Kości mówią

Kości mówią

Autorzy: Kathy Reichs

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 21.70 zł

Temperance Brennan w samym środku świata mrocznych tajemnic i niebezpiecznych wierzeń, w którym zacierają się granice dobra i zła…

 

Temperance Brennan odwiedza niejaka Hazel „Lucky” Strike, przenikliwa detektyw amator poszukująca w Internecie danych na temat umorzonych śledztw w sprawach zabójstw, i przynosi nagranie, na którym słychać głos młodej dziewczyny, więzionej i terroryzowanej. Strike jest przekonana, że ów głos należy do osiemnastoletniej Cory Teague, która zaginęła ponad trzy lata wcześniej. Jest także pewna, że szczątki nastolatki spoczywają zakurzone w magazynie laboratorium, w którym pracuje Brennan.

 

Brennan ma jednak wątpliwości, czy powinna nawiązać współpracę z samozwańczą detektyw buszującą w sieci. Lecz gdy pojawiają się kolejne dowody, wie, że musi się udać w dzikie leśne ostępy, w których znaleziono dyktafon z poruszającym nagraniem głosu Cory Teague, a być może również jej kości. Wyprawa przynosi kolejne niepokojące odkrycia i nowe pytania. A także makabryczne dowody śmierci następnych ofiar i trop zagorzałej, tajemnej sekty religijnej…

 

„Uwielbiam Kathy Reichs – zawsze straszy, zawsze dostarcza suspensu i zawsze czegoś nowego uczy”. Lee Child

Tytuł oryginału:

SPEAKING IN BONES

Copyright © 2014 by Temperance Brennan, L.P.

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Marcin Słociński

Redakcja: Jolanta Olejniczak-Kulan

Korekta: Edyta Malinowska-Klimiuk, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-8110-530-9

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Dedykacja

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Podziękowania

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla

Coopera Eldridge’a Mixona,

urodzonego 14 lipca 2014 roku

Rozdział 1

– Nie mam już więzów na rękach i nogach. Nadgarstki i kostki pieką jeszcze od taśmy. Na żebrach czuję siniaki, za uchem obecność guza. Nie pamiętam uderzenia w głowę. Leżę bardzo spokojnie, ponieważ boli mnie całe ciało. Jakbym się poturbowała. Jak wtedy, kiedy rozwaliłam swój rower. Dlaczego nikt z rodziny nie przyjdzie, żeby mnie uratować? Czy nikt za mną nie tęskni? Mam przecież tylko rodzinę. Żadnych przyjaciół. To było po prostu zbyt trudne. Jestem całkiem sama. Bardzo sama. Jak długo już tu jestem? I gdzie właściwie jestem? Świat wymyka mi się z rąk. Wszystko. Wszyscy. Śpię czy jestem przytomna? To sen czy jawa? Dzień czy noc?

Kiedy wrócą, znów będzie boleć. Dlaczego? Czemu to się dzieje? Nie słyszę najmniejszego dźwięku. Nie. To nieprawda. Słyszę własne bijące serce. Szum krwi w swoich uszach. Czuję smak czegoś gorzkiego. Pewnie resztki wymiocin utkwiły mi w zębach. Wyczuwam zapach cementu. Własnego potu. Brudnych włosów. Nie cierpię, mieć nieumytych włosów. Teraz otworzę oczy. Jedno. Drugiego nie mogę, jest zaskorupiałe. Nie widzę zbyt dobrze. Wszystko jest rozmazane, jakbym spoglądała spod wody.

Nienawidzę tego czekania. Wtedy w moim mózgu pojawiają się obrazy. Nie jestem pewna, czy to wspomnienia, czy halucynacje. Widzę go. Zawsze ubranego na czarno, z twarzą wściekle czerwoną, spływającą potem. Unikam jego oczu. Wpatruję się w jego buty. Lśniące buty. Na ich skórze tańczy żółtawe odbicie płomyka świecy. Stoi nade mną, wielki i paskudny. Przyciska swoją ohydną, śmierdzącą twarz do mojej. Czuję jego wstrętny oddech na skórze. Wścieka się i szarpie mnie za włosy. Ma wzdęte żyły. Krzyczy, wydaje się, że jego słowa dochodzą z innej planety. Albo jakbym to ja opuściła swoje ciało i słyszała wszystko z bardzo daleka. Widzę jego rękę zbliżającą się do mnie, zaciskającą się na czymś tak mocno, że aż drży. Wiem, że i ja się trzęsę, ale pozostaję w odrętwieniu. A może już jestem martwa?

– Nie! Jeszcze nie! Nie pozwól, żeby to się stało teraz!

– Moje ręce robią się całe zimne, mrowią. Nie powinnam była o nim w ogóle mówić. Nie powinnam wspominać, że jest ohydny.

– Tak. Zbliżają się.

– Dlaczego to mi się przydarza? Co ja takiego zrobiłam? Zawsze starałam się być grzeczna. Słuchać tego, co mówi mama. Nie pozwól, żeby mnie zabili! Mamo, proszę, nie pozwól, żeby mnie zabili!

– Mąci mi się w głowie. Muszę przestać mówić.

Cisza, a potem skrzypienie otwieranych drzwi. Zbliżanie się.

Kroki na posadzce, niespieszne, pewne.

– Wracaj na swoje miejsce.

– Nie!

– Będziesz grzeczna?

– Zostaw mnie w spokoju!

Gorączkowy, rytmiczny oddech.

Głuchy odgłos ciosu.

– Proszę, nie zabijaj mnie.

– Rób, co mówię.

Szloch.

Dźwięk przypominający ciągnięcie czegoś.

Jęki. Rytmiczne.

– Jesteś mi posłuszna?

– Brudna suka! – powiedziane głośniej, głębiej.

Miękki zgrzyt.

Kliknięcie metalu trafiającego w odpowiednie miejsce.

– Umrzesz tu, zdziro!

– Odpowiesz mi?

– Ty kurwo!

Bębnienie wściekłych palców. Drapanie.

– Daj mi to, czego potrzebuję!

Pfff! Dźwięk gwałtownego spluwania.

– Nie odpowiesz?

Jęk.

– To dopiero początek.

Skrzypienie. Furiackie trzaśnięcie drzwiami.

Absolutna cisza. Tylko miękki szloch.

– Proszę, nie zabijaj mnie.

– Proszę, nie zabijaj mnie.

– Proszę.

– Zabij mnie.

Rozdział 2

Kłykcie kobiety wystawały blado spod skóry popękanej i spierzchniętej. Jednym gruzłowatym palcem wcisnęła guzik na przedmiocie znajdującym się w woreczku marki Ziploc.

W pomieszczeniu zapadła cisza.

Siedziałam bez ruchu, czując, jak włosy na moim karku unoszą się w górę niczym trawa na wietrze.

Oczy kobiety wpatrywały się we mnie twardo. Były zielone, cętkowane żółtymi plamkami, kojarzyły mi się z oczami kota. Kota umiejącego czekać, a potem zaatakować ze śmiertelną precyzją.

Pozwoliłam, by cisza trwała. Częściowo po to, by uspokoić własne nerwy. Ale głównie dla zachęcenia kobiety do wyjawienia mi celu swojej wizyty. Za kilka godzin miałam zarezerwowany lot. I jeszcze mnóstwo do załatwienia, zanim udam się na lotnisko. Lot do Montrealu, do Ryana. To tutaj nie było mi wcale potrzebne. Musiałam się jednak dowiedzieć, co kryje się za tymi strasznymi słowami, które przed chwilą usłyszałam.

Kobieta cały czas siedziała na krześle, pochylona do przodu. Napięta. Wyczekująca. Była wysoka, mierzyła co najmniej metr osiemdziesiąt, miała solidne buty, spodnie i dżinsową koszulę z mankietami podwiniętymi do przedramion. Włosy farbowane na kolor gliny na kortach Rolanda Garrosa spięła w wysoki kok na czubku głowy.

Moje oczy uwolniły się od kociego wejrzenia i powędrowały ku ścianie za plecami kobiety. Na oprawny certyfikat głoszący, że Temperance Brennan jest posiadaczką dyplomu Amerykańskiej Rady Antropologii Sądowej. D-ABFA. Egzamin był cholernie trudny.

Siedziałam ze swoim gościem w pomieszczeniu o powierzchni jedenastu metrów kwadratowych, przeznaczonym dla antropologa sądowego w randze konsultanta w dziale medycyny sądowej okręgu Mecklenburg. Drzwi zostawiłam otwarte. Sama nie wiem dlaczego. Zwykle je zamykam. Coś w tej kobiecie mnie jednak niepokoiło.

Z korytarza napływały znajome dźwięki, charakterystyczne dla mojego miejsca pracy. Dzwonek telefonu. Drzwi chłodziarki otwierające się ze świstem, a potem zamykane z kliknięciem. Ruchome nosze na gumowych kółkach przejeżdżające w stronę prosektorium.

– Przepraszam. – Z zadowoleniem usłyszałam, że mój głos zabrzmiał spokojnie. – Recepcjonistka przekazała mi pani nazwisko, ale gdzieś zawieruszyłam notatkę.

– Strike. Hazel Strike.

Te słowa uaktywniły delikatny brzęczyk w moim mózgu.

– Wołają na mnie Lucky1.

Milczałam.

– Ale nigdy nie polegam na samym szczęściu. Ciężko na wszystko pracuję. – Wiek Strike plasowałam gdzieś powyżej sześćdziesiątki, jednak jej głos rozbrzmiewał mocno, niczym u dwudziestoparolatki. Akcent sugerował, że mieszka niedaleko.

– A czym się pani zajmuje, panno Strike?

– Pani. Mój mąż zmarł sześć lat temu.

– Przepraszam.

– Znał ryzyko, ale wolał dalej palić. – Lekko uniosła jedno ramię. – Za to się płaci.

– Czym się pani zajmuje? – powtórzyłam, chcąc skierować jej uwagę na meritum sprawy.

– Wysyłam zmarłych do domu.

– Obawiam się, że nie rozumiem.

– Dopasowuję ciała do ludzi uznanych za zaginionych.

– To zadanie dla organów ścigania, we współpracy z koronerem i medykiem sądowym – powiedziałam.

– A wy, zawodowcy, nigdy nie zawodzicie.

Powstrzymałam się od aroganckiego komentarza. Strike miała rację. Według statystyk, które czytałam, liczba osób zaginionych w Stanach Zjednoczonych wynosi stale około dziewięćdziesięciu tysięcy, a liczba niezidentyfikowanych szczątków utrzymuje się od półwiecza na poziomie czterdziestu tysięcy. Kiedy ostatni raz sprawdzałam, w Karolinie Północnej było ich sto piętnaście.

– W czym mogę pani pomóc, pani Strike?

– Lucky.

– Lucky.

Strike położyła woreczek Ziploc obok jaskrawożółtego folderu na akta na moim biurku. W środku znajdował się szary plastikowy prostokąt, szeroki mniej więcej na dwa i pół centymetra, długi na pięć i wysoki na półtora. Metalowa obręcz przy jednej krawędzi sugerowała jego podwójne przeznaczenie: dyktafon i breloczek na klucze. Pętelka z wyblakłego dżinsu świadczyła o tym, że urządzenie to zawieszano u paska spodni.

– Imponujące małe ustrojstwo – powiedziała Strike. – Uruchamiane głosowo. Wewnętrzna pamięć typu flash o pojemności dwóch gigabajtów. Kosztuje niecałe sto dolców.

Żółty folder wzywał mnie. Oskarżycielsko. Dwa miesiące temu na fotelu przed swoim telewizorem zmarł mężczyzna z pilotem w dłoni. W zeszłym tygodniu jego zmumifikowane zwłoki znalazł bardzo niezadowolony z tego faktu właściciel mieszkania. Musiałam zakończyć tę rozmowę i wrócić do badań. A potem pojechać do domu, spakować się i przekazać kota sąsiadce.

Ale te głosy. Moje tętno wciąż nie mogło powrócić do normalnego rytmu. Czekałam.

– Nagranie trwa prawie dwadzieścia trzy minuty. Te pięć, których pani wysłuchała, wystarczy, żeby co nieco zrozumieć. – Strike nieznacznie pokręciła głową, wskutek czego jej kok przemieścił się nieco poza środek i przekrzywił. – Strach się bać, prawda?

– To nagranie rzeczywiście budzi niepokój – przyznałam, choć było to za mało powiedziane.

– Prawda?

– Powinna je pani zanieść na policję.

– Przyniosłam je do pani, pani doktor.

– Czy dobrze mi się wydaje, że słychać trzy głosy? – Ciekawość brała we mnie górę nad niechęcią, by się w to angażować. Oraz nad lękiem.

– Też tak uważam. Dwa męskie i jeden dziewczęcy.

– Co się tam dzieje?

– Nie wiem.

– Kim są osoby mówiące?

– Mam teorię dotyczącą tylko jednej.

– Jaką?

– Możemy się troszkę cofnąć?

Rzuciłam okiem na zegarek. Nie tak dyskretnie, jak sądziłam.

– Chyba że ma pani teraz za „zadanie” założyć parę karteczek z nazwiskami na ciała zmarłych. – Strike wykonała palcami sarkastyczny znak cudzysłowu przy wyrazie, którego użyłam chwilę wcześniej.

Oparłam się w fotelu i przyjęłam zasłuchany wyraz twarzy.

– Co pani wiadomo o internetowych detektywach amatorach?

A więc o to chodziło. Obiecałam sobie, że zachowam cierpliwość, ale będę odpowiadać krótko.

– To ludzie, którzy współzawodniczą ze sobą w sieci w rozwiązywaniu zamrożonych spraw kryminalnych. – Niedoszli medycy sądowi i niedoszli gliniarze. Nadgorliwi widzowie seriali w rodzaju NCIS, Dowody zbrodni, CSI: Kryminalne zagadki czy Kości. Nie powiedziałam tego głośno.

Strike ściągnęła brwi, aż połączyły się nad jej nosem. Były ciemne, nie pasowały do bladej skóry i marchewkowych włosów. Przyglądała mi się uważnie bardzo długo, zanim odpowiedziała.

– Kiedy większość ludzi umiera, odbywa się ich pogrzeb, stypa, nabożeństwo żałobne. Wygłasza się mowę pogrzebową, w prasie zamieszcza nekrolog. Niektórym wkłada się do trumny święte obrazki z ich własną podobizną w towarzystwie aniołów, świętych czy coś tam. Jeśli ktoś jest naprawdę znany, jego imieniem nazywa się jakąś szkołę albo most. Tak właśnie powinno być. Tak radzimy sobie ze śmiercią. Podkreślając osiągnięcia danej osoby za życia. Co się jednak dzieje, gdy ktoś po prostu znika? Na przykład. – Strike zwinęła, a potem rozłożyła palce. – Facet wychodzi do pracy i ślad po nim ginie. Kobieta wsiada do autobusu i nigdy z niego nie wysiada.

Zaczęłam mówić, ale Strike mi nie pozwoliła.

– Co się dzieje, kiedy zwłok nie da się zidentyfikować? Leżących przy drodze, w stawie, zawiniętych w dywan, upchniętych w szopie.

– Jak już powiedziałam, to zadanie policji i lekarzy sądowych. W tym zakładzie robimy, co możliwe, żeby zidentyfikować wszystkie ludzkie szczątki, niezależnie od okoliczności ich znalezienia lub ich stanu.

– Tutaj zapewne tak. Ale wie pani równie dobrze jak ja, że w innych miejscach nie jest tak różowo. Jeżeli zwłoki mają szczęście, to udaje się je rozpoznać po bliznach, przekłuciach, tatuażach, dawno odniesionych urazach, odciskach palców albo po DNA. Ciało, które uległo rozkładowi, lub sam szkielet ląduje u ekspertów takich jak pani. Robi się mu zdjęcia zębów, ustala płeć, wiek, rasę i wzrost, po czym wprowadza to wszystko do bazy danych. Ktoś z innego obszaru jurysdykcji sądowej, jeśli ma u siebie podobne szczątki, może rzucić na nie okiem, ale potem lądują w zamrażarce, gdzieś na zapleczu lub w piwnicy. Niezidentyfikowane ciało przechowuje się kilka tygodni, czasem kilka dni, a potem zostaje ono skremowane albo pochowane na cmentarzu dla ubogich.

– Pani Strike…

– Zaginieni. Zamordowani. Porzuceni. Niechciani. W tym kraju jest aż nadto umarłych, o których zapomniano. A gdzieś ktoś codziennie myśli o każdym z nich.

– Internetowe amatorskie dochodzenia są rozwiązaniem dla tego problemu?

– Jasne, że tak, do cholery. – Strike mocno podciągnęła rękawy do góry, jak gdyby ich mankiety nagle zaczęły ją uwierać.

– Rozumiem.

– Doprawdy? Była pani kiedyś na takiej stronie internetowej?

– Nie.

– Wie pani, co się dzieje na tych forach?

Uznając to pytanie za retoryczne, darowałam sobie udzielenie odpowiedzi.

– Niezidentyfikowani umarli otrzymują tam małe śliczne przezwiska. Księżniczka Nieznana. Pani Wydm. Dziewczynka z Namiotu. Panieneczka z Jeziora Panasoffkee. Maleńka Nadzieja.

Brzęczyk w moim mózgu rozognił okoliczne synapsy.

– To pani zidentyfikowała Starego Berniego – powiedziałam.

Tym mianem określano niekompletny szkielet znaleziony przez turystów w roku 1974 nieopodal schroniska, na pieszym szlaku Neusiok w parku krajobrazowym Croatan. Szczątki przekazano do biura głównego medyka sądowego, które w owym czasie mieściło się w Chanel Hill. Tam ustalono, że należały do starszego mężczyzny rasy czarnej. Przydzielonemu do tej sprawy detektywowi z New Bern nie udało się go zidentyfikować.

Całe lata szkielet spoczywał w pudle w magazynie działu medycyny sądowej. Ni stąd, ni zowąd zaczęto nazywać go Starym Berniem, od miasta New Bern, znajdującego się najbliżej znalezienia szczątków.

Kiedy odkryto szkielet Starego Berniego, w prasie publikowano liczne artykuły na ten temat – w Raleigh, w Charlotte, w New Bern i okolicznych miejscowościach. Sprawa odżyła ponownie w trzynastą rocznicę jego znalezienia, tym razem wraz ze zdjęciem zrekonstruowanej twarzy, po artykule w gazecie „Sun Journal” z New Bern z dnia dwudziestego czwartego marca 2004 roku. Jednakże po zmagazynowane kości nie zgłosił się nikt.

W roku 2007 wspomniał mi o tym pewien technik z działu medycyny sądowej. Zgodziłam się przyjrzeć tej sprawie.

Przychyliłam się do opinii, że szczątki należały do bezzębnej osoby pochodzenia afroamerykańskiego w wieku między sześćdziesiąt pięć a osiemdziesiąt lat. Zakwestionowałam jednak kluczowe ustalenie mojego poprzednika i zasugerowałam zmianę przezwiska z Berniego na Bernice. Cechy miednicy wskazywały bowiem niezbicie, że szkielet należał do kobiety.

Pobrałam jeszcze próbki tkanek do ewentualnych badań DNA, po czym Stary Bernie wrócił do kartonowego pudła w Chanel Hill. Rok później uruchomiono Krajowy System Osób Zaginionych i Niezidentyfikowanych, NamUs. Owa baza danych ludzkich szczątków bez tożsamości, w żargonie policyjnym zwanych NN, oraz osób zaginionych, w żargonie policyjnym OZ, jest bezpłatna i dostępna dla wszystkich. Wprowadziłam deskryptory tego przypadku do sekcji NN. Wkrótce detektywi amatorzy z Internetu zaczęli się zlatywać niczym roje much.

– Taa – potwierdziła Strike. – To ja.

– Jak się pani udało?

– Zwykły upór.

– To trochę niejasne.

– Przejrzałam miliony zdjęć na NamUs i innych portalach z listami osób zaginionych. Wykonałam szereg telefonów, pytając o starsze panie bez zębów. Na obu frontach bez rezultatów. Zrezygnowałam więc z netu i zaczęłam szperać za artykułami z lokalnych gazet, rozmawiać z gliniarzami w New Bern i w okręgu Craven, ze strażnikami parku Croatan. I tak dalej. I nic.

Miałam na szczęście nosa, żeby podzwonić po domach starców. Znalazłam taki zakład w Havelock, z którego w 1972 roku zniknęła pacjentka. Charity Dillard. Administrator zgłosił zaginięcie Dillard, ale nikt tak naprawdę nie zadał sobie większego trudu, żeby ją odnaleźć. Dom stoi blisko przystani dla łodzi, doszli więc do wniosku, że wpadła do jeziora i utonęła. Kiedy dwa lata później zrobiło się głośno o Starym Berniem, dalej nikt się tym nie interesował, ponieważ szkielet rzekomo należał do mężczyzny. Koniec opowieści.

– Dopóki pani nie powiązała jednego z drugim. – Słyszałam o tym plotki za pośrednictwem stanowego lekarza sądowego.

– Dillard miała jednego żyjącego wnuka, gdzieś w Los Angeles. Dostarczył materiału genetycznego. Dzięki pani próbkom DNA można je było porównać. Sprawa zamknięta.

– Gdzie jest teraz Dillard?

– Wnuk szarpnął się i postawił jej nagrobek. A nawet przyleciał na wschód, na pogrzeb.

– Miło.

– Trzymanie jej zakurzonych kości w pudle nie było w porządku. – Znów wzruszyła jednym ramieniem.

Wiedziałam już, po co Strike przyszła do mojego gabinetu.

– Chodzi pani o kolejne niezidentyfikowane szczątki – powiedziałam.

– Tak jest.

Złożyłam obie dłonie w geście „kontynuuj”.

– Cora Teague. Osiemnastoletnia biała dziewczyna z okręgu Avery. Zniknęła trzy i pół roku temu.

– Czy zgłoszono jej zaginięcie?

– Oficjalnie nie.

– Co to znaczy?

– Nikt nie wypełnił raportu o zaginięciu. Informacje o niej znalazłam na stronie internetowej. Rodzina sądzi, że dziewczyna po prostu zwiała.

– Rozmawiała pani z rodziną?

– Tak.

– To powszechna praktyka u detektywów internetowych?

– Coś się tej małej stało, a nikt nie kiwnie nawet palcem.

– Kontaktowała się pani z miejscowymi władzami?

– Osiemnaście lat oznacza, że dziewczyna jest dorosła. Może jeździć, gdzie chce. Bla, bla, bla.

– To prawda.

Strike dźgnęła kciukiem woreczek Ziploc.

– Czy to brzmiało dla pani jak manifest osoby, która może robić, co chce?

– Czyli według pani dziewczyna na nagraniu to Cora Teague?

Strike wolno pokiwała głową.

– Dlaczego przychodzi pani z tym do mnie?

– Bo sądzę, że gdzieś tutaj ma pani upchnięte kawałki ciała Teague.

Rozdział 3

– Chyba poproszę jakiegoś detektywa, żeby do nas dołączył.

– Nie. – Zdawszy sobie sprawę z ostrości swego tonu, Strike dodała: – Jeszcze nie.

– Okej. – Na razie. – Proszę mi opowiedzieć o Teague.

– Jeżeli okaże mi pani cierpliwość, podzielę się wszystkim, co wiem.

Znów uniosła jedno ramię. Nie było to właściwie wzruszenie, raczej tik. Albo bezwiedna próba ulżenia własnemu kręgosłupowi.

– Cora urodziła się w dziewięćdziesiątym trzecim jako czwarta z piątki dzieci. Jej ojciec, John Teague, jest właścicielem stacji benzynowej, połączonej ze sklepem spożywczym, budowlanym i wędkarskim. Matka, Fatima, to etatowa pani domu. Czasem pracuje też za kasą w sklepie. Starszy brat Cory, Owen Lee, jest już żonaty, a dwie jej starsze siostry, Marie i Veronica, też wyszły za mąż. On sprzedawał nieruchomości, ale szło mu słabo. Sięgnął właściwie dna, po czym przerzucił się na biznes ze szkoleniem psów. Obie siostry mieszkają poza stanem. O Elim wiem niewiele. To najmłodszy. Ma chyba dziewiętnaście lat. Owen Lee i rodzice mają domy w odległości paru kilometrów od siebie w okręgu Avery.

Pasmo Błękitne. W moim umyśle, nieproszony, pojawił się obraz mamy i zniknął.

Skinęłam głową na znak, że słucham.

– Według jednego z postów na witrynie OPKK kropka net Cora zaginęła w tajemniczych okolicznościach trzy i pół roku temu.

– OPKK kropka net?

– Obywatele Poruszający Każdy Kamień. Na tej stronie każdy może zamieścić post z informacją o zaginionej osobie. Działa jak NamUs, tylko że jest prywatna.

– Znalazła więc pani Corę Teague na OPKK. – Chciałam mieć pewność, że wszystko dobrze rozumiem.

– Tak.

– Kto zamieścił post?

– I tu jest właśnie pies pogrzebany. – Strike położyła łokcie na udach, pozwalając, by dłonie zwisały jej swobodnie w kierunku kolan. – OPKK pozwala na całkowitą anonimowość użytkowników.

– Czy to standard na tego typu stronach?

– Nie. Ale facet, który prowadzi tę witrynę, uważa, że ludzie chętniej podają informacje, jeśli nie wymaga się od nich odkrywania własnej tożsamości.

– To znaczy, że dany użytkownik nie musi podawać swojego nazwiska, aby zamieścić post o osobie zaginionej albo uczestniczyć w dyskusjach na forum.

– Właśnie. A ci, którzy figurują jako zaginieni, niekoniecznie przechodzą przez kanały oficjalne.

– Czyli policyjny raport nie jest wymagany. – Brzmiało to co najmniej dziwnie.

– Otóż to. Dlatego nie przy każdym OZ podaje się nazwę instytucji, która danej osoby poszukuje. W takim wypadku to administrator strony prosi o podawanie jak najwięcej danych.

– A zatem każdy oszołom na tej planecie może publikować dowolne bzdury, jakie tylko przyjdą mu do głowy.

– To nie jest aż tak proste – powiedziała defensywnie.

– Jednak nie ma pani pojęcia, kto zamieścił te informacje o Teague.

– Chce pani posłuchać do końca?

– Proszę mówić.

– Ponieważ zaginięcia Cory Teague nigdy nie zgłoszono oficjalnie, jej sprawa nie spotkała się z żadnym zainteresowaniem ze strony mediów. A także z zainteresowaniem na wspomnianej witrynie internetowej. Doszłam do wniosku, że jeśli gdzieś tam znaleziono już jej zwłoki, a szczątki figurują w bazie danych osób NN, to nikt nie będzie nawet próbował znaleźć dopasowania. Wszystko zatem zależało tylko ode mnie.

– To było wyzwanie właśnie dla pani.

– Tak.

– A pani lubi wyzwania. – Zaczynałam wyczuwać naprawdę nieprzyjemną aurę.

– To coś złego?

– Więc co zaszło?

– Według tego postu Teague zapadła się pod ziemię w środku lata dwa tysiące jedenastego roku.

– Gdzie widziano ją ostatni raz żywą?

– W okręgu Avery. O tym wszyscy wiedzą.

– Teague bywała obecna w Internecie?

– Nic takiego nie stwierdziłam. Ani na Myspace, ani na Facebooku i Twitterze. Nie miała adresu mailowego. Nie korzystała z portali Buzznet, Blogster, Foursquare, LinkedIn. A także z iTunes…

– A z komórki?

– Też nie.

Osiemnastolatka bez telefonu komórkowego? To brzmiało naprawdę niedorzecznie.

– Rozmawiała pani z jej rodziną? Co powiedzieli?

– Sądzą, że uciekła ze swoim chłopakiem.

– To się często zdarza.

– Rozmawiałam z kilkoma znajomymi. Obraz, który uzyskałam, nie pasuje do tej teorii.

– To znaczy?

– Teague była typem samotnika. Nie umawiała się na randki. Nie znalazłam ani jednej osoby, która by słyszała o jakimś jej chłopaku albo o tym, że na któregoś spojrzała. Nie miała też przyjaciółki. Bliskiej sąsiadki. Nie lubiła się z kierowcą autobusu czy z trenerem.

– Tylko rodzina.

– Tylko ona.

– Kim jest ten chłopak?

– Nie wiedzą. Albo nie mówią.

– Więc trzymała swój związek w tajemnicy. Młodzi ludzie nieraz tak robią.

– Trudno cokolwiek przesądzać, za mało danych. Teague poruszała się w bardzo wąskim kręgu ludzi. Rodzina. Dom. Kościół.

– Może poznała tego chłopaka w szkole.

Strike potrząsnęła głową.

– Nie ma mowy, przynajmniej według tych, z którymi się kontaktowałam.

– Czy Teague była dobrą uczennicą?

– Niezbyt. Chodziła do katolickiego gimnazjum, potem z trudem ukończyła liceum okręgu Avery. Nikomu nie zapadła w pamięć. Nie należała do żadnej drużyny sportowej, nie uczestniczyła w zajęciach pozalekcyjnych. Kobieta, z którą rozmawiałam, chyba szkolna pedagog, mówiła, że codziennie przywoził ją i odbierał ktoś z rodzeństwa albo jeden z rodziców.

– Chwileczkę. Pani dzwoniła do jej szkoły?

– Powiedziałam, że pomagam rodzinie dziewczyny.

Jezu. Ta kobieta to było niezłe ziółko.

– Jedna dziwna sprawa – ciągnęła Strike, obojętna na moją dezaprobatę. – W dorocznej księdze absolwentów zabrakło zdjęcia Teague.

– Może być wiele przyczyn. Miała wtedy fatalne uczesanie i nie chciała dać zrobić sobie fotki. Albo też w dniu, w którym wykonano fotografię, była chora.

– Być może. Jednak pedagog powiedziała, że według szkolnego dziennika Teague charakteryzowała się chroniczną absencją.

– Wiadomo o jakichś jej problemach z alkoholem lub narkotykami?

– Nie.

– Była młodocianą przestępczynią?

– Nie wiem. Po skończeniu szkoły podjęła pracę jako opiekunka do dzieci. Trwało to parę miesięcy i się skończyło.

– Dlaczego?

– Kłopoty ze zdrowiem.

– Jakiego rodzaju kłopoty ze zdrowiem?

– Nikt nie chciał mi powiedzieć.

– Dokąd Teague wyjechała?

– Do domu.

Czekałam, żeby Strike dodała coś więcej. Nie dodała.

– Pozwoli pani, że zbiorę fakty. Cory Teague nie widziano od ponad trzech i pół roku.

– Zgadza się.

– Ale policja nigdy nie otrzymała zgłoszenia o zaginięciu.

– Nigdy.

– Rodzina sądzi, że dziewczyna wyjechała gdzieś z własnej woli.

– Tak.

– Jednak pani zdaniem to mało prawdopodobne.

– Moim oraz osoby, kimkolwiek jest, która zamieściła ów post na OPKK.

Skinęłam głową, przyznając, że tu ma rację.

– Podejrzewa pani, że na tym nagraniu słychać głos Cory Teague – pokazałam na Ziploc.

– Podejrzewam.

– I że została zabita, a zwłoki porzucone. Że fragmenty jej ciała odnaleziono i przesłano do tutejszego laboratorium.

– Sugeruję, żeby wziąć pod uwagę taką możliwość.

– Dlaczego pani sądzi, że szczątki Teague są w naszym zakładzie?

– Mniej więcej półtora roku temu dokonała pani wpisu na portalu NamUs, szczegółowo opisując ludzki tułów, znaleziony w okręgu Burke. Burke leży przy drodze prowadzącej z Avery. Okno czasowe pasuje. Dane geograficzne również. Pasują też deskryptory. – Strike wyprostowała się i rozłożyła szeroko ręce. – Niech mnie pani nazywa wariatką, ale sądzę, że sprawa jest warta zastanowienia.

W korytarzu zagrzechotał wózek z próbkami. Otworzyły się jakieś drzwi, wypuszczając odgłos piły sekcyjnej przedzierającej się przez kość. Po czym zamknęły gwałtownie. Dźwięk ustał.

Wciąż słyszałam w głowie ów nieszczęsny głosik z taśmy.

Proszę, nie zabijaj mnie.

Proszę.

Zabij mnie.

Nadal czułam ciarki pełznące wzdłuż kręgosłupa.

– W jaki sposób weszła pani w posiadanie tego nagrania? – Gestem ręki wskazałam dyktafon.

Strike oparła się w krześle.

– Jak już mówiłam, nieustannie przeglądam strony internetowe z listami NN w nadziei, że jakiś zespół szczątków doprowadzi mnie do Cory Teague. Tak się jednak nigdy nie stało. Poza tym musiałam też zająć się sprawami osobistymi. Na pewien czas odpuściłam.

Przerwała, być może zastanawiając się nad tymi tajemniczymi problemami, które chwilowo wstrzymały jej poszukiwania.

– W zeszłym tygodniu powróciłam do swojego śledztwa. Kiedy zauważyłam pani wpis na NamUs, odniosłam wrażenie, że wszystkie harfy zagrały piękną melodię. Rozumie pani. Niczym w telewizji.

Nie rozumiałam. Ale kiwnęłam głową.

– Pani wpis zawierał informację o miejscu znalezienia tułowia, pomyślałam więc: a co mi tam. To przecież nie tak daleko. Dlaczego nie wpaść i trochę nie poszperać?

– Pojechała pani do okręgu Burke? Naprawdę?

– Tak. Kiedy tam dotarłam, wydało mi się oczywiste, że istnieje tylko jedno miejsce, w którym szybko można się pozbyć ciała przy punkcie widokowym. Wybrałam się na spacer z tego miejsca w dół. Przez kilka godzin nic, samo robactwo naokoło. Już miałam zrezygnować, kiedy zauważyłam łańcuszek na klucze zaklinowany między korzeniami wielkiego starego drzewa. Doszłam do wniosku, że znalazł się tam z powodu zbiegu okoliczności. Ale na wszelki wypadek zabrałam go ze sobą.

Końcówka ust Strike uniosła się lekko, po czym kobieta zamilkła.

– Odkryła pani, że to dyktafon, i odtworzyła nagranie – podsunęłam.

– Taa – odparła powściągliwie.

– A potem?

– A potem zadzwoniłam do pani.

Między nami zapadła bardzo długa cisza. Przerwałam ją, starannie dobierając słowa.

– Pani Strike, imponuje mi pani entuzjazm. A także zaangażowanie, aby przywracać bezimienne ofiary ich rodzinom. Ale…

– Ale nie może pani rozmawiać na temat szczegółów prowadzonych spraw.

– Właśnie.

– Mniej więcej tego się spodziewałam. – Strike wciągnęła szybko powietrze do płuc i napięła mięśnie żuchwy. Gotując się do kłótni? A może do zaakceptowania odmowy?

– Jednak mogę pani obiecać – ciągnęłam – że przyjrzę się całej tej sytuacji.

– Taa. – Żachnęła się, udając pozbawiony humoru śmiech. – Tylko niech pani nie przytrzaśnie sobie tyłka drzwiami, jak będzie pani lecieć, żeby się tym zająć.

Chwyciła ziploc i zerwała się na nogi.

Ja również wstałam.

– Jeżeli zostawi mi pani ten dyktafon, poproszę kogoś z laboratorium kryminalistycznego, żeby ocenił nagranie.

Strike powtórzyła swój wymuszony śmiech. Miała to doprowadzone do perfekcji.

– Raczej nie. – Wrzuciła ziploc do swojej torby.

Wyciągnęłam rękę.

– Odezwę się. Tak czy inaczej.

Strike kiwnęła głową.

– Byłabym wdzięczna. Również za dyskrecję.

Musiałam sprawiać wrażenie zdezorientowanej.

– Dopóki tożsamość ofiary nie zostanie potwierdzona, nie ma sensu wciągać w to mediów.

– Nigdy nie udzielam wywiadów. – Chyba że otrzymam takie polecenie z góry. Ale nie powiedziałam tego na głos.

– Przepraszam. Nie musiałam tego mówić. Chodzi o to, że robię, co mogę, dla dobra rodziny.

– Oczywiście.

Odprowadziłam Strike do końca korytarza, a potem patrzyłam, jak znika w holu. Przez cały czas debatowałam sama ze sobą, czy przekazać te informacje mojemu szefowi, głównemu lekarzowi sądowemu okręgu Mecklenburg. Wiedziałam, jak Larabee na mnie spojrzy. I jakie zada mi pytania.

Wróciwszy za biurko, odtwarzałam sobie w głowie rozmowę ze Strike. Rozważałam rozmaite możliwości.

Strike jest stuknięta. Jest artystką oszustwa. Przenikliwym detektywem bez odznaki.

Zaczęłam od opcji numer trzy. Strike kieruje się dobrą wolą, aczkolwiek przejawia nadgorliwość typową dla internetowych detektywów amatorów. Dyktafon wpadł jej w ręce tak, jak to opisała. Problemy. Dlaczego policjanci nie zauważyli tego przedmiotu, kiedy znaleźli tułów? Jak to możliwe, że tak długo przetrwał w dobrym stanie narażony na działalność żywiołów?

Powiedzmy, że dziewczyna na nagraniu to faktycznie Cora Teague. Powiedzmy, że Strike ma rację, twierdząc, iż Teague nie żyje i że mam jej szczątki u siebie w magazynie. Czy łańcuszek na klucze należał do niej? Czy nagrywała swoje myśli, przebywając w brutalnej niewoli? Czy została zamordowana?

Przeszłam do alternatywnego wyjaśnienia. Strike sfabrykowała całą tę historię. Sfałszowała zapis audio. Problem. Oszustwo szybko wyszłoby na jaw, Strike okazałaby się naciągaczką. Po co miałaby to robić? Bo jest stuknięta? Ponieważ pragnie uwagi mediów? Opcje jeden i dwa.

A może to Teague była oszustką, a Strike stała się ofiarą własnej łatwowierności. Teague i jej dwaj wspólnicy, mężczyźni, odegrali całą tę wymianę zdań i w jakiś sposób naprowadzili Strike na dyktafon. Teague od trzech i pół roku przebywa w nieznanym miejscu. Może chciała, by tak pozostało. Problem. Taśma brzmiała zbyt autentycznie. Lęk czający się w tym głosie na każdym słuchaczu wywarłby wrażenie przeciwne do zamierzonego.

A może Teague współpracuje ze Strike. To samo pytanie. Po co? Co miały nadzieję uzyskać?

W swojej pracy zawodowej mam do czynienia z całym szeregiem ludzkich motywacji, nieskończonym niczym Morze Południowochińskie. Jestem całkiem niezła w wykrywaniu oszustw. W ocenianiu charakterów. Myśląc jednak o spotkaniu sprzed chwili, musiałam przyznać, że nie mam zielonego pojęcia, co sądzić o Hazel „Lucky” Strike.

Rozdział 4

Wpatrywałam się w jaskrawożółty folder leżący na moim biurku. Larabee pewnie się niecierpliwił, czekając na informację o zmumifikowanych zwłokach.

Nadal się gapiłam, gdy mój iPhone zasygnalizował wiadomość przychodzącą. Przypomnienie o locie wywołało we mnie niespodziewaną falę niepokoju.

Decyzja.

Wzięłam głęboki oddech, a potem wybrałam numer. Czekając na połączenie z Północą, wyobrażałam sobie Ryana, dobierałam słowa i argumenty.

Andrew Ryan, lieutenant-détective, Service des enquêtes sur les crimes contre la personne, Sûreté du Québec. W tłumaczeniu: Ryan pracuje w wydziale zabójstw w policji prowincji Quebec. Ja jestem antropologiem sądowym w tamtejszym Biurze Koronera. Od lat wspólnie prowadzimy różne dochodzenia dotyczące morderstw.

Przez pewien okres Ryan i ja byliśmy również parą. Oboje postanowiliśmy zakończyć ten związek. Potem on zapadł się pod ziemię. Ostatnio uznał jednak, że czas powrócić z wygnania, i mi się oświadczył. Chociaż od tej chwili minęło już kilka miesięcy, nadal miałam taki mętlik w głowie, że nie mogłam dać sobie z tym rady.

Wyobraziłam sobie twarz Ryana. Już niemłodą, ze zmarszczkami i bruzdami wciąż w tych samych miejscach. Włosy koloru piasku i elektrycznie niebieskie oczy. Oczy, w których teraz odbije się rozczarowanie.

Uśmiechnęłam się szeroko, mimo obawy przed czekającą mnie rozmową. Tak właśnie działał na mnie Ryan. Naprawdę bardzo za nim tęskniłam.

Kiedy odebrał, w jego głosie słychać było dziecięcą wesołość.

– Madame, zarezerwowałem najlepszy stolik dla dwojga w Milos. Tudzież zorganizowałem całą gamę poobiednich zajęć. Także dla dwojga.

– Ryan…

– „Poobiednich” znaczy po posiłku. Rzeczone zajęcia odbędą się w zaciszu mojego domu.

– Z przykrością to robię, ale muszę wszystko odwołać.

Ryan milczał.

– Wypłynęła pewna sprawa. A właściwie dwie. Przykro mi.

– No cóż, istnieją rzeczy, od których mężczyzna po prostu nie może uciec. – Nieudana próba naśladowania Johna Wayne’a.

– Dyliżans. – Domyśliłam się, że cytat pochodził z tego właśnie filmu. Była to część naszej gry. – Chcesz posłuchać o tych sprawach?

– Może później. Na kiedy przeniesiesz lot?

– Jak tylko skończę tutaj.

Po chwili milczenia powiedział:

– Tempe, w głębi ducha boję się, że ten cytat pokazuje istotę rzeczy.

– To znaczy?

– Jesteś pewna, że odkładasz wizytę tylko z powodu obowiązków zawodowych?

– Oczywiście, że tylko przez pracę. – Naprawdę? Miałam ściśnięte gardło, oczy mnie paliły. – Zadzwonić do ciebie wieczorem?

– Jasne.

Na linii zapadła cisza.

Siedziałam przez chwilę, czując się samotna i zmieszana. Już prawie podjęłam decyzję, by jeszcze raz zadzwonić do Ryana i powiedzieć mu, że zmieniłam zdanie. Zamiast tego wybrałam numer linii US Airways.

Kiedy rozmawiałam z agentem, mój wzrok padł na żółty folder. Na krzesło, które wcześniej zajmowała Hazel Strike.

Znów wyobraźnia podsunęła mi tę przerażoną dziewczynę z nagrania.

Dałam sobie spokój z Ryanem. Facet sprzed telewizora też mógł poczekać.

Zanim poszłam porozmawiać z szefem o Strike, przywołałam znane mi fakty. Słabo pamiętałam tę sprawę. Jedynie to, że analizę wykonałam na specjalne zlecenie, ponieważ normalnie nasz dział medyczno-sądowy nie zajmuje się zwłokami znalezionymi w okręgu Burke. Nie pamiętałam, jakie było uzasadnienie owego zlecenia.

Dzięki Strike wiedziałam już, że szczątki odkryto mniej więcej półtora roku wcześniej. I przypomniałam sobie, że ich deskryptory sama wprowadziłam do bazy danych NamUs.

Po zalogowaniu się do komputera wpisałam słowa kluczowe „okręg Burke” oraz ogranicznik dat. Wyszukiwanie trwało krótko. Denat został zarejestrowany w naszym zakładzie jako ME229-13. Wyciągnęłam swój raport i szybko przeczytałam jego treść.

ME229-13 pojawił się u nas dwudziestego piątego sierpnia 2013 roku. Szczątki znalazł jakiś myśliwy. A mówiąc dokładniej, jego pies Mort. Pamiętam, że wtedy rozbawiło mnie to imię. Nieładnie z mojej strony, ale jednak.

Mort dokonał swego makabrycznego odkrycia trzydzieści parę kilometrów na północ od Morganton, niedaleko drogi numer 181. Kości leżały w dole zbocza, pod punktem widokowym, rozrzucone na obszarze ponad pięćdziesięciu metrów kwadratowych, przykryte liśćmi i gałęziami. Najwyraźniej stary Mort miał diablo dobry węch.

Dochodzenie prowadziła zastępczyni szeryfa okręgu Burke, niejaka Opal Ferris. Wszystko do mnie teraz wracało. Przypomniałam sobie swoje zaskoczenie, że Ferris okazała się na tyle bystra, by rozpoznać w szczątkach ludzkie kości. Że zadała sobie trud pofatygowania się na miejsce i zebrania kolejnych. Że dostarczyła zdobycz Morta do miejscowego lekarza sądowego.

Przeczytałam rozdział własnego raportu, zatytułowany Stan zwłok.

Tkanek miękkich zachowało się niewiele, działalność zwierząt i sił natury zebrała zwykłe żniwo. To, co pozostało, składało się z fragmentów skóry i wiązadeł, na tyle dużych, by wciąż łączyć ze sobą dwa segmenty kręgosłupa. Reszta przetrwała jako odrębne odłamki. Na liście znajdowały się: osiemnaście fragmentów żeber, piętnaście kompletnych i trzy rozczłonkowane kręgi, dwa fragmentaryczne obojczyki, części prawej i lewej łopatki oraz jeden fragment mostka.

W rozdziale zatytułowanym Wiek ofiary wpisałam zakres od siedemnastu do dwudziestu czterech lat. Szacunek ten oparłam na młodzieńczym wyglądzie końcówek żeber łączących się – poprzez tkankę chrzęstną – z mostkiem. A także na świeżym zroście na trzonku w środkowej części prawego obojczyka. Lewy był zbyt uszkodzony, żeby cokolwiek zaobserwować.

Na podstawie pomiarów długości nieuszkodzonego odcinka kręgosłupa obliczyłam wzrost ofiary na pomiędzy sto pięćdziesiąt dwa a sto osiemdziesiąt dwa centymetry, który to zakres był zbyt szeroki, by mógł do czegokolwiek się przydać.

W oparciu o stan kości oraz obecność i ilość wyschłej tkanki miękkiej, przedział czasowy zejścia śmiertelnego oszacowałam na od trzech miesięcy do maksimum dwóch lat wstecz.

Nie mogłam ustalić ani płci, ani rasy ofiary.

To było wszystko.

Wylogowałam się z oprogramowania działu medyczno-sądowego, weszłam do Internetu i wpisałam adres www.NamUs.gov. Podawszy login i hasło, wybrałam bazę danych osób niezidentyfikowanych i wprowadziłam numer katalogowy tułowia z okręgu Burke. W sekcji oznaczonej jako „Informacje o sprawie” znalazłam datę i miejsce znalezienia szczątków, a także datę utworzenia akt. Od tego czasu nie wprowadzano do nich żadnych modyfikacji. Status osoby pozostawał „bez tożsamości”. Moje nazwisko widniało w rubryce osoby kontaktowej oraz kierującej sprawą. W porządku. Tak właśnie Strike trafiła na mnie.

Przesuwałam strony raportu.

Jeśli chodzi o wagę, rysy twarzy, owłosienie ciała, kolor oczu i włosów, nie miałam wówczas żadnych danych, które mogłabym wprowadzić do systemu. Brak wszelkich informacji o amputacjach, deformacjach, bliznach, tatuażach czy piercingu. Brak dowodów na implanty medyczne czy brakujące narządy. Zero wiedzy o ubraniu, obuwiu, biżuterii, okularach i dokumentach. Brak DNA. Brak odcisków palców. Brak danych o uzębieniu.

Nic dziwnego zatem, że kości wciąż spoczywały na półce w moim magazynie. ME229-13 składał się z bezgłowego, pozbawionego kończyn odcinka szkieletu tułowia.

Odsunęłam się od biurka i przeszłam korytarzem do niewielkiego pomieszczenia, przy którego ścianach, od podłogi po sufit, stały metalowe stelaże. Każda z półek zapełniona była kartonowymi pudłami. Każde pudło nosiło naklejkę z numerem sprawy wypisanym dużymi literami czarnym markerem.

ME229-13 tkwił bezpośrednio przede mną na ścianie naprzeciwko drzwi, dwie półki od góry. Sięgnęłam ręką, wyjęłam pudło i zaniosłam je do „śmierdzącej sali”, małego prosektorium ze specjalnym systemem wentylacyjnym, który niwelował zapachy co bardziej cuchnących trupów. Rozkładających się zwłok. Topielców. Czyli tych, którymi zajmowałam się ja.

Umieściwszy pudło na stole sekcyjnym, założyłam lateksowe rękawiczki i plastikowy fartuch, wyciągnięte z szuflady pod kontuarem, po czym uniosłam pokrywę. Zgodnie z oczekiwaniami na zawartość pudełka składała się garstka kości. Z wyjątkiem dziesięciu kręgów piersiowych, które wygotowałam do czysta w celu usunięcia z nich tkanki miękkiej, wszystkie pozostałe miały zabarwienie głębokiego, mahoniowego brązu.

Wyjmowałam kości jedną po drugiej i układałam w pozycji anatomicznej. Kiedy skończyłam, na nierdzewnej stali leżały puzzle, które powinny stanowić klatkę piersiową. Luki po brakujących kościach wyglądały jak miejsca, które należałoby natychmiast uzupełnić.

Przez kolejną godzinę badałam każdą kość, każdy ich fragment pod podświetlanym powiększalnikiem. Zauważyłam urazy pośmiertne – ogryzione krawędzie oraz stożkowate perforacje pozostawione przez zęby żerujących zwierząt. Kilka perforacji odznaczało się bladożółtą istotą gąbczastą widoczną w środku. Brak plam na ich powierzchni podpowiedział mi, że za szkody te odpowiedzialny jest Mort.

Nie zauważyłam żadnych dowodów na urazy odniesione przez ofiarę przed jej śmiercią. Nic nie świadczyło o tym, by żebra się kiedykolwiek goiły lub by je leczono. Żadnych przemieszczeń stawów wywołanych dysplazją obojczyka lub kręgów.

Nie zauważyłam dowodów na urazy odniesione w chwili śmierci. Żadnych złamań wywołanych atakiem tępym narzędziem ani ran związanych z nagłym hamowaniem pojazdu. Żadnych wlotów i wylotów po pociskach. Brak nacięć i uszkodzeń spowodowanych ostrym przedmiotem. Nic, co by wskazywało na użycie przemocy w chwili śmierci.

Nie zauważyłam dowodów świadczących o chorobie lub anomaliach. Brak porowatości, nieregularności lub lezji, sugerujących niedożywienie, chorobę zakaźną czy zaburzenie metabolizmu.

Zniechęcona, wyprostowałam się i poruszałam ramionami. Tak jak poprzednio, nie miałam zielonego pojęcia o płci, rasie, stanie zdrowia i okolicznościach śmierci ME229-13.

Zegar wskazywał już czternastą trzydzieści siedem. Larabee czekał na informacje o mężczyźnie z pilotem w dłoni.

Czy zatem wiedziałam coś, co mogłoby rzucić światło na teorię Hazel Strike?

Spojrzałam na tułów przypominający puzzle.

Średnia wielkość kości, pasująca do dużej kobiety lub niewielkiego mężczyzny. Przybliżony wiek w chwili śmierci, między siedemnaście a dwadzieścia cztery lata, pasował do Cory Teague. Wzrost, od metra pięćdziesięciu dwóch do metra osiemdziesięciu dwóch, był zgodny z charakterystyką połowy populacji Ameryki Północnej.

Zgodność. Ulubiony wyraz medyków sądowych. Gdzieś między trafieniem a wykluczeniem. Zapisałam sobie, żeby zapytać o wzrost Cory Teague.

Znów pogrążyłam się w myślach. Czyżby Strike była szarlatanką? Wariatką? A może jednak natknęła się na coś naprawdę złego?

Na kościach nie zauważyłam niczego, co sugerowałoby popełnienie przestępstwa. Poza faktem, że leżały na pustkowiu, stosunkowo niedaleko zwykłej asfaltowej drogi.

W jaki sposób ME229-13 zakończył życie w tak odosobnionym miejscu? Czy ofiara szła drogą i zabłądziła? Spadła z platformy widokowej? Skoczyła?

A może należało wziąć pod uwagę o wiele potworniejsze fakty? Ciało ciśnięto w dół z punktu widokowego? Wyrzucono z samochodu w środku nocy?

Usłyszałam w głowie ów drżący głosik z taśmy. Znów poczułam dreszcz.

Za pomocą małej piły sekcyjnej odcięłam kawałek środkowej części mniej zniszczonego obojczyka, umieściłam go w plastikowej fiolce, a wieczko oznaczyłam numerem sprawy, datą i swoimi inicjałami. Nie robiłam sobie większych nadziei, że uda się z tej kości wyodrębnić DNA, ale przynajmniej mieliśmy próbkę do badań.

W razie gdyby teoria Strike miała jednak ręce i nogi. W razie gdyby ktoś z rodziny Teague dostarczył nam próbkę do porównań. W razie gdyby Larabee zgodził się zapłacić rachunek za analizę.

Niektóre aspekty opowieści Strike budziły wątpliwości. Zastępca szeryfa Ferris schodziła wtedy cały teren, znalazła kolejne kości, jednak nie zauważyła tego łańcuszka na klucze? A Hazel Strike – owszem.

Lampy fluorescencyjne nad moją głową miękko mruczały. Czułam ucisk w karku i ramionach, u podstawy czaszki czaił się już ból głowy.

Dość.

Umieściłam ME229-13 z powrotem w magazynie i wróciłam do swojego gabinetu. Mijając sale sekcyjne, nie słyszałam wycia ani grzechotania. Patolodzy skończyli na dzisiaj cięcie zwłok.

Zawsze przechowuję tradycyjne, papierowe kopie akt wszystkich prowadzonych przeze mnie spraw. Przedpotopowy zwyczaj, ale nic na to nie poradzę. Udałam się prosto do szafki na dokumenty i wyjęłam z niej neonowożółty folder z odręcznie napisaną sygnaturą ME229-13. Bardzo cienki.

Usiadłam za biurkiem i otworzyłam akta. Do okładki po stronie wewnętrznej przypięta była brązowa paczuszka, której szukałam.

Powoli przeglądałam zdjęcia z „miejsca zdarzenia” zrobione przez Opal Ferris. Tak samo jak w roku 2013, byłam pod wrażeniem staranności dokumentacyjnej owej funkcjonariuszki. Jej umiejętności fotografowania imponowały już znacznie mniej.

Na pierwszym zdjęciu, rozmiarów siedem i pół na dwanaście i pół centymetra, pokazano punkt widokowy, aczkolwiek większość szczegółów była niewidoczna, gdyż aparat skierowano pod słońce. Tak samo było w przypadku dwóch kolejnych fotek. Na trzeciej zobaczyłam płaski teren z drewnianą balustradą, a za nią stromy spadek. W oddali las. Na kilku kolejnych ujęciach widać było drzewa, głównie sosny, a także gęste zarośla górskich wawrzynów – tutaj zapewne buszował Mort.

Ostatnia seria zdjęć przedstawiała zbliżenia kości w miejscu ich znalezienia: zbitka żeber przecięta cieniem, fragment kręgosłupa zagrzebany w ziemi, poszczególne kręgi wystające spod pnia sosny.

Na każdej fotografii widniała niewielka plastikowa linijka do oznaczania rozmiarów materiału dowodowego, pozbawiona jednak podziałki oraz strzałki kierunku. Niektóre zdjęcia były ostre, inne rozmyte z powodu niedostatecznego oświetlenia albo niestabilności aparatu. Nie ulegało też wątpliwości, że przed ich wykonaniem Ferris co nieco oczyściła i zaaranżowała.

Ostatnia fotografia przedstawiała cały prawy obojczyk – bardzo wyraźnie widać było pełną zawijasów linię zrostu. Wpatrywałam się w to wymowne świadectwo młodego wieku kości. Gdy Corę Teague widziano po raz ostatni, miała osiemnaście lat. Czy to była jej kość? A jeśli nie, to który dzieciak skończył w ten sposób, martwy na górskim zboczu?

Czas porozmawiać z Opal Ferris. A potem zająć się Człowiekiem sprzed Telewizora.

Zadzwoniłam, sprawdziwszy numer w swoich zapiskach. Odebrano po pierwszym sygnale.

– Wydział szeryfa okręgu Burke. Czy to pilne wezwanie? – Głos był kobiecy, słowa wymawiał jak robot.

– Nie. Chciałabym…

– Proszę zaczekać.

Zaczekałam.

– Okej, proszę pani, proszę podać nazwisko.

– Doktor Temperance Brennan.

– Jaki jest powód pani telefonu?

– Chciałabym rozmawiać z zastępczynią szeryfa, Opal Ferris.

– Czy może pani powiedzieć, w jakiej sprawie?

– Ludzkich szczątków znalezionych w rejonie drogi numer 181.

– Proszę zaczekać.

Zaczekałam. Po pełnej minucie przełączyłam aparat na głośnik i odłożyłam słuchawkę.

– Okej. Kiedy znaleziono te szczątki?

– W sierpniu 2013 roku – odparłam bardziej szorstko, niż zamierzałam. Bolała mnie jednak głowa. I tego rodzaju grillowanie piekielnie mnie irytowało.

– Może pani powiedzieć coś więcej?

– Nie – rzuciłam ostro.

Lekkie wahanie. Potem usłyszałam:

– Proszę zaczekać.

Zaczekałam. Dłużej niż za każdym z poprzednich razów.

Stukałam palcami jednej ręki w blat biurka, drugą zakreślałam na prawej skroni okręgi. Nagle po tamtej stronie linii coś kliknęło. Potem przez małe kwadratowe otwory głośnika dobiegł mnie ten sam głos.

– Zastępczyni szeryfa Ferris jest nieosiągalna. Chciałaby pani zostawić swoje dane kontaktowe?

Podałam numer głównej linii MCME oraz numer własnej komórki. Podkreślając, że to pierwsze to dział medycyny sądowej. Obcesowo.

Kobieta życzyła mi dobrego dnia i się pożegnała.

Dźgnęłam przycisk rozłączania. Bezsensowna próba zachowania kontroli nad sytuacją.

Świat za moimi drzwiami spowijała cisza. Badacze śmierci albo byli w terenie i wkładali zwłoki do worków, albo wykonywali w swych boksach „papierkową robotę”. Patolodzy wycofali się do gabinetów lub pojechali realizować inne zadania.

Mój wzrok spoczął na aktach leżących na biurku. Potem przeniósł się na zegarek. Piętnasta pięćdziesiąt pięć.

Chciałam jechać do domu, zjeść obiad z kotem, Birdiem, spędzić trochę czasu na rozmowie z Ryanem. Uspokoić się?

Wyobraziłam sobie oblicze Larabeego. Leniwe, zatroskane i jednocześnie niezatroskane spojrzenie za to, że zlekceważyłam mumię.

– Świetnie.

Złapałam folder z zamiarem powrotu do śmierdzącej sali. Obracałam się właśnie w fotelu, gdy zadzwonił mój iPhone. Sądząc, że to Opal Ferris, odebrałam.

To nie była Opal Ferris.

Telefon sprawił, że ból głowy sięgnął zenitu.

Rozdział 5

– Tu Allan. – Akcent był z Karoliny, ale gdzieś w tle pobrzmiewał Bronksem.

Cholera. Cholera. Cholera.

– Cześć, Allan – powiedziałam z entuzjazmem przeznaczonym dla ślimaków w moim ogrodzie.

– Na pewno wiesz, dlaczego dzwonię.

– Pracuję nad tym. – Nieprawda. Straszliwie nie podobało mi się owo „to”. Unikałam „tego” od wielu miesięcy.

– Dzisiaj jest trzydziesty marca.

– Tak.

– Na pewno wiesz, co to oznacza.

Moje górne i dolne zęby trzonowe zetknęły się ze sobą. To już drugi raz. Allan Fink powtarzał tę frazę podczas każdej naszej rozmowy.

– Na pewno wiem. – Powiedziałam żwawo, niczym Dzwoneczek z kreskówki, szybko poruszający stópkami.

– Sprawa jest poważna.

– Rozchmurz się, Allan. Do terminu złożenia zeznania mamy jeszcze ponad dwa tygodnie.

– Tempe – odrzekł z westchnieniem udawanej cierpliwości. – Potrzebuję tych materiałów, żeby obliczyć całą należną kwotę.

– Dostarczę ci wszystko do piątku.

– Do jutra.

– Jestem zawalona pracą w laboratorium.

– A ja jestem twoim doradcą podatkowym. Teraz przypada najbardziej zawalony okres roku.

– Rozumiem.

– Proszę cię o to już od listopada.

– Postaram się.

– Nie jesteś moją jedyną klientką.

W głowie dodałam: „Na pewno wiesz”. Przypominał mi o tym już z milion razy.

– Darowizny na cele charytatywne, wydatki służbowe, delegacje, formularz numer 1099, uwzględniający wszystkie honoraria i wniesione opłaty. Coś jeszcze?

Zapadła surowa, karcąca pauza, po której powiedział:

– Wyślę ci ponownie listę wszystkich pozycji, których mi brakuje.

– Jestem pewna, że przechowuję rachunki. – Gdzieś chyba przechowuję.

– Przydałyby się.

– To naprawdę jest aż tak ważne?

– Urząd skarbowy jest dziwnego zdania, że i owszem.

– Zarabiam mniej niż małpa w cyrku.

– A ile dziś zarabiają występujące przed ludźmi naczelne?

– Trochę fistaszków.

– To musi bardzo irytować słonie. – I Allan się rozłączył.

Kiedy skończyłam, było już po ósmej. Zawiozłam Człowieka sprzed Telewizora z powrotem do chłodziarki. W pomieszczeniach MCME szumiała przesadna cisza, charakterystyczna tylko dla budynków opustoszałych po całodziennym harmidrze.

W oparciu o badanie szkieletu i dane dentystyczne ustaliłam, że zmumifikowane zwłoki należały do starszego mężczyzny, rzeczonego lokatora mieszkania. Ani stan ciała, ani zdjęcia rentgenowskie nie wskazywały, że śmierć spowodowały osoby trzecie. Staruszek wykorkował podczas ciągłego oglądania Rodziny Soprano albo jakiegoś innego serialu.

Larabee zapewne będzie niezadowolony z faktu, że swój wstępny raport przygotowałam z opóźnieniem, jednak jego treść powinna go ucieszyć. Reszta należała już do niego.

Powietrze na zewnątrz było ciepłe i bardzo wilgotne, barwy widnokręgu przechodziły z rudego brązu w szarość. Chmury w kształcie serpentyn rozciągały się zdecydowaną czernią ponad drutami telefonicznymi wzdłuż obu stron Queens Road.

Telefon od Allana wytrącił mnie z równowagi. Ostatnie, czego teraz chciałam, to spędzić noc nad restauracyjnymi kwitami i starymi kartami pokładowymi do samolotu. Co roku przyrzekam sobie być lepiej zorganizowaną. Co roku mi się to nie udaje. Kiedy zdałam sobie sprawę, że sama odpowiadam za ów problem, moja irytacja jeszcze wzrosła.

Po drodze do domu zatrzymałam się tylko raz, by kupić sushi na wynos. Zmierzch z wolna opanowywał okolicę. W gęstniejącym mroku dworek wyglądał jak niezgrabny czarny bunkier, magnolie i wiecznie zielone dęby przypominały olbrzymich strażników chroniących trawniki.

Minęłam Sharon Hall i wozownię, zmierzając ku najmniejszej budowli w kompleksie. Dwie kondygnacje, pięć pokojów i łazienka. Przybudówka, której pierwotne przeznaczenie przepadło w odmętach dziejów.

Spodziewając się, że wrócę do domu na długo przed zmrokiem, nie zostawiłam włączonych świateł. Wszystkie okna rzucały czarne cienie. Nie widziałam wprawdzie puszystego białego pyszczka, ale byłam pewna, że przez jedną z szyb wygląda za mną pewien bardzo głodny kot.

Wzięłam sushi, wysiadłam z samochodu i przeszłam przez patio do tylnych drzwi. Gdy wysuwałam odpowiedni klucz z nadmiernie obciążonego breloka, słyszałam auta mijające kościół baptystów w Myers Park. Szczekanie psa. Wycie syreny gdzieś w oddali.

– Cześć, Bird. – Włączyłam światło i położyłam torbę na kontuarze. Birdie wykonał ósemkę wokół moich kostek. – Wybacz, staruszku. Wiem, że umierasz z głodu.

Birdie usiadł i przyglądał mi się z dezaprobatą. Chyba. Potem, zwietrzywszy zapach surowego tuńczyka, zapomniał o wszelkich urazach i wskoczył na kontuar.

Napełniłam jego miskę, pewna, że zignoruje chrupiące grudki i skupi się na wyłudzaniu pokarmu ode mnie. Następnie wzięłam sobie talerz i colę dietetyczną, które ustawiłam na stole. Birdie wskoczył na krzesło obok mnie.

– No dobra – położyłam przed nim kawałek hamachi. – Mów, jak ci minął dzień.

Birdie pomacał mój prezent jedną delikatnie zwiniętą łapką, powąchał, i wreszcie pożarł. Bez słowa komentarza na temat swojej dziennej aktywności.

– Mój nie był dokładnie taki, jak sobie zaplanowałam.

Jedząc maki-zushi, opisałam mu swoje spotkania z Lucky Strike i Człowiekiem sprzed Telewizora. Koty mają gdzieś, kiedy mówi się do nich z pełnymi ustami. Tę cechę ich charakteru ogromnie podziwiam.

– Dzwonił do mnie Allan Fink. – Podzieliłam się swymi odczuciami na temat terminu składania zeznań podatkowych.

Bird słuchał, jego oczy podążały za pałeczkami, za pomocą których pochłonęłam dwa omlety tamago. Podałam mu ebi, a sama zjadłam ryż. Znów wykonał swoje badanie łapą i spałaszował krewetkę jednym kęsem.

Musiałam się do czegoś przyznać. Jedna rzecz sprawiła, że bywam burkliwa. Otóż była nią szokująca propozycja Andrew Ryana.

– Co o tym sądzisz? Powinnam wyjść za tego faceta?

Bird popatrzył na mnie, ale nie zaoferował żadnego udziału własnego.

– Zgadzam się. Później. Obstajesz za węszeniem wśród kości?

Znów brak odpowiedzi.

Wspięłam się po schodach, wzięłam szybki prysznic, przebrałam się w koszulkę i spodnie od piżamy. Potem skierowałam się w stronę poddasza na końcu korytarza.

Tutaj przechowuję dokumenty. Mój system, trójstopniowy, nigdy nie może zostać ujawniony przed Allanem Finkiem. Masz paragon, unieważniony czek, jakiś dokument, który może się kiedyś przydać? Wrzuć go do pudełka, napisz na nim datę, a pod koniec roku schowaj pudełko na strychu.

Szybko znalazłam odpowiedni karton, pomiędzy stertą przestarzałych podręczników a dwiema rakietami tenisowymi, których nie oddałam do naciągnięcia. Zatargałam go do jadalni, lekko zaniepokojona skromną wagą.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Kości mówią Kości nie kłamią Kości zaginionych Kod Skarb Kości są wieczne 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer