Pięć kilometrów do bomby. Rowerem przez Afrykę

Pięć kilometrów do bomby. Rowerem przez Afrykę

Autorzy: Elżbieta Wiejaczka Tomasz Budzioch

Wydawnictwo: Muza

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 448

cena od: 23.93 zł

Czy pięć miesięcy pedałowania przez Afrykę można nazwać podróżą poślubną?

Ela i Tomek wybrali właśnie taką formę. Zmagali się ze zmęczeniem, różnym stanem dróg, stereotypami na temat Afryki, z trywialnymi, ale jakże doskwierającymi kłopotami w poszukiwaniu wody i jedzenia, a także z byciem razem 24 godziny na dobę w warunkach dalekich od all inclusive.

W Namibii biwakowali na pustyni, nasłuchując, czy nie krążą wokół nich dzikie zwierzęta. Jadąc w pięćdziesięciostopniowym upale, rozmyślali nad ludobójstwem Herero i dyskutowali o współczesnych problemach mieszkańców tego kraju.

Do Zimbabwe wjechali pełni mieszanych uczuć – spotkani na granicy ludzie odradzali im podróż rowerem przez teren łowiecki. „Tam jest mnóstwo lwów”, słyszeli. W tym kraju poznali Didymusa, który poluje na kłusowników. Dosłownie.

Malawi przywitało ich nagłówkami gazet informującymi o cholerze. To tu złościli się na bezradność Afrykańczyków, biedę i brak edukacji, a także na kraje Zachodu, których interesy utrzymują mieszkańców Afryki w zacofaniu.

Tanzania ich zaskoczyła: malarią, atakiem much tse-tse i porą deszczową w pełnej krasie. W Rwandzie zmagali się z tragiczną historią Tutsi i Hutu.

Dlaczego w Burundi można poczuć się osaczonym? Jakie historie o czarach opowiada się w Zambii? Co to jest bomba i jak wygląda kłusownik? Wkraczając do Mombasy, kiedy licznik wskazał 7560 km, już znali odpowiedzi na te pytania. Ale w głowach pojawiło się mnóstwo nowych…

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Zdjęcie na okładce

Elżbieta Wiejaczka i Tomasz Budzioch

Opracowanie redakcyjne

Maria Talar

Redaktor prowadzący

Barbara Czechowska

Redakcja techniczna

Andrzej Sobkowski

Skład wersji elektronicznej

Robert Fritzkowski

Korekta

Bogusława Jędrasik, Renata Kuk

Zdjęcia

Elżbieta Wiejaczka i Tomasz Budzioch

© for the text and photos by Elżbieta Wiejaczka i Tomasz Budzioch, Warszawa 2018

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2018

ISBN 978-83-287-0988-1

Sport i Turystyka – MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2018

FRAGMENT

Tym, których marzenia zamieniają się w przygodę i którym przygoda dostarcza marzeń

Spis treści

Wprowadzenie

NAMIBIA Solą w łańcuch i piaskiem po oczach

Za czerwoną linią

ZAMBIA W krainie czarów

MADAGASKAR Podróż poślubna w pojedynkę

BOTSWANA Słonina live

ZAMBIA Oaza spokoju

ZIMBABWE Mądrość przychodzi z wiekiem

MOZAMBIK Pięć kilometrów do bomby

MALAWI Yellow T-shirt

TANZANIA Kila kitu imeisha

BURUNDI, RWANDA Deszcze niespokojne

UGANDA Piękny i bestia

KENIA Pożegnanie z Afryką

Zakończenie

Lista wyjazdowa (na dwie osoby)

Zdjęcia

Wprowadzenie

Skąd taki pomysł? Żadne z nas tego nie pamięta. Ja kocham Czarny Ląd, a Tomek rower, więc w ramach kompromisu wymyśliliśmy Afrykę na dwóch kółkach. Z powodu mojej tęsknoty za pustynią początkowo planowaliśmy wylot do Ghany i podróż na północ aż do Maroka, ale w czasie, kiedy braliśmy ślub, w Afryce Zachodniej wybuchła epidemia eboli, więc plan naszej trasy poddaliśmy przebudowie. Tomek rzucił okiem na mapę i spytał:

– Z Namibii do Kenii?

Dodałam tylko:

– Od oceanu do oceanu.

W ten sposób powstał projekt „od Atlantyku do Oceanu Indyjskiego”, ale ponieważ chcieliśmy zobaczyć rozreklamowane Malawi i jeszcze Rwandę, zamiast najkrótszej trasy wybraliśmy kształt węża długości ponad 7000 kilometrów. Gad naszej drogi wił się przez jedenaście krajów Afryki: Namibię, Botswanę, Zambię, Zimbabwe, Mozambik, Malawi, Tanzanię, Burundi, Rwandę, Ugandę i Kenię. Rodzina próbowała wyperswadować nam ten pomysł, ale najdosadniej o naszych planach wypowiedział się misjonarz z Zambii:

– To jest bezmyślne! Co zrobicie, jeśli zaatakują was zwierzęta? Nie bądźcie naiwni!

Pomysłu nie wybił nam z głowy, a w odpowiedzi na prośbę:

– Niech się ksiądz za nas modli.

Odparł:

– Modlitwa jest oparta na rozumie!

Nie jeździłam wcześniej na rowerze, ale skoro miałam się udać do Afryki, która jest dla mnie niczym drugi dom, założyłam, że fizycznie jakoś dam sobie radę. Na trening nie było czasu – albo ja, albo Tomek byliśmy w pracy, więc z sakwami przed wylotem trenowaliśmy tylko raz. Na podróż mieliśmy pięć miesięcy, od początku grudnia 2014 do końca kwietnia 2015 roku. Chcieliśmy zdążyć na wesele kuzynki i rozliczyć się z urzędem skarbowym. Czasu z pozoru było dużo, ale – jak się później okazało – nie zawsze mogliśmy zrealizować wszystkie zamierzenia. Nieprzewidywalność tego ogromnego kontynentu niejednokrotnie dawała nam się we znaki. W każdej części podróży mierzyliśmy się z innymi trudnościami: albo z pustynią i permanentnym brakiem wody, albo z porą deszczową i potężnymi tropikalnymi ulewami. Były miejsca, gdzie przez setki kilometrów nie spotykaliśmy nikogo, i takie, w których ludzie otaczali nas aż do bólu. Wraz z upływem drogi nasze oczekiwania spadały, luksusem stawały się kąpiel, prawdziwa kawa, zróżnicowany posiłek, a nawet dobra woda.

W rzeczywistości pozbawionej telewizji, zasięgu, samochodu, wygodnych łóżek i ciepłych pryszniców okazywało się, że do funkcjonowania wystarcza trochę kalorii i cichy nocleg. Detale życia codziennego w Europie, choćby zakupy, które wykonuje się mimochodem, tam wysuwały się na plan pierwszy. W Afryce jechaliśmy głównie przez małe miejscowości pełne sklepików raczej niż sklepów. Niewiele w nich można było znaleźć: cukier, ryż, czasem puszkę ryb. Dlatego zamiast mówić: „Chodźmy kupić coś do jedzenia”, mówiliśmy: „Chodźmy poszukać jedzenia”. Bo nieraz musieliśmy wejść do pięciu sklepików, by skompletować artykuły na jeden posiłek.

Obawialiśmy się chorób tropikalnych (malarii mózgowej, śpiączki afrykańskiej, bilharcjozy), zatruć pokarmowych, dużych kotów, węży; najmniej ludzi. Tomek miał jeszcze jedną obawę, która mnie nigdy nie nurtowała: wytrzymałość rowerów. Pod koniec podróży, kiedy czas się kurczył, a przed nami nadal były tysiące kilometrów, niepokoiliśmy się, czy jakiś nieprzewidziany wypadek nie pokrzyżuje naszych planów. W ciągu ostatnich tygodni jechaliśmy przez kraje o nasilonym i nieskoordynowanym ruchu drogowym. Baliśmy się potrącenia przez samochody, zwłaszcza pędzące ciężarówki i matatu, ale też przez jeżdżących według sobie tylko znanego kodeksu kierowców motocykli.

Była nas tylko dwójka. Zapasowe części, kuchenkę, naczynia do gotowania, kempingowy prysznic, „łóżko i dom”, czyli maty, śpiwory i namiot – wszystko wieźliśmy w sakwach. Byłam słabszym ogniwem w naszym teamie, w trudnych fizycznie momentach dodawałam sobie sił, myśląc: „Dzisiaj siedemdziesiąt kilometrów, o jutro będę się troszczyć jutro”. W Polsce nie bardzo utożsamiałam się z ideą podróżowania rowerem, ale w Afryce zrozumiałam, że daje ono wyjątkową szansę kontaktu z lokalną ludnością. Rowerzysta przemieszcza się wolno i nie jest odseparowany od mijanych ludzi zimną szybą klimatyzowanego pojazdu. Warunki zewnętrzne często zmuszają go do zatrzymywania się w zupełnie przypadkowym miejscu: tam, gdzie może coś zjeść albo gdzie zdoła dojechać. Dzięki temu spotyka losowo rzuconych na jego szlak ludzi. Jeszcze w Namibii planowaliśmy: „Dzisiaj zatrzymamy się w Outjo albo Khorixas”. Później, kiedy wjechaliśmy w obszar pory deszczowej, przestaliśmy, ponieważ stromizny i ulewy drwiły sobie z naszych wyliczeń. Poddaliśmy się temu, co przynosiła droga.

Wielokrotnie mijały nas te same busy krążące na trasie X–Y. Kierowcy przypatrywali się nam z wyraźnym współczuciem, a ja patrzyłam na nich ze swego rodzaju zazdrością: rozwijali kosmiczne prędkości, dzięki którym mogli przemierzyć kilkaset kilometrów w jeden dzień. Byliśmy wobec ich limuzyn ślamazarni niczym mrówki w miodzie. Jednak zawsze nadchodził taki dzień, kiedy to nasze powolne machiny przekraczały miejscowość Y i jechały dalej, pozostawiając zdezelowane pojazdy za sobą. A potem sytuacja się powtarzała z innymi autobusami, innymi twarzami za kierownicą i innymi miejscowościami X–Y.

Mieliśmy ze sobą ekwipunek, którego wartość przewyższała majątek większości spotkanych przez nas Afrykańczyków, ale rzadko czuliśmy się zagrożeni. Doświadczaliśmy zmęczenia i emocji, jakie nie nawiedzały nas w kraju, a moje przeżywanie drogi niejednokrotnie przytłaczała kobiecość. Przedyskutowaliśmy w Afryce o Afryce setki godzin, analizując na bieżąco wypowiedzi spotykanych ludzi, zaistniałe sytuacje, informacje pozyskane z różnych źródeł i własne wrażenia. Dlaczego w jednym kraju czuliśmy się bezpiecznie, a w innym nie? Dlaczego tu się kryliśmy, a tam szukaliśmy bliskości? Jak sami doświadczaliśmy pobytu na kontynencie, którego wizerunek kreowany przez media to kraina głodu, chorób, wojen i innych kataklizmów? Jaka była dla nas? Jak nas odbierali Afrykańczycy i jak my odbieraliśmy ich?

Były dwa momenty, kiedy myśleliśmy już tylko o tym, żeby siedzieć w samolocie: tuż przed wyjazdem i tuż przed powrotem.

Czy pojechalibyśmy jeszcze raz? Zdecydowanie tak.

Czy coś byśmy zmienili? Tylko jedno: moskitierę zostawilibyśmy w domu.

Tomek zajął się głównie opisem trasy, zajęć gospodarczych i subiektywnych spostrzeżeń na temat lokalnej rzeczywistości widzianej okiem człowieka, który pierwszy raz doświadcza Afryki. Autorką relacji ze spotkań z ludźmi, rozważań analitycznych oraz refleksji o krętych zaułkach małżeńskiego pożycia jest natomiast Ela (jej teksty zaczynają się śródtytułami i kończą trzema gwiazdkami). Rozdział o Madagaskarze w całości napisany jest przez żonę, a o Botswanie – przez męża.

NAMIBIA

Solą w łańcuch i piaskiem po oczach

W Namibii wylądowaliśmy w środku lata. Statystyki meteorologiczne zwiastowały w tym czasie temperatury wręcz niebotyczne, a literacko wyświechtany żar lejący się z nieba miał być powszedni jak chleb z osiedlowej piekarni. Z takim nastawieniem wysiedliśmy z samolotu, ale chyba była awaria klimatu: mizerne 22°C, słońce schowane za chmurami, aż się nie chciało zakładać sandałów. Międzynarodowe lotnisko w Windhuk wyglądało niczym podrzeszowska Jasionka i gdyby nie czarnoskóra obsługa można by myśleć, że pilot pomylił drogę. Dla mojej żony to nie pierwszyzna, ale ja, po wylądowaniu w Afryce, spodziewałem się jakiegoś „Wow!”. A tu żadnych fajerwerków ani żyraf za ogrodzeniem: słonie nie biegały po pasie startowym, hieny nie rozszarpywały padłego bawołu, węże nie wyłaziły z zakamarków. Gdyby nie sucha roślinność, pomyślałbym, że jestem na Podkarpaciu.

Weszliśmy do sali przylotów. Ochrona skanowała temperaturę ciała podróżnych, uzasadniając to prewencją przed wwiezieniem do kraju wirusa eboli, panoszącego się w Afryce Zachodniej. Dlaczego my się go nie obawialiśmy? Ponieważ znajdowaliśmy się tysiące kilometrów od centrum epidemii. Często zapominamy o tym, że Afrykańczycy mało się przemieszczają. W związku z powyższym ebola ma większe szanse przedostać się wraz z białymi turystami do Europy niż z Liberii do Namibii z czarnoskórymi. Historia to zresztą potwierdza: w sierpniu 2014 roku do Hiszpanii przyleciał zakażony ebolą ksiądz, nie słyszeliśmy natomiast o żadnym przypadku z południowej części Afryki. Długa kolejka ciągnęła się do dwóch okienek, za którymi znudzone urzędniczki wbijały do paszportów stemple wjazdowe do Namibii. To od nich zależał nasz czas pobytu w tym kraju. Obydwoje mieliśmy miesięczne wizy, ale jedno z nas dostało możliwość pobytu przez 35 dni, a drugie, nie wiedzieć czemu, o pięć dni mniej. Nasze bagaże, w kompletnym zestawie czterech sztuk, wyjechały z piekielnej czeluści taśmy transportowej lotniska Windhuk Hosea Kutako. Spod wesoło fruwających gumowych frędzli powolutku wyłoniły się tobołki szczelnie owinięte streczem. Odetchnęliśmy z ulgą: były wszystkie.

W czasie, kiedy zajmowaliśmy się pakowaniem rzeczy i składaniem rowerów, słupek rtęci w naszym drewnianym termometrze piął się w górę niczym zasysana przez słomkę zimna coca-cola. Po porannych przyjemnych dwudziestu kilku stopniach pozostało tylko mgliste wspomnienie, a temperatura powietrza niebezpiecznie szybko się podwoiła. Skręcanie pojazdów zajęło nam więcej czasu, niż zakładaliśmy, co w połączeniu z pagórkowatą drogą, która nas czekała, nie napawało optymizmem co do możliwości zdążenia na zarezerwowanego busa z Windhuk. Mieliśmy nim dojechać do Swakopmund, skąd oficjalnie rozpoczynała się nasza wyprawa. Chwiejąc się niepokojąco na obciążonych rowerach, nieprzyzwyczajeni jeszcze do ciężkich sakw, ruszyliśmy w trasę.

Opuściliśmy największe w kraju międzynarodowe lotnisko, na które dziennie przylatuje około dziesięciu samolotów, i ruszyliśmy drogą prostą jak masajska dzida na spotkanie przygody. Ruch samochodowy był nienachalny, co kilka minut wymijał nas pędzący ponad setkę samochód terenowy, a my powolutku pokonywaliśmy pierwsze kilometry. Ku naszemu zaskoczeniu, zanim przejechana odległość stała się liczbą dwucyfrową, kilkadziesiąt metrów przed nami w tumanie kurzu wzbitym ze żwirowego pobocza zatrzymał się potężny pick-up z wysoko podniesionym podwoziem i oponami o trzy numery za dużymi. Z gracją wysiadła z niego dystyngowana biała kobieta odziana w zwiewną błękitną sukienkę. Usłyszeliśmy wesołe:

– Hello! Jestem Kitty! Jak „Hello Kitty”. Widziałam was na lotnisku. Pomyślałam, że nie mogę was tak zostawić. Chodźcie, podrzucę was do Windhuk.

Rowery załadowaliśmy na pakę, a sami wdrapaliśmy się do wnętrza położonej dość wysoko nad poziomem morza kabiny. Był to pierwszy z wielu pozytywnych zbiegów okoliczności, jakie miały nas spotkać. Kitty prowadziła swobodnie, z werwą i widoczną wprawą. Nawet zacinająca się skrzynia biegów nie wybijała jej z rytmu, nie przeszkadzała w snuciu ciekawej opowieści i dawaniu szybkich rad, jak bezpiecznie przetrwać w niegościnnym namibijskim pustkowiu. Mówiła, że na widok zwierzęcia należy wstać, gdyż boi się ono istot większych od siebie, oraz robić hałas, który jest też najskuteczniejszą bronią przeciwko wężom. Najbardziej, podobnie jak większość białych Namibijczyków spotkanych później na naszej trasie, ostrzegała nas przed zagrożeniem ze strony czarnoskórych mieszkańców tego kraju. Nie miała o nich najlepszej opinii i doradzała, by unikać takich obszarów jak Damaraland, gdyż jest tam mnóstwo napadów rabunkowych. Kitty miała w Windhuk sklep z pamiątkami i, jak się okazało, sprzedawała w nim również wyroby z krośnieńskiej huty szkła, które sprowadzała bezpośrednio z Polski.

Wysadziła nas przy stacji benzynowej, z której mieliśmy odjechać na wybrzeże. Zostawiła numer telefonu i adres e-mailowy, mówiąc, żebyśmy w razie problemów nie wahali się z nią skontaktować.

Windhuk, w którego centrum się znaleźliśmy, to nowoczesne miasto, jedno z najdroższych w Afryce. Koszty życia są tutaj wyższe niż w Europie. Mieszka w nim około 350000 ludzi, z czego znaczną część stanowią Chińczycy, masowo przyjeżdżający do Namibii w celach zarobkowych. Najczęściej zajmują się handlem, sprowadzając do Namibii tanie i kiepskiej jakości towary, stając się tym samym poważną konkurencją dla lokalnych przedsiębiorców.

Wreszcie wsiedliśmy do busa. Niemal nie schodząc poniżej stu kilometrów na godzinę, podążaliśmy w stronę oceanu, oglądając za oknem suchy, monotonny krajobraz. Jedynym elementem orientacyjnym widocznym z daleka był charakterystyczny szczyt Spitzkoppe (1784 m n.p.m.), którego monumentalna sylwetka towarzyszyła nam przez znaczną część trasy. Szczyt ten robi tym większe wrażenie, że wyrasta niemal samotnie ponad 700 m nad powierzchnią otaczającej go pustyni. Trochę na wyrost nazywany jest namibijskim Matterhornem.

Zanim zapadł zmrok, dotarliśmy na miejsce. Kierowca rozwiózł po mieście wszystkich pasażerów zgodnie ze wskazanym adresem. Kiedy podaliśmy nasz, powiedział, że nie zna ulicy o takiej nazwie, i dopiero po dłuższych poszukiwaniach trafiliśmy na kemping, o który nam chodziło. Z przyczepy wypakowaliśmy rowery i sakwy i z całym majdanem stanęliśmy u bramy kempingu, którego adres znaleźliśmy w przewodniku wiodącej firmy. Kierowca rzucił na odchodnym, żebyśmy nie sterczeli na ulicy, bo robi się ciemno i możemy zostać obrabowani. Szybko przenieśliśmy bagaże za wysoki płot noclegowni.

Kemping, jak na warunki namibijskie, był dosyć skromny. Nie miał basenu ani własnej restauracji, natomiast wyposażony był w zieloną trawę, małą turystyczną kuchnię i prysznice z ciepłą wodą. Zapewniał Wi-Fi, ale za uzyskanie hasła musielibyśmy niemało zapłacić. To, co było z absolutnie wysokiej półki, to cena, ale rekomendacja w znanych przewodnikach kosztuje. W związku z tym, że sklepy w Swakopmund zamykane są dość wcześnie, jedyną opcją na zjedzenie kolacji było udanie się do jednej z nielicznych otwartych po zmroku restauracji. Wybraliśmy położoną nieopodal knajpkę serwującą dania z lokalnej dziczyzny. Jako zawołany mięsożerca zamówiłem sobie combo złożone z czterech rodzajów mięsa: kudu, zebry, oryksa i springboka (polska, mniej znana nazwa, to skocznik antylopi). Ten ostatni był najdelikatniejszy i najsmaczniejszy, natomiast zdecydowanie nie zachwyciła mnie zebra. Moja żona poprzestała na wybornych ślimakach w czosnku.

Za oknem po oświetlonej szerokiej ulicy przemykały z dużą prędkością wysokiej klasy auta terenowe, świetnie przygotowane na lokalne, pustynne warunki. Prawie każde miało wysoko podniesione zawieszenie, duże opony, mocne stalowe zderzaki wyposażone w wyciągarkę, osłony drążków, pancerne progi i wysoko wyprowadzone wloty powietrza. Nie wiem, czy wiele jest krajów na świecie, w których liczba dobrej klasy profesjonalnie wyposażonych aut terenowych w przeliczeniu na jednego mieszkańca jest tak duża jak w Namibii.

Po sytej kolacji, okraszonej niezłym lokalnym piwem marki Tafel, wyszliśmy w chłód nadmorskiego wieczoru. Temperatura w porównaniu z wnętrzem kraju była znacznie niższa. Elżbietka założyła polar i pełne buty, a mimo to chłodny wiatr znad oceanu wywoływał gęsią skórkę.

Wychodząc na kolację do restauracji, moja żona uparła się, aby zabrać ze sobą najcenniejsze rzeczy. Uważałem to za przesadę, ale żeby nie wywoływać draki już na początku naszej podróży, ustąpiłem i załadowaliśmy całą elektronikę do plecaka. Następnego dnia musiałem przyznać, że jej ostrożność była uzasadniona, gdyż jednej z kobiet nocujących na kempingu skradziono torebkę z pieniędzmi.

Kiedy rano przemierzaliśmy miasto w poszukiwaniu banku, naszym zdumionym oczom ukazał się zielony maluch z polską rejestracją. Za nim podążała wyładowana po brzegi toyota hilux. Okazało się, że to Arkady Paweł Fiedler, który przemierzał Afrykę fiatem 126p i był już niemal u końca swojej podróży. On i towarzyszący mu przez całą trasę samochód wspierający zaczęli podróż w Kairze, a mieli ją zakończyć w Kapsztadzie.

Pierwsze kilkaset kilometrów naszej trasy prowadziło wzdłuż wybrzeża chłodnego i zamglonego Oceanu Atlantyckiego. Początkowo po jednej stronie ciągnęły się potężne wydmy, podczas gdy po drugiej – chłodny, szary, ponury ocean szturmował niewzruszone namibijskie plaże. Słońca widywaliśmy niewiele, jadąc niemalże cały czas w słonej mgle, często mżawce, w towarzystwie porywistego wiatru. Wiatr, w zależności od pory dnia, był albo naszym sprzymierzeńcem, albo zaciekłym wrogiem. Od około 8.00 do mniej więcej południa wiało z północy. Potem ktoś obracał wielki wentylator i już do 19.00 wiało z południa. Kiedy jechaliśmy pod wiatr, mimo ogromnego wysiłku, skulenia w sobie i mocnego napierania na pedały, nie byliśmy w stanie wyskoczyć ponad mizerne 12–13 km/h. Droga dłużyła się niemiłosiernie, a kilometry uciekały powoli jak minuty piątej części Terminatora. Po 12.00 wiatr gwałtownie zmieniał kierunek i w ciągu kilku popołudniowych godzin z uśmiechem i radością w sercach podążaliśmy popychani jego mocarnym ramieniem. Prędkość wzrastała niemal dwukrotnie i szybko nadrabialiśmy nasze przedpołudniowe żółwie tempo.

Droga wzdłuż wybrzeża nazywana jest drogą solną, gdyż na odcinku 460 km jej nawierzchnia zbudowana jest z ubitej soli. Z wyglądu przypomina asfalt, jest tak samo ciemna, gładka i twarda, ale sytuacja zmienia się, gdy pada delikatna mżawka lub (rzadko) deszcz. Na powierzchni powstaje centymetrowej grubości solna papka, która, trzaskając spod kół, oblepia rowery i sakwy. Każdy element naszych pojazdów, który nie był pomalowany i zabezpieczony przed korozją, momentalnie pokrywał się rdzą. Po kilku godzinach takiej jazdy wszystko stawało się rdzawożółte, łańcuch zaczynał nieprzyjemnie zgrzytać, a przerzutki szwankować. Ta sytuacja wyjaśniła nam, dlaczego w pustynnym kraju, gdzie prawie nie pada deszcz i błoto niemalże nie istnieje, we wszystkich nadmorskich miejscowościach jest mnóstwo myjni samochodowych. Kierowcy po każdym dniu, nawet jeśli pokonują tylko krótki odcinek solną drogą, zajeżdżają na myjnię i dokładnie spłukują podwozia słodką wodą. Gdyby tego nie robili, ich pojazdy w ekspresowym tempie nadawałyby się na złom. My także przed opuszczeniem wybrzeża skorzystaliśmy z okazji, by usunąć z rowerów zaschnięte solne błoto.

Namibia ma niewielu mieszkańców, z których większość żyje w miastach. Liczba osób między miastami jest zbiorem pustym. Żywność i woda rozlokowane są tam, gdzie ludzie, więc nasz mobilny dwuelementowy zbiór stara się planować trasę tak, by dotrzeć do stałego zbioru większej liczby elementów… Mapa wskazuje sporo punktów posiadających nazwy, ale też niemało podpisanych tylko numerem mili, na której się znajdują. Czasami trudno wywnioskować, które z tych miejsc są interesującymi nas zbiorami.

Po drodze mijały nas muskularne pick-upy z przymocowanymi do przedniego zderzaka sześciometrowej długości wędkami. Poruszali się nimi amatorzy wędkarstwa oceanicznego, którzy, stojąc na plaży, wyciągali z morza całkiem duże sztuki, niekiedy nawet rekiny. Rozmawialiśmy z dwoma z nich, którzy z kilkuletnimi synami przyjechali tutaj na wakacje ze swojej farmy w RPA.

* * *

koniec darmowego fragmentu

zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Sport i Turystyka – MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Pięć kilometrów do bomby. Rowerem przez Afrykę 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wyzwolenie zwierząt Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowa z księdzem Zbigniewem Czendlikiem Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze