Słowa w ciemnym błękicie

Słowa w ciemnym błękicie

Autorzy: Cath Crowley

Wydawnictwo: Jaguar

Kategorie: Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 14.50 zł

Wiele lat temu Rachel zakochała się w Henrym. Dzień przed przeprowadzką napisała do niego list i schowała w swojej ulubionej książce w księgarni, która należała do jej rodziny. Czekała. Ale Henry nigdy nie przyszedł.

Teraz Rachel wraca do miasta i do księgarni, by pracować razem z chłopakiem, którego wolałaby już nie zobaczyć. Ale po przykrych przeżyciach, które spotkały jej najbliższych, Rachel potrzebuje choć chwili zapomnienia. Brat Rachel utonął kilka miesięcy temu i dziewczyna pogrążona jest w smutku.

Henry i Rachel pracują obok siebie – otoczeni książkami, obserwują rozwijające się historie miłosne, wymieniają listy między stronami. Dzięki temu znajdują w sobie nadzieję. Spoglądają w przyszłość dzięki książkom. Pozwalają sobie uwierzyć, że dostaną od losu drugą szansę.

Tytuł oryginału: Words in Deep Blue

Redakcja: Urszula Przasnek

Korekta: Renata Kuk

Skład i łamanie: Robert Majcher

Copyright © Copyright © 2016 by Cath Crowley

Jacket design by Alison Impey

Jacket art © 2017 by Jess Cruickshank

Jacket photograph © 2017 by Christine Blackburne

Copyright for the Polish edition © 2018 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ISBN 978-83-7686-699-4

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2018

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Kazimierzowska 52 lok. 104

02-546 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

snapchat:jaguar_ksiazki

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2018

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Słowa w ciemnym błękicie

Podziękowania

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Michaelowi Crowleyowi i Michaelowi Kitsonowi,

którzy potrafią wszystko odmienić.

Książka musi być oskardem, aby przełamać morze lodu,

które jest wewnątrz nas

KAFKA.

The Pale King

David Foster Wallace

fragment zaznaczony na stronie 585

Prufrock i inne obserwacje

T. S. Eliot

list między stronami 4 i 5

12 grudnia 2012

Drogi Henry,

zostawiam ten list obok Pieśni miłosnej J. Alfreda Prufrocka, ponieważ kochasz ten wiersz, a ja kocham Ciebie. Wiem, że chodzisz z Amy, ale pierdolić to – Amy Cię nie kocha. Kocha tylko siebie, i to bardzo. A ja kocham Ciebie, Henry. Kocham to, że czytasz książki. Kocham to, że kochasz książki z drugiej ręki. Kocham w Tobie w sumie wszystko, a znam Cię od dziesięciu lat, więc wiem, o czym mówię. Jutro wyjeżdżam. Proszę, zadzwoń do mnie, kiedy przeczytasz ten list, nawet bardzo późno.

Rachel

Rachel

W środku nocy budzi mnie szum oceanu zmieszany z oddechem mojego brata. Od dnia, kiedy Cal utonął, minęło dziesięć miesięcy, ale nadal pojawiają się te sny.

W snach czuję się bezpiecznie, tworzę jedność z morzem. Oddycham pod wodą, oczy mam otwarte i wcale nie szczypią od soli. Widzę ryby, ławicę srebrnobrzuchych księżyców, która porusza się poniżej. Pojawia się Cal, chciałby je nazwać, ale nie znamy takiego gatunku.

– Makrela – mówi. Słowa wylatują mu z ust w formie dźwiękowych baniek. Ale to nie są makrele. Ani dorady. Nie pasuje do nich żadna ze znanych nam nazw. Wyglądają jak zrobione z czystego srebra.

– Gatunek niezidentyfikowany – stwierdzamy w końcu, patrząc, jak wiją się i falują wokół nas. Woda ma strukturę piasku: sól, żar i wspomnienia.

Kiedy się budzę, Cal siedzi w pokoju. W ciemnościach jego skóra jest biała jak mleko i ocieka wodą z oceanu. To niemożliwe, ale tak realistyczne, że czuję zapach soli i gumy do żucia o smaku jabłka. Tak realistyczne, że widzę bliznę na jego prawej stopie – zagojony ślad po szkle na plaży. Cal mówi o rybach ze snu: srebrnych, niezidentyfikowanych, których już nie ma.

Pokój jest ciemny, rozjaśniony jedynie blaskiem księżyca. Szukam swojego snu, ale moja dłoń natrafia tylko na uszy labradora o imieniu Woof, który należał do Cala. Od pogrzebu nie odstępuje mnie na krok. Długa smuga czerni, której nie umiem się pozbyć.

Zwykle śpi w nogach mojego łóżka albo przy drzwiach, ale od dwóch nocy zajmuje miejsce obok spakowanych walizek. Nie mogę go ze sobą zabrać.

– Jesteś psem znad oceanu. – Przesuwam palcami wzdłuż jego nosa. – W mieście byś zwariował.

Po snach o Calu nigdy nie mogę ponownie zasnąć, więc ubieram się i wychodzę przez okno. Księżyc jest w trzech czwartych pusty. Powietrze gorące jak w ciągu dnia. Wczoraj kosiłam trawnik, teraz moje stopy zbierają ciepłe źdźbła.

Woof i ja szybko docieramy na plażę. Nasz dom niewiele dzieli od wody, tylko droga, wąski pas krzaków i wydmy. Noc jest wonią i splątaniem. Sól i drzewo, dym z ogniska płonącego gdzieś dalej na brzegu. I wspomnienia. Kąpiele latem i nocne spacery, polowania na figi morskie, ślizgi i rozgwiazdy.

Dalej w kierunku latarni morskiej jest miejsce, gdzie kiedyś wyrzuciło na brzeg wala dziobogłowego: sześciometrowy olbrzym leżał na prawym boku, jedno widoczne oko miał otwarte. Później zgromadził się wokół niego spory tłum – naukowcy i miejscowi, którzy odpowiednio badali go bądź tylko się gapili. Ale pierwsi zobaczyliśmy go my, mama, Cal i ja, chłodnym świtem. Miałam dziewięć lat. Z powodu wydłużonego pyska w moich oczach wyglądał jak skrzyżowanie morskiego zwierzęcia z ptakiem. Chciałam poznać głębiny, z których pochodził, zobaczyć wszystko, co widział. Przez cały dzień grzebaliśmy z Calem w książkach mamy i w Internecie. Wal dziobogłowy jest uważany za jedno z najsłabiej poznanych morskich stworzeń, przepisałam do dziennika. Żyje na wielkich głębokościach, gdzie panuje zabójcze ciśnienie.

Nie wierzę w duchy, poprzednie wcielenia, podróże w czasie ani żadne tym podobne rzeczy, o których tak lubił czytać Cal. Ale za każdym razem, kiedy jestem na plaży, pragnę powrócić do tamtego dnia – do dnia, kiedy znaleźliśmy wala, do któregokolwiek dnia sprzed śmierci mojego brata. Tym razem byłabym gotowa. Zdołałabym go uratować.

Jest późno, ale wiem, że wkrótce na plaży pojawią się ludzie ze szkoły, więc idę dalej, gdzie jest cicho i spokojnie. Zakopuję się w wydmie, całe nogi, aż do pasa, i patrzę na wodę. Pada na nią blask księżyca, srebro rozpływa się po całej powierzchni.

Tak bardzo próbuję zapomnieć dzień, kiedy Cal utonął, ale nie potrafię. Słyszę jego głos. Słyszę jego kroki na piasku. Widzę, jak się zanurza: długi kruchy łuk znikający w morzu.

Nie wiem, jak długo już tak siedzę, gdy na wydmach pojawia się mama. Jej stopy toną w piasku, szukając podparcia. Siada niedaleko mnie i zapala papierosa, skuloną dłonią chroniąc płomień przed nocą.

Wróciła do palenia po śmierci Cala. Po pogrzebie znalazłam ją i tatę chowających się za kościołem.

– Nic nie mów, Rach – ostrzegła, a ja stanęłam między nimi i wzięłam ich za ręce. Pragnęłam w myślach, by Cal był tu z nami, by zobaczył tę dziwną scenę, naszych rodziców z papierosem. Tata jest lekarzem, od rozwodu, czyli od dziesięciu lat pracuje dla Lekarzy bez Granic. Mama uczy przedmiotów ścisłych w liceum w Sea Ridge. Zawsze nazywali papierosy „pałeczkami śmierci”.

Przez chwilę w milczeniu patrzymy na wodę. Nie wiem, co mama sądzi na temat oceanu. Już do niego nie wchodzi, ale każdej nocy spotykamy się na brzegu. Nauczyła mnie i Cala pływać, pokazała, jak składać dłonie, jak odpychać wodę i kontrolować jej przepływ. Powiedziała, że mamy się nie bać. „Ale nigdy nie pływajcie sami” – dodała i przestrzegaliśmy jej zalecenia, nie licząc tego jednego razu.

– Spakowana? – pyta, a ja kiwam głową.

Jutro wyjeżdżam z Sea Ridge do Melbourne, miasta, w którym mieszka ciotka Rose, a ściśle rzecz biorąc, do Gracetown, dzielnicy na jego obrzeżach. Zawaliłam ostatnią klasę i nie zamierzam próbować ponownie w przyszłym roku, więc Rose znalazła dla mnie pracę w kawiarni w szpitalu St. Alberts, gdzie pracuje jako lekarka.

Cal i ja dorastaliśmy w Gracetown. Przenieśliśmy się do Sea Ridge trzy lata temu, miałam wtedy piętnaście lat. Babcia wymagała pomocy, a my nie chcieliśmy, żeby sprzedała dom i przeniosła się do domu opieki. Przyjeżdżaliśmy do niej na każde wakacje, latem i zimą, więc Sea Ridge było naszym drugim domem.

– Świat nie kończy się na dwunastej klasie – stwierdza mama.

Może i nie, ale zanim Cal się utopił, miałam zaplanowane całe życie. Dostawałam najwyższe oceny, byłam szczęśliwa. Rok temu siedziałam dokładnie w tym samym miejscu i opowiadałam Calowi, że chcę zostać ichtiologiem i badać ryby takie jak chimery, które wyewoluowały czterysta milionów lat temu. Próbowaliśmy wyobrazić sobie świat w tych odległych czasach.

– Mam wrażenie, jakby wszechświat oszukał Cala i nas wszystkich przy okazji – mówię.

Zanim Cal zginął, mama spokojnie i logicznie powtarzała, że wszechświat to cała fizycznie istniejąca materia i przestrzeń o średnicy dziewięćdziesięciu dwóch miliardów lat świetlnych, składająca się z galaktyk i Układu Słonecznego, gwiazd i planet. Taki twór w żaden sposób nie może nikogo oszukać.

Mama zapala kolejnego papierosa.

– Bo oszukał – mówi i wydmuchuje dym do gwiazd.

Henry

Leżę obok Amy w dziale samoobsługowym. Jesteśmy sami. Jest czwartek, dziesiąta wieczorem. Będę szczery: właśnie bez skutku walczę ze wzwodem. Przegrana nie jest wyłącznie moją winą. Tak działa pamięć mięśni.

Zwykle o tej porze i w tym miejscu Amy i ja się całujemy. To czas, gdy oddech naszych serc przyspiesza, Amy leży obok mnie, ciepła i zabawna, rzuca śmieszne komentarze na temat moich włosów. To czas, gdy rozmawiamy o przyszłości, która jeszcze piętnaście minut temu wydawała się jasna i przewidywalna.

– Chcę to zakończyć – mówi. W pierwszej chwili traktuję jej słowa jak żart. Zaledwie dwanaście godzin temu się całowaliśmy, dokładnie w tym miejscu. Robiliśmy też różne inne fajne rzeczy. Amy daje mi kuksańca, wyrywając mnie z zamyślenia.

– Henry? Powiedz coś.

– Niby co?

– Nie wiem. Cokolwiek. Co myślisz.

– Myślę, że to całkowicie niespodziewane i do dupy. – Z trudem podnoszę się do pozycji siedzącej. – Kupiliśmy bilety na samolot. Bezzwrotne, bez możliwości zmian. Wylot dwunastego marca.

– Wiem, Henry.

– Wylatujemy za dziesięć tygodni.

– Uspokój się – mówi, jakbym to ja zachowywał się nieracjonalnie. Może sprawiam takie wrażenie, ale tylko dlatego, że wydałem ostatnie oszczędności na bilet w podróż dookoła świata z sześcioma przystankami: Singapur, Berlin, Rzym, Londyn, Helsinki, Nowy Jork.

– Wykupiliśmy ubezpieczenie, załatwiliśmy paszporty. Kupiliśmy przewodniki i te małe dmuchane poduszki do samolotu.

Zagryza wargę po prawej stronie, a ja próbuję z całych sił i bez powodzenia nie myśleć o tym, że chcę ją pocałować.

– Mówiłaś, że mnie kochasz.

– Kocham cię – odpowiada Amy, po czym zaczyna rozdrabniać miłość na te wszystkie smutne definicje. – Tylko że chyba nie jestem w tobie zakochana. Próbowałam. Naprawdę próbowałam, z całych sił.

To chyba najbardziej przygnębiające słowa w całej historii miłości. Naprawdę próbowałam cię pokochać. Niewielu rzeczy jestem pewien, ale tej jednej tak – kiedy się zestarzeję i dostanę demencji, kiedy mój mózg zmieni się w nieużyteczną papkę, te słowa z pewnością nadal będą tkwiły w mojej pamięci.

Powinienem ją poprosić, żeby wyszła. Powinienem powiedzieć: „Wiesz co? Wcale nie chcę zwiedzać krajów, w których żyli Szekspir, Mary Shelley, Fryderyk Nietzsche, Jane Austen, Emily Dickinson i Karen Russell, w towarzystwie dziewczyny, która z całych sił próbuje mnie pokochać”. Powinienem powiedzieć: „Jeśli mnie nie kochasz, to ja ciebie też nie”.

Ale dupa, kocham ją i chciałbym zobaczyć te wszystkie miejsca razem z nią, poza tym jestem pozbawionym honoru optymistą, więc mówię:

– Jeśli zmienisz zdanie, wiesz, gdzie mnie znaleźć.

Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać, że Amy płacze i że przyjaźnimy się od dziewiątej klasy, a moim zdaniem to sporo znaczy.

Żeby stąd wyjść, musi przeczołgać się nade mną, ponieważ dział samoobsługowy znajduje się w maleńkim pomieszczeniu na tyłach sklepu, które większość ludzi bierze za szafę i które jest akurat takich rozmiarów, że kiedy dwoje ludzi leży obok siebie, nie zostaje już ani kawałka wolnej przestrzeni.

Kiedy Amy wstaje, wykonujemy cudaczny niezgrabny taniec, miękkie zapasy. Całujemy się. To długi pocałunek, bardzo przyjemny i rozbudza we mnie nadzieję, że może, może, skoro jest taki cudowny, to Amy jednak zmieni zdanie.

Ale kiedy pocałunek się kończy, Amy wstaje, poprawia spódnicę i macha na pożegnanie, krótko i smętnie. A potem wychodzi, a ja zostaję, dalej leżę na podłodze działu samoobsługowego jak trup. Trup z bezzwrotnym biletem na podróż dookoła świata.

W końcu wyczołguję się z działu samoobsługowego i przenoszę się na kanapę w dziale beletrystyki – szeroką leżankę obitą niebieskim aksamitem, która stoi przy półkach z klasyką. Od pewnego czasu rzadko sypiam na górze. Lubię kurz i dziwne szelesty, które słychać nocą w antykwariacie.

Myślę o Amy. Przerabiam w pamięci ostatni tydzień, każdą godzinę po kolei, szukam oznak świadczących o tym, że coś się między nami zmieniło. Ale jestem tą samą osobą co siedem dni temu. Tą samą, co dwa tygodnie, trzy tygodnie temu. Jestem tą samą osobą co tamtego ranka, kiedy się poznaliśmy.

Amy, która wcześniej chodziła do prywatnej szkoły po drugiej stronie rzeki, zamieszkała w naszej części miasta, kiedy firma rachunkowa, w której pracował jej tata, zredukowała zatrudnienie i musiał sobie poszukać innego zajęcia. Wprowadzili się do mieszkania w jednym z tych nowych bloków, które wyrosły na Green Street, niedaleko szkoły. Amy słyszała w swoim pokoju szum samochodów i szum wody spuszczanej w toalecie sąsiadów. W swoim dawnym pokoju słyszała śpiew ptaków. Dowiedziałem się tego wszystkiego, zanim zaczęliśmy ze sobą chodzić, z rozmów, które prowadziliśmy w drodze powrotnej z imprez, na angielskim i kiblując za karę w szkole, a także w bibliotece i w naszym antykwariacie, do którego wpadała w niedzielne popołudnia.

Pierwszego dnia, kiedy ją zobaczyłem, wiedziałem o niej niewiele – miała długie rude włosy, zielone oczy i jasną skórę. Pachniała jak kwiaty. Nosiła podkolanówki. Siedziała sama przy stoliku, czekając, aż ktoś się przysiądzie. Przysiadali się.

Zająłem miejsce z przodu i słuchałem rozmowy między nią i Aaliyah.

– Kto to? – spytała Amy.

– Henry. Zabawny. Bystry. Przystojny.

Pomachałem im nad głową, nie odwracając się.

– I wścibski – dodała Amy, lekko kopiąc w nogę mojego krzesła.

Oficjalnie zostaliśmy parą dopiero w połowie dwunastej klasy, ale po raz pierwszy pocałowaliśmy się w dziewiątej. Stało się to po lekcji angielskiego, na której omawialiśmy opowiadania Raya Bradbury’ego. Po lekturze Ostatniej nocy przed końcem świata ktoś rzucił pomysł, że powinniśmy spędzić jedną noc tak, jakby to była nasza ostatnia i robić różne rzeczy, które każdy z nas by zrobił w obliczu nadciągającej apokalipsy.

Nauczyciel podsłuchał, co planujemy, a dyrektor stanowczo stwierdził, że nie wolno nam tego robić. Że to może być niebezpieczne. Plan zszedł do podziemia. W szafkach pojawiły się ulotki z informacją, że datę ustalono na dwunastego grudnia, ostatni dzień przed letnimi wakacjami. Justin Kent urządzał imprezę. ZRÓB PLAN, głosiły ulotki. KONIEC JEST BLISKI.

W noc poprzedzającą tę ostatnią późno poszedłem spać. Próbowałem napisać idealny list do Amy, list, który by ją przekonał, że ostatnią noc przed końcem świata powinna spędzić ze mną. Zaniosłem go do szkoły, wetknięty do górnej kieszeni kurtki, mając świadomość, że pewnie go jej nie dam, ale i z nadzieją, że jednak to zrobię. Zamierzałem spędzić tę ostatnią noc z przyjaciółmi, chyba że zdarzyłby się cud, czyli z Amy.

Tego dnia nikt nie uważał na lekcjach. Subtelne znaki wskazywały na zbliżający się koniec świata. W auli ktoś powiesił wszystkie ogłoszenia na tablicy do góry nogami. Ktoś wyrył słowo KONIEC po wewnętrznej stronie drzwi męskiej toalety. W swojej szafce znalazłem kartkę z napisem ZOSTAŁ JESZCZE JEDEN DZIEŃ i nagle do mnie dotarło, że nikt nie zadał sobie trudu, by dopracować szczegóły nadciągającego wydarzenia: kiedy właściwie nadejdzie koniec? O północy? O zachodzie słońca?

Odwróciłem się, zamyślony, i zobaczyłem stojącą obok Amy. Liścik znajdował się w mojej kieszeni, ale nie mogłem jej go dać. Zamiast tego uniosłem kartkę z napisem ZOSTAŁ JESZCZE JEDEN DZIEŃ i zapytałem, jak zamierza spędzić ostatnią noc swojego życia. Popatrzyła na mnie i w końcu powiedziała:

– Myślałam, że może zapytasz, czy nie chciałabym spędzić jej z tobą.

W korytarzu było trochę ludzi, wszystko słyszeli i nikt, łącznie ze mną, nie mógł uwierzyć w moje szczęście.

By zapewnić sobie maksymalną długość życia, uznałem, że koniec świata powinien nastąpić wraz ze wschodem słońca, czyli o piątej pięćdziesiąt rano według Weather Channel.

Umówiliśmy się w antykwariacie o piątej pięćdziesiąt po południu, żeby nasza przygoda potrwała równo dwanaście godzin. Zaczęliśmy od obiadu w Shanghai Dumplings, koło dziewiątej udaliśmy się na imprezę do Justina, a kiedy zrobiło się za głośno, poszliśmy do wieżowca Benito Building i wjechaliśmy windą na samą górę – najwyższy punkt w całym Gracetown.

Usiedliśmy na mojej kurtce i patrzyliśmy na gwiazdy. Amy opowiedziała mi o swoim mieszkaniu, o maleńkim pokoiku, o ptakach, które wymieniła na szum toalety sąsiadów. Dopiero po kilku latach opowie również o tym, jak dziwnie się czuła, słysząc tatę płaczącego z powodu utraconej pracy. Wtedy ledwo napomknęła, że jej rodzina ma kłopoty. Zaproponowałem, że jeśli będzie potrzebowała więcej przestrzeni, zawsze może wpaść do księgarni. A jak siądzie w ogródku, może nawet usłyszy ptaki. Dodałem, że dźwięk przewracanych kartek działa niezwykle kojąco. Wtedy mnie pocałowała i chociaż zostaliśmy parą dopiero kilka lat później, to tamtej nocy coś się zaczęło. Czasem całowaliśmy się na imprezach, kiedy zostawała sama. Dziewczyny wiedziały, nawet jeśli Amy akurat chodziła z innym chłopakiem, że należę do niej.

Któregoś wieczoru w dwunastej klasie Amy przyszła do antykwariatu. Było już zamknięte. Siedziałem za kontuarem, pogrążony w nauce. Amy umawiała się wtedy z chłopakiem o imieniu Ewan, który chodził do jej dawnej szkoły. Lubiłem tego rodzaju gości, bo rzadko musiałem ich widywać. Ewan z nią zerwał, a Amy potrzebowała zaufanego partnera na szkolny bal. I tak oto zjawiła się pod drzwiami księgarni, pukając w szybę i wołając mnie po imieniu.

Rachel

Mama wraca do domu, ale ja zostaję z Woofem na plaży. Wyjmuję list, który noszę przy sobie, odkąd postanowiłam przenieść się z powrotem do miasta – list, który napisał do mnie Henry. Po mojej przeprowadzce do Sea Ridge Henry pisał co tydzień, przez jakieś trzy miesiące, aż w końcu zrozumiał, że już nie łączy nas przyjaźń.

– Nie ma sensu odpisywać, póki nie wyzna mi prawdy – mówiłam Calowi za każdym razem, kiedy przychodził nowy list, a Cal za każdym razem na mnie patrzył, jego oczy za szkłami okularów wyglądały bardzo poważnie i mówił coś w stylu:

– To Henry. Henry, twój najlepszy przyjaciel. Henry, który pomógł nam zbudować domek na drzewie. Który pomagał nam obojgu w angielskim. Henry.

– Zapomniałeś dodać „i który jest palantem”. Henry, który jest palantem.

Nie przejmowałam się, że jestem najlepszą przyjaciółką Henry’ego i że jednocześnie się w nim bujam – aż do początku dziewiątej klasy. Czasem zakochiwał się w jakiejś dziewczynie, ale nigdy niczego nie próbował, zwykle trwało to krótko. To ze mną siedział w ławce i do mnie dzwonił późno w nocy.

Ale wtedy zjawiła się Amy. Miała rude włosy i niesamowitą cerę, bez jednego choćby piega. Ja jestem cała w drobne kropki, ślady po lecie spędzonym na plaży. Amy była również inteligentna. Tamtego roku walczyłyśmy o nagrodę z matematyki, Amy wygrała. Ja zdobyłam nagrodę z nauk ścisłych. Ona zdobyła Henry’ego.

Zapowiedziała, że tego dokona ostatniego dnia przed letnimi wakacjami. Akurat omawialiśmy na angielskim twórczość Raya Bradbury’ego. Jedno z jego opowiadań mówi o parze ludzi w ostatnią noc przed końcem świata. Padł pomysł, żeby urządzić podobną noc. W gruncie rzeczy był to pretekst do łączenia się w pary, paszport pozwalający wyznać uczucia wybranej osobie. Nie zamierzałam powiedzieć Henry’emu, ale ponieważ była to również moja ostatnia noc przed przeprowadzką, Henry stwierdził, że powinniśmy spędzić ją razem.

– Lubisz go – powiedziała Amy, patrząc na mnie w lustrze w szkolnej łazience.

Henry i ja poznaliśmy się w podstawówce. Nie pamiętam naszej pierwszej rozmowy, ale pamiętam inne: o książkach, o planetach, podróżach w czasie, o całowaniu, seksie i obwodzie Księżyca. Miałam wrażenie, że wiem o Henrym wszystko. Czasownik „lubić” nie oddawał istoty rzeczy.

– To mój najlepszy przyjaciel – odparłam.

– Zaproszę go – oznajmiła Amy, a ja od razu wiedziałam, co ma na myśli.

– Już jesteśmy umówieni.

Po południu Henry oznajmił, że Amy chce spędzić ostatnią noc przed końcem świata w jego towarzystwie. Leżeliśmy na trawie, obserwując owady ślizgające się na promieniach słońca.

– Zgodziłem się, ale jeśli masz coś przeciwko, to odwołam. – A potem podniósł się do klęku i zaczął błagać, żebym pozwoliła mu spędzić ostatnią noc przed końcem świata z Amy.

Zamknęłam oczy i odparłam, że nie mam nic przeciwko.

– Co miałam powiedzieć? – spytałam wieczorem Lolę. – Jestem w tobie zakochana od wieków i jeśli istnieje dwoje ludzi, którzy bez wątpienia i definitywnie powinni spędzić razem ostatnią noc przed końcem świata, to jesteśmy nimi właśnie my. Henry i Rachel.

– Dlaczego nie? – odparła Lola. Siedziała po turecku na moim łóżku, zajadając czekoladę. – Mówię poważnie, niby czemu nie? Dlaczego nie powiedzieć: to ty, ty, mój przyjaciel, jesteś osobą, z którą chcę się całować.

Lola była świetną kumpelą, ale mowa o Loli Superbohaterce, dziewczynie, która pisała piosenki i grała na basie, o dziewczynie, jaką chyba każdy chciałby być. Jeśli spodobała się jej jakaś laska, to po prostu prosiła ją o spotkanie, jeszcze tego samego dnia. Miłość z jej piosenek nie przypominała miłości, jakiej doświadczają osoby takie jak ja.

Dlaczego nie?

– Bo nie mam ochoty na porażkę i upokorzenie.

Ale około jedenastej, po spożyciu pojemnika lodów, torebki pianek marshmallow i trzech tabliczek czekolady, ogarnęło mnie szaleństwo. Postanowiłam włamać się do antykwariatu Howling Books i zostawić dla Henry’ego list miłosny w Bibliotece Listów.

Tej nocy mój świat wydawał się zbyt ciasny. Powietrze napierało na skórę, a moje wnętrze napierało od środka. Nigdy nawet nie zasugerowałam Henry’emu, co do niego czuję, ale zegar tykał nieubłaganie, odliczając czas do końca świata, po prostu musiałam to zrobić – a Biblioteka Listów wydawała się idealnym wyborem.

To dział z książkami, które nie są na sprzedaż. Wolno je czytać, ale nie wolno zabierać ich do domu. Każdy ma prawo zaznaczać słowa czy zdania w swoich ulubionych książkach. Zostawiać notatki na marginesach i listy do osób czytających te same tytuły.

Henry uwielbia Bibliotekę Listów. Podobnie jak cała rodzina. Ja nie rozumiałam, jaki jest sens pisania w książkach do obcych ludzi. Istnieje znacznie większa szansa na odpowiedź, jeśli napisze się do nich w sieci. Henry zawsze powtarzał, że jeśli nie rozumiem idei Biblioteki, to on nie umie mi jej wyjaśnić. Bibliotekę Listów rozumie się instynktownie.

W antykwariacie nie ma alarmu, a zamknięcie w oknie toalety wychodzącym na Charmers Street było zepsute. Wdrapałyśmy

się do środka, przez chwilę nasłuchiwałyśmy, w końcu stwierdziłyśmy, że w antykwariacie nie ma nikogo, i odważyłyśmy się wejść.

Włożyłam list do książki z poematami Eliota, Prufrock i inne obserwacje, na stronie z ulubionym wierszem Henry’ego Pieśń miłosna J. Alfreda Prufrocka. Pamiętam krąg światła latarki, kiedy szukałam książki na półkach. Ręka mi drżała, kiedy pisałam list. Składał się głównie z powtórzonego wyznania „kocham Cię” plus trochę „pierdol się”. Zdaniem Loli, idealny list miłosny.

Mogłam zostawić wszystko przypadkowi, ale uznałam, że skoro już to robię, to porządnie. Zakradłam się na górę do pokoju Henry’ego i zostawiłam liścik w książce leżącej na łóżku:

Zajrzyj do Prufrocka. Rachel.

Potem po cichu wyszłyśmy tą samą drogą, którą dostałyśmy się do środka, czyli przez łazienkowe okno, przez cały czas wstrzymując oddech, aż znalazłyśmy się na ulicy i wtedy wybuchłyśmy śmiechem. Do domu wróciłyśmy taksówką. Przez całą drogę obsesyjnie sprawdzałam telefon. Zasnęłam, czekając.

Lola obudziła mnie koło trzeciej, ciekawa, czy Henry zadzwonił. Nie zadzwonił. Ani się nie zjawił. O dziewiątej wyjechaliśmy. O dziesiątej, kiedy już byliśmy w drodze, Henry przysłał wiadomość: Sorry, zaspałem! Niedługo zadzwonię.

Henry nie używa wykrzykników. Nie lubi ich, chyba że zapełniają całą stronę, bo wyglądają wtedy jak deszcz. A jeśli już musi ich użyć, to nigdy dwóch. Raz odbyliśmy na ten temat długą rozmowę, podczas której wymienił czternaście znaków interpunkcyjnych w porządku od najbardziej ulubionych. Według Henry’ego wielokropki są zarąbiste. Wykrzyknik to dziwaczny gość, który mówi za głośno.

Amy uwielbia wykrzykniki. Byłam pewna, że to ona napisała tę wiadomość. Wyobraziłam sobie, jak czyta mój list Henry’emu przez ramię i radzi, jak powinien zareagować.

– Zignoruj to. Ona i tak się wyprowadza.

Nie gniewałam się na Henry’ego za to, że się we mnie nie zakochał. Na takie rzeczy nic się nie da poradzić. Byłam zła, ponieważ dał sobą dyrygować. Amy była dla niego ważniejsza ode mnie. Nigdy nie odpowiedział na mój list. Nigdy nawet o nim nie wspomniał w długich listach, które do mnie pisał, a które ja ignorowałam, ponieważ opowiadały głównie o Amy.

Henry nie wie o Calu. Gdyby wiedział, na pewno przyjechałby na pogrzeb. Ale go nie powiadomiłam, mama też nie. Rose nie potrafiłaby wypowiedzieć tych słów, nie zalewając się przy tym łzami, a nigdy nie płacze przy ludziach. Cal nie był na Facebooku. Miał konto, ale go nie używał.

Tim Hooper, jego najlepszy przyjaciel z Gracetown, przeprowadził się do zachodniej części Australii kilka miesięcy przed śmiercią

Cala, napisałam więc do niego list. Nie musiałam uprzedzać, żeby nie umieszczał tej wiadomości w mediach społecznościowych. Nie musiałam mówić, że nie zniosłabym, gdyby śmierć Cala stała się tematem plotek i komentarzy. Tim po prostu wiedział.



Po części mam ochotę zaraz po powrocie pójść do antykwariatu Howling Books. Mogłabym podejść do Henry’ego, powiedzieć mu o Calu, a on odłożyłby książkę i mnie przytulił.

Ale otwieram ten list i po przeczytaniu dwóch pierwszych linijek gniew powraca z pełną mocą.

Droga Rachel,

ponieważ nigdy nie odpisałaś na moje listy, rozumiem, że o mnie zapomniałaś. Ponownie przypominam o przysiędze krwi, którą złożyliśmy w trzeciej klasie.

Składam list, a potem z pomocą Woofa kopię dołek w piasku i wyprawiam kartce pogrzeb.

Henry

Kiedy budzę się w piątkowy poranek, George, moja siostra, stoi obok kanapy, na której zasnąłem tej nocy i na której zamierzam przespać co najmniej cały najbliższy tydzień.

Oczywiście nie przyjąłem dobrze rozstania z Amy i absolutnie nie zamierzam się z nim pogodzić. Zamierzam zostać na tej kanapie, wstawać tylko do toalety i czasem na kanapkę zapieczoną w tosterze – aż Amy do mnie wróci. Zawsze do mnie wraca. To tylko kwestia czasu.

Zanim zległem na kanapie, zgromadziłem wszystkie potrzebne książki, teraz leżą dokoła w stosach: Patrick Ness, Ernest Cline, kilka rzeczy Gaimana, Flannery O’Connor. John Green, Nick Hornby, Kelly Link i, jeśli już nic nie pomoże, Douglas Adams.

– Wstawaj – rozkazuje George, delikatnie kopiąc mnie kolanem. To jej wersja czułego uścisku. Kocham siostrę, ale, podobnie jak reszta świata, nie do końca ją rozumiem i, szczerze mówiąc, trochę się jej boję.

Ma siedemnaście lat, w tym roku zaczyna dwunastą klasę. Lubi się uczyć, ale nienawidzi swojej szkoły. W siódmej klasie dostała stypendium do szkoły prywatnej po drugiej stronie rzeki, mama nie pozwala jej się przenieść stamtąd do Gracetown High, chociaż George by wolała.

Najczęściej ubiera się na czarno, lubi T-shirty z napisami w stylu CZYTAĆ, MATOŁY. Czasami podejrzewam, że jej zamiłowanie do literatury postapokaliptycznej wynika z tego, że wizja końca świata napełnia ją niebywałym szczęściem.

– Zamierzasz wstać w niedalekiej przyszłości? – pyta, a ja odpowiadam, że nie i zdradzam jej swój plan, który zakłada głównie czekanie w pozycji horyzontalnej, aż życie zmieni się na lepsze.

Ale George trzyma w ręku torebkę z szarego papieru, miękką od tłuszczu, jestem niemal pewien, że w środku znajduje się pączek z cukrem i cynamonem, więc jednak siadam.

– W tym momencie nie mam po co wstawać – dodaję, sięgając po torebkę.

– Żaden człowiek nie ma po co wstawać. Życie jest bezsensowne, a jednak wszyscy wstają. Tak funkcjonuje ludzka rasa – odpowiada George, podając mi kawę.

– Nie podoba mi się.

– Nikomu się nie podoba.

Kończę jeść i znów kładę się na kanapie, wbijam wzrok w sufit.

– Mam bezzwrotny bilet na podróż dookoła świata.

– To z niego skorzystaj – radzi George. W tym momencie zjawia się tata.

– Wstawaj, Henry – mówi. – Zaraz sfermentujesz. George, powiedz mu, że zaczął fermentować.

– Zacząłeś fermentować – mówi George, przesuwa mnie i siada, podnosi moje nogi i kładzie je na swoich.

– Nic nie rozumiem – stwierdza tata. – Były z was takie szczęśliwe dzieci.

– Ja nigdy nie byłam szczęśliwym dzieckiem – protestuje George.

– To prawda, ale Henry był.

– Już nie jestem. W tym momencie nie potrafię sobie wyobrazić, by moje życie mogło być jeszcze bardziej gówniane – odpowiadam, a George unosi wysoko książkę, którą aktualnie czyta. Droga. – Racja. Jasne. Mogłoby być jeszcze bardziej gówniane, gdyby nastąpiło coś w rodzaju końca świata i ludzie zaczęli się wzajemnie zjadać. Ale to inna skala gówna. Na przeciętnej skali ludzkich emocji moje życie znajduje się na maksymalnie gównianym poziomie.

– Będą inne dziewczyny – rzuca tata.

– Czemu wszyscy to powtarzają? Nie chcę innych dziewczyn. Chcę tę dziewczynę. Tę jedną. Żadnej innej. Tę.

– Amy cię nie kocha – mówi George łagodnie, jakby ze współczuciem wciskała odłamek szkła w moje lewe oko.

Amy mnie kocha. Kochała mnie. Chciała spędzać ze mną czas w nieograniczonych ilościach, co w praktyce oznacza, że chciała zostać ze mną na zawsze.

– Jeśli ktoś chce być z tobą na zawsze, to jest to miłość.

– Ale ona nie chciała zostać z tobą na zawsze – stwierdza George.

– Teraz. Teraz tego nie chce, ale wcześniej chciała, coś takiego nie zmienia się w jednej chwili. – A jeśli tak, to powinno istnieć jakieś prawo nauki, które do tego nie dopuszcza.

– Henry’emu odbija – wyrokuje George.

– Weź prysznic, synu – radzi tata.

– Podaj jeden istotny powód.

– Dzisiaj pracujesz – odpowiada tata, a ja zabieram złamane serce do łazienki.

Zdaniem George jest prawdą powszechnie znaną, że nasza rodzina kompletnie daje dupy w kwestii miłości. Nawet nasz kot, Ray Bradbury, jak podkreśla George, nie dogaduje się z innymi kotami z sąsiedztwa.

Mama i tata sześć razy próbowali do siebie wrócić, ale w końcu podpisali w zeszłym roku papiery rozwodowe, mama przeprowadziła się do niewielkiego mieszkania w Renwood, które również znajduje się na obrzeżach Melbourne, ale w sporej odległości od naszego domu. George cały czas poza szkołą spędza siedząc w oknie księgarni i pisząc dzienniki. Od kiedy mama odeszła, tata jest przybity i nic nie wskazuje na to, by zamierzał się pozbyć swoich porozwodowych zwyczajów polegających na cowieczornej lektorze Dickensa i zjadaniu całej tabliczki miętowej czekolady.

Nie zgadzam się z George. Nie żebyśmy jakoś wyjątkowo dobrze sobie radzili w kwestii miłości, ale moim zdaniem cały świat w tym temacie raczej daje dupy, więc statystycznie rzecz biorąc, wypadamy całkiem przeciętnie, co mnie w pełni zadowala.

Amy naprawdę mnie kocha. Jasne, od czasu do czasu odchodzi, ale zawsze wraca. Nie wraca się do kogoś, kogo się nie kocha.

Wchodzę pod prysznic i próbuję rozkminić, co źle zrobiłem. W którymś momencie musiałem nawalić, gdybym tylko potrafił ten moment odnaleźć, może dałoby się go jakoś naprawić.

Dlaczego? – piszę do Amy, kiedy już jestem suchy. – Musi istnieć powód. Mogłabyś mi go zdradzić?

Wciskam Wyślij i schodzę do antykwariatu.



– Lepiej wygląda – stwierdza tata na mój widok.

George unosi wzrok, krzywi się i dochodzi do wniosku, że lepiej nie odpowiadać.

– Jak brzmi ten wspaniały cytat z Wielkich nadziei Dickensa? – mówi tata. – „Złamane serce. Wydaje ci się, że umrzesz, ale żyjesz dalej, dzień po dniu, kolejnym ponurym dniu”.

– To bardzo pocieszające, tato – stwierdza George.

– Ponure dni kiedyś się kończą – mówi tata, lecz wcale nie brzmi to przekonująco. – Idę na polowanie – dodaje. Dziwne, bo jest piątek. Pytam, czy potrzebuje towarzystwa, ale tylko macha ręką i mówi, że mam pilnować antykwariatu. – Do zobaczenia wieczorem. Ósma w Shanghai Dumplings.

Od kiedy skończyłem dwunastą klasę, czyli od listopada zeszłego roku, pracuję w antykwariacie każdego dnia. Sprzedajemy książki z drugiej ręki, co stanowi słuszną opcję w tej części miasta. Tata i ja zajmujemy się polowaniem na książki. Staje się to coraz trudniejsze. Nie samo wyszukiwanie książek – książki są wszędzie, a ja mam swoje miejsca, które pokazał mi tata – ale coraz trudniej znaleźć prawdziwe okazje. W tych czasach wszyscy wiedzą, ile co jest warte, już nie zdarza się znaleźć pierwszego wydania Casino Royale u kogoś na półce, żeby właściciel nie wiedział, iż posiada taki skarb. Jeśli chcesz coś kupić, musisz zapłacić odpowiednią cenę.

Czytuję artykuły mówiące o tym, że zbliża się kres antykwariatów. Niezależne księgarnie z nowymi książkami jeszcze się trzymają. Formaty cyfrowe są skazane na sukces. Ale antykwariaty wkrótce staną się reliktami.

Myślałem o tym ostatnio, ponieważ mama od czasu rozwodu ciągle wspomina o sprzedaniu Howling Books. Kupili ten lokal dwadzieścia lat temu, wówczas mieściła się w nim kwiaciarnia. To była szybka sprzedaż, wyznaczono niską cenę. Właściciel z jakiegoś powodu po prostu zamknął interes. Kiedy rodzice przyszli obejrzeć lokal, na podłodze nadal stały wiadra, w powietrzu unosił się zapach kwiatów i stęchłej wody. W kasie nie było wprawdzie banknotów, ale w szufladzie wciąż leżało trochę monet.

Rodzice zachowali drewniany kontuar biegnący po prawej stronie zaraz od wejścia, a także starą zieloną kasę i czerwoną lampę, ale poza tym zmienili właściwie wszystko w tym długim, wąskim pomieszczeniu. Wstawili okna od frontu, a tata i Jim, jego brat, wycyklinowali podłogi. Zbudowali półki biegnące na całej długości i sięgające do sufitu, i wielkie drewniane drabiny, by ludzie mogli sięgać po stojące na górze egzemplarze, przeszklone regały na pierwsze wydania, stojące w środkowej części, oraz niskie regały w tylnej. A także te, na których stworzyliśmy Bibliotekę Listów.

Pośrodku sklepu, po zewnętrznej stronie kontuaru, znajduje się specjalny stół, a za nim kanapa i półki z beletrystyką. W głębi po lewej stronie są schody prowadzące do naszego mieszkania, po prawej dział samoobsługowy, a dalej, za przeszklonymi drzwiami, ogródek. Jim go zadaszył, więc można tam siedzieć bez względu na pogodę, ale zostawił bluszcz i jaśmin pnące się po murach z błękitnoszarego piaskowca. W ogródku stoją stoliki z planszami do scrabble, kanapy i krzesła.

Po prawej stronie wznosi się mur sąsiedniego budynku, w nim zaś znajdują się zamknięte na klucz drzwi prowadzące do piekarni Franka. Mówiłem Frankowi, że powinien je otworzyć, ludzie kupowaliby od niego kawę i siedzieli z nią sobie w naszym ogródku, ale Frank nie wykazał zainteresowania. Od kiedy go znam, czyli od zawsze, nie zmienił w swojej piekarni nawet jednej drobnej rzeczy. Te same czarno-białe kafelki, ten sam kontuar barowy i stołki obite czarną skórą. Frank od wieków wypieka takie same ciastka, nie zamierza robić sojowej latte i przez cały dzień puszcza Franka Sinatrę.

Podaje mi drugą tego dnia kawę i mówi, że wyglądam okropnie.

– Podobno – odpowiadam, wsypuję trochę cukru i mieszam. – Amy mnie rzuciła. Mam złamane serce.

– Nie masz pojęcia, co to złamane serce – mówi Frank i daje

mi ciastko z jagodami, przypieczone od spodu, tak jak lubię.

Zabieram kawę i ciastko do antykwariatu i zaczynam przeglądać książki do wyceny.

Sprawdzam dokładnie każdą po kolei, bo w używanych książkach najbardziej lubię to, że można w nich znaleźć przeróżne rzeczy: ślady po kubkach z kawą, zakreślone słowa, notatki na marginesach. Przez lata zgromadziliśmy z George przeróżne znaleziska: listy, bilety autobusowe, listy zakupów, marzenia. Znajdowałem małe pajączki, spłaszczone papierosy i zwietrzały tytoń w załamaniu między kartkami. Raz trafiła się prezerwatywa (nierozpakowana, ale dziesięć lat po dacie przydatności do użytku – gotowy materiał na książkę). Kiedyś trafił mi się egzemplarz Encyklopedii flory świata z 1958 roku, w którym ktoś zaznaczał liśćmi strony ze swoimi ulubionymi roślinami. Z liści zostały praktycznie szkielety.

Używane książki są pełne sekretów i dlatego je lubię.

Wchodzi Frederick. On też stanowi niezłą tajemnicę. Przychodzi regularnie od samego początku istnienia naszego antykwariatu. Rodzice twierdzą nawet, że był pierwszym klientem. Miał wtedy pięćdziesiąt lat, teraz liczy siedemdziesiąt czy coś koło tego. Jest elegancki, uwielbia szare garnitury, granatowe krawaty i Dereka Walcotta.

Ja też lubię Dereka Walcotta. Wiersz Miłość po miłości mógłbym zjeść. Odkleić słowa z kartki i wetknąć je do ust.

Od kiedy poluję na książki, od kiedy istnieje nasz antykwariat, Frederick wytrwale szuka określonego wydania wierszy Walcotta.

Mógłby zamówić nowe, ale szuka takiego z drugiej ręki. Nie pierwszego wydania. Chodzi o konkretny egzemplarz, który niegdyś do niego należał. Raczej nigdy go nie znajdzie.

Ale uważam, że nie powinien zarzucać poszukiwań. Kim jestem, by twierdzić, że to niemożliwe? Rachunek prawdopodobieństwa działa na jego niekorzyść, ale przecież nieprawdopodobne rzeczy czasem się zdarzają. Może nawet ja znajdę tę książkę. Może jest gdzieś niedaleko. Jasne, używane książki podróżują. Ale równie dobrze mogą powracać do punktu, z którego wyruszyły.

Frederick nie chce powiedzieć, co jest w tym Walcotcie. To skryty, uprzejmy człowiek o najsmutniejszych oczach, jakie kiedykolwiek widziałem.

Podaję mu trzy egzemplarze, które udało mi się zdobyć w zeszłym miesiącu. Dwa od razu odrzuca, przy trzecim się waha. Ze sposobu, w jaki trzyma książkę, wnioskuję, że być może wreszcie znalazł tę jedyną. Otwiera, przerzuca kartki. Próbuje ukryć rozczarowanie.

Wyciąga portfel, a ja mówię, że nie musi kupować kolejnych egzemplarzy, skoro wciąż nie udało mi się znaleźć tego właściwego.

– Sprzedadzą się, a ja będę szukał dalej.

On jednak nalega. Wyobrażam sobie, jak ktoś zagląda do domu Fredericka po jego śmierci, znajduje setki wydań tej samej książki z wierszami Walcotta i zachodzi w głowę, co jest grane.

Są też inni stali klienci. Al, który lubi science fiction i tak właśnie wygląda. Od lat pracuje nad powieścią o facecie, który trafia do wirtualnej utopii. Wszyscy się zastanawiamy, jak by mu powiedzieć, że to już było. Jest też James, który kupuje książki na temat starożytnego Rzymu. I Aaron, który zjawia się pijany co najmniej raz na dwa miesiące, wali do drzwi późnym wieczorem, bo musi do toalety, Inez, która chyba po prostu lubi zapach starych książek i Jett, który kradnie wydania w twardych oprawach, by potem sprzedać je w innym antykwariacie.

Jest Frieda, która od dziesięciu lat przychodzi grać w scrabble z Frederikiem. Jest mniej więcej w jego wieku i nosi poważne eleganckie sukienki, od razu wiadomo, że kiedyś była jedną z tych nauczycielek angielskiego, które budzą w uczniach paniczny strach. Należy do klubu książki, który spotyka się raz w miesiącu w naszym antykwariacie – tylko udzielamy im lokalu, nie jesteśmy organizatorami.

Za każdym razem zjawiają się te same osoby. Ustawiam krzesła, otwieram drzwi, przygotowuję wino i ser w ogromnych ilościach, a potem usuwam się w cień. Raczej nawet nie biorę udziału w dyskusjach, ale jeśli jakaś książka mnie zainteresuje, a zwykle tak się dzieje, to potem ją czytam. W zeszłym miesiącu omawiali Skórę muśniętą słońcem Kirtsy Eagar. George przeczytała ją po spotkaniu, bo wspominali o scenach seksu, może ja też w pewnym stopniu kierowałem się podobną motywacją. Ale przede wszystkim przeczytałem ją z powodu głównej bohaterki, o której mówiła Frieda, Jess Gordon. Przypominała mi trochę moją dawną najlepszą przyjaciółkę, Rachel Sweetie. Książka mi się podobała – George też – więc umieściliśmy jeden egzemplarz w Bibliotece Listów.

Nasz antykwariat jest słynny, przynajmniej w najbliższej okolicy, właśnie z powodu Biblioteki Listów. Czasem wspominają o nas w Internecie, na miejskich portalach z propozycjami spędzania wolnego czasu.

Znajduje się w głębi, obok schodów prowadzących do mieszkania i jest oddzielona od pozostałych regałów. Tam trzymamy pozycje, które czytelnicy darzą szczególnym uwielbieniem, książki

z różnych dziedzin – beletrystykę, literaturę faktu, romanse i science fiction, poezję, atlasy i książki kucharskie. W tych książkach wolno pisać, zaznaczać ulubione słowa, podkreślać zdania. Zostawiać notatki na marginesach, przemyślenia na temat przeróżnych spraw. Musieliśmy zamówić po kilka egzemplarzy pozycji takich autorów jak Tom Stoppard i John Green, bo Rosencrantz i Guildenstern nie żyją oraz Gwiazd naszych wina błyskawicznie zapełniły się uwagami czytelników.

Nazywamy to miejsce Biblioteką Listów, ponieważ mnóstwo osób zostawia nie tylko notatki na marginesach – piszą całe listy i wkładają je między kartki. Listy do poetów, listy z pretensjami do byłego czy byłej, którzy ukradli komuś egzemplarz Wierności w stereo. Większość ludzi pisuje do obcych, którzy uwielbiają te same książki, co oni – i niektórzy nawet doczekują się odpowiedzi.

Duma i uprzedzenie i zombi

Jane Austen i Seth Grahame-Smith

listy między stronami 44 i 45

23 listopada–7 grudnia 2012

Uwaga na stronie tytułowej: Ta książka jest własnością George Jones. Nie sprzedawaj jej, Henry.

Droga George,

zapewne przeżyłaś zaskoczenie na widok tego listu w swojej książce. Może się zastanawiasz, jakim sposobem do niej trafił. Niech pozostanie to tajemnicą.

Nie ja go tam włożyłem – dopiero siedzę w swoim pokoju i go piszę – i jestem przekonany, że nie była to prosta operacja. Rozważam, czy nie włożyć go w szkole między kartki Twojego podręcznika, kiedy wyjdziesz do łazienki. Ale wiem, że lubisz znajdować różne rzeczy w używanych książkach, więc postanowiłem jednak zaryzykować. I oto jest, więc widocznie się udało.

Nie zamierzam Ci zdradzić, kim jestem, w każdym razie nie teraz. Jestem chłopakiem w Twoim wieku i chodzimy razem przynajmniej na jeden przedmiot.

Gdybyś chciała odpisać, możesz umieścić tę książkę w Bibliotece Listów w Waszym antykwariacie i zostawić list między stronami 44 i 45.

Nie jestem prześladowcą. Lubię książki. (I lubię Ciebie.)

Pyteasz (oczywiście nie jest to moje prawdziwe imię).

Pyteaszu – bądź Stacy lub jedna z jej kumpel, która napisała ten list.

Trzymaj się ode mnie z daleka. Jeśli przyłapię Cię w antykwariacie, wezwę policję.

George

Droga George,

dziękuję, że odpisałaś, nawet jeśli tylko po to, by mnie powiadomić, że zamierzasz nasłać na mnie policję.

Nie gniewaj się, ale nie jestem koleżanką ani kolegą Stacy. Nie przepadam za Stacy, a ona z całą pewnością nie lubi mnie. To nie jest żart. Jesteś zabawna i inteligentna, bardzo chciałbym do Ciebie pisać.

Pyteasz (czy któraś z osób trzymających się ze Stacy nazwałaby się takim imieniem?)

Pyteaszu,

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Słowa w ciemnym błękicie Graffiti Moon 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never Chłopak, który stracił głowę