Stukostrachy

Stukostrachy

Autorzy: Stephen King

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Horror

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 20.20 zł

Haven, idylliczne miasteczko w stanie Maine, przeobraza sie w niebezpieczna pulapke dla kazdego nowego przybysza. Diabelska przemiane wywoluje na pozor blahe wydarzenie - Bobbi Anderson potyka sie w lesie o dziwny metalowy przedmiot i bezskutecznie stara sie go wykopac. Wkrotce tajemnicza rzecz, zagrzebana w ziemi od tysiacleci, zaczyna sie rozrastac i zmieniac ksztalty, upodabniajac sie do ruin starozytnej budowli. Bobbi i jej partner popadaja w dziwne uzaleznienie od tego wykopaliska, a wszyscy mieszkancy Haven zostaja obdarzeni moca nieznana zwyklym smiertelnikom... Powiesc doskonale laczy elementy fantastyki i grozy. Oprocz sporej dawki horroru, humoru i napiecia, czytelnicy znajda w niej znakomite obrazki obyczajowe z zycia amerykanskiej prowincji. Wszystko to, za co kochamy horrory - autentyczny strach, wciagajaca fabula i tajemnica odkrywana bardzo, baaardzo powoli. Az do ostatniej strony. - Zycie Warszawy Nieprawdopodobnie przerazajaca historia - od tej ksiazki nie mozna sie oderwac. - Los Angeles Times

Tytuł oryginału:

THE TOMMYKNOCKERS

Copyright © 1987 by Stephen King, Tabitha King

and Arthur B. Greene, Trustee

All rights reserved

Projekt okładki: Ewa Wójcik

Ilustracja na okładce: Vincent Chong

Redaktor prowadzący: Katarzyna Rudzka

Redakcja: Jacek Ring

Korekta: Jolanta Kucharska, Mariola Będkowska

ISBN 978-83-8123-705-5

Warszawa 2012

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

DLA TABITHY KING

„…mam obietnice do spełnienia”

Podobnie jak wiele wierszyków dla dzieci, ten o Stukostrachach wydaje się na pozór nieskomplikowany. Trudno wytropić pochodzenie tego słowa1. Słownik Webstera powiada, że Stukostrachy to (a) olbrzymy drążące podziemne korytarze lub (b) duchy nawiedzające opuszczone kopalnie i jaskinie, natomiast według słownika oksfordzkiego Stukostrachy to duchy górników, którzy umarli z głodu, ale nadal stukają, domagając się, aby ich uwolnić i nakarmić.

Pierwszy wers („W nocy, gdy cały dom już śpi” itd.) jest dość znany i oboje z żoną słyszeliśmy go w dzieciństwie, mimo że wychowaliśmy się w różnych miastach, w różnej wierze i mamy różne pochodzenie – żona ma przodków francuskich, ja szkockich i irlandzkich.

Pozostałe wersy są wytworem wyobraźni autora.

Autor – czyli ja – pragnie podziękować swojej małżonce Tabicie, która jest nieocenionym, choć czasem irytującym krytykiem (jeśli irytują was krytycy, to możecie być prawie pewni, że mają rację), redaktorowi Alanowi Williamsowi za jego staranność i pełną życzliwości uwagę, Phyllis Grann za cierpliwość (ta książka została nie tyle napisana, ile wyszarpana), a w szczególności George’owi Everettowi McCutcheonowi, który czytał wszystkie moje powieści i niezwykle starannie je sprawdzał – zwracając uwagę głównie na sprawy związane z bronią i balistyką, ale także i ciągłością akcji. Mac zmarł w trakcie redagowania tej książki. Właśnie posłusznie wprowadzałem poprawki, jakie zasugerował w jednym ze swoich listów, gdy dowiedziałem się, że w końcu skapitulował przed białaczką, z którą toczył bitwę od dwóch lat. Bardzo mi go brakuje, nie dlatego że pomagał mi naprawiać błędy, ale dlatego że miał miejsce w moim sercu.

Podziękowania należą się wielu innym, których nie potrafię nawet wymienić: pilotom, dentystom, geologom, kolegom pisarzom, nawet moim dzieciom, które słuchały, kiedy im głośno czytałem. Jestem także wdzięczny Stephenowi Jayowi Gouldowi. Chociaż kibicuje Jankesom, co oznacza, że nie do końca można mu ufać, jego uwagi na temat prawdopodobieństwa tego, co nazywam „drętwą ewolucją”, pomogły mi w redakcji tej powieści (np. „The Flamingo’s Smile”).

Haven nie jest prawdziwe. Bohaterowie nie są prawdziwi. To fikcja literacka z jednym wyjątkiem:

Prawdziwe są Stukostrachy.

Jeśli sądzicie, że żartuję, to przegapiliście dzisiejsze wiadomości.

1 Autor podaje bardziej rozbudowaną genezę tytułu oryginału – „The Tommyknockers” – wymieniając znaczenie słowa tommy („szeregowiec armii brytyjskiej”, a także „racja żywnościowa w wojsku”) oraz wspominając wiersz Kiplinga „Tommy” (przyp. tłum.).

W nocy, gdy cały dom już śpi,

Stukostrachy, Stukostrachy

stukają do drzwi.

Chciałbym stąd uciec,

lecz boję się,

że Stukostrach zabierze mnie.

KSIĘGA PIERWSZA

Statek w ziemi

Płynąc z Independence, zabraliśmy Harry’ego Trumana.

Mówimy: Co z wojną?

On na to: Krzyżyk na drogę!

Mówimy: Co z bombą? Przykro ci, że to zrobiłeś?

On na to: Podajcie flaszkę i pilnujcie własnego nosa.

THE RAINMAKERS „Downstream”

I

Anderson się potyka

1

Kamyczek uruchamia lawinę – do tego mniej więcej sprowadza się katechizm. Koniec końców wszystko sprowadza się do czegoś podobnego – tak w każdym razie o wiele później myślała Roberta Anderson. Albo wszystko zrządził przypadek… albo los. Dwudziestego pierwszego czerwca 1988 roku w miasteczku Haven w stanie Maine Anderson dosłownie potknęła się o własne przeznaczenie. Cała sprawa zaczęła się od tego właśnie potknięcia; reszta to już historia.

2

Tego popołudnia Anderson wybrała się na spacer z Peterem, starym beagle’em, który był już ślepy na jedno oko. Dostała Petera od Jima Gardenera w roku 1976. Rok wcześniej Anderson opuściła college, zaledwie dwa miesiące przed uzyskaniem dyplomu, i zamieszkała w domu swojego wuja w Haven. Nie zdawała sobie sprawy z własnej samotności, dopóki Gard nie przywiózł jej psa. Peter był wtedy szczeniakiem i Anderson czasem nie mogła uwierzyć, że tak bardzo się zestarzał – według psiego wieku miał osiemdziesiąt cztery lata. W ten sposób liczyła własny wiek. Rok 1976 wydawał się zamierzchłą przeszłością. Tak, bez dwóch zdań. Gdy masz dwadzieścia pięć lat, możesz wciąż pozostawać w bardzo przyjemnym przeświadczeniu, że w twoim przypadku dorastanie to tylko urzędniczy błąd, który w końcu zostanie naprawiony. Kiedy jednak pewnego dnia budzisz się i stwierdzasz, że twój pies ma osiemdziesiąt cztery lata, a ty sama trzydzieści siedem, dochodzisz do przekonania, że należy zrewidować swoje poglądy. Tak, bez dwóch zdań.

Anderson szukała drzew do ścięcia. Odłożyła już półtora sąga drewna, lecz na zimę chciała zgromadzić co najmniej trzy. Ścięła już niemało drzew od czasów, gdy Peter był szczeniakiem i ostrzył sobie zęby na starym kapciu (bardzo często brudząc dywan w jadalni), ale wciąż ich tu jeszcze rosło sporo. Ziemia (którą ludzie w miasteczku ciągle nazywali farmą Franka Garricka) przylegała do drogi numer 9 na długości zaledwie stu osiemdziesięciu stóp, ale kamienne mury wyznaczające jej północną i południową granicę rozchodziły się, tworząc kąt rozwarty. Trzy mile dalej, w głębi chaotycznie rosnącego lasu, w którym stare drzewa były przemieszane z młodymi, stał jeszcze jeden mur – tak stary, że rozpadł się na pojedyncze sterty obrośniętych mchem kamieni – wyznaczający koniec posiadłości. Powierzchnia tego klina przypominającego kształtem porcję tortu była naprawdę duża. Za zachodnim murem ziemi Bobbi Anderson rozciągała się ogromna puszcza należąca do Papierni Nowej Anglii. Słynny Ognisty Las.

Prawdę mówiąc, Anderson wcale nie musiała szukać dobrego miejsca. Ziemia, jaką zostawił jej w spadku brat matki, była cenna przede wszystkim dlatego, że rosły tu głównie drzewa dające dobre, twarde drewno, w niewielkim stopniu zaatakowane przez brudnicę nieparkę. Ale po deszczowej wiośnie nadszedł śliczny, ciepły dzień, w ogrodzie jeszcze nic nie wyrosło (przez deszcze pewnie wszystko zgnije w ziemi), a na rozpoczęcie nowej książki Anderson miała jeszcze czas. Zamknęła więc maszynę do pisania i wyruszyła na wędrówkę ze swoim wiernym jednookim Peterem.

Za farmą biegła stara droga, utwardzona okrąglakami. Anderson przeszła nią prawie milę, po czym skręciła w lewo. Niosła plecak (miała w nim kanapkę i książkę oraz psie ciastka dla Petera, a także pomarańczowe wstążki do zawiązania na pniach drzew, które będzie chciała ściąć, gdy wrześniowe upały ustąpią przed łagodniejszym październikiem) oraz manierkę. W kieszeni miała kompas Silva. Zgubiła się na swojej ziemi tylko raz, ale ten jeden jedyny raz wystarczył. Spędziła okropną noc w lesie, nie dowierzając, że naprawdę zgubiła się na terenie posiadłości, której była, na litość boską, właścicielką, przekonana, że umrze w tej głuszy. A było to wówczas bardzo prawdopodobne, ponieważ tylko Jim zauważyłby jej nieobecność, a Jim zjawiał się zwykle w najmniej oczekiwanych chwilach. Rano Peter zaprowadził ją do strumienia, a strumień zawiódł ją do drogi numer 9, gdzie z wesołym bulgotem przepływał przez przepust pod asfaltem dwie mile od jej domu. Dziś miała prawdopodobnie lepszą orientację w lesie i potrafiłaby odnaleźć drogę do szosy albo do jednego z granicznych murów, ale „prawdopodobnie” pozostawało słowem kluczowym.

Około trzeciej natknęła się na dobrą kępę klonów. Właściwie znalazła kilka innych dobrych kęp drzew, lecz ta znajdowała się niedaleko ścieżki, którą znała, na tyle szerokiej, że mógł się na niej zmieścić jej tomcat. W okolicach dwudziestego września – jeśli wcześniej nikt nie wysadzi świata w powietrze – doczepi do traktora sanki, przyjedzie tu i natnie drewna. Poza tym dość się już nachodziła jak na jeden dzień.

– Może być, Pete?

Pete szczeknął słabo i Anderson spojrzała z głębokim smutkiem na psa, który dziwił ją i napawał niepokojem. Peter był wykończony. Rzadko już rzucał się w pościg za ptakami, wiewiórkami, pręgowcami czy wchodzącym im czasem w drogę świszczem; myśl o pogoni Petera za jeleniem była śmiechu warta. W drodze powrotnej będą musieli często robić przerwy na odpoczynek… a były czasy, wcale nie tak odległe (jak uparcie w duchu utrzymywała), gdy Peter zawsze biegł ćwierć mili przed nią, ujadając na cały las. Pomyślała, że być może kiedyś nadejdzie dzień, gdy uzna, że dość już tego; ostatni raz klepnie siedzenie z przodu chevroleta pikapa i zabierze Petera do weterynarza w Auguście. Ale nie tego lata, Boże, jeszcze nie. Ani tej jesieni, ani zimy. Błagam, dobry Boże, jeszcze nie.

Bo bez Petera będzie zupełnie sama. Jeśli nie liczyć Jima, a Jim Gardener w ciągu ostatnich trzech lat zaczął sprawiać wrażenie nieco stukniętego. Wciąż był jej przyjacielem, lecz trochę… stukniętym.

– Stary poczciwy Pete, dobrze, że ci się podoba – powiedziała, wiążąc wstążki na drzewach, choć doskonale wiedziała, że być może postanowi ściąć zupełnie inną kępę i wstążki zgniją. – Doprawdy, twój gust dorównuje urodzie.

Wiedząc, czego od niego oczekuje pani (był stary, ale niegłupi), Peter zamerdał krótkim, cienkim ogonem i szczeknął.

– Zrób Wietkong! – rozkazała Anderson.

Peter posłusznie padł na bok – wydając przy tym rzężące sapnięcie – i przeturlał się na grzbiet, wyciągając w górę łapy. Ta scena prawie zawsze rozbawiała Anderson, lecz dziś widok psa robiącego Wietkong (Pete udawał martwego również na komendę „chata” albo „My Lai”) za bardzo kojarzył się jej z tym, o czym właśnie rozmyślała.

– Wstań, Pete.

Pete podniósł się wolno. Ziajał, rozchylając posiwiały pysk.

– Wracamy.

Rzuciła mu ciastko. Peter kłapnął zębami i chybił. Obwąchując ziemię, przesunął nos obok ciastka, potem wrócił i w końcu je znalazł. Jadł wolno, bez entuzjazmu.

– Dobra – powiedziała Anderson. – Idziemy.

3

Kamyczek uruchomił lawinę… wybór ścieżki spowodował odnalezienie statku.

Anderson była tu już kiedyś w ciągu trzynastu lat, które okazały się za krótkim okresem, by farma Garricka stała się farmą Anderson; poznała nachylenie terenu, pułapkę zastawioną na zwierzęta przez pracowników papierni, którzy zmarli prawdopodobnie jeszcze przed wojną koreańską, wielką sosnę z pękniętym wierzchołkiem. Chodziła już tędy i bez kłopotu odnalazłaby drogę do tamtej ścieżki, na której zmieściłby się tomcat. Być może w ogóle nie trafiłaby w to miejsce, gdzie pewnie nieraz się już potykała, mijając je o kilka jardów, stóp czy nawet cali.

Tym razem poszła za Peterem, który skręcił trochę w lewo. Widziała przed sobą ścieżkę, gdy nagle jeden z jej wysłużonych butów o coś zahaczył… zahaczył dość gwałtownie.

– Aj! – wrzasnęła, lecz było za późno, mimo że zamachała ramionami jak wiatrak. Upadła na ziemię. Gałązka niskiego krzewu zadrapała jej policzek do krwi.

– Niech to szlag! – krzyknęła, słysząc głos besztającej ją sójki.

Wrócił Peter, który najpierw obwąchał, a potem polizał jej nos.

– Rany boskie, nie rób tego, cuchnie ci z pyska!

Peter zamerdał ogonem. Anderson usiadła. Potarła policzek i zobaczyła na dłoni i palcach krew. Chrząknęła.

– Niezła droga, nie ma co – powiedziała, patrząc, o co się potknęła; najprawdopodobniej o opadłą z drzewa gałąź albo wystający z ziemi kamień. W Maine było mnóstwo kamieni.

Zobaczyła lśniący kawałek metalu.

Dotknęła go, przesunęła wzdłuż niego palcem, a potem zdmuchnęła czarną, leśną ziemię.

– Co to jest? – spytała Petera.

Peter podszedł, obwąchał metal i zrobił coś dziwnego. Cofnął się o dwa psie kroki, usiadł, a potem cicho i krótko zawył.

– Co cię napadło? – zapytała Anderson, lecz Peter siedział, nie reagując. Anderson przybliżyła się, przesuwając się na siedzeniu dżinsów. Obejrzała tkwiący w ziemi metal.

Z przykrytej warstwą liści ziemi wystawały zaledwie trzy cale – akurat tyle, aby można było się potknąć. Było tu nieznaczne wzniesienie i metal odsłoniła pewnie woda spływająca podczas wiosennych deszczów. Anderson w pierwszej chwili pomyślała, że ciągniki pracujące przy wyrębie w latach dwudziestych i trzydziestych zakopały w tym miejscu śmieci pozostawione przez drwali w ciągu trzydniowej pracy, zwanej wówczas „weekendem drwala”.

Przemknęło jej przez myśl, że to blaszana puszka – po fasoli B&M albo zupie Campbella. Poruszyła metalem tak jak porusza się puszką, aby wyciągnąć ją z ziemi. Po chwili uświadomiła sobie, że o wystający brzeg puszki mogłoby się potknąć tylko stawiające pierwsze kroki dziecko. Metal w ziemi ani drgnął. Tkwił mocno jak skała. Czyżby jakieś dawne urządzenie używane przy wyrębie lasu?

Anderson zaintrygowana przyjrzała się dokładniej, nie zauważając, że Peter wstał, cofnął się jeszcze cztery kroki i znów usiadł.

Metal był szary i matowy – barwą w ogóle nie przypominał blachy ani żelaza. Był też grubszy od puszki, na końcu miał może ćwierć cala. Gdy Anderson położyła opuszkę palca wskazującego na krawędzi, poczuła przez chwilę dziwne mrowienie. Jakby wibrację.

Oderwała palec od metalu i przyjrzała mu się zdziwiona.

Przyłożyła jeszcze raz.

Nic. Żadnego drgania.

Chwyciła metal kciukiem i palcem wskazującym, usiłując wyciągnąć go z ziemi jak obluzowany ząb z dziąsła. Nie udało się. Trzymała wystający kawałek za chropowatą środkową część. Cofnął się w głąb ziemi – tak się jej przynajmniej zdawało – niecałe dwa cale z każdej strony. Później Anderson miała powiedzieć Jimowi Gardenerowi, że przez następnych czterdzieści lat mogłaby przechodzić tędy nawet trzy razy dziennie i nigdy się nie potknąć.

Odgarnęła nieco sypkiej ziemi, odsłaniając więcej metalu. Palcami wygrzebała wzdłuż niego kanał głębokości dwóch cali – ziemia ustępowała łatwo, jak to w lesie… przynajmniej dopóki nie trafi się na plątaninę korzeni. Anderson ryła dalej. Uniosła się na kolanach i kopała z obu stron równocześnie. Znów próbowała poruszyć metalem. Wciąż nic z tego.

Zdrapała paznokciami jeszcze trochę ziemi, odsłaniając coraz więcej – sześć, potem dziewięć cali, wreszcie stopę szarego metalu.

Nagle pomyślała, że to samochód, ciężarówka albo ciągnik zakopany na odludziu. A może piec z dawnych domków dla biedoty. Ale dlaczego tutaj?

Nie przychodził jej do głowy żaden powód. Absolutnie żaden. Od czasu do czasu znajdowała w lesie jakieś przedmioty – łuski po nabojach, puszki po piwie (najstarsze nie miały uszka tylko trójkątne otwory, które w latach sześćdziesiątych robiło się tak zwanym kluczem kościelnym), papierki po cukierkach i inne rzeczy. Haven nie znajdowało się na żadnym z dwóch głównych szlaków turystycznych biegnących przez Maine, z których jeden prowadził przez jeziora i góry na zachodni kraniec stanu, a drugi wzdłuż wybrzeża na kraniec wschodni, lecz od bardzo dawna nie było dziewiczą puszczą. Pewnego razu (znalazła się wtedy za zdewastowanym kamiennym murem stanowiącym granicę jej ziemi i weszła na teren Papierni Nowej Anglii) znalazła zardzewiały wrak hudsona horneta z końca lat czterdziestych, stojący na dawnej leśnej drodze, która dwadzieścia lat po zakończeniu wyrębu zarosła młodym lasem i nazywana jest przez miejscowych gównostwiną. Nie było żadnego logicznego wytłumaczenia, skąd wrak auta miałby się tam znaleźć… ale łatwiej można było wyjaśnić to niż fakt, że ktoś zakopał w ziemi piec, lodówkę czy inne cholerne urządzenie.

Wykopała dwa bliźniacze rowy długości jednej stopy po obu stronach wystającego przedmiotu, ale nie znalazła jego końca. Dołki miały już głębokość stopy, gdy jej palce w końcu trafiły na kamień. Być może zdołałaby go wyciągnąć – kamień przynajmniej dał się poruszyć – ale nie było sensu. Przedmiot sięgał jeszcze dalej w głąb ziemi.

Peter zaskomlał.

Anderson zerknęła na psa, a potem wstała. Strzeliło jej w obu kolanach. Poczuła mrowienie w lewej stopie. Z kieszeni spodni wydobyła zegarek – stary i zmatowiały zegarek kieszonkowy Simon także był częścią spadku po wuju Franku – i ze zdumieniem stwierdziła, że spędziła tu bardzo dużo czasu – co najmniej godzinę i kwadrans. Było już po czwartej.

– Chodź, Pete – powiedziała. – Spadamy stąd.

Peter znów zaskomlał, ale nie ruszył się z miejsca. Anderson poważnie zaniepokojona zauważyła, że jej stary beagle cały się trzęsie, jak gdyby dostał febry. Nie miała pojęcia, czy psy w ogóle chorują na febrę, ale pomyślała, że stare mogą. Przypomniała sobie, że widziała Petera w takim stanie tylko raz, jesienią 1975 roku (a może to było w 1976). W okolicy pojawiła się puma. Kilka, chyba dziewięć, nocy z rzędu zawodziła i wrzeszczała, prawdopodobnie była w rui. Co noc Peter szedł do salonu i wskakiwał na starą ławkę kościelną, która stała obok regału z książkami. Nie szczekał. Rozchylając nozdrza i strzygąc uszami, wpatrywał się tylko w ciemność, skąd dobiegał upiorny wrzask. I trząsł się na całym ciele.

Anderson przekroczyła zrobiony przez siebie wykop i podeszła do Petera. Uklękła przy nim, ujmując w dłonie jego pysk i czując, jak drży.

– Co się dzieje, stary? – mruknęła, lecz dobrze wiedziała, co się dzieje. Zdrowe oko Petera na moment spoczęło na przedmiocie wykopanym z ziemi, po czym znów spojrzało na Anderson. W oku, którego nie zasnuła katarakta, wyraźnie mogła wyczytać błaganie: Chodźmy stąd, Bobbi, ta rzecz podoba mi się tak samo jak twoja siostra.

– W porządku – powiedziała niepewnie Anderson. Nagle przyszło jej do głowy, że nie pamięta, aby kiedykolwiek przedtem straciła poczucie czasu tak jak dziś.

Peterowi się to nie podoba, mnie też nie.

– Chodź. – Zaczęła się wspinać po zboczu w stronę ścieżki. Pete ochoczo ruszył za nią.

Prawie dotarli do ścieżki, gdy Anderson jak żona Lota obejrzała się za siebie. Gdyby nie to ostatnie spojrzenie, mogłaby dać sobie spokój z tajemniczym przedmiotem. Od dnia gdy rzuciła college tuż przed egzaminami końcowymi – mimo błagań zapłakanej matki oraz diatryb i ultimatów wściekłej siostry – Anderson nabrała wprawy w dawaniu sobie spokoju z różnymi rzeczami.

Patrząc z oddali, zauważyła dwie rzeczy. Po pierwsze, przedmiot wcale nie cofnął się w głąb ziemi, jak jej się wcześniej zdawało. Jęzor metalu wystawał pośrodku pochyłości, niezbyt szerokiej, lecz dość stromej, która powstała dość niedawno, niewątpliwie pod wpływem roztopów i późniejszych intensywnych wiosennych deszczów. Tak więc teren po obu stronach wystającego metalu był wyższy, a metal po prostu znikał w ziemi. Jej pierwsze wrażenie, że przedmiot jest końcem czegoś większego, okazało się błędne albo niekoniecznie słuszne. Po drugie, to coś przypominało talerz – nie taki, z którego się je, ale jakiś okrągły element z matowego metalu albo…

Peter szczeknął.

– W porządku – powiedziała Anderson. – Słyszę. Chodźmy.

Chodźmy i dajmy sobie z tym spokój.

Ruszyła środkiem ścieżki, pozwalając prowadzić się Peterowi do lasu w jego własnym ociężałym tempie i rozkoszując się bujną zielenią lata… a właśnie dziś przypadał pierwszy dzień lata, prawda? Przesilenie. Najdłuższy dzień w roku. Zabiła komara i uśmiechnęła się radośnie. Lato to dobra pora w Haven. Najlepsza. A w Haven, chyba najlepszym miejscu, położonym daleko na północ od Augusty w centralnej części stanu, którą większość turystów omijała, na pewno dobrze się odpoczywało. Kiedyś Anderson była przekonana, że spędzi tu najwyżej kilka lat, by dojść do siebie po bolesnych przeżyciach okresu dojrzewania, odetchnąć od siostry, wrócić do równowagi po nieoczekiwanym i pospiesznym wycofaniu się (kapitulacji, jak nazywała to Anne) z college’u, lecz z paru lat zrobiło się pięć, z pięciu dziesięć, z dziesięciu trzynaście i patrzcie państwo, Peter się zestarzał, a w jej włosach, niegdyś czarnych jak toń Styksu, zaczynają połyskiwać liczne siwe kosmyki (dwa lata temu próbowała obciąć włosy bardzo krótko, robiąc się na punka, ale z przerażeniem stwierdziła, że siwizna stała się jeszcze bardziej widoczna, toteż odtąd dała spokój swojej fryzurze).

Teraz zdawało się jej, że spędzi w Haven resztę życia i będzie wyjeżdżać wyłącznie raz na rok lub dwa lata do Nowego Jorku, aby spotkać się ze swoim wydawcą. Przywiązujesz się do miasteczka. Do miejsca. Do ziemi. Zresztą nie ma w tym nic złego. Może to nawet dobrze.

Jak talerz, metalowy talerz…

Odłamała giętką gałązkę gęsto porośniętą zielonymi listkami i zaczęła wywijać nią nad głową. Znalazły ją komary i postanawiły zrobić sobie z niej podwieczorek. Komary wirowały wokół jej głowy… a w głowie podobnie jak one wirowały myśli. Tych nie mogła odpędzić.

Przez sekundę czułam pod palcem wibrację. Jak dźwięczący kamerton. Ale kiedy tego dotknęłam, przestało. Czy to możliwe, żeby coś wibrowało w ziemi w ten sposób? Na pewno nie. Może…

Może to była wibracja psychiczna. Anderson nie do końca nie wierzyła w takie zjawiska. Być może jej umysł wyczuł coś w zagrzebanym przedmiocie i dał jej znać w jedyny możliwy sposób, wysyłając wrażenie dotykowe: wrażenie wibracji. Peter z pewnością coś wyczuł; stary beagle nie miał ochoty zbliżać się do tajemniczego przedmiotu.

Daj spokój.

Dała na jakiś czas.

4

Tego wieczoru zerwał się silny i ciepły wiatr. Anderson wyszła na frontową werandę zapalić i posłuchać mowy wiatru. Kiedyś – jeszcze rok temu – wyszedłby z nią Peter, lecz dziś został w salonie zwinięty w kłębek na swoim plecionym dywaniku.

Anderson przyłapała się na tym, że odtwarza w myślach chwilę, w której ostatni raz spojrzała na wystający z ziemi metalowy talerz, a potem doszła do przekonania, że właśnie wtedy – może gdy pstryknęła niedopałkiem na żwirowy podjazd – uznała, że musi wykopać to coś i zobaczyć, co to jest… choć wówczas wcale sobie tego nie uświadomiła.

Bezustannie dręczył ją zagadkowy zakopany przedmiot i tym razem Anderson pozwoliła myślom krążyć tam, gdzie chciały – nauczyła się, że gdy myśli chcą wrócić do jakiegoś tematu bez względu na twoje wysiłki, by je przed tym powstrzymać, najlepiej dać im swobodę. Tylko ogarnięci obsesją przejmują się obsesjami.

To pewnie część jakiegoś budynku, snuła domysły, prefabrykat. Ale nikt nie budowałby blaszanych baraków w środku lasu. Po co ciągnąć tyle metalu, skoro w sześć godzin trzech mężczyzn mogło naprędce sklecić szałas, korzystając z pił, siekier i piły dwuręcznej? Nie mógł to także być samochód, bo wówczas wystający kawałek metalu pokrywałyby płaty rdzy. Bardziej prawdopodobny wydawał się blok silnika, ale dlaczego tu?

Z nadciągającym mrokiem wróciło do niej wspomnienie tamtej wibracji, nie miała już żadnych wątpliwości, że ją poczuła. To musiała być wibracja psychiczna. To musiała…

Nagle zmroziła ją myśl granicząca z pewnością: ktoś tam został pochowany. Może odsłoniła krawędź samochodu, starej lodówki czy czegoś w rodzaju stalowego kufra, lecz czymkolwiek ta rzecz była w normalnym życiu, teraz stała się trumną. Ofiary morderstwa? A kogo innego pochowano by w taki sposób, w takim pudle? Ludzie, którzy wędrowali po lesie podczas sezonu polowań, gubili się i umierali, nie nosili ze sobą metalowych trumien, do których wskakiwali w chwili śmierci… Zresztą gdyby nawet ktoś wpadł na tak idiotyczny pomysł, kto zasypałby stalowy sarkofag? Zbastujcie, goście, jak mawialiśmy w czasach cudownej młodości.

Wibracja. Głos ludzkich kości.

Przestań, Bobbi – nie bądź tak kurewsko głupia.

Mimo to przebiegł ją lodowaty dreszcz. Myśl wydawała się w niesamowity sposób przekonująca jak wiktoriańska opowieść o duchach, która w ogóle nie powinna mieć żadnej siły oddziaływania w dzisiejszych czasach, gdy świat pędzi Aleją Układów Scalonych, zmierzając w stronę zaskakujących i przerażających zagadek dwudziestego pierwszego wieku – mimo to wywołała u Anderson gęsią skórkę. Usłyszała śmiech Anne, mówiącej: „Robi ci się nierówno pod sufitem, tak samo jak wujowi Frankowi, Bobbi, zresztą na nic innego nie zasługujesz, jeśli mieszkasz sama z tym śmierdzącym psem”. Jasne. Syndrom samotności. Zespół pustelnika. Prędko, dzwońcie po doktora, z Bobbi źle, jest bardzo chora…

Mimo to nagle zapragnęła porozmawiać z Jimem Gardenerem – musiała z nim porozmawiać. Poszła do niego zadzwonić (mieszkał przy tej samej drodze, w Unity). Zdążyła wykręcić cztery cyfry, kiedy przypomniała sobie, że wyjechał na spotkania literackie – które wraz z warsztatami poetyckimi stanowiły jego źródło utrzymania. Dla wędrownych artystów najlepszą porą było lato. „Wszystkie te głupie damulki w okresie menopauzy muszą coś latem robić – usłyszała ironiczny ton Jima – a ja muszę coś jeść zimą. Ręka rękę myje. W każdym razie, Bobbi, powinnaś dziękować Bogu za to, że oszczędził ci cykli wieczorów literackich”.

Tak, Bóg oszczędził jej tego, chociaż sądziła, że Jim lubi to bardziej, niż byłby skłonny przyznać. W każdym razie często dawał się tak wykorzystywać.

Anderson odłożyła słuchawkę i spojrzała na regał z książkami stojący obok pieca. Nie był to zbyt ładny regał – Anderson nie była stolarzem i nie chciała nim zostać – ale spełniał swoją funkcję. Dwie dolne półki zajmowały wydawane przez Time-Life serie tomów poświęconych dawnemu Zachodowi. Kolejne dwie półki były zapchane beletrystyką i literaturą faktu na ten sam temat: wczesne westerny Briana Garfielda walczyły o miejsce z opasłą Kroniką terytoriów zachodnich Huberta Hamptona. Saga o braciach Sackett Louisa L’Armoura tkwiła obok dwóch wspaniałych powieści Richarda Mariusa, Nadejście deszczu i W drodze do Ziemi Obiecanej. Między Złoczyńcami i bandytami Jaya R. Nasha a Ekspansją zachodnią Richarda F.K. Mudgetta tłoczyła się wielobarwna masa tanich wydań westernów w miękkich okładkach: Raya Hogana, Archiego Joceylena, Maksa Branda, Ernesta Haycoksa i oczywiście Zane’a Greya – egzemplarz Jeźdźców purpurowego stepu był zaczytany niemal do cna.

Na górnej półce stały książki jej autorstwa – trzynaście. Dwanaście westernów, poczynając od wydanego w 1975 roku Miasta bez litości i kończąc na Długim powrocie wydanym w 1987. Nowa powieść, Masakra w kanionie, miała wyjść we wrześniu, jak wszystkie jej dotychczas opublikowane westerny. Przyszło jej na myśl, że pierwszy egzemplarz Miasta bez litości dostała już tutaj, w Haven, choć zaczynała powieść w pokoju obskurnego mieszkania w Cleaves Mills na rozpadającej się ze starości zabytkowej maszynie Underwood z lat trzydziestych. Dokończyła ją jednak już tutaj, tu także pierwszy raz trzymała w rękach egzemplarz wydanej książki.

Tutaj, w Haven. Cała jej pisarska kariera była związana z tym miejscem… z wyjątkiem pierwszej książki.

Zdjęła ją z półki i spojrzała na nią z zaciekawieniem, zdając sobie sprawę, że ostatni raz miała w rękach ten tomik chyba pięć lat temu. Przygnębiła ją nie tylko świadomość upływającego czasu; przygnębiła ją także myśl, jak często o tym ostatnio rozmyślała.

Książka znacznie różniła się od pozostałych, których okładki przedstawiały wzgórza i płaskowyże, jeźdźców, krowy i przysypane kurzem miasteczka na szlakach, którymi pędzono bydło. Na tej okładce widniał dziewiętnastowieczny drzeworyt przedstawiający kliper zmierzający do brzegu. Surowy kontrast bieli i czerni wydawał się uderzający, niemal szokujący. Nad drzeworytem wydrukowano tytuł Powrót do punktu wyjścia. A pod spodem: Wiersze Roberty Anderson.

Otworzyła książkę, przewróciła stronę tytułową, zadumawszy się przez chwilę nad datą wydania, 1968 rok, a potem zatrzymała się przy dedykacji. Była równie surowa jak drzeworyt. Dla Jamesa Gardenera. Człowieka, do którego próbowała zadzwonić. Drugiego z trzech mężczyzn, z którymi uprawiała seks, i jedynego, który potrafił doprowadzić ją do orgazmu. Choć specjalnie nie przywiązywała do tego wagi. W każdym razie nie było to najważniejsze. Tak się jej przynajmniej zdawało. Albo sądziła, że tak się jej zdaje. Wszystko jedno. Zresztą to i tak nie miało już znaczenia, dawne czasy.

Westchnęła i odłożyła książkę, nie zaglądając do żadnego wiersza. Tylko jeden był w miarę dobry. Napisała go w marcu 1967 roku, miesiąc po śmierci dziadka, który zmarł na raka. Reszta to były brednie – choć przypadkowy czytelnik mógłby się nabrać, bo miała pisarski talent… który najlepiej wyrażał się jednak gdzie indziej. Kiedy opublikowała Miasto bez litości, wyparł się jej cały krąg pisarzy, których znała. Wszyscy z wyjątkiem Jima, który nawiasem mówiąc, wydał Powrót do punktu wyjścia.

Krótko po przyjeździe do Haven napisała długi i serdeczny list do Sherry Fenderson, a w odpowiedzi dostała pocztówkę z oschłą informacją: „Proszę do mnie więcej nie pisać, nie znam pani”, podpisaną skreślonym zamaszyście S, równie oschłym jak treść. Siedziała na werandzie, becząc nad kartką, gdy zjawił się Jim.

„Dlaczego beczysz z powodu tego, co myśli jakaś głupia baba? – spytał ją. – Naprawdę chcesz polegać na zdaniu kobiety, która krzyczy «Władza dla ludzi» i pachnie przy tym Chanel nr 5?”.

„Tak się składa, że jest bardzo dobrą poetką” – chlipnęła.

Jim wykonał zniecierpliwiony gest.

„Ale nie jest przez to ani trochę starsza – odrzekł – i nie potrafi odwołać frazesów, których ją nauczono i których potem sama uczyła innych. Przestań pleść głupstwa, Bobbi. Jeżeli chcesz dalej robić to, co lubisz, przestań pleść te pieprzone głupstwa i skończ się mazać, do ciężkiej cholery. Niedobrze mi się robi od tego cholernego płaczu. Rzygać mi się chce od tego cholernego płaczu. Nie jesteś słaba. Od razu poznam się na kimś słabym. Dlaczego chcesz być kimś innym? Przez swoją siostrę? Dlatego? Nie ma jej tu, poza tym ona to nie ty i wcale nie musisz otwierać jej drzwi, jeśli nie masz ochoty. Przestań już marudzić o swojej siostrze. Dorośnij wreszcie. Przestań kwękać”.

Przypomniała sobie, z jakim zdumieniem wtedy na niego spojrzała.

„To coś zupełnie innego, dobrze coś robić, a świetnie coś wiedzieć – powiedział. – Daj Sherry trochę czasu, żeby dorosła. Sama daj sobie trochę czasu, żebyś dorosła. I przestań odgrywać sędziego samej siebie. Nie nudź. Nie mam ochoty słuchać twoich postękiwań. Tylko kretyni postękują. Przestań być kretynką”.

Poczuła wtedy, że go nienawidzi i kocha, pragnie i wzdraga się przed jego dotykiem. Mówił, że od razu umie poznać się na kimś słabym? Rany, powinien się na niej poznać. Nie mówił jej prawdy. Już wtedy o tym wiedziała.

„Powiedz, chcesz przelecieć swojego byłego wydawcę czy wolisz beczeć nad tą głupią kartką?” – zapytał.

Przeleciała go. Nie wiedziała ani teraz, ani wtedy, czy naprawdę tego chciała, jednak to zrobiła. I osiągając orgazm, krzyczała.

Działo się to na krótko przed końcem.

O tym także sobie przypomniała – jak było przed końcem. Niedługo potem Jim się ożenił, zresztą i tak nastąpiłby koniec. Był słaby i nie mówił prawdy.

Zresztą nieważne, pomyślała, udzielając sobie starej sprawdzonej rady: odpuść sobie.

Łatwiej dawać rady niż ich słuchać. Tej nocy Anderson długo nie mogła zasnąć. Zaglądając do swoich młodzieńczych wierszy, zbudziła stare duchy… a może to przez ten silny i ciepły wiatr, który huczał pod okapem i szumiał w gałęziach drzew.

Ledwo zapadła w sen, gdy zbudził ją Peter. Wył przez sen.

Anderson wyskoczyła przerażona z łóżka – Peter wydawał przez sen wiele różnych dźwięków (nie wspominając o niewiarygodnie cuchnących psich bąkach), lecz nigdy dotąd nie wył. Miała wrażenie, jakby zbudził ją krzyk dręczonego koszmarami dziecka.

Pobiegła do salonu naga, jeśli nie liczyć skarpet, i uklękła obok Petera, który wciąż leżał na dywaniku przy piecu.

– Peter – powiedziała cicho. – Hej, Peter, spokojnie.

Pogłaskała psa. Peter dygotał i gdy Anderson go dotknęła, wzdrygnął się gwałtownie, obnażając resztki zębów. Po chwili otworzył oczy – to chore oraz to zdrowe – i wyglądał, jak gdyby oprzytomniał. Zaskomlał słabo i walnął ogonem o podłogę.

– Dobrze się czujesz? – spytała Anderson.

Peter polizał ją w rękę.

– To leż cicho. Przestań jęczeć. Nie nudź. Przestań odgrywać pieprzoną ofiarę.

Peter położył łeb na dywaniku i zamknął oczy. Anderson klęczała, przyglądając mu się z niepokojem.

Śni mu się tamten przedmiot.

Jej racjonalny umysł nie dopuszczał takiej myśli, lecz noc rządziła się własnymi bezwzględnymi prawami – to była prawda, o czym Anderson dobrze wiedziała.

Wreszcie wróciła do łóżka. Zasnęła dopiero po drugiej nad ranem. Przyśnił się jej osobliwy sen. Poruszała się po omacku w ciemnościach… nie próbowała wcale nic znaleźć, tylko przed czymś uciec. Była w lesie. Gałęzie smagały ją po twarzy i kłuły w ręce. Od czasu do czasu potykała się o korzenie i zwalone drzewa. Nagle zobaczyła tuż przed sobą okropne zielone światło, które rozbłysło pojedynczym promieniem przypominającym ołówek. We śnie pomyślała o opowiadaniu Poego Serce – oskarżycielem, o latarni szalonego narratora, szczelnie osłoniętej z wyjątkiem wąskiego otworu, przez jaki kierował promień światła wprost w oko swego starego dobroczyńcy, które – jak się szaleńcowi zdawało – było złe.

Bobbi Anderson poczuła, jak wypadają jej zęby.

Wszystkie wyleciały bezboleśnie. Niektóre dolne wypadły na zewnątrz, inne zostały w ustach. Na języku i pod nim czuła małe twarde bryłki. Górne wylądowały na jej bluzce. Jeden wpadł za zapięcie stanika i ją kłuł.

Światło. Zielone światło. Światło…

5

…było nie takie, jak powinno.

Nie chodziło o to, że światło miało szaroperłową barwę; mogła się spodziewać, że nocny wiatr przyniesie zmianę pogody. Ale Anderson była przekonana, że ze światłem coś jeszcze jest nie tak, zanim spojrzała na zegar na nocnym stoliku. Wzięła budzik w obie ręce i przysunęła blisko twarzy, choć miała doskonały wzrok. Było piętnaście po trzeciej po południu. Fakt, że późno poszła spać. Ale wszystko jedno, o jakiej porze się kładła, przyzwyczajenie albo potrzeba pójścia do toalety budziła ją zwykle o dziewiątej, najpóźniej o dziesiątej. A dziś przespała całe dwanaście godzin… i czuła wilczy głód.

Powłócząc nogami, wyszła do salonu, wciąż mając na sobie tylko skarpetki, i zobaczyła Petera leżącego bezwładnie na grzbiecie z łbem odrzuconym do tyłu, obnażonymi żółtymi pieńkami zębów i wyciągniętymi w górę łapami.

Nie żyje, pomyślała z mrożącą krew w żyłach absolutną pewnością. Peter nie żyje. Umarł w nocy.

Podeszła do psa, spodziewając się poczuć dotyk chłodnego ciała i futra martwego zwierzęcia. Wtedy Peter wydał niewyraźne prychnięcie – coś w rodzaju psiego chrapnięcia. Anderson poczuła ogromną ulgę. Wypowiedziała głośno imię psa i Peter ocknął się niemal z poczuciem winy, jak gdyby też zdał sobie sprawę, że zaspał. Anderson przypuszczała, że tak właśnie było – psy zdawały się mieć świetnie rozwinięte poczucie czasu.

– Zaspaliśmy, stary – powiedziała.

Peter wstał i przeciągnął się, prostując najpierw jedną, a potem drugą tylną łapę. Rozejrzał się jakby komicznie zakłopotany, a potem podszedł do drzwi. Anderson je otworzyła. Peter stał przez chwilę na progu, nie mając ochoty wychodzić na deszcz. W końcu jednak ruszył załatwić swoje sprawy.

Anderson postała jeszcze moment w salonie, wciąż dziwiąc się swojej pewności, że Peter nie żyje. Co się z nią ostatnio działo, do cholery? Wszystko widziała w czarnych barwach. Wreszcie poszła do kuchni przygotować… coś w rodzaju śniadania o trzeciej po południu.

Po drodze skręciła do łazienki. Potem przystanęła, przyglądając się własnemu odbiciu w lustrze poplamionym cętkami pasty do zębów. Kobieta zbliżająca się do czterdziestki. Zaczynały jej siwieć włosy, ale poza tym wyglądała całkiem nieźle – nie piła ani nie paliła za dużo, a większość czasu spędzała na świeżym powietrzu, kiedy nie pisała. Ciemne włosy Irlandki – nie ogniście rude jak w romansach – raczej za długie. Szaroniebieskie oczy. Nagle wyszczerzyła zęby, spodziewając się przez chwilę ujrzeć tylko gładkie różowe dziąsła.

Jednak wszystkie zęby były na miejscu. Dzięki ci, fluoryzowana wodo z Utiki w stanie Nowy Jork. Dotknęła zębów, przesuwając po nich palcami i upewniając mózg o ich kościanej autentyczności.

Ale coś było nie tak.

Wilgoć.

Poczuła wilgoć na udach.

Och, nie, niech to szlag, prawie tydzień za wcześnie, dopiero wczoraj nałożyłam czystą pościel…

Wzięła prysznic, włożyła podpaskę do czystej pary bawełnianych majtek i naciągnęła to wszystko, a potem obejrzała pościel, lecz nie zauważyła na niej żadnych śladów. Okres zjawił się wcześniej, ale przynajmniej miał tyle taktu, by zaczekać, aż wstanie z łóżka. Nie było żadnych powodów do obaw; miesiączkowała dość regularnie, choć od czasu do czasu za wcześnie lub za późno; być może z powodu diety, może z powodu podświadomego stresu, a może jej wewnętrzny zegar odrobinę spieszył się lub spóźniał. Nie miała specjalnej ochoty szybko się zestarzeć, ale często myślała, że gdyby skończył się ten cały ambaras z menstruacją, poczułaby się o niebo lepiej.

Gdy uleciały resztki koszmarów, Bobbi Anderson poszła zrobić sobie bardzo późne śniadanie.

II

Anderson kopie

1

Przez kolejne trzy dni bez przerwy padało. Anderson wałęsała się niespokojnie po domu, wybrała się z Peterem do Augusty na zakupy i przywiozła rzeczy, których właściwie nie potrzebowała, piła piwo i słuchała starych piosenek Beach Boysów, naprawiając różne rzeczy w domu. Trzeciego dnia krążyła wokół maszyny do pisania, zastanawiając się, czy zacząć nową książkę. Wiedziała już, o czym ma być ta historia: o młodej nauczycielce i łowcy bizonów wplątanych w wojnę osadników w Kansas na początku lat pięćdziesiątych dziewiętnastego wieku, gdy wszyscy w środkowej części kraju szykowali się do wojny secesyjnej, choć niektórzy nawet o tym nie wiedzieli. Sądziła, że to będzie dobra książka, ale uważała, że jeszcze nie jest „gotowa”, cokolwiek to oznaczało (w jej głowie odezwał się drwiący głos naśladujący Orsona Wellesa: Nie piszemy westernu, dopóki nie nadejdzie jego pora)2. Mimo to wciąż nie potrafiła znaleźć sobie miejsca dręczona niepokojem i obserwowała wszystkie jego oznaki: zniecierpliwienie książkami, muzyką i samą sobą. Odchodziła gdzieś… by za chwilę spojrzeć na maszynę do pisania, jak gdyby chciała ją zbudzić ze snu.

Peter także wydawał się niespokojny. Drapał w drzwi, żeby go wypuścić, pięć minut później drapał z drugiej strony i wracał, a potem wałęsał się po domu, kładł się i znowu wstawał.

Niskie ciśnienie, pomyślała Anderson. Nic więcej. To dlatego oboje jesteśmy niespokojni i rozdrażnieni.

I ten cholerny okres. Zwykle był bardzo obfity i nagle się kończył. Jakby w jednej chwili ktoś zakręcił kran. Tym razem trwał i trwał. Słaba uszczelka, cha, cha, pomyślała, choć wcale nie było jej do śmiechu. Drugiego deszczowego dnia tuż po zapadnięciu zmroku zasiadła przed maszyną, w którą wkręciła czystą kartkę. Zaczęła pisać, ale wyszło jej tylko kilka rządków znaków X i O jak w dziecinnej zabawie w kółko i krzyżyk, a potem coś przypominającego równanie matematyczne… głupie, zważywszy na fakt, że ostatni raz miała do czynienia z matematyką w szkole średniej, ucząc się z podręcznika Algebra II. Dziś X był do wykreślania błędnych słów i tyle. Wyciągnęła arkusz z maszyny i wyrzuciła.

Trzeciego deszczowego dnia po lunchu zadzwoniła na wydział anglistyki uniwersytetu. Jim nie uczył już od ośmiu lat, ale nadal miał tam przyjaciół, z którymi utrzymywał kontakt. Sekretarka Muriel zwykle wiedziała, gdzie był.

Tym razem też wiedziała. Poinformowała Anderson, że Jim Gardener dwudziestego czwartego czerwca, czyli dziś wieczorem, ma spotkanie w Fall River, a potem kolejno wieczór literacki i wykład w Providence i New Haven – jako część czegoś, co nazywało się Karawaną Poezji Nowej Anglii. Pewnie stała za tym Patricia McCardle, pomyślała Anderson, uśmiechając się nieznacznie.

– Więc… kiedy wraca? Czwartego lipca?

– Rany, nie wiem, kiedy wróci, Bobbi – powiedziała Muriel. – Znasz Jima. Ostatni wieczór ma trzydziestego czerwca. Tyle wiem na pewno.

Anderson podziękowała jej i odłożyła słuchawkę. Patrzyła w zamyśleniu na telefon, mając przed oczyma Muriel – także irlandzką dziewczynę (tyle że natura obdarzyła Muriel rudą czupryną, jaka zwykle kojarzyła się z jej nacją), dobiegającą już swych najlepszych lat, o okrągłej twarzy, zielonych oczach i pełnych piersiach. Spała z Jimem? Zapewne. Anderson poczuła ukłucie zazdrości – ale nie za mocne. Muriel była w porządku. Rozmowa z nią poprawiła jej nastrój. Wiedziała, kim jest Anderson, traktowała ją jak żywą osobę, nie jak klienta po drugiej stronie lady w sklepie żelaznym w Auguście, nie jak kogoś, komu rzuca się krótkie słowo na powitanie przy skrzynce na listy. Bobbi z natury była samotniczką, ale nie mniszką… i czasem satysfakcję mógł jej sprawić zwykły kontakt z drugim człowiekiem.

Przypuszczała, że już wie, dlaczego chce się skontaktować z Jimem – przynajmniej taki skutek miała rozmowa z Muriel. Wciąż myślała o tamtej rzeczy w lesie, już zupełnie przekonana, że to coś w rodzaju ukrytej trumny. I nie mogła sobie znaleźć miejsca nie dlatego, że chciała pisać; chciała kopać. Nie miała tylko ochoty robić tego sama.

– Wygląda jednak na to, Pete, że będę musiała – powiedziała, siadając na bujanym fotelu przy wschodnim oknie, na swoim fotelu do czytania. Peter zerknął na nią przelotnie, jak gdyby mówiąc: „Jak sobie chcesz, mała”. Anderson pochyliła się nagle, patrząc na Pete’a – patrząc naprawdę uważnie. Peter wesoło odwzajemnił spojrzenie, waląc ogonem w podłogę. Przez chwilę zdawało się jej, że Peter jest jakiś inny… w tak widoczny sposób, że powinna to od razu dostrzec.

Jednak nie dostrzegła.

Usadowiła się wygodnie i otworzyła książkę – pracę magisterską z Uniwersytetu Nebraska, w której najbardziej ekscytujący był tytuł: Wojna osadników a wojna secesyjna. Przypomniała sobie, jak parę dni temu powtórzyła sobie w myślach zdanie swojej siostry Anne: „Robi ci się nierówno pod sufitem, tak samo jak wujowi Frankowi, Bobbi”. Cóż… być może.

Niedługo potem zagłębiła się w lekturze, od czasu do czasu zapisując coś w leżącym obok notatniku. Na dworze wciąż padał deszcz.

2

Nazajutrz wstał nieskazitelnie błękitny, jasny i bezchmurny poranek: letni dzień jak z widokówki, z lekkim wiaterkiem, dzięki któremu owady trzymały się z daleka. Anderson pokręciła się trochę po domu prawie do dziesiątej, coraz bardziej świadoma presji, by wyjść do lasu i zacząć kopać. Czuła, że stara się przeciwstawić temu impulsowi (znów Orson Welles: Nie wykopujemy ciała, dopóki nie nadejdzie… och, zamknij się, Orson). Skończyły się czasy, w których słuchała każdego impulsu, kierując się w życiu prostym mottem „Jeżeli uważasz, że to dobre, zrób to”. Zresztą ta filozofia nigdy nie przynosiła jej korzyści – prawie wszystkie złe rzeczy, jakie się jej przytrafiły, brały swój początek z działania pod wpływem impulsu. Nie oceniała pod względem moralnym ludzi, kierujących się impulsem; może nie miała tak dobrej intuicji jak oni.

Zjadła sute śniadanie, dorzuciła Peterowi trochę jajecznicy do karmy Gravy Train (Pete jadł z większym apetytem niż zwykle, co przypisała końcowi deszczowych dni), a potem zmyła naczynia.

Gdyby jeszcze przestało z niej ciec, wszystko byłoby doskonale. Nic z tego; nie zatrzymamy okresu, dopóki nie nadejdzie jego pora. Mam rację, Orson? Niech cię cholera.

Bobbi wyszła z domu, nacisnęła na głowę stary kapelusz kowbojski i spędziła godzinę w ogrodzie. Po takim deszczu wszystko wyglądało lepiej. Groszek zaczął wschodzić, a kukurydza już nieźle strzelała w górę, jak powiedziałby wujek Frank.

O jedenastej się poddała. Do dupy z tym. Poszła do szopy z drugiej strony domu, wzięła szpadel i łopatę, a po chwili namysłu dorzuciła łom. Już wychodziła, ale cofnęła się i ze skrzynki z narzędziami wyciągnęła jeszcze śrubokręt i klucz nastawny.

Peter jak zawsze ruszył za nią, ale tym razem powiedziała:

– Nie, Peter. – I pokazała mu dom. Pete przystanął, jakby poczuł się zraniony. Zaskomlał i niepewnie zrobił krok w jej stronę.

– Nie, Peter.

Peter dał za wygraną i z podkulonym ogonem i opuszczoną głową niechętnie powlókł się z powrotem do domu. Anderson zrobiło się przykro na ten widok, lecz poprzednio Peter bardzo źle zareagował na talerz w ziemi. Przez chwilę stała na ścieżce, która miała ją zaprowadzić do leśnej drogi. Trzymając łopatę w jednej, a szpadel i łom w drugiej ręce, przyglądała się, jak Pete wchodzi po schodkach, nosem otwiera drzwi i znika w domu.

Pomyślała: Był jakiś inny… jest jakiś inny. Co z nim jest nie tak? Nie wiedziała. Ale przez moment, niemal podświadomie, ujrzała przelotnie tamten sen – strzała obrzydliwego zielonego światła… i zęby bezboleśnie wypadające jej z dziąseł.

Obraz zniknął i Bobbi wyruszyła do miejsca, gdzie w ziemi tkwiła tajemnicza rzecz. Słuchała miarowego cykania świerszczy grających na niewielkim poletku za domem, które wkrótce miało się doczekać pierwszych żniw.

3

O trzeciej po południu ze stanu półoszołomienia, w którym pracowała, wyrwał ją Peter, uświadamiając jej dwie rzeczy: że niemal umiera z głodu i pada z wyczerpania.

Peter wył.

Na ten dźwięk Anderson poczuła na plecach i ramionach gęsią skórkę. Upuściła łopatę i zaczęła się cofać od tej rzeczy w ziemi – która nie była ani talerzem, ani skrzynią, ani czymkolwiek innym, co potrafiła objąć rozumem. Wiedziała jedynie, że popadła w dziwny, bezmyślny stan, który wcale jej się nie podobał. Tym razem nie tylko straciła poczucie czasu; miała wrażenie, jak gdyby straciła także poczucie samej siebie. Jak gdyby ktoś zasiadł w jej głowie jak operator w kabinie koparki, uruchamiając ją i pociągając za odpowiednie dźwignie.

Peter wył z pyskiem skierowanym w niebo – długi i żałosny, mrożący krew w żyłach skowyt.

– Przestań, Peter! – wrzasnęła Anderson i, dzięki Bogu, Pete posłuchał. Jeszcze chwila i po prostu odwróciłaby się i uciekła.

Nie bez trudu odzyskała panowanie nad sobą. Cofnęła się jeszcze o krok i krzyknęła, bo coś miękkiego pacnęło ją w plecy. Słysząc jej okrzyk, Peter wydał jeszcze jedno krótkie i cienkie szczeknięcie, po czym zamilkł.

Anderson sięgnęła po to, co jej dotknęło, myśląc, że to może być… nie wiedziała właściwie co, lecz zanim jeszcze jej dłoń zacisnęła się na tym przedmiocie, przypomniała sobie, co to jest. Jak przez mgłę pamiętała, że na krótko przerwała pracę, żeby powiesić na krzaku bluzkę; i rzeczywiście.

Zdjęła ją z gałęzi, nałożyła i pozapinała, ale krzywo, tak że jedna poła zwisała niżej. Zapięła więc bluzkę jeszcze raz, równo, patrząc na rozpoczęte przez siebie wykopalisko – teraz archeologiczny termin dobrze oddawał charakter jej pracy. Cztery godziny spędzone na kopaniu pamiętała podobnie jak moment powieszenia bluzki na krzaku – jak przez mgłę i fragmentarycznie. To w ogóle nie były wspomnienia, tylko fragmenty.

Jednak teraz, gdy spoglądała na swoje dzieło, zdjęła ją zgroza, ogarnął ją lęk… i narastające podniecenie.

Cokolwiek to było, było ogromne. Nie duże, ale ogromne.

Szpadel, łopata i łom leżały w pewnej odległości od siebie wzdłuż piętnastostopowego wykopu w leśnym runie. Usypała zgrabne kopczyki czarnej ziemi i kamieni w regularnych odstępach. W miejscu, gdzie parę dni temu Anderson potknęła się o trzy cale wystającego szarego metalu, widniał rów głębokości czterech stóp, z którego sterczała krawędź jakiegoś gigantycznego przedmiotu. Szary metal… jakiś przedmiot…

Od pisarza należałoby oczekiwać lepszego i konkretniejszego opisu, pomyślała, ocierając ręką pot z czoła, ale już nie była pewna, że to stal. Być może jakiś egzotyczny stop berylu, magnezu – ale pomijając skład chemiczny, nie miała najmniejszego pojęcia, co to w ogóle jest.

Zaczęła rozpinać dżinsy, by wepchnąć do nich bluzkę, gdy nagle zamarła w bezruchu.

Wypłowiałe levisy były przesiąknięte w kroku krwią.

Chryste… Chryste panie. To nie okres. To Niagara.

Na chwilę ogarnął ją strach, prawdziwy strach, lecz zaraz wybiła sobie z głowy głupstwa, przemawiając do własnego rozsądku. Popadła w jakiś rodzaj oszołomienia i wykopała dół, z którego byłoby dumnych czterech krzepkich mężczyzn… a ważyła sto dwadzieścia pięć, najwyżej sto trzydzieści funtów. Zrozumiałe, że krwawiła obficie. Nic jej nie było – właściwie powinna się cieszyć, że nie zmieniła się w bolesny węzeł skurczów ani tryskający rzęsistymi strumieniami gejzer.

Ho, ho, aleśmy dziś poetyczni, Bobbi, pomyślała, parskając krótkim śmiechem.

Wystarczy, jeżeli doprowadzi się do porządku: prysznic i czysty strój powinny załatwić sprawę. Zresztą dżinsy i tak nadawały się już do śmieci albo na stare szmaty. W dzisiejszym niespokojnym i zagmatwanym świecie o jeden wybór mniej, prawda? Prawda. Nic wielkiego.

Zapięła spodnie, ale nie włożyła do nich bluzki – nie było sensu też jej niszczyć, choć Bóg jeden wiedział, że nie była to rzecz od Diora. Skrzywiła się, czując przy każdym ruchu lepką wilgoć. Boże, ależ miała ochotę się umyć. Jak najszybciej.

Zamiast jednak ruszyć ścieżką z powrotem do domu, podeszła bliżej tajemniczego obiektu w ziemi, jakby ją przyciągał. Peter zawył, znów wywołując u niej gęsią skórkę.

– Peter, zamkniesz się wreszcie, na litość boską!

Prawie nigdy nie krzyczała na Pete’a – naprawdę – ale teraz przez głupiego kundla zaczynała się czuć jak obiekt badań psychologii behawioralnej. Zamiast ślinić się na dźwięk dzwonka, miała gęsią skórkę, kiedy wył pies, lecz zasada pozostała ta sama.

Stojąc blisko swego znaleziska, zapomniała o Peterze i wpatrywała się w nie ze zdumieniem. Po kilku chwilach wyciągnęła rękę i dotknęła go. Znów poczuła zagadkową wibrację – wsiąkła jej w dłoń, a potem znikła. Tym razem Bobbi miała wrażenie, jakby dotykała powłoki kadłuba, pod którą pracują jakieś bardzo ciężkie maszyny. Metal był tak gładki, że w dotyku wydawał się niemal śliski – można się było spodziewać, że pozostawi na palcach tłusty ślad.

Zacisnęła dłoń w pięść i kostkami zastukała w metal. Rozległ się głuchy dźwięk, jak gdyby pukała w gruby kawał mahoniu. Postała jeszcze trochę, a następnie z tylnej kieszeni spodni wyciągnęła śrubokręt, trzymała go przez moment niezdecydowana, a potem z dziwnym poczuciem winy – czując się niemal jak wandal – przeciągnęła ostrzem narzędzia po powierzchni metalu. Nie zostawiło śladu zadrapania.

Jej oczy zatrzymały się na jeszcze dwóch szczegółach, choć każdy z nich mógł być po prostu złudzeniem optycznym. Po pierwsze, metal wydawał się grubszy od krawędzi do miejsca, w którym znikał w ziemi. Po drugie, krawędź była lekko zaokrąglona. Te dwie rzeczy – jeśli były prawdą – nasuwały wniosek, który był zarazem fascynujący, niedorzeczny, przerażający, niewiarygodny… ale na swój szalony sposób logiczny.

Lepiej zadzwoń do kogoś, Bobbi. Natychmiast.

Zadzwonię do Jima. Gdy tylko wróci.

Jasne, dzwoń do poety. Świetny pomysł. Potem zadzwoń do wielebnego Moona. I może do Edwarda Goreya i Gahana Wilsona, żeby przyjechali zrobić rysunki. Potem możesz wynająć parę zespołów rockowych i zorganizować tu pieprzone Woodstock 1988. Nie pora na żarty, Bobbi. Zadzwoń do policji stanowej.

Nie. Najpierw chcę porozmawiać z Jimem. Chcę, żeby to zobaczył. Chcę z nim o tym porozmawiać. Tymczasem wykopię jeszcze trochę.

To może być niebezpieczne.

Tak. Nie tylko może być, pewnie będzie – przecież to czuła. Peter też. Ale to nie wszystko. Schodząc tu ścieżką rano, znalazła martwego świszcza – prawie na niego nadepnęła. Kiedy pochyliła się nad zwierzakiem, zapach powiedział jej, że nie żyje co najmniej od dwóch dni, jednak nie ostrzegło jej brzęczenie much. Nad biednym świszczem w ogóle nie było żadnych much i Anderson nie pamiętała, by kiedykolwiek przedtem widziała coś podobnego. Nie znalazła żadnej widocznej przyczyny śmierci stworzenia, lecz myśl, że to coś w ziemi może mieć z tym jakiś związek, była bzdurą do kwadratu i na resorach. Poczciwy świszcz zżarł pewnie jakąś trutkę wyłożoną przez rolnika i dowlókł się aż tu, gdzie w końcu padł.

Wracaj do domu. Włóż czyste spodnie. Jesteś zakrwawiona i cuchniesz.

Cofnęła się od wykopaliska, a potem ruszyła w górę zbocza do ścieżki. Peter skoczył na nią niezdarnie i zaczął lizać jej rękę z nieco żałosną gorliwością. Jeszcze rok temu próbowałby wcisnąć jej nos między nogi, zaintrygowany zapachem, ale już nie dziś. Teraz potrafił tylko dygotać.

– Sam jesteś sobie winien – powiedziała Anderson. – Kazałam ci przecież zostać w domu. – Mimo to cieszyła się, że Peter przyszedł. Gdyby się nie zjawił, pracowałaby do zmierzchu… a myśl o ocknięciu się z oszołomienia w ciemnościach w pobliżu tego ogromnego czegoś… nie była zbyt kusząca.

Stojąc na ścieżce, obejrzała się za siebie. Ze wzniesienia miała lepszy widok. Zobaczyła, że to coś sterczy z ziemi pod pewnym kątem. Znów odniosła wrażenie, że krawędź rzeczywiście jest zaokrąglona.

Talerz, tak pomyślałam, kiedy palcami rozgrzebałam wokół tego ziemię. Stalowy talerz, nie taki, z jakiego się je, ale może już wtedy, chociaż widziałam tylko kawałeczek, pomyślałam o normalnym talerzu. Albo spodku.

Pieprzonym latającym spodku.

4

W domu wzięła prysznic i przebrała się, zakładając podpaskę w rozmiarze maksi, chociaż krwawienie zaczęło się już zmniejszać. Potem otworzyła puszkę z fasolą i kiełbaskami i przygotowała sobie naprawdę dużą kolację. Stwierdziła jednak, że jest zbyt zmęczona i tylko skubała jedzenie. Resztę – więcej niż połowę – zostawiła Peterowi i podeszła do fotela bujanego przy oknie. Na podłodze obok niego wciąż leżała praca magisterska, którą czytała. Rolę zakładki odgrywał oderwany kawałek paczki zapałek. Obok spoczywał notatnik. Anderson podniosła go, otworzyła na czystej stronie i zaczęła szkicować to coś w lesie, opierając się na tym, co zobaczyła z góry, gdy ostatni raz spojrzała za siebie.

Nie umiała posługiwać się piórem zbyt wprawnie, jeśli nie tworzyła słów, ale miała niewielki talent rysowniczy. Szło jej jednak bardzo wolno, nie dlatego że chciała wykonać jak najdokładniejszy szkic, po prostu była wykończona. Na domiar złego podszedł do niej Peter, trącał nosem jej rękę i domagał się pieszczot. Pogłaskała go po łbie z roztargnieniem, wycierając gumką linię horyzontu, którą narysowała krzywo, gdy pies poruszył jej dłoń.

– Tak, dobry piesek, grzeczny piesek. Idź sprawdzić, czy jest poczta, dobrze?

Peter ruszył truchtem przez salon i nosem otworzył zewnętrzne drzwi. Anderson wróciła do pracy nad szkicem, ale uniosła głowę, by zerknąć na Pete’a odgrywającego swój słynny psi numer pod tytułem „Aport poczty”. Oparł się przednią lewą łapą o słupek skrzynki na listy, a potem zaczął walić w klapkę skrzynki. Joe Paulson, listonosz, znał jego zwyczaje i zawsze zostawiał ją uchyloną. Peter otworzył drzwiczki, ale zanim zdążył wysunąć pocztę łapą, stracił równowagę. Anderson skrzywiła się lekko – do tego roku Peter ani razu nie stracił równowagi. Wyciąganie poczty było jego popisową sztuczką, lepszą od udawania Wietkongu i o wiele lepszą niż banalne stawanie na tylnych łapach czy dawanie głosu, by dostać ciastko. Widząc to, wszyscy robili wielkie oczy, a Peter dobrze o tym wiedział… lecz w ostatnich czasach było to smutne widowisko. Anderson przypuszczała, że czułaby coś podobnego, gdyby zobaczyła Freda Astaire’a i Ginger Rogers usiłujących zaprezentować po latach jeden ze swoich tańców.

Pies zdołał jeszcze raz wspiąć się na słupek i tym razem jednym ruchem łapy udało mu się wysunąć ze skrzynki pocztę – katalog i list (albo rachunek – tak, zbliżał się koniec miesiąca, więc to najprawdopodobniej rachunek). Gdy obie przesyłki sfrunęły na ziemię, Pete wziął je do pyska. Anderson wróciła do swojego szkicu, powtarzając sobie, żeby przestała co dwie minuty bić w dzwon pogrzebowy, szykując się na śmierć Petera. Pies wyglądał dziś na ledwie żywego; ostatnio zdarzały się wieczory, gdy musiał trzy czy cztery razy stawać chwiejnie na tylnych łapach, zanim udało mu się wyciągnąć pocztę – która zwykle okazywała się bezpłatną próbką z Procter & Gamble albo gazetką reklamową z K-Mart.

Anderson przyglądała się uważnie szkicowi, z roztargnieniem cieniując pień sosny z pękniętym wierzchołkiem. Rysunek nie był w stu procentach dokładny… ale dość udany. Zdołała w każdym razie uchwycić kąt, pod jakim wystawało z ziemi to coś.

Narysowała wokół tego ramkę, którą potem zmieniła w sześcian… jak gdyby chciała to odizolować. Na szkicu wyraźnie zaznaczyła łuk krawędzi, ale czy rzeczywiście była zaokrąglona?

Tak. A to, co nazywała metalowym talerzem, chyba naprawdę było kadłubem. Gładkim jak szkło, pozbawionym nitów kadłubem.

Zaczynasz bzikować, Bobbi… i zdajesz sobie z tego sprawę, prawda?

Peter poskrobał w zewnętrzne drzwi, żeby go wpuścić. Poszła mu otworzyć, nie odrywając wzroku od szkicu. Pies wszedł i położył pocztę na krześle w korytarzu. Potem powlókł się do kuchni, chcąc pewnie sprawdzić, czy nie przeoczył jakichś resztek na talerzu swej pani.

Anderson wzięła z krzesła przesyłki i z grymasem niesmaku otarła je o nogawkę spodni. Zgoda, sztuczka była świetna, ale ona chyba nigdy nie polubi psiej śliny na poczcie. Katalog był z sieci Radio Shack – chcieli, żeby kupiła procesor tekstu. Rachunek przysłał Centralny Zakład Energetyczny Maine. Znów przyszedł jej na myśl Jim Gardener. Rzuciła katalog i rachunek na stół w korytarzu, wróciła na fotel pod oknem, usiadła, otworzyła notatnik na czystej stronie i skopiowała pierwszy szkic.

Zmarszczywszy brwi, patrzyła na łagodny łuk krawędzi, który prawdopodobnie w pewnym stopniu stanowił wynik ekstrapolacji – jak gdyby nie wykopała dołu na cztery stopy, ale co najmniej dwanaście czy czternaście. I co z tego? Nie przejmowała się odrobiną ekstrapolacji; do diabła, w końcu na tym między innymi polega praca powieściopisarza, a ludzie, którzy sądzą, że należy to tylko i wyłącznie do pisarzy science fiction i fantasy, nigdy nie spojrzeli przez drugi koniec teleskopu, nigdy nie stanęli przed zadaniem zapełnienia białych plam, o których milczy historia – nie próbowali na przykład odpowiedzieć na pytanie, co się stało z kolonizatorami wyspy Roanoake u wybrzeży Karoliny Północnej, którzy po prostu zniknęli bez śladu, pozostawiając po sobie tylko wycięte na drzewie tajemnicze słowo CROATAN, albo skąd się wzięły kamienne posągi na Wyspie Wielkanocnej, albo dlaczego mieszkańcy małego miasteczka Blessing w stanie Utah nagle postradali zmysły – na to przynajmniej wszystko wskazywało – jednego dnia latem 1884 roku. Jeżeli nie wiedziało się na pewno, wolno było puścić wodze wyobraźni – o ile nie poznało się w końcu prawdy.

Anderson była pewna, że istnieje wzór pozwalający ustalić obwód na podstawie łuku. Kłopot w tym, że zupełnie zapomniała, jak to cholerstwo wygląda. Ale może będzie umiała z grubsza określić długość obwodu – przy założeniu, że nie pomyliła się co do zaokrąglenia krawędzi – i odnaleźć w przybliżeniu środek tego czegoś…

Bobbi wróciła do stołu w korytarzu i otworzyła środkową szufladę, w której gromadziła różności. Zaczęła grzebać w stercie anulowanych czeków, wyczerpanych baterii R14, R20 i dziewięciowoltowych (z jakiegoś powodu nigdy nie potrafiła wyrzucić w diabły starych baterii – Bóg wie dlaczego, wkładała je po prostu do szuflady, która stała się czymś w rodzaju cmentarzyska słoni, tyle że był to cmentarz baterii), pękach gumek recepturek i szerokich czerwonych gum do weków, listów od fanów, na które nie odpisała (listów od fanów podobnie jak wyczerpanych baterii nie umiała się pozbyć), a także przepisach notowanych na fiszkach. Na samym dnie szuflady walały się drobne narzędzia, między którymi znalazła to, czego szukała – cyrkiel z włożonym do uchwytu ogryzkiem żółtego ołówka.

Usiadłszy z powrotem w bujanym fotelu, Anderson przewróciła stronę w notatniku i trzeci raz naszkicowała wystającą krawędź tego czegoś w ziemi. Starała się trzymać skali, lecz tym razem narysowała nieco większy kształt, nie zawracając sobie głowy otaczającymi go drzewami i ledwie zaznaczając wykop, by zachować perspektywę.

– Dobra, to tylko domysły – powiedziała i wbiła szpic cyrkla w żółtą kartkę pod łukowatą krawędzią. Ustawiła ramię cyrkla, aby dokładnie wodziło po łuku – a potem zatoczyła ołówkiem pełny okrąg. Spojrzała na kartkę, a następnie otarła dłonią usta. Poczuła nagle, że jej usta są zbyt wilgotne i drżące.

– Bzdura do kwadratu i na resorach – szepnęła.

Jednak nie była to wcale bzdura do kwadratu i na resorach. Jeżeli oceniając krzywiznę krawędzi, nie trafiła kulą w płot, to wyglądało na to, że odkryła obiekt, którego obwód wynosił co najmniej trzysta jardów.

Anderson upuściła notatnik i cyrkiel na podłogę, a potem spojrzała przez okno. Serce waliło jej mocno.

5

Kiedy zachodziło słońce, Anderson usiadła na werandzie z tyłu domu i patrzyła przez ogród w stronę lasu, słuchając głosów w głowie.

Na pierwszym roku college’u brała udział w seminarium na temat kreatywności, zorganizowanym na wydziale psychologii. Ze zdumieniem – i nie bez ulgi – dowiedziała się, że nie skrywa żadnej wstydliwej nerwicy; prawie wszyscy ludzie obdarzeni wyobraźnią słyszeli głosy. Nie myśli, ale właśnie głosy, należące do różnych postaci, doskonale rozpoznawalne jak głosy w słuchowisku radiowym z dawnych czasów. Wykładowca wyjaśniał, że pochodziły z prawej półkuli mózgu – tej, którą powszechnie kojarzy się z wizjami i telepatią, a także wyjątkową ludzką zdolnością do kreowania obrazów przez tworzenie porównań i metafor.

Nie ma czegoś takiego jak latające spodki.

Doprawdy? A kto tak powiedział?

Po pierwsze, siły powietrzne. Już dwadzieścia lat temu ludzie z lotnictwa zamknęli rozdział latających spodków. Udało im się wyjaśnić wszystkie potwierdzone wypadki zauważenia UFO z wyjątkiem trzech procent, po czym doszli do wniosku, że te trzy procenty prawie na pewno zostały spowodowane efemerycznymi zjawiskami atmosferycznymi – takimi jak halo, turbulencja bezchmurnego nieba, strefy wyładowań elektrycznych na bezchmurnym niebie. Do diabła, o światłach w Lubbock gazety pisały na pierwszych stronach, a okazało się… że to była wina przelatujących ciem, pamiętasz? Światło latarń w Lubbock padało na ich skrzydła, odbijając wielkie i jasne poruszające się kształty na niskich masach chmur, które z powodu zastoju pogody wisiały nad miastem przez cały tydzień. Większość ludzi w kraju żyła przez ten tydzień w przekonaniu, że na głównej ulicy Lubbock lada chwila pojawi się ktoś ubrany jak Michael Rennie w Dniu, w którym Ziemia zamarła ze swoim nieodłącznym robotem Gortem sunącym z klekotem u jego boku i zażąda spotkania z naszym przywódcą. A to były tylko ćmy. Podoba ci się? Czy nie powinno ci się podobać?

Zabawne, ale doskonale rozpoznawała ten głos – należał do doktora Klingermana, który prowadził tamto seminarium. Prowadził wykład z charakterystycznym dla poczciwego Klingy’ego niewyczerpanym entuzjazmem, choć nieco piskliwie. Anderson uśmiechnęła się i zapaliła papierosa. Trochę za dużo dziś paliła, ale tytoń szybko wietrzał, kiedy paczka za długo leżała otwarta.

W roku 1947 kapitan sił powietrznych, niejaki Mantell, wzniósł się za wysoko, ścigając latający spodek – a raczej coś, co uważał za latający spodek. Stracił przytomność. Jego samolot rozbił się i Mantell zginął. Umarł, goniąc odbicie Wenus na mknącej po niebie chmurze – czyli halo. Widzisz, Bobbi, istnieją więc odbicia ciem, odbicia Wenus i prawdopodobnie także odbicia w złotym oku, jak w filmie z Marlonem Brando, ale latających spodków nie ma.

Wobec tego co spoczywa w ziemi?

Głos wykładowcy zamilkł. Nie wiedział. Jego miejsce zajął więc głos Anne, który mówił po raz trzeci, że robi się jej nierówno pod sufitem, dziwaczeje tak samo jak wuj Frank, że niebawem przyjadą przymierzyć jej jeden z tych płóciennych mundurków, które nosi się tyłem naprzód; odwiozą ją do szpitala w Bangor albo w Juniper Hill i będzie mogła do woli bełkotać o latających spodkach, wyplatając koszyki w środku lasu. To był głos Siostruni, bez dwóch zdań; mogłaby zaraz do niej zadzwonić, opowiedzieć jej, co się stało, i usłyszałaby dokładnie to samo, słowo w słowo. Była tego pewna.

Ale czy to w porządku?

Nie, nie w porządku. Anne utożsamiłaby samotne życie siostry z szaleństwem, wszystko jedno, co Bobbi by mówiła czy robiła. Owszem, myśl, że to coś w ziemi jest statkiem kosmicznym, bez wątpienia była szalona… ale czy rozważenie takiej możliwości, przynajmniej dopóki nie zostanie obalona, też jest oznaką szaleństwa? Anne uważałaby, że tak, ale Anderson nie. Otwarty umysł to przecież nic złego.

Jednak taka możliwość przyszła jej do głowy bardzo szybko…

Wstała i weszła do domu. Ostatnim razem, gdy bawiła się tym czymś w lesie, spała dwanaście godzin. Zastanawiała się, czy i tym razem czeka ją podobny maraton snu. Czuła takie zmęczenie, że mogłaby przespać dwanaście godzin, Bóg jej świadkiem.

Zostaw to, Bobbi. To niebezpieczne.

Nie miała jednak takiego zamiaru, pomyślała, zdejmując koszulkę z pingwinem i napisem OPUS NA PREZYDENTA. Jeszcze nie.

Odkryła, że kłopot z mieszkaniem w pojedynkę – i powód, dla którego większość ludzi, jakich znała, nie chciała być sama ani przez chwilę – polegał na tym, że im dłużej mieszka się samotnie, tym głośniej zaczynają przemawiać głosy z prawej półkuli. W ciszy normy racjonalizmu zaczynają się zmieniać, a głosy już nie proszą o uwagę: żądają, by ich wysłuchać. Nietrudno było się ich przestraszyć i dojść do wniosku, że są jednak oznaką szaleństwa.

Anne na pewno by tak pomyślała, uznała Bobbi, kładąc się w łóżku. Lampa rzucała na narzutę krąg czystego światła, które poprawiło jej samopoczucie, lecz praca magisterska, którą wcześniej czytała, została na podłodze. Bobbi wciąż spodziewała się skurczów, jakie zazwyczaj towarzyszyły zdarzającym się jej od czasu do czasu wczesnym i obfitym okresom, ale na razie nie następowały. Wcale jej nie zależało na ich nadejściu.

Skrzyżowała ręce pod głową i spojrzała na sufit.

Nie, nie jesteś ani trochę wariatką, Bobbi, pomyślała. Uważasz, że to Gard zaczyna się zachowywać jak stuknięty, ale z tobą jest absolutnie wszystko w porządku – czy to także nie znak, że jesteś trochę rozchwiana? To nawet ma swoją nazwę… zaprzeczenie i substytucja. „Nic mi nie jest, to świat zwariował”.

To wszystko prawda. Ale wciąż czuła, że doskonale nad sobą panuje, i wiedziała jedno: w Haven była bardziej normalna niż w Cleaves Mills i o wiele bardziej normalna niż w Utice. Gdyby spędziła jeszcze parę lat w Utice, parę lat blisko Siostruni, miałaby dziś kompletnego bzika. Anderson była przekonana, że Anne uważa doprowadzanie najbliższych krewnych do szaleństwa za swoje… zadanie? Nie, to zbyt trywialne. Za swą świętą misję.

Wiedziała, co naprawdę ją niepokoi – i nie był to fakt, że bardzo szybko przyszła jej do głowy właśnie taka możliwość. Chodziło o uczucie pewności. Będzie się nadal starała zachować otwarty umysł, lecz przede wszystkim otwarty na to, co Anne nazwałaby „zdrowymi zmysłami”. Bo wiedziała, co znalazła, i zdjęła ją zgroza, ogarnął ją lęk… i palące podniecenie.

Widzisz, Anne, poczciwa Bobbi nie przeprowadziła się do pipidówki i nie zwariowała; poczciwa Bobbi przeprowadziła się tutaj i odzyskała zdrowe zmysły. Szaleństwo to ograniczanie możliwości, kapujesz, Anne? Szaleństwo to brak zgody na to, żeby pójść pewnymi drogami spekulacji, chociaż nie są pozbawione logiki… jakbyś miała żeton do kołowrotu w wejściu. Rozumiesz, o czym mówię? Nie? Oczywiście, że nie rozumiesz. Nigdy nie rozumiałaś. Wobec tego odejdź, Anne. Zostań w Utice i zgrzytaj przez sen zębami, aż nic z nich nie zostanie, doprowadzaj do szaleństwa każdego, kto będzie na tyle bezmyślny, żeby zostać w zasięgu twojego głosu, proszę bardzo, ale wara od mojej głowy.

To coś w ziemi było statkiem z kosmosu.

Proszę. Jasno i otwarcie. Koniec z bzdurami do kwadratu. Mniejsza o Anne, mniejsza o światła w Lubbock, mniejsza o to, że siły zbrojne zamknęły sprawy latających talerzy. Mniejsza o rydwany bogów, o Trójkąt Bermudzki, o to, że Eliasza porwał do nieba ognisty wóz. Mniejsza o to wszystko – w głębi serca wiedziała. To był statek, który wylądował albo się rozbił dawno temu – być może miliony lat temu.

Boże!

Leżała w łóżku z rękami pod głową. Była spokojna, tylko serce waliło jej coraz szybciej.

Potem odezwał się inny głos, tym razem należący do jej nieżyjącego dziadka, powtarzający to, co przedtem mówił głos Anne.

Zostaw to, Bobbi. To niebezpieczne.

Tamta trwająca ledwie chwilę wibracja. Pierwsze przeczucie, dławiące i graniczące z pewnością, że znalazła krawędź jakiejś dziwacznej stalowej trumny. Reakcja Petera. Jej okres, który przyszedł za wcześnie; tu na farmie ledwie z niej ciekło, ale gdy była blisko tego czegoś, chlustało z niej jak z zarżniętego prosięcia. I nie zapominajmy o poczciwym świszczu. Wydzielał woń i gazy rozkładu, ale nie krążyły nad nim muchy. Mucha nie siada na świszczu, można rzec.

Tyle że nic nie trzyma się kupy. Kupiłam teorię, że w ziemi jest statek, dlatego że chociaż na pozór brzmi to idiotycznie, to jednak jest w tym pewna logika. Za to w reszcie nie ma ani krzty logiki; jakbym miała koraliki toczące się po stole. Trzeba je nawlec na nitkę i może wtedy to kupię. W każdym razie pomyślę nad tym, dobra?

Znów usłyszała głos dziadka, wolny i apodyktyczny, jedyny w domu zdolny uciszyć nawet małą Anne.

To wszystko zdarzyło się dopiero po tym, kiedy to znalazłaś, Bobbi. Masz swoją nić.

Nie. To za mało.

Łatwo odpowiadać teraz dziadkowi; nie żył od szesnastu lat. Mimo to zasypiając, słyszała właśnie głos dziadka.

Zostaw to, Bobbi. To niebezpieczne.

…sama o tym wiesz.

2 Pod koniec lat siedemdziesiątych Orson Welles wystąpił w reklamówce wina Paula Massona, wygłaszając slogan „Nie sprzedajemy wina, dopóki nie nadejdzie jego pora” (przyp. tłum.).

III

Peter widzi światło

1

Wydawało się jej, że dostrzegła jakąś zmianę w Peterze, choć nie umiała jej dokładnie określić. Gdy zbudziła się nazajutrz rano (o najzupełniej normalnej godzinie dziewiątej), zobaczyła to prawie natychmiast.

Stała przy blacie kuchennym, nalewając karmę Gravy Train do starej czerwonej miski Petera. Pete jak zawsze zjawił się na ten dźwięk, krocząc niespiesznie. Gravy train pojawił się w jego menu stosunkowo niedawno; jeszcze w zeszłym roku na jego dzienną rację składał się gaines meal rano, pół puszki psiej karmy Rival wieczorem plus wszystko, co udało mu się skubnąć w lesie. Potem Peter przestał jeść gaines meal i Anderson dopiero po miesiącu pojęła dlaczego – Pete wcale nie znudził się karmą; po prostu tym, co zostało z jego zębów, nie mógł już pogryźć twardych kawałków. Tak więc teraz dostawał gravy train… jak przypuszczała, odpowiednik jajek w koszulkach, jakie jadają na śniadanie staruszkowie.

Dolała do gravy train ciepłej wody i zamieszała starą pogiętą łyżką, która trzymała specjalnie w tym celu. Wkrótce rozmiękłe kawałki karmy pływały w mętnej cieczy. Wygląda jak gulasz, pomyślała Anderson… albo coś, co się wylało z zapchanego szamba.

– Proszę – powiedziała, odwracając się od zlewu. Peter zajmował swoje tradycyjne stanowisko na linoleum – grzecznie trzymając się w pewnej odległości, aby Anderson się o niego nie potknęła – i walił w podłogę ogonem. – Mam nadzieję, że będzie ci smakowało. Bo ja na sam widok mam ochotę puścić pa…

W tym momencie urwała, nachylona nad Peterem, z czerwoną miską w ręce i kosmykiem włosów opadającym na oko. Odgarnęła włosy.

– Pete? – Usłyszała własny głos.

Peter przez chwilę patrzył na nią lekko zdziwiony, a potem cicho zbliżył się do swego porannego dania. Chwilę później zaczął je z entuzjazmem chłeptać.

Anderson wyprostowała się, patrząc na psa, raczej zadowolona, że nie widzi pyska Petera. W głowie znów usłyszała głos dziadka, który kazał jej, żeby to zostawiła, że to niebezpieczne i że chyba nie musi już szukać nici łączącej w całość koraliki, prawda?

Tylko w tym kraju mieszka milion ludzi, którzy zlecieliby się tu biegiem na wieść o takim niebezpieczeństwie, pomyślała Anderson. I Bóg jeden wie ilu na całym świecie. To wszystko, co może sprawić? A jak zadziałałoby na przykład na raka?

Nogi odmówiły jej nagle posłuszeństwa. Cofnęła się resztką sił, aż namacała za plecami krzesło. Usiadła i przyglądała się, jak Peter je.

Mleczna katarakta, która zasłaniała jego lewe oko, w połowie zniknęła.

2

– Nie mam zielonego pojęcia – powiedział tego samego dnia po południu weterynarz.

Anderson siedziała na jedynym krześle w gabinecie, a Peter posłusznie siedział na stole do badań. Anderson przypomniała sobie, jak się okropnie bała na myśl, że jeszcze tego lata będzie musiała przywieźć Petera do weterynarza… jednak teraz nic nie wskazywało na to, by trzeba go było uśpić.

– Wcale mi się nie wydaje? – zapytała Anderson, przypuszczając, że tak naprawdę chce, żeby doktor Etheridge potwierdził prawdę zawartą w słowach, jakie sączył do jej głowy głos Anne: Zresztą na nic innego nie zasługujesz, mieszkając sama z tym śmierdzącym psem... lub jej zaprzeczył.

– Nie – odrzekł Etheridge – chociaż rozumiem pani zdezorientowanie. Sam czuję się trochę zdezorientowany. Nastąpiła aktywna remisja katarakty. Możesz już zejść, Peter.

Pete zeskoczył ze stołu, schodząc najpierw na taboret Etheridge’a, potem na podłogę, a później siadł przy Anderson.

Położyła dłoń na łbie psa i spojrzała badawczo na Etheridge’a, myśląc: Widziałeś to? Nie miała za bardzo ochoty zadać mu tego pytania na głos. Etheridge przez chwilę patrzył jej w oczy, ale zaraz odwrócił wzrok. Owszem, widziałem, ale nie zamierzam się do tego przyznawać. Peter zszedł ze stołu ostrożnie, o wiele spokojniej niż w czasach, gdy jako szczeniak wszędzie pędził na złamanie karku, ale i nie niepewnym, drżącym i chwiejnym krokiem, jakim poruszałby się jeszcze tydzień temu, nienaturalnie przekrzywiając głowę w prawo, żeby widzieć drogę, i z trudem utrzymując równowagę. Anderson serce zamierało na ten widok, dopóki nie znalazł się na dole i niczego sobie nie złamał. Peter zszedł, stawiając łapy uważnie, ale z pewnością siebie dystyngowanego męża stanu, jak jeszcze dwa czy trzy lata temu. Przypuszczała, że częściowo przyczyną jego większej sprawności było odzyskiwanie wzroku w lewym oku – Etheridge potwierdził to za pomocą kilku prostych testów. Ale oko to nie wszystko. Peter miał o wiele lepszą koordynację ruchów. Tak po prostu. Szaleństwo, jednak właśnie tak było.

Ustępowanie katarakty nie mogło przecież spowodować, że jego biały jak mleko pysk zaczął zmieniać kolor, stając się ledwie przyprószony siwizną, prawda? Anderson zauważyła to jeszcze w samochodzie w drodze do Augusty. Omal nie zjechała na pobocze.

Ile z tego zobaczył Etheridge i nie chciał przyznać, że widzi? Domyślała się, że niemało, lecz problem polegał między innymi na tym, że Etheridge nie był doktorem Daggettem.

Daggett oglądał Petera co najmniej dwa razy w roku w ciągu pierwszych dziesięciu lat życia psa… i pomagał mu w nagłych wypadkach, na przykład wtedy, gdy Pete miał małą przygodę z ursonem i doktor Daggett wyciągał mu jeden po drugim kolce, pogwizdując przy tym melodię z Mostu na rzece Kwai, i wielką dłonią gładził po łbie dygoczącego rocznego psiaka. Innym razem Peter wrócił do domu, utykając, z tyłkiem nafaszerowanym śrutem – prezentem od jakiegoś myśliwego, który był zbyt głupi, żeby przed oddaniem strzału przyjrzeć się celowi, albo nie mogąc znaleźć kuropatwy ani bażanta, wyładował swoje sadystyczne skłonności, wyrządzając krzywdę psu. Doktor Daggett dostrzegłby wszystkie zmiany u Petera i nie mógłby im zaprzeczać, gdyby nawet chciał. Doktor Daggett zdjąłby swoje okulary w różowych oprawkach, przetarł je połą fartucha i powiedział coś w rodzaju: „Musimy się dowiedzieć, gdzie był i w co takiego się wpakował, Roberto. To poważna sprawa. Psy nie młodnieją ot tak sobie, a wszystko wskazuje na to, że właśnie tak się dzieje z Peterem”. Anderson musiałaby wtedy odpowiedzieć: „Wiem, gdzie był, i wydaje mi się, że znam powód”. Atmosfera od razu stałaby się mniej napięta. Ale stary doktor Daggett przed wyjazdem na Florydę sprzedał swoją praktykę Etheridge’owi, który był całkiem miły, ale nadal sprawiał wrażenie kogoś obcego. Etheridge oglądał Petera częściej niż Daggett – w zeszłym roku badał go cztery razy – ponieważ starzejąc się, Peter stawał się coraz bardziej niedołężny. Mimo to nie widział go tak często jak jego poprzednik… Anderson podejrzewała, że nie miał bystrego oka swego poprzednika. Ani jego odwagi.

W sali za nimi nagle odezwał się owczarek niemiecki, który zaszczekał grubo, wyrzucając z siebie coś przypominającego stek psich przekleństw. Po chwili dołączyły do niego inne psy. Peter nastawił uszu i zaczął dygotać pod dłonią swej pani. Najwidoczniej numer z odgrywaniem Benjamina Buttona nie miał żadnego wpływu na spokój beagle’a, pomyślała; gdy tylko Peter miał już za sobą burzliwy okres szczenięctwa, stał się tak wyluzowany, że czasem niemal sprawiał wrażenie paralityka. Jednak nerwowy dygot był czymś zupełnie nowym.

Etheridge słuchał psów, lekko marszcząc brwi – szczekały już prawie wszystkie.

– Dziękuję, że zgodził się pan nas przyjąć tak szybko – powiedziała Anderson. Musiała podnieść głos, żeby ją usłyszał. W poczekalni także rozległo się szczekanie psa – szybkie i zniecierpliwione ujadanie małego zwierzęcia… najprawdopodobniej szpica albo pudla. – To bardzo… – Urwała na chwilę. Pod opuszkami palców wyczuła wibrację i pierwszą rzeczą, jaka przyszła jej na myśl

(statek)

było to coś w lesie. Ale wiedziała, co to za wibracja. Mimo że czuła ją bardzo, bardzo rzadko, nie stanowiła żadnej tajemnicy.

Źródłem wibracji był Peter. Z głębi jego gardła zaczęło dobiegać ciche warczenie.

– …miło z pana strony, ale chyba powinniśmy już zmykać. Zdaje się, że ma pan bunt na pokładzie. – To miał być żart, ale wcale nie wydawał się zabawny. Nagle cały budyneczek – kwadrat z pustaków, w którym mieściły się poczekalnia i gabinet zabiegowy, plus dobudowany trójkąt z pustaków, gdzie znajdowały się sala dla chorych zwierząt i sala operacyjna – utonął w ogłuszającym zgiełku. Szczekały wszystkie psy za drzwiami, a do szpica w poczekalni dołączyło kilka innych psów… i trochę drżące, wysokie zawodzenie, niewątpliwie kocie.

Do gabinetu zajrzała pani Alden z wyrazem cierpienia na twarzy.

– Doktorze Etheridge…

– Już idę – odrzekł zirytowany. – Przepraszam, pani Anderson.

Wyszedł pospiesznie, kierując się najpierw do sali. Gdy otworzył drzwi, ujadanie zabrzmiało ze zdwojoną siłą – zupełnie im odwaliło, tylko tyle zdążyła pomyśleć Anderson, bo Peter omal nie wyskoczył jej spod ręki. Cichy gardłowy bulgot przerodził się nagle we wściekły i groźny jazgot. Za Etheridge’em, który kroczył już szybko głównym korytarzem, mijając gromadę szczekających psów, wolno zamknęły się drzwi zaopatrzone w pneumatyczny mechanizm zamykający, toteż weterynarz nie usłyszał ujadania Petera, ale Anderson usłyszała i gdyby nie zdążyła złapać psa za obrożę, beagle popędziłby przez salę za doktorem jak strzała. Zdała sobie sprawę, że Pete dygotał i warczał… wcale nie ze strachu. Po prostu oszalał z wściekłości – niepojęte i zupełnie do niego niepodobne.

Gdy Anderson pociągnęła Petera za obrożę, jazgot uwiązł mu w gardle, przechodząc w zdławiony dźwięk – akch! Pies odwrócił do niej głowę, a w jego nabiegłym krwią oku Anderson ujrzała coś, co dopiero potem umiała określić jako czystą furię z powodu zawrócenia go z wybranej drogi. Mogła pogodzić się z faktem, że przypuszczalnie na jej działce jest zakopany latający spodek, który ma trzysta jardów obwodu; że pewnie jakaś emanacja czy wibracja pochodząca z tego statku zabiła świszcza, który na swoje nieszczęście znalazł się trochę za blisko, i to w tak nieprzyjemny sposób, że nawet muchy nie miały na niego ochoty; mogła przystać na nieregularny okres, na remisję katarakty u psa, nawet na coraz bardziej widoczny fakt, że jej pies stawał się młodszy.

Tak, mogła się z tym wszystkim pogodzić.

Ale ze świadomością, że w oczach swego starego przyjaciela Petera zobaczyła szaloną nienawiść do niej, do Bobbi Anderson… nie.

3

Na szczęście ta chwila trwała bardzo krótko. Drzwi do sali zamknęły się, tłumiąc kakofonię psich głosów. Z Petera chyba już częściowo opadło napięcie. Wciąż dygotał, ale przynajmniej usiadł.

– Chodź, Pete, zabieramy się stąd – powiedziała Anderson. Była wstrząśnięta – o wiele bardziej niż przyznała później w rozmowie z Jimem Gardenerem. Bo rozmowa na ten temat być może wywołałaby wspomnienie zajadłej wściekłości, jaką dojrzała w zdrowym oku Petera.

Namacała smycz, do której nie była przyzwyczajona i którą zdjęła Peterowi, gdy tylko weszli do gabinetu (wymóg, aby właściciele zawsze wprowadzali psy na badanie na smyczy, zawsze irytował Anderson – do dziś). Omal nie upuściła jej na podłogę, ale w końcu przypięła do obroży Petera.

Podeszła z psem do drzwi poczekalni, które otworzyła nogą. Hałas był jeszcze gorszy niż przedtem. Rzeczywiście, okazało się, że ujadającym cienko stworzeniem był szpic należący do grubej kobiety ubranej w żółte spodnie i żółtą bluzkę. Grubaska próbowała trzymać szpica, mówiąc mu: „Bądź grzeczny, Eric, słuchaj mamusi”. Spomiędzy pulchnych i obwisłych ramion „mamusi” ledwie było widać błyszczące złością oczy psa.

– Pani Anderson… – zaczęła pani Alden. Wyglądała na skonsternowaną i trochę wystraszoną, kiedy starała się robić wszystko, co do niej należało jak gdyby nigdy nic, mimo że lecznica nagle zmieniła się w istny dom wariatów. Anderson świetnie ją rozumiała.

Szpic dostrzegł Petera – Anderson mogła później przysiąc, że od tego się zaczęło – i oszalał. Bez kłopotu znalazł ofiarę. Zatopił ostre zęby w ramieniu pani.

– Skurwielu! – wrzasnęła, zrzucając psa na podłogę. Po ręce pociekła jej strużka krwi.

W tym momencie Peter rzucił się naprzód, szczekając i ujadając. Krótka smycz osadziła go w miejscu, ale i tak szarpnął Anderson. Pociągnął mocno jej prawą rękę, która wyprostowała się bezwładnie. Przyjrzawszy się sytuacji bystrym okiem pisarza, Anderson od razu domyśliła się, co zaraz nastąpi. Beagle Peter i szpic Eric mieli stanąć oko w oko pośrodku sali niczym Dawid i Goliat. Szpicowi brakowało jednak sprytu, nie mówiąc o procy. Peter odgryzłby mu łeb jednym kłapnięciem zębów.

Nieszczęściu zapobiegła może jedenastoletnia dziewczynka, która siedziała po lewej ręce „mamusi”. Dziewczynka trzymała na kolanach przenośne terrarium z dużym wężem smugowym, którego lśniące łuski świadczyły o doskonałym zdrowiu zwierzęcia. Błyskawicznie wystawiła odzianą w dżinsy nogę z niewiarygodnym refleksem dziecka i przydeptała koniec smyczy Erica. Szpic wykonał pełną beczkę. Dziewczynka przyciągnęła go z powrotem. Była zdecydowanie najspokojniejszą osobą w poczekalni.

– A jeśli gnojek zaraził mnie wścieklizną? – wrzeszczała „mamusia”, idąc w kierunku pani Alden. Spomiędzy palców przyciśniętych do ramienia spływały błyszczące kropelki krwi. Gdy przechodziła obok nich, Peter odwrócił łeb w jej stronę, toteż Anderson pociągnęła go, ruszając w stronę drzwi. Pieprzyć tabliczkę umieszczoną nad pokoikiem pani Alden, informującą wszystkich: ZA USŁUGĘ NALEŻY PŁACIĆ GOTÓWKĄ, JEŻELI WCZEŚNIEJ NIE USTALONO INNEJ FORMY ZAPŁATY. Chciała stąd jak najprędzej wyjść, wcisnąć gaz do dechy i pojechać do domu. A potem wypić porządnego drinka. Cutty sark. Podwójną. Nie, po namyśle uznała, że lepiej potrójną.

Z lewej dobiegł ją długi, cichy i przepełniony jadem syk. Anderson odwróciła się w tym kierunku i ujrzała kota, który wyglądał jak żywcem wzięty z dekoracji na Halloween. Był zupełnie czarny, jeśli nie liczyć maleńkiej białej plamki na ogonie. Cofnął się tak daleko, jak pozwalały mu rozmiary przenośnej klatki, wygiął grzbiet w pałąk, zjeżył wściekle futro i wlepił w Petera zielone oczy, które lśniły niesamowitym blaskiem. Rozdziawił na oścież różowy pysk, ukazując zęby.

– Niech pani zabierze psa – powiedziała właścicielka kota głosem zimnym jak stal odwiedzionego kurka rewolweru. – Blacky go nie lubi.

Anderson miała jej ochotę powiedzieć, że nic jej nie obchodzi, co Blacky lubi czy puszcza bąki lub czy umie gwizdać, ale taka mało zrozumiała, choć na swój sposób niezwykle trafna riposta, przyszła jej na myśl dopiero później – rzadko popisywała się refleksem. Bohaterowie jej książek zawsze świetnie wiedzieli, co powiedzieć i rzadko musiała się zastanawiać nad ich kwestiami – przychodziły łatwo i naturalnie. W prawdziwym życiu prawie zawsze było inaczej.

– Niech się pani sama trzyma kupy – rzuciła ni w pięć, ni w dziewięć. Nic lepszego nie przyszło jej do głowy, a w dodatku bąknęła tak niewyraźnie, że wątpiła, by właścicielka Bla­cky’ego cokolwiek zrozumiała, a nawet usłyszała. Teraz naprawdę zaczęła ciągnąć Petera, szarpiąc smycz tak samo jak ci okropni ludzie, którzy ciągnęli swoje psy na ulicy, na co nie cierpiała patrzeć. Peter wydawał zduszone dźwięki, jakby tłumił kaszel, a z boku pyska zwisał mu zaśliniony język. Gapił się na boksera, który miał gips na przedniej prawej nodze. Boksera trzymał na smyczy oburącz wysoki mężczyzna ubrany w niebieski kombinezon mechanika; musiał owinąć sobie smycz dwa razy wokół wielkiej dłoni zabrudzonej smarem, ale i tak z trudem trzymał psa, który mógłby zabić Petera z równą łatwością, jak Peter szpica. Bokser mimo złamanej nogi mocno szarpał się na uwięzi, a Anderson bardziej wierzyła w siłę uchwytu mechanika niż w wytrzymałość cienkiej smyczy, która wyglądała na przetartą.

Anderson zdawało się, że zanim zdołała namacać klamkę drzwi wyjściowych, minęła cała wieczność. Czuła się jak w koszmarach sennych, kiedy człowiek ma zajęte ręce i nagle bardzo powoli, ale nieuchronnie, zaczynają opadać mu spodnie.

Do tego wszystkiego doprowadził Peter. W jakiś niepojęty sposób.

Nacisnęła klamkę, a potem obrzuciła poczekalnię ostatnim pospiesznym spojrzeniem. Pomieszczenie zmieniło się w absurdalną ziemię niczyją. „Mamusia” żądała od pani Alden udzielenia pierwszej pomocy (i chyba rzeczywiście jej potrzebowała; krew spływała jej już po ręce prawdziwymi strumieniami, plamiąc żółte spodnie i nijakie białe buty); kot Blacky wciąż syczał; nawet myszoskoczki doktora Etheridge’a biegały jak zwariowane w labiryncie plastikowych rurek i wież ustawionym na półce na przeciwległej ścianie, w którym mieszkały. Szalony szpic Eric stał na wyprężonej smyczy, szczekając na Petera zduszonym głosem. Peter ujadał w odpowiedzi.

Wzrok Anderson zatrzymał się na wężu jedenastoletniej dziewczynki, który stanął dęba jak kobra w swoim terrarium i też patrzył na Petera; rozdziawił pozbawioną kłów paszczę, rytmicznie dźgając powietrze wąskim różowym językiem.

Węże smugowe tak się nie zachowują, nigdy w życiu nie widziałam węża smugowego, który tak by się zachowywał.

W stanie bliskim panicznego przerażenia Anderson uciekła, pociągając za sobą Petera.

4

Peter zaczął się uspokajać niemal w chwili, gdy z cichym westchnieniem zamknęły się za nimi drzwi. Przestał kaszleć i ciągnąć smycz i szedł obok Anderson, popatrując na nią od czasu do czasu, jak gdyby mówił: „Nie lubię tej smyczy i nigdy nie polubię, ale zgoda, w porządku, jeśli chcesz”. Zanim oboje znaleźli się w kabinie pikapa, Pete był już znowu tym samym starym, dobrze znanym Peterem.

Natomiast Anderson nie była taka jak zawsze.

Trzęsły jej się ręce i dopiero za trzecim razem zdołała włożyć kluczyk do stacyjki. Potem za szybko puściła sprzęgło i silnik zgasł. Kiedy chevroletem gwałtownie szarpnęło, Peter spadł z siedzenia na podłogę. Posłał Anderson pełne wyrzutu spojrzenie beagle’a (choć wszystkie psy potrafią patrzeć z wyrzutem, to tylko beagle są zdolne spoglądać z tak wymownym cierpieniem w oczach). „Skąd masz prawo jazdy, Bobbi? – zdawał się pytać jego wzrok. – Mówiłaś zdaje się, że ze sklepu «Sears and Roebuck», zgadza się?”. Potem wgramolił się z powrotem na siedzenie. Anderson ledwie mogła uwierzyć, że jeszcze pięć minut wcześniej Peter warczał i ujadał jak zły pies, jakiego dotychczas nie znała, gotów ugryźć wszystko, co się ruszało, a tamto spojrzenie, które… Zanim jednak zaczęła je szczegółowo rozpamiętywać, przestała o tym myśleć.

Ponownie uruchomiła silnik, a później wyjechała z parkingu. Mijając z boku budynek opatrzony eleganckim napisem KLINIKA WETERYNARYJNA W AUGUŚCIE, odkręciła okno. Usłyszała kilka pojedynczych szczeknięć. Nic niezwykłego.

Wszystko się skończyło.

Nie tylko to, pomyślała. Choć nie była zupełnie pewna, wydawało jej się, że skończył się też jej okres. Jeśli tak, krzyżyk na drogę.

Jak to mówią.

5

Bobbi nie chciała – a raczej nie potrafiła – czekać aż do powrotu do domu, by wypić drinka, którego sobie obiecała. Tuż za granicami Augusty stał zajazd o uroczej nazwie Grill-Bar Stracony Weekend (specjalność lokalu – żeberka; w piątek i sobotę grają Nashville Kitty-Cats).

Anderson zaparkowała między starym kombi a traktorem John Deere z doczepioną z tyłu brudną broną, która miała uniesione na sztorc zęby. Nieco dalej stał duży stary buick z przyczepą do przewozu koni. Anderson wolała się do niego nie zbliżać.

– Zostań – powiedziała, a Peter, który leżał na siedzeniu zwinięty w kłębek, rzucił jej przelotne spojrzenie, które oznaczało: „A po co miałbym z tobą iść? Żebyś mnie znowu dusiła tą głupią smyczą?”.

W środowe popołudnie Grill-Bar Stracony Weekend był ciemny i niemal pusty, a parkiet taneczny przypominał lekko połyskującą pieczarę. Lokal cuchnął skwaśniałym piwem. Zjawił się barman i kelner w jednej osobie:

– Siema ślysznej damie. Dzisiaj polecamy chili. Mamy też…

– Poproszę cutty sark – przerwała mu Anderson. – Podwójną. Bez wody.

– Zawsze pije pani jak facet?

– Zwykle ze szklanki – odparła. Żart zupełnie bez sensu, ale czuła się bardzo zmęczona i rozbita… jakby przejechała przez nią brona. Poszła do toalety zmienić podpaskę, wsuwając tę w najmniejszym rozmiarze, tak na wszelki wypadek… lecz, jak z ulgą stwierdziła, zrobiła to rzeczywiście tylko na wszelki wypadek. Wyglądało na to, że czerwona flaga zostanie wciągnięta na maszt dopiero w przyszłym miesiącu.

Wróciła do baru w lepszym humorze niż przed chwilą, gdy wychodziła, a o wiele lepiej poczuła się, kiedy wlała w siebie połowę zawartości szklaneczki.

– No, nie chciałem nikogo obrażać – rzekł barman. – Po południu robi się pusto. Kiedy wchodzi ktoś nieznajomy, język sam mi się rozwiązuje.

– To moja wina – powiedziała Anderson. – Nie miałam dzisiaj najlepszego dnia.

Skończyła drinka i westchnęła.

– Chce pani jeszcze jednego?

Chyba bardziej podobała mi się „ślyszna dama”, pomyślała Anderson i pokręciła przecząco głową.

– Za to napiję się mleka. Bo inaczej do wieczora będę miała zgagę.

Barman podał jej mleko. Anderson popijała, rozmyślając o tym, co zdarzyło się u weterynarza. Odpowiedź znalazła szybko, i to bardzo prostą: nie wiedziała.

Powiem ci jednak, co się stało, kiedy weszliście. Absolutnie nic.

Uczepiła się tej myśli. Kiedy wprowadziła Petera do kliniki, poczekalnia była tak samo zatłoczona jak w chwili, gdy go stamtąd wywlekała, choć za pierwszym razem nie rozgrywały się tam żadne dantejskie sceny. Oczywiście, nie było całkiem cicho – zwierzęta różnych gatunków i odmian, instynktownie wyczuwając obok siebie odwiecznych naturalnych wrogów, nie potrafią wytworzyć atmosfery biblioteki, gdy znajdą się w jednym miejscu – ale było normalnie. Czując w sobie działanie whisky, przypomniała sobie mężczyznę w kombinezonie mechanika, który przytrzymywał na smyczy boksera. Bokser popatrzył na Petera. Peter spokojnie popatrzył na niego. Nic takiego.

Więc co?

Więc wypij mleko, wracaj do domu i zapomnij o tym.

Dobra. A to coś w lesie? Też mam o tym zapomnieć?

Zamiast odpowiedzi usłyszała w głowie głos dziadka: À propos, Bobbi, jak to coś działa na ciebie? Zastanawiałaś się nad tym?

Nie zastanawiała się.

Kiedy jednak teraz sobie to uświadomiła, kusiło ją, żeby zamówić jeszcze jednego drinka… tyle że jeszcze jednym, nawet pojedynczym, na pewno by się upiła, a czy naprawdę miała ochotę spędzić wczesne popołudnie w tej wielkiej stodole, zaprawiając się w samotności i czekając na nieuniknione nadejście kogoś (może i samego barmana), kto zapytałby, co tak urocze miejsce robi wokół takiej dziewczyny jak ona?

Położyła na barze piątkę, a barman zasalutował jej na pożegnanie. Wychodząc, zauważyła automat telefoniczny. Książka telefoniczna była brudna, miała ośle uszy i wydzielała woń przetrawionego burbona, ale przynajmniej była. Anderson wrzuciła dwadzieścia centów i przytrzymując słuchawkę ramieniem, zaczęła szukać w spisie firm numeru pod literą W. Po chwili zadzwoniła do kliniki Etheridge’a. Głos pani Alden po drugiej stronie wydawał się całkiem opanowany. W tle Anderson usłyszała szczeknięcie psa. Jedno jedyne szczeknięcie.

– Nie chciałam, żeby pani myślała, że chciałam was wykiwać – powiedziała. – Smycz odeślę jutro.

– Nie ma sprawy, pani Anderson – odrzekła. – Jest pani naszą klientką od tylu lat, że byłaby pani ostatnią osobą, którą podejrzewalibyśmy o uchylanie się od płacenia długów. A smyczą proszę się nie przejmować. Mamy spory zapas.

– Wydawało się, jakby przez chwilę wszystko stanęło na głowie, prawda?

– Jeszcze jak! Musieliśmy wezwać pogotowie do pani Perkins. Nie sądziłam, że to coś poważnego – oczywiście, ranę trzeba było zszyć, ale mnóstwo ludzi z taką raną potrafi iść do lekarza o własnych siłach. – Odrobinę ściszyła głos, dzieląc się z Anderson sekretem, do którego nie dopuściłaby pewnie żadnego mężczyzny. – Dzięki Bogu, że ugryzł ją jej własny pies. To taka osoba, która z byle powodu zaczyna krzyczeć o procesie.

– Wie już pani, co mogło być powodem tej awantury?

– Nie, doktor Etheridge też nie. Może upał po deszczu. Doktor Etheridge mówił, że słyszał o czymś takim na jakiejś konferencji. Pewna pani weterynarz z Kalifornii opowiadała, jak przed ostatnim silnym trzęsieniem ziemi na wszystkie zwierzęta w jej klinice padł „urok dzikiego szału”, jak to nazwała.

– Doprawdy?

– W zeszłym roku mieliśmy trzęsienie ziemi w Maine – powiedziała pani Alden. – Mam nadzieję, że nie będzie następnego. Ta elektrownia atomowa w Wiscasset jest za blisko, żeby można było spać spokojnie.

Gard mógłby coś na ten temat powiedzieć, pomyślała Bobbi. Jeszcze raz podziękowała, po czym odłożyła słuchawkę.

Wróciła do pikapa. Peter spał. Kiedy Anderson wsiadła, otworzył oczy, ale zaraz zamknął z powrotem. Położył pysk na łapach. Siwizna na pysku zaczęła zanikać. Nie było wątpliwości, absolutnie żadnych wątpliwości.

À propos, jak to coś działa na ciebie?

Zamknij się, dziadku.

Pojechała do domu. Wzmocniwszy się jeszcze jedną szkocką – słabą – weszła do łazienki i stanęła blisko przed lustrem, najpierw badawczo obejrzała swoją twarz, a potem przeczesała palcami włosy, które uniosła i którym pozwoliła opaść.

Siwizna była tam, gdzie przedtem – jeśli wzrok jej nie mylił, nie ubyła ani jedna nitka spośród tych, które dotąd zdążyły się pojawić.

Nigdy nie sądziła, że ucieszy ją widok siwych włosów, ale dziś się ucieszyła. W pewnym sensie.

6

Przed wieczorem na zachodzie zaczęły się gromadzić ciemne chmury, a zanim zapadł zmierzch, rozległy się pierwsze grzmoty. Wyglądało na to, że miały wrócić deszcze, przynajmniej na jedną noc. Anderson wiedziała, że wypuści dziś Petera na dwór tylko po to, żeby załatwił najpilniejsze psie sprawy, ale nic poza tym; od szczenięcych lat beagle panicznie bał się burzy.

Anderson siedziała na fotelu bujanym przy oknie i gdyby ktoś ją teraz zobaczył, zapewne doszedłby do wniosku, że czyta, ale tak naprawdę brnęła przez książkę; brnęła przez pracę Wojna osadników a wojna secesyjna z uporem godnym lepszej sprawy. Tekst był nudny jak flaki z olejem, ale Anderson sądziła, że okaże się niezwykle przydatny, gdy w końcu zabierze się do następnej rzeczy… co powinno nastąpić już niebawem.

Ilekroć przetaczał się grzmot, Peter przysuwał się coraz bliżej fotela, wyglądał przy tym, jakby uśmiechał się ze skruchą. Tak, nic mi się nie stanie, wiem, wiem, ale podejdę troszkę bliżej, dobrze? I jeżeli naprawdę potężnie huknie, chyba wypchnę cię z tego pieprzonego fotela, co ty na to? Nie masz nic przeciwko temu, prawda, Bobbi?

Burza rozpętała się dopiero po dziewiątej, ale kiedy się już zaczęła, Anderson nie miała wątpliwości, że czeka ich porządna nawałnica – taka, jaką mieszkańcy Haven nazywali „prawdziwym Jezusmaria”. Poszła do kuchni, poszperała w dużej szafie ściennej, która służyła jej za spiżarnię, i na górnej półce znalazła lampę gazową Colemana. Peter szedł za nią krok w krok z podkulonym ogonem i wciąż tą samą skruszoną miną. Wychodząc ze spiżarni z lampą, Anderson omal się o niego nie potknęła.

– Pozwolisz mi przejść, Peter?

Pete cofnął się odrobinę, przepuszczając ją… by po chwili z powrotem przypaść jej do kostek, gdy grzmot wstrząsnął szybami w oknach. Kiedy Anderson siadała na fotelu, błyskawica rozświetliła pokój błękitnobiałym blaskiem, a telefon wydał pojedynczy dźwięk. Wiatr zaczął przybierać na sile, szumiąc w gałęziach drzew.

Peter siadł kamieniem przy fotelu, spoglądając błagalnie na Anderson.

– No dobrze – powiedziała z westchnieniem. – Chodź, bałwanie.

Pies nie dał się dwa razy prosić. Wskoczył Anderson na kolana, wymierzając jej przy tym solidny cios łapą w krocze. Prawie zawsze walił ją w to miejsce albo w pierś; wcale nie celował – działo się tak w jakiś tajemniczy sposób, podobnie jak winda niezmiennie zatrzymuje się na każdym piętrze, kiedy akurat się spieszysz. Jeżeli istniał środek obrony przed atakiem Petera, Bobbi Anderson musiała go znaleźć.

Niebo rozdarła błyskawica. Peter wtulił się w Anderson, którą uderzył w nozdrza jego zapach – Eau de Beagle.

– Może od razu na mnie naskoczysz i załatwisz to od razu, co, Pete?

Peter posłał jej pełen skruchy psi uśmiech: Wiem, wiem, przestań mi to ciągle wypominać.

Wiatr przybierał na sile. Światła zaczęły mrugać, co niezawodnie oznaczało, że Robertę Anderson i Centralny Zakład Energetyczny Maine czeka czułe rozstanie… przynajmniej do trzeciej lub czwartej nad ranem. Anderson odłożyła książkę i objęła psa. Naprawdę nie miała nic przeciwko burzom, od czasu do czasu przetaczały się latem, ani przeciwko śnieżycom atakującym miasteczko zimą. Podobała się jej ich ogromna siła. Lubiła widok i odgłos tej potęgi, która okrutnie i ze ślepą stanowczością rozprawiała się z jej ziemią. W działaniach takich nawałnic wyczuwała pewną pozbawioną wrażliwości litość. Czuła, jak ta burza działa na nią – włoski na ramionach i karku zjeżyły się lekko, a błyskawica, która przecięła niebo szczególnie blisko, niemal ją naelektryzowała.

Anderson przypomniała sobie dziwną rozmowę, jaką odbyła kiedyś z Jimem Gardenerem. Gard miał w czaszce stalową płytkę – pamiątkę po wypadku na nartach, w którym omal nie zginął w wieku siedemnastu lat. Gardener opowiadał jej, jak kiedyś, gdy zmieniał żarówkę, okropnie poraził go prąd, gdy przez przypadek wsunął do oprawki palec wskazujący. Nie byłoby w tym nic niecodziennego, gdyby nie fakt, że przez następny tydzień słyszał w głowie muzykę, spikerów i wiadomości. Twierdził, że przez pewien czas miał wrażenie, jakby wariował. Czwartego dnia Gard zidentyfikował nawet sygnał stacji, którą odbierał: WZON, jedna z trzech stacji radiowych w Bangor nadających na falach długich. Zapisał sobie tytuły trzech nadawanych kolejno piosenek, a potem zadzwonił do radia, aby sprawdzić, czy naprawdę je grali – razem z reklamą restauracji polinezyjskiej Singa, dealera Subaru oraz Muzeum Ptaków w Bar Harbor. Grali.

Piątego dnia sygnał zaczął zanikać, a dwa dni później umilkł zupełnie.

– Wszystko przez tę cholerną płytkę w głowie – mówił, lekko stukając pięścią w bliznę na lewej skroni. – Bez wątpienia. Mnóstwo ludzi na pewno miałoby kupę śmiechu, ale ja jestem absolutnie pewien.

Gdyby tę historię opowiedział jej ktoś inny, Anderson pomyślałaby, że usiłuje ją nabrać, ale Jim nie żartował – wystarczyło spojrzeć mu w oczy, żeby się przekonać.

Wielkie burze miały wielką siłę.

Następna błyskawica rozświetliła niebieskim fleszem teren, który Anderson nauczyła się uważać – tak jak jej sąsiedzi – za swoje podwórko. Ujrzała pikapa z pierwszymi kroplami deszczu na przedniej szybie; krótki podjazd z ubitej ziemi; skrzynkę pocztową z opuszczoną i bezpiecznie przyciśniętą do aluminiowej ścianki chorągiewką; skręcające się na wietrze drzewa. Chwilę później huknął grzmot i Peter przypadł do niej, skomląc. Zgasły światła. Nie bladły stopniowo, nie bawiły się w żadne mruganie; po prostu zupełnie nagle wszystkie zgasły jednocześnie. Zgasły ostatecznie i nieodwołalnie.

Anderson sięgnęła po lampę – lecz jej ręka znieruchomiała.

Na przeciwległej ścianie, tuż obok kredensu wuja Franka, zobaczyła zieloną plamkę, która przesunęła się dwa cale w górę, potem odrobinę w lewo i w prawo. Na moment zniknęła, by zaraz pojawić się z powrotem. Sen Anderson wrócił z upiorną siłą déjà vu. Znów pomyślała o latarni z opowiadania Poego, ale tym razem skojarzyła widok z jeszcze jednym wspomnieniem: Wojną światów. Marsjańskim snopem gorąca, zsyłającym zieloną śmierć na Hammersmith.

Odwróciła głowę w stronę Petera, słysząc, jak ścięgna szyi skrzypią jej niczym nienaoliwione zawiasy i dobrze wiedząc, co zobaczy. Światło padało z oka Petera. Z lewego. Jarzyło się czarnoksięskim zielonym blaskiem ognia świętego Elma, jaki unosi się nad bagnami po parnym, bezwietrznym dniu.

Nie… to nie oko. Świeciła katarakta… przynajmniej to, co z niej zostało. Od porannej wizyty u weterynarza ubyło jej jeszcze więcej. Połowę pyska Petera rozjaśniał trupi zielony blask, przez co wyglądał jak monstrum z komiksu.

Anderson w pierwszym odruchu zapragnęła odsunąć się od Petera, wyskoczyć z fotela i uciec…

…ale przecież to był Peter, mimo wszystko. A Peter bał się już śmiertelnie. Gdyby go zostawiła, ogarnęłoby go prawdziwe przerażenie.

W ciemności rozległ się grzmot. Tym razem oboje podskoczyli. Po chwili zaszumiał deszcz, siekąc gęsto nieprzerwanymi strugami. Anderson znów spojrzała na ścianę po drugiej stronie pokoju na chyboczącą się tam zieloną kropkę. Przypomniały się jej czasy dzieciństwa, gdy leżała w łóżku i bawiła się w puszczanie „zajączków” na ścianie, używając do tego celu paska od zegarka i poruszając przegubem.

À propos, Bobbi, jak to coś działa na ciebie?

Zielony płomień z głębi oka Petera pochłaniał kataraktę. Zjadał ją. Popatrzyła na psa i musiała się opanować, by się od niego nie odsunąć, gdy nagle polizał ją w rękę.

Tej nocy Bobbi Anderson prawie w ogóle nie spała.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

Wstęp

KSIĘGA PIERWSZA. Statek w ziemi

I. Anderson się potyka

II. Anderson kopie

III. Peter widzi światło

IV. Kopanie – ciąg dalszy

V. Gardener pada

VI. Johnie Gardener walker

VII. Gardener przybywa

VIII. Przeróbki

IX. Anderson snuje opowieść

X. Gardener podejmuje opowieść

KSIĘGA DRUGA. Opowieści z Haven

I. Miasteczko

II. Becka Paulson

III. Hilly Brown

IV. Bent i Jingles

V. Ruth McCausland

VI. Ruth McCausland – zakończenie

VII. Beach Jernigan i Dick Allison

VIII. Ev Hillman

IX. Pogrzeb

X. Księga dni. Miasteczko: zakończenie

KSIĘGA TRZECIA. Stukostrachy

I. Siostrunia

II. Gardener idzie na spacer

III. Właz

IV. Szopa

V. Sensacja

VI. Wewnątrz statku

VII. Sensacja – ciąg dalszy

VIII. Gard i Bobbi

IX. Sensacja – zakończenie

X. Stukostrachy stukają do drzwi

Epilog

Spis treści

Wstęp

KSIĘGA PIERWSZA. Statek w ziemi I. Anderson się potyka 1

2

3

4

5

II. Anderson kopie 1

2

3

4

5

III. Peter widzi światło 1

2

3

4

5

6

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Sklepik z marzeniami. Cykl Castle Rock Mroczna połowa. Cykl Castle Rock Uniesienie Outsider Danse Macabre Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wzgórze psów Miasto Koniec warty Znalezione nie kradzione