Diabelskie zaklęcia

Diabelskie zaklęcia

Autorzy: Maxime Chattam

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 26.81 zł

W dzikiej leśnej głuszy zostają odnalezione zwłoki mężczyzny. Wszystko wskazuje na to, że zgon nastąpił na skutek śmiertelnego przerażenia. Na miejscu brak jakichkolwiek oznak zbrodni. Niebawem napływają zgłoszenia o zaginięciach kobiet. W ich mieszkaniach nie ma śladów włamania, a w czasie zniknięcia mężowie spali głębokim snem i niczego nie widzieli.

 

Tymczasem w centrum Portland coraz częściej pojawiają się jadowite pająki, które atakują mieszkańców. Kiedy kilka ukąszonych osób umiera, wydaje się, że miasto, ogarnięte przerażeniem i paniką, czeka zagłada. Policja nie wie nawet, z kim walczyć i gdzie szukać winnego. Nie wie nawet, czy za wszystkimi zbrodniami stoi człowiek, bestia, czy też tajemna siła. Do śledztwa włączają się Joshua Brolin, prywatny detektyw, i Annabel O'Donnel, inspektor policji nowojorskiej. Muszą stawić czoło niewiarygodnemu zbrodniarzowi, który pragnie unicestwić mieszkańców Portland, sięgając po narzędzia rodem z najstraszliwszego koszmaru…

 

„Wielki talent pisarski, potężna siła opisów, Maxime Chattam dodaje do thrillera wytworność literatury. Co więcej, nie tworzy po prostu powieści określonego gatunku, lecz posługuje się nim, aby opowiedzieć o barbarzyństwie tego świata. U Chattama trzeba czytać między wierszami, podobnie jak uciekać między pociskami”. Le Parisien

Tytuł oryginału:

MALÉFICES

Copyright © 2004 by Éditions Michel Lafon

Copyright © 2006 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2006 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Fragment Makbeta Williama Szekspira w przekładzie Józefa Paszkowskiego

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Marcin Grabski, Olga Rutkowska

Korekta: Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-8110-472-2

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Prolog

Rok później

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

53

54

55

56

57

58

59

60

61

62

63

64

65

66

67

68

69

70

71

72

73

74

75

76

77

78

79

80

81

82

83

84

Epilog

Postscriptum

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Tych, którzy nie przeczytali dwóch poprzednich powieści z tego cyklu, pragnę zapewnić, że opisana w książce historia będzie dla was całkowicie zrozumiała. To ostatni akt dramatu, ale zawarta w nim treść tworzy również zamkniętą całość – wystarczy tylko, że poddacie się jej biegowi. Pozostałych czytelników serdecznie pozdrawiam i cieszę się bardzo, że znów się spotykamy. Mam też głęboką nadzieję, że końcowa odsłona tej trylogii okaże się książką na miarę waszych oczekiwań i… obaw.

Życzę wam wszystkim dobrej lektury; spotkamy się znów na końcu książki.

Maxime Chattam

Edgecombe, styczeń 2003 roku

Mógłżeby cały ocean

Te krwawe ślady spłukać z mojej ręki?

Nie, nigdy! Raczej by ta moja ręka

Zdołała wszystkich mórz wody zrumienić

I ich zieloność w purpurę zamienić.

William Szekspir, Makbet

Prolog

PORTLAND, CZERWIEC 2001 ROKU

Doktor Sydney Folstom, dyrektor portlandzkiego Instytutu Medycyny Sądowej, chwyciła skalpel i sprawdziła gładkość ostrza. Odbity w nim promień porannego słońca podkreślił niebezpieczną tnącą krawędź.

Delikatnym ruchem obcięła tuż przy nasadzie jeden z pędów i wetknęła go obok w czarną ziemię. Cofnęła się o krok. Szklarnia przylegająca do jej biura była cichą przystanią, spokojnym królestwem roślin w sercu królestwa zmarłych.

– Rośnij, kochanie, zrób to dla mnie! – szepnęła, matczynym gestem gładząc łodyżkę sadzonki.

Niewielkie pomieszczenie było tak gęsto wypełnione licznymi odmianami roślin, że powietrze we wnętrzu wydawało się aż gęste. Chlorofilowa zieleń niemal zakrywała szklane ściany, pięła się po kratkach, schodziła ku podłożu, próbując pędami opleść drzwi. Doktor Folstom otarła pot z czoła. Czerwiec dopiero się zaczynał, a już wszędzie panował dokuczliwy skwar.

Nienawidziła letnich upałów.

Przez kilka miesięcy ciała będą dostarczane w stanie zaawansowanego rozkładu, a napuchnięte, zielonkawe zabarwienie w okolicy prawego dołu biodrowego rozciągnie się na cały brzuch. Zwłoki będą lepkie i pełne różnego robactwa. Nie, zdecydowanie nie lubiła późnej wiosny i lata.

Zniechęcona, stała chwilę bez ruchu, po czym włożyła jasnozieloną bluzę i wyszła przez niewielkie drzwi w głębi pomieszczenia. Czekała ją praca.

W podziemiach Instytutu Medycyny Sądowej umyła ręce. Starała się skoncentrować. Odbicie w lustrze ukazywało kobietę wysoką i elegancką, ale doktor Folstom wiedziała, że inni postrzegają ją jako istotę zimną, surową i obdarzoną przenikliwym spojrzeniem. W jej złotobrązowych włosach od niedawna zaczęły się pojawiać białe nitki, których Sydney Folstom nienawidziła każdego ranka coraz mocniej. Przypominały jej o tym, że jest samotną kobietą po czterdziestce.

Odetchnęła głęboko dwa razy, tak jak sportowiec przed czekającym go wysiłkiem, i pchnęła dwuskrzydłowe drzwi. Niemal w tej samej chwili na jej twarzy pojawiła się maska wyszukanej uprzejmości.

W pomieszczeniu za drzwiami czekał na nią młody mężczyzna, modnie uczesany, z włosami starannie ułożonymi za pomocą żelu. Był ubrany w bardzo elegancki brązowy garnitur, ruchy miał precyzyjne i wystudiowane. Wszystko w nim przywodziło na myśl polityka.

– Pan Cotland! – W głosie Sydney Folstom dało się usłyszeć zaskoczenie. – Prokurator przysyła mi swojego zastępcę w sytuacji, kiedy żaden inspektor nie zdecydował się asystować przy sekcji?

Bentley Cotland podniósł brwi, cały czas się uśmiechając.

– Inspektor Lloyd Meats właśnie bada miejsce, w którym odkryto zwłoki. Jeśli będzie to konieczne, w każdej chwili można się z nim porozumieć! – powiedział, wyciągając w kierunku doktor Folstom telefon komórkowy.

„Lloyd Meats chce sobie po prostu oszczędzić oglądania sekcji, i tyle!” – pomyślała Sydney Folstom.

Wokół panowała nieprzyjemna aura szpitala i śmierci, a w powietrzu unosiła się ledwie wyczuwalna woń zimnego mięsa i środków antyseptycznych.

Pośrodku sali bez okien – jak na oświetlonej scenie – leżało ciało mężczyzny.

– A więc, cóż to za pacjent, któremu trzeba zrobić sekcję w trybie przyspieszonym? – zapytała doktor Folstom.

Cotland podszedł do denata. Od półtora roku pracował w biurze prokuratora i zdobył już trochę doświadczenia zawodowego, nie był więc zaniepokojony różowym odcieniem ciała. Wiedział, że zwłoki wcale nie muszą odznaczać się legendarną bladością. Zdarzało się, że ciało zmarłego przez kilka godzin zachowywało jeszcze swój naturalny kolor, zanim zaczęło się stawać woskowożółte.

– Nazywał się Jeremiah Fischer; sprzątaczka znalazła go zaledwie pięć godzin temu u niego w mieszkaniu, w łóżku.

– Inspektor Meats zadzwonił do mnie dziś rano i poprosił, żebym przeprowadziła sekcję od razu po przywiezieniu tu ciała. Skąd ten pośpiech?

Cotland podniósł palec wskazujący, sygnalizując, że właśnie o tym chciał mówić.

– Fischer był żonaty, ale nigdzie nie znaleziono nawet śladu jego żony. Ani w domu, ani u niego w pracy. Skontaktowano się z rodziną, ale na próżno. Sprzątaczka utrzymuje, że poprzedniego dnia rozmawiała z nią przez telefon i że wszystko wyglądało normalnie. Lekarz sądowy wezwany po znalezieniu ciała zauważył znak po ukłuciu na wewnętrznej stronie prawego ramienia. Chcielibyśmy szybko poznać przyczynę zgonu, zanim zaczniemy oficjalne poszukiwania żony tego biedaka.

– Dobrze, mogę zrobić sekcję, żeby sprawdzić, czy czegoś mu nie brakuje, ale jeśli w grę wchodzi otrucie, a wszystko na to wskazuje, będziemy coś wiedzieli dopiero po badaniach toksykologicznych, czyli najwcześniej po południu.

Bentley Cotland wzruszył ramionami.

– Im wcześniej, tym lepiej. Mogę się założyć, że pani Fischer na pewno znajduje się w tej chwili już poza granicami naszego stanu.

Włożywszy lateksowe rękawiczki, Sydney Folstom zważyła ciało denata, a następnie rozpoczęła badania makroskopowe w poszukiwaniu siniaka lub rany ukrytej we włosach. Zdjęła plastikowe ochraniacze, które zabezpieczały stopy i dłonie, i obejrzała uważnie te części ciała. Sprawdziła, czy za paznokciami nie ma skrawków skóry lub plamek zaschniętej krwi. Nie znalazła nic.

– Żadnego śladu walki – szepnęła jakby do siebie.

Ciało Jeremiaha Fischera spoczywało na zimnym stalowym stole. Mężczyzna miał rozchylone usta. Po badaniu przez lekarza sądowego na okoliczność znalezienia wybroczyn, które mogłyby ewentualnie świadczyć o śmierci przez uduszenie, jedno oko pozostało niedomknięte.

Doktor Folstom z precyzją osoby, która codziennie wykonuje ten ruch, wbiła skalpel w lewe przedramię na głębokość dziesięciu centymetrów, rozcinając warstwę tłuszczu i muskuł. Z nacięcia wypłynęło niewiele krwi. Rozchyliła ranę i dokładnie obejrzała jej wnętrze.

– Wewnątrz również nie ma siniaków.

Obeszła stół sekcyjny i na oczach zdegustowanego Bentleya Cotlanda zrobiła podobne nacięcie na drugim przedramieniu denata. Co innego zobaczyć zwłoki, a co innego asystować przy ich rozcinaniu. Młodemu zastępcy prokuratora wciąż jeszcze nie udawało się opanować odruchu obrzydzenia, gdy musiał uczestniczyć w sekcji.

Nagle, w chwili gdy ostrze rozcinało skórę, ręka zmarłego zaczęła drgać. Palce dłoni otworzyły się, po czym powtórnie się ściągnęły i zacisnęły. Cotland miał nieprzyjemne wrażenie, że Jeremiah zaciska pięść z bólu.

– Czy to normalne? – zapytał.

Sydney Folstom spojrzała na niego.

– Co takiego?

– No, ten odruch ręki.

Doktor Folstom cofnęła się i popatrzyła na zwłoki, ale nic nie zauważyła.

– On poruszył palcami – oznajmił Cotland bezbarwnym głosem.

– Jest pan pewien?

– Absolutnie. Porządnie się przestraszyłem!

– Musiałam nieświadomie poruszyć całą ręką.

– Ale to naprawdę wyglądało tak, jakby ruszał dłonią. Wie pani, taki rodzaj odruchu pośmiertnego, pozostałość energii elektrycznej w tkankach.

Doktor Folstom spojrzała młodemu człowiekowi prosto w oczy.

– To bardzo mało prawdopodobne, bo zaczął się już proces stężenia pośmiertnego. Ten człowiek umarł siedem lub osiem godzin temu.

Cotland otworzył usta, zamknął je jednak, nic nie powiedziawszy. Odszedł od stołu, usiadł na krześle i wyjął z kieszeni gumę do żucia. Wsunął ją do ust, ale prawie natychmiast wypluł ją z powrotem do opakowania. Wziął głęboki oddech, żeby się uspokoić.

Sydney Folstom wykonała głębokie cięcie od podbródka do wzgórka łonowego. Była jednym z nielicznych anatomopatologów, którzy nie praktykują cięcia w kształcie litery „Y”. Wykonywała cięcie w kształcie litery „I”, od razu zapewniające dostęp do gardła denata. Odchyliwszy mięsień mostkowo-obojczykowo-sutkowy, dotknęła delikatnie palcem wnętrza szyi. Tu również nie znalazła sińców wewnętrznych. Odsunęła skórę za pomocą kilku zdecydowanych nacięć, żeby odsłonić mostek i żebra oraz narządy wewnętrzne okolic brzucha. Sięgnęła po nowy skalpel, bo ostrze poprzedniego stępiło się podczas tej operacji.

Delikatnie dostała się do pęcherza moczowego, odchylając ku górze jelita, żeby móc pobrać trochę moczu za pomocą strzykawki. Następnie tak zwaną techniką Rokitanskiego zaczęła przeglądać narządy in situ, nie odcinając ich od innych.

Nagle błyszczące w ostrym świetle ostrze znieruchomiało.

Domyślając się, że musiał wystąpić jakiś problem, Cotland podniósł głowę.

– Co? Co się dzieje?! – zapytał zaniepokojony.

Kiedy zauważył niedowierzające spojrzenie doktor Folstom, ogarnęła go trwoga.

– Dziwne… Skóra jakby reagowała…

Cotland wstał z trudem, pobladły.

– Dziwne… – powtórzyła anatomopatolog. – Nigdy się z tym nie spotkałam: wygląda, jakby tutaj, w górnej części ud, pojawiła się gęsia skórka.

– Gęsia skórka? Tak jakby z zimna?

– Wiem, że to niemożliwe, ale…

Doktor Folstom odłożyła skalpel na stojący obok stolik na kółkach i nachyliła się nad zwłokami. Również zbladła.

Ramię denata zaczęło gwałtownie drżeć.

Jedne ze szczypiec umieszczonych w trzewiach poddawanego sekcji mężczyzny spadły na ziemię.

Natychmiast potem Jeremiah Fischer znieruchomiał.

Ledwie trzymając się na nogach, Cotland podniósł dłoń do ust.

– Matko święta, ten człowiek nie może przecież być żywy?

– Niech pan nie mówi głupstw.

– Ale niech pani spojrzy: poruszył się i dostał gęsiej skórki, do diabła! – wykrzyknął Cotland. – Jak to pani wyjaśni?

Starając się za wszelką cenę zachować zimną krew, Sydney Folstom chwyciła małą latarkę.

– Prokuratorze Cotland, wie pan chyba, że zanim moi pacjenci znajdą się u mnie na stole sekcyjnym, są wcześniej przebadani przez lekarza sądowego. Wiadomo, że przestali oddychać, wiadomo, że nie mają pulsu i że ich źrenice nie reagują na żaden bodziec. Sama jeszcze raz to sprawdziłam niecałe pół godziny temu. Pomyłka jest wykluczona, proszę mi wierzyć.

Podniosła powiekę zmarłego i skierowała na oko światło latarki.

– Proszę spoj…

Słowa uwięzły jej w gardle.

Zachwiała się i poczuła, że jej dłonie w rękawiczkach spływają potem.

Stała nad brzegiem bezdennej przepaści. Wpadała w czarną dziurę.

Wszystko, czego się nauczyła, znikło, a wraz z wiedzą rozpłynęły się w nicości wszystkie pewniki. Utopiły się w oświetlonej latarką źrenicy.

Tym razem drgnęło całe ciało Jeremiaha Fischera.

Sydney skamieniała. Nie mogła ruszyć nawet palcem u ręki. Zmieniła się w słup soli. Strach chwycił ją za gardło i zatamował oddech.

Wiedziała, że jeśli spuści oczy, zobaczy coś, od czego zwariuje.

Zwariuje na zawsze.

1

W Oregonie, mniej więcej pięćdziesiąt kilometrów na wschód od Portland, wznosi się góra Hood. Jej potężne kształty wyglądają jak zraniony olbrzym, skurczony kolos, którego czas pozbawił głowy. Wyrastające z ziemi mniejsze garby masywu górskiego przypominają tren utkany z drobnych fal, który ciągnie za sobą najwyższy szczyt. Sama góra spada stromo w dół, gdzie rozciąga się pagórkowaty teren, zarośnięty po horyzont gęstymi lasami, nad którymi w dali pojawiają się co jakiś czas obłoki mgły. Z lotu ptaka pagórki te wyglądają jak uśpione drapieżniki ze zjeżoną sierścią i głowami ukrytymi pod taflą spokojnych jezior. Jest to dziewiczy obszar Parku Narodowego Hood – ogromny, pełen groźnych przepaści i rwących potoków.

Promienie czerwcowego słońca błyszczały w szybach samochodu, którego zagubiona sylwetka odbijała się na tle szmaragdowego krajobrazu jak brylantowa brosza.

Wnętrze dżipa wypełniło brzęczenie krótkofalówki.

– Adrien…? Adrien…? Tu baza, mówi Jim!

Adrien Arque odłożył na skórzane siedzenie samochodu siekierkę, którą trzymał w dłoni, i chwycił mikrofon krótkofalówki.

– Tu Adrien, o co chodzi?

Brzęczenie wydostało się na zewnątrz samochodu przez otwarte drzwi i wzleciało ku błękitnemu popołudniowemu niebu. Pośród krzyków drapieżnych ptaków i szumu wiatru poruszającego gałęziami drzew był to jedyny odgłos, który zupełnie tu nie pasował – odgłos świadczący o obecności ludzi.

– Znów dzwonili z Agencji Ochrony Środowiska. Wciąż nie mają wiadomości od swojego człowieka, Fleitchera Salhindra. Nie mógłbyś rzucić okiem? Podobno dziś rano wybierał się na tę wielką polanę za schroniskiem Eagle Creek. Tę, którą nazywamy Eagle Creek siedem.

Adrien stanął na stopniu dżipa i oparł się łokciami o dach. Pokręcił głową.

– Dobra, podjadę tam. A czego on tam szukał, ten Fleitcher?

– Właściwie nic nie wiem na ten temat. Rano udał się w kierunku tej polany i znikł. Nie odzywa się ani nie odpowiada na wezwania. Jego koledzy chcieliby się upewnić, że nic mu się nie stało. Zrób, co możesz. Dzięki.

Adrien chwycił kapelusz strażnika leśnego i razem z kawałkami mchu oraz gałązkami, które się do niego przyczepiły, rzucił go na tylne siedzenie.

Silnik zawarczał, płosząc stado ptaków, i dżip wjechał w zarośniętą krzewami dróżkę.

Adrien pracował w tym sektorze od trzech lat. Znał go jak własną kieszeń. Wiedział, na której drodze i w jakim miejscu znajdują się największe dziury, uskoki czy wyboje. Niewielu ludzi się tu zapuszczało, jechał więc szybko. Leśnicy nazywali ten region sektorem numer sześć – ścisłym rezerwatem fauny i flory. Był to bastion dzikiej przyrody, zachowany na obszarze o wymiarach dziewięćdziesiąt na sześćdziesiąt kilometrów. Adrien odpowiadał za zachodnią część sektora. Do jego obowiązków należało doglądanie roślin i opieka nad zwierzętami. Miał również za zadanie śledzić rozwój lasu i zapobiegać pożarom. Czasem zdarzały się akcje ratunkowe. Początkujący wędrowcy nigdy nie schodzili z oznaczonych szlaków lub czynili to tak rzadko, że dotąd właściwie nie było meldunków o zaginięciach. Gęste lasy były ostępami nie do przebycia, skutecznie odstraszającymi amatorów leśnych wędrówek. Było ogólnie wiadomo, że zaginięcie tutaj mogło być równoznaczne ze śmiercią.

Adrien skręcił na północ i rozpędził swój terenowy samochód z napędem na cztery koła, żeby móc bez problemu wjechać na strome wzgórze.

Trzęsąc się na wybojach, trzymał mocno kierownicę. Nisko rosnące gałęzie smagały przednią szybę dżipa. Przez dwa kilometry jechał wzdłuż rwącej rzeki. Minął opuszczoną szopę przy Eagle Creek – skleconą z desek budę, która niegdyś służyła traperom – i wreszcie dotarł do wjazdu na polanę, gdzie zaparkował.

Wysiadł. Oddychając rześkim powietrzem w cieniu sosen Douglasa, zrobił dokładny obchód parkingu, jak nazywał ten dość duży skrawek płaskiego terenu, zdolny pomieścić około piętnastu samochodów. W zaroślach paproci szybko odnalazł czerwoną furgonetkę. Kluczyki tkwiły w stacyjce, okna były otwarte, na siedzeniu pasażera leżała rzucona byle jak mapa okolic. Właściciel nie mógł być więc daleko. Adrien pochylił się, chcąc zza zarośli dostrzec polanę.

Polana była ogromna, miała kształt półksiężyca i z jednej strony wznosiła się w kierunku góry. Między wysokimi trawami, upstrzonymi fioletowymi i żółtymi kwiatkami, rosły gdzieniegdzie samotne drzewa, leżały w stosach zwalone pnie lub uporządkowane niczym złowrogie fortece pocięte pniaki.

Adrien przeszedł pod plątaniną gałęzi. Gdy tylko wyszedł z cienia, poczuł na sobie słoneczny żar. Pierwszym dźwiękiem, który usłyszał, był sybiliński krzyk sokoła.

Ostry cień szybował nad nim, kreśląc regularne koła.

Adrien wysupłał z kieszeni koszuli parę ciemnych okularów marki Ray-Ban. Blask słońca niemal go oślepił.

„Ten… Fleitcher musi tu gdzieś być. Może jest w wyżej położonej części polany albo zdrzemnął się w cieniu, oparty o pień…” – pomyślał.

Złożył dłonie i przytknął je do ust.

– Hej, hej! Fleitcher! Fleitcher Salhindro! – zawołał.

W odpowiedzi tylko sokół wydał z siebie długi, przejmujący krzyk.

Adrien zrobił kilka kroków w kierunku miejsca, w którym teren się obniżał.

Jeszcze przed trzema miesiącami było tu wielu spacerowiczów, turystów, którzy przyjeżdżali na piknik lub przystawali na chwilę, żeby podziwiać pejzaż. Później jednak nastąpiła ta seria wypadków… Cztery osoby, w tym jedna kobieta, która ledwie przeżyła. W ciągu niecałych trzech miesięcy. Wszystkich spotkało to samo: zostali…

Sokół znowu krzyknął przeraźliwie.

„Czemu on tak krzyczy?” – zapytał w myślach Adrien.

Przysłonił oczy otwartą dłonią i spojrzał na ptaka.

Sokół zakreślał regularne koła o niewielkim promieniu, unosząc się trzydzieści metrów nad ziemią. Adrien wiedział, że drapieżnik ten krąży, zataczając nad łupem coraz mniejsze koła, by w końcu błyskawicznie spaść na ofiarę. Ten jednak zdawał się wahać – nie był gotów, aby pikować. Wyglądało to tak, jakby spostrzegł łup, ale bał się zaatakować.

„No, powiedz mi, co ci przeszkadza, przyjacielu?”

Zaintrygowany, Adrien ruszył w kierunku miejsca, nad którym krążył ptak. Było to niecałe dziesięć metrów od niego.

Trawy sięgały mu do pasa, liście były szerokie i soczyście zielone. Tańczący w nich wiatr zawodził dyszkantem.

Z nieba lał się prawdziwy żar.

Nagle jakiś przykry zapach wdarł się strażnikowi w nozdrza i w ubranie. Była to cierpka woń psującego się mięsa.

W trawie coś błysnęło. To słońce odbiło się w wysokich, czarnych skórzanych butach. Adrien najpierw ujrzał podwiniętą nogę, a później cały korpus leżącego na ziemi mężczyzny.

Spojrzał na twarz tego, który musiał być Fleitcherem Salhindrem. Ku swojemu zdumieniu strażnik zauważył, że mimo panującego upału szczęka zębami.

2

Zachodzące słońce ciągnie za sobą ozdobny woal opadającej na las pomarańczowej mgły, która sprawia wrażenie, że niebo jest rozpalone do białości. Na zboczu wzgórza, dokładnie naprzeciw sceny, gdzie rozgrywa się ten spektakl, stoi na wysokich palach dom. Z daleka wygląda jak statek zagubiony pośród fal zielonego oceanu. Długi taras z białego drewna cedrowego przypomina mostek kapitański pirackiej brygantyny. Centralny pal wystaje z ziemi i sześć metrów wyżej przecina podłogę tarasu niczym maszt. Wnętrze domu oddzielają od tarasu biegnące przez całą długość ściany panoramiczne okna. Skrzydło jednego z nich jest otwarte.

Ostatnie purpurowe błyski światła dostają się przez nie do wnętrza, z którego rozbrzmiewa muzyka.

Tęskne dźwięki fortepianu ulatują harmonijnie w górę. W pewnej chwili pianista niespodziewanie zwalnia. Nie umie płynnie zagrać całej sonaty, ćwiczy. Właściwie bardziej zależy mu na wydobyciu emocji niż na opanowaniu techniki. Muzyka przypomina trochę Sonatę księżycową Beethovena.

Mężczyzna, który siedzi przy błyszczącym bösendorferze i z wrodzonym wyczuciem rytmu przebiega długimi palcami po klawiaturze, gra sam dla siebie, improwizując ten unoszący się w powietrzu monolog w sobie tylko znanym języku.

Joshua Brolin przerwał grę i zamknął fortepian. Wstał i cicho przeszedł przez salon. Stąpał boso po puszystym dywanie, którym była wyłożona cała podłoga. Denerwowało go, że nie umie tak dobrze grać, aby móc w pełni wyrazić to, co czuje. Nalał sobie odrobinę whisky i wyszedł na taras. Cedrowa podłoga tarasu była jeszcze przyjemnie ciepła, nagrzana popołudniowym słońcem.

Powoli zapadał zmrok; cienie wślizgiwały się na drzewa otaczające leśną rezydencję. Słońce stało się maleńką kolorową kropką.

– Jeszcze jedna noc! – westchnął Brolin.

Powiew wiatru poruszył jego hebanowe włosy i ich długie, falujące pasma na chwilę przysłoniły mu twarz. Trudno było powiedzieć, ile mężczyzna ma lat. Wyglądał na trzydzieści, co było bliskie prawdy, ale z jego spojrzenia bił smutek człowieka o dwadzieścia lat starszego.

Jedwab czarnej koszuli załopotał na wietrze jak korsarska bandera.

Gdzieś tam, w ciemności, czaiła się jego przeszłość. Portland – miasto, w którym pracował jako inspektor policji – wielkie, spokojne Portland leżało trochę dalej na zachód, nad rzeką Willamette. To właśnie tam, w jej dziwnych mgłach, narodził się „Duch z Portland”, bohater strasznej historii sprzed trzech lat1. Brolin wypił łyk whisky, kontemplując w zamyśleniu otaczający go las – odludzie, w którym zdecydował się żyć. Mieszkał sam. Uciekł od kłamstw cywilizacji, tej alchemii sformatowanego szczęścia i wirtualnego jednoczenia się z bliźnimi. Nie potrzebował do szczęścia iluzji innych istnień; wystarczały mu śpiew ptaków i szelest gałęzi na wietrze.

Radosny tupot łap biegnącego Szafira wyrwał go z zamyślenia. Pies usiadł przy Brolinie, patrząc na swojego pana poczciwym wzrokiem. Był to mieszaniec owczarka niemieckiego z labradorem, kundel porzucony na terenie starych nowojorskich magazynów pięć miesięcy temu.

Brolin wypił resztę whisky i wszedł do domu. Pies poczłapał za nim.

Właściciel samotnego domu w lesie od kilku miesięcy nie lubił nocy. Okazało się, że po zapadnięciu zmroku wszystkie niepokoje i troski dnia codziennego zmieniają się w prawdziwe cierpienia. Oczywiście Brolin wiedział o tym wcześniej, ale dopiero teraz doświadczył tego z całą mocą. Spał coraz krócej, a kiedy nie spał, pracował. W krótkim czasie stał się prywatnym detektywem o solidnej reputacji. Wyspecjalizował się w sprawach zaginięć. Był prawdziwym ekspertem w tej dziedzinie.

Przesunął dłonią po bursztynowych deskach boazerii. Zaczynał kręcić się w kółko. Zapomniał o fortepianie. Wieczorem w ogóle na nim nie grał – robił to tylko o świcie i o zmroku. Zapomniał też o stosach książek zalegających liczne półki w salonie i na antresoli.

W końcu wszedł do gabinetu. Pokój do pracy był w całości wyłożony drewnem i miał belkowy strop. Wisiał tu, tak jak we wszystkich innych pomieszczeniach, ogromny amulet chroniący przed złymi snami. Nie był to ze strony Brolina żaden przesąd – dla niego ten „łapacz snów” miał znaczenie symboliczne.

Wreszcie wzeszedł księżyc. Deski, z których był zbudowany dom, zaczęły lekko trzeszczeć od wilgoci opadającego na nie chłodu nocy.

Brolin sięgnął po leżącą na biurku teczkę z dokumentami dotyczącymi ostatniego prowadzonego przez niego śledztwa. Była to sprawa porwania siedemnastolatki, która w rzeczywistości uciekła z domu, zorganizowawszy wszystko wcześniej ze swoim chłopakiem. Nie był to ten rodzaj śledztw, którym Brolin chciał się oddać bez reszty. Rzucił teczkę na ziemię. Sprawa załatwiona.

Szukając wzrokiem czegoś, co mogłoby go zainteresować, uświadomił sobie, że zrobiło się zupełnie ciemno. Włączył lampę na biurku.

Laptop, faks, półki pełne segregatorów… W pokoju nie było żadnych skarbów, które ofiarowałyby mu możliwość ucieczki, oderwania się od rzeczywistości. Brolin zawahał się. Już od kilku tygodni podczas tych męczących wieczorów nachodziła go ochota, żeby podnieść słuchawkę i wykręcić magiczny numer.

Być może działo się tak dlatego, że zbyt rzadko mógł z kimś porozmawiać. Spotykał niewielu ludzi, a większość z nich to byli policjanci, jego dawni koledzy. Od czasu do czasu widywał się z Lloydem Meatsem, częściej, rzecz jasna, z Larrym Salhindrem, ale wszystkie te osoby przypominały mu o przeszłości, o której on wolał zapomnieć.

Głównym jednak powodem, dla którego co wieczór chwytał słuchawkę telefonu, była tęsknota za właścicielką numeru, jaki zamierzał wykręcić.

Nie była to tęsknota fizyczna ani uczuciowa. Brolin tęsknił za tą dziewczyną, ponieważ była zranioną zwierzyną, tak jak on. Była do niego podobna.

Annabel. Jego przyjaciółka.

Spotkali się w Nowym Jorku w styczniu podczas pewnego szczególnego śledztwa2. Od razu zapałali do siebie sympatią. Łączyło ich zwłaszcza wspólne milczenie; to, że nie czuli się nawzajem skrępowani swoją obecnością. Rozumieli się bez słów. Przy Annabel Joshua miał wrażenie, że ich cienie mogą nałożyć się na siebie i wciąż pozostać dwoma oddzielnymi cieniami.

Nie widzieli się już blisko pięć miesięcy.

Początkowo myślał o niej czasem, i to mu wystarczało. Ale teraz pragnął ją zobaczyć.

Chwilę później trzymał słuchawkę w dłoni i wykręcał numer. Wiele razy przy ostatniej cyfrze rzucał słuchawkę na widełki. Tym razem poczekał. Usłyszał pierwszy dzwonek, później drugi. Przy trzecim ktoś odebrał. W słuchawce rozległ się miły głos Annabel. Brolin natychmiast zobaczył oczyma wyobraźni jej długie włosy. Przypomniał mu się delikatny zapach jej perfum.

– Annabel O’Donnel, słucham?

Usadowił się głębiej w fotelu i uśmiechnął.

– Halo? – powtórzyła Annabel.

– Dobry wieczór – odezwał się Brolin najzwyklej w świecie.

W słuchawce zapadła cisza, po czym Annabel zapytała:

– Jo… Joshua?

– Nie przeszkadzam ci?

– Co za niespodzianka! Ja… Tak dawno…

– Właśnie to samo sobie pomyślałem. Jak się masz?

Szelest w słuchawce sugerował, że Annabel stara się usiąść wygodniej. Po chwili ją usłyszał. Napięcie w jej głosie znikło.

– Cóż, Brooklyn jest wciąż ten sam; tu niewiele się zmienia.

Znów zapadła cisza.

– A ty… – odezwali się równocześnie i natychmiast się roześmieli. To już zdecydowanie rozluźniło atmosferę.

– Jesteś w Portland? – zapytała Annabel.

– Tak, w domu. Ale mieszkam pod miastem… Annabel, już od kilku dni myślę o tym, żeby wpaść do Nowego Jorku. Może moglibyśmy spędzić razem trochę czasu?

– Jasne – odrzekła bez namysłu.

Związek, który ich łączył, był szczególnej natury. Coś między nimi zaistniało, nie zostali jednak kochankami; byli po prostu dwojgiem zranionych samotników, zagubionych w życiu, i razem jakby się odnaleźli. Brolin nie potrafił nazwać uczucia, które do niej żywił – nie była ani młodszą siostrą, ani kochanką. Była po prostu Annabel.

– Akurat nie prowadzę żadnego śledztwa; mogę kupić bilet na samolot na jutro lub na pojutrze…

Annabel poparła go.

– Doskonale, ja też mam zaległy urlop – odpowiedziała. – Pamiętasz naszą nocną przechadzkę po plaży na Coney Island? Moglibyśmy znów się tam wybrać, o tej porze jest to piękne miejsce. Puszka piwa do kieszeni, tak jak ostatnim razem, i…

– Z przyjemnością!

Znów zapadła cisza.

– Joshua… Bardzo się cieszę, że zadzwoniłeś. Sama już wiele razy zbierałam się, żeby do ciebie zatelefonować.

Brolin skinął głową. Siedział prawie w ciemnościach, paliła się tylko mała lampka na jego biurku. On również wiele razy postanawiał, że się z nią skontaktuje. Wiedział, co ją od tego powstrzymało. Oboje czuli, że nie będą w stanie kontynuować znajomości na odległość za pomocą listów czy telefonów. To, co ich łączyło, nabierało życia podczas fizycznego przebywania razem, gdy ich tęsknoty i bóle zlewały się w jedno. Wyobraził sobie przez chwilę, jak Annabel leży swoim zwyczajem wyciągnięta wygodnie na kanapie i kontempluje strzelające w górę wierzchołki manhattańskich drapaczy chmur przez panoramiczne okno salonu, cztery i pół tysiąca kilometrów od niego.

– Zadzwonię do ciebie jutro z lotniska – powiedział i rozłączył się.

Cała rozmowa nie trwała dłużej niż dwie minuty. Wcześniej nie miał najmniejszego zamiaru jechać do Nowego Jorku. Decyzja spędzenia tam kilku dni narodziła się samoistnie i zaskoczyła jego samego. Potrząsnął głową, rozbawiony sytuacją, po czym wstał, zdjął koszulę i przeszedł do sypialni. Zapalił świeczkę. Położył się w dżinsach na łóżku, nie spuszczając płomienia z oczu.

Przynajmniej raz noc nie będzie mu się dłużyła.

Zapadł już w sen, kiedy warkot parkującego przed domem samochodu zmusił go do otwarcia oczu. Wstał. Wkładał właśnie czystą koszulę, gdy usłyszał pukanie do drzwi.

Była późna noc.

Na progu stał Larry Salhindro. Oczy miał czerwone i był bardzo blady.

Nie miał na sobie munduru, tylko szarą bluzę od dresu, szorty i tenisówki. Znali się od siedmiu lat, ale Brolin nigdy nie widział go w takim stroju.

– Josh… Mój brat… Fleitcher… Fleitcher nie żyje.

Brolin popatrzył na niego, po czym odsunął się i wpuścił go do środka.

Kubek gorącej herbaty stał przed Salhindrem, a ten obiema rękami trzymał się za głowę. Miał około pięćdziesięciu lat, siwiejące włosy i był tęgi, ale przede wszystkim był dawnym kolegą z pracy Brolina i jego przyjacielem.

– Znaleźli go wczoraj po południu. Wyglądał jak ktoś, kto umarł ze strachu.

Salhindro powiedział to tak, jakby powtarzał litanię recytowaną nie wiadomo który raz. Brolin patrzył na niego z fotela naprzeciwko. Grube ręce przyjaciela drżały w mroku. Larry nie miał żony ani dzieci, mieszkał sam, i Brolin wiedział, że brat był jego jedyną rodziną.

– Wypadek? – zapytał.

Salhindro wziął głęboki oddech.

– Nie wiadomo. Ma być sekcja.

Spojrzał na Brolina.

– Josh, widziałem go, wyglądał… Był skamieniały ze strachu! To ten strach go zabił!

Oczy Salhindra zwilgotniały i przyjaciel Brolina zacisnął szczęki.

– Nawet lekarz był zdumiony – wydusił w końcu. – Sekcja będzie dzisiaj…

Niezręcznie złapał kubek z herbatą.

– Nie wydaje mi się, żebym był w stanie tam pójść…

Brolin pochylił się w kierunku Larry’ego.

Spędzili razem setki godzin, niczym dwóch dorastających chłopaków, snując plany poprawienia świata. Salhindro, stary wyjadacz z portlandzkiej policji, czuwał nad Brolinem od samego początku, kiedy ten zaczął u nich pracować. Był dla niego najpierw ojcem, później przyjacielem. Ożeniony z Temidą, nie miał rodziny i często zapraszał Joshuę na niedzielne pikniki, które kończyły się w trawie pod gwiaździstym niebem na piciu piwa i narzekaniu na głupotę ludzką.

Widząc załamanego przyjaciela, Brolin poczuł się fatalnie. Natychmiast zapomniał o planowanym wyjeździe do Nowego Jorku.

– Zostaniesz u mnie kilka dni, to ci dobrze zrobi. Tu nikogo nie ma, jest zupełny spokój.

Salhindro otworzył usta, żeby zaprotestować, ale kiedy napotkał wzrok Brolina, zrezygnował. Spojrzenie detektywa było równie zdecydowane jak ton głosu.

– Możesz u mnie mieszkać tak długo, jak będziesz chciał. Zrobimy zakupy i będziemy mogli siedzieć na tarasie i gadać bez końca, z zimnym piwem pod ręką.

Po czym dodał:

– Pójdę na sekcję twojego brata; przypilnuję, żeby wszystko odbyło się, jak należy.

Salhindro bezwolnie skinął głową. Poczuł na ramieniu dotyk dłoni Brolina.

„Łapacz snów” nad ich głowami zaczął się łagodnie obracać.

3

Osiem cylindrów forda mustanga pracowało miarowo w oczekiwaniu, aż właściciel samochodu postanowi dodać trochę gazu. Brolin z Salhindrem jechali autostradą międzystanową numer 84 wzdłuż rzeki Columbia, której ujarzmiony w wąwozie nurt błyskał im co jakiś czas przed oczami.

W niecałe pół godziny dojechali do wschodnich dzielnic Portland.

Salhindro milczał przez całą drogę. Gdy wjeżdżali do miasta, poruszył się na siedzeniu i rzucił krótkie spojrzenie na prowadzącego samochód przyjaciela.

– Pieprzone życie! – rzekł.

Zdanie to zostało wypowiedziane obojętnie. Było raczej stwierdzeniem faktu niż pretensją do losu.

– Cholera, Josh! Nie wiem, co mam powiedzieć Dolly i dzieciakom… Oni są jeszcze tacy mali, nic nie zrozumieją…

Salhindro westchnął, znużony. Po chwili znów spojrzał na Brolina.

– Tak mi przykro. Nie powinienem ci tego wszystkiego mówić.

Pamiętał jeszcze, jak trzy lata wcześniej Joshua musiał zawiadomić rodziców o śmierci ich córki, a jego ukochanej, która zginęła podczas prowadzonego przez niego śledztwa.

– Wiesz, gdyby nie ten cholerny ból po stracie, cała ta dramatyczna strona śmierci, może zdecydowałbym się na dzieci… W innym życiu.

– Jeszcze nie jest za późno.

Pierwsze słowa, które Brolin wypowiedział od początku podróży, zdenerwowały Salhindra.

– Nie gadaj głupot, cholera! Skończyłem pięćdziesiąt lat!

– Twój brat miał dwójkę dzieci, prawda? Jakie mają imiona?

– Christopher i Martha.

– Będą cię potrzebować, Larry.

Salhindro otworzył usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Nie lubił, kiedy Brolin tak lapidarnie kończył poważną dyskusję.

Joshua wcisnął zapalniczkę i wyciągnął z kieszeni koszuli winstona. Cały czas patrzył na drogę.

– A ty? – zapytał Salhindro. – Może byś tak przestał palić? Nie zatruwaj sobie płuc; mam ochotę niedługo huśtać na kolanach Joshuę juniora. Kiedy wreszcie rzucisz to gówno?

– Wtedy, gdy ty rzucisz pączki! – Joshua szybkim spojrzeniem omiótł pokaźny brzuch przyjaciela.

Roześmieli się obaj i Larry zapomniał na chwilę o nieszczęściu, które na niego spadło.

W korytarzu Instytutu Medycyny Sądowej Salhindro podszedł do czekającej tam już bratowej, Dolly. Objął ją w milczeniu. Brolin odszedł, żeby zatelefonować. Kiedy odezwała się automatyczna sekretarka Annabel, poczuł niewyjaśnioną ulgę. Odwołał wizytę, mówiąc, że wypadło mu coś nieprzewidzianego, i wymamrotał przeprosiny.

Kilka minut później był już w podziemiach instytutu, w wyłożonej kafelkami sali z oświetlonym silnymi reflektorami metalowym stołem sekcyjnym pośrodku. Nie znał patologa, który miał przeprowadzić sekcję. Zobaczył za to niskiego człowieczka pochodzenia azjatyckiego, z maleńkim wąsikiem i rzadkimi włosami. Mężczyzna przedstawił się. Nazywał się Tran Seeyog i pracował dla Agencji Ochrony Środowiska, w której zatrudniony był Fleitcher Salhindro.

– Jest pan z Agencji Ochrony Środowiska? – zdziwił się Brolin. – Nie wiedziałem, że wasza firma wysyła ludzi na sekcje…

Tran Seeyog uśmiechnął się miło, ale nic nie odpowiedział. Zadowolił się skrzyżowaniem ramion na piersi.

W tym momencie wszedł patolog, wciągając po drodze gumowe rękawiczki na dłonie. Nazywał się Karstian, jeśli Brolin dobrze usłyszał informację, której udzielono mu w sekretariacie instytutu.

– Pan to z pewnością Joshua Brolin – rzekł patolog. – Doktor Folstom uprzedziła mnie, że będzie pan asystował przy sekcji.

Mówiąc to, wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć, że obecność detektywa jest mu zupełnie obojętna. Sydney Folstom kierowała Instytutem Medycyny Sądowej w Portland i była długoletnią znajomą Brolina. Mimo że była osobą dość oschłą w obyciu, czasem nawet arogancką, Joshua podejrzewał, że go lubiła. Jak się tego spodziewał, nie miała nic przeciwko temu, żeby uczestniczył w sekcji. Wzajemnie oddali sobie mnóstwo przysług.

Karstian wycelował palcem w Azjatę.

– Pan Seeyog, tak?

Zainteresowany przytaknął.

– Doskonale, a więc jesteśmy w komplecie. Możemy zaczynać.

Brolin podszedł do patologa.

– Nie miałem okazji z nią porozmawiać osobiście, ale jestem zdziwiony, że sekcji nie przeprowadza doktor Folstom – rzekł.

Karstian pokręcił głową, przysuwając do siebie metalową tacę z narzędziami.

– Doktor Folstom właściwie już nie praktykuje.

Brolina nie zadowoliła ta odpowiedź. Sydney Folstom znała Larry’ego Salhindra. Biorąc pod uwagę okoliczności, powinna była to zrobić, choćby dla niego.

– Nie wiedziałem. Z jakiego powodu? Ma na głowie za dużo spraw administracyjnych?

– Pewnie tak – wymijająco odparł Karstian. – Dobrze, zaczynamy.

Dał znak asystentowi, żeby przywieziono ciało.

Kiedy do pomieszczenia wtoczył się wózek, Tran Seeyog cofnął się o krok. Biały winylowy worek błyszczał w świetle lamp chirurgicznych. Przy poruszeniu chrzęścił, wydając taki odgłos, jak skóra, kiedy ociera się o gumowe koło ratunkowe.

Karstian podniósł wzrok na przedstawiciela Agencji Ochrony Środowiska.

– Wszystko w porządku, panie Seeyog?

– Tak, oczywiście! – Odpowiedź nadeszła trochę za szybko. – To tylko… Wszystko jest trochę brutalne; nie spodziewałem się…

Patolog podniósł jedną brew i z westchnieniem odwrócił się w stronę zwłok.

– Myślałem, że worki, w których przechowuje się zmarłych, są czarne. Żeby nie było widać krwi – powiedział Seeyog.

Karstian potrząsnął głową.

– Teraz już nie. Są białe, bo w ten sposób minimalizuje się ryzyko zostawienia czegoś w środku, a poza tym najmniejszy włosek czy fragment skóry na białym widać wyraźniej.

Tran Seeyog pokiwał głową ze zrozumieniem, jakby była to informacja najwyższej wagi. Kiedy patolog położył dłoń na suwaku zamykającym winylowy worek, Tran Seeyog wykrzyknął:

– Będąc w pomieszczeniu obok, zauważyłem, że jest tam okropnie zimno. Czy to normalne?!

Karstian odpowiedział zniecierpliwiony, ku rozbawieniu Brolina:

– Znajdował się pan w pomieszczeniu, które służy do przechowywania zwłok. Panuje tam temperatura czterech stopni Celsjusza, wystarczająco niska, żeby uniemożliwić rozwój bakteriom znajdującym się w zwłokach, a jednocześnie na tyle wysoka, żeby nic nie zamarzło. Teraz jednak byłbym bardzo zobowiązany, gdyby pozwolił mi pan wykonać moją pracę.

Zdając sobie nagle sprawę z tego, że wszyscy zauważyli jego strach, Seeyog zasępił się i stanął przy ścianie.

Zdecydowanym ruchem Karstian rozsunął suwak winylowego worka.

Pojawiły się skurczone palce dłoni – wyglądało to tak, jakby zmarły tuż przed śmiercią starał się czegoś chwycić.

Kiedy patolog rozsunął suwak do końca, spanikowany Seeyog podniósł dłoń do ust. Brolina również, mimo że widok zwłok był dla niego czymś zwyczajnym, zdumiał wygląd tego ciała.

Twarz zmarłego zastygła w grymasie okropnego strachu.

Ostre światło lamp chirurgicznych odbiło się od szkliwa zębów. Usta denata były tak szeroko otwarte, że prawie nie było widać rozciągniętych do granic możliwości, zbielałych warg. Grube żyły nabrzmiały na twarzy jak ogromne podskórne robaki. Dziwaczna pozycja, w jakiej zastygła ręka, niby zawieszona nad ciałem, musiała być chyba rezultatem stężenia pośmiertnego… Brolin zaczął się zastanawiać. Fleitchera Salhindra słyszano ostatni raz przez krótkofalówkę dzień wcześniej, o godzinie 10.30. Zwłoki zostały znalezione o 17.00. W najgorszym razie nie żył wówczas od pięciu czy sześciu godzin, a to oznaczało, że minęło zbyt mało czasu, aby stężenie pośmiertne zaistniało w całej swej okazałości. Z drugiej strony prawdą jest, że upał potrafi przyspieszyć ten proces. Następnie ciało zostało złożone w zimnym pomieszczeniu, co musiało zablokować lub bardzo spowolnić proces przechodzenia ze stanu kwaśnego w zasadowy. Brolin zdawał sobie sprawę, że to rozumowanie nie bardzo trzyma się kupy, ale pozycja, w której zastygła ta nieszczęsna ręka, pozwalała przypuszczać, że nie była to zwykła śmierć.

„Przestań; wiesz, że nie można wyciągać pewnych wniosków tylko na podstawie rigor mortis…” – skarcił się w myślach.

To było silniejsze od niego. Przez kilka lat spędzonych w policji portlandzkiej przeprowadził wiele śledztw i zawsze poszukiwał tego jednego jedynego szczegółu, który wyjaśni wszystko.

W tym momencie uświadomił sobie, że leży przed nim jego dobry znajomy, Fleitcher Salhindro – jowialny facet, amator sprośnych żartów. Brat przyjaciela. Szybko odsunął od siebie tę myśl. To nie chwila na wspominki.

Doktor Karstian przyjrzał się dokładniej ciału Fleitchera.

Mężczyzna miał na nogach skórzane wysokie buty, był ubrany w płócienne spodnie i koszulkę polo bez rękawów. Na ręku miał zegarek, a na palcu obrączkę. Po wstępnych oględzinach patolog wraz z asystentem przenieśli ciało na metalowy stół. Ostatni raz przeszukali plastikowy worek, po czym asystent znikł, wynosząc go z sali.

– …Poza pozycją ciała nie widzę niczego dziwnego…

Karstian dokonywał protokolarnych stwierdzeń na głos.

Zbliżywszy się trochę, Brolin zauważył, że gałka oczna zmarłego jest przysłonięta warstwą śluzu. Ponieważ często asystował przy sekcjach w czasach, gdy był inspektorem, oraz dużo na ten temat czytał, wiedział, że to zjawisko rzadko występuje wcześniej niż po pięciu czy sześciu godzinach od momentu śmierci ofiary.

„Z tym, że Fleitcher leżał na świeżym powietrzu, a tamtego popołudnia był straszny upał. Może to przyspieszyło odwodnienie? Czy miał otwarte oczy?”

Brolin potrząsnął głową. Właściwie co go to wszystko obchodzi? Tym razem asystował przy sekcji tylko ze względu na Larry’ego. Chciał móc mu powiedzieć, że wszystko odbyło się według obowiązujących reguł. Nic innego nie powinno go interesować.

Odwrócił się do Trana Seeyoga.

– Czy wie pan, gdzie go znaleziono? – zapytał szeptem.

Tamten kiwnął głową twierdząco, zadowolony, że może przerwać ponurą ciszę.

– Na skraju polany, w pobliżu lasu pod górą Hood. To jest puszcza: blisko sześć tysięcy kilometrów kwadratowych zarośniętych gęstym lasem.

– Czy wie pan dokładnie, gdzie to jest?

– Tej polany nie ma na mapie; znajduje się daleko od wszystkich dróg, w sektorze z zupełnie dziewiczą przyrodą. Strażnicy nazywają to miejsce Eagle Creek siedem.

– A co Fleitcher Salhindro mógł tam robić?

Tym razem Tran Seeyog popatrzył na Brolina podejrzliwie.

– Pan jest z policji, prawda?

– Niezupełnie. Jestem prywatnym detektywem zatrudnionym przez rodzinę.

Ta mało konkretna odpowiedź pozwalała zwykle Brolinowi uniknąć różnych głupich tłumaczeń. Postanowił dodać:

– Jestem tu, żeby wyjaśnić, co się właściwie przydarzyło Fleitcherowi Salhindrowi.

Seeyog zrobił grymas mający oznaczać, że doskonale rozumie, że takiego właśnie wyjaśnienia oczekiwał. To była dość dziwna reakcja.

„W ogóle jego obecność jest dziwna! Po co Agencja Ochrony Środowiska miałaby wysyłać swoich przedstawicieli na sekcje zwłok?!”

Brolin nachylił się ku Seeyogowi, kiedy usłyszał słowa patologa:

– Widzę dziwne opuchnięcie w rejonie mięśnia mostkowo-obojczykowo-sutkowego.

Joshua obszedł dokoła stół sekcyjny, żeby przyjrzeć się ofierze z drugiej strony.

– Wygląda to jak reakcja alergiczna po ukłuciu jakiegoś owada – zauważył Karstian.

Rzeczywiście, u podstawy szyi było widać różowy guzek, rodzaj płaskiego pęcherza średnicy piłki golfowej, z którego coś się sączyło.

– Czy to może być ukąszenie węża?

Patolog przyjrzał się uważniej opuchliźnie.

– To byłoby najbardziej logiczne wyjaśnienie, ale nie wygląda mi na to. Nie ma śladu zębów jadowych.

– Co to więc może być? – zapytał prywatny detektyw.

– Nie mam pojęcia. Wygląda na ukąszenie owada, ale jest trochę za duże. Wezmę próbkę do dokładniejszego zbadania.

Najpierw zrobił zdjęcie polaroidem. Trzask flesza wypełnił całą salę. Później po prostu przeciął guzek.

Z rany wylała się przezroczysta ciecz.

– To naprawdę dziwne… – powiedział Karstian, starając się zebrać do probówki jak najwięcej wyciekającego płynu. – Ale zaraz, zaraz…

Odłożył skalpel, chwycił wielką lupę z podświetlaczem i ustawił ją nad szyją zmarłego.

– To ci dopiero…

Brolin popatrzył na patologa uważnie. Po krótkim wahaniu Karstian przywołał go do siebie ruchem ręki.

– Proszę, niech pan spojrzy na ten pęcherzyk. Widać wyraźnie dwa otwory.

– Tak. Wie pan, co to może być?

– Otwory są zbyt małe, żeby mogły pochodzić od zębów jadowych węża. Nie, nie. Jak mówiłem przed chwilą, to mogłoby być ukąszenie owada… Ale znowu – owad tych rozmiarów?! To niemożliwe.

– Dlaczego?

– Reakcja jest nieproporcjonalnie wielka, chyba że owad był wielkości noworodka, bo tylko taki mógłby wpompować do krwi aż tyle trucizny!

– A może to reakcja alergiczna? – dociekał Brolin.

Karstian westchnął ciężko.

– No, może… Ale ta odległość między otworami! Chyba że ugryzły go w tym samym momencie dwa owady. Po południu będziemy mieli wyniki badań anatomopatologicznych; dowiemy się wówczas czegoś więcej.

Następnie lekarz rozebrał zmarłego. Sekcja trwała niecałe dwie godziny, nie przynosząc już żadnych nowych niespodzianek. Gdy patolog wyjął serce, z lewej komory i przedsionka wypłynęło trzydzieści centymetrów sześciennych szkarłatnej krwi. Karstian spodziewał się jakiegoś skrzepu, znacznego zwężenia. Wydawał się prawie zawiedziony, konstatując brak jakiejkolwiek anomalii. Śmierć nie mogła być spowodowana żadnym problemem sercowym.

Karstian, w wilgotnych brunatnych rękawiczkach i pomazanej krwią bluzie, wskazał na próbki pobrane ze zwłok: krew z żył udowych, mocz, części różnych organów. Chrząknął i zaczął wyjaśniać:

– Jak na razie autopsja nie dała odpowiedzi na najważniejsze pytanie. Nie znalazłem niczego, co mogłoby wyjaśnić tę śmierć. Miejmy nadzieję, że analizy toksykologiczne okażą się bardziej wymowne.

Brolin wskazał na grymas przerażenia, w którym zastygła twarz zmarłego.

– Nie dziwi pana jego twarz? Z niczym się panu nie kojarzy?

Karstian ściągnął wargi.

– Tak, rzeczywiście, to jest… zaskakujące. Naprawdę nie mam pojęcia, co mogło spowodować ten grymas. Jeśli mam być szczery, nie sądzę, żebyśmy to odkryli. Codziennie widuję dziesiątki zwłok w bardzo dziwnych pozycjach, z nieprawdopodobnymi wyrazami twarzy… Nie wszystko można wytłumaczyć. Dlaczego kobieta zamordowana w zeszłym tygodniu przez swojego szwagra, który jej poderżnął gardło, zmarła z uśmiechem na ustach? Umiem odkryć powód śmierci, ewentualnie – okoliczności; co do reszty… Jestem patologiem, a nie czarownikiem. Te tajemnice stanowią część życia i zna je tylko jedna istota… Śmierć, panie Brolin, to coś bardzo dziwnego: nawet jeśli ma się z nią do czynienia na co dzień, mimo że wszechobecna, pozostaje bardzo dyskretna. Rzadko w pełni ją rozumiemy.

Brolina poruszył stan ekscytacji, w który wprawiła Karstiana dyskusja o śmierci. Prawie zaproponował mu kontynuację tej rozmowy później, przy kieliszku. Odsunął jednak od siebie tę myśl. Spojrzał na zesztywniałą rękę Fleitchera i przesunął wzrok niżej, na brzuch ofiary, który wyglądał jak krater wulkanu. Popatrzył na głowę. Kiedy oczy detektywa natrafiły na wielką gulę u nasady szyi, spojrzał na Karstiana.

– A to? Czy to nie mogłoby mieć związku z jego zgonem? – zapytał.

– Bardzo możliwe. W ciągu dnia powinienem dostać całą medyczną dokumentację ofiary, wówczas będę mógł powiedzieć coś więcej na temat ewentualnych alergii…

Pochylił się nad opuchlizną.

– Mam wrażenie, że wokół pęcherza zaczyna się już proces nekrozy. Nie znam się zbyt dobrze na zwierzętach jadowitych, ale w końcu może to jest ukąszenie węża. Na razie powstrzymam się od wyciągania jakichkolwiek konkretnych wniosków.

– Ale to jest wyraźne ugryzienie! – zaprotestował Brolin.

Karstian wzruszył ramionami.

– Wszystko jest możliwe! Kto wie, może położył się w trawie?

Tran Seeyog, stojący za nimi, z zaciekawieniem słuchał tej wymiany zdań.

– Tak czy inaczej, dziś po południu, kiedy dostanę pozostałe wyniki, przygotuję końcowy raport – oświadczył patolog.

Brolin nie naciskał i szybko się pożegnał. Opuszczając podziemie, podszedł do Seeyoga, któremu w miarę jak wynurzali się na świeże powietrze, wracały kolory.

– Czy mogę pana raz jeszcze spytać, co tutaj robi Agencja Ochrony Środowiska?

– Chcieliśmy być pewni co do przyczyny tej śmierci, tak jak i pan… Pan Salhindro zmarł w dziwnych okolicznościach, których wyjaśnienie to nasz obowiązek, przez szacunek dla jego pracy przez te wszystkie lata, które spędził pośród nas, i przez szacunek dla jego rodziny.

Najwyraźniej Seeyog czuł się skrępowany charyzmatyczną postacią młodego detektywa. Nawet on szybko się zorientował, jak nienaturalne jest to tłumaczenie.

Wchodząc do poczekalni, zauważył żonę Fleitchera Salhindra i jego brata. Dotknął ramienia Brolina.

– Wybaczy mi pan, ale chciałem w imieniu naszej agencji złożyć kondolencje rodzinie.

Po raz pierwszy tego ranka Tran Seeyog popatrzył Brolinowi prosto w oczy. Natychmiast jednak spuścił wzrok i szybko zdjął dłoń z jego ramienia. Przywołując na twarz zdawkowy uśmiech, odszedł w kierunku rodziny Salhindra.

4

Dolly Salhindro siedziała na wygodnej kanapce w kawiarni i obserwowała smętny balet samochodów na ulicy, mieszając łyżeczką zimną kawę w swojej filiżance. Nieco dalej Larry z Brolinem prowadzili cichą rozmowę. Cała trójka kilka ostatnich godzin spędziła w restauracji, ale żadne z nich nie tknęło jedzenia. Brolin wyjaśnił, nie wdając się w szczegóły, że przyczyny śmierci nie zostały jeszcze jednoznacznie określone. Do czasu, aż nie dowie się na ten temat czegoś więcej, postanowił przemilczeć sprawę dziwnej opuchlizny na szyi.

Wszyscy czekali w posępnym napięciu na ostateczny wynik sekcji.

– …Myślę, że tak będzie lepiej. Nie mam zamiaru zostawić jej samej z dwojgiem dzieci! – powiedział Larry, sięgając po garść torebek z cukrem.

Brolin przytaknął, stojąc z rękami w kieszeniach zniszczonych dżinsów.

– Chcę, żebyś wiedział, że mój dom stoi dla ciebie otworem.

Salhindro położył mu dłoń na ramieniu. Stojąca niedaleko młoda kobieta o twarzy lalki popatrzyła na nich, zatrzymując przez chwilę wzrok na Brolinie. Już dawno Larry zauważył tę przedziwną cechę przyjaciela, która od czasu, kiedy opuścił szeregi policji i żył z dala od ludzi, jeszcze mocniej się rozwinęła. Joshua potrafił być niezauważalny jak duch. W tłumie czy podczas kameralnej rozmowy spojrzenie innych ludzi prześlizgiwało się po nim, jakby był przezroczysty. Ale zdarzało się, że ktoś podniósł na niego wzrok i nagle czuł się przytłoczony. Sposób bycia Brolina sugerował osobę eteryczną, uduchowioną, w chwilach ważnych ujawniał się jednak jego silny, charyzmatyczny charakter. Emanował z niego przerażający, niekontrolowany magnetyzm. Larry wiele razy zaobserwował już to zjawisko.

Dziewczyna o twarzy lalki zorientowała się, że wzbudziła zainteresowanie Salhindra. Odwróciła wzrok, ale nie mogła się opanować. Rumieniąc się, jeszcze raz popatrzyła na Brolina.

– Josh, powinieneś zacząć wychodzić między ludzi. Znaleźć sobie kogoś.

Brolin prawie stracił głos ze zdumienia.

– Wiem, że to nie jest dobry moment do rozmowy na te tematy, ale naprawdę tak uważam. Najwyższy czas, żebyś wziął się w garść! – nie ustępował Salhindro.

– Larry! Ja niczego nie potrzebuję. Mnie jest tak dobrze.

– Akurat! Gryziesz się, żyjesz w świecie umarłych. Popatrz na siebie: wyglądasz jak duch! We dnie ledwie cię widać, noce spędzasz na granicy świata umarłych i świata żywych. Ci, którzy cię w ogóle zauważają, są zafascynowani albo przytłoczeni. Dla innych w ogóle nie istniejesz.

Brolin podniósł rękę do twarzy, nerwowo dotknął policzka. Poczuł na dłoni muśnięcie potarganych kosmyków, które jakby żyły własnym życiem.

Larry zacisnął wargi, nie spuszczając uporczywego wzroku z przyjaciela. Brolin miał twarz delikatną, rasową. Jego oczy, nawet gdy nie skupiał szczególnie na czymś wzroku, obejmowały wszystko.

– Myślę, że się boisz. Tak myślę. Dlaczego nigdy nie widuję cię z żadną kobietą? Na przykład ta Annabel z Nowego Jorku. Czułem, kiedy o niej rozmawialiśmy, że ją lubisz. Dlaczego nie starasz się z nią spotkać?

Po śledztwie w sprawie sekty Kalibana gazety ochoczo rozpisały się na temat Brolina i Annabel, sugerując, że pod przykrywką zawodowej współpracy kryje się ognisty romans.

– Larry, odczep się, dobrze? – odezwał się Brolin spokojnie.

Salhindro westchnął.

– Zawsze to samo… – powiedział zrzędliwie.

Obaj stali przy barze i obserwowali prawie pustą salę. Po dłuższej chwili Brolin się odezwał:

– Dzwoniłem do niej wczoraj. Do Annabel. Planowałem nawet spotkanie.

Larry otworzył szeroko oczy. Nie zdążył jednak nic powiedzieć, bo zadzwonił telefon komórkowy Brolina.

– Brolin? Tu Sydney Folstom.

Brolin uniósł głowę. Oczekiwał raczej telefonu od Karstiana. To nie wróżyło nic dobrego. Chyba że doktor Folstom z jakiegoś powodu nagle sama zdecydowała się zająć tą sprawą.

– Czytam właśnie raport doktora Karstiana z sekcji Fleitchera Salhindra. Karstian jest teraz u mnie w biurze, razem z przedstawicielem Agencji Ochrony Środowiska.

– Co jest w tym raporcie?

– Analiza mikroskopowa tkanek pobranych z szyi ujawniła między innymi skrzepniętą krew w żyłach i rozrzuconą koagulację wewnątrznaczyniową. Z kolei analiza toksykologiczna potwierdziła obecność nieznanej substancji we krwi. Zbadano ją chromatografem, żeby uzyskać dokładny skład. To jest trucizna.

– Trucizna? Jad węża?

– To właśnie jest najdziwniejsze. To jest jad pająka. Nie byłoby w tym nic nienormalnego, gdyby nie ilość i stężenie toksyn, które mogłyby zabić słonia.

Brolin popatrzył na Larry’ego, który bezgłośnie zapytał go: „Co?”.

– Co chce mi pani powiedzieć? – spytał Brolin.

Poczuł, jak włosy jeżą mu się na głowie.

– Chcę powiedzieć, że to jest niemożliwe, chyba że został ukąszony przez pająka wielkości koła od ciężarówki.

– A ta opuchlizna na szyi?

– Będziemy się konsultowali z arachnologiem, ale jest możliwe, że to wynik ukąszenia.

Brolin przypomniał sobie rozmiar opuchlizny i znaczną odległość między dwoma małymi wgłębieniami. Wynikało z niej, że szczęka owada lub pająka musiała być szeroka na pięć, a nawet sześć centymetrów.

„Niemożliwe”.

– Brolin? Jest pan tam?

– Jestem, jestem.

– Proszę na razie zachować to dla siebie. Niech to się w żadnym wypadku nie dostanie do prasy, bo rozeszłaby się zła fama: rozpisaliby się o gigantycznym pająku i tak dalej.

– Ten facet z Agencji Ochrony Środowiska, Seeyog, czy on o tym wie?

– Teraz już tak. À propos Seeyoga: myślę, że powinien pan do nas wpaść. Wyjawił nam prawdziwy powód swojej obecności. To mogłoby pana zainteresować.

Doktor Folstom zamilkła. W jej głosie było słychać zdenerwowanie, kiedy dodała:

– To, co nam opowiedział, jest… przerażające.

5

Kiedy Brolin z Larrym zjawili się w Instytucie Medycyny Sądowej, w gabinecie doktor Folstom zastali Karstiana i Trana Seeyoga.

Story były zaciągnięte. Do gabinetu wpadały przez szpary cienkie, złote promienie słońca, w których tańczyły drobiny kurzu. Mimo włączonej klimatyzacji na głowie Seeyoga było widać krople potu, a jego oczy wyglądały jak czarne kreski. „Sytuacja najwyraźniej go przerosła” – pomyślał Brolin. To nie był dobry znak.

Skinęli głowami na przywitanie. Salhindro usiadł w fotelu obok Seeyoga i Karstiana, Brolin stanął trochę z tyłu, w cieniu, w którym czuł się pewniej. Skrzyżował ręce na piersiach.

– A więc zaczynajmy! – powiedziała Sydney Folstom, spoglądając na Seeyoga. – Czy mógłby pan powtórzyć to, co nam pan powiedział? Uważam, że ci panowie również powinni to usłyszeć.

Seeyog chrząknął i poprawił się w fotelu.

– Hm... No tak. Wszyscy państwo chyba znają lasy tworzące park wokół góry Hood. Wspaniałe krajobrazy, raj dla miłośników przyrody, pieszych wędrówek, spływów tratwą i tak dalej… Lasy rozciągają się na obszarze tak wielkim, że w znacznej części rosną dziko i nie są nawet dostępne. Większość odwiedzających nie ośmiela się zejść z wyznaczonych ścieżek…

– Jaki to ma związek ze śmiercią mojego brata? – zawołał z irytacją Salhindro.

– Zaraz do tego dojdę. Pośród tego wszystkiego jest tam kilka miejsc, które znają stali bywalcy. Miejsc, których nie ma na mapie. Należy do nich na przykład piękna wielka polana i wodospad nieopodal. Strażnicy nazywają to miejsce Eagle Creek siedem. Polana ta znajduje się zaledwie pół kilometra od wyznaczonego szlaku, dlatego zdarza się, że ludzie na nią trafiają i urządzają tam sobie piknik.

Trzy miesiące temu zdarzył się tam wypadek. Para młodych ludzi robiła sobie zdjęcia i kobieta została ukąszona przez pająka. Przez czarną wdowę.

– Czy te pająki tam występują? – zapytał Brolin.

– Rzadko, ale się zdarzają. Dziwniejsza jest pora roku. Połowa marca to na nie trochę za wcześnie. Tak czy inaczej, kobieta została ukąszona na tej łące. Zanim mąż ściągnął pomoc, jad poraził jej system nerwowy. Natychmiast przewieziono ją do szpitala i wyszła z tego, ale, niestety, nie obyło się bez komplikacji. Trzeba pamiętać, że jad czarnej wdowy jest piętnaście razy bardziej trujący od jadu grzechotnika!

– Co ma do tego wszystkiego Agencja Ochrony Środowiska? – włączył się Salhindro, teraz już bardziej zaciekawiony niż zirytowany.

– Tamtejsi strażnicy skontaktowali się z naszą agencją na początku maja, czyli trochę więcej niż miesiąc temu, kiedy trzecia osoba została ukąszona przez czarną wdowę właśnie na tej łące. Prosili, żebyśmy to wyjaśnili. Tym bardziej że wkrótce potem doszło do ukąszenia czwartej osoby. To prawdziwy cud, że do tej pory nie było ofiar śmiertelnych. Ale cztery ukąszenia przez czarną wdowę w tak krótkim czasie i w miejscu, które odwiedza niewielu ludzi, wskazywały na to, że polana została opanowana przez te pająki. Początkowo próbowaliśmy przekazać problem Amerykańskiej Agencji do spraw Ryb i Dzikich Zwierząt3, później ośrodkowi medycznemu zajmującemu się sprawami środowiska przy Centrum Kontroli Chorób4, ale żadna z tych organizacji nie chciała się tym zająć, motywując to brakiem kompetencji. Tymczasem ludzie zaczęli omijać tę polanę z daleka.

Seeyog spojrzał na Salhindra z zakłopotaniem.

– Wysłaliśmy pańskiego brata, żeby pobrał próbki. Kilka razy był na Eagle Creek siedem, a tydzień temu udało mu się nawet złapać czarną wdowę. Po raz ostatni wybrał się tam, żeby potwierdzić swoje spostrzeżenia, że chociaż groźne pająki można było spotkać na polanie, to jednak nie opanowały jej całkowicie, i wtedy właśnie… został ukąszony.

Salhindro głośno przełknął ślinę i podniósł dłoń do ust.

Joshua powiedział mu o wszystkim w samochodzie: o potężnej dawce trucizny, o opuchliźnie i o odległości pomiędzy dwoma wgłębieniami przypominającymi odcisk szczęki.

Tran Seeyog spojrzał na Brolina i podniósł ręce do góry w geście bezradności.

– Proszę mi wierzyć: nie wiem nic więcej na temat śmierci pana Salhindra. Agencja Ochrony Środowiska nie dysponuje żadną inną informacją. Tak jak i pan chcemy zrozumieć, co się stało. Ten pomysł z „gigantycznym pająkiem” nikomu się nie podoba.

– Proszę tak nie mówić – wtrąciła doktor Folstom. – Nikt tu nie powiedział ani słowa o „gigantycznym pająku”. Są dziesiątki innych możliwych wyjaśnień…

– Na przykład jakich? – zapytał Seeyog.

– Nie będę w tej chwili wysnuwała przypuszczeń, ale proszę o jedno: żeby nie mówić o jakichś „gigantycznych pająkach”.

– Czy poza tą opuchlizną na szyi były jakieś inne ślady ukąszeń? – Brolin zwrócił się do Karstiana.

– Nie. Ale wiem, do czego pan zmierza. Proszę o tym zapomnieć. Fleitcher Salhindro nie został ukąszony przez wiele pająków naraz.

Widząc, że Salhindro ma już dość, Joshua położył dłoń na ramieniu przyjaciela.

– Larry, posłuchaj, powinieneś już wrócić do domu.

Ten zaprotestował machnięciem ręki.

Głos Brolina przebił się przez szum klimatyzatorów.

– Czy Agencja Ochrony Środowiska przebadała czarną wdowę znalezioną na łące?

– Tak! – odrzekł Seeyog natychmiast. – Bez specjalnych rezultatów. To gatunek często u nas spotykany. Natomiast trudno zrozumieć, dlaczego nagle występują w takiej liczbie w jednym miejscu.

– A jak wyjaśni pan tę ilość jadu w organizmie Fleitchera? – Detektyw nie ustępował. – A ten ogromny ślad po ukąszeniu?

Nachylił się do ucha małego człowieczka.

– A ten wyraz przerażenia na twarzy?

Seeyog wytarł twarz rękawem marynarki. Był tak poruszony, że stał się posłuszny. Nie wyglądał na osobę o twardym charakterze, co można było łatwo poznać po jego pełnych wahania gestach.

– Panie Seeyog! – odezwał się Brolin spokojnym głosem. – A gdyby pan poszedł z nami na tę polanę i poprosił strażników, żeby nam towarzyszyli?

– Ja? Teraz?

Joshua, zamiast odpowiedzieć, wsunął mu do kieszeni karteczkę.

– Tutaj ma pan moje dane; od tej chwili może pan traktować mnie jako detektywa pracującego nad tą sprawą.

– Ale… to jest zwykły wypadek… Chcę powiedzieć, że ani policja nie ma tu czego szukać, ani tym bardziej prywatny detektyw.

Brolin podskoczył do Seeyonga i chwycił go za ramię.

– Proszę to powiedzieć jego rodzinie – wyszeptał mu do ucha.

Kiedy trzej mężczyźni opuszczali jej gabinet, Sydney Folstom nalała sobie szklankę zimnej wody.

Czuła się brudna.

Ci ludzie w jej gabinecie, te ludzkie losy… Była zmęczona. I taka jakaś wypalona… Gdzieś daleko trzasnęły drzwi. Sydney Folstom otworzyła teczkę z dokumentami, która zdecydowanie zbyt długo leżała odłożona ad acta.

Kiedyś wreszcie trzeba było się tym zająć.

6

Brolinowi w końcu udało się przekonać Larry’ego, żeby zajął się swoją bratową, Dolly. Obiecał mu, że uczyni, co będzie mógł, by wyjaśnić przyczynę śmierci jego brata.

Ford mustang wrócił na potrzeby śledztwa do cywilizacji – jechał teraz drogą biegnącą między ogromnymi zalesionymi wzgórzami. Daleko za nim toczył się leniwie samochód Trana Seeyoga.

Dość szybko dotarli do Sandy – ostatniego miasta znajdującego się przed obszarem porośniętym bezkresnymi lasami. Na wschodzie biały masyw góry Hood odbijał się od błękitu nieba. Wulkan, niczym gigantyczny potwór na tronie, królował nad całą okolicą.

W Sandy znajdowała się główna kwatera straży leśnej Parku Narodowego Hood. Adrien Arque, strażnik, który znalazł martwego Fleitchera, zgodził się towarzyszyć im na polanę Eagle Creek 7. Wszyscy trzej wsiedli do dżipa i pojechali na północ.

Po drodze Adrien starał się dowiedzieć, jaka była przyczyna śmierci Salhindra – wciąż miał przed oczyma wyraz strasznego przerażenia, w którym zastygła twarz zmarłego. Nie spał przez to w nocy. Nie chciał uwierzyć, kiedy Brolin oświadczył, że jeszcze nic nie wiadomo. Żeby odegnać nieprzyjemne myśli, zaczął opisywać im rejon, do którego jechali.

– Zobaczycie, panowie: tam, dokąd jedziemy, nie ma w ogóle dróg, jest tylko tak wąska ścieżka, że ledwie zmieścimy się na niej dżipem.

Brolin, który siedział obok Arque’a z przodu, zapytał:

– Czy dużo ludzi odwiedza to miejsce?

– To zależy, jaką jego część. Rejon uczęszczany znajduje się bardziej na południe. Tutaj nikt się nie zapuszcza. Czasem ludzie uprawiający piesze wędrówki… Okolica jest pełna wzniesień, dolin, wąwozów i przepaści. Znajduje się tu mnóstwo wodospadów i bardzo gęsta roślinność. Oraz niezliczone, a co za tym idzie – nieujęte na mapach – jaskinie.

– Do tego stopnia?

– Tak jak mówiłem, to właściwie odludzie. Może nawet są tu jakieś nieznane zwierzęta? Legenda o Wielkiej Stopie5 pochodzi z tych okolic!

Seeyog, który do tej pory wydawał się pochłonięty obserwowaniem widoków, nachylił się do przodu.

– To głupoty, wymysły! – krzyknął.

Adrien wzruszył ramionami.

– Być może. Ale hipotezy o istnieniu nieznanych naszej cywilizacji zwierząt nie można odrzucić. Wie pan, że las wokół góry Hood, ten, którym się zajmujemy, to zaledwie niewielka część tej puszczy. Mówię tu o ogromnej przestrzeni zajętej przez niezbadaną florę i faunę. Teren gęsto zarośnięty lasami ciągnie się z północy na południe przez cały Oregon aż do Kalifornii. Blisko cztery tysiące kilometrów. Na północy sięga stanu Waszyngton i dochodzi do Kanady. W najwęższym miejscu ma „tylko” trzydzieści kilometrów, ale w innych dochodzi nawet do pięciuset. To jeden z największych lasów świata. Rosną w nim najwyższe i najstarsze drzewa na naszej planecie; niektóre osiągają wysokość stu dziesięciu metrów. Nierzadko można trafić na sekwoje, które mają ponad tysiąc lat. Rosły już za czasów Jezusa, wyobraża pan sobie?

– Trudno to sobie wyobrazić… – wyszeptał Brolin, wpatrując się w przysadziste wzgórza na horyzoncie.

– Nie jest pan stąd? – zapytał Arque.

– Jestem. Tyle że od czasów dzieciństwa nieczęsto się tu zapuszczałem.

– Zobaczy pan. To miejsce trudno zapomnieć.

Adrien się nie mylił. Niedługo pojawiły się wspaniałe widoki. Jechali drogą, po której bokach wznosiła się gęsta ściana grubych drzew. Co chwilę mijali malownicze wodospady, zrzucające hektolitry srebrzystej wody z urwisk tak wysokich, że wydawały się niedostępne dla człowieka. Dżip mknął wzdłuż wąwozów podobnych do czarnych szpar, na których dnie było widać kryształowe strumienie.

Samochód, podskakując na wąskich dróżkach porośniętych paprociami i niskimi krzewami, raz wjeżdżał pod górę, to znów zjeżdżał w dół. Po mniej więcej godzinie dotarli do polany Eagle Creek 7. Ścieżka, którą jechali, kończyła się tutaj niewielkim obszarem o przerzedzonej roślinności, nazwanym przez Adriena parkingiem. Tu mogli wysiąść i rozprostować nogi.

Powyżej rozciągał się obszar nazywany polaną Eagle Creek 7.

Brolin wyszedł z przyjemnego cienia lasu i zanurzył się w wysokich trawach rosnących na rozległej otwartej przestrzeni w kształcie półksiężyca. Było późne popołudnie, a mimo to upał był nieznośny. Nad ziemią wisiały ciężkie, duszące opary.

Odwrócił się i spojrzał na Arque’a i Trana Seeyoga, którzy, podenerwowani, czekali na skraju lasu.

– Gdzie leżało ciało Fleitchera? – zapytał.

Adrien poprawił na głowie kapelusz strażnika leśnego i podszedł do detektywa.

– Trochę wyżej, tam. Chodźmy, pokażę panu.

Przeskoczyli jakiś gnijący pień i zaczęli iść łagodnym stokiem.

– Niech pan uważa; proszę trzymać ręce z daleka od wysokich traw, nigdy nic nie wiadomo…

– Myśli pan, że tu biegają czarne wdowy?

Arque machnął ręką przed twarzą, jakby coś odganiał.

– A czy to wiadomo? W sezonie nie przychodzi tu więcej niż pięć, może dziesięć osób miesięcznie. W ciągu ostatnich trzech miesięcy cztery z nich zostały ukąszone! Biorąc pod uwagę rozmiar tej polany, te liczby są dość wymowne! Wynika z nich, że polana jest pełna pająków. Może zdążyliśmy już rozdeptać kilka tuzinów…

Mówiąc to, Adrien zadrżał.

Zatrzymali się tuż przy zadeptanych, pomiętych roślinach z połamanymi łodygami.

– To chyba tutaj.

Detektyw ukląkł i palcem wskazującym zaczął ostrożnie rozgarniać trawy.

– Czy przeszukał pan najbliższą okolicę? – zwrócił się do strażnika.

– Nie. Uprzedziłem kolegów, że potrzebuję pomocy. Wiedziałem, że karetka tutaj nie dojedzie. Zwieźliśmy ciało do Sandy dżipem.

Brolin wstał z klęczek i zaczął rozglądać się dokoła. Raz po raz podchodził do jakiegoś miejsca, żeby przyjrzeć mu się bliżej. Za każdym razem rozglądał się wokół. Zmarszczył czoło. Wspiął się na palce i rozgarnął kępę traw.

– Tu coś się działo.

Niecałe trzy metry od nich kilka uciętych kwiatów wysychało w słońcu. Brolin podniósł jeden i potarł łodygę palcem.

– Niech pan popatrzy: one nie są wyrwane, one są stratowane – powiedział do Adriena. – Tak samo te trawy…

– Może to ten Fleitcher Salhindro, kiedy tu przyszedł szukać pająków…

– Nie sądzę. Niech pan spojrzy na nasze ślady – tam, gdzie szliśmy, niczego nie połamaliśmy: trawy się po prostu położyły. To mi raczej wygląda na ślady walki.

Brolin popatrzył na ziemię. Od wielu dni nie padało, wszystko było wyschnięte na pieprz. Dokoła nie było widać żadnych śladów, tym bardziej śladów stóp.

– Pan myśli, że on walczył? To znaczy… Mówimy o morderstwie, tak?

Brolin milczał. Przyglądał się uważnie Eagle Creek 7. Oczy miał zmrużone z powodu wciąż oślepiającego słońca.

Uderzył go kontrast między polaną a otaczającymi ją drzewami. Światło i ciemności.

– Znalazł pan wszystko, czego pan szukał? – zapytał młody strażnik.

Polana Eagle Creek 7 wznosiła się prawie pół kilometra, a później tworzyła rodzaj półksiężyca, którego górna część była zasłonięta drzewami. Pośrodku zakrętu dość wysoki pień wystawał z ziemi jak zapomniany totem. Złamany na ukos, wystrzelał cienkim jak igła końcem prosto w błękitne niebo. Z tego miejsca z pewnością było widać całą dolną część polany i również górną, tę ukrytą za drzewami.

– Chciałbym rzucić okiem tam, na górę…

Arque wyglądał na zakłopotanego.

– Hm… To niezbyt dobry pomysł, żeby wdrapywać się aż tam. Jeśli wśród drzew jest pełno czarnych wdów, osobiście odradzałbym panu…

– Idę na własną odpowiedzialność.

Brolin zaczął się wspinać pod górę. Adrien poszukał oczami Trana Seeyoga. Przedstawiciel Agencji Ochrony Środowiska wciąż stał na skraju lasu. Strażnik wezwał go niezdecydowanym ruchem głowy. Azjata się nie ruszył.

– Cholera!

Arque poszedł za Brolinem.

Kiedy zbliżali się do pniaka, detektyw spytał:

– Wspomniał pan o jakimś wodospadzie w okolicy, tymczasem nic nie słychać.

– Tak, wodospad jest niedaleko, jakieś trzysta, czterysta metrów stąd, ale gęsta roślinność nie przepuszcza żadnego dźwięku. Mówię panu, tu jest inny świat.

Brolin nie zaprzeczył. Wciąż wpatrywał się w czarną kreskę skraju lasu. Zdawało mu się, że co chwilę dostrzega tam jakiś podejrzany ruch.

– Czy w trakcie pracy przychodzi tu pan sam?

Adrien się uśmiechnął.

– Tak. Choć nie będę ukrywał, że są chwile, kiedy się boję. Strażnicy też się boją tego lasu. Szczerze mówiąc, nawet moi najbardziej doświadczeni koledzy nie czują się tutaj pewnie. Tu jest tak jakoś… dziko. Mam wrażenie, że natura tego lasu jest nam wroga, że on strzeże swoich tajemnic.

Gdzieś nad nimi rozległ się krzyk sokoła. Brolin i Arque wzdrygnęli się, zaskoczeni. Adrienowi przypomniał się od razu ptak, który naprowadził go na ślad Fleitchera Salhindra. Ten, który latał w kółko nad sosnami, pilnując łupu.

Kiedy dotarli do złamanego pnia, strażnik wyciągnął chustkę do nosa i wytarł sobie czoło. Brolin obszedł wkoło leżący na boku spróchniały pień. Drzewo złamało się na wysokości trzech metrów od ziemi, z pewnością po uderzeniu pioruna. Wyglądało, jakby wybuchło od środka. Robiło to niesamowite wrażenie. Z drugiej strony pnia Joshua znalazł naturalne schody – wielką zdrewniałą hubę i dwie suche gałęzie. Po nich wspiął się na sam czubek.

Z tej wysokości wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Skraj lasu nie wydawał się mniejszy, sprawiał za to wrażenie groźniejszego. Ale tak jak Brolin przypuszczał, było stąd widać jak na dłoni całą polanę. Jej górna część była cała obsypana setkami żółtych i fioletowych kwiatów łubinu. Eagle Creek 7 zachodziła półksiężycem na zbocze majestatycznej góry, której szczyt był od nich oddalony o godzinę marszu. Ze zbocza wyrastało mnóstwo gigantycznych skał, które sprawiały wrażenie, jakby lada chwila miały się ześlizgnąć w dół. Porastające górę aż do samego wierzchołka drzewa iglaste poruszały się na lekkim wietrze, falując niby futro. Poza tym…

Spojrzenie Brolina powędrowało w dół, w kierunku północnego krańca polany. Było tam widać jakąś prostokątną, geometryczną masę. Wydawało się to nieprawdopodobne, ale w lesie był ukryty budynek.

– Adrien, co to za budowla? Wie pan coś na jej temat?

Strażnik spojrzał w kierunku, w którym była wyciągnięta ręka detektywa.

– Z dołu nic nie widzę. Ale to musi być jakiś stary ośrodek rządowy.

– Co?

– Och, nic takiego. To dawno opuszczony budynek. Własność armii, zamknięty cztery, może pięć lat temu. Teraz stoi pusty.

– Jak to możliwe, że nikt o tym nie wspomniał?

– Tego nie ma na mapie. A ponieważ nie prowadzi tam oficjalnie żadna droga, prawie nikt nie ma o tym pojęcia. Wydaje mi się nawet, że oni zlikwidowali drogę, którą można było tam dotrzeć.

– A wie pan, w jakim celu wybudowano ten obiekt?

– Nie. To nie jest duży budynek. Jeden z kolegów mówił mi, że to było jakieś centrum treningowe. Ściśle tajne. Dla elity. Ale tak naprawdę nikt nic nie wie.

Brolin przyjrzał się blokowi betonu wystającemu z zielonej otoczki. W końcu nie było nic dziwnego w tym, że armia wybrała sobie ten las. Wymarzone miejsce, żeby się ukryć.

W tym momencie zorientował się, że bezwiednie usiadł na podstawie pniaka. Przyglądając się jej, stwierdził, że wycięto z niej coroczne przyrosty, tak żeby znalazła się pod kątem prostym do środka. Reszta drzewa stanowiła rodzaj naturalnego oparcia. Było to doskonałe stanowisko obserwacyjne, na którym można było wygodnie siedzieć godzinę lub dwie.

– Czy coś pan zauważył? – zapytał Arque.

Detektyw nachylił się nad tym zaimprowizowanym siedziskiem.

Nacięcia z boku zostały na pewno zrobione piłą. Ktoś przygotował sobie punkt obserwacyjny. Słoje drewna w środku były gładkie, wysiedziane. Ktoś przychodził tu często, bardzo często.

– Przychodzi pan tu często? – spytał Brolin.

– Tak, trzy albo cztery razy do roku. Dlaczego pan pyta?

– Czy może żyje tu w okolicy jakiś samotnik? Jakiś drwal, myśliwy czy ktoś taki…

– Nie, nikt tutaj nie mieszka. Mówiłem już panu, nikt tutaj nie przychodzi.

Joshua przesunął palcem po wygładzonym oparciu siedziska.

Najpierw ślady walki, a teraz to. Złamany pień był świetnym punktem obserwacyjnym, z którego doskonale było widać całą polanę. Gdyby ktoś chciał ją obserwować, przyszedłby właśnie tutaj.

Brolin wziął głęboki oddech. Podejrzenie zaczęło zmieniać się w pewność.

Fleitcher Salhindro nie umarł w wyniku nieszczęśliwego wypadku. Ktoś mu pomógł odejść z tego świata…

Wysokie trawy zadrżały, kiedy ze szczytu powiała letnia bryza.

To miejsce musiało być świadkiem jakiegoś dziwnego i strasznego wydarzenia.

7

Powietrze w łazience było gęste od pary. Brolin stał pod prysznicem. Po jego ciele spływał strumień gorącej wody.

Detektyw rozmyślał o śmierci Fleitchera Salhindra.

Próbował ułożyć zdobyte strzępy informacji w sensowny wzór, tak jakby starał się odgadnąć ostateczny wygląd obrazka z puzzli, mając do dyspozycji tylko kilka fragmentów układanki.

„Jaki związek mogła mieć obecność na polanie dużej liczby czarnych wdów z mężczyzną, którego ktoś śmiertelnie otruł?” Im dłużej o tym myślał, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że śmierć Fleitchera nie była nieszczęśliwym wypadkiem. Joshua nie mógł uwierzyć w istnienie „gigantycznego pająka” – wydawało mu się to zupełną bzdurą. Pozostawała jeszcze kwestia śladów walki w miejscu, gdzie znaleziono zwłoki, i punkt obserwacyjny na drzewie, który musiał się w jakiś sposób wiązać z tym wydarzeniem. Nikt nie mieszkał w pobliżu, a jednak ktoś często tam przychodził. W jakim celu?

„A jeśli te sprawy nie są ze sobą powiązane? Zawsze miałeś bujną fantazję… Na razie niewiele wiesz. Ogranicz się do faktów, którymi dysponujesz, inaczej zapędzisz się w ślepy zaułek…”

Brolin zakręcił kurek z ciepłą wodą. Wytarł się pobieżnie i obwiązany w pasie ręcznikiem wyszedł na taras stojący na wysokich palach, który górował nad leśną okolicą. Był stamtąd wspaniały widok na zachodzące właśnie słońce. Brolin skręcił papierosa z tytoniu o zapachu jabłka. Polubił jego aromat podczas kilku miesięcy spędzonych w Egipcie. Zaciągnął się. Z przyjemnością wdychał słodki, łagodny dym. Na kilka chwil do Joshuy wróciły obrazy ze Wschodu, jedne z wielu błądzących niby duchy po zakamarkach pamięci: miętowa herbata, nargile wypełnione jabłkowym tytoniem, nawoływanie muezina…

Ciepłe wieczorne powietrze osuszyło skórę detektywa do końca. Podstrzyżone hebanowe włosy błyszczały jak stal w ostatnich promieniach słońca.

Coś głucho stuknęło w drzwi wejściowe. Uderzenie było energiczne, nie pozostawiające wątpliwości, że spowodowała je żywa istota.

Brolin upewnił się, że Szafir jest tuż obok niego. Wszedł do salonu najciszej jak potrafił. Dom stał właściwie w środku lasu, ale Joshua jakoś nie miał wrażenia, że za drzwiami stoi zwierzę. Zawahał się: „Może wziąć pistolet?”. Zrezygnował. Z powodu nadmiernej samotności zaczynał mieć urojenia.

Położył dłoń na klamce i delikatnie uchylił drzwi. Zaskoczył go ciężar z drugiej strony. Puścił klamkę.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Diabelskie zaklęcia W ciemnościach strachu Otchłań zła Sen śmiertelników Niech będzie wola twoja Inny świat. 6. Neverland 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer