Niespłacone długi

Niespłacone długi

Autorzy: Petros Markaris

Wydawnictwo: Noir sur Blanc

Kategorie: Historia

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 17.31 zł

Pierwsza w Polsce książka autorstwa bestsellerowego greckiego pisarza Petrosa Markarisa - gorzko prawdziwa, a zarazem pełna humoru powieść kryminalna, tocząca się w pogrążonej w kryzysie Grecji.

Po krachu cały kraj staje w martwym punkcie. Nikt już nie zawraca sobie głowy chodzeniem do pracy, wszędzie dookoła wybuchają gorące debaty i protesty, a demonstracje blokują centrum Aten skuteczniej niż korki w godzinach szczytu. Nawet rodzina Charitos musi zacisnąć pasa. Kostas i Adriani właśnie zapłacili za wesele swojej jedynej córki i po trzydziestu latach kupili nowy samochód – teraz nie wiedzą, czy będą w stanie spłacić zaciągnięte zobowiązania... Wkrótce potem światem finansowym wstrząsa makabryczne zabójstwo dwóch bankierów, a media i policja ostrzegają przed zagrożeniem aktami terroru. Nienawiść wobec finansistów rośnie z dnia na dzień, a miasto zalewają ulotki nawołujące do buntu przeciwko bankom i niepłacenia rat i odsetek.

Pierwsza książka z cyklu śledztw komisarza Kostasa Charitosa.

Spis treści

Karta redakcyjna

Rozdział 4

Tytuł oryginału: LIXIPROTHESMA DANIA

Opracowanie redakcyjne: IRMA IWASZKO

Korekta: BEATA WYRZYKOWSKA, AGATA NOCUŃ

Projekt okładki: WITOLD SIEMASZKIEWICZ

Skład i łamanie: PLUS 2 Witold Kuśmierczyk

Copyright © 2010 by Petros Markaris and 2011 Diogenes Verlag AG Zürich

All rights but Greek reserved

For the Polish edition

Copyright © 2018, Noir sur Blanc, Warszawa

All rights reserved

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-65613-71-4

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o.

ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa

e-mail: nsb@wl.net.pl

księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl

Konwersja: eLitera s.c.

4

Idę razem ze Stawropulosem do tylnej części ogrodu, w stronę górującego nad Koropi pagórka. Za nami podąża ekipa laboratorium, ze swoim szefem Fakidisem na czele – uznał za koniecznie pojawić się osobiście. Obok niego kroczy Dimitriju, najbardziej doświadczony technik zespołu. Prowadzą nas dwie „zety” – policjanci z motocyklowej brygady szybkiego reagowania, którzy przybyli jako pierwsi po otrzymaniu telefonu od gospodyni Zisimopulosa.

Dom jest dwukondygnacyjny i zbudowany na wzgórku. Frontowy ogród rozciągający się od wejścia mniej więcej do połowy parceli robi duże wrażenie, cały w kwiatach, głównie różach. Dalej jest ogród z grządkami pomidorów i innych warzyw. Wielki, rozgałęziający się system nawadniania zasila w wodę cały teren, a pomiędzy rabatkami ciągną się wytyczone ścieżki. Wybieramy jedną z dróżek z boku ogrodu.

Przechodzimy obok domu i docieramy do znajdującego się na jego tyłach sadu złożonego z wielu gatunków drzew: od cyprysów przez platany do jabłoni, grusz i wiśni. Ziemię pokrywa żwir.

– Tu go znaleźliśmy – mówi jeden z motocyklistów, ten, który szedł pierwszy.

Po lewej stronie na polance wznosi się coś jakby pergola z betonową podłogą, na której ustawiono niewielki stolik, a przy nim dwa rozkładane krzesła. Przed konstrukcją widzę kształt schowany pod białym prześcieradłem.

Wszyscy rozumiemy, co się pod nim kryje, ale to Stawropulos ubiega nas, być może z powodu przyzwyczajenia zawodowego, i odkrywa płachtę. Naszym oczom ukazuje się pozbawione głowy ciało Zisimopulosa. Coś mi staje w gardle, chce mi się wymiotować, ale szybko przełykam ślinę i się opanowuję.

Zisimopulos był człowiekiem słusznej wagi. Kiedy go zabito, miał na sobie koszulę i spodnie w kolorze khaki oraz sandały włożone na skarpetki.

Stawropulos rzuca szybkie spojrzenie.

– Na pierwszy rzut oka nie widzę innych urazów. Czyli głowa nie została odcięta później. Zabito go poprzez ścięcie.

Po lewej stronie koszuli ofiary przyczepiono przezroczystą taśmą klejącą kartkę formatu A4 z wielką literą „D”.

– Wydrukowano ją na komputerze. Wcale mi się to nie podoba.

– Ani mnie.

Obaj dobrze wiemy, co może oznaczać owo „D”. Wiadomość, podpis, znak firmowy, cokolwiek. Wielkie „D” w połączeniu z obciętą głową uświadamia nam, że mogą pojawić się kolejne morderstwa i że nie wiemy, kto będzie następną ofiarą.

– Czy znaleźliście głowę? – pyta Stawropulos.

Drugi motocyklista wskazuje na mniejszy obiekt przykryty ręcznikiem kąpielowym, pomiędzy korzeniami jabłoni, jakieś dziesięć kroków dalej. Tym razem to Dimitriju spieszy się z odsłonięciem. Teraz, gdy widzę twarz Zisimopulosa z resztkami włosów nad skronią i małą bródką, daję mu jakieś sześćdziesiąt pięć do siedemdziesięciu lat. Jego otwarte oczy patrzą ze strachem na wiszące na drzewie jabłka. Na widok ciała podzielonego na dwie części zapada pełna przerażenia cisza.

– Sądząc po jego stroju, należy założyć, że zabito go, kiedy zajmował się ogrodem – podsumowuje po jakimś czasie Fakidis.

– Idź po ogrodnika, który znalazł ciało – mówię do Dermidzakisa. Rozglądam się dookoła. – Jeśli pracował w ogrodzie, to gdzieś powinny być narzędzia – mówię. – A na razie niczego takiego nie widzę.

Wlasopulos chce otworzyć szopę, która znajduje się obok, ale okazuje się, że drzwi są zamknięte, co tylko potwierdza moje przypuszczenia.

– Idę po klucz.

– Nie fatyguj się. Przyniesie go ogrodnik.

Wraz z Dermidzakisem nadchodzi właśnie trzydziestolatek w kombinezonie i sportowych butach. Przypomina raczej kuriera firmy przewozowej niż ogrodnika.

– Zisimopulos leży w pozycji, w jakiej go znalazłeś?

Spogląda na szopę i odpowiada:

– Tak go znalazłem.

– Przypatrz się, nie możemy sobie pozwolić na pomyłkę – naciska Wlasopulos.

– Jaką pomyłkę, przyjacielu? Będę go widział co noc we śnie i zawsze w takiej samej pozycji! – wykrzykuje ogrodnik.

Nie nalegam, pytanie jest techniczne. Kto miałby wejść do ogrodu i przemieścić ciało?

– Pamiętasz, o której go znalazłeś? – pytam.

– Przychodzę rano około siódmej i zaczynam podlewać. To mogło być kwadrans wcześniej lub później.

– W szopie trzymacie narzędzia?

– Oczywiście.

– Masz klucz?

– Tak, już otwieram.

Pospiesznie, z ulgą, że nie musi już oglądać ciała, podchodzi do szopy.

– Zajrzyj do środka – mówię do Wlasopulosa.

– Jeśli ogrodnik znalazł go o siódmej, to znaczy, że do zabójstwa doszło wczoraj wieczorem – konkluduje Stawropulos.

– Niekoniecznie. Może miał zwyczaj wstawać rano i wychodzić do ogrodu na spacer.

– Jeśli tak, to może się nam poszczęści i trafimy na kogoś, kto widział samochód lub motocykl podjeżdżający pod dom – włącza się Dermidzakis.

– Bardziej prawdopodobne jest to, że sprawca przybył nocą i zasadził się na ofiarę w ogrodzie – odpowiadam.

– Według ogrodnika nie brakuje żadnych narzędzi – krzyczy z szopy Wlasopulos.

– Jestem jeszcze panom potrzebny? – pyta mnie ogrodnik.

Chce odejść, nie może patrzeć na ciało.

– Jeszcze chwila. Czy Zisimopulos zajmował się ogrodem?

– Tak, praktycznie codziennie. Zwłaszcza różami, do których miał słabość.

– Czyli wiemy, że nie zabito go, kiedy zajmował się ogrodem. Zostawmy Stawropulosa i Fakidisa, niech robią, co do nich należy – mówię do swoich współpracowników. – Czy na posesji byli zatrudnieni na stałe służący? – zwracam się do ogrodnika.

– Tak, pani Marija, która zajmowała się domem i gotowaniem, oraz Bill.

– Kim jest Bill? – pytam zdziwiony.

– Osobistym służącym gospodarza. Myślę, że pochodzi z Afryki. Anglicy jakoś nazywają tę jego funkcję.

– Butler – podpowiada Fakidis, który zrobił w Anglii magistra.

– Tak, właśnie tak.

Wysyłam obu swoich podwładnych do Koropi w nadziei, że się czegoś dowiedzą, a sam w towarzystwie ogrodnika udaję się do willi. Wspinam się po marmurowych schodach i wchodzę do wielkiego hallu.

Nagle uświadamiam sobie prawdziwy rozmiar budynku. Zisimopulos musiał wydać na niego fortunę. Schody na wprost od wejścia prowadzą na piętro, a na prawo znajduje się małe pomieszczenie używane jako garderoba. Obok dwuskrzydłowe drzwi wiodą do jadalni, której środek zajmuje ogromny stół z dwunastoma krzesłami, w czterech kątach zaś rozmieszczono po jednym fotelu. Na ścianach wiszą dwie gabloty, jedna ze srebrem, druga z kryształami.

Po drugiej stronie od wejścia jest salon podobnych rozmiarów, umeblowany ciężkimi fotelami, kanapami, tapicerowanymi krzesłami oraz niskimi stolikami. Ścianę w głębi zasłania biblioteczka, przed którą umieszczono biurko z komputerem. Wydaje się, że Zisimopulos używał salonu jako biura.

Obok znajduje się pokój dzienny z telewizorem, zestawem stereofonicznym i innymi urządzeniami. Obserwując rozkład domu, te wszystkie pomieszczenia otwierające się na wspólny hall, odnosi się wrażenie, że Zisimopulos przez cały dzień przechodził z pokoju do pokoju, by wypełnić zżerającą go samotność.

– Gdzie jest kuchnia? – pytam ogrodnika, ponieważ się pogubiłem.

– Niech pan idzie za mną.

Za schodami na pierwsze piętro znajdują się drugie, które prowadzą na poziom niżej. Chociaż zżera mnie ciekawość, kim też jest ów Bill, wolę rozpocząć tradycyjnie od rozmowy z gosposią.

Znajduję ją w kuchni, tak wielkiej, że z pewnością bez trudu obsłużyłaby restaurację. Kobieta ma około sześćdziesięciu lat, nosi proste ubranie, ma spokojną, przyjazną twarz okoloną siwymi włosami. Oczy zapuchły jej od płaczu.

– Nie chcę od pani w tym momencie wielu informacji – mówię. – Tylko te podstawowe, a jeśli jeszcze będę czegoś potrzebować, to zapytam innym razem. Mieszka pani w willi?

– Nie, w Koropi. Przychodzę koło ósmej i pracuję do jakiejś piątej.

– Jak wyglądał dzisiejszy ranek?

– Spotkałam Jordanisa, ogrodnika, przy bramie ogrodu. Był tak wzburzony, że na początku nic nie potrafił składnie powiedzieć. Kiedy zrozumiałam, co się stało, pobiegłam do willi i zadzwoniłam po policję.

– Dlaczego wcześniej nie zrobił tego sam ogrodnik?

– Bo nie może wchodzić do domu. Ma klucze do ogrodu, ale nie zna kodu do alarmu willi.

– Macie jeszcze jakąś obsługę?

– Dwie Bułgarki, które przychodzą dwa razy w tygodniu na generalne sprzątanie.

– A na czym polega pani praca?

– Przychodzę rano, trochę sprzątam w domu. Potem telefonicznie zamawiam zakupy, przygotowuję posiłki i kończę koło piątej. Zwykle przebywam w kuchni. Przygotowuję też kolację, którą podaje pan Bill.

Tytułuje Billa panem, co oznacza, że uważa go za wyżej postawionego w hierarchii.

– Jak układały się sprawy między pani szefem a Billem?

Pokazuje gestem, że nie wie.

– Co mam panu powiedzieć? Rozmawiali po angielsku. Czy to były obelgi, czy serdeczności, nie mam pojęcia, angielskiego nie znam ni w ząb. – Robi delikatną pauzę i dodaje z ledwo wyczuwaną goryczą: – Jednak nigdy nie słyszałam, by szef podnosił na pana Billa głos.

To logiczne, mówię sobie. Gdy u Greka chłopskiego pochodzenia pracuje butler, kompleksy ma chłop, a nie butler. Oceniam, że nie dowiem się od niej niczego więcej, i postanawiam przesłuchać Afrykańczyka. Pani Marija informuje mnie, że znajdę go na pierwszym piętrze.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Niespłacone długi 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Piękna i odważna. Ulubiona agentka Churchilla Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów Był sobie król… Do piekła i z powrotem: Europa 1914–1949 Wołyń '43 Romanowowie