Wszystkie nieba

Wszystkie nieba

Autorzy: Wojciech Bauer

Wydawnictwo: Videograf

Kategorie: Inne

Typ: e-book

Formaty: EPUB

cena od: 10.90 zł

Poetycka opowieść o inności i wykluczeniu. W odosobnionym ośrodku Hans – kaleki wychowanek sierocińca – szkoli się do roli pilota. Choć wokół toczy się wojna, niepełnosprawni mieszkańcy Gotteswind starają się budować własną, okaleczoną wersję normalności. Wraz ze swoimi opiekunami tworzą swoisty mikroukład władzy, namiętności i pożądania. W oczekiwaniu na swój lot Hans snuje rozważania o rodzinie, pobycie w sierocińcu, o pierwszych doświadczeniach erotycznych, pierwszej miłości, pierwszym strachu o kogoś bliskiego. Próbując otrząsnąć się z traumatycznych przeżyć związanych z dramatem rodzinnym, godzinami obserwuje jerzyki, z którymi od dzieciństwa się utożsamia.

Re­dak­cja

Anna Se­we­ryn

Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych

Pra­cow­nia WV

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład, ła­ma­nie oraz opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bo­ciek

Ko­rek­ta

Ur­szu­la Bań­ce­rek

Wy­da­nie I, Cho­rzów 2018

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA

41-500 Cho­rzów, Ale­ja Har­cer­ska 3c

tel. 600 472 609

of­fi­ce@vi­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

Dys­try­bu­cja wer­sji dru­ko­wa­nej: DIC­TUM Sp. z o.o.

01-942 War­sza­wa, ul. Ka­ba­re­to­wa 21

tel. 22 663 98 13, fax 22 663 98 12

dys­try­bu­cja@dic­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA, Cho­rzów 2016

tekst © Woj­ciech Bau­er

ISBN 978-83-7835-666-0

Jerzyk

Czę­sto śni mi się, że la­tam. To nic spe­cjal­nie ory­gi­nal­ne­go, wie­lu lu­dzi mie­wa ta­kie sny, wie­le po­wie­ści za­czy­na się tymi sło­wa­mi. Mój sen jest re­ali­stycz­ny: czu­ję wiatr na twa­rzy, na ra­mio­nach, cza­sem ostre, sie­ką­ce kro­ple desz­czu, cza­sem gę­stą wil­goć, jak w sau­nie, tyl­ko lo­do­wa­to zim­ną, gdy prze­la­tu­ję przez chmu­ry. W ogó­le prze­by­wa­nie w chmu­rach jest nie­sa­mo­wi­tym prze­ży­ciem. To jed­na z tych sy­tu­acji, gdy mózg kłó­ci się ze zmy­sła­mi i w efek­cie do­sta­jesz róż­ne dzi­wacz­ne in­ter­pre­ta­cje, sprzecz­ne z wie­dzą i per­cep­cją. „Bo je­steś w wa­cie” — mel­du­je wzrok, „w dy­mie, w pa­rze” — ra­por­tu­je in­nym ra­zem. A tu wata do­tknąć się nie daje, na próż­no za­my­kasz ją w pal­cach. „Nie czuć swą­du spa­le­ni­zny” — dzi­wi się węch. Or­ga­nizm kom­ple­tem zmy­słów alar­mu­je: „du­si­my się!”. Nie du­si­my. Nie śmier­dzi, nie za­ty­ka, nie pa­rzy. Tro­chę wil­got­no, jak w gę­stej mgle, poza tym nic. Dla do­ty­ku, dla re­cep­to­rów czu­cia chmu­ry nie ma. Le­cisz przez fa­ta­mor­ga­nę nie­ist­nie­ją­cych si­wych kła­ków. Fa­scy­nu­ją­ce uczu­cie.

Je­stem pta­kiem.

Kie­dyś, gdy miesz­ka­li­śmy na wsi, wi­dy­wa­łem na nie­bie je­rzy­ki. Fru­wa­ły zwin­nie jak czar­ne, skrzy­dla­te po­ci­ski, kre­śli­ły za­wi­łe spi­ra­le tro­pem umy­ka­ją­cych mu­szek, śmi­ga­ły hen, wy­so­ko, na gra­ni­cy wzro­ku lub prze­ciw­nie, ni­sko nad zie­mią. Za­wsze wie­dzia­ło się, gdzie szu­kać je­rzy­ków. Wy­so­ko — gdy ostre słoń­ce wę­dro­wa­ło przez nie­bo­skłon, po­wie­trze było su­che i czy­ste. Gdy chmu­ry za­snu­wa­ły nie­bo na buro, a zza ho­ry­zon­tu mru­kli­wie od­zy­wał się od­le­gły hur­kot — je­rzy­ki uwi­ja­ły tuż nad gło­wą, jak czar­ne prze­cin­ki wy­sy­pa­ne z książ­ki. Gdy­bym chciał, wy­su­nął­bym dłoń na tra­sę ta­kie­go je­rzy­ka i wpadł­by mi mię­dzy pal­ce, my­śla­łem, gdy w przed­go­dzi­nie bu­rzy je­rzy­ki zwia­sto­wa­ły ją pi­ru­eta­mi nad zie­mią. Tak my­śla­łem: „gdy­bym chciał”. Ni­g­dy zgod­nie z rze­czy­wi­sto­ścią: „gdy­bym mógł”.

Je­rzyk to dziw­ny ptak, nie­sa­mo­wi­ty. Isto­ta po­wietrz­na. Żyje w lo­cie od chwi­li, gdy in­stynkt wy­rzu­ci go z gniaz­da umiesz­czo­ne­go nie­bo­tycz­nie, hen nad do­ma­mi wró­bli, ja­skó­łek i trzna­dli. Cza­sem za­sta­na­wia­łem się, jak to się od­by­wa. To musi być strasz­ne prze­ży­cie dla pi­sklę­cia, któ­re­mu do­tąd wszyst­ko koń­czy­ło się na kil­ku cen­ty­me­trach ma­łej, ciem­nej, ku­li­stej prze­strze­ni wy­mosz­czo­nej tra­wą i pu­chem, z ja­snym krąż­kiem świa­tła na wprost dzio­ba, któ­re­go przy­sło­nię­cie ozna­cza­ło cie­pło i je­dze­nie, z brać­mi wtu­lo­ny­mi w pu­cha­te boki z ły­sy­mi skrzy­deł­ka­mi, któ­re szyb­ko jed­nak ro­sły i smu­kla­ły, a to ich ro­śnię­cie było de­ter­mi­nan­tą ca­łej je­rzy­ko­wej przy­szło­ści.

Bo ży­wio­łem i śro­do­wi­skiem je­rzy­ka jest po­wie­trze.

Je­rzyk w po­wie­trzu śpi. To naj­bar­dziej fa­scy­nu­ją­ca z nie­zwy­kło­ści do­ty­czą­cych je­rzy­ków, o ja­kich wie­dzia­łem. Pta­szek po ca­ło­dzien­nym uwi­ja­niu w dzie­siąt­kach, set­kach ki­lo­me­trów po­wietrz­nych pę­tli na za­koń­cze­nie dnia wzbi­ja się dwa ki­lo­me­try nad zie­mię i tam, roz­ło­żyw­szy skrzy­dła, za­sy­pia w znie­ru­cho­mia­łym, okręż­nym śli­zgu, ni­czym wiecz­no­lot­ny szy­bo­wiec. O czym wte­dy śni? Czy je­rzy­ki mają sny?

Zda­rza się, że w tym sen­nym wi­ro­wa­niu, w nie­przy­tom­nej, od­re­al­nio­nej po­wietrz­nej pę­tli, je­rzyk zde­rzy się z in­nym, któ­re­go jego wła­sny sen­ny lot za­nie­sie w re­jon ko­li­zji. Je­rzy­ki nie mają kon­tro­li lo­tów. Ka­ta­stro­fa lot­ni­cza jest pierw­szym z ro­dza­jów ich pta­siej śmier­ci. Tym pięk­nym.

Je­rzy­ki umie­ra­ją też ina­czej, bar­dziej bru­tal­nie, bar­dziej bez­rad­nie, brud­niej i ża­ło­śniej. Kil­ka razy wi­dzia­łem, jak ja­kiś nie­szczę­śli­wy zbieg oko­licz­no­ści: po­dmuch wia­tru, błąd lot­ni­czy, bra­wu­ra lub zmę­cze­nie spro­wa­dzi­ły pta­ka na zie­mię. Sie­dział wte­dy prze­ra­żo­ny, ze zje­żo­ny­mi pió­ra­mi, cza­sem pod­ska­ku­jąc ku­la­wo na pod­wi­nię­tych łap­kach o stu­lo­nych w piąst­ki pa­zur­kach, ale bez prze­ko­na­nia, bez wia­ry, że się uda, że po­tęż­ne skrzy­dła zła­pią po­dmuch i zdo­ła się ode­rwać, i wzbić ku swo­je­mu kró­le­stwu, ku nie­bu. On już wie­dział, że je­śli nie wy­da­rzy się cud, taki jak li­to­ści­wa ręka czło­wie­ka, nie do­ży­je wie­czo­ra, skoń­czy w szczę­kach ja­kie­goś szczę­śli­we­go z po­wo­du ła­twej zdo­by­czy łow­cy, a je­śli nie, śmierć bę­dzie jesz­cze bar­dziej okrut­na: z gło­du, pra­gnie­nia, zim­na i stra­chu. Tak, zie­mia to śmierć je­rzy­ka. Je­stem je­rzy­kiem.

Got­te­swind w sfe­rze sym­bo­licz­nej zwią­za­ny jest z pta­ka­mi. W her­bie Got­te­swind ma kru­ka — czar­ny krzyż roz­cza­pie­rzo­nych skrzy­deł na tle błę­kit­ne­go nie­ba. Skrzy­dła kru­ka są dłu­gie i czar­ne, nie­mal ta­kie, ja­ki­mi tnie po­wie­trze je­rzyk. To oczy­wi­ście tyl­ko moja ima­gi­na­cja i moje chciej­stwo, bo na­praw­dę po­do­bień­stwa nie ma żad­ne­go. Kruk to kruk, je­rzyk to je­rzyk. Nie­po­dob­ne, z wy­jąt­kiem fak­tu pod­po­rząd­ko­wa­nia so­bie prze­stwo­rzy, to ich je­dy­ny wspól­ny pta­si ele­ment. Poza nim nic. Dwie nie­zwią­za­ne ni­czym isto­ty. A jed­nak ten kruk, wi­docz­ny tu na każ­dym kro­ku, na ścia­nie świe­tli­cy, w kla­sach, na fron­to­nie głów­ne­go bu­dyn­ku, na ha­fto­wa­nych pla­kiet­kach przy­szy­tych do rę­ka­wów mun­du­rów ob­słu­gi, wszę­dzie, tyl­ko na dnie ta­le­rza po zu­pie go bra­ku­je, wy­peł­nia we mnie pust­kę po daw­no nie­wi­dzia­nej prze­strze­ni, sub­sty­tu­uje czar­ne śmi­ga­nie nad gło­wą, de­fi­ni­tyw­nie z dala od zie­mi, wy­żej, wy­żej i jesz­cze, po­mię­dzy po­wie­trzem a nie­bem.

Cze­mu kruk?

— Wi­dzisz, Han­sie, kruk to mą­drość, do­sto­jeń­stwo i siła, sku­pio­ne w jed­nym nie­zbyt oka­za­łym, brzyd­kim pta­ku. To tak­że chy­trość i umie­jęt­ność my­śle­nia tak­tycz­ne­go — mówi do mnie od­dzia­ło­wy, gdy py­tam.

Mówi za­wsze to samo, nie­świa­do­my, że się po­wta­rza. Nie wy­pro­wa­dzam go z błę­du, po co? Lu­bię, gdy do mnie mówi, gdy mówi o pta­kach. Cho­ciaż aku­rat kruk z wy­jąt­kiem ogól­nej przy­na­leż­no­ści do gro­ma­dy pta­ków ni­czym in­nym nie za­słu­żył na moją mi­łość, bo jest wiel­ki, ko­stro­pa­ty i ja­koś nie­chluj­ny. Do ele­gan­cji i do­sko­na­ło­ści je­rzy­ka mu da­le­ko.

Oprócz wszech­obec­nych ma­lo­wa­nych, ku­tych i ha­fto­wa­nych kru­ków są tu tak­że inne pta­ki. O wró­blach wy­drzy­dzio­bach wspo­mi­nał nie będę, bo są oczy­wi­ste. Ale dużo mamy na przy­kład ja­skó­łek. Ta­kich praw­dzi­wych. Le­pią swo­je dom­ki w za­ło­mach okien, w wy­ku­szach i pod pa­ra­pe­ta­mi, pod wy­sta­ją­cy­mi na­wi­sa­mi da­chów i w ze­wnętrz­nych za­ka­mar­kach ko­mi­nów. Po­do­ba­ją mi się ja­skół­ki, pra­wie tak samo, jak je­rzy­ki. To w koń­cu bli­scy krew­nia­cy, przy­naj­mniej je­śli cho­dzi o tech­no­lo­gię ujarz­mia­nia po­wie­trza. Ja­skół­ki są pra­wie jak je­rzy­ki tak­że z wy­glą­du i gło­su. Ich ostre wi­zgi czę­sto mnie bu­dzą, gdy cie­płym wio­sen­nym ran­kiem Ka­ro­la po­otwie­ra okna.

— Po­bud­ka, le­niu­chy! — Jej głos wpla­ta się dy­so­nan­sem w wi­zga­nie ja­skó­łek i świer­got pta­siej drob­ni­cy.

Lu­bię ten dy­so­nans. Za­raz Ka­ro­la weź­mie mnie na ręce.

Po­dob­no wy­so­ko, pod sa­mym da­chem naj­wyż­sze­go bu­dyn­ku, w miej­scu, gdzie mu­ra­rze zwy­kle za­ty­ka­ją wie­chę, jest jed­no gniaz­do je­rzy­ków. Opo­wia­da­no mi, słu­cha­łem z prze­ję­ciem, ale i nie­wia­rą. Opo­wia­da­ją­cy wie­dzie­li o mo­jej fa­scy­na­cji je­rzy­ka­mi, ich opo­wieść mo­gła być pró­bą po­gra­nia na mo­ich emo­cjach. Ale to nie ze mną. Scep­tycz­nie przyj­mo­wa­łem ich za­kli­na­nia na świę­to­ści, zna­łem zwy­cza­je je­rzy­ków. Je­rzy­ki trze­ba wi­dzieć, żeby uwie­rzyć. Ja nie wi­dzia­łem.

Czy­ta­łem w jed­nej książ­ce o po­dob­nych do nas… Za­wa­ha­łem się, tak. Pa­trząc na sie­bie, na współ­miesz­kań­ców sali, na wi­dy­wa­nych spo­ra­dycz­nie in­nych miesz­kań­ców Got­te­swind mam po­waż­ne wąt­pli­wo­ści, czy je­ste­śmy ludź­mi. Czy je­ste­śmy jesz­cze ludź­mi. Pra­cu­je się tu, że­by­śmy za bar­dzo nie byli. Zresz­tą wy­star­czy po­pa­trzeć i każ­dy na­bie­rze wąt­pli­wo­ści, róż­ni­ce wi­dać go­łym okiem. Ale wra­cam do książ­ki. Była z mo­je­go, z na­sze­go punk­tu wi­dze­nia re­ali­stycz­na, a dla nie­któ­rych (na przy­kład dla mnie) na­wet opty­mi­stycz­na. Na pierw­szych stro­nach czy­tel­nik po­zna­je głów­ne­go bo­ha­te­ra, gdy ten czoł­ga się, nagi, nocą, po zim­nej, ka­mien­nej po­sadz­ce do to­a­le­ty, bo jest póź­no i nie ma już ni­ko­go, kto mógł­by mu po­móc. Taki szczę­śli­wiec. U nas też są tacy szczę­śliw­cy, a jak­że, na­wet spo­ro. Ze zna­nych mi oso­bi­ście — Be­tin­ka. Jak­by co sama do­wle­cze się gdzie trze­ba. Ja do nich nie na­le­żę.

Książ­kę czy­ta­ło mi się przy­jem­nie i by­łem nie­mi­le za­sko­czo­ny, gdy od­dzia­ło­wy mnie z nią na­krył i z wrza­skiem zbesz­tał Ka­ro­lę, na­szą sa­lo­wą, a mnie książ­kę ode­brał, w za­mian da­jąc inną, ja­kiś ro­mans bo­daj­że. Ach, nie mó­wi­łem do­tąd, że ja czy­tam. Mam tu taki pul­pit, któ­ry przede mną sta­wia­ją, i ołó­wek z gum­ką do prze­wra­ca­nia kar­tek. Na­bra­nie wpra­wy nie trwa­ło dłu­go, po­dob­nie jak sama na­uka czy­ta­nia. Go­rzej z pi­sa­niem, ale w grun­cie rze­czy na co komu pi­sa­nie? Kto może — pi­sze, kto, jak ja, nie — uży­wa dyk­ta­fo­nu. Ja mam taki faj­ny, mały, co mi go dy­rek­tor bi­du­la po­da­ro­wał na uro­dzi­ny.

Z tym czło­wie­czeń­stwem to mamy tu sie­dem świa­tów. Uczest­ni­czy­my w róż­nych za­ję­ciach, lek­cjach, na któ­rych tło­czą nam do gło­wy hi­sto­rie o lu­dziach i ich świe­cie, o ide­ach i ide­ałach, o mi­ło­ści, du­mie, nie­na­wi­ści, szla­chet­no­ści, pięk­nie, brzy­do­cie i in­nych ta­kich, w tym spo­rcie i tę­żyź­nie, a jak­że, fi­zycz­nej, a po­tem ro­bi­my te­atr. Uda­je­my, że to nas do­ty­czy. A oni uda­ją, że nam wie­rzą. A prze­cież cały wic po­le­ga na tym, że po­win­ni­śmy ra­czej uwie­rzyć w coś wprost prze­ciw­ne­go. Że to nie dla nas, że je­ste­śmy inni ce­lo­wo, że bo­ski za­mysł był taki, by nam dać moż­ność za­ist­nie­nia w sfe­rach lu­dziom nie­do­stęp­nych. Że zie­mia, ten wro­gi ży­wioł, obcy i nie­życz­li­wy, słu­ży nam chwi­lo­wo, do­pó­ki nie po­sią­dzie­my na­szych do­ce­lo­wych umie­jęt­no­ści i nie opu­ści­my jej na za­wsze. Na ra­zie ku­ca­my nie­zdar­nie, z pod­ku­lo­ny­mi ki­ku­ta­mi ła­pek, pod­ska­ku­je­my, pró­bu­jąc wzbić się w nie­bo. Na­sze skrzy­deł­ka są łyse, bez­pió­re, pro­stu­je­my je po pi­sklę­ce­mu, nie­po­rad­nie i stra­chli­wie. Do cza­su. Bo póź­niej przyj­dzie chwi­la wia­tru, gdy wśli­zgnie się pod lot­ki, a one go po­chwy­cą, na­bio­rą do peł­na i unio­są. Wznie­sie­my się na jego nie­wi­dzial­nej stru­dze, co­raz wy­żej i wy­żej, a zie­mia i to jej przy­ziem­ne upo­ko­rze­nie, ta przy­gle­bia nę­dza, któ­ra nas trzy­ma i wią­że w bez­sil­no­ści, od­pły­nie, zma­le­je i skar­li się wresz­cie da­le­ko, hen, w dole.

To mnie naj­bar­dziej róż­ni od lu­dzi: na­dzie­ja na prze­stwór, na po­wietrz­ną wiecz­ność, na wol­ność. Wie­cie już. Je­stem je­rzy­kiem.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wszystkie nieba Pora chudych myszy Zapach trzciny Wszystkie nieba Spowiednik rzeczy