Miłośnica

Miłośnica

Autorzy: Maria Nurowska

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 20.90 zł

Krystyna Skarbek, piękna kobieta, podczas drugiej wojny światowej tajna agentka polskiego i brytyjskiego wywiadu, miała fascynującą biografię. Była niezwykle odważna, jakby grała ze śmiercią, i tę grę w końcu przegrała. Zginęła z ręki odrzuconego kochanka.

Powieść Marii Nurowskiej odniosła wielki sukces, mimo że Krystyna Skarbek, kiedy ukazało się pierwsze wydanie książki, była kimś nieznanym. Nie było o niej najmniejszej wzmianki w encyklopedii, mimo że na to zasługiwała. Jako jedyna kobieta otrzymała najwyższe odznaczenia wojskowe francuskie i angielskie: George Medal, OBE i Croix de Guerre. Powieść została przetłumaczona na kilkanaście języków.

Powieść Marii Nurowskiej poświęcona życiu Krystyny Skarbek i komponująca je, niczym układankę, z drobnych kawałków jest naprawdę godna uwagi.

„Le Figaro”

Maria Nurowska po mistrzowsku wykorzystuje prawdę, by tworzyć fikcję, i vice versa. Opiera się na bogatej dokumentacji, ale imponuje i zadziwia mocą swojej wyobraźni.

„Revue de presse”

Portret kobiety niestrudzenie poszukującej miłości, pełnej fantazji i niesamowitego uroku.

„Gazeta Współczesna”

Maria Nurowska jest jedną z najwybitniejszych i najpopularniejszych polskich pisarek. Wydała ponad trzydzieści książek, m.in. „Hiszpańskie oczy”, „Listy miłości”, „Miłośnicę”, fabularyzowaną biografię Krystyny Skarbek, opowieść o Ryszardzie Kuklińskim – „Mój przyjaciel zdrajca”, „Księżyc nad Zakopanem”, a w ostatnich latach „Drzwi do piekła”, „Dom na krawędzi”, „Wariatkę z Komańczy” i „Bohaterowie są zmęczeni”. Jej książki zostały wydane w 23 krajach; w Niemczech, we Francji i w Chinach były bestsellerami.

jest jedną z najwybitniejszych i najpopularniejszych polskich pisarek. Wydała ponad trzydzieści książek, m.in.Hiszpańskie oczy, Listy miłości, Miłośnicę, fabularyzowaną biografię Krystyny Skarbek, opowieść o Ryszardzie Kuklińskim – Mój przyjaciel zdrajca, Księżyc nad Zakopanem, a w ostatnich latach Drzwi do piekła, Dom na krawędzi, Wariatkę z Komańczy, Bohaterowie są zmęczeni i Dziesięć godzin. Jej książki zostały wydane w 23 krajach, w Niemczech, we Francji i w Chinach były bestsellerami.

Copyright © Maria Nurowska, 2001, 2018

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

www.panczakiewicz.pl

Zdjęcie na okładce

© Hulton Archive/Getty Images

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Korekta

Mirosława Kostrzyńska

Marianna Chałupczak

ISBN 978-83-8123-677-5

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

Elle avait du chien – mówią Francuzi. Ktoś powiedział: „Wabiła jak suka...”. Pewnie dlatego kobiety jej nie lubiły. Mężczyzn intrygowała, lgnęli do niej, czuła się jednak przy nich samotna. Czuła się samotna przy mężczyznach, przy kobietach, ze wszystkimi. Często słychać było jej śmiech. Nie słychać było jej słów. Dlaczego...? Tak mogłaby się zaczynać powieść o Krystynie Skarbek, gdybym zdecydowała się ją napisać...

A właściwie, czy nie jest to już postanowione? Czy w głębi duszy nie podjęłam takiej decyzji?

Wszystko zaczęło się wczesną wiosną 1982 roku, w apogeum stanu wojennego w Polsce. Kim byłam wtedy? Dziennikarką, którą właśnie wyrzucono z pracy za poglądy polityczne. Nagle miałam bardzo dużo wolnego czasu. Spełniło się moje marzenie, nigdzie nie musiałam się śpieszyć, telefon odzywał się rzadko. Ale to w mojej sytuacji okazało się najgorsze. Popadłam w apatię. Godzinami leżałam na łóżku i wpatrywałam się w sufit. Nie byłam zdolna do żadnego działania. Moi koledzy po fachu bawili się w konspirację, w której sens powątpiewałam. Wydawany przez nich „Biuletyn Informacyjny” kojarzył mi się z Powstaniem Warszawskim i powtórzenie tytułu mimo wszystko wydawało mi się nadużyciem.

Sytuację zmienił jeden telefon. Znany literat Piotr W. zaproponował mi pracę. Zbieranie materiałów do książki o pewnej kobiecie.

– To się wiąże z wyjazdem do Londynu, ale paszport pani załatwię – usłyszałam.

– A co to za kobieta?

– Angielski szpieg.

Pomyślałam, że żartuje. Ale zaraz potem padło nazwisko Krystyny. I tak oto ta niezwykła postać pojawiła się w moim życiu. Aby mnie ratować. Jak ratowała w przeszłości tych wspaniałych mężczyzn. Lecz tamtego dnia, w czasie pierwszej rozmowy z Piotrem W., który zamierzał napisać książkę o Krystynie Skarbek, jeszcze o tym nie wiedziałam.

Honorarium, które mi zaproponował, było nie do pogardzenia, tyle że jego osoba budziła wątpliwości. Co prawda nie opowiedział się oficjalnie za stanem wojennym, nie podpierał swoim nazwiskiem „junty”, ale z władzami najwyraźniej żył w przyjaźni. Już samo to, że mógł załatwić paszport osobie podejrzanej politycznie...

– Bohaterska Polka doceniona przez Zachód i zupełnie pominięta przez swoich... Otrzymała najwyższe odznaczenia francuskie i angielskie, z polskich ani jednego, nawet zwykłego Krzyża Walecznych, chociażby bez okucia...

Chce o niej pisać – przeszło mi przez głowę – bo wartości patriotyczne są teraz na czasie.

– Dlaczego zwraca się pan właśnie do mnie? – zapytałam.

– Bo jestem o pani jak najlepszego zdania. Przykro mi, że tak panią potraktowano, ale dla naszej sprawy to raczej pomyślne. W innej sytuacji nie przyjęłaby pani mojej propozycji.

– Nie wiem, czy przyjmę ją teraz.

– Namawiałbym panią. Ta kobieta jest tego warta.

To, co usłyszałam, przesądzało sprawę. Postanowiłam dowiedzieć się, czy Krystyna Skarbek vel Christine Granville naprawdę jest tego warta.

Piotr W. dał mi dwa polskie adresy, jej kuzynki oraz Włodzimierza Ledóchowskiego, byłego ziemianina i dyplomaty, o którym powiedział tak:

– To autentyczny hrabia, proszę pani, ale niezwykle bezpośredni i uczynny z niego człowiek. Z Krystyną Skarbek zetknął się w Budapeszcie.

Postanowiłam zacząć od kobiety. Starsza pani przyjęła mnie w dziwnym stroju i w jeszcze dziwniejszym uczesaniu: góra ufryzowanych loczków przykryta czymś, co miało udawać mantylkę, a przypominało robioną na szydełku serwetkę, której róg zachodził aż na czoło. Na rękach miała niciane rękawiczki bez palców.

– Krystyna – powiedziała słabiutkim, trzęsącym się głosem – to była bardzo piękna dziewczyna, ale zmarnowała się. Nie wyszła dobrze za mąż... Jej ojciec popełnił mezalians, o tym się pamięta... nawet gdyby miała posag... a Krystyna i posagu nie miała. Jej rodzice wszystko przetracili... Proszę pani, jak ona się nosiła ta jej matka, Stefania z domu Goldfeder...

– Matka pani Krystyny była Żydówką?

– O tak, nie da się ukryć, a zgrywała hrabinę na całego. Proszę sobie wyobrazić, że kupowała futra i kreacje u Paula Poiret na rue Auber, używała tylko perfum Guerlaina, woda toaletowa od Lubina. Biżuterię projektował dla niej słynny Bulgari w Rzymie... dla Jerzego też sprowadzano kosmetyki, na przykład specjalny tonik do włosów aż z Wiednia... A te ich podróże zagraniczne, zabierali ze sobą tabuny służby. Czy to się mogło dobrze skończyć?

Nie musiałam pytać, czyją krewną była starsza pani, matki czy ojca Krystyny, było to oczywiste. Swoją drogą, co za pamięć do szczegółów.

– A Jerzy, cóż... piękny był mężczyzna, ale trzeba powiedzieć, kobieciarz... nie miała Stefania z nim łatwego życia...

Staruszka spojrzała na mnie jasnoniebieskimi, czystymi jak u dziecka oczami, ale gdzieś na dnie tliła się w nich iskierka chytrości.

– Może czegoś się pani napije? Kawki? Herbatki?

– Dziękuję bardzo, proszę się nie fatygować, piłam kawę przed wyjściem – odpowiedziałam szybko, obawiając się, że starsza pani naprawdę mnie czymś poczęstuje, a nie wiem, czy zdołałabym przełknąć chociaż łyk. Mieszkanie czuć było starością i brudem. Do tego ze cztery koty wylegiwały się na krzesłach i kanapie. – A czy ma pani może jakieś listy od pani Krystyny albo jej bliskich?

Moja rozmówczyni pokręciła głową.

– Może gdzieś były, ale zagubiły się... zachował się tylko program teatralny... Krystyna była z ojcem w operze i nawet nocowali u nas. Ona miała wtedy chyba ze szesnaście lat. Teatr Wielki wystawiał Carmen. W głównej roli występowała gościnnie włoska śpiewaczka, już nie pamiętam jej nazwiska, ale to było wydarzenie, którego mój stryj oczywiście nie mógł przepuścić... A jak on, to i Krystyna, byli nierozłączni.

Wzięłam do ręki pożółkły kawałek kartonu. Carmen... Toreador... W rogu zauważyłam odręczny dopisek: „Miłość? To krew, zawsze krew...”.

– Kto to mógł napisać? – spytałam staruszkę.

– Chyba Krystyna... to był jej program... Ona zawsze coś bazgrała, na szybie, na krawędzi stołu. Pamiętam, jak byliśmy z rodzicami na letnisku w Trzepnicy... wszyscy wracaliśmy z grzybów, ja znalazłam trzy piękne rydze. I ona w jakiejś chwili przykucnęła i nagryzmoliła patykiem na ścieżce: „Ja na ciebie czekam”. Zaciekawiło mnie, na kogo ona tak czeka, więc ją spytałam, ale Krystyna uśmiechnęła się i powiedziała tylko: „Tego kogoś jeszcze nie znam”. Zawsze była trochę dziwna...

– A jakieś inne pamiątki?

Staruszka zastanowiła się.

– Jest jeszcze album ze zdjęciami... jak gestapo zabrało Stefanię i likwidowało się mieszkanie na Rozbrat, wiele rzeczy trafiło do nas. Myśleliśmy, że Krystyna albo jej brat po wojnie się o nie upomną, ale nigdy się nie upomnieli.

– Mogłabym obejrzeć ten album?

Staruszka wyjęła z kredensu album oprawiony w zniszczoną ciemnowiśniową skórę. Z dziwnym uczuciem brałam go do ręki. Za chwilę miałam zobaczyć twarz swojej bohaterki... Otworzyłam go na pierwszej stronie i natknęłam się na pożółkły wycinek z gazety. Był to „Goniec Warszawski” z 12 grudnia 1898 roku.

Dziś w kościele Św. Krzyża odbyła się ceremonja ślubna hr. Jerzego Skarbka z panną Stefanją Goldfeder. Błogosławieństwa nowożeńcom udzielił ks. kanonik Wesołowski. Pannę młodą prowadził do ołtarza jej ojciec, znany i poważany powszechnie bankier warszawski, p. Teofil Goldfeder.

Krewna Krystyny, która wciąż stała obok mnie, zajrzała mi przez ramię.

– A... czyta pani to zawiadomienie o ślubie... Ale rozgłosu temu mariażowi raczej nie nadano...

Podobną opinię odnalazłam dużo później w notatkach pana L., tak nazywałam w myślach Włodzimierza Ledóchowskiego, mojego następnego rozmówcę, którego pomoc okazała się dla mnie bezcenna. Przez długi czas prowadził mnie jak zagubione dziecko za rękę, bo dla mnie to wszystko było takie zagmatwane; nie mogłam rozszyfrować tej kobiety, nie mogłam zrozumieć, dlaczego własne życie miało dla niej tak niewielką wartość, zupełnie jakby jej brakowało instynktu samozachowawczego.

– Coś pani poradzę – powiedział pan L. – Niech pani nawet nie próbuje starać się jej zrozumieć.

Patrzyłam na niego zaskoczona.

– Więc z czego mam zbudować postać? Fakty, które zgromadziłam, po prostu nie trzymają się kupy. Ciągle błąka mi się po głowie pytanie: ale dlaczego...

– Bo tak, pani Ewo – odparł z uśmiechem. – Bo taka była.

Ich znajomość nie trwała długo, śledził jednak jej dalsze losy, a po jej śmierci starał się zanotować wiele znanych mu zdarzeń, by nie uległy zapomnieniu. Kiedyś myślał o napisaniu książki biograficznej o Krystynie Skarbek, ale natrafiwszy na trudności nie do pokonania, zarzucił ten pomysł. Więc żadne fragmenty jego wspomnień nigdy nie zostały opublikowane. Jak ten o weselu jej rodziców. Szkoda, bo czuje się świetne pióro...

Goście weselni ze strony pana młodego tak skomentowali ów mariaż. Nie miał właściwie Skarbek wyboru. Całe życie był jak bąbel na wodzie, niby gospodarował, a naprawdę to włóczył się po Warszawie, pił na umór i grał w karty o wysokie stawki, i co gorzej, bo noblesse oblige, proszę panów, zgrywał się w kasynach z oficerami rosyjskimi. Zaglądał także za kulisy teatralne i widziano go nieraz rozpartego w dorożce w Alejach u boku „tych pań”, żadnych Sarah Bernhardt albo Modrzejewskich, ale zwyczajnych dziwek z tingel-tanglów i cafeszantanów. W czasie ostatniego karnawału znikł z Warszawy i chodziły słuchy, że swoje mecenasostwo podkasanej Muzy przeniósł z Alej do Bois de Boulogne, a to – mogą sobie panowie wyobrazić – znacznie drożej kosztuje. Na dobitkę – bodaj czy książę Kiki tego nie opowiadał – spotkał go on w kasynie w Monte Carlo, i to z kim? Zgadnijcie... z tą podstarzałą aktorką – son nom m’échappe – którą Esterhazy, no wiecie, ten z procesu Dreyfusa, puścił kantem dla jakiejś węgierskiej awanturnicy... W rezultacie, kiedy nasz Jurek wrócił do Warszawy, to podobno od jakiegoś Żydka na dworcu pożyczył pieniędzy, bo nie miał na dorożkę...

Pan L. mógłby pominąć te szczegóły, bo właściwie obojętne, w jaki sposób Skarbek stracił pieniądze, gdyby nie przypadkowe potwierdzenie montecarlowskiej wersji przez jego córkę.

To było w Budapeszcie, pan L. zabrał Krystynę na film, którego tytułu już nie pamiętał. Ale treść zachował w pamięci do dziś. Rzecz się działa w kasynie gry, gdzie pojawił się bohater z jakiegoś bliżej nieokreślonego kraju. Początkowo nie siadał do stołu, krążył po salach, czynił obserwacje, chcąc opracować własny system. Posługiwał się rachunkiem prawdopodobieństwa i udało mu się. Korzystając z karteczki, wygrywał stawkę po stawce, przed nim piętrzyły się góry żetonów. Do momentu, aż zafascynowany dłonią siedzącej obok kobiety, zarzucił system. Ta dłoń pełzła po zielonym suknie niczym jadowity pająk. Obraz ręki był tak fascynujący, że widz miał pełne zrozumienie dla bohatera, który podwajał stawki pod dyktando wibrującej kobiecej dłoni. Potem nastąpiła katastrofa...

Kiedy po wyjściu z kina usiedli w kawiarni, Krystyna Skarbek w pewnej chwili położyła rękę na blacie stolika i nieoczekiwanie powiedziała:

– Tak było z moim ojcem za jego kawalerskich czasów... Zawdzięczasz temu zdarzeniu, że jestem taka, jaka jestem, a nie inna...

Schowała pod stół swoją nerwową dłoń, chociaż nie była wcale podobna do tamtej drapieżnej i niszczycielskiej.

– Wtedy nie potrafiłem tego zrozumieć, dzisiaj tak to opisałem. – Starszy pan włożył okulary. – Chciała powiedzieć, że istnienie swe zawdzięcza ślepemu przypadkowi, choć zapewne nie zdawała sobie sprawy, że o jej genetycznej strukturze zadecydowała inna ruletka, mianowicie ta, którą jej rodzice przez długie lata ustawiali co noc na prześcieradłach łożnicy, zanim ją poczęli. W tej drugiej rulecie – odwrotnie niż w pierwszej – Krystyna wygrała en plein na numer noszący nazwę: rysy aryjskie, podczas gdy jej brat sromotnie przegrał, za co miał później zapłacić w epoce, gdy już nie dowcipami, ale życiem się płaciło...

Zdjął okulary i spojrzał na mnie.

– Otóż to, od tego powinna pani zacząć swoje poszukiwania... jak ona się czuła w roli pół hrabianki, pół Żydówki, w tamtych czasach to było niemal jak skrzyżowanie jamnika z chartem.

Rozmawialiśmy w jego domu w Podkowie Leśnej. Pojechałam tam taksówką, aby nie tracić czasu, ale to też było wliczone w koszta. Moje tropienie losów Krystyny należałoby podzielić na dwa etapy: pierwszy, kiedy zbierałam materiały o niej na zamówienie Piotra W., i drugi, kiedy robiłam to już na własne konto, i wtedy, wybierając się do Podkowy Leśnej, nie brałam taksówki, bo nie byłoby mnie na nią stać. Jeździłam pociągiem podmiejskim.

Jadąc tam po raz pierwszy, wiedziałam już trochę o osobie, której miałam poświęcić, o czym wtedy nie wiedziałam, siedem kolejnych lat swojego życia. A były to lata pomiędzy trzydziestką a czterdziestką, podobno najlepsze w życiu kobiety. Sądzi się, że kobiety są wtedy bardziej świadome swojej kobiecości, a dość jeszcze młode, by umieć z niej korzystać. Ja z pewnością nie umiałam, nie obchodziło mnie zbytnio, czy jestem ładna. Ktoś mógłby stwierdzić, że i owszem, mogę się podobać, ktoś inny mógłby zaprzeczyć. Mąż, jedyny jak dotąd mój życiowy partner, czasami nazywał mnie „piegusem” z racji piegów na nosie, a czasami „wiewiórką”, bo miałam lekko rudawy odcień włosów, które obcinałam krótko, nie zastanawiając się, czy jest mi z tym do twarzy; ważne było, by móc je w razie czego szybko wysuszyć. Bo zawsze tak się działo, że jak tylko wchodziłam pod prysznic, wzywano mnie pilnie do redakcji. „Łap taksówkę – wrzeszczał do słuchawki Marek S., nasz sekretarz – naczelny na ciebie czeka. Ma dla ciebie materiał”. Więc szybko się ubierałam i łapałam tę taksówkę. Oczywiście dopóki naczelny nie podpisał świstka o moim natychmiastowym zwolnieniu. Potem były długie tygodnie załamania, zupełnej beznadziei – aż do dnia, kiedy nagle wszystko się odmieniło. I jeżeli przeżyłam ten późniejszy czas tak intensywnie, nie mając poczucia, iż coś mi ucieka, iż coś tracę, zawdzięczam to tylko Krystynie. Dzięki niej przetrwałam puste zawodowo lata stanu wojennego, puste też w sensie osobistym, przynajmniej przez jakiś czas, lecz także i tutaj osoba Krystyny odegrała pewną rolę... Nie wiem, kim byłabym dzisiaj, czy potrafiłabym się pozbierać po tak długim okresie bezczynności. Mogę jedynie powiedzieć, że Krystyna Skarbek doholowała mnie bezpiecznie do drugiego brzegu, który w styczniu 1982 roku wydawał się nieosiągalny.

Od pierwszej chwili mnie zafascynowała, chociaż jej los wydawał się nieprawdopodobny, jakby zaczerpnięty z podrzędnej literatury... W albumie, który przez chwilę miałam w rękach, widniało jej zdjęcie jako uczestniczki konkursu piękności. Przedstawiało ją w kostiumie kąpielowym na wybiegu. Była proporcjonalnie zbudowana, chociaż może zbyt filigranowa do takiej konkurencji, biorąc pod uwagę współczesne wymagania. Chyba wtedy nie wygrała. Zdobyła za to tytuł Miss Nart w Zakopanem, więc jednak postawiła na swoim. Miała miły wygląd, na każdej fotografii widziałam ją uśmiechniętą. Trójkątna twarz, nieduży, prosty nos i oczy ustawione ukośnie, o przepięknych powiekach w kształcie migdałów. Lekko je mrużyła. Mogłabym ją porównać do Bette Davis, tyle że tamta miała w sobie coś demonicznego, a uroda Krystyny Skarbek emanowała łagodnością. Jako kilkunastoletnia dziewczyna sfotografowała się ze swoją klaczą: trzymając ją oburącz za szyję i przytulając policzek do jej łba, wyglądała na bardzo szczęśliwą. Ale to były zdjęcia przedwojenne. Nie wiadomo, jak wyglądała później. Jako szpieg...

Pan L. czekał na mnie na ganku starej willi stojącej pośrodku zapuszczonego ogrodu. Był to starszy już mężczyzna o rasowej twarzy i nienagannych manierach, jakżeby inaczej. Weszliśmy do jego gabinetu, skąd roztaczał się widok na zdziczałe jabłonie. Widząc moje spojrzenie, uśmiechnął się lekko:

– Odpowiednia sceneria do wywoływania duchów. Ja sam czuję się jak duch...

– Dlaczego zdecydował się pan na powrót po tylu latach? – spytałam.

Przeczesał dłonią włosy. Później odnotowałam, że czynił to zawsze, kiedy miał trudności z odpowiedzią.

– Zdecydowałem się już w 1956 roku – zaczął – kiedy Polska choć trochę przypominała Polskę. Tylko... daleko było do niej. Wiele lat z rodziną spędziłem w Republice Południowej Afryki... ale jak tylko z powrotem znaleźliśmy się w Anglii, zacząłem szykować się w dalszą podróż. Wróciłem sam. Żona i syn pozostali w Londynie.

Pokiwałam ze zrozumieniem głową.

– Jak znalazł się pan w Afryce?

O nim też już trochę wiedziałam. Jego pradziadek Ignacy Ledóchowski bronił twierdzy modlińskiej w czasie powstania 1830 roku, ojciec zaś, z kolei generał Wojsk Polskich, jako sędziwy już człowiek wziął udział w uroczystej mszy polowej zorganizowanej przez leśny oddział Armii Krajowej w roku 1944. Stawił się w pełnej gali, w mundurze, z przypiętymi orderami. Zaraz potem został aresztowany, ktoś na niego doniósł, zginął w Oświęcimiu. Stryj pana L. też był generałem, tyle że w zakonie jezuitów, obie zaś siostry ojca nie dość, że zostały zakonnicami, to jeszcze każda z nich stworzyła nowy zakon. Jedna z sióstr, Matka Maria Teresa, została beatyfikowana, a więc uznana za świętą. Sądziłam, że pan L., pochodzący z takiej rodziny, też okaże się człowiekiem o mniszej naturze, lecz jego sposób bycia temu przeczył, wskazując na wszechstronne życiowe doświadczenie.

– Byłem jednym z pierwszych kurierów na trasie Warszawa – Budapeszt, potem Palestyna i Afryka... moja pierwsza Afryka z Brygadą Strzelców Karpackich...

– Krystynę Skarbek spotkał pan w Budapeszcie czy jeszcze w Polsce? – weszłam mu w słowo.

Spojrzał na mnie badawczo.

– Krystynę? – w jakiś szczególny sposób wymówił jej imię.

Oni nie tylko razem działali w konspiracji – przebiegło mi przez głowę – oni się kochali. On w każdym razie kochał ją na pewno.

– Przyszła tu pani z jej powodu?

Potakuję w milczeniu.

– Krystyna... – Twarz mojego rozmówcy się zmienia. – A co chciałaby pani o niej wiedzieć?

– Wszystko.

Pan L. spogląda na mnie tak, jakbym powiedziała coś niestosownego.

– Nikt nie wiedział, jaka była naprawdę, i już się nie dowie. Świadkowie odchodzą, ale oni znali jedynie fakty, fakty zaś mówią tylko połowę.

– A pan?

– Ja?

Patrzy mi w oczy.

– To byłaby moja prawda o niej. Ale obiektywna prawda o tej kobiecie nie istnieje. Ona sama też chyba jej do końca nie znała. Nie lubiła faktów zwyczajnych, przemieniała rzeczywistość, udziwniała ją, bo w takiej rzeczywistości lepiej się czuła.

– Dlaczego?

Mężczyzna uśmiecha się z pewną wyższością, jak ktoś, kto ma przewagę, bo wie, o czym mówi.

– Krystyna była jak drzewo, które nie rzuca cienia.

– Ale co to znaczy? – drążę z uporem.

– No... – Starszy pan robi nieokreślony ruch ręką. – Proszę sobie wyobrazić drzewo stojące samotnie pod ostrym słońcem.

– Była samotna? Przecież zawsze otaczali ją ludzie. Mężczyźni...

– Owszem, mężczyźni... ale właśnie ten tłok wokół niej czynił ją samotną...

Wtedy, w czasie naszej pierwszej rozmowy, wydawało mi się to niewiarygodne. Kiedy dowiedziałam się o Krystynie więcej, przyznałam swojemu rozmówcy rację.

– Pan ją kochał? – Czułam się skrępowana, zadając to pytanie, ale musiałam je zadać.

– Nie potrafię na to odpowiedzieć – usłyszałam.

– Ale byliście kochankami?

– Tak, byliśmy kochankami. Wtedy w Budapeszcie szalałem z zazdrości, wystawałem pod jej oknem...

– Więc jednak ją pan kochał?

– Nie wiem – pada odpowiedź pełna wahania.

Dlaczego go o to wypytuję? Przecież nie zbieram materiałów do romansu, ale do książki biograficznej. Powinnam odtworzyć ich wspólną wędrówkę na trasie Budapeszt – Kraków, tego się ode mnie oczekuje. Stany duszy mojego rozmówcy nie powinny nikogo obchodzić. Dowodem na to jest mój notes, w którym nie zapisałam ani jednego zdania.

– Czy była piękna?

– Kiedy ją poznałem, jej uroda jakby przygasła. Jako bardzo młoda dziewczyna musiała być prześliczna...

Patrzę na niego ze zdumieniem.

– Przecież była młoda, kiedy się poznaliście.

– Zna pani jej wiek z oficjalnych źródeł. Korzystając ze zmiany tożsamości z Krystyny Skarbek na Christine Granville, ujęła sobie sześć lat.

– Więc w chwili śmierci miała nie trzydzieści siedem, a czterdzieści trzy lata?

– Na to wygląda.

– Ale dlaczego miałaby się odmładzać?

Pan L. się uśmiecha.

– Nie byłaby prawdziwą kobietą, gdyby tego nie zrobiła.

Pijemy herbatę, którą gosposia wniosła na dużej tacy. Stoją na niej filiżanki i srebrna cukiernica, taka szkatułka na pokracznych łapach. Herbata w starej porcelanie ma szczególny smak.

– Dotarłam do ciotki pani Krystyny – mówię, kiedy milczenie się przedłuża. – Pokazała mi album ze zdjęciami rodziny Skarbków, był tam wycinek z „Gońca Warszawskiego” zawiadamiający o ślubie rodziców pani Krystyny. Jej krewna skomentowała to dość kwaśno.

– Nie ona jedna... Nie można się jednak dziwić. Goście weselni to byli członkowie tego klubu, co przez blisko tysiąc lat okupował scenę, odgrywając na niej dramat swego narodu. Podkreślano to w toastach... ­Gesta skarbkorum, ze Skarbkami, wąsaczami w zbrojach, w jedwabiach, w sobolowych deliach – w rolach głównych, i niewiastami w czepkach, zawojach, mniszych habitach i turniurach – w pomocniczych rolach Matek Polek... A o Goldfederach ani słowa...

Po przyjęciu ślubnym członkowie klubu i finansjera rozeszli się każdy w swoją stronę. Jednym słowem, był to towarzyski skandal. I niektórzy łatwiej by wybaczyli panu Jerzemu przetracenie fortuny niż ten mariaż.

– Krystyna dosyć szybko się zorientowała, że nie jest dzieckiem miłości. Chodziło o milion rubli w złocie. Redorer le blason – tak to nazywano...

Podeszłam do okna, zastanawiając się, o co jeszcze powinnam zapytać. Stałam odwrócona plecami do gospodarza.

– Więc ktoś znowu chce pisać o Krystynie – usłyszałam jego głos. – Nie było moją ambicją napisanie o niej książki, ale kiedy dotarła do mnie wiadomość o jej tragicznej śmierci, podobna myśl powstała mi w głowie... Jednakowoż istniało takie sprzysiężenie związane danym sobie słowem o nieudostępnianiu materiałów nikomu, kto nie zgodziłby się potem na autoryzację tekstu.

Wróciłam na dawne miejsce w fotelu, naprzeciw pana L. Oddzielał nas tylko mały stolik.

– Kto ten tekst miałby autoryzować?

– No... oni... klub!

– Znowu klub!

Pan L. przeczesuje palcami włosy.

– Tak, tak, klub ocalonych przez nią. I to bez żadnej przesady. Wielu osobom uratowała życie, mnie zresztą też. Gdyby nie ona, nie rozmawiałbym tu teraz z panią.

– I wszyscy, jak pan, byli jej kochankami? – Nasze oczy spotykają się. – Przepraszam – bąkam.

Starszy pan kiwa na to głową.

– Starałem się obejść bez nich, ale przecież materiał dokumentalny właściwie nie istniał. No... istniał, ale w przepastnych archiwach Military Inteligence i Special Operations Executive. Mają tam pewnie raporty Krystyny, opinie jej przełożonych, ale nie ma do tego dostępu... Pozostają tylko ustne relacje. A jak już pani powiedziałem, klub nabrał wody w usta. Chciał wymusić hagiograficzny obraz tej kobiety, uśmiercając ją po raz drugi...

– Panu to nie odpowiadało?

– Nie, chciałem ją pokazać taką, jaka była. – Wskazuje moją filiżankę: – Herbata pani wystygnie...

Posłusznie unoszę filiżankę do ust. Herbata jest trochę za słodka. Zwykle nie dodaję do niej cukru, ale zrobiłam to odruchowo, gdy pan L. podsunął mi cukiernicę. Czułam się niezbyt pewnie w jego towarzystwie, mimo że był taki uprzejmy. A może właśnie dlatego. Jego uprzejmość nadawała dość oficjalny ton naszej rozmowie, a ja chciałam zadawać mu pytania coraz bardziej osobiste.

– Do czego był jej potrzebny seks?

Zastanawiał się długo, ale nie wyglądał na szczególnie poruszonego moim pytaniem.

– Wtedy... był chyba ucieczką... – Po chwili dodał: – Do końca był ucieczką...

– Przed czym?

– Wydaje mi się, że ona bała się żyć naprawdę.

Znowu się namyślał, widziałam, że szuka słów.

– Los jej rodziny, matki, brata... bała się planów na przyszłość, żyła gorączkowo, żyła chwilą... Powiedziałbym, że w jej życiu istniał tylko czas teraźniejszy... aż do tamtego czerwcowego dnia.

Może gdyby nie spotkanie z panem L., mój stosunek do Krystyny byłby inny, mniej osobisty. Wertując stare roczniki gazet i pożółkłe dokumenty, mozolnie odtwarzałabym jej życiorys, fakt po fakcie, to wszystko. Teraz szukałam do niej drogi, chciałam znaleźć się jak najbliżej jej życia. Chyba z tego powodu zaplanowałam podróż do Trzepnicy położonej niedaleko Piotrkowa. Z pewnością była to z mojej strony nadgorliwość, bo zleceniodawca nie wymagał ode mnie szczegółowego opisu krajobrazów dzieciństwa Krystyny Skarbek, ale ja czułam, że powinnam tam pojechać.

Dwór trzepnicki widziałam już na zdjęciach, nie wyglądał zbyt okazale. Łamany gontowy dach, a w nim po dwie lukarny z obu stron ganku wspartego na kolumnach. Przed domem zajazd z klombem, na którym od wiosny do jesieni kwitły róże. Z prawej strony ganku wysokie drzewo, jesion niebezpiecznie rozpościerający gałęzie ponad dachem. Skoro go nie wycięto, mogło to tylko świadczyć o szczególnym przywiązaniu doń właścicieli posiadłości. Ciekawiło mnie, czy ten jesion jeszcze tam jest. Był, ale dom właściwie nie istniał. Zamiast dawnego dworu stała teraz ruina pozbawiona dachu, na spękanym murze wisiała tabliczka: „Uwaga! Wejście do środka zagraża życiu”. Mimo to weszłam i stanęłam w miejscu, gdzie kiedyś była sala jadalna, nieco mroczna, bo gruby pień drzewa za oknem zabierał światło. Wysoko pod powałą wisiały tu niegdyś portrety rodzinne, sczerniałe, ledwo widoczne, ukazujące wąsatych, wysoko podgolonych po staropolsku antenatów rodu Skarbków, który wywodził się od przodka o imieniu Skarbmierz. Podobno w końcu XI wieku u boku króla Bolesława brał udział w wyprawie na Kijów, i jak głosiła rodzinna legenda, był potomkiem sławnego krakowskiego rzemieślnika, poskromiciela podwawelskiego smoka. Ów rzemieślnik własnoręcznie spreparował barana, szpikując go siarką, i kiedy potwór w niewiedzy połknął przynętę, w strasznych mękach, ziejąc ogniem z pyska, skonał. Potomkowie dzielnego garbarza i Skarbmierza uprościli sprawę i zaczęli nazywać siebie: Skarbek, dodając dla powagi przydomek: z Góry. Kolejnym słynnym przodkiem Krystyny, o którym należałoby wspomnieć, był pradziad Fryderyk Skarbek, ekonomista i historyk. Podobno on to właśnie trzymał do chrztu małego Chopina, który po nim dostał imię. Matka Chopina, Justyna z Krzyżanowskich, była spowinowacona z rodziną Skarbków, a jej mąż Mikołaj uczył Fryderyka Skarbka gry na fortepianie. Stąd się pewnie wzięły te chrzciny, a pośród zbieraniny mebli w trzepnickim dworze stół inkrustowany różanym drewnem, którego strzeżono jak oka w głowie, bo był niezwykłą pamiątką owej ceremonii. Nie wiadomo, czy dziecię płci męskiej nazwane imieniem Fryderyk na nim leżało, gdy mu polewano główkę święconą wodą, czy też tylko spełniano przy nim toasty za zdrowie maleństwa. Ale stół był historyczny i trzepnickiej służbie zakazano cokolwiek na nim stawiać, nawet wazony z kwiatami.

A teraz nie tylko nie było stołu, ale i sali jadalnej, w której odbywały się huczne biesiady, gdy ojciec Krystyny powracał z kilkutygodniowej wyprawy na wyścigi konne. Trzepnickie konie biegały na torach piotrkowskim i warszawskim i na ten czas ojciec znikał z domu, pojawiając się znienacka w licznym towarzystwie sąsiadów, takich jak on koniarzy. Pani Skarbkowa zwykle wymawiała się nie najlepszym zdrowiem i szła na górę, ale Krystyna asystowała ojcu często do późna w noc, co jej matki wcale nie zachwycało. Może właśnie tu, gdzie teraz jestem, znajdował się kiedyś długi stół z ławami po obu stronach, na którym pan Jerzy stawiał córeczkę, aby recytowała gościom wiersze po francusku...

Dalej nie było po co się przedzierać, bo zamiast salonu i innych pokoi piętrzyły się tylko zwały gruzu. Schody, pozbawione balustrady, prowadziły wprost do nieba, które tego dnia było zachmurzone, co całą tę ruinę czyniło bardziej ponurą.

Opuściłam wnętrze i ruszyłam w stronę parku, ale parku właściwie też nie było... Rozglądałam się z niedowierzaniem, widząc dookoła same pniaki. Aż tak park nie był przecież ogołocony, gdy Skarbkowie sprzedawali Trzepnicę.

– A pani czego tu szuka? – usłyszałam.

Szedł w moją stronę przygarbiony mężczyzna z czapką głęboko nasuniętą na oczy, spod której tuż nad uszami wystawały siwe kłaki. Ubrany był w drelich i gumowe buty.

– Ja...

– To państwowe, tu każden jeden wchodzić nie może – powiedział groźnie.

– A pan kim jest?

– Ja... ja stąd – odrzekł. – A pani?

– Nazywam się Ewa Kondrat, jestem dziennikarką. Zbieram materiały o Krystynie Skarbek.

Spojrzał na mnie nieufnie, miał pobrużdżoną twarz i małe oczka.

– Czy pan ją pamięta?

– No... pewnie. My w jednym wieku... tylko śmigała po polach na kasztance... A moja ciotka to u nich była za kucharkę... mówiła, że hrabiankę do chrztu dawali, a mnie zaraz po niej...

– Który to był rok?

– Aaa... nie pamiętam... Ale moja ciotka toby pamiętała, tylko że już się jej zmarło, zaraz jak z Warszawy się wróciła we wojnę... Nie miała jednej nogi...

– Była ranna?

Pokręcił przecząco głową.

– Nie, to już dawno. Dziadki mieszkali jeszcze we czworakach i nie robili u pana dziedzica... Dzieciów było dziewięcioro rodzeństwa, mój tato najstarszy, a ciotka najmłodsza... No i we żniwa podlazła i jej kosiarka nogę obcięła. I tak skakała potem na jednej jak zastrachany bociek.

Wyjął pomiętą paczkę papierosów i podsunął w moją stronę.

– Pani paląca?

– Nie, dziękuję. A czy pozwoli mi pan nagrać tę opowieść?

– A czemu nie? – zgodził się od razu.

W domu przesłuchałam taśmę. To była naprawdę ciekawa historia, mówiąca wiele o rodzicach Krystyny.

...No i jak tak było coraz gorzej, to mój dziadek zgodził się do pracy u dziedziców, ale bał się, żeby dziedzice nie przyoczyli ciotki, bo z kaleką toby mogli do czworaków nie przyjąć. No to ona miała przykazane w chałupie siedzieć. A dziedzic znowu miał takiego konia, co jak tylko dziedzic pomyślał, to on już stawał albo i ruszał, naprawdę dziedzic nawet nie musiał nic gadać... Jeden tylko był taki i nikt go nie miał pozwolenia zaprzęgać, tylko dziedzic... A jak pan dziedzic czasem się gdzie napił, to koń sam szedł do domu... I raz jedzie pan dziedzic z panią dziedziczką, a ciotka coś tam marudziła przy drodze. Na ich widok hyc, hyc... do chałupy. No to pani dziedziczka, żeby stanąć, ale pan dziedzic się zamyślił na inny temat i koń szedł dalej. Ale zawrócili. Do chałupy. Gdzie ten dzieciak bez nogi, pytają. Jaki dzieciak, babka i dziadek udają głupich. Ale pani dziedziczka zajrzała do komórki i wyciągnęła ciotkę. I zaraz na dziadków, czego nic nie gadali. A bo się bojaliśmy, co panowie dziedzice nas przegonią...

Nic takiego się jednak nie stało. Wkrótce pani Stefania pojechała z ciotką mojego rozmówcy do Warszawy, do kliniki, gdzie zdjęto miarę na protezę. Jeszcze kilka razy musiały jeździć, zanim proteza była gotowa. A potem, kiedy dziewczynka podrosła i stała się panną, z którą nikt, jako że kaleka, by się we wsi nie ożenił, pani Skarbkowa wzięła ją do kuchni, do pomocy kucharce, którą z czasem Celusia zastąpiła. Kiedy dwór trzeba było sprzedać, poszła za swoją chlebodawczynią, pan Jerzy już wtedy nie żył, do Warszawy.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

Spis treści

Miłośnica

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Miłośnica Misjonarka Dziesięć godzin Nie strzelać do organisty Listy Miłości Anders 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Komeda Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002