Złodziej kości

Złodziej kości

Autorzy: Luca Veste

Wydawnictwo: Filia

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 23.13 zł

Płacz nie pomoże. Porwie cię w złości. Pokroi ciało, zachowa kości.

Dwadzieścia lat temu czworo nastolatków postanowiło odnaleźć w lesie Kościucha, złodzieja kości, potwora z dziecięcej rymowanki. Tylko troje z nich powróciło z tej wyprawy.

W Liverpoolu odnaleziono błąkającą się, okaleczoną kobietę, która twierdzi, że uciekła potworowi z lasu. Prowadząca dochodzenie detektyw Louise Henderson pamięta sprawę zaginięcia dziecka sprzed lat. Teraz musi przekonać kolegów z pracy, że legendarne monstrum może okazać się człowiekiem z krwi i kości. Gdy w lesie zostaje znalezione kolejne ciało, sprawy przybierają jeszcze mroczniejszy obrót…

"Ta książka pochłonie całe wasze dni i noce".
Val McDermid

"Mroczny, genialny thriller".
Mark Billingham

"Połączenie Candymana i Milczenia owiec".
Eva Dolan

"Prawdopodobnie najlepszy thriller o seryjnym mordercy od czasu Czerwonego smoka". Steve Cavanagh

"Przeraża i wciąga. Najlepszy tegoroczny thriller o seryjnym mordercy".
Mason Cross

Dedykuję tę książkę Emmie,

mojej żonie i najlepszej przyjaciółce.

Nie chciałbym iść przez życie

z nikim innym.

Kościuch nadchodzi.

Kościuch prawdziwy.

Nieposkromiony.

Na nic wrażliwy.

Płacz nie pomoże.

Porwie cię w złości.

Pokroi ciało.

Zachowa kości.

WCZEŚNIEJ

Jej historia zaczyna się w tunelu.

Miękka ziemia pod stopami. Wietrzyk delikatnie muskający policzki. Odgłosy dobiegające z ciemności. Rozbrzmiewające echem. Szał. Zapach śmierci wczepiający się jej w skórę.

Ona właśnie tak to zapamięta już na zawsze.

Tunel.

Czworo ich miało przez ten tunel przejść. W samotności i w milczeniu. Jedno po drugim.

Wyszło troje.

Zanim pojawił się tunel, wieczór był zupełnie inny. Szli grupką przez las w rześkim jesiennym powietrzu. Ona miała jedenaście lat. Szła za swoim bratem Mattym. Był od niej co prawda trzy lata starszy, ale niespecjalnie mądrzejszy. W powolnej wędrówce towarzyszyli im jeszcze Lee i Faye, bratanek i bratanica ich nowego ojczyma. To była tylko zabawa, swego rodzaju przygoda. Nie wolno im było bawić się tak daleko od domu, ale trwały właśnie jesienne ferie, a oni przecież byli tylko dziećmi.

Nie było na nich mocnych.

– Dalej – powiedziała, wychodząc na prowadzenie i ruszając krokiem, który miał sugerować pewność siebie. – Miejmy to z głowy.

Minęli znak z napisem „Rezerwat Przyrodniczy Dibbinsdale”, zostawili po prawej stoliki piknikowe i weszli na ścieżkę prowadzącą wśród drzew. Zrobiło się ciemniej. Niebo stopniowo znikało za ciemnymi chmurami. Gdyby przyszli tu tydzień później, o tej porze byłoby już całkiem ciemno, na razie jednak wieczór dopiero wygaszał światło.

Mrok jednak nadchodził szybko.

– Będzie padać.

– Nie martw się – powiedział Matty, zrównując z nią krok. – Chronią nas drzewa. Jak naturalny parasol.

Na jego twarzy na chwilę pojawił się głupkowaty uśmiech. Ostatnie wspomnienie po tamtym małym chłopcu, którego kiedyś znała. Przeszli przez drewniany most, z którego po drodze Matty i Lee rzucali do wody patyki. Zatrzymała się na chwilę, bo zauważyła drganie i pęcherzyki powietrza na powierzchni wody.

– Myślicie, że tu są ryby?

– Nie-e – powiedziała Faye, która stanęła obok i oparła dłonie na zmurszałej drewnianej barierce. – Nie przeżyłyby tu.

Bąbelki znów się pojawiły, pozostawiając po sobie na powierzchni wody koncentryczne okręgi. Przyglądała im się przez chwilę, mrużąc oczy, żeby lepiej widzieć w coraz słabszym świetle. Potem ruszyła za pozostałymi, ich głosy zaczęły się już bowiem oddalać. Ścieżka zrobiła się trochę szersza, ale potem znów się zwęziła, gdy weszli między wysokie trzciny tonące na grząskim gruncie.

Ziemia pod ich nogami wyraźnie zmiękła. Zbliżali się do celu. Musnęła stopą pojedyncze szare piórko. Zwolniła kroku.

– To tutaj.

Nagle wszyscy zamilkli. Konary i liście ożywały za sprawą wiatru falującego pośród niewidocznych drzew. Gdy trójka przed nią się zatrzymała, zrobiło się jakby chłodniej.

– Myślicie, że to prawda? – zapytał Matty, siląc się na krotochwilny ton sugerujący odwagę. Ona wiedziała, że tylko się zgrywa. Byli na miejscu i dotychczasowa pewność siebie powoli ulatywała.

– Tu mieszka Kościuch – odparł Lee tak cicho, że szum liści nad ich głowami niemal zagłuszył jego szept. ­– Ludzie go widzieli.

Dołączyła do pozostałych. Stali na drugim drewnianym moście i patrzyli przed siebie. Tunel zobaczyła, gdy tylko się zatrzymała.

– Kto wchodzi pierwszy? – zapytał Matty, który teraz jakby stracił rezon.

– Myślałem, że Matty pójdzie – odparł Lee, odwracając się, żeby na niego spojrzeć. – Panie przodem.

Spomiędzy drzew zawiał wiatr i nagle zrobiło się jeszcze chłodniej. Przeszedł ją dreszcz. Kilka kropli spadło na powierzchnię wody, po czym odgłosy deszczu ustąpiły miejsca dojmującej ciszy.

– Dlaczego niby ja? Ty się boisz?

– A myślisz, że to mój pierwszy raz?

– A jakże. – Na twarzy Matty’ego wymalował się uśmiech. – Przecież ty byś się nigdy nie odważył czegoś takiego zrobić…

– Ja pójdę pierwsza.

Wszyscy spojrzeli na Faye, unosząc brwi na dźwięk cichego głosu. Któż mógł się domyślić, że to chucherko, jeszcze rok młodsze od niej, zgłosi się na ochotnika.

Po zejściu z mostu wychodziło się na krótką kamienną ścieżkę, podobną do tych, które przemierzali wcześniej. Na jej końcu znajdowały się dwa tunele. Jeden wyłożony cegłami, ten drugi… nie.

„To jest Wydrowy Tunel” – powiedział jej wcześniej tego samego dnia przyszywany ojciec. „Dawniej w całości wypełniała go woda i podobno kiedyś żyły tu wydry. Tak ze dwieście lat temu. Teraz mieszka tam kilka nietoperzy, może parę szczurów”.

Ciarki przeszły ją po plecach – wtedy, gdy to usłyszała, i teraz też. Matty rzucił jej wymowne spojrzenie, więc dla niepoznaki potarła dłońmi ramiona, jak gdyby było jej zimno.

– To idę – powiedziała Faye, ruszając przed siebie. – Nie będę tak tu stać i się gapić.

Podążyła wzrokiem za Faye. Matty i Lee wymienili spojrzenia, a potem wzruszyli ramionami.

– Naprawdę wam nie przeszkadza, że dziesięciolatka wejdzie przed wami? – zapytała, tłumiąc drwinę. – Ale z was twardziele!

Matty i Lee spojrzeli na nią z irytacją i oburzeniem. Chociaż gdzieś na skraju tych spojrzeń dostrzegła również cień strachu. Czekali, aż Faye wyjdzie, ustawieni jedno za drugim niemal w równym rządku.

Ona weszła trzecia, po dwójce głupich dzieciaków. Nie miałaby nic przeciwko temu, żeby wejść wcześniej. Przecież to było po prostu głupie. Żadnych rozgorączkowanych wrzasków, żadnego przeraźliwego wycia. Szczerze powiedziawszy, nawet trochę nuda. Tunel musiał być dość krótki, tak przynajmniej sądziła na podstawie tłumionych okrzyków, które dobiegały z drugiej strony.

Teraz jej kolej.

Ruszyła w stronę tunelu, wytężając wzrok, aby dostrzec jego drugi koniec. Wieczór nastał już na dobre, światło prawie całkiem przygasło. Powoli otulał ich mrok. Gdy ostatnie promienie słońca zniknęły, powietrze jakby zrzedło i przestało żyć.

– Boisz się?

Odwróciła się do Matty’ego, który kołysał się z boku na bok.

– Nie, oczywiście, że nie.

– No to co tak stoisz? Twoja kolej!

– Nie chcesz iść pierwszy?

Matty odpowiedział jej uśmiechem. Tym perfidnym uśmiechem, którym zawsze kwitował swój triumf.

– Miałbym cię zostawić samą po tej stronie? To na pewno by ci się nie spodobało. Po prostu idź. Za chwilę musimy wracać.

Nie wiedziała, która jest godzina, ale przypuszczała, że minął już ten magiczny moment, w którym przekroczona zostaje granica między „w porządku” a „stanowczo za późno”. Usiłowała sobie przypomnieć, ile czasu potrzebowali, żeby tu dotrzeć, ale teraz nic nie zdołała ustalić. Wrócić też chyba będą musieli przez tunel. Pewnie tym razem już we czworo. Spodziewała się, że chłopcy będą je próbowali przy okazji dodatkowo nastraszyć.

– No dalej. Idziesz czy nie? Zaczynam się nudzić.

– Idę, idę – odpowiedziała, a jej głos rozniósł się echem po milczącym lesie. – Przyznaj, że też się boisz. Chcesz, żebym się wycofała, żebyś sam nie musiał iść.

– Bzdura! Bez problemu poszedłbym pierwszy, gdyby tamta dwójka nie zapragnęła się popisywać.

– Jasne. Wierzę ci. Poważnie.

– Co o nich myślisz?

Spojrzała uważnie na brata. Dobrze wiedziała, co to znaczy, gdy on wpycha ręce do kieszeni i kopie ziemię. Chciał wiedzieć, czy wszystko będzie w porządku – czy należy się martwić o przyszłość.

Był od niej co prawda starszy, ale coraz częściej odnosiła wrażenie, że to ona powinna się opiekować nim.

– Ot, wkurzający kretyni z Wirral – odparła z prześmiewczym uśmiechem. – Po naszej stronie rzeki wytrzymaliby może pięć sekund. Ale są w porządku. Tak mi się wydaje. Poza tym nie musimy z nimi spędzać za dużo czasu.

– Mam nadzieję, że mama nie planuje się tam przeprowadzić. – Matty nie patrzył na nią, wzrok miał skierowany w ziemię. – Chyba bym tego nie zniósł.

– Bywało gorzej.

Rzucił jej pełne udręki spojrzenie, wykrzywił twarz i pokiwał głową.

– Nie wydaje mi się.

Tym razem podniósł wzrok, a na jego twarzy pojawił się dokładnie ten uśmiech, na który liczyła.

– No dalej – powiedział, wyjmując ręce z kieszeni i wskazując w stronę tunelu. – Miejmy to z głowy.

Odwróciła się i ruszyła przed siebie. Przeszła przez próg i znalazła się w tunelu. Z początku miała za plecami światło, więc widziała, dokąd idzie. To jednak się szybko zmieniło. Gdy światło zniknęło, a w tunelu zapanował mrok, zupełnie straciła orientację.

Wzdłuż ścieżki stała woda, znikąd nic nie było słychać. Skupiała się na tym, żeby iść przed siebie. Spoglądała w przód i mrużyła oczy, aby lepiej widzieć punkt, w którym spodziewała się dojrzeć wyjście.

Była w połowie drogi, gdy zaatakował ją smród.

Żołądek podszedł jej do gardła. Zatrzymała się i nachyliła, zasłaniając usta dłonią. Zapach był tak odstręczający, że aż jej w oczach stanęły łzy. Ruszyła przed siebie z zamiarem powiedzenia paru słów tej parze kretynów, która ich przed tym nie ostrzegła.

Wtedy coś usłyszała.

Lekki ruch, nic więcej. Cichy odgłos, którego z zewnątrz pewnie w ogóle nie było słychać. W środku jednak niósł się niczym potężny ryk.

Na chwilę straciła kontrolę nad własnym ciałem. Stanęła jak wryta, nie mogła się ruszyć. Serce przyspieszyło dziesięciokrotnie, w brzuchu coś się ścisnęło. Podmuch wiatru płynącego przez tunel połaskotał włosy zjeżone na karku.

Dźwięk rozległ się ponownie. Przeszedł w gwizd. W chrap­liwą melodię.

Znała tę piosenkę.

„Kościuch nadchodzi. Kościuch prawdziwy”…

– Lee – powiedziała szeptem, bo nie miała odwagi odezwać się głośniej. – Jeśli to ty, to nie żyjesz.

Gwizd ustał, ale zaraz potem pojawiło się coś innego. Warkot. Śmiech. Już sama nie wiedziała.

Tym razem ciało poddało się jej woli. Znów mogła się poruszać. Bez zastanowienia popędziła przed siebie, licząc na to, że obrała właściwy kierunek. Czuła, jak grunt mięknie jej pod stopami wraz z każdym kolejnym krokiem. Martwiła się, co będzie, jeśli się poślizgnie, ale nie mogła zwolnić.

Bała się myśleć, co by się stało, gdyby się przewróciła.

Wydawało jej się, że dźwięk podąża za nią, ale cały czas zmierzała w kierunku światełka na końcu tunelu, które stopniowo się powiększało.

Coś w tym tunelu było. Coś się czaiło w cieniu, coś z niego wyzierało. Teraz już biegła. Była niemal pewna, że to coś ją goni. Słyszała, jak pełznie po ścieżce, jak się przygotowuje do ataku.

Wystrzeliła z tunelu i padła na ziemię. Nad nią stała dwójka innych dzieci. Odwróciła się, spodziewając się za chwilę zobaczyć w wyjściu z tunelu kogoś, kto próbuje ją złapać. Nogi odmówiły jej posłuszeństwa.

– Co jest? – zapytał Lee, chwytając ją za ramię. – Czyżbyś się przestraszyła?

Nie była w stanie nic powiedzieć. Oddychała ciężko, wciągając do płuc świeże powietrze. Spojrzała tylko w stronę tunelu, ale nic nie potrafiła tam dojrzeć.

Chciała wykrzyczeć imię Matty’ego. Chciała go ostrzec. Dać mu znać, co słyszała, widziała, czuła.

Tyle że nie mogła wydobyć z siebie głosu.

Nie mogła mu powiedzieć, żeby się zatrzymał. Że tam coś jest.

Nie mogła go przestrzec, żeby tam nie wchodził.

Nie mogła go ostrzec, że tam nie jest bezpiecznie.

Miała go już nigdy nie zobaczyć.

TERAZ

Można było odnieść wrażenie, że świat przeistoczył się

we śnie i że jeden z jego koszmarów nagle się ziścił.

Steve Mosby, Black Flowers

Mity, w które ludzie wierzą, często się urzeczywistniają.

George Orwell

Mit to ostatecznie niekończąca się opowieść.

Joan D. Vinge

Rozdział 1

Louise Henderson odebrała telefon w samochodzie. Gdy zadzwonił, próbowała właśnie uspokoić oddech.

Nie wierzyła w przeznaczenie i nie miała zdolności proroczych, ale jej ciało zdawało się już wiedzieć, co się za chwilę wydarzy. Próbowało wysłać jej ostrzeżenie. Może gdzieś w głębi duszy przeczuwała, co ją czeka.

Zobaczyła znak ostrzegający przed niebezpieczeństwem, na który zwykle nie zwracała uwagi.

W tym momencie myślała już tylko o tym, żeby dalej spokojnie oddychać. To niby proste. Dopóki człowiek nagle nie zatraci tej umiejętności, robi się to zupełnie nieświadomie.

„Czy tak to jest, jak się umiera?”.

W momencie, w którym z głośników samochodowych nagle przestała dobiegać piosenka, a jej miejsce zastąpił dzwonek telefonu, siedziała za kierownicą w aucie stojącym na poboczu. Silnik pracował na luzie. Słońce znikało właśnie za szarymi chmurami, zupełnie jak gdyby również odgrywało rolę w tym dramacie.

Louise rozmyślała o pożarze. To dlatego zjechała z drogi. Zapach dymu i popiołu nagle ją przytłoczył. Przed oczami zobaczyła błysk, potem czerwono-pomarańczową łunę, a wreszcie czerń. Trwało to tylko kilka sekund, ale ona nie mogła przez to oddychać. Zupełnie jak gdyby ktoś jej zacisnął ręce na gardle i położył się na klatce piersiowej. Ściskało ją w żołądku. Gdzieś obok przejeżdżały niewyraźne samochody, chodnikiem przeszły ze dwie osoby, ona postanowiła jednak zamknąć oczy i skupić się na oddychaniu. Wdech, wydech. Była bezpieczna. Nic jej nie groziło.

Nie teraz.

„Wszystko w porządku. Nic złego się nie dzieje”.

Kojący ton jej własnego wewnętrznego głosu trochę pomagał, ale ledwo go było słychać pośród tabunu innych myśli kołatających jej po głowie.

Sytuacja wcale się nie poprawiała. Napady lęku i trudności z oddychaniem pojawiały się coraz częściej. Poprzedniego wieczora Louise wpatrywała się w jasny ekran telefonu komórkowego, bo leżała w łóżku, ale nie mogła zasnąć. Przeglądała oferty terapeutów z okolicy.

Zupełnie jak gdyby potrzebowała pomocy.

Stwierdziła jednak, że pomocy nie potrzebuje. „Ludzie zawsze mogą sobie poradzić sami”, pomyślała, okłamując sama siebie. „Terapia to jedno wielkie oszustwo, nędzna sztuczka, mająca na celu wyciąganie pieniędzy. Pieniędzy za nic”. Zupełnie nie mieściło jej się w głowie, że to mogłoby cokolwiek w jej życiu zmienić.

Z jakiegoś jednak powodu zaczynała dochodzić do wniosku, że innego sposobu nie ma. Że w tym momencie nic innego jej nie pomoże. Że musi obcej osobie zdradzić swoje najgłębiej skrywane i najmroczniejsze uczucia. Że musi przywołać zapomniane i tłumione wspomnienia.

Nie!

W tym momencie wyłączyła telefon, spojrzała w mrok i potrząsnęła głową. Takie spotkanie upłynęłoby pod znakiem bezsensownych pytań. Terapeuta każe jej analizować własne uczucia i takie tam.

Przecież jej to nie jest potrzebne.

Z drugiej strony, Louise nie bardzo mogła dłużej ignorować to, co się z nią działo. I to, co zawsze w niej tkwiło – gdzieś głęboko. Nie mogła nie zauważać, że jest coraz gorzej. Jeszcze trochę i ludzie w pracy też to zauważą. Niewykluczone zresztą, że już zauważyli. Louise nie wiedziała, co ludzie o niej opowiadają za jej plecami. Nie wiedziała, czy czasem nie stała się już obiektem plotek.

Domyślała się tylko, że gdyby tak było, to Shipley by jej powiedział.

Gdy wracała myślami do rzeczywistości, wnętrze samochodu znów wypełnił odgłos dzwoniącego telefonu. Dotknęła ekranu, aby odebrać połączenie. Rzeczywistość nabierała z każdą chwilą coraz bardziej wyrazistych kształtów, a oddech wracał do normalnego rytmu. Żałowała tylko, że nie sprawdziła, kto dzwoni.

– Słucham?

– To ja – odezwał się głos po drugiej stronie. – Jedziesz już?

Louise przygryzła dolną wargę, a potem odpowiedziała detektywowi sierżantowi:

– A niby dokąd? – odparła, rzucając okiem w lusterko wsteczne. Skontrolowała sytuację na drodze i ponownie włączyła się do ruchu.

– Nikt jeszcze do ciebie nie zadzwonił? Jasna cholera…

– Co się dzieje? – zapytała Louise, przerywając wypowiedź, która zapowiadała się na długie pasmo narzekania.

– W Melling znaleziono kobietę. Szwendała się po okolicy. Nosi ślady ataku. Ratownicy medyczni się nią zajęli. Nie wygląda to dobrze. Musisz przyjechać i sama ocenić.

– Jaki adres?

Z ust detektywa sierżanta Paula Shipleya padła nazwa ulicy.

– Ile ci to zajmie?

Louise rozejrzała się wokół siebie, ale nie rozpoznała ulicy. Nie bardzo wiedziała, co odpowiedzieć. Próbowała sobie przypomnieć, dokąd jechała, zanim się zatrzymała, ale przychodziło jej to z trudem.

– Już jadę, proszę pana – powiedziała, po czym się rozłączyła.

Starała się jechać prosto przed siebie, licząc na to, że w końcu rozpozna jakiś charakterystyczny element krajobrazu albo trafi na jakiś drogowskaz. W końcu jednak dała sobie spokój i znów zjechała na pobocze. Wprowadziła adres do nawigacji i ponownie ruszyła w drogę.

Radio wróciło do życia, wydając z siebie jakąś piosenkę bez większej wartości tekstowej czy muzycznej. Louise puszczała te dźwięki mimo uszu, koncentrując się na trasie. Miejsce lęku szybko zajął gniew. Te dwie emocje zdawały się ostatnio bardzo mocno ze sobą przenikać.

Louise liczyła na to, że napastnik, który tę kobietę zaatakował, ciągle jeszcze będzie na miejscu, gdy ona tam dotrze. To by jej ułatwiło zadanie.

Pod podany adres dojechała po upływie dwudziestu minut. Przez ten czas po jej wcześniejszych myślach nie było już nawet śladu. Louise skupiała się tylko na pracy. Osobiste uczucia potrafiła odsunąć na dalszy plan, a całą jej uwagę pochłaniało czekające ją wyzwanie. Zatłoczona ulica, mnóstwo samochodów. Policyjna obstawa miejsca zdarzenia w pełnej krasie.

Praca, jej praca.

Dzielnica mieszkalna. Kilka sklepów rozsianych po okolicy. Tradycyjny sklep na rogu, który teraz należy do sieci Londis. Obok poczta. Przejście dla pieszych z zebrą w starym stylu, kuliste latarnie po każdej stronie. Waddicar Lane. Louise z przyjemnością wyszeptała tę nazwę, kiedy jeszcze siedziała sama w samochodzie.

„Waddicar”.

Samochód zaparkowała przy jednej z bocznych uliczek, w połowie na jezdni, w połowie na chodniku. Gdy szła w kierunku centrum wydarzeń, sprzed domów witały ją pomruki niezadowolenia tamtejszych mieszkańców. Mocniej otuliła się płaszczem, bo wiatr się wzmógł i próbował ją okrążyć.

– Detektyw konstabl Louise Henderson – powiedziała do jednego z funkcjonariuszy ustawionych przy ciągle jeszcze rozciągniętej policyjnej taśmie. Mundurowy zgromił ją spojrzeniem, więc pokazała mu identyfikator. – Ofiara jeszcze jest?

Mundurowy skinął potakująco głową, a potem przeniósł wzrok na karetkę zaparkowaną w pobliżu.

– Ludzi w takim stanie zwykle zabiera się do szpitala.

Louise powstrzymała się od równie sarkastycznej riposty. Postanowiła nie wdawać się w dalszą rozmowę z funkcjonariuszem, który bez żadnej zewnętrznej przyczyny okazywał jej swoją wyższość. Skierowała się w stronę człowieka, który stał kilka metrów dalej.

– Sierżancie?

– Louise, w końcu jesteś – powiedział Shipley, na chwilę przenosząc na nią wzrok. Zaraz potem ponownie spojrzał w stronę ratowników medycznych, których ona teraz widziała zdecydowanie lepiej. – Zacznij od zbierania zeznań od najbliższych świadków. Nie zakładaj, że mundurowym udało się wychwycić wszystkie istotne szczegóły. No i zrób coś z całą tą hałastrą, która filmuje naszą pracę.

Louise spojrzała na drugą stronę ulicy, gdzie zgromadziła się spora grupa gapiów. Kilku trzymało w górze telefony komórkowe wycelowane w jej kierunku. Instynktownie uniosła dłoń do twarzy, ale zaraz ją opuściła. Miała nadzieję, że Shipley nie dostrzegł tego gestu.

– Co my tu mamy? – powiedziała, usiłując wykonać zadanie zgodnie z poleceniem. – Chcę wiedzieć, o co pytać.

Shipley głośno wypuścił powietrze przez nos, po czym na chwilę wsparł dłonie na biodrach, aby zaraz potem, płynnym ruchem, skrzyżować muskularne ramiona przed sobą. Był wyższy od Louise – miał ponad metr osiemdziesiąt, a ona nieco mniej – ale nie dominował nad nią fizycznie tak jak jej poprzedni przełożeni. Był szczupły i jakiś taki niegroźny.

– Młoda kobieta, szła wzdłuż drogi. Jest w okropnym stanie. Karetka była na miejscu pierwsza. Ofiara przewróciła się chyba mniej więcej tutaj. Ktoś ją ostro potraktował. Wygląda, że została pobita i pokłuta nożem. Na drodze są ślady krwi. Ratownicy próbują ją ustabilizować.

Louise zaczęła się rozglądać po okolicy, wypatrując czegokolwiek, co by odstawało od normy, ale wszystko było aż do bólu zwyczajne. Zwyczajna droga, wzdłuż której stały domy. Na niższej kondygnacji dwudzielne wykuszowe okna, a wyżej zwykłe, też dwudzielne. Czerwona cegła. Przed większością budynków skrawek trawnika. W innych okolicznościach wyglądałoby to niemal bajkowo, teraz jednak spokój zakłócały policyjne radiowozy i furgonetki, karetka i grupa gapiów.

– Jak ona się nazywa?

– Nie mam pojęcia – odparł Shipley, który najwyraźniej miał ochotę zająć się już innymi sprawami. Rozłożył ramiona i przeciągnął dłonią po włosach. Nieco je przez to rozczochrał i teraz przedziałek nie tworzył już linii prostej. – Nie zdołała nam się przedstawić.

„Znów sarkazm”, oceniła Louise, ale nie dała po sobie nic poznać. Norma. Ludzie skrywają swoje uczucia przed światem.

Oni jako gliniarze, jako detektywi, byli w tym szczególnie biegli.

Louise już nic więcej nie powiedziała. Ruszyła w stronę grupy ustawionej po drugiej stronie ulicy, po drodze przechodząc obok ratowników, którzy udzielali pomocy kobiecie. Wiele nie udało jej się zobaczyć, ale zdołała dostrzec, że nie jest z nią najlepiej.

Ubranie miała podarte, poszarpane, niemal w strzępach. Widać było rozpryśniętą krew, ale kałuży nie było – tylko kropki, kleksy. Oczy miała zamknięte, ale dało się zauważyć wznoszący ruch klatki piersiowej. Zupełnie regularny. Ratownicy klęczeli przy kobiecie i pracowali w zupełnej ciszy, którą tylko od czasu do czasu przerywały wypowiadane jej szeptem do ucha słowa pocieszenia.

Louise odwróciła wzrok. Rozglądała się teraz wokół siebie, wypatrując czegokolwiek istotnego. Czegokolwiek, co mogłoby jej wyjaśnić, jak ta kobieta się tu znalazła. Okolica nie była jej zupełnie obca, ale też dobrze jej nie znała – a w tych okolicznościach taka wiedza mogłaby się akurat przydać.

Spojrzała na drogę, wyobrażając sobie, jaką trasę kobieta pokonała, zanim zabrakło jej sił. Widziała długie rzędy domów, które na sporym odcinku specjalnie niczym się od siebie nie różniły. Dopiero za nimi Louise dostrzegła pola. I drzewa.

Pomyślała, że to las.

Kobieta zapewne była wcześniej w lesie.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Dedykacja

* * *

WCZEŚNIEJ

TERAZ

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

WCZEŚNIEJ

TERAZ

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

WCZEŚNIEJ

TERAZ

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

WCZEŚNIEJ

TERAZ

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

POTEM

MATTHEW

Podziękowania

Karta redakcyjna

Tytuł oryginału: The Bone Keeper

Copyright © Luca Veste 2018

The moral right of the author has been asserted

Copyright for the Polish edition © 2018 by Wydawnictwo FILIA

Wszelkie prawa zastrzeżone

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2018

Projekt okładki: © Martin Benner/plainpicture

Redakcja: Paulina Jeske-Choińska

Korekta: Agnieszka Czapczyk

Skład i łamanie: Teodor Jeske-Choiński

Nazwiska, postaci, miejsca oraz zdarzenia stanowią wytwór wyobraźni autora albo zostały opisane w sposób fikcyjny. Wszelkie podobieństwo do konkretnych osób, żyjących obecnie lub zmarłych, a także do prawdziwych wydarzeń lub miejsc jest całkowicie przypadkowe.

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

darkhart@wp.pl

eISBN: 978-83-8075-484-3

Wydawnictwo FILIA

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

kontakt@wydawnictwofilia.pl

Seria: FILIA Mroczna Strona

mrocznastrona.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Złodziej kości 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer