota na wariackich papierach, polegająca w dużej mierze na improwizacji, ale był pewien, że sobie poradzi. Był również pewien, że zdoła wszystko wytłumaczyć Larze. Powinna zrozumieć, że nie miał wyboru i musiał przełożyć ich wyjazd do Nowej Anglii. Spędzą te wakacje w innym, może nawet bardziej uroczym miejscu. Wszystko się ułoży.

Kiedy już podjął decyzję, rzucił się w wir przygotowań. Logistyka, wyposażenie, fundusze, wsparcie… Wszystko to było chaotyczne, ale Harvath uwielbiał takie wyzwania, bo mierząc się z chaosem, był w swoim żywiole. Na pożegnanie Stary wydał mu jeszcze jedno polecenie:

– Dostań się na miejsce, a potem wynoś się stamtąd najszybciej, jak się da.

Dwadzieścia cztery godziny później znalazł się na terenie Demokratycznej Republiki Konga. W ciągu dwunastu kolejnych godzin skompletował zespół, z którym wyruszył na północ w stronę Matumaini.

Wyszedł z trybu odtwarzania wideo i zanim schował smartfon do kieszeni, zajrzał jeszcze do skrzynki wiadomości tekstowych, a potem uruchomił mały przekaźnik, za pomocą którego łączył się z siecią satelitarną. Tuż po lądowaniu napisał do Lary, że szczęśliwie dotarł na miejsce. Nie doczekał się odpowiedzi, ale próbował oddalić od siebie tę myśl. Musiał całkowicie skupić się na zadaniu.

Spodziewał się, że jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, długo tu nie zabawią. Przynajmniej tak to sobie wyobrażał. Wyobrażał sobie również, że uda mu się nakłonić Larę do odwołania, czy, jak to ujął, przełożenia ich wspólnego urlopu. Nie przyjęła tego dobrze. Ale Scot Harvath miał ten fatalny nawyk, że wmawiał sobie pewne rzeczy, nawet jeśli wiedział, jak bardzo mijają się z prawdą.

Rozdział 2

Zespół Harvatha składał się z czterech Brytyjczyków. Wszyscy byli weteranami SAS i dawniej pracowali w prywatnej firmie najemniczej o nazwie Ridgeback, działającej w Kenii. Ale ponieważ w Kongu nie brakowało pieniędzy i zleceń, zwolnili się, żeby założyć własny interes.

Swoją czteroosobową spółkę nazwali Extremis. Harvath nigdy wcześniej nie zetknął się z nimi osobiście, ale znał ich doskonałe referencje. Dołączył do Patricka Ashera i Mike’a Michaelsona w Lumumbashi, gdzie załadowali swój sprzęt na pokład samolotu, który wynajął dla nich jeden z pracowników CARE.

Asher, czyli Ash, jak zwracali się do niego koledzy, był szefem grupy. Miał czterdzieści kilka lat i w pewnym sensie przypominał Harvathowi Starego. Był serdeczny, ale skupiał się wyłącznie na pracy. Od razu przeszedł do rzeczy, nie tracąc czasu na żarty czy pogaduszki. Roztaczał wokół siebie aurę powagi, którą wzmagały jego siwiejące włosy i czarne oczy.

Z kolei Michaelson, zwany Mickiem, sprawiał zupełnie inne wrażenie. Był krępym, muskularnym trzydziestolatkiem o ogolonej głowie, która opierała się na tęgim jak pień karku. Wszystko go bawiło. W ciągu dziesięciu minut od powitania zdążył poklepać Harvatha po plecach co najmniej trzy razy.

Po załadowaniu sprzętu polecieli na północ, do Buni, stolicy prowincji Ituri. Tam czekali na nich dwaj pozostali członkowie zespołu – Simon Bruce i Evan „Eddie” Edwards. Kiedy Harvath ich zobaczył, zrozumiał, dlaczego Mick, wspominając o nich podczas podróży, używał określenia „Duet Brutali”.

Obaj byli zwalistymi facetami po trzydziestce, mieli grubo ponad metr osiemdziesiąt wzrostu i szerokie bary. W przeciwieństwie do swoich ziomków z Lubumbashi nosili zarost. Ale nie był to byle jaki zarost. Harvath w życiu nie widział tak rozłożystej i ogniście rudej brody jak ta, która zdobiła twarz Simona, upodabniając go do przerośniętego drwala. Z kolei Eddie ze swoją wypielęgnowaną kruczoczarną hiszpańską bródką wyglądał jak żywcem wyjęty z reklamy rumu Captain Morgan. Kongo faktycznie było nowym Dzikim Zachodem.

Simonowi i Eddiemu towarzyszył miejscowy pomagier, młody i szczupły Kongijczyk, którego nazywali Jambo, co w języku suahili oznaczało po prostu „cześć”. Ponieważ jego prawdziwe imię było niemożliwe do wymówienia, a Jambo witał każdego z szaleńczym entuzjazmem, jego pseudonim się przyjął.

Na pasie startowym czekały dwie białe toyoty land cruiser, których silniki pracowały na jałowym biegu. Jedną mieli podróżować ludzie, a druga była przystosowana do przewozu ładunku. Oba samochody miały opony terenowe i wyposażenie pozwalające na jazdę po bezdrożach: wyciągarki, podnośniki i górne chwyty powietrza.

Podobnie jak lokalny pomocnik, z którego usług Ash korzystał w Lubumbashi, Jambo zadbał, żeby nikt z personelu lotniska w Buni nie przeszkadzał im podczas przeładunku. Kiedy przenieśli cały sprzęt, Harvath wręczył Ashowi magnetyczne plakietki na karoserię, w które zaopatrzył go Beaman. Umieszczone na nich napisy głosiły, że pojazdy należą do CARE International, a ich pasażerowie wypełniają oficjalną misję humanitarną. Plakietki ozdobiono także małymi symbolami czerwonego krzyża. Członkowie zespołu dostali również naklejki przedstawiające przekreślony kontur AK-47, które umieścili na bocznych szybach. Kiedy załadowali do środka i przytwierdzili do bagażników dachowych cały swój sprzęt, opuścili lotnisko i skierowali się w stronę stolicy prowincji. Jambo zarezerwował dla nich pokoje w najlepszym w mieście hotelu. Hotel Bunia był dwugwiazdkowy i otoczony wysokim murem, a wjazdu na dziedziniec strzegła solidna brama, co przemawiało na jego korzyść, podobnie jak bar z piwem i stół bilardowy. Jak na lokalne standardy był to szczyt luksusu. Ku zaskoczeniu Harvatha okazało się, że hotelowa kuchnia serwuje nawet w miarę przyzwoite dania chińskie i indyjskie. Chociaż parking mieścił się na ogrodzonym terenie, Jambo zwerbował dwóch swoich krewniaków, by pilnowali samochodów nocą.

Po dopełnieniu formalności meldunkowych i przeniesieniu najcenniejszych elementów wyposażenia do pokoi wszyscy członkowie zespołu zebrali się w hotelowym barze. Właśnie podano im pierwszą kolejkę piwa, kiedy w drzwiach stanęła ostatnia z osób biorących udział w operacji.

Była wysoką blondynką, ubraną w obcisły zielony podkoszulek i jeszcze bardziej obcisłe szare spodnie. Zawieszone na tasiemce okulary przeciwsłoneczne kołysały się między jej piersiami. Miała muskularne ramiona i opaloną skórę, a nieregularny szlaczek piegów kontrastował z idealnym kształtem jej nosa. Chociaż w barze panował półmrok, jej oczy o przenikliwym spojrzeniu jarzyły się zielonym blaskiem. Rzuciła plecak na podłogę obok stołu bilardowego i przedstawiła się swoim towarzyszom. Chociaż widziała ich po raz pierwszy, zachowywała się pewnie, bez cienia skrępowania.

Zanim Jessica Decker została lekarką, pracowała jako korespondentka wojenna. Aż nazbyt dobrze wiedziała, jakie zło ludzie potrafią wyrządzać sobie nawzajem. Widziała dosyć cierpień, zwłaszcza w Kongu, i doszła do wniosku, że chciałaby robić coś więcej, niż tylko o nich pisać. To dlatego porzuciła dziennikarstwo i poszła na studia medyczne.

Po niespełna roku współpracy Beaman powierzył jej zadanie założenia kliniki Matumaini. Później wykonała trzy kolejne misje w tym regionie. Znała te tereny i tych ludzi lepiej niż ktokolwiek inny. Właśnie była w trakcie otwierania jednej z dwóch kolejnych placówek CARE – przychodni w pobliżu Kinszasy – kiedy całe przedsięwzięcie zawieszono.

Beaman uznał, że w obecnej sytuacji przyda im się jej pomoc, a Carlton przyznał mu rację. Harvath był innego zdania, ale został przegłosowany. Stary zadecydował, że Decker nie tylko będzie ich przewodniczką, ale w razie potrzeby zakamufluje ich działania.

Nawet Ash i jego ludzie nie do końca zdawali sobie sprawę, co się dzieje. Wiedzieli tylko, że zatrudniono ich, żeby eskortowali transport środków medycznych i dwoje pracowników organizacji humanitarnej w drodze do prowincji Ituri. Był to niebezpieczny teren i przedstawiciel CARE International poinformował go, że ich konwoje dwukrotnie padły ofiarą rabunku. Zarząd CARE nie chciał, żeby to się powtórzyło. Ash zapewnił, że wraz ze swoim zespołem zrobi wszystko, co w ich mocy, żeby temu zapobiec. Był raczej pewny, że to nie będzie trudne zadanie. Ale potem z samolotu w Lubumbashi wysiadł ten Amerykanin.

Harvath miał wypisane na czole, że służył w jednostce specjalnej. Ash zorientował się od razu, że za ich zleceniem kryje się coś więcej. Dyskretnie dał znać każdemu ze swoich ludzi, żeby mieli się na baczności. Kiedy pojawiła się ta kobieta, sytuacja stała się jeszcze bardziej skomplikowana.

Decker była niezwykle atrakcyjna, zbyt atrakcyjna jak na Kongo – niespokojny kraj, gdzie ludzie nade wszystko cenią sobie dobra materialne i są gotowi wiele zapłacić lub zrobić, żeby dostać to, czego chcą. Nie pasowała do tego miejsca, a mimo to zachowywała się jak na swoim podwórku. Poza tym już zaczęła z nimi pogrywać. Koszulka, która eksponowała jej biust, opięte na pośladkach spodnie i ten starannie nałożony makijaż – na tyle stonowany, że sprawiał wrażenie, jakby go wcale nie było – wszystko to układało się w jedną całość i zwiastowało kłopoty. Ash zaczął się zastanawiać, czy dobrze postąpił, przyjmując to zlecenie.

Harvath też nie wiedział, co myśleć o ich nowej towarzyszce. Nie spodziewał się kogoś takiego jak ona. Beaman pokazał mu broszurkę CARE, w której znajdowało się jej zdjęcie. Było nijakie, wykonane w plenerze, i ani trochę nie przygotowało go na to, co zobaczył w rzeczywistości. Choć tak naprawdę nie miało to większego znaczenia. Jej obecność przypominała mu tylko, że nie miał w tej sprawie nic do gadania.

Decker przywitała się ze wszystkimi i podeszła do baru, żeby złożyć zamówienie. Harvath miał ochotę odprowadzić ją wzrokiem, ale powstrzymał się od tego i spojrzał na ludzi Asha. Brytyjczycy przypominali sforę dzikich psów gotowych rzucić się do walki o sztukę mięsa. W Kongu białe kobiety należały do rzadkości, a z pewnością niewiele było takich – jeśli były w ogóle – które prezentowały się jak Jessica Decker. Skoro Harvath miał tego świadomość, ona też musiała, a to oznaczało, że doskonale wiedziała, co robi. Nie miał nic przeciwko temu. Niektórzy komandosi SEALs słynęli z podbojów seksualnych, którym oddawali się po godzinach w trakcie misji zagranicznych. Czemu kobiety miały być gorsze? Zdawał sobie sprawę, jak trudno jest wytrwać w związku, kiedy spędza się tak wiele czasu z daleka od domu.

Cokolwiek doktor Decker robiła w wolnym czasie, nie powinno go to obchodzić. Dopóki nie przeszkadzało to innym, postanowił nie przejmować się całą tą sprawą.

Zjedli dobrą kolację, pograli trochę w bilard i ustalili godzinę porannej zbiórki. Harvath wstał od stołu jako pierwszy. Musiał jeszcze odpisać na kilka e-maili i chciał wziąć prysznic przed snem. Kupił w barze dwie butelki piwa na wynos, życzył wszystkim dobrej nocy i wrócił do swojego pokoju.

Gdy o czwartej nad ranem wyszedł na parking, ludzie Asha już ładowali sprzęt i sprawdzali samochody przed wyjazdem. Temperatura spadła do kilkunastu stopni i powietrze było rześkie. W nocy padał obfity deszcz i gruntowa droga przed hotelem zamieniła się w czerwoną błotnistą breję.

Kiedy Harvath włożył swój bagaż do jednego z land cruiserów oznaczonego jako LC1, obok niego pojawiła się Jessica Decker. Wyciągnął rękę po jej plecak i również umieścił go w środku. Uśmiechnęła się i podziękowała mu.

– Czy gdzieś tu można dostać kawę? – zapytała.

– Kawa, tak. Jest kawa – powiedział Jambo, wychodząc z hotelu z dwoma dużymi termosami. – I śniadanie też.

Wskazał głową na idącego za nim kelnera, który niósł tacę z plackami naan wypełnionymi pastą z jaj, ryżu i sera, podgrzanymi w kuchence mikrofalowej i zawiniętymi w folię jak kanapki na drogę. Harvath wziął sobie dwie porcje.

Kiedy pakowanie sprzętu dobiegło końca i samochody były gotowe do podróży, Ash kazał wszystkim wsiadać. Dwie toyoty wyjechały z hotelowego dziedzińca i skierowały się na północ.

Z ponad stu sześćdziesięciu tysięcy zaznaczonych na mapie kongijskich dróg tylko dwa procent miało utwardzoną nawierzchnię, z czego tylko połowa była w dobrym stanie. Oznaczało to, że dotarcie w jakiekolwiek miejsce w Kongu było niesamowitą mordęgą. Poza terenem kilku większych miast podróż stawała się jeszcze bardziej uciążliwa. Nieliczne trawiaste pasy startowe wymagały regularnej pielęgnacji, a te, które powstały na wykarczowanych terenach dżungli, prawie bez wyjątku zostały porzucone przed wielu laty. Misjonarze przyjeżdżali i wyjeżdżali, a natura zawsze upominała się o swoje.

W dotkniętym nędzą kraju o siedemdziesięciomilionowej populacji i powierzchni dorównującej amerykańskiemu Środkowemu Zachodowi każdy chciał się obłowić. Dotyczyło to zwłaszcza pogrążonej w anarchii wschodniej części Konga, gdzie różne bandy rebeliantów sprawowały kontrolę nad prawie każdą dziedziną życia. Ponieważ dzienny zarobek wynosił około dolara, a kałasznikow kosztował pięćdziesiąt dolarów, tubylcy szybko stali się kreatywni. Za sprawą tej kreatywności podróż samochodem była jeszcze bardziej stresująca.

Ash skontaktował się przez radio z Duetem Brutali, jadącym z tyłu w drugim land cruiserze, którym podróżował również Jambo i większa część wyposażenia.

– LC Jeden do LC Dwa. Pięćdziesiąt metrów przed nami szlaban. Wszyscy zachować spokój.

W tej części kraju wystarczyło zagrodzić drogę jakąś kłodą, liną albo dostatecznie długim kawałkiem łańcucha i przy tak zaimprowizowanym szlabanie każdy mógł założyć swój punkt poboru opłat. Zazwyczaj obsadę stanowili rebelianci, zdemoralizowani gliniarze albo żołnierze, którzy dorabiali sobie do marnego żołdu. Podobno w niektórych takich punktach roczny dochód sięgał nawet siedmiuset tysięcy dolarów. Oczywiście było to zwykłe wymuszenie haraczu, a ludzie, którzy parali się tym procederem, stosowali rządy silnej ręki. Na wypadek gdyby ktoś chciał sforsować szturmem taki posterunek i przejechać bez płacenia, na dalszym odcinku drogi czaiła się druga grupa. W zależności od ukształtowania terenu takie zasadzki znajdowały się sto metrów albo kilka kilometrów dalej. Było to niezawodne zabezpieczenie. Można było nie zatrzymać się przy szlabanie, ale nikt nie wiedział, w którym miejscu spodziewać się zasadzki. Beztroscy podróżni tracili życie, a ich ciała umieszczano przy drodze jako przestrogę dla każdego, komu przyszłoby do głowy wymigać się od zapłaty.

Ash przybliżył temat Harvathowi i Jessice Decker, kiedy wyjeżdżali z Buni. Chociaż nie miał najmniejszej ochoty płacić bandytom, był zdania, że kwotę stu dolarów za dwa samochody trzeba po prostu wliczyć w koszty podróży.

Chociaż cały czas jechali po wybojach, Jessica przez większość drogi spała, opierając głowę na zwiniętym polarze, którzy przycisnęła do szyby w tylnych drzwiach. Prawdopodobnie nauczyła się tego, przebywając w różnych strefach działań wojennych, gdzie przydaje się umiejętność regeneracji sił przy każdej sprzyjającej okazji. Najważniejsze było, żeby wiedzieć, w którym momencie się obudzić. Kiedy samochód się zatrzymał, od razu otworzyła oczy.

– Co się dzieje? – zapytała.

– Pobór opłat – rzucił Mick z przedniego siedzenia. – Nie przejmuj się. Śpij dalej.

Ash wymamrotał coś pod nosem.

– Co to za jedni? – zainteresował się Harvath.

– Wyglądają na regularną armię. Rzucimy im parę banknotów na tacę i pojedziemy dalej.

Siedzący z przodu Brytyjczycy opuścili szyby. Harvath miał nadzieję, że się nie mylą. Jednak w wyglądzie tego posterunku było coś, co budziło w nim złe przeczucia, chociaż nie potrafił dokładnie określić, co to takiego.

Rozdział 3

Pierwszy z żołnierzy, który podszedł do ich toyoty, wyglądał na zdenerwowanego. W obu rękach ściskał kurczowo swojego AK-47.

– Medecins? – zapytał, potrząsając bronią. – Lekarze?

Mówił po francusku, w języku urzędowym Demokratycznej Republiki Konga.

– Oui – odpowiedział Harvath, wychylając się zza placów Asha.

Szkołę podstawową, w której się uczył, prowadziły francuskie zakonnice. Oprócz wychowania fizycznego język francuski należał do nielicznych przedmiotów, w których osiągał dobre wyniki.

– Allez – rozkazał żołnierz, po czym szarpnął za klamkę i otworzył drzwi po stronie Harvatha. – Wysiadać.

– Wszyscy zostają w samochodzie – zarządził Ash.

– Nie – zaprotestował żołnierz łamanym angielskim. – Lekarz wysiada.

Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, Jessica Decker otworzyła drzwi po swojej stronie i opuściła nogi na drogę.

– Stój. – Harvath próbował ją powstrzymać, ale było za późno.

– To ja jestem lekarzem – oznajmiła Decker.

Kongijczyk skierował wzrok z powrotem na Harvatha.

– A pan nie jest lekarzem?

– Ja… Ja jestem…

– Już powiedziałam – przerwała mu Decker, wyciągając z plecaka apteczkę. – To ja jestem lekarzem.

Żołnierz zatrzasnął drzwi po stronie Harvatha i zaczął okrążać land cruisera.

– Doktor Decker – odezwał się Ash. – Proszę natychmiast wsiąść z powrotem do samochodu.

Ash i Mick nosili przy uchu połączone z nadajnikami radiowymi procesory dźwięku, wykorzystujące technologię przewodnictwa kostnego. Ich towarzysze w drugim samochodzie musieli zapytać, co się dzieje, bo Harvath usłyszał, jak Mick wyjaśnia:

– Na razie nie wiadomo. Nic nie róbcie.

– Ktoś potrzebuje pomocy – powiedziała Decker wyniosłym tonem. – Na tym polega moja praca.

– A moja praca polega na tym, żeby zapewnić wam bezpieczeństwo – odparł Ash. – Kimkolwiek jest ten potrzebujący, może zaczekać na pomoc jeszcze pięć minut, dopóki wszystkiego nie ustalimy. Nigdzie pani nie pójdzie.

– To są żołnierze kongijskiej armii.

– Tego nie wiemy. Proszę w tej chwili wracać na miejsce.

Lekarka zignorowała jego słowa i ruszyła przed siebie. Ash miał powtórzyć polecenie, gdy usłyszał, jak otwierają się drzwi za jego plecami. Harvath wysiadł z samochodu i pozostali żołnierze momentalnie unieśli broń. Ich dowódca obrócił się i wymierzył w niego lufę swojego kałasznikowa.

– Co pan robi?

– Uspokójcie się. – Decker rozłożyła ręce, apelując do wszystkich o opamiętanie.

Spiorunowała Harvatha wzrokiem. To było dobre pytanie. Co on, do cholery, robił? Czterej Brytyjczycy w land cruiserach też musieli się nad tym zastanawiać.

– Jestem asystentem lekarza – powiedział, zakładając czołówkę, którą wyjął ze swojej torby.

Włączył latarkę i pokręcił głową. Mocne światło oślepiło kilku żołnierzy, którzy unieśli ręce, żeby zasłonić oczy, i obrzucili go przekleństwami.

– Jeśli będziemy potrzebować asystenta, to pana zawołamy. Proszę wracać do samochodu – warknął dowódca.

Po tych słowach chwycił Jessicę Decker pod rękę i poprowadził w stronę dżungli. Mając przed sobą rząd rozwścieczonych ludzi z karabinami, Harvath mógł zrobić tylko jedno. Niechętnie zajął z powrotem miejsce na tylnym siedzeniu land cruisera.

– Kompletnie jej odbiło – stwierdził Ash.

Harvath zdążył już wyrobić sobie własne zdanie na temat doktor Decker, ale nie był to odpowiedni moment na dyskusję.

– Spójrzcie na ich buty – powiedział, a Brytyjczycy postąpili zgodnie z jego sugestią. – Są nie do pary. Dwaj z nich noszą tenisówki.

Ash zaklął cicho.

– Może te mundury należą do kongijskiej armii, ale ci faceci na pewno nie.

– W takim razie co to za jedni? – odezwał się Mick.

Harvath wskazał głową na dwóch uzbrojonych mężczyzn, którzy stali najbliżej.

– Ci tutaj, podobnie jak tamten, z którym poszła Jessica, mają identyczne tatuaże. Coś w kształcie kobry.

– O psiakrew – szepnął Ash. – To rebelianci. FRPI.

W Kongu działało tyle zbuntowanych frakcji, że bez ściągawki nie dało się wśród nich rozeznać. Przed wyjazdem Harvath załadował całą listę do smartfona i podczas lotu starał się przyswoić jak najwięcej informacji.

– Frakcja? Front? – próbował rozszyfrować skrót.

– Siły Oporu Patriotycznego w Ituri. To z francuskiego – wyjaśnił Mick, spoglądając na umundurowanych ludzi. – Mają główną siedzibę w Buni. Nigdy nie słyszałem, żeby grasowali na tej drodze, a tym bardziej żeby przebierali się za wojsko. Pewnie rozpaczliwie potrzebują gotówki.

„Czegoś na pewno rozpaczliwie potrzebują”, pomyślał Harvath.

– Jak bardzo są groźni? – zapytał.

– FRPI? Bardzo. Gwałty, masowe morderstwa, narkotyki, co tylko zechcesz… Ale niepokoi mnie ten tatuaż. Ci tutaj to specjalna grupa uderzeniowa. Coś w rodzaju gwardii republikańskiej. Zajmują się wszystkim, od ochrony swoich przywódców po zastraszanie cywili.

– I przypuszczalnie dlatego tkwią tutaj ze swoim rannym, zamiast pojechać do szpitala w Buni. To się źle skończy.

– Nigdy nic nie wiadomo – odparł Mick.

– Posłuchaj, tym rebeliantom właśnie trafiła się nie lada gratka. Nie dość, że lekarka, to jeszcze bardzo atrakcyjna. Nie pozwolą jej odejść. A jeśli tym rannym jest jakiś herszt FRPI, za którego głowę wyznaczono nagrodę, sprawa dodatkowo się komplikuje.

– A jeśli się mylisz? – zapytał Mick, nie odrywając wzroku od rebeliantów.

– A jeśli nie? – odparł Harvath.

– To będą chcieli się nas pozbyć – wtrącił Ash.

– Mają nad nami przewagę. Będą musieli tylko zakopać ciała i podpalić samochody. Takie rzeczy tutaj to nic nowego, prawda?

– Tak, zwłaszcza w przypadku FRPI.

– Więc im dłużej tu tkwimy – ciągnął Harvath – tym gorzej dla nas. Ci tutaj w każdej chwili mogą dostać rozkaz przez radio i otworzyć do nas ogień. Musimy natychmiast przejąć kontrolę. Jaką mamy broń?

– Otworzyć ogień, przejąć kontrolę… Kim ty, do cholery, jesteś? – zapytał Mick, obracając głowę w jego stronę.

– Waszym klientem.

W lusterku wstecznym Harvath zauważył spojrzenie Asha, który przyglądał mu się badawczo. Samiec alfa zawsze potrafi rozpoznać podobnego do siebie. Brytyjczycy zorientowali się, że nie jest zwyczajnym klientem, kiedy tylko go zobaczyli. Harvath nie mógł dłużej trzymać ich w niepewności. Jeśli mieli wyjść z tego cało, musieli współpracować. Postanowił uchylić rąbka tajemnicy.

– CARE przysłała mnie tutaj, żebym ocenił sytuację – powiedział. – Chcą otworzyć dwie kolejne placówki w Kongu.

– Czego ma dotyczyć ocena?

– Bezpieczeństwa.

– A gdzie służyłeś?

– SEALs. Oddział Drugi, a potem Szósty.

Ash nie odrywał wzroku od jego oczu.

– Widać to po tobie – odezwał się w końcu.

Harvath nie wiedział, co miała oznaczać ta uwaga. Ale zanim zdążył odpowiedzieć, dowódca najemników dodał:

– My mamy po glocku, a pod twoim siedzeniem jest strzelba.

– Da się ją wydostać bez wstawania?

– Nie, a poza tym jest zbyt głośna. Nie wiadomo, ilu ich jeszcze kryje się w dżungli albo dalej przy drodze. Huk mógłby ich tu ściągnąć.

– Pistolet też robi hałas.

Ash skinieniem głowy dał znak Mickowi, który wskazał ponad ramieniem Harvatha.

– Za tobą jest skrzynka z częściami samochodowymi – powiedział. – W środku znajdziesz dwa filtry paliwa z przerobionymi gwintami, które można nakręcić na lufę.

Prowizoryczne tłumiki. Sprytne.

– Co jeszcze macie?

– Brutale też mają glocki – odparł Ash. – I karabinki szturmowe.

– Jakiego typu?

– Kałasznikowy, jak nasi przyjaciele na drodze.

– Czy możecie dyskretnie podać mi swoje pistolety?

Mick z powrotem obrócił do przodu ogoloną głowę i nie odrywając wzroku od żołnierzy, powoli przesunął swoją broń do tyłu między fotelami. Po chwili Ash zrobił to samo. Starając się nie zwracać na siebie uwagi, Harvath ostrożnie sięgnął do tyłu i wymacał skrzynkę z częściami samochodowymi. Szybko wyjął z niej dwa filtry paliwa. Wyciągnął również leżącą za siedzeniem dodatkową apteczkę.

– Jak to zamierzasz rozegrać? – zapytał Ash.

– Widzisz tego trzeciego z lewej? – Harvath zaczął przykręcać pierwszy z prowizorycznych tłumików. – Tego z brudnym bandażem na ręce? Ten opatrunek nie był zmieniany od dłuższego czasu, jeśli w ogóle. To mi daje świetny pretekst, żeby do nich podejść.

– A co potem?

– Podprowadzę go pod wasze reflektory, żeby obejrzeć tę rękę. Jeśli mi się uda, poproszę o pomoc jego kumpli i dam im coś do potrzymania, żeby ich zająć. Na mój znak włączysz długie światła, a wtedy wyjmę pistolet i zaczniemy grzać. Tych po stronie kierowcy biorę na siebie.

– A Mick zdejmie pozostałych.

Harvath pokiwał głową.

– A co z innymi? – drążył Brytyjczyk. – Nie mamy pojęcia, ilu ich tu jeszcze jest.

– Będziemy się nad tym zastanawiać, kiedy rozprawimy się z tymi trzema.

Ash rozważał przez chwilę jego odpowiedź.

– W jaki sposób dasz nam znak? – zapytał.

Harvath przełożył z powrotem między fotelami pistolet Micka z przykręconym tłumikiem. Usuwając część wyposażenia z apteczki, w której zamierzał ukryć drugiego glocka, znalazł małą latarkę. Osłonił ją dłonią i nacisnął przełącznik, żeby się upewnić, czy działa.

– Kiedy zobaczycie, że wyciągam latarkę, wypatrujcie dwóch krótkich błysków. Wtedy odczekajcie dziesięć sekund, a potem włączcie długie światła i ognia.

– To wszystko?

– Tak, to wszystko – odparł Harvath.

Ash połączył się z kolegami w drugim samochodzie i przekazał im przez radio plan działania. Kiedy otrzymał potwierdzenie, znów odnalazł w lusterku wstecznym spojrzenie Harvatha i pokiwał głową.

Nadszedł czas na wcielenie planu w życie.

Rozdział 4

Gdy tylko Harvath otworzył drzwi land cruisera i zaczął wysiadać, żołnierze podnieśli krzyk, każąc mu wracać do środka. On jednak zignorował to polecenie i z uśmiechem na twarzy ruszył w ich stronę. Na ramieniu miał zawieszoną apteczkę, a w rękach trzymał kilka tamponów i buteleczkę z płynem dezynfekującym. Skinął głową w stronę żołnierza z zabandażowaną dłonią i zaproponował, że zmieni mu opatrunek, jeśli on pozwoli mu później pójść w krzaki za potrzebą.

Jeden z Kongijczyków uniósł kałasznikowa, jakby chciał strzelić do Harvatha, ale jego ranny kolega kazał mu się uspokoić. Musiało mu bardzo zależeć, żeby ktoś zajął się jego ręką.

Harvath stanął w snopie światła, które rzucały reflektory toyoty, i przywołał żołnierza gestem, a potem zasugerował jego towarzyszom, żeby również podeszli i mu pomogli. Posłuchali go. Zawiesili broń na paskach i wzięli od niego materiały opatrunkowe, które im podał.

Nawet lekki dotyk sprawiał, że ranny krzywił się z bólu. To nie było zwykłe draśnięcie. Harvath zorientował się od razu, że wdało się zakażenie i rana ropieje. Odwijając delikatnie bandaż, zapytał żołnierza, który mógł mieć nie więcej niż dwadzieścia lat, co mu się stało. Młody mężczyzna wyjaśnił, że dłoń zsunęła mu się na ostrze, kiedy używał maczety. Kongijskim rebeliantom maczety służyły zwykle do urządzania straszliwych rzezi. Harvath wolał nie dopytywać o szczegóły.

Opatrunek nie był zmieniany od tygodnia. Kiedy Harvath odsłonił ranę, już sama woń zgnilizny nie pozostawiała wątpliwości, że ręki nie da się uratować.

– Jest bardzo źle? – zapytał żołnierz po francusku.

Trzymając go za nadgarstek, Harvath obejrzał jego dłoń z obu stron.

– Potrzebujemy więcej światła – powiedział i pociągnął młodego rebelianta w stronę samochodu, skinieniem głowy dając znak dwóm pozostałym, żeby szli za nimi.

Kiedy wszyscy znaleźli się w upatrzonym miejscu, Harvath udał, że jeszcze raz przygląda się okaleczonej dłoni, a potem oznajmił towarzyszom rannego, że potrzebuje ich pomocy. Wyjaśnił, że nie mają pod dostatkiem środka dezynfekującego, dlatego jeden z nich musi polewać nim rękę kolegi, a drugi trzymać pod spodem czysty tampon, na który będzie ściekał płyn. Dzięki temu będą mogli później jeszcze raz przemyć ranę, wyciskając nad nią nasączoną gazę.

Dla ludzi, którzy żyli w niewyobrażalnej biedzie, takie metody nie były niczym nadzwyczajnym. Żeby jeszcze bardziej odwrócić ich uwagę od siebie, Harvath powiedział im, żeby obserwowali, czy podczas przemywania wydzielina z rany zmienia kolor. Dla lepszej widoczności kazał wszystkim przykucnąć w świetle reflektorów. Potem sięgnął do apteczki. Widząc to, jeden z rebeliantów wzdrygnął się nerwowo, ale kiedy Harvath pokazał mu małą latarkę, uspokoił się i z powrotem skupił uwagę na ręce kolegi.

Harvath po raz ostatni potoczył wzrokiem dookoła, żeby zapamiętać pozycje pozostałych Kongijczyków. Potem kazał jednemu ze swoich pomocników jak najwolniej polewać ranę płynem z buteleczki, a jego koledze, trzymającemu pod spodem tampon, przypomniał, żeby postarał się nie uronić ani kropli.

Wyprostował się, przełożył latarkę do lewej dłoni i obrócił się tak, żeby błysk był widoczny tylko dla Asha i Micka. Wsunąwszy prawą rękę do apteczki, zacisnął dłoń na rękojeści glocka, po czym szybko nacisnął przełącznik na końcu obudowy latarki i zaczął odliczanie od dziesięciu. Kiedy rozbłysły długie światła land cruisera, trzymał już wyciągnięty pistolet i zaciskał palec na spuście.

Trzej rebelianci tuż przed nim tworzyli zwartą bryłę, a ich głowy były ustawione w jednej linii. Harvath zaczął od tego, który trzymał buteleczkę, a potem przesunął lufę w dół. Trzy śmiertelne strzały w niecałe dwie sekundy. Zanim ciała zdążyły osunąć się na ziemię, Harvath już trzymał uniesioną broń i mierzył w stronę pozostałych Kongijczyków. Jednak Mick okazał się równie zabójczym strzelcem. Wszystkie jego pociski trafiły w cel.

Mimo to Harvath podszedł do leżących żołnierzy, żeby się upewnić, czy nie żyją. Wszyscy byli martwi. Brytyjczycy dołączyli do niego i szybko oczyścili miejsce strzelaniny. Ogołocili zabitych z broni i amunicji, a jedyną krótkofalówkę, którą przy nich znaleźli, przekazali zadziwiająco spokojnemu Jambo. Potem ukryli zwłoki w zaroślach po przeciwnej stronie drogi. Życie ludzkie w Afryce, a zwłaszcza w Kongu, było niezwykle tanie.

– Co zamierzasz zrobić z doktor Decker? – zapytał Ash.

Harvath przede wszystkim od początku był przeciwny jej udziałowi w ekspedycji. Po tym, co zrobiła, miał ochotę zostawić ją tutaj na pastwę losu, ale nie mógł tak postąpić. Wiedział, że to on będzie musiał zająć się jej uwolnieniem.

Wiedział również, że osławione prawa Murphy’ego sprawdzają się w Afryce bardziej niż w jakimkolwiek innym miejscu na świecie. Jeżeli coś może się nie udać, nie uda się na pewno, zwłaszcza w Afryce. Zwłaszcza w Kongu. Kiedy przyglądał się zdobycznej broni, w jego głowie zaświtały dwa rozwiązania taktyczne.

W przypadku pierwszego manewru musiałby rozstawić Asha i jego ludzi na odcinku pomiędzy drogą a miejscem, w którym spodziewał się znaleźć Jessicę Decker. Po jej odbiciu strzelcy osłanialiby ich odwrót, przyłączając się do nich kolejno i wycofując w stronę samochodów. Jednak ten ostatni punkt był szczególnie narażony na działanie prawa Murphy’ego.

Oba land cruisery powinny na nich czekać z silnikami na chodzie, gotowe do natychmiastowej ucieczki. Nie mogli przewidzieć, ilu rebeliantów rzuci się za nimi w pościg. Byłby to dla nich wyrok śmierci, gdyby po powrocie odkryli, że coś się stało z ich jedynym środkiem transportu. Nie mogli zostawić samochodów bez opieki.

Chociaż Harvath słabo znał Asha, wiedział, że nie spodoba mu się jego plan. Brytyjczyk był porządnym facetem i żołnierzem. Na pewno też chciałby wziąć udział w tej akcji, ale Harvath nie mógł tego od niego oczekiwać. To nie byłoby w porządku. Zbyt wiele zataił przed nim i jego ludźmi.

Zdecydował się na drugi manewr.

Rozdział 5

Ash popatrzył na niego z niedowierzaniem.

– W życiu nie słyszałem większej głupoty. Masz do dyspozycji czterech facetów z sił specjalnych i robisz z nich parkingowych? Rozum ci odjęło?

– To typowe dla SEALs – odparł Harvath. – Nie traktuj tego osobiście.

– Akurat. Nie masz pojęcia, co cię tam czeka. Jeśli zrobi się gorąco, będziesz potrzebował wsparcia.

– Daj mi radio. W razie czego was wezwę.

– Nie wątpię, Supermanie – mruknął Ash, idąc po krótkofalówkę. – Cholerni Amerykanie.

Chociaż nie podobał mu się ten pomysł, zdawał sobie sprawę, że to odpowiednie rozwiązanie.

Harvath podszedł do Simona i Eddiego. Z podziwem patrzył na ich szybkie ruchy. Wyczuwał wręcz rywalizację między nimi, kiedy rozbierali na części karabinki zabitych rebeliantów, czyścili każdy element i błyskawicznie składali z powrotem. Od sprawnego działania tej broni zależało życie, a w tym przypadku życie Scota Harvatha i Jessiki Decker.

Używając mocnej taśmy izolacyjnej, Mick połączył magazynki w pary, tak że po wystrzeleniu zawartości pierwszego z nich wystarczyło go obrócić do góry dnem, żeby załadować następny. Zdawał sobie jednak sprawę, że jeśli dojdzie do sytuacji, w której Harvath będzie musiał zmieniać magazynki, to znaczy, że znalazł się w tak poważnych tarapatach, że zapas amunicji i tak na niewiele mu się przyda.

– Twoje radio – powiedział Ash, który wrócił, trzymając w ręku zestaw łączności. – Nie krępuj się i korzystaj.

– Nie omieszkam. – Harvath umieścił w uchu wkładkę z bezprzewodową słuchawką.

Po szybkim sprawdzeniu radia Harvath upchnął po kieszeniach kilka magazynków do glocka i zarzucił na ramię sześć kałasznikowów. Ważyły całkiem sporo, ale zdarzało mu się dźwigać dużo większe ciężary. Pocieszał się myślą, że będzie mu lżej, kiedy znajdzie się w pobliżu Decker. Lepiej coś mieć i nie użyć, niż potrzebować i nie mieć.

– To też ci się przyda – rzekł Ash, wręczając mu garść małych laseczek ze światłem chemicznym.

Harvath podziękował mu, a potem odwrócił się bez słowa i ruszył tam, gdzie wśród zarośli zniknęła Jessica Decker.

Wielka zaleta żołnierzy SAS polegała na tym, że podchodzili do walki w taki sam sposób jak żołnierze amerykańskich jednostek specjalnych. Wygrywał nie ten, kto myślał szablonowo i kierował się zasadami narzuconymi przez innych. Należało odrzucić utarte schematy i wyznaczyć własne zasady bez względu na to, do jakich metod uciekał się przeciwnik. Dlatego ludzie Asha nie tylko znaleźli sposób na skonstruowanie tłumików do pistoletów, ale również weszli w posiadanie gogli noktowizyjnych. Przedzierając się przez dżunglę w całkowitej ciemności, Harvath błogosławił Brytyjczyków za ich przedsiębiorczość. Gdyby nie gogle, musiałby używać latarki, a to byłoby równoznaczne z uprzedzeniem rebeliantów o jego wizycie. Z uwagi na to, co planował, nie chciał, żeby się go spodziewali. Zależało mu, żeby element zaskoczenia zadziałał na jego korzyść.

Wprawdzie nie padało, ale nie robiło to większej różnicy. Wszystko było mokre i krople deszczu wciąż skapywały z liściastej kopuły nad jego głową. Lasy deszczowe w Kotlinie Konga gromadziły tyle wody, że wykształciły własny mikroklimat i były nazywane zielonymi płucami Afryki.

Harvath często przeprowadzał akcje w dżungli i nigdy mu się tam nie podobało. Nie znosił wilgotnego zaduchu. Wolał pustynne płaskowyże. Duże wysokości i niskie temperatury odpowiadały mu o wiele bardziej. Dżungla była jednym wielkim zagrożeniem. Musiał uważać zarówno na przeciwnika, jak i na całą masę istot, które tylko czyhały, żeby go pożreć.

A poza tym zewsząd dobiegały różne odgłosy, które zlewały się ze sobą w jedną symfonię. Hałas był tak wielki, że nie pozwalał zebrać myśli, nie mówiąc o nasłuchiwaniu sygnałów, które mogłyby świadczyć o nadciągającym niebezpieczeństwie. Nie dało się rozróżnić, czy źródło dźwięku znajduje się kilka metrów dalej, czy tuż obok, a w ciemności było to jeszcze trudniejsze.

Ścieżka, którą szli lekarka i prowadzący ją żołnierz, wyglądała na uczęszczaną i wydeptana roślinność nie utrudniała marszu. Kiedy Harvath ukrył pierwszy z karabinków i zaznaczył to miejsce świetlikiem, jego myśli wciąż zaprzątała złość na Jessikę Decker.

Lekarka przedkładała szczytne idee ponad instynkt samozachowawczy. Harvath, który polegał głównie na instynkcie, miał już okazję spotkać się z osobami jej pokroju. Ich zachowanie nigdy nie kończyło się dla nich dobrze, a w strefie działań wojennych nazbyt często ściągało kłopoty również na wszystkich dookoła. Nie zamierzał dopuścić, by do tego doszło i w tym przypadku.

Zapuszczał się coraz głębiej w dżunglę, ukrywając po drodze kolejne AK-47. Wiele by dał za plecak pełen min Claymore, ale to, czym dysponował, było lepsze niż nic. Rozmieszczając broń przy ścieżce, musiał polegać na swoich przeczuciach, gdyż nie mógł przewidzieć, ile drogi ma jeszcze przed sobą. Kiedy wybrał miejsce, w którym zamierzał ukryć ostatniego kałasznikowa, usłyszał ludzkie głosy.

Wszystkie mięśnie w jego ciele stężały, gdy stał w całkowitym bezruchu i nasłuchiwał, próbując nie tylko rozróżnić słowa, ale również ustalić, w jakiej odległości znajdują się rebelianci i czy idą w jego stronę. Bezszelestnie zszedł ze ścieżki i przykucnął. Przycisnął do piersi glocka z tłumikiem i położył palec na spuście, gotowy w każdej chwili oddać strzał.

Każda sekunda wydawała się długa jak minuta. Krople wody spadały na jego głowę i na szerokie liście rosnących dokoła krzewów, wśród których się ukrył. Brzmiało to jak deszcz bębniący o płachtę namiotu i poza tym trudno było cokolwiek usłyszeć.

Harvath zdołał jedynie rozróżnić dwa głosy, oba męskie, które zbliżały się do niego. Jego palec zaczął powoli pokonywać opór spustu. Dopiero kiedy dwaj mężczyźni znaleźli się prawie obok niego, dało się wyraźnie dosłyszeć ich słowa, ale mówili w języku, którego nie rozumiał. Szli jeden za drugim i najwyraźniej byli sami. Oprócz nich na ścieżce nie było nikogo. Harvath wystrzelił i oba pociski ze stłumionym sykiem przecięły wilgotne powietrze, pędząc do celu. Martwi Kongijczycy, każdy z niewielką dziurą pośrodku czoła, zwalili się w mokre zarośla. Łoskot upadających ciał i ekwipunku zginął pośród panującego w dżungli hałasu.

Harvath zabrał im broń i odciągnął zwłoki na tyle daleko od ścieżki, by nie dało się ich zauważyć przed świtem, który niestety szybko się zbliżał. Potem ruszył dalej. Po chwili znalazł to, czego szukał. Czterdzieści metrów przed sobą dostrzegł wartownika. Rozprawił się z nim tak samo jak z jego dwoma kolegami i odciągnął ciało na bok. Nie zauważył, aby ktoś jeszcze pilnował małego obozowiska.

Okrążając niewielką polanę od zachodu, naliczył trzy brezentowe namioty. Żadnych ognisk. To był zimny biwak. Najwyraźniej rebelianci nie chcieli zwracać na siebie uwagi.

Przez dłuższą chwilę Harvath trwał w bezruchu i nasłuchiwał, próbując ustalić, w którym z namiotów może znajdować się Decker. O jego głowę zaczęło uderzać coraz więcej kropel i zorientował się, że nadciągnął deszcz. W oddali przetoczył się huk grzmotu. Mógł liczyć, że przy odrobinie szczęścia burza opóźni nadejście dnia i zatrzyma rebeliantów w namiotach.

Dociekanie, od którego namiotu zacząć, nie miało sensu. Lekarka mogła być w każdym z nich. Postanowił sprawdzić je kolejno. W chwili gdy już miał wyłonić się z zarośli, coś przykuło jego uwagę. Rozpięta tuż przy ziemi linka.

Gdy dotarł do jej końca, znalazł prymitywną, ale zabójczo skuteczną minę przeciwpiechotną; linka była przywiązana do zawleczki granatu, który tkwił przymocowany do pnia drzewa. Zużył już wszystkie świetliki, więc nie mógł oznaczyć tego miejsca. Ostrożnie przekroczył linkę i zakradł się do obozu.

Ulewny deszcz tak skutecznie zagłuszał jego kroki, że Harvath nawet sam ich nie słyszał. Mógł się tylko domyślać, że wewnątrz namiotów hałas jest jeszcze większy. Podszedł do pierwszego z prawej i przez chwilę nasłuchiwał, ale oprócz bębnienia kropel o brezent nie wyłowił żadnych innych odgłosów. Uchylił zasłonę przy wejściu i zajrzał do środka. Zobaczył sześciu mężczyzn. Wszyscy spali, a obok posłań spoczywały ich karabiny. Potwierdziły się dwie z jego najgorszych obaw.

Po pierwsze, nie miał już wątpliwości, że natrafili na coś poważniejszego niż zwykła garstka rebeliantów, którzy wymuszają haracz od podróżnych. Po drugie – na co wpadł, jeszcze siedząc w samochodzie – kimkolwiek był człowiek, który potrzebował pomocy lekarza, musiał to być ktoś, kto nie mógł udać się do zwykłego szpitala.

W następnym namiocie znajdował się magazyn. Harvath znalazł tam stertę cięższej broni, która na pierwszy rzut oka przypominała granatniki, parę skrzynek amunicji, trochę prowiantu i zapas wody.

Do sprawdzenia został mu ostatni namiot. W myślach już układał plan ewakuacji. Zanotował w pamięci, że wycofując się z obozu w stronę ścieżki prowadzącej przez dżunglę, będą musieli uważać na pułapki z granatami.

Przy trzecim namiocie przystanął jeszcze raz i wytężył słuch, ale oprócz deszczu nie dosłyszał niczego. Wziął głęboki oddech i trzymając broń gotową do strzału, odchylił zasłonę. W środku zastał czterech ludzi, ale tylko dwaj z nich spali. Pozostali byli zajęci sznurowaniem butów i natychmiast unieśli głowy.

Strzelanie w goglach noktowizyjnych było niesłychanie trudne, zwłaszcza że musiał poruszać się bardzo szybko. Pierwszą kulę posłał zbyt nisko, trafiając rebelianta w szyję, więc kiedy przestrzelił głowę jego towarzyszowi, skierował lufę z powrotem ku niemu i dokończył dzieło. Taki sam los spotkał dwóch pozostałych, którzy cały czas spali.

Nigdzie nie było śladu Jessiki Decker ani Kongijczyka, który ją uprowadził.

Rozdział 6

Gdzie ona, do cholery, się podziewa? Harvath ukrył się z powrotem między drzewami, wymienił magazynek pistoletu i próbował zebrać myśli. Jeżeli dowódca patrolu rebeliantów nie przyprowadził Decker do tego obozu, to dokąd ją zabrał? Jeszcze dalej w głąb dżungli? Ale po co? Żeby ją zgwałcić? Albo zamordować?

To nie wchodziło w grę. Kongijczycy potrzebowali lekarza i byli gotowi zabrać ze sobą Harvatha, który zgłosił się jako pierwszy, zanim Decker wszystko popsuła. Więc dokąd poszli? Gdzie ukrywał się ten, który potrzebował pomocy? Dlaczego nie było ich w obozie?

Wytężał umysł, szukając odpowiedzi. Dlaczego nie umieścili rannego tutaj? Po co mieliby zakładać drugi, osobny obóz, który również wymagał zabezpieczenia? Czyżby ten człowiek cierpiał aż tak bardzo, że jego krzyki nie pozwoliłyby innym spać? To dlatego znajdował się gdzie indziej? Czy był jakiś inny powód?

Dlaczego umieszcza się kogoś w odosobnionym miejscu? Żeby go odizolować.

Harvath poczuł, jak po plecach przebiegają mu ciarki. Dobrze wiedział, że to nie z powodu deszczu i zimna, choć wolałby, żeby tak było. Cały czas wychodził z założenia, że mają do czynienia z kimś, kto został ranny w walce. A jeżeli chodziło o coś zupełnie innego? Jeżeli tego człowieka trawiła jakaś choroba?

Ta myśl przyprawiła go o kolejny dreszcz. W Kongu choroba mogła oznaczać wiele rzeczy, ale żadna nie zwiastowała niczego dobrego. Musiał odnaleźć Decker i jak najszybciej znikać z tego miejsca.

Idąc po własnych śladach, przekroczył rozpiętą tuż nad ziemią linkę i okrążył obóz. Gdyby nie wypatrywał podobnych pułapek, nigdy nie natrafiłby na wąską ścieżkę, która prowadziła dalej w głąb dżungli. Ruszył tym tropem, starając się iść jak najszybciej, najciszej i najostrożniej. Po niecałych dwóch minutach znalazł to, czego szukał. Oddział zakaźny.

Samotny namiot stał na środku małej polanki, która została niedawno wykarczowana wśród gęstwiny. Z wnętrza sączyło się światło. Kiedy podszedł bliżej, do jego uszu dobiegły strzępki rozmowy. Usłyszał również, że ktoś wymiotuje.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Żadnych zasad Zanim wybuchnie świat Tajny układ Za ciosem Kryptonim Atena Czarna lista 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer