Książę Nocy

Książę Nocy

Autorzy: Marek Nowakowski

Wydawnictwo: Iskry

Kategorie: Obyczajowe Powieść, opowiadanie, poezja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 36.00 zł

Wybór czterdziestu najlepszych opowiadań jednego z najwybitniejszych polskich pisarzy, mistrza krótkich form, Marka Nowakowskiego, zebranych w jednym tomie. Wśród nich są między innymi Książę Nocy, Benek Kwiaciarz, Wesele raz jeszcze!, Kwadratowy, Górą Edek, Piorunek.

Projekt graficzny: Andrzej Barecki

Opieka redakcyjna: Katarzyna Wójcik

Korekta: Jolanta Spodar

Zdjęcie na obwolucie: Czesław Czapliński

Zdjęcie na okładce: Andrzej Barecki

Autorzy i źródła zdjęć: Rafał Guz/FORUM, archiwum rodzinne

ISBN 97-883-244-1004-0

Copyright © by Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2018

Copyright © by Ida Nowakowska

Copyright © by Jolanta Nowakowska

Wydawnictwo Iskry

al. Wyzwolenia 18, 00-570 Warszawa

tel. (22) 827-94-15

iskry@iskry.com.pl

www.iskry.com.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Spis rzeczy

Majstersztyki Marka Nowakowskiego (KRZYSZTOF MASŁOŃ)

Drewniaki... albo dziewczyna kapusia

Kwadratowy

Trzyczwartak

Umierający paser

Benek Kwiaciarz

Chłop, który zmarniał

Sielanka

Niedziela

Święta

Sarkoma

Gdzie jest droga na Walne?

Wesele raz jeszcze!

Hades

Książę Nocy

Stypa

Chłopak z gołębiem na głowie

Rudy kot

Babilon upada

Kanarek

Paw

Weryfikacja

Dwa dni z Aniołem

Jeden dzień w Europie

Miasto

Grisza, ja tiebie skażu...

Mongoły

Święte miejsce

Życie hordy

Śmierć

Fortuna Liliputa

Poemat o EKD

Ratusz

Górą Edek

Rajski ptak

Czarna i Mała

Tych dwoje

Za kordonkową firanką

Nul

Piorunek

Suchowiej

Nota edytorska

Majstersztyki Marka Nowakowskiego

Był mistrzem krótkich form prozatorskich. Jego opowiadania to himalaje literatury polskiej drugiej połowy XX i początków XXI wieku, a takie ich zbiory z lat siedemdziesiątych jak Gdzie jest droga na Walne, Książę Nocy czy minipowieść Wesele raz jeszcze to ich korona.

Pisał Marek Nowakowski o tych, o których inni autorzy ani się nie zająknęli, w związku z czym, nieco ironicznie, określano go jako piewcę marginesu społecznego, co było dużym uproszczeniem. Zresztą to nieprawda. Penetrował pisarsko środowisko przestępcze, owszem, ale najogólniej rzecz ujmując, interesowali go ludzie i rzeczywistość, w jakiej przyszło im funkcjonować.

Odsłonił świat, wcześniej pozostający poza zainteresowaniami peerelowskiej literatury. Na światło dzienne wydobył to wszystko, co działo się w zaułkach ulic mających złą sławę, w kamienicach, w których na listach lokatorów próżno było szukać przodowników walki i pracy, ba, niepodobna było nawet znaleźć takiej listy. Pisarza w równym stopniu interesowali złodzieje i paserzy, lumpy czy pracownicy szarej strefy, dorabiający gdzieś u „prywaciarzy”, osobnicy z mianem pasożytów społecznych, drobni geszefciarze. Ale fascynowali go również ludzie sukcesu. Często łączyła ich niechęć, a nierzadko nienawiść i pogarda do systemu, który miał nas uszczęśliwić, a przyniósł same nieszczęścia. W wolnej od komunizmu Polsce zmieniło się wiele, pod wieloma względami – wszystko, ale nieszczęścia pozostały. Marek Nowakowski widział je, rejestrował, pokazywał. Tak postrzegał swoją rolę społeczną.

W jego książkach, i to od samego początku, często pojawiali się, na przykład, starzy ludzie. W bezwzględnym świecie przedstawianym przez pisarza nie żyło im się lekko. Na umierającego pasera Kiciuchę czyhał już pazerny Wazelina, by przejąć po nim wszystko, wraz z kobietą. Podobne problemy mieli inni bohaterowie opowiadań z tomu Ten stary złodziej (1958): Trzyczwartak z Kaczorem czy Tapeta z Ząbkiem. Ale przecież ten ostatni zawaha się przed skrzywdzeniem starego wspólnika, przez pamięć, że był on kiedyś charakterny.

Bo w tamtym dawnym świecie – przywoływanym przez pisarza – choć, co prawda, „wilki podchodziły ze wszystkich stron”, obowiązywały jeszcze jakieś zasady. Oczywiście, łamane, nie zawsze jednak i nie przez wszystkich. Był to inny świat, z korzeniami w epoce przedwojennej. Świat, gdzie starość równała się mądrości, podziwiano dawne zasługi, a do nestorów chodziło się po radę i wsparcie, którego – w miarę możliwości – nie odmawiali. W tamtym świecie dziecko upodobniało się do dorosłych, gdy dziś przeciwnie, starcy wbijają swe pomarszczone członki w młodzieżowe ubranka. Emeryci mają siedzieć w domu przed telewizorem, wzruszać się serialami, oddawać rentę dzieciom, a jeszcze lepiej wnukom, i jak najmniej się odzywać. A do knajp nie zaglądać, bo psują estetykę wnętrz.

Z czasem obraz tej starości u Nowakowskiego będzie coraz bardziej ponury, by w Stygmatykach (2005) spowić się w smugę cienia najczarniejszą z czarnych. Ale to nic, sympatia pisarza będzie zawsze po stronie tych niezaradnych, jakże często niedołężnych ludzi, ba, nawet wraków ludzkich, budzących może politowanie, ale nigdy wzgardę. „Ze starowinami mam ciągłe konszachty” – przyznawał w opowiadaniu Popapraniec z Silnej gorączki (1963).

Z upływem lat inaczej również będzie postrzegać Marek Nowakowski swoich rówieśników i siebie samego. Na jednym z ostatnich spotkań pokazał mi stare zdjęcie, które – jak mi się zdaje – wylądowało na obwolucie Dziennika podróży w przeszłość (2014). Komentował je słowami w rodzaju „Gdzie są chłopcy z tamtych lat”, każąc mi podziwiać muskulaturę rozebranego do połowy chłopaka, którego ledwie widziałem na fotografii marnej jakości. Rozemocjonowany opowiadał, jaki to z tego faceta był kozak. Wydawało mi się, że dziś byle dresiarz po obowiązkowym stażu w siłowni robi większe wrażenie, ale zachowałem tę refleksję dla siebie. Marek był wierny przeszłości.

WYCHOWANI W NIEWOLI...

Przynależał do swojej generacji, tych młodszych braci Kolumbów, pokolenia zarażonego przez komunę i – jak powiadał Rysiek Urzędnik z Wesela raz jeszcze (1974) – „przetrąconego w krzyżach”. Czytaliśmy w Weselu...: „– O wstańcie, wy wszystkie upiory przeszłości! – zawołał z błazeńską emfazą – słodkie śpiewaczki, Carmen Moreno, Elizabeth Charles, Jenny Johnson, tajemnicze pedały, Hanusze i inni, Burmajstry i Paramanowy, tu leży ręka, tu leży głowa, dajcie mi młotek..., młotkarze i stopkarze, zetwuemowcy i harcerze, Bohuny, Młoty i Wiry, wstańcie, wy słodkie upiory, o, pokaż się, ty ślepcu niezmienny, grzebienie, grzebienie, i ty, bohaterze na dwóch kulach, dostałem ja od ciebie kiedyś po grzbiecie, oj, dostałem, niech wyszczerzy swoje kły Tito, brytan łańcuchowy imperializmu, no, równaj, baczność! i toporem niech potrząśnie krwawy kat... – urwał, zakrztusił się”.

„Jacy my wtedy właściwie byliśmy? – zastanawiał się pisarz po latach w opowiadaniu Amazonka z tomu Grisza, ja tiebie skażu... (1986). – Wychowani w niewoli. Okupacja hitlerowska to dzieciństwo, dalszy jego ciąg i młodość w latach powojennych. Te lata podobne jednak w pewien sposób do czasu poprzedniego, mimo entuzjazmu odbudowy, powrotu ojczystego języka i władzy mówiącej tym samym językiem przecież. Niejeden z naszych najbliższych, ojciec, wujek, starszy brat, stawał się ofiarą represji, w czymś zakazanym brał udział, jakaś zła przeszłość ciążyła na jego barkach. Jedni przytaili się, ukrywali się lub próbowali znaleźć sobie neutralne miejsce w nowym porządku. Zmieniali osobowość, wyrzekali się poprzedniego życia, pragnąc zdobyć łaskę i zaufanie władzy. Różne też panowały poglądy na temat nastałego ładu. Jedni mówili o przeczekaniu, widzieli wojnę w najbliższej przyszłości. Inni popadali w pesymizm i obwieszczali nieuchronną zagładę świata. To wszystko działo się wokół nas. My, młodzi, w sposób naturalny przyzwyczailiśmy się do nowego porządku, innego nie znaliśmy przecież, przemoc towarzyszyła nam od czasu okupacji i jej trwałość nie budziła w nas zaskoczenia. Tę dawną przedwojenną Polskę znaliśmy tylko z opowieści rodziców. Innego uczono nas rodowodu, innych mieliśmy bohaterów. Wszędzie z plakatów i portretów, w szkolnych klasach, świetlicach i uniwersyteckich aulach, z frontonów gmachów państwowych, transparentów w pochodach i na wiecach, zewsząd spoglądał na nas ojcowskim okiem Wielki Nauczyciel, wąsaty ojciec narodów. Nasiąkaliśmy nową mową książek, gazet i radia. Niektórzy z nas zaczynali brać w tym czynny udział, młoda energia domagała się ujścia, wyżywali się w organizacjach i akcjach, chłonęli marksistowską religię i doznawali odurzającego smaku władzy, wywyższenia, szansy dla ambicji. Inni natomiast woleli rewiry zakazane, jazz, amerykańskie ciuchy, harcerstwo. Inni jeszcze istnieli jak w próżni, ani tu, ani tam. Byli też tacy jak glina, bezwolni, oni dawali się urabiać.

Niektórych życie publiczne w ogóle nie interesowało. Instynktownie traktowali cały ten dopust jako oczywistość ludzkiego bytowania na ziemi. Niejednego ratował wybujały, młodzieńczy indywidualizm, próby wydeptywania własnych, osobnych ścieżek.

Ja dla przykładu w pojedynkę zmagałem się z Bogiem, rodziną, tradycją. Szukałem po omacku ujścia dla swoich nieokreślonych marzeń, męczyłem się z plugawą i tak rozkoszną hydrą erotyzmu. A byli jeszcze pośród nas tacy jak Romek K., koleżanka Woroniewicz. Oni przybyli z zapadłych wiosek, robotniczej biedy, nosili brzemię ciężkiego dzieciństwa, krzywd swoich rodziców z dawnego świata przed pożogą, cały ten rachunek złej pamięci. Marek W., zwany Francuzem, wywodził się z rodziny o tradycjach komunistycznej walki z wyzyskiem. Oni czuli się posiadaczami prawdy, recepty na przyszłość. Ta władza dała im przecież studia, stypendia, otworzyła jasną perspektywę. Byli jej głęboko oddani, osiągnęli bowiem rzeczywisty awans i mieli poczucie uzyskanej sprawiedliwości.

Tyle o nas bardzo młodych w tamtych, zamierzchłych czasach”.

STEMPEL „DRUGIEGO MARKA”

Marek Nowakowski urodził się 2 kwietnia 1935 roku. W zasadzie do początku lat sześćdziesiątych mieszkał z rodzicami w podwarszawskich Włochach. Uczył się w podstawówce, której kierownikiem był jego ojciec – Antoni Nowakowski (nauczycielką była również matka pisarza, Stanisława z Jabłońskich). Miał starszą siostrę Ewę. Do szkoły średniej uczęszczał też we Włochach, tam również w 1953 roku zdał maturę. Wcześniej przerywał edukację, pracując na lotnisku Okęcie w strukturach Związku Młodzieży Polskiej. Trafił też w tym czasie do więzienia z powodów z polityką niemających nic wspólnego, po maturze podjął studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim, uzyskując absolutorium w roku 1958. Pracy magisterskiej nie napisał jednak, poświęcając się odtąd wyłącznie pisarstwu. Nastąpiła też wówczas zasadnicza zmiana w jego życiu osobistym, ożenił się bowiem z Jolantą Zabarnik, w przyszłości znaną mecenas. Proza Marka karmić się będzie przez lata jej adwokacką praktyką, a począwszy od lat 80. J., lub po prostu Jola, regularnie pojawia się na kartach opowiadań pisarza.

Zadebiutuje w 1957 roku, w tygodniku Nowa Kultura – opowiadaniem Kwadratowy. Znajdzie się ono w wydanej w roku następnym, nakładem Czytelnika, pierwszej książce Nowakowskiego: Ten stary złodziej. Autor tego klasycznego dziś zbioru opowiadań miał wtedy – o czym nie zawsze się pamięta – 22 lata. Zaledwie.

Ten stary złodziej przyjęty został przez czytelników więcej niż przychylnie; przez krytykę również, ta jednak ułatwiła sobie zadanie, zaliczając Nowakowskiego do grona „hłaskoidów” i opatrując go etykietą następcy (a co za tym idzie – epigona) autora Pierwszego kroku w chmurach. Uwierał pisarza ten naprędce przystawiony stempel, który zresztą przysporzył mu kłopotów wydawniczych przy edycji drugiej jego książki, Benka Kwiaciarza (1961). Ten zbiór opowiadań gotowy był bowiem do edycji już dwa lata wcześniej, ale druk został wstrzymany po tym, gdy Marek Hłasko pozostał na Zachodzie, gdzie wystąpił o azyl polityczny. Władze, nie mogąc ukarać krnąbrnego pisarza, postanowiły zdyscyplinować „drugiego Marka”. Mniej więcej w tym samym czasie osobą młodego prozaika zainteresowała się także Służba Bezpieczeństwa. Gdy odmówił podjęcia się roli „konsultanta”, czy raczej informatora SB, odegrano się na nim w typowy dla policji politycznej sposób, wstrzymując wydanie paszportu na wyjazd na sympozjum literackie do Austrii. Za granicę wyjedzie Nowakowski pierwszy raz w 1964 roku i będzie to podróż egzotyczna – rejs statkiem handlowym „Bydgoszcz” do Afryki Zachodniej, w trakcie którego współpracował z ekipą przygotowującą film podróżniczy. Okaże się nim Cała naprzód wyreżyserowana przez Stanisława Lenartowicza. Trzy lata później Polska Żegluga Morska w nagrodę za Marynarską balladę (1966) wyśle go jeszcze w kolejny egzotyczny rejs, do Zatoki Bengalskiej.

Nie znaczyło to, że skończyły się paszportowe kłopoty pisarza. Nie pozbędzie się ich do końca istnienia PRL. Nauczy się jednak lawirować. Gdy w 1968 roku, po wydaniu jego książki w RFN, nie otrzyma zezwolenia na wyjazd na Zachód, co poza wszystkim innym utrudni odebranie przyznanej mu wtedy nagrody Fundacji Kościelskich, postara się o stypendium na pobyt w Jugosławii i z Belgradu wyśle do Paryża, do Jerzego Giedroycia maszynopis zatytułowany Jak zazdroszczę Cyganom. A na tym mu wówczas zależało najbardziej.

Do Maisons-Laffitte dotrze zresztą w końcu osobiście i to już rok później, w maju 1969 roku. Esbecja próbowała go „zmiękczyć” przed wyjazdem – bez skutku. W rezultacie z rezygnacją zapisano w aktach: „Z uwagi na negatywną postawę M. Nowakowskiego zrezygnowano z dalszych rozmów”.

Marek Nowakowski z mamą

Jola i Marek

POD LUPĄ SB

Koniec ery Gomułki oczyścił atmosferę w kulturze polskiej, spowodował też względną liberalizację polityki prowadzonej przez władze wobec środowisk twórczych. To dzięki temu mógł Marek Nowakowski pojechać w 1972 roku do Stanów Zjednoczonych, na stypendium International Writing Program w Iowa City. Pomogły tu rekomendacje otrzymane przez autora Tego starego złodzieja od Artura Międzyrzeckiego i Zygmunta Hertza, swojego wsparcia udzielił także, zachęcony do tego przez Giedroycia, Czesław Miłosz. Ale to właśnie na początku lat siedemdziesiątych, znaczonym ważnymi dokonaniami twórczymi Marka – m.in. tomami opowiadań Mizerykordia (1971) i Śmierć żółwia (1973), a spuentowanym jednym z najdoskonalszych jego zbiorów, wydanym w 1974 roku pod tytułem Gdzie jest droga na Walne, intensyfikacji uległy antysystemowe działania pisarza. W 1971 roku złożył swój podpis pod listem skierowanym do ministra sprawiedliwości z protestem przeciw wyrokom wydanym w procesie tzw. Ruchu (przypomnę, że na 7 lat więzienia skazani zostali wtedy Andrzej Czuma i Stefan Niesiołowski). Dwa lata później był sygnatariuszem kolejnego listu, przeciw dyskryminowaniu i cenzurowaniu utworów niektórych członków Związku Literatów Polskich, przede wszystkim Ryszarda Przybylskiego. W 1974 roku zaś podpisał, wysoce niepoprawną politycznie, rezolucję „w sprawie uzyskania prawa dla Polonii radzieckiej”. Tego już było dla komuny za wiele, natychmiast też nie tylko zablokowano mu wyjazdy „do krajów kapitalistycznych”, ale i zatrzymano wydanie Wesela raz jeszcze, wydrukowanego w 1974 roku w Iwaszkiewiczowskiej Twórczości, tyle że w książce opublikowanej oficjalnie dopiero w roku 1982. Cenzura też zatrzymywała jego teksty pisane dla Tygodnika Powszechnego.

Rok 1976 spowodował bardzo wyraźną polaryzację stanowisk stron społecznego konfliktu mającego miejsce w PRL. Po podpisaniu przez Nowakowskiego Memoriału 101, kolejnego, ważnego protestu – przeciw planowanym zmianom w Konstytucji PRL i jego zaangażowaniu w działania biorące w obronę spacyfikowanych robotników strajkujących w Radomiu i Ursusie przeciwko podwyżkom cen, został on wzięty pod lupę przez SB, inwigilowany na każdym kroku, podsłuchiwany, osaczany przez niezliczonych agentów i współpracowników policji politycznej. Klimat, w jakim żył pisarz, odda później w kilku książkach, m.in. w Kryptonimie „Nowy”. Tajemnicach mojej esbeckiej teczki (2007), ale i w świetnym tytułowym opowiadaniu tomu Grisza, ja tiebie skażu....

Kolejne wydarzenia następowały błyskawicznie, historia działa się wówczas „tu i teraz”. W 1977 roku współtworzy Nowakowski pierwsze niezależne pismo literackie Zapis i publikuje w nim, pod nazwiskiem, nie posługując się kryptonimem. Jedno ze swoich najistotniejszych opowiadań czy raczej mikropowieść Książę Nocy publikuje jednak w 1978 roku legalnie, w Państwowym Instytucie Wydawniczym w tomie oprócz tytułowego Księcia... zawierającym również Stypę i Hades.

Po Sierpniu’80 zaangażuje się w działalność odnowionego, pod przewodnictwem nowego prezesa Jana Józefa Szczepańskiego, Związku Literatów Polskich. M.in. współtworzy Komisję Współpracy ZLP z NSZZ „Solidarność”, choć członkiem tej ostatniej nie zostaje. Nie pierwszy raz dystansuje się od polityki, ta jednak nie pozwala mu zapomnieć o sobie.

Na stan wojenny zareaguje utworami zatytułowanymi pierwotnie Zapiski na gorąco, a opublikowanymi (pod nazwiskiem!) w podziemnym Tygodniku Mazowsze. To one złożą się na sławny Raport o stanie wojennym (w dwóch częściach opublikowanych w podziemiu w roku 1982 i 1983), a w konsekwencji spowodują uwięzienie pisarza w marcu 1984 roku. Postawione mu zostają zarzuty publikowania oszczerczych tekstów na temat ustroju i organów władzy oraz działania w porozumieniu z wrogimi wobec PRL ośrodkami propagandowo-dywersyjnymi.

Na początku lat 90. w wywiadzie, jaki z nim przeprowadziłem, wspominał z nutą czarnego humoru: „– Kiedy po zakończeniu śledztwa czytałem tomy akt, które miały być podstawą sprawy sądowej, stwierdziłem, że jestem na topie. Resort, na przykład, dokonał licznych ekspertyz, przez biegłych tłumaczy, celem sprawdzenia zgodności tekstu Raportu o stanie wojennym z jego dziesięcioma czy jedenastoma przekładami. Do każdej ekspertyzy dołączono kosztorys. Z szacunkiem stwierdziłem, że nie żałowano na mnie pieniędzy. A ile kosztowała praca tych wszystkich cichobiegaczy, którzy chodzili za mną, za żoną, przesłuchiwali moich znajomych, niektórych szantażowali...”

Ze Służbą Bezpieczeństwa miał na pieńku już wcześniej: „– Jadąc w swą pierwszą zagraniczną podróż, pożyczyłem walizkę od Ludwika Zimerera, wspaniałego człowieka, korespondenta radia RFN w Polsce, największego kolekcjonera sztuki ludowej w Europie Środkowej. Nie podobało się to moim rozmówcom z SB. Kiedy zorientowali się, że nie mogą liczyć na moją współpracę, usłyszałem: – To nie mógł pan tej walizki pożyczyć od Polaka, tylko od Niemca!

Po Marcu ’68 próbowano znów brać mnie pod włos jako tzw. prawdziwego Polaka. Nie powiem, bym w pełni był wtedy świadomy rozgrywek na górze partyjnej, dochodzenia do głosu szowinistów i innych mętów. Zawsze jednak pomagała mi intuicja. Jest widać w człowieku coś zakodowane, co pozwala, kiedy trzeba, powiedzieć – nie; wyczuć to, co jest ohydne i grząskie”.

Po fali protestów przeciw szykanom spotykającym pisarza tylko za to, że uprawiał swój zawód, obejmie go amnestia z 22 lipca 1984 roku. Postępowanie karne umorzone zostanie jednak dopiero w III Rzeczypospolitej w wyniku rewizji nadzwyczajnej zakończonej w maju 1992 roku, która zarzuty wobec Marka Nowakowskiego uzna za to, czym były w istocie, a mianowicie za przejawy represji politycznej.

ODPOWIEDZIALNOŚĆ ZA SŁOWA I CZYNY

Jedną z pierwszych książek napisanych przez Nowakowskiego w III RP były Strzały w motelu George (1997), przyjęte bez entuzjazmu, choć dziś widać jak na dłoni, że autor bezbłędnie wyczuł nastrój nadchodzących czasów. Powstawała polska mafia, rodziła się też polska klasa średnia, a temu zjawisku poświęcił pisarz inną książkę, mikropowieść Homo polonicus (1992), w której stworzył postać iście archetypowego beneficjenta III RP, Stasia Bombiaka, biznesmena, któremu słoma wystaje z butów. Przestrzeń, w której się osobnik ten porusza, autor detalicznie opisał następnie w zbiorze czterdziestu sześciu miniatur prozatorskich Prawo prerii (1999), ukazujących panoramę Polski jako jednego wielkiego bazaru.

Równocześnie coraz głębiej zanurzał się Nowakowski w przeszłości. To wtedy powstał bardzo cenny cykl Powidoków (wydawanych od 1995 roku), obrazów Warszawy, której już nie było. Współczesność stolicy pokazywał w Opowiadaniach ulicznych (2002), jej dzień wczorajszy w Powidokach właśnie, na podstawie których powstał zresztą 9-odcinkowy serial telewizyjny, z Markiem w głównej roli warszawskiego cicerone. W roli tej czuł się coraz lepiej. „Miasto, czyli świat” pisał, a to miasto znał jak własną kieszeń. Nic dziwnego, że pomagał w promocji Orkiestry Staśka Wielanka czy Szwagierkolaski, choć nie był specjalnym admiratorem Grzesiuka ani „warsiawskiego” folkloru. Ale to była jednak jakaś część jego świata, o którym ani nie chciał, ani nie potrafił zapomnieć.

Był aktywny na różnych polach, m.in. mocno zaangażował się w tworzenie Nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza. Przewodniczył jej kapitule, zależało mu, by wyróżnienie to zyskało jak najwyższą rangę. W tekstach publicystycznych i wywiadach, których udzielał, zabierając głos w sprawach publicznych, wielokrotnie ostro występował przeciw okrągłostołowej taktyce obozu „Solidarności”. Piętnował postkomunistów i liberałów, ale to nie przynależność partyjna decydowała o tym, kogo cenił, a kto był mu wrogi, obcy czy obojętny. Ponieważ brał pełną odpowiedzialność za swoje słowa i czyny, domagał się tego i od innych. Choć, z drugiej strony, postawa Katona była mu z gruntu obca.

Konsekwentnie potępiał postępowanie władz rosyjskich wobec Czeczenów. Dla niego byli oni zawsze dumnymi góralami Kaukazu, a nie żadnymi terrorystami. Rosja natomiast, ta Rosja bliska jego sercu, była Rosją Gogola i Bunina, bo cała reszta, z którą od wieków mamy do czynienia, to jedna i ta sama dzicz mongolska.

Wolna ojczyzna nie stała się dla niego Polską jego marzeń, choć pewnie mogła. Mało kto był tak predestynowany do zajęcia w III RP wysokiego stanowiska, do czerpania profitów ze swej wcześniejszej działalności jak Marek. Nie chciał, pazerność na dobra doczesne była mu z gruntu obca, zaś zaszczyty... Tych mu raczej szczędzono. Ale też nie wypinał piersi po ordery, jakie powinien otrzymać choćby za walkę z komuną. Z politycznym kombatanctwem nie obnosił się. To zupełnie nie było w jego stylu.

A czy na czymś Markowi Nowakowskiemu zależało? Pewnie, jak każdemu człowiekowi pióra, na pisarskiej sławie. Tej zaznał w stopniu ograniczonym raczej.

GŁĘBOKI URAZ I JESZCZE GŁĘBSZY GNIEW

Kolejne, wydawane przez niego tomy odnotowywano, recenzowano albo i nie. Chwalili go krytycy uznawani za prawicowych, ci z drugiej strony wytykali autorowi Fortuny liliputa (1996) rzekome anachronizmy, Salon coraz częściej wzgardliwie milczał, czym – sądzę – przejmował się najmniej, bo przecież znał go doskonale. I przejrzał ten Salon na wylot. W Piórze (2012) opowiedział historię, którą już wcześniej przetwarzał literacko, nie tak szczegółowo jednak. Zdarzenie miało miejsce na przyjęciu w mieszkaniu Julii Hartwig i Artura Międzyrzeckiego przy Sadowej. Powodem była wizyta w Warszawie redaktora francuskiego Temps Moderne. Polsko-francuski charakter spotkania podkreślał udział w nim Kazimierza Brandysa (z żoną) i jego tłumaczki, Francuzki Anny Posner. Obecni byli jeszcze Ewa Fiszer, Julian Stryjkowski, ktoś tam jeszcze. „Mówiono – wspominał Marek – o ostatnich nowościach wydawnictwa Gallimarda, nagrodach Goncourtów, sztukach teatralnych Sartre’a, Anouilha, prozie Aragona, poezji Eluarda, malarstwie Buffeta. No i zrobił się Paryż! Kazimierz Brandys najbardziej paryski. Dowcipny, błyskotliwy, prezentował świetny kunszt konwersacji. Mówił po francusku prawie tak biegle jak goście z Paryża. A z okien był widok na brzydką, syfiastą Marszałkowską. (...) Piją sobie z ust. Ci durnie z Zachodu, zainfekowani komunizmem. Ta gruba, ciężka Anna Posner pewnie należy do KPF. Dlaczego nie? Udawany Salon. Udawana swoboda. Kazimierz Brandys przekładany, wydaje go Gallimard. Cenią go, pisze tak lekko, finezyjnie. Takie krągłe frazy, esprit iście paryski. Rue de Seine, mówili, jakaś ciekawa wystawa. Coś się we mnie zakotłowało. Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek! Gdzie ja, do kurwy nędzy, jestem! Nie byłem z nimi. Zapragnąłem zaznaczyć swoją odrębność. Wtedy to zacząłem robić szkarady”. O tych „szkaradach” rozpisywać się nie będę. Kto nie wie w czym rzecz, niech sięgnie do książki.

Coraz bardziej dystansował się Nowakowski od luminarzy środowiska pisarskiego. Autorami związanymi z PZPR jawnie gardził, jeśli zaś chodzi o „dobre towarzystwo”, o stalinowców, którzy w ciągu jednego dnia przepoczwarzyli się w opozycję, to nie potrafił wybaczyć im ani tej nagłej wolty, ani – tym bardziej – gorliwego uczestnictwa w „hańbie domowej”. Niechęć do tej formacji pozostała mu na dłużej, choć przecież takie, na przykład, Strzały w motelu „George” swój pierwodruk miały jeszcze w Gazecie Wyborczej.

Na szczęście, nie opuszczała Nowakowskiego pisarska wena. W nawiązujących tematycznie do Powidoków tomach Nekropolis (2005, 2008) opowiedział już nie o dawnej Warszawie, ale o Warszawie umarłej, o Warszawie, której nie ma. Hojną ręką ofiarował też czytelnikom swoje autobiograficzne książki: Pióro i Dziennik podróży w przeszłość. I – najważniejsze – zbiór opowiadań Czarna i Mała (2010), z jakże innym od całej reszty Piorunkiem, smutną opowieścią o prowadzonym na spęd źrebaku, ale i o radości życia, i o... miłości – choćby i do zwierząt. Warto też jeszcze przypomnieć obraz postpegeerowskiej rzeczywistości, jaki stworzył Nowakowski w Psich Głowach (2008).

MITOMANI POGRĄŻENI W FIKCJI

Przypomina mi się jakaś wspólna z Markiem przechadzka po śródmiejskich zakamarkach Wspólnej, Hożej, Emilii Plater. Wchodziliśmy do co drugiego sklepu, warsztatu, pracowni. Wszędzie witano go z honorami, znano go tam i szanowano. Był pisarzem tych prywaciarzy, jak z dezaprobatą nazywano ich w PRL. Tak jak większość z nich też był rękodzielnikiem, tyle że robiącym w specyficznym tworzywie – słowie.

Marek trochę zaciemniał swój pisarski wizerunek, sprowadzając swych bohaterów do wspólnego mianownika. Mieli być nimi, jakoby, ci wszyscy, którzy ustawiali się wobec komuny na kontrze. Mogli to być prywatni przedsiębiorcy, walczący z idiotycznymi przepisami gospodarki nakazowo-rozdzielczej, rozmaite „farmazony” i „rajskie ptaki”, zbuntowani, długowłosi młodzieńcy, a i starzy wyrokowcy. Nie bardzo mi się ta, nazbyt dowolna, systematyka podobała. I przy okazji promocji wydanej w 1998 roku Redy (w twórczości Nowakowskiego można wyróżnić niewielki, ale znaczący nurt morski) powiedziałem pisarzowi, że mam do niego pretensję o to, iż swoimi książkami zmitologizował tych wszystkich „Kwadratowych”, wytatuowanych git-ludzi o ćwierćmózgach wyżartych autowidolem. W istocie nie byli ani w części tak ciekawi, jak w opowiadaniach Marka, ani niezłomni, ani solidarni. Ot, zazwyczaj drobne złodziejaszki, alfonsi, prymitywni włamywacze odliczający dni od jednej odsiadki do drugiej. Tymczasem pisarz cytował piosenkę: „Jam złodziej, czarodziej, przede mną wielki, otwarty jest świat” i już mieliśmy powiew romantyki, której tak naprawdę nie uświadczyło się w życiu tych ludzi ani na jotę. Nie zapomnę serdecznego śmiechu żony pisarza, Joli Nowakowskiej, którym skwitowała moje wywody. Środowisko przestępcze znała przecież aż za dobrze i świetnie wiedziała, gdzie kończyła się prawda o „księciach nocy”, a zaczynała pisarska kreacja Marka.

A tytułowy bohater Księcia Nocy pojawiał się u Nowakowskiego i w innych opowiadaniach, np. w Jednym dniu w Europie z tomu Dwa dni z Aniołem (1984), skąd pochodzi ten dialog:

– Był kiedyś w moim życiu pewien idol. Książę Nocy. Wolny człowiek. Tak on siebie nazywał.

– Znałem tego farmazona – brutalnie zabrzmiał głos Kiciusia. – Umarł niedawno. Skretyniały nędzarz i alkoholik. Z ulicy zabrali go do szpitala i tam się rozsypał.

– Ci wolni ludzie – Malarz drobnymi łyczkami wysączył wódkę – mitomani pogrążeni w fikcji.

Bez mitów nie ma jednak wielkiej literatury; to one ją stwarzają.

W PISARSKIM MOZOLE

Zmarł Marek Nowakowski 16 maja 2014 roku, pochowany został na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach. W opowiadaniu Mój Przyjaciel Pisarz z tomu Portret artysty z czasu dojrzałości (1987) tak pisał o swoim dojrzewaniu twórczym: „Wiedziałem, że sztuka to nie żadna lekkość i bajeczna kraina uniesień, ale ciężka harówa, gdzie najważniejsza jest uczciwość wobec siebie i mozolne przedzieranie się przez gąszcz kłamliwych słów w poszukiwaniu tego jednego jedynego, które przylega do rzeczy jak skóra do ciała”.

I takie słowa znajdował. „Na Annopolu doliniarze powiadają: «Wspólnik jest jak brat»” – zdanie to, otwierające tom Ten stary złodziej, przeczytałem pierwszy raz pół wieku temu, a mógłbym je powtórzyć obudzony w środku nocy. Podobnie jak podsumowanie życia bohatera innego opowiadania z tego zbioru – Kwadratowego: „To był największy połykacz”. I dziesiątki innych.

Był pisarzem niezwykle wyczulonym na głos ulicy. Zawsze pisał dla tutejszego czytelnika, dla swojaka. W okresie pomarcowym zdarzało mu się publikować w Paryżu u Jerzego Giedroycia, ale to dopiero w latach stanu wojennego stał się częstym autorem Instytutu Literackiego. Wcześniej podpisywał się tam pseudonimem – Seweryn Kwarc. Nie dlatego, że brakowało mu odwagi – tej nie zbywało mu nigdy, ale niecierpliwie czekał na moment, kiedy będzie mógł z powrotem oficjalnie drukować swoje książki. Doskonale wiedział bowiem, gdzie ma swoich odbiorców i pod jakimi warszawskimi adresami ich znajdzie. Drugi obieg, którego był – jakkolwiek by to zabrzmiało dziwnie – gwiazdą, nie gwarantował mu dostępu do tych wszystkich, na których mu zależało.

Do mistrzostwa swoich opowiadań doszedł nie dzięki poszukiwaniom formalnym i eksperymentom językowym. „Nie próbował – jak konstatował Jan Walc – dokonać zasadniczego przełomu w sztuce prozatorskiej, wymyślić nowego kierunku, stworzyć własnego, wymyślonego świata. Tym wszystkim zajmuje się zupełnie chyba wystarczająca ilościowo grupa jego kolegów”. Przez lata z uporem godnym lepszej sprawy wpisywano go w mały realizm, nie dostrzegając tego, że nawet najbardziej naturalistyczne obrazy Nowakowskiego były zawsze literacką reakcją na rzeczywistość, a nie reporterskim odzwierciedleniem faktów. Gdybym w jednym zdaniu musiał określić to, czym się zajmował w swojej twórczości, powiedziałbym, że nieprzerwanie snuł swoją prawdziwą opowieść o prawdzie.

Taki był ten „Pojedynek”, jak sam o sobie powiadał. Marek Nowakowski, pisarz osobny, pisarz doskonały.

Krzysztof Masłoń

Drewniaki... albo dziewczyna kapusia

– To był kiedyś dobry urke – powiedział niższy z mężczyzn – i charakterny, jak mało kto.

– Uhm... – mruknął chudy o twarzy małej i trójkątnej; suwał dłonią po lepkiej ceracie.

Knajpa już pustoszała. Barmanka spoglądała nieprzyjaźnie. Chudy wysączył chciwie odrobinę piwa.

– Ostatnio – odezwał się, nie przestając poruszać dłonią – siedziałem z nim pod jedną celą... on ciągle biegał z językiem do naczelnika. Wspólników sypał. Była z niego straszna kurwa – zakończył i ścisnął dłoń.

– Straszna... – powtórzył niższy przeciągle.

Z zewnątrz ktoś walnął w drzwi. Brzęknęły przejmująco szyby.

– Psiakrew – mruknęła barmanka.

– A dziewczynę ma dobrą – szepnął chudy, obgryzając uporczywie paznokcie. Dłoń miał szeroką, białą, z niebieskimi, grubo węźlejącymi żyłami.

Niski przeciągnął się leniwie. Wzięli czapki i wyszli na ulicę. Chłodny wiatr bił w twarze. Przechodniów było niewielu, wszyscy w płaszczach z podniesionymi kołnierzami. Mały pociągnął kumpla za rękaw. Przystanęli.

– Tyle go znałem – mruknął – i nigdy bym nie przypuszczał.

Chudy twarz miał teraz zaciętą, błyszczącą ślisko światłem pobliskiej latarni.

– Należy mu się – powiedział głucho – należy.

Szli, milcząc. Niski nadążał z trudem, gdyż chudy wyciągał porządnie nogi. Na rogu krzątały się już dziwki. Chodziły pojedynczo lub po dwie. Mężczyzn prosiły o ogień, zagadywały przymilnie. Stróż w bramie owinął się szczelnie baranim kożuchem, wysunął nogi i zapatrzył się gdzieś ponad domy. Ci dwaj rozglądali się uważnie. Niski pozdrowił jedną z dziwek, krzywą i pryszczatą.

– Jeszcze jej nie ma – odezwał się chudy.

Ten niższy pokiwał głową.

– Ona wychodzi później – mruknął.

– Może w ogóle nie przyjdzie? – zatroskał się chudy. – Może już czeka na niego?...

Niższy z mężczyzn oparł się o ścianę. Był jeszcze niestary, ale pomarszczony i łysawy. Spojrzenie miał przygaszone, wypełzłe.

– Kupę czasu – rzekł wreszcie – nie widziałem go... kupę, będzie ze trzy lata. Ostatnim wyrokiem... – urwał i podniósł się na palcach. Chudy spojrzał za nim. Dziewczyna, na którą czekali, stała na przystanku, kołysząc niedbale torebką. Jej włosy były bardzo jasne i długie. Facet z teczką spoglądał na nią ciekawie. Postąpił krok naprzód i utknął niezdecydowanie.

– Już przyszła – szepnął mały.

– I od razu – zauważył jego kumpel – ma klienta. Dobrego frajera – dodał – widać, że panisko. Zarobi – zaszeptał jakby do siebie – kupi mu wódy, wszystkiego... – Potarł twarz, która stała się gorąca.

Dziewczyna roześmiała się głośno i odrzuciła daleko na jezdnię niedopałek. Stanęła pod latarnią. Zauważyła tych dwóch. Przywitali się w milczeniu. Chudy przygryzł wargi i opuścił wzrok. Prawie dotykały go jej piersi, wysokie i pełne, obciśnięte jaskrawym sweterkiem.

– Widzieliście Sztajera? – głos dziewczyny dźwięczał nieco chrapliwie. – Spił się i bije frajerów. Szczęścia szuka. – Śmiech wyżłobił dołeczki w policzkach.

Czuli zapach ostrych perfum.

Niższego ujęła pod brodę.

– Smutni – zauważyła – niedoprawieni. – Poszperała w lakierowanej torebce. – Macie – rzekła wesoło – na ćwiartkę.

„Zadowolona” – pomyślał chudy – „bo wie, że on”... – Odsunął rękę dziewczyny.

– Twój chłop – warknął – będzie tutaj dziś przed północą.

Spoważniała i skinęła głową. Była to ładna i młoda dziwka.

– Przed północą – powtórzył mały.

Ten drugi podrzucał na dłoni pudełko z papierosami.

– Twój chłop – powiedział, marszcząc dziwnie twarz – to... – urwał i schował pudełko do kieszeni – to wielka kurwa...

Patrzyła nań wyczekująco.

– Kapuś – dodał.

Mały uśmiechnął się wstydliwie.

– Pojedziem po niego na dworzec – rzekł chudy.

Uniosła wysoko brwi.

– Razem – wyjaśnił mały – przecież to stary nasz kumpel. – Splunął i długo rozcierał butem ślinę.

Chudy przypatrywał się dziewczynie spod przymrużonych powiek. „Twarz okrągła, świeża” – zdziwił się. – „Nie wygląda na dziwkę”. Zderzył się z jej wzrokiem odległym i czystym. Teraz spojrzenie utkwił w chodniku. „Dziwka” – bezgłośnie powtarzał – „dziwka...”.

Mały znowu zmarszczył się wstydliwie.

– Jak możesz – powiedział łagodnie – pracować na takiego łachudrę. Jak możesz?

– I to jeszcze tak... – wyrzucił z siebie chudy.

Jej twarz nie zmieniła wyrazu. Pewna i otwarta.

– Kiedy siedziałem z nim – mruknął chudy – to prawie co tydzień dostawał od ciebie forsę... myślisz, że dziękował? Klął, że mało...

– Więcej nie mogłam – wtrąciła gwałtownie – niewielu teraz porządnych klientów.

– Głupiaś – syknął chudy – zupełnie głupiaś! Takiemu nygusowi – powiedział głucho. – No, ale on dziś wraca, nareszcie wraca – dodał mściwie.

– Weźmiem taryfę – rzekł niski – i podskoczymy razem.

Cofnęła się o krok i opuściła głowę, gładząc torebkę.

– Jasne, że razem – rzekł chudy. Głos jego był ostry, nieprzyjemny, chusteczką ocierał twarz.

Zatrzymali małego, odrapanego opla.

– Wschodni – rzucił chudy.

Taksówka, parskając i dygocąc, ruszyła naprzód. Wcisnęli się w siedzenie. Chwilami ich twarze ukazywały się dokładnie w świetle mijanych latarń. Ten mały trącił swego kumpla w plecy i wskazał na dziewczynę skuloną, zmartwiałą. Chudy przeklął szeptem. „Myśli...” – był pewien, że o nim myśli. Taksówka zatrzymała się gwałtownie, wytrącając ich z odrętwienia.

W brudnej poczekalni dworcowej żółte, mdlące światło ukazywało zmęczone i senne twarze ludzi. Wiejskie baby, obłożone tobołkami, dzieci skulone w pokraczne kłębki, chrapania cienkie i długie... drażniący poświst zakatarzonego opoja. Środkiem przechadzał się wyprostowany, o chmurnej twarzy milicjant. Przy bufecie zarośnięty włóczęga prawił coś pijanym, plączącym się głosem. Zatrzymali się pod oknem, z którego widać było czarne płaszczyzny peronów. Z dala dochodził zdarty głos megafonu.

– Już niedługo – zauważył niski.

Dziewczyna rozpłaszczyła twarz na szybie.

Chudy uśmiechnął się krzywo. „Fajna dziwka – pomyślał – fajna”. Mały wskazał ukradkiem jej pełny, zgrabny zadek. Zmarszczył obleśnie twarz. Chudy przełknął głośno ślinę. Od wyjścia z więzienia nie miał jeszcze żadnej dziewczyny.

– Słuchaj – zaczął chrapliwie – po co ci to wszystko?

Zwróciła doń twarz.

– Po co ci – powtórzył – taki chłop? Zarobić, nie zarobi. Nie umie. Tylko chla i przecież ciągle cię tłucze.

Wydęła usta.

– Wiem, wiem – rzekł gwałtownie – ile już razy chodziłaś z podbitymi ślepiami. – Oddychał nierówno. – I niszczysz się – dodał zmęczonym głosem – ciągle na rogu... to zdrowie odbiera... A on – splunął – jeszcze kręcił z innymi dziwkami. Całą stajnię miał...

Dziewczyna zacisnęła usta.

– Tak – powiedziała cicho – bić, to on porządnie bił. – Poczęła kiwać głową, jakby skandując przypominające się przeżycia. – Jak tylko miał to zrobić, zaraz zapalał papierosa – mówiła. – Walił cichcem i włosy mu zawsze spadały na oczy. Długie nosił – dodała wyjaśniająco. Jej twarz złagodniała, wzrok skrył się pod opuszczonymi powiekami.

Chudy mocno zacisnął garść. „Głupia kurwa – żuł ze złością – głupia...”.

– Tak, tak – westchnęła.

Mały poruszył znacząco ramionami. Jego chudy kumpel gniótł ze złością papierosa, wreszcie przełamał go i odrzucił.

– Ostatnio – odezwała się dziewczyna – przed samą wpadką też dał mi wycisk. Niekiepski. – Podniosła wzrok na tych dwóch. Zobaczyła wymiętą twarz niskiego i złą, pełną zaciętości chudego. – Ale z tym już będzie koniec – dodała pospiesznie – nie dam się...

Chudy uśmiechnął się smutno.

– Koniec – powiedział przeciągle. – To zależy od niego. A później znajdzie inną, co lepiej trafia, wtedy kopnie ciebie.

Nie odpowiedziała, lecz twarz jej mówiła, że nie wierzy w to.

– Dziewczynę taką jak ty – mówił dalej chudy – inny by na rękach nosił... nie puszczałby na ulicę... Ubrać jak lalkę i chodzić na roboty chce się wtedy... bo wiadomo, dla kogo się trafia. – Spoglądał na nią zachłannie.

– Pewnie – wtrącił mały, poziewając.

– Musisz skończyć z tym – rzekł głucho chudy. – Koniecznie.

Uważnie patrzyła w ciemność za oknem. Milicjant zmierzył ich długim spojrzeniem. Mały wtulił głowę w ramiona i poruszył się niepewnie.

– Bo on – kończył chudy – nie umie cię uszanować.

Odwróciła się od okna. Teraz jej twarz wyrażała trudny, bolesny prawie namysł.

– Taki chłop jak on – mówił szybko z nadzieją w głosie chudy – co to za chłop...

Przerwała, wyciągając rękę. Przypatrywała mu się kpiąco.

– Wcale nie byle jaki – rzekła głośno. – Gust to ja mam. Jest przystojny – uśmiechnęła się łagodnie. – Ma takie cygańskie oczy – szepnęła – takie, że aż... – przeciągnęła się rozkosznie.

– Musi mieć dobrego zaganiacza – wtrącił mały – bo go tak wspominasz.

Chudy przygryzł wargi.

– I włosy – mówiła miękko – długie, falujące... A na szyi czarny pieprzyk... mało który chłop ma taki pieprzyk... Tak, tak – dodała, zobaczywszy kpiącą gębę małego – wielu już znałam i żaden... W ogóle... – zakończyła gwałtownie.

Przyjrzała się teraz chudemu o małej trójkątnej twarzy, jakby porównując. Przykulił się trochę pod jej chłodnym i dokładnym spojrzeniem. Ten mały zachichotał. Babina śpiąca obok na drewnianych skrzynkach jęknęła rzewnie przez sen. Pan w pumpach oparł brodę o laskę.

Chudy poruszył się niecierpliwie.

– Niby nie jesteś trąba – podjął znowu – chodzisz do miasta... a tak oślepłaś. Przecież on tylko leci na twoją forsę. – Wczepił się palcami w parapet. – I listy od innej dostawał – rzekł niedbale – a jak jej odpisywał...

Twarz dziewczyny skurczyła się.

– Jak? – spytała.

– Ano – odparł chudy – tak jak się pisze babie, która mocno w łeb wlazła.

– Nie powinnaś tak za nim obstawać – wtrącił stanowczo mały. – Z innym lepiej byś wygrała – dodał, spoglądając znacząco na swego chudego kumpla.

Zamyśliła się, bębniąc palcami w szybę.

– Niekiepska – szepnął mały, a po chwili mlasnął śmiesznie, chudy przytaknął skwapliwie i przymrużył oczy.

Podeszli do drzwi. Za parę minut powinien nadejść pociąg z Siedlec. Tym pociągiem przyjeżdżał on, jej chłop.

– Pamiętaj – szepnął do niej chudy – nie odzywaj się do tego ciapciaka, ja z nim załatwię.

– Nic, ani słowa – przyłączył się mały.

Nie odpowiedziała, tylko nieznacznie pokiwała głową. Z torebki wyjęła szminkę i podmalowała usta, uważnie przeglądając się w lusterku.

„Dla niego” – pomyślał ze złością chudy.

Z głośnika rozległy się bełkotliwe, zlewające się słowa.

Ten kapuś szedł szybkim krokiem, wysunąwszy do przodu głowę. Kołysał się w ramionach. Ubranie na nim wisiało, wymięte i obszarpane. Minął budkę biletera i dopiero wtedy dostrzegł ich. Zatrzymał się i rozchylił usta. Dziewczyna wpatrywała się weń z łapczywą dokładnością. Włosy krótkie, bez połysku, twarz blada, lecz ta sama, dobrze jej znana, z lekkim, drwiącym grymasem. Usta zacisnął w wąską upartą linię. Postąpił krok, jakby chcąc ich minąć. Przesunął dłonią po krótkich sterczących włosach.

– Przyszłaś – mruknął. Jego wzrok ślizgał się po twarzach tych dwóch, którzy tkwili nieruchomo. – Przyszłaś – powtórzył i wyciągnął do niej rękę.

Długo zapalała papierosa.

Gwizdnął leciutko.

– Nie chcesz! – rzekł, nie przestając spoglądać na tamtych. Rękę wsunął za marynarkę.

„Nadrabia miną” – pomyślała dziewczyna. Widziała, jak krzywił się złośliwie. Znała te jego miny dobrze. Podciągnął opadające, dziurawe na kolanach spodnie.

Chudy chrząknął wymownie.

– Przyszliśmy – rzekł ochryple – przywitać...

– Tak, tak – powiedział piskliwie ten mały.

Kapuś milczał, omijając ich spojrzeniem. Zgarbił się trochę. Dziewczyna zdusiła w palcach papierosa.

Wyszli. Ci dwaj po bokach kapusia i jasnowłosa dziewczyna parę kroków za nimi. Po ciężkiej, pełnej zaduchu atmosferze poczekalni ogarnęło ich rześkie, nieco wilgotne powietrze jesiennej nocy. Chudy odetchnął głęboko, zatrzymał się nieznacznie i mocno ścisnął łokieć dziewczyny. Na kozłach dorożek drzemali woźnice. Niebo wisiało ciężkie, skołtunione. Gdzieś wzbił się przenikliwy gwizd. Ich buty stukały głucho. Kapuś szedł niedbale, rozbujanym krokiem. „Tak zawsze chodzi” – pomyślała dziewczyna. On zaś obejrzał się na nią. Parsknął gardłowym śmiechem.

– Głupia suka – mruknął półgłosem. Znów zaśmiał się.

Drgnęła, lecz szybko opanowała się. „Podskakuje – myślała łagodnie – jak zwykle podskakuje... udaje kozaka”. Szli teraz wzdłuż płotu. Chudy jeszcze raz chwycił rękę dziewczyny, zakaszlał znacząco i machnął krótkim ciosem z boku. Głowa kapusia odskoczyła jak piłka. Mały szczeknął nieprzyjemnym śmiechem i odsunął się ostrożnie.

„Teraz – uznał chudy – walnę łbem i wezmę pod obcasy”. Złapał kapusia za klapy i... nagle otrzymał od tyłu mocne, krótkie uderzenie w ciemię. Zachwiał się i opuścił ręce. W głowie zawirowało.

Gdy otworzył oczy, kapuś już był daleko. Jego sylwetka rozpływała się w ciemności. Mały próbował gonić go niezgrabnie, ale wkrótce przestał, dysząc i przeklinając. Dziewczyna stała na jednej nodze, niezdarnie utrzymując równowagę, i wkładała but.

– Ty... ty... – chudy szukał z wściekłością słowa. Potarł obolałą głowę.

– Klops – posłyszał zadyszany głos małego kumpla – ona jest strasznie za nim.

Chudy dostrzegł jej twarz spokojną, nieprzeniknioną, zdawało mu się, że z leciutkim uśmieszkiem.

– Puścił krew – powiedziała cicho – nie mogłam patrzeć i...

Przerwał jej.

– Buty to masz niezgorsze – powiedział już spokojnie i jeszcze raz potarł głowę. Syknął.

– Drewniaki – wyjaśniła krótko dziewczyna.

„Charakterna – pomyślał z uznaniem chudy – charakterna, jak mało kto...”.

1958

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Książę Nocy Tak zapamiętałem Moja Warszawa. Powidoki 2 Okopy Świętej Trójcy.. Rozmowy o ludziach i życiu Dziennik podróży w przeszłość Ten stary złodziej. Benek Kwiaciarz 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Trwaj przy mnie