Tajna sprawa

Tajna sprawa

Autorzy: James Ellroy

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 22.80 zł

Los Angeles. 1951 rok. Policjant Freedy Underhill dużo pracuje, gra w golfa i szuka towarzystwa samotnych kobiet na jedną noc. Kiedy jedna z jego partnerek zostaje w brutalny sposób zamordowana, Freddy postanawia za wszelką cenę wyjaśnić zagadkę jej śmierci. Wie, że Maggie Cadwallader skrywała jakąś mroczną tajemnicę, która może stanowić klucz do rozwiązania zagadki jej morderstwa. Rozpoczyna intensywne śledztwo, w którym pomaga mu stary policyjny wyga z wydziału zabójstw – porucznik Dudley Liam Smith, znany ze swoich niekonwencjonalnych metod dochodzeniowo-śledczych...

Tytuł oryginału:

CLANDESTINE

Copyright © 1982 by James Ellroy

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2013 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Jacek Ring

Korekta: Anna Just

ISBN: 978-83-8110-479-1

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Prolog

I. Ostatnie dni

1

2

3

4

5

II. Śmierć przez uduszenie

6

7

8

9

10

11

12

13

14

III. Poza czasem

15

16

IV. Zbrodnia przeciwko Marcelli

17

18

V. Holenderka z Wisconsin

19

20

21

22

VI. Ostatnia rozgrywka

23

24

25

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla Penny Nagler

Prolog

Podczas ciemnej, mroźnej zimy 1951 roku patrolowałem ulicę wokół posterunku przy Wilshire, dużo grałem w golfa i szukałem damskiego towarzystwa na jedną noc.

Nostalgia krzywdzi nieświadomych, wpajając im pragnienie życia prostego i niewinnego, czego osiągnąć po prostu się nie da. Lata pięćdziesiąte nie były bardziej niewinne od innych. Mroczne instynkty rządzące dzisiejszym światem istniały już wtedy, tylko trudniej było je znaleźć. To właśnie dlatego byłem gliną i dlatego uganiałem się za kobietami. Golf był zaledwie wysepką czystości, czymś, co robiłem nadzwyczaj dobrze. Potrafiłem posłać piłeczkę na trzysta jardów. Golf był uosobieniem czystości i prostoty.

Moim partnerem z patrolu był sześć lat starszy ode mnie Wacky Walker, ale w policji staż mieliśmy równy. Pierwszy raz wpadliśmy na siebie w sali odpraw na posterunku przy Wilshire, kiedy każdy z nas ciągnął torbę do golfa. Obaj uśmiechnęliśmy się szeroko i zapałaliśmy do siebie sympatią.

Wacky miał słabość do poezji, doświadczania życia we wszystkich jego przejawach i golfa; ja do kobiet, smaku życia i golfa. „Smak życia” znaczył dla nas to samo: robotę, ulice, ludzi i zmienny etos ludzi takich jak my, codziennie stykających się z pijakami, ćpunami, męskimi dziwkami, ekshibicjonistami, prostytutkami, palaczami trawki, włamywaczami i bezimiennymi odpadami rasy ludzkiej. Staliśmy się najlepszymi przyjaciółmi, a potem partnerami na dziennej zmianie.

Dowódca dziennej zmiany, porucznik William Beckworth, miał świra na punkcie golfa, ale grał w niego strasznie kiepsko. Kiedy dowiedział się o moich talentach, załatwił mi w zamian za lekcje przeniesienie na dzienną zmianę. To była uczciwa transakcja, ale Beckworth był przypadkiem beznadziejnym – jego po prostu nie dawało się niczego nauczyć. Owinąłem sobie porucznika wokół palca – nawet nosił za mną kije i szukał piłek w sobotnie ranki, kiedy grywałem w wiejskich klubach i na miejskich polach golfowych – więc wkrótce Wacky przestał pracować w nocy i zostaliśmy partnerami na dziennej zmianie. Co zbliżyło nas do siebie jeszcze bardziej.

Herbert Lawton Walker miał trzydzieści dwa lata, obsesję śmierci i był alkoholikiem, a do tego prawdziwym bohaterem – dostał Krzyż Zasługi za to, że w czasie drugiej wojny światowej na Saipanie zneutralizował dwa stanowiska karabinów maszynowych pełne Japońców. Dostałby każdą pracę. Kiedy jeździł zachęcać ludzi do kupowania obligacji wojennych, firmy ubezpieczeniowe zasypywały go ofertami, ale wybrał Departament Policji Los Angeles, niebieski mundur, broń i smak życia.

Oczywiście, jak na alkoholika przystało, jego postrzeganie rzeczywistości zależało nieco od ilości spożytego trunku. Ja byłem jego przyzwoitką – nie pozwalałem mu pić rano i dawkowałem spożycie aż do końca patrolu i powrotu na posterunek.

Wczesnym wieczorem, przed moim wyjściem na poszukiwanie kobiet, razem z Wackym wstawialiśmy się lekko w jego mieszkaniu, rozmawiając o smaku życia albo o wojnie, której ja uniknąłem, a która z niego uczyniła bohatera. Wacky był przekonany, że zabicie piętnastu Japońców na Saipanie uczyniło z niego człowieka uzależnionego od smaku życia i że kluczem do niego była śmierć. Nie zgadzałem się. Sprzeczaliśmy się. Mówiłem mu, że życie jest dobre. Tu się zgadzaliśmy.

– Jesteśmy zaprzysiężonymi stróżami życia – mówiłem.

– Ale kluczem jest śmierć, Freddy – mówił. – Nie dostrzegasz tego? Jak będziesz musiał kiedyś kogoś zabić, to zrozumiesz.

Zawsze na tym się kończyło. Wtedy Wacky odprowadzał mnie do drzwi, ciepło ściskał mi rękę, po czym wracał do dużego pokoju pić i pisać wiersze. Zostawiał mnie, Fredericka Uptona Underhilla, dwudziestosześcioletniego, zbyt wyrośniętego i obciętego na jeża gliniarza na progu swojego mieszkania, a ja kontemplowałem zmierzch i neony i zastanawiałem się, co ze sobą zrobić. Były to, jak się później okazało, ostatnie dni mojej młodości.

Ten okres miał się stać rytuałem przejścia, znaczonym wieloma falstartami i błędnymi wnioskami. Miałem zaprzepaścić miłość i udawać, że to nie była miłość; miałem zasmakować życia i poczuć ostatnie tchnienia młodzieńczej beztroski. W końcu miałem zabić – a następnie zaprzeczyć tezie Wacky’ego, jako że nawet z krwią bohatera na rękach i laurami u mych stóp smak życia w czystej formie umknął mi jak robaczek świętojański, którego światło pozostawało nieruchome, choć otaczające go niespokojne wody kołysały się w odwiecznym tańcu śmierci i samoodrodzenia.

To te właśnie wody porwały mnie i wiele lat później umożliwiły mi wybawienie. Czasochłonna, szczegółowa analiza każdego ogniwa w sprawie Eddiego Engelsa prowadzi do wniosku, że nie ma ona ani początku, ani końca. Kiedy moja drapieżna ambicja wciągnęła mnie w pełen brutalności labirynt śmierci, wstydu i zdrady w 1951 roku, była to tylko moja inicjacja. Na końcu, w 1955 roku, wiedziałem, że to właśnie moja zgoda i udział w piekielnej plątaninie ludzkich losów stanowiły istotę smaku życia – i doprowadziły mnie do ostatecznego odkupienia.

I

OSTATNIE DNI

1

Wacky i ja byliśmy partnerami od trzech miesięcy, kiedy pojawił się w naszym życiu Nocny Pociąg. Sierżant dyżurny powiedział nam o nim po odprawie, kiedy na parkingu obok posterunku Wilshire wsiadaliśmy do biało-czarnego forda, modelu z 1948 roku.

– Walker. Underhill. Pozwólcie tu na chwilkę! – zawołał do nas. Podeszliśmy. Nazywał się Gately; był nieogolony, ale uśmiechnięty. – Porucznik ma coś dla was, chłopaki. Amatorzy golfa zawsze mają farta. Lubicie psy? Bo ja nienawidzę. Mamy psa, który terroryzuje małe dzieci. Kradnie im drugie śniadania w podstawówce na rogu Orange i Olympic. Złośliwa bestia rozgrzebuje śmietniki. Kiedyś należał do jakiegoś włóczęgi. Złapał go stróż szkolny. Mówi, że go zabije albo obetnie mu jaja. Goście z Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami boją się tam jechać, bo uważają, że stróż jest szurnięty. Pojedźcie i zawieźcie starego złośliwca do schroniska. Nie zabijajcie go, bo dzieci mogłyby się zmartwić. Amatorzy golfa zawsze mają farta…

Wacky wjechał biało-czarnym wozem na Pico, śmiejąc się i mówiąc do rymu, co zdarzało mu się czasami, kiedy kawa pobudzała krążący w jego organizmie od poprzedniego wieczoru alkohol.

– Zdychaj, szlachetna bestyjo, chociaż struny twoje wyją, dla nas ty to elementarz, więc czeka cię niebawem cmentarz.

Nie mogłem powstrzymać śmiechu, bo niestrudzony Wacky przez całą niemalże drogę ciągnął swój wiersz.

Stróżem w szkole Wilshire Crest był gruby Japończyk około pięćdziesiątki. Wacky poruszał brwiami, co przełamało lody i skłoniło go do śmiechu. Zaprowadził nas do psa, którego zamknął w przenośnej toalecie. Im bliżej podchodziliśmy, tym głośniejszy skowyt dobywał się z prowizorycznej konstrukcji.

Kiedy Wacky dał mi wcześniej umówiony sygnał, kopniakiem zrobiłem dziurę w ściance i wrzuciłem przez nią nasze drugie śniadanie – dwie kanapki z szynką i serem, jedną z sardynkami, jedną z ciemnego chleba z wołowiną i dwa jabłka. Rozległo się wściekłe mlaskanie. Gwałtownie otworzyłem drzwi, ujrzałem ciemny włochaty kształt z błyszczącymi ostrymi zębami i z całej siły walnąłem go pięścią prosto w szczękę. Pies opadł na ziemię, wypluwając kawałek kanapki z szynką. Wacky wyciągnął zwierzaka na zewnątrz.

Był to czarny i ładny, ale spasiony labrador. Miał gigantycznego ptaka, którym musiał zahaczać o ziemię, kiedy chodził. Wacky był zauroczony.

– Aaaa, Freddy, no spójrz tylko na moją dziecinkę. Aaaa. – Wziął nieprzytomnego psa na ręce i zaczął nim kołysać jak dzieckiem. – Aaaa. Wujek Wacky i wujek Freddy zawiozą cię na posterunek i znajdą ci przytulne mieszkanko. Aaaa.

Stróż przyglądał się nam podejrzliwie.

– Zabijecie tego psa? – spytał, przesuwając palcem po gardle i patrząc na Wacky’ego, który już z czułością niósł swojego nowego przyjaciela do radiowozu.

Usiadłem szybko za kierownicą.

– Nie możemy zabrać tego kundla na posterunek – oznajmiłem.

– Nie truj. Upchniemy go w szatni. Kiedy skończymy służbę, biorę go do domu. Ten pies będzie moim chłopcem do noszenia kijów golfowych. Zrobię mu specjalną uprząż, żeby mógł nosić moją torbę.

– Beckworth nakopie ci do dupy, jak się dowie.

– Beckworth to może mnie najwyżej pocałować w dupę. Zresztą ty się zajmiesz Beckworthem.

Pies ocknął się, kiedy wjechaliśmy na parking przed posterunkiem. Zaczął szczekać jak opętany. Odwróciłem się, żeby znowu go znokautować, ale Wacky mnie zablokował.

– Aaaa – powiedział do bestii. – Aaaa, Aaaa! – I pies zamilkł.

Zaprowadziłem psa do szatni tylnym wejściem. Wacky pobiegł do budki z hot dogami koło Searsa i wrócił z sześcioma cheeseburgerami. Głaskałem bestię przed swoją szafką, kiedy się pojawił. Tłusty pakunek trafił na podłogę. Pies rzucił się na jedzenie, a ja i Wacky czym prędzej wyszliśmy za drzwi i wróciliśmy do patrolowania. Tak zaczęła się odyseja Nocnego Pociąga, jak później przyjęło się go nazywać.

Kiedy wróciliśmy tej nocy z obchodu, usłyszeliśmy z szatni zawodzenie saksofonu Reubena Ramosa. Reuben jeździł na motorze, a złapał bakcyla jazzu, kiedy pracował w obyczajówce na posterunku przy Siedemdziesiątej Siódmej i robił naloty na jazzowe mety, szukając dziwek, bukmacherów i ćpunów. Nauczył się grać na saksofonie ze słuchu – grywał głównie smętne pojedyncze dźwięki, ale czasami zdarzały mu się proste melodie w stylu Ulicy zielonego delfina. Tego wieczoru świetnie mu szło – w kółko grał główny temat z Nocnego pociągu.

Kiedy Wacky i ja weszliśmy do szatni, nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom. Reuben, w szortach, kręcił się w kółko, wydobywając z saksofonu dzikie dźwięki Nocnego pociągu, a gruby czarny labrador leżał na plecach, wiercąc się na betonowej podłodze, szczekając, wyjąc i strzelając prawdziwą fontanną moczu wysoko w powietrze. Policjanci po służbie wchodzili i wychodzili zdegustowani. Reuben w końcu zmęczył się występem i pojechał do domu do żony i dzieci, a Wacky z podnieceniem komentował tkwiącego w psie „potencjalnego geniusza”.

Nazwał psa Nocny Pociąg i zabrał go do domu. Tygodniami rozpieszczał go muzyką saksofonową z gramofonu i karmił stekiem, mając płonną nadzieję, że uczyni z niego chłopca do noszenia kijów golfowych. W końcu dał za wygraną – doszedł do wniosku, że Nocny Pociąg jest niezależny, i wypuścił go na wolność. Myśleliśmy, że już więcej bestii nie zobaczymy, ale tak się nie stało. W Departamencie Policji Los Angeles przeszedł do legendy.

Dwa dni po uwolnieniu Nocny Pociąg pojawił się na posterunku Wilshire z martwym kotem w zębach. Dyżurny policjant wygonił go, a potem wrzucił kota do śmietnika. Nocny Pociąg pojawił się następnego dnia z kolejnym martwym kotem. Tym razem uciekł z kotem w zębach. Wrócił później tego samego dnia z tym samym kotem, nieco zdefasonowanym. Wrócił we właściwej chwili, bo Wacky i ja właśnie kończyliśmy służbę. Kiedy Nocny Pociąg zobaczył Wacky’ego, oszalał z radości, upuścił zmiażdżony prezent, podbiegł do rozpostartych ramion Wacky’ego i obsikał mu cały mundur. Wacky zaniósł psa do mojego samochodu i zamknął go w nim. Był też akurat wkurzony na porucznika Beckwortha, bo ten obiecał mu dwie skrzynki whisky z siedemdziesięciopięcioprocentową zniżką z jakiejś znanej mu meliny, ale potem się wycofał.

Wacky łaknął zemsty, więc wziął zmasakrowanego martwego kota i do jego sierści przypiął szpilką karteczkę: „To jedyny kociak, na jakiego możesz liczyć, ty fagasie”, po czym położył kota na biurku porucznika.

Beckworth znalazł kota następnego ranka i mu odbiło. Wydał list gończy za psem. Nie musiał daleko szukać. Znaleziono zwierzę tam, gdzie je umieszczono poprzedniego wieczoru – na tylnym siedzeniu mojego samochodu. Beckworth nie mógł ze mną zadzierać, bo wiedział, że przestałbym mu dawać lekcje golfa, ale bez problemu mógł udupić psa. Kazał go aresztować i zamknąć w celi dla pijaków. To był zły pomysł. Nocny Pociąg zaatakował i omal nie zagryzł trzech włóczęgów. Kiedy strażnik usłyszał krzyki i pobiegł otworzyć celę, Nocny Pociąg wystrzelił z klatki, wybiegł z posterunku Wilshire, przebiegł przez Pico Boulevard i udał się do mieszkania Wacky’ego, gdzie żyli szczęśliwie – słuchając muzyki saksofonowej – aż do końca tych ostatnich dni mojej młodości.

Tydzień po incydencie z martwym kotem Beckworth ciągle był jeszcze wkurzony.

Staliśmy na polu golfowym w Rancho Park, gdzie bezskutecznie próbowałem oduczyć go złej techniki uderzania. Nie robił żadnych postępów. Była to wysoka cena za przeniesienie do dziennej służby.

– Cholera. Psiakrew, cholera. A niech to – mruczał Beckworth. – Pokaż mi jeszcze raz, Freddy.

Chwyciłem jego kij i uderzyłem piłkę. Prościutko. Poszybowała na dwieście dwadzieścia jardów.

– Wyprostować plecy, poruczniku. Stopy bliżej siebie. Nie można wychylać się do piłki, trzeba ją spotkać w pół drogi.

Wszystko było idealnie, dopóki nie zamachnął się kijem. Wtedy zrobił wszystko to, czego mu zabroniłem, i posłał piłkę na jakieś dziesięć jardów.

– Spokojnie, poruczniku. Spróbujmy jeszcze raz.

– Do diabła, Freddy, nie mogę się dzisiaj skupić. Golf to w dziewięćdziesięciu procentach koncentracja. Mam koordynację ruchów świetnego atlety, ale nie mogę się skupić na grze.

Wykorzystałem sytuację.

– A co pana tak zajmuje, poruczniku?

– Błahe sprawy. Drobnostki. Ten twój pieprzony partner – mam co do niego przeczucie. Odznaczony Krzyżem Zasługi, w porządku. Świetne wyniki w akademii, w porządku. Ale on ani nie wygląda na gliniarza, ani nie zachowuje się jak gliniarz. Mówi wierszem na odprawie. Myślę, że jest pedałem…

– Nie Wacky, poruczniku. Uwielbia babki.

– Nie wierzę.

Puściłem aluzję do trzymanej w tajemnicy, ale powszechnie znanej słabości porucznika do czarnych panienek. Wszyscy przy Siedemdziesiątej Siódmej wiedzieli, że był częstym bywalcem w przybytku Minnie Roberts – najlepszym kolorowym burdelu w południowej części miasta.

– Cóż, poruczniku – powiedziałem szeptem. – Uwielbia babki, ale nie wszystkie, jeśli rozumie pan, o co mi chodzi.

Beckworth wyraźnie się ożywił. Uśmiechnął się, co mu się rzadko zdarzało, ukazując w kącikach ust dwa krzywo wyrośnięte zęby.

– Chciałbym cię dobrze zrozumieć, Freddy…

Spojrzałem we wszystkie strony, szukając podsłuchiwaczy.

– Koreanki, poruczniku. Nigdy mu ich nie dosyć. Tylko nie lubi o tym mówić, bo toczyliśmy tam kiedyś wojnę. Wacky ma świra na punkcie żółtych. Na rogu Slauson i Hoover jest agencja, która się w takich specjalizuje. To tuż obok tej nory z ciemnymi panienkami – jak ona się nazywa? – przybytek Minnie. Wacky chodzi do tego chińskiego. Czasami siedzi w samochodzie i bierze kilka głębszych przed wejściem. Mówił mi, że widział mnóstwo szych z policji wchodzących do Casbah w poszukiwaniu uciech, ale nie chciał wymieniać nazwisk. Wacky to równy gość. W przeciwieństwie do większości mundurowych nie ma nic do wyższych rangą.

Beckworth zbladł, ale szybko doszedł do siebie.

– Cóż, może nie jest homo, ale i tak jest dupkiem. Sukinsyn. Musiałem kazać zdezynfekować sobie biuro. Jestem wrażliwym człowiekiem, Freddy, i miałem potem koszmary o tym zdechłym kocie. I nie mów mi, że Walker tego nie zrobił, bo wiem, że to on.

– Nie zaprzeczam, poruczniku. Zrobił to. Ale musi pan wziąć pod uwagę jego motywy.

– Jakie motywy? Nienawidzi mnie. To jest jego jedyny motyw.

– Myli się pan, poruczniku. Wacky pana szanuje. Nawet panu zazdrości.

– Szanuje! Zazdrości! O czym ty, do diabła, mówisz?

– To prawda. Wacky zazdrości panu zdolności do gry w golfa. Sam mi to powiedział.

– Oszalałeś? Jestem cienki. Słaby z niego znawca.

– Chce pan wiedzieć, co powiedział, poruczniku? Powiedział: „Beckworth umie się ruszać. To brak koncentracji sprawia, że partaczy wszystkie gry i nie potrafi zebrać się do kupy. Ma dużo na głowie. To dobry gliniarz. Cieszę się, że jestem tylko krawężnikiem. Przynajmniej mogę stuknąć osiemdziesiątkę, a porucznik jest zbyt sumienny i dlatego nieraz spaprał sobie grę. Gdyby nie był takim dobrym gliną, byłby z niego świetny zawodnik”. Tak powiedział.

Dałem mu chwilę na przetrawienie tego. Beckworth promieniał. Odłożył kij, którym niezdarnie wymachiwał, i uśmiechnął się do mnie błogo.

– Powiedz Walkerowi, żeby mnie odwiedził, Freddy. Powiedz mu, że mam dla niego butelkę przedniej szkockiej. Koreańskie cipki, Jezu! Ale chyba nie jest komuchem, co, Freddy?

– Wacky Walker? Sierżant amerykańskiej piechoty morskiej? Ugryzłby się pan w język, poruczniku!

– Masz rację, Freddy. To było podłe przypuszczenie. Chodźmy. Mam już dość na dzisiaj.

Odwiozłem Beckwortha do jego samochodu, a potem pojechałem do swojego mieszkania w Santa Monica. Wziąłem prysznic i się przebrałem. Potem włożyłem swoją trzydziestkęósemkę, której używałem, nie będąc na służbie, do małej kabury i przypiąłem ją do paska koło kręgosłupa – na wypadek gdybym zaczął tańczyć i zrobiłoby się romantycznie. Wsiadłem do samochodu i pojechałem szukać kobiet.

Postanowiłem jechać za czerwonym tramwajem. Kursował od Long Beach aż do Hollywood. Był piątkowy wieczór, a wieczorem w weekendy czerwony tramwaj przewoził dziewczyny, które miały ochotę zabawić się w centrum, co prawdopodobnie wykraczało poza ich możliwości finansowe. Czerwony tramwaj jechał po nieznacznie wzniesionych torach zajmujących środek ulicy, więc ledwo było widać pasażerów. Najlepiej było jechać równo z nim i oglądać wsiadające do niego dziewczyny.

Najbardziej lubiłem dziewczyny z LA – bardziej samotne i większe indywidualistki niż dziewczęta z „przedmieść”, więc złapałem czerwony tramwaj dopiero na rogu Jefferson i La Brea. Chciałem sobie dać kilka minut oczekiwania przed istnym rogiem obfitości na Wilshire Boulevard, gdzie były grupki sprzedawczyń z Ohrbach’s i May Company, sekretarki z firm ubezpieczeniowych, od których aż roiło się na najbardziej ruchliwej ulicy LA. Jechałem swoim kabrioletem, buickiem z 1947 roku, idealnie równo z czerwonym tramwajem i bacznie obserwowałem wsiadających.

Łatwo było przewidzieć, jacy pasażerowie wsiądą przed Wilshire – staruszkowie, dzieciaki ze szkół średnich, trochę młodych par. Na Wilshire do tramwaju wskoczyło mnóstwo chichoczących dziewcząt, kręcąc się i przyjaźnie rozpychając. Było zimno; płaszcze zasłaniały ich ciała. Nie miało to znaczenia; duch jest ważniejszy od ciała. Szybko wsiadły do tramwaju, więc nie zdążyłem przyjrzeć się ich twarzom, co nie ułatwiało mi zadania. Jeśli miałyby wysiąść w grupie przy Fountain albo Sunset, musiałbym szybko zaparkować i pędzić za nimi, nie mając czasu wypracować strategii dostosowanej do jednej konkretnej kobiety.

Ale to nie miało znaczenia. Nie dzisiejszego wieczoru, bo na La Brea, tuż przed Melrose, zobaczyłem ją, kiedy wybiegała z chińskiej restauracji. Przez kilka krótkich sekund widziałem jej torebkę na długich paskach i sylwetkę na tle neonu Gordon Theater – była to niepospolita dziewczyna, jednak nie ze względu na określony typ urody, lecz widoczną uczuciowość. Emanująca z jej twarzy nerwowość, udręczenie i strach zdawały się udzielać całej ulicy wieczornego LA. Ubrana była gustownie, ale nie za bardzo w zgodzie z obowiązującą modą – miała na sobie szerokie i podwinięte męskie spodnie, sandały i kurtkę jak Eisenhower. Ciuchy miała męskie, ale twarz delikatną i kobiecą, no i długie włosy.

Ledwo zdążyła na tramwaj, wskakując do niego lekko jak antylopa. Nie wiedziałem, dokąd jedzie – miała zbyt dużo rzeczy, żeby jechać do centrum. Może wybierała się do księgarni na Hollywood Boulevard albo na randkę, co eliminowałoby mnie z gry. Myliłem się; wysiadła przy Fountain i ruszyła na północ.

Pospiesznie zaparkowałem, wsunąłem znak z napisem „Samochód policyjny” pod wycieraczkę i ruszyłem za nią pieszo. Skręciła na wschód w De Longpre, cichą uliczkę osiedlową na obrzeżach dzielnicy biznesu Hollywood. Jeśli szła do domu, to dziś wieczorem nie dopisało mi szczęście – moje metody wymagały zatłoczonej ulicy lub innego publicznego miejsca, więc dzisiaj w najlepszym razie mógłbym liczyć na adres do ewentualnego wykorzystania w przyszłości. Zauważyłem jednak, że w połowie uliczki stały dwa zaparkowane równolegle do siebie radiowozy z migającymi kogutami, co sugerowało, że może doszło tam do jakiegoś przestępstwa.

Dziewczyna także to zauważyła, zawahała się i zawróciła w moją stronę. Bała się gliniarzy, a to tylko wzmogło moje zainteresowanie. Postanowiłem postawić wszystko na ten strach i zaczepiłem ją, kiedy koło mnie przechodziła.

– Przepraszam panią – powiedziałem, pokazując odznakę. – Jestem policjantem, a tutaj właśnie doszło do zbrodni. Niech mi pani pozwoli odprowadzić się w bezpieczne miejsce.

Przestraszona kobieta pokiwała głową, chociaż na chwilkę śmiertelnie zbladła. Zauroczyła mnie wymalowana na jej twarzy mieszanina siły i bezbronności – to coś, co zawsze uwielbiałem u kobiet.

– Dobrze – odparła, dodając „panie władzo” z ledwo wyczuwalną pogardą.

Ruszyliśmy w stronę La Brea, nie patrząc na siebie.

– Jak się pani nazywa? – spytałem.

– Sara Kefalvian.

– Gdzie pani mieszka, panno Kefalvian?

– Niedaleko stąd. Ale nie szłam do domu. Szłam na bulwar.

– Dokąd?

– Na wystawę. Koło Las Palmas.

– Mogę tam panią odprowadzić.

– Nie. To nie jest dobry pomysł.

Cały czas unikała mojego wzroku, ale kiedy znaleźliśmy się na rogu La Brea, posłała mi śmiałe, wręcz wyzywające spojrzenie, które mnie podnieciło.

– Nie lubi pani policjantów, prawda, panno Kefalvian? – zauważyłem.

– Nie. Bo krzywdzą ludzi.

– Więcej jest tych, którym pomagamy, niż tych, których krzywdzimy.

– Nie wierzę. Dziękuję za odprowadzenie mnie. Dobranoc.

Sara Kefalvian odwróciła się do mnie plecami i ruszyła żwawym krokiem w stronę bulwaru. Nie mogłem jej pozwolić odejść. Dogoniłem ją i chwyciłem za ramię. Wyrwała się.

– Słuchaj – powiedziałem. – Nie jestem takim gliniarzem, jak myślisz. Dla mnie to służba zastępcza za wojsko. Wiem, że jest wystawa Picassa w tej księgarni na Las Palmas. Bardzo chcę się dokształcić i potrzebuję kogoś, kto mi co nieco wytłumaczy. – Uśmiechnąłem się nieśmiało, jak niewinny siedemnastolatek. Zaczęła ustępować, bardzo nieznacznie. Uśmiechnęła się. Zadziałałem szybko: – Proszę.

– Naprawdę unikasz poboru?

– Można to tak określić.

– Pójdę z tobą na wystawę, jeśli mnie nie dotkniesz i nikomu nie powiesz, że jesteś policjantem.

– Umowa stoi.

Poszliśmy do mojego nieprawidłowo zaparkowanego samochodu. Ja byłem podniecony, a Sara Kefalvian zainteresowana, wbrew własnej woli.

Wystawę prezentowano w księgarni Stanley Rose’s, miejscu cieszącym się ogromną estymą wśród miejscowej inteligencji. Sara Kefalvian szła minimalnie przede mną, co chwila rzucając pełne podziwu komentarze. Obrazy były reprodukcjami, a nie oryginałami, ale zupełnie jej to nie przeszkadzało. Było dla mnie oczywiste, że powoli zaczynała mieć ochotę na spędzenie ze mną wieczoru. Powiedziałem jej, że nazywam się Joe Thornhill. Zatrzymaliśmy się przed Guernicą, jedynym obrazem, który ośmieliłem się skomentować.

– Jest świetny – oznajmiłem. – Kiedy byłem dzieckiem, widziałem trochę zdjęć z tego miasta. Jak patrzę na ten obraz, wracają wszystkie wspomnienia. Szczególnie ta krowa z wystającą włócznią. Wojna musi być ciężka.

– To najokrutniejsza, najstraszliwsza rzecz na świecie, Joe – odparła Sara Kefalvian. – Poświęcam swoje życie, żeby skończyć z wojnami.

– Jak?

– Głosząc słowa wielkich ludzi, którzy widzieli wojnę i wiedzą już, co ona czyni z ludźmi.

– Jesteś przeciw wojnie w Korei?

– Tak. Jestem przeciw wszystkim wojnom.

– Nie chcesz powstrzymać komunistów?

– Tyranię można powstrzymać wyłącznie miłością, a nie wojną.

To mnie zainteresowało. Oczy Sary zaczęły wilgotnieć.

– Chodźmy pogadać – zaproponowałem. – Postawię ci kolację. Każde z nas opowie o swoim życiu. Co ty na to? – Poruszałem brwiami jak Wacky Walker.

Sara Kefalvian najpierw uśmiechnęła się, a potem roześmiała i moim oczom ukazała się jakby inna osoba.

– Już jadłam, ale pójdę z tobą, jeśli mi powiesz, dlaczego unikałeś poboru.

– Umowa stoi. – Kiedy wychodziliśmy z księgarni, chwyciłem ją za ramię i pokierowałem nią. Poczułem, że zesztywniała, ale nie zaprotestowała.

Pojechaliśmy do baru makaroniarzy na rogu Sunset i Normandie. Po drodze dowiedziałem się, że Sara ma dwadzieścia cztery lata, że właśnie kończy studiować historię na Uniwersytecie Kalifornijskim w LA i że jest Amerykanką ormiańskiego pochodzenia w pierwszym pokoleniu. Jej dziadków zabili Turcy, a straszliwe historie opowiadane przez rodziców o życiu w Armenii miały decydujący wpływ na jej życie: chciała doprowadzić do końca wszelkich wojen, zakazać używania bomby atomowej, zlikwidować rasizm i sprawiedliwie rozdzielić majątek wśród ludzi. Przyznała mi, że gliniarze są potrzebni, ale powiedziała, że zamiast z rewolwerami mogliby obnosić się z wykształceniem w dziedzinie sztuk pięknych i szczytnymi ideałami. Zaczynała mnie lubić, więc nie mogłem jej powiedzieć, że jest stuknięta. Ja też zaczynałem ją lubić i robiło mi się gorąco na myśl o tym, że za kilka godzin będziemy się kochać.

Doceniałem jej szczerość, więc stwierdziłem, że muszę się jej odwzajemnić tym samym. Postanowiłem nie wciskać jej kitu, mając nadzieję, że może dzięki naszemu spotkaniu stanie się większą realistką.

Na ścianach włoskiej restauracji, prowadzonej przez jedną rodzinę, pomiędzy pustymi butelkami po chianti przyczepionymi do sztucznych krzaków winorośli wisiały wyblakłe plakaty przedstawiające Rzym, Neapol, Parmę i Capri. Postanowiłem zrezygnować z jedzenia i zamówiłem duży dzbanek czerwonego wina. Unieśliśmy nasze kieliszki w toaście.

– Żeby wojny się skończyły – zaproponowałem.

– Naprawdę w to wierzysz?

– Jasne. To, że nie noszę transparentów i nie krzyczę dookoła, wcale nie znaczy, że jestem za nimi. Nienawidzę wojen.

– To powiedz mi teraz, dlaczego nie chciałeś iść do woja – rzekła cicho Sara.

Opróżniłem kieliszek i ponownie go napełniłem. Sara powolutku sączyła swoje wino.

– Jestem sierotą. Wychowałem się w katolickim sierocińcu w Hollywood. Parszywe miejsce. Prowadziły go sadystyczne zakonnice. Jedzenie śmierdziało. W czasie kryzysu jedliśmy tylko ziemniaki, wodniste zupy warzywne i mleko w proszku, a mięso może raz na tydzień. Wszystkie dzieci były chude, anemiczne i miały brzydką cerę. Męczyłem się tam. Nie mogłem tego jeść. Tak mnie to denerwowało, że aż mnie piekła skóra. Posyłali nas do katolickiej szkoły na Western Avenue. Tam też karmili nas tą breją na obiad. Kiedy miałem jakieś osiem lat, wiedziałem, że jeśli nadal będę jadł te pomyje, to nie stanę się mężczyzną. Więc zacząłem kraść. Wyćwiczyłem się w tym na wszystkich targowiskach w Hollywood. Kradłem sardynki w puszkach, sery, owoce, ciastka, mleko – wszystko. W weekendy starsze dzieci posyłali do bogatych katolickich rodzin, żeby pokazać nam trochę dobrego życia. Regularnie bywałem u jednej rodziny w Beverly Hills. Byli nadziani. Mieli syna w moim wieku. Był niesfornym dzieckiem i świetnym złodziejem sklepowym. Specjalizował się w stekach.

Przyłączyłem się do niego i okradaliśmy wszystkie sklepy mięsne w zachodniej części miasta. Był gruby jak świnia. Bez przerwy jadł. Wyglądał jak prawdziwy sterowiec.

W czasie kryzysu w Griffith Park mieszkali bezdomni w czymś w rodzaju obozu. Gliny regularnie przepędzały stamtąd włóczęgów, ale ci zbierali się ponownie w innym miejscu. Dowiedziałem się o tym od jakiegoś księdza z kościoła Niepokalanego Serca. Zacząłem ich szukać. Byłem ciekawym, ale raczej samotnym dzieciakiem i wydawało mi się, że jest coś romantycznego w byciu włóczęgą. Wziąłem ze sobą sporo steków, które okazały się prawdziwym przebojem. Byłem wystarczająco duży, żeby nikt ze mną nie zadzierał. Słuchałem opowieści starych włóczęgów – o gliniarzach i rabusiach, o kolei i ludziach Pinkertona, i w ogóle o różnych mrocznych sprawach. Opowiadali dziwne rzeczy, o których normalni ludzie nie mieli pojęcia. Na przykład o różnych zboczeniach. Niesłychane historie. Chciałem dowiedzieć się jeszcze więcej, ale jednocześnie czuć się bezpieczny… Pewnej nocy piekliśmy ukradzione przeze mnie steki i piliśmy kradzioną whisky, kiedy gliny zrobiły nalot na obóz. Zwiałem i mi się upiekło, ale słyszałem, jak gliny zwijają włóczęgów. Byli stanowczy, ale podchodzili do swoich obowiązków z poczuciem humoru; wtedy już wiedziałem, że gdybym został gliną, miałbym dostęp do ciemnych stron życia, ale jednocześnie chroniłby mnie swego rodzaju immunitet. Wiedziałbym, będąc jednocześnie bezpieczny. Wtedy wybuchła wojna. Miałem siedemnaście lat, kiedy zbombardowali Pearl Harbor. I znowu coś zrozumiałem, chociaż tym razem co innego. Wiedziałem, że jeśli miałbym walczyć na tej wojnie, tobym zginął. Wiedziałem również, że muszę wymyślić jakąś honorową wymówkę, żeby na pewno przyjęli mnie do policji. Nigdy nie poznałem swoich rodziców. Ci adopcyjni nadali mi nazwisko, nim mnie oddali do sierocińca. Obmyśliłem plan. Przeczytałem prawo dotyczące poboru i odkryłem, że jedyny pozostający przy życiu syn mężczyzny zabitego w czasie wojny za granicą nie podlega obowiązkowi poboru. Wiedziałem też, że miałem przebitą błonę bębenkową, co samo w sobie powinno wystarczyć, ale potrzebowałem absolutnej pewności. Spróbowałem się zaciągnąć do wojska w czterdziestym drugim, zaraz po skończeniu szkoły średniej. Odkryli wadę słuchu i mnie nie przyjęli. Potem spotkałem pewną starą bezdomną kobietę, byłą aktorkę bez grosza przy duszy. Przyszła ze mną, kiedy odwołałem się od decyzji komisji poborowej. Wrzeszczała, że muszę pracować, żeby jej dawać jakieś pieniądze. Powiedziała, że jej mąż, mój ojciec, zginął w Chinach w tysiąc dziewięćset dwudziestym szóstym i dlatego posłała mnie do sierocińca. To było rewelacyjne przedstawienie. Dałem jej pięćdziesiąt zielonych. Goście z komisji poborowej uwierzyli jej i powiedzieli, żebym nigdy więcej nie próbował się zaciągnąć do wojska. Mimo to czasami się zgłaszałem, ale byli nieugięci. Podziwiali mój patriotyzm – jednak prawo było prawem, a, o ironio, pęknięta błona bębenkowa nie stanowiła przeszkody, żebym został gliną.

Sarze bardzo się spodobała moja opowieść i aż westchnęła, kiedy skończyłem. Ja też byłem zadowolony, bo długo zwlekałem z opowiadaniem tej historii, czekając na kobietę, która potrafiłaby ją docenić. Oprócz Wacky’ego tylko ona wiedziała o tej części mojego życia.

Położyła swoją rękę na mojej dłoni. Uniosłem ją do ust i pocałowałem. Ona sama wyglądała na zamyśloną i smutną.

– Znalazłeś to, czego szukasz? – spytała.

– Tak – odparłem.

– A zabierzesz mnie do tego obozu włóczęgów? Dzisiaj?

– Chodźmy od razu. O dziesiątej zamykają park.

Była to zimna, ale bardzo jasna noc. Styczeń to najzimniejszy i najpiękniejszy miesiąc w LA. Kolory miasta owiewane rześkim powietrzem wydają się nabierać pełni, przypominając cieplejsze dni i uroki nadmorskiego położenia miasta.

Pojechaliśmy Vermont Street i zatrzymaliśmy się na parkingu obserwatorium. Ruszyliśmy na północ, pod górę, trzymając się za ręce. Rozmawialiśmy bez skrępowania, a ja przybliżałem jej jaśniejszą, łotrzykowską stronę pracy w policji – wspomniałem o przyjaznych pijaczkach, o barwnych muzykach jazzowych w ich odlotowych garniturach, o zaginionych szczeniakach, które ja i Wacky zwracaliśmy młodym właścicielom. Nie mówiłem natomiast o zgwałconych, o bitych dzieciach, o zwłokach na miejscach wypadków ani o podejrzanych regularnie maglowanych na tyłach posterunku Wilshire. Nie powinna tego słuchać. Idealiści tacy jak Sara, pomimo swojej naiwności, przeważnie uważali, że świat to bagno. Musiałem nasycić jej wyobrażenia o rzeczywistości pewną dozą radości i tajemniczości. Ona nie potrafiłaby zrozumieć, że te mroczniejsze strony pracy policjanta mogą dawać tyle radości. Musiałem jej prezentować iście hollywoodzką wersję mojego zawodu.

Pokazałem jej, gdzie znajdował się dawny obóz. Nie istniał od 1938 roku, od trzynastu lat, i teraz był to tylko porośnięty chwastami i usłany pustymi butelkami po winie plac.

– To tu wszystko się dla ciebie zaczęło? – spytała Sara.

– Tak.

– Na myśl o tym, kiedy to było i że to tutaj, ogarnia mnie jakiś żal…

– Mnie też. Ale pomyśl, że dziś jest trzydziesty stycznia tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego pierwszego roku i też już nigdy więcej się nie powtórzy.

– To właśnie jest najgorsze.

– No cóż, takie jest życie. Ale tu ciemno. Boisz się ciemności?

Sara Kefalvian uniosła swą piękną głowę i roześmiała się w świetle księżyca. Szczerym, donośnym śmiechem, godnym jej osoby. Jej ormiańskich przodków.

– Przepraszam, Joe. Tylko że my gadamy tak poważnie, tak symbolicznie, że to właściwie śmieszne.

– No to bądźmy bardziej dosłowni. Zwierzyłem ci się. Teraz twoja kolej. Powiedz mi coś o sobie. Jakąś mroczną tajemnicę, o której nigdy nikomu nie mówiłaś.

Zastanowiła się i odparła:

– To cię zaszokuje. Lubię cię i nie chcę obrazić.

– Mnie nie można zaszokować. Jestem odporny na szok. Mów…

– No dobra. Kiedy studiowałam w San Francisco, miałam romans z żonatym mężczyzną. Potem mnie zostawił i czułam się zraniona, więc zaczęłam nienawidzić mężczyzn. Miałam zajęcia w Berkeley, gdzie poznałam pewną nauczycielkę. Była bardzo piękna. Zainteresowała się mną. Zostałyśmy kochankami i robiłyśmy różne rzeczy – seksualne, takie, o jakich większość ludzi nawet nie marzy. Ta kobieta lubiła także młodych chłopców. Uwiodła swojego dwunastoletniego bratanka. Obie z nim to robiłyśmy… – Sara odsunęła się ode mnie o kilka kroków, jakby oczekiwała ciosu.

– To tyle? – spytałem.

– Tak – odparła.

– Już wszystko?

– No tak! Nie będę ci opisywała szczegółów. Kochałam tę kobietę. Pomogła mi przetrwać trudny okres. Czy to nie jest dla ciebie wystarczająco mroczne?

Jej gniew i wzburzenie po chwili zaczęły już opadać i poczułem, że krew żywiej krąży mi w żyłach.

– Wystarczająco. Podejdź, Saro. – Podeszła i przytuliliśmy się; jej głowa mocno wbijała mi się w ramiona. Kiedy się rozłączyliśmy, spojrzała mi w twarz. Uśmiechała się, ale po jej policzkach spływały łzy. Wytarłem je kciukami. – Zabiorę cię do domu – powiedziałem.

Rozebraliśmy się potem bez słowa w ciemnym pokoju przerobionego z garażu mieszkania Sary Kefalvian na Sycamore Street. W pokoju było zimno, więc Sara się trzęsła i płytko oddychała. Kiedy już oboje byliśmy nadzy, przywarłem do niej z całej siły, żeby uspokoić jej drżące ciało, po czym wziąłem ją na ręce i zaniosłem tam, gdzie musiała być sypialnia.

Nie było w niej łóżka, tylko przykryty narzutami materac. Położyłem ją i usiadłem na krawędzi materaca, pokracznie zginając swoje długie nogi. Uliczna latarnia oświetlała skąpo cały pokój, dzięki czemu widziałem uginające się pod ciężarem książek półki oraz ściany ozdobione reprodukcjami Picassa i plakatami związkowców z czasów kryzysu.

Sara spojrzała na mnie i położyła mi rękę na kolanie. Pogłaskałem ją po włosach, po czym pochyliłem się i obsypałem jej ramiona i szyję krótkimi suchymi pocałunkami. Westchnęła. Powiedziałem jej, że jest bardzo piękna, a ona zachichotała. Szukałem jakichś skaz, małych znamion na ciele, bo one potrafiły zdradzić wiele tajemnic. Znalazłem, czego szukałem – tuż nad sutkami rosły małe kępki ciemnych włosków, a prawą łopatkę znaczyło kilka pryszczyków. Całowałem te miejsca, aż Sara chwyciła mnie za głowę i przyciągnęła moje usta do swoich.

Całowaliśmy się długo i namiętnie, a potem Sara zachęcająco wygięła się w łuk. Przywarliśmy do siebie i zaczęliśmy się gwałtownie ruszać, napinając mięśnie, żeby nawet przy zmianie pozycji być jak najbliżej siebie. Już po chwili narzuty na materacu były skotłowane. Szczytowaliśmy w tym samym momencie; Sara szlochała, kiedy wpijałem twarz w jej szyję, łapczywie chłonąc ustami i nosem kropelki naszego zmieszanego potu.

Długo leżeliśmy nieruchomo, gładząc się delikatnie po czułych miejscach. Rozmowa zepsułaby atmosferę; ja wiedziałem o tym z doświadczenia, Sara wyczuwała instynktownie. Po jakimś czasie udała, że zasnęła. Doceniłem to, bo dzięki temu bez skrępowania mogłem ją opuścić.

Ubrałem się w ciemności, po czym pogłaskałem jej długie ciemne włosy i pocałowałem ją w szyję, myśląc przy wyjściu, że może chociaż tym razem dałem tyle, ile sam wziąłem.

Pojechałem do domu i wyciągnąłem pamiętnik. Opisałem okoliczności poznania Sary, o czym rozmawialiśmy i czego się dowiedziałem. Opisałem jej ciało i to, jak się kochaliśmy. Potem poszedłem do łóżka i spałem do późnego popołudnia.

2

– Laski dopisują, Freddy?

Była kolejna sobota rano i właśnie wjeżdżaliśmy z Wackym na parking przy Miejskim Polu Golfowym w Rancho Park. Miałem apetyt na golfa, a nie na męskie gadanie, więc pytanie Wacky’ego spadło jak niespodziewany cios. Zignorowałem je, więc Wacky odchrząknął i zaczął mówić wierszem:

– Och, uschnij, dzielny kobieciarzu, co wzgórków Wenus nigdyś niesyt. Och, nienasycony ty gliniarzu…

Zaciągnąłem hamulec ręczny i spojrzałem na Wacky’ego.

– Nie odpowiedziałeś na moje pytanie – rzekł. Westchnąłem.

– Odpowiedź brzmi: tak.

– To super. Ile cię to kosztuje?

– Naprawdę niewiele. Do barów chodzę tylko w ostateczności. – Sięgnąłem z tylnego siedzenia swoje kije i gestem pokazałem Wacky’emu, żeby szedł za mną. Kiedy zarzuciłem na ramię torbę i zamknąłem samochód, Wacky zmierzył mnie jednym z tych rzadkich zimnych i przenikliwych spojrzeń.

– Nie o to mi chodziło, Fred.

– A o co ci chodziło, Wacky? Przyjechałem tu grać w golfa, a nie pisać wspomnienia erotyczne.

Wacky poklepał mnie w plecy i poruszał brwią.

– Nadal masz zamiar zostać kiedyś komendantem policji? – spytał.

– Oczywiście.

– Więc mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę, że komisja nigdy nie mianuje na to stanowisko erotomana. Wiesz, że się do ciebie dobiorą, prześwietlą na cacy?

Ponownie westchnąłem, tym razem ze złością.

– O co ci właściwie chodzi?

– O cenę, Freddy. Z laskami nie ma lekko. Zmęczysz się przygodami na jedną noc, zrobisz się szalenie romantyczny i poszukasz cizi, którą wydymałeś dawno temu. A ta jedyna i tak wkrótce nie będzie mogła rywalizować z frajdą podbojów na jedną noc. Bez względu na to, jak zrobisz, będzie źle. Dzięki tobie cholernie się cieszę, że nie jestem duży, przystojny i czarujący. Naprawdę jestem szczęśliwy, że jestem tylko poetą i gliniarzem.

– I pijakiem. – Od razu pożałowałem, że to powiedziałem, i natychmiast zacząłem myśleć, jak z tego wybrnąć.

Wacky był szybszy:

– I pijakiem.

– Więc to ty pamiętaj o cenie, Wack. Kiedy będę komendantem policji, a ty moim szefem detektywów, nie chciałbym, żebyś wykitował na marskość wątroby.

– Nigdy nie zajdę tak wysoko, Fred.

– Zajdziesz.

– Bzdury. Nie słyszałeś plotek? Kapitan Larson w czerwcu przechodzi na emeryturę. Beckworth będzie nowym szefem na Wilshire, a mnie przeniosą na Siedemdziesiątą Siódmą, do Murzynowa. A ciebie, golfowego blond bożka Beckwortha, przeniosą do obyczajówki, raju dla kobieciarzy. To są informacje z pewnego źródła, Freddy.

Nie potrafiłem spojrzeć Wacky’emu w oczy. Już wcześniej słyszałem te plotki i w dodatku się potwierdziły. Zacząłem myśleć o fortelach, które mógłbym zastosować, żeby powstrzymać Beckwortha od przeniesienia Wacky’ego, i uświadomiłem sobie, że przecież miałem się spotkać z Beckworthem dzisiaj o siódmej rano w Fox Hill na lekcję. Z odrazą rzuciłem swoją torbę na ziemię.

– Wacky? – powiedziałem.

– Tak, Fred?

– Czasami żałuję, że z nas dwóch to nie ja jestem pijakiem i mięczakiem.

– Hm, a możesz to rozwinąć?

– Nie.

Na polu golfowym nikogo nie było. Wacky i ja wyciągnęliśmy worek z piłeczkami z naszej kryjówki w dziupli i zaczęliśmy ćwiczyć. Wacky rozgrzał się, opróżniając ćwiartkę burbona, a ja robiąc skłony i pajacyki. Pierwszą, lekko podkręconą piłkę posłałem na sto siedemdziesiąt jardów. Słabo. Ustawiłem się staranniej i następnym razem poprawiłem wynik o dziesięć jardów. Zaczynałem wypracowywać sobie optymalne pozycje, kiedy Wacky chwycił mnie za łokieć i syknął:

– Freddy, ciii, Freddy!

Rzuciłem kij na ziemię i uwolniłem się od uścisku Wacky’ego.

– O co ci, do cholery, chodzi?

Wacky wskazał na kłócących się obok pobliskiego greenu mężczyznę i kobietę. Mężczyzna był wysoki i gruby; jego brzuch wyglądał jak awokado. Miał bujne rude włosy i nos długi jak moje ramię. Wyglądał na człowieka zniszczonego długoletnią pracą i imprezowaniem. Miał głębokie, wyraźnie spowodowane częstym śmiechem zmarszczki wokół ust, ale właściwie cała jego twarz zdradzała pięćdziesiąt pięć lat wyluzowanego podejścia do życia. Kobieta wyglądała na trzydziestkę i była otyła – musiała ważyć ze dwieście pięćdziesiąt funtów. Miała długi nos i rude włosy, zupełnie jak mężczyzna, ale w jednym go przebiła – wyhodowała długie gęste wąsy. Jęknąłem. Wacky tylko teoretycznie interesował się kobietami, a podniecały go wyłącznie grube. Wyjął nową ćwiartkę z tylnej kieszeni i wziął spory łyk, po czym wskazał na parę i spytał:

– Wiesz, kto to jest, Freddy?

– Widzę. Gruba szprycha.

– Nie chodzi mi o laskę, Freddy. Mam na myśli staruszka. To Wielki Sid Weinberg. To gość, który wyprodukował Żonę potwora morskiego, pamiętasz? Oglądaliśmy to w Westlake. Odbiło ci wtedy na punkcie tej blondyny z dużymi cyckami.

– Pamiętam. No i?

– I zamierzam poprosić go o autograf, a potem spróbuję mu sprzedać Okręg umarłych na scenariusz jego następnego filmu.

Znowu jęknąłem. Wacky był fanatycznym wielbicielem horrorów, a Okręg umarłych stanowił jego próbę oddania hollywoodzkiego szału na potwory. W tym pomyśle obok prawdziwego świata istniał również równoległy, lecz dla nas niewidoczny, świat umarłych. Wszyscy mieszkańcy owego świata byli uzależnieni od doświadczania mrocznej strony życia, bo wszyscy zostali zamordowani. Był to wyraźnie jeden z jego najmniej udanych utworów.

Wacky poruszał do mnie brwiami.

– Jedno, partnerze – powiedział. – Jedno ci mogę obiecać.

– Co?

– Że kiedy już będę sławnym scenarzystą w Hollywood, nigdy nie będę cię traktował z wyższością.

Roześmiałem się:

– Miej się na baczności, Wack. Producenci z Hollywood to znane sukinsyny. Lepiej zainteresuj się córką. Może mógłbyś się wżenić w rodzinę.

Wacky roześmiał się i odszedł, a ja zacząłem rozkoszować się samotną grą w golfa.

Grałem godzinę, upajając się mistycznym uczuciem jedności, które można osiągnąć, jedynie będąc wiernym adeptem czegoś znacznie wykraczającego poza jednostkowe ego. Posyłałem piłkę za piłką na ponad trzysta jardów, ale stopniowo zacząłem sobie uświadamiać, że ktoś świdruje mnie z tyłu wzrokiem. Zastygłem w połowie zamachu i odwróciłem się do intruza. Był nim Sid Weinberg. Zmierzał energicznie w moją stronę z wyciągniętą prawą ręką. Z zaskoczenia odruchowo wyciągnąłem swoją i mocno ściskając sobie dłonie, przedstawiliśmy się sobie.

– Sid Weinberg – powiedział.

– Fred Underhill – odwzajemniłem się.

Ciągle ściskając moją dłoń, Weinberg zmierzył mnie od stóp do głów, jakby oglądał sztukę mięsa.

– Nieźle uderzasz, ale z koncentracją słabo, mam rację?

– Nie bardzo.

– Czyli potrafisz posłać piłkę w zaświaty, ale z precyzją do dupy. Zgadza się?

– Nie bardzo.

Weinberg puścił moją dłoń.

– Więc jesteś…

Przerwałem mu:

– Jestem świetny. Mogę wystrzelić piłkę na trzysta jardów i być jednocześnie diabelnie dokładny, gram lepiej niż Ben Hogan, a poza tym jestem przystojny, czarujący i inteligentny. Czego pan chce, panie Weinberg?

Weinberg zdziwił się, kiedy zwróciłem się do niego po nazwisku.

– Więc ten świr miał rację – stwierdził.

– Mówi pan o moim partnerze?

– No. Powiedział, że obaj jesteście gliniarzami, a potem zaczął opowiadać mi jakąś chorą historię o mieście sztywniaków. Jak on w ogóle, do diabła, dostał się do policji?

– U nas roi się od pomyleńców, tylko większość lepiej się maskuje.

– Jezu. Teraz czyta swoje wypociny mojej córce. To pokrewne dusze; ona jest równie stuknięta jak on.

– Czego pan chce, panie Weinberg?

– Ile zarabiasz jako gliniarz?

– Dwieście dziewięćdziesiąt dwa miesięcznie.

Weinberg parsknął.

– Zabawne. Komiczne. Gorzej, śmieszne. Kaczki pływające w stawie w Echo Park więcej wyciągają.

– Nie pracuję tam dla pieniędzy.

– Nie? Ale lubisz pieniądze?

– No, lubię.

– Dobrze, bo to nie zbrodnia. A masz ochotę przejść przez ulicę do Hillcrest i zagrać na rewelacyjnym, koszernym polu? Powalczymy razem? My obaj przeciw dwóm znajomym łajdakom. Zagramy o kasę i ich rozgromimy. Co ty na to?

– Ja na to: pan wykłada kasę, a mój partner idzie z nami i będzie nam mówił, gdzie jest piłka. Dostanie dwadzieścia procent tego co my. Co pan na to, panie Weinberg?

– Ja na to: musiałeś być Żydem w poprzednim wcieleniu.

– A może i w tym.

– Jak to?

– Nigdy nie poznałem swoich rodziców.

Wielki Sid odchylił głowę i zaryczał:

– Cha, cha, cha! Niezłe z ciebie ziółko, synu. Ja mam dwie córki, ale też ich w ogóle nie znam. Układ stoi.

Uścisnęliśmy sobie dłonie, przypieczętowując ostatni beztroski układ mojej młodości.

Geograficznie rzecz biorąc, Hillcrest było tylko kwartał dalej, ale pod każdym innym względem od Rancha dzieliły go lata świetlne: gęsta, starannie przystrzyżona trawa, zadbane, strategicznie rozmieszczone bunkry i wspaniałe greeny. Było nas w sumie ośmioro: Wielki Sid i ja, nasi przeciwnicy, dwóch chłopaków do noszenia kijów i para chichoczących pomyleńców – Wacky i gargantuiczna córka Wielkiego Sida, Siddell. Widać było, że coraz bardziej na siebie lecieli, bo co chwila zataczali się na siebie i ukradkowo łapali za ręce, kiedy Wielki Sid ich nie widział.

Okazało się, że Sid miał rację; to była masakra. Nasi przeciwnicy – agent z Hollywood i młody lekarz – nie umieli grać razem i byli po prostu beznadziejni. Wielki Sid i ja graliśmy spokojnie i konserwatywnie, wbijając kolejne piłki do dołków. Bardzo nam pomógł Wacky, świetnie podając namiary, a także nasz bezdomny, ciągle popijający ze swojej piersiówki pomocnik, niejaki Dave Ulicznik, który bezbłędnie dobierał kije i oceniał odległości.

– Ty, ty, słabo, słabo – mówił Dave. – Uderz słabo, żeby piłka stoczyła się po kopcu. Ty, ty, słabo, słabo.

Dave mnie intrygował, bo był posępny i pospolity zarazem, zapuszczony, ale dumny i nonszalancki, chociaż w jego niebieskich oczach czaił się strach. Czułem, że chciałbym wiedzieć tyle co on.

Mecz skończył się na czternastym dołku. Wielki Sid i ja załatwiliśmy naszych przeciwników 5 do 4. Dziewięćset dolarów zmieniło właścicieli – czterysta pięćdziesiąt dostał Sid i tyle samo ja. Czułem się jak bogacz, co wprawiło mnie w wyśmienity nastrój.

Wielki Sid klepnął mnie w plecy.

– To dopiero początek, kolego! Trzymaj z Wielkim Sidem, to będziesz miał nieograniczone możliwości! Hej-hej-la-la-la!

– Dzięki, Sid. Będę pamiętał.

– Hej-hej-la-la-la, chłopcze!

Rozejrzałem się wokół. Wacky i Siddell zniknęli w lasku. Nasi podłamani przeciwnicy szli ze spuszczonymi głowami w stronę klubu. Powiedziałem Wielkiemu Sidowi, że spotkamy się w klubie, i poszedłem szukać Dave’a Ulicznika. Znalazłem go, jak zbliżał się do osiemnastego dołka. Przez kościste ramię miał przerzucone torby, moją i Sida. Poklepałem go w to ramię, i kiedy się odwrócił, wcisnąłem mu pięćdziesiąt dolarów do pokrytej grubym naskórkiem dłoni.

– Dzięki, Dave – powiedziałem.

Dave Ulicznik zdjął torby, schował pieniądze do kieszeni i spojrzał na mnie.

– Porozmawiaj ze mną – poprosiłem.

– A o czym, synu?

– No o tym, co widziałeś w życiu, co wiesz…

Dave Ulicznik opuścił moją torbę na ziemię, po czym splunął.

– Wiem, że jesteś wygadanym, świeżo upieczonym gliniarzem.

Wiem, że pod bluzą masz spluwę i kajdanki. Wiem, co robicie i że wam się wydaje, że ludzie o tym nie wiedzą. Wiem, że takich jak ty nigdy nie można zaspokoić.

Zupełnie zbił mnie z pantałyku. Podniosłem swoją torbę i ruszyłem w stronę klubu, ale już po chwili wpadłem na kolejnego pomyleńca.

Był to Wacky, który napędził mi ogromnego stracha, wyłaniając się z zagajnika.

– Jezu! – krzyknąłem.

– Wybacz, partnerze – wyszeptał Wacky – ale musiałem porozmawiać z tobą tak, żeby Wielki Sid nie słyszał. Chcę, żebyś mi wyświadczył przysługę.

Westchnąłem.

– Wal.

– Potrzebuję samochodu – na godzinkę albo dwie. Mam napaloną laskę, która nie zaczeka. Jest koszerna, partnerze. Nie możesz mi odmówić.

Postanowiłem się zgodzić, ale z zastrzeżeniem:

– Nie w samochodzie, Wack. Wynajmij pokój. Zrozumiałeś?

– Jasne, jestem gliniarzem. Czyż ośmieliłbym się łamać prawo?

– No pewnie.

– Cha, cha, cha! Za godzinę wracam, Fred.

– Okej.

Wacky zniknął między drzewami i po chwili do jego piskliwego śmiechu dołączyły barytonowe westchnienia Siddell Weinberg. A mnie, w drodze do klubu, zrobiło się smutno, gdy uświadomiłem sobie, że nie mam nikogo naprawdę bliskiego.

3

Doszedłem do wniosku, że Wacky odda samochód przynajmniej z dwugodzinnym opóźnieniem, a dobre maniery wymagały, bym się napił i pogawędził z Wielkim Sidem. Poza tym chciałem pojechać do Santa Barbara, żeby rozejrzeć się za kobietami, ale do tego potrzebny mi był wóz.

Wziąłem prysznic w męskiej szatni, która w niczym nie przypominała swojego ponurego odpowiednika na posterunku Wilshire. Tutaj podłoga wysłana była miękkim dywanem, a na wyłożonych dębową boazerią ścianach wisiały portrety notabli z Hillcrest. Rozmawiało się tu o kontraktach filmowych i fuzjach, a golf był na dalekim, trzecim miejscu. Czułem się przez to jakoś nieswojo, więc szybko się umyłem, przebrałem i poszedłem poszukać Wielkiego Sida.

Znalazłem go w restauracji. Siedział przy stoliku koło dużego okna z widokiem na osiemnasty dołek. Rozmawiał z jakąś kobietą. Kiedy zbliżałem się do stolika, widziałem tylko jej plecy, ale jakoś wyczuwałem, że ma klasę, więc przygładziłem włosy i poprawiłem chusteczkę w kieszonce. Wielki Sid zobaczył, że nadchodzę.

– Freddy, synku! – ryknął. Delikatnie poklepał kobietę w ramię. – Kochanie, to jest mój nowy partner od golfa, Freddy Underhill. Freddy, to moja córka Lorna.

Kobieta obróciła się do mnie. Na jej twarzy zagościł nieobecny uśmiech.

– Miło mi pana poznać, panie Underhill – powiedziała.

– Mnie również, panno Weinberg – odparłem.

Usiadłem. Miałem rację: była to kobieta z klasą. Siddell Weinberg odziedziczyła po ojcu grubo ciosane rysy; Lorna miała z nim mniej wspólnego: jej włosy były bardziej jasnobrązowe niż rude, jej brązowe oczy krystalicznie czyste, a nie mętne. Miała spiczastą brodę i zmysłowe usta Wielkiego Sida, ale również stonowane, znacznie subtelniejsze. Jej nos był duży i piękny, wskutek czego nadawał jej twarzy śmiałości i inteligencji. Nie miała makijażu. Ubrana była w tweedowy komplet i białą bluzkę z jedwabiu. Chociaż siedziała, widać było, że jest wysoka i szczupła i że jak na swoją budowę ma bardzo duże piersi.

Natychmiast zapragnąłem ją poznać, ale zdusiłem w sobie impuls, który kazał mi pocałować ją w rękę – czułem, że nie oczarowałbym jej tym gestem. Usiadłem więc tylko dokładnie naprzeciwko niej, żeby móc utrzymywać kontakt wzrokowy.

Wielki Sid walnął mnie w plecy tak mocno, że niemalże uderzyłem głową w przykryty obrusem stolik.

– Freddy, synku, dołożyliśmy draniom! Czterysta pięćdziesiąt dolców! – Wielki Sid pochylił się i wyjaśnił córce: – Freddy to moja nowa kura znosząca złote jajka. Zresztą vice versa. Co za uderzenie!

Lorna Weinberg uśmiechnęła się. Odwzajemniłem się tym samym. Poklepała rękę ojca i spojrzała na niego poirytowana, ale z poufałością.

– Tata jest maniakiem golfa i osobowością iście hiperboliczną. Uwielbia określać ludzi frazesami. Musi mu pan wybaczyć. – Powiedziała to z miłością, dawało się jednak wyczuć nutkę wyższości wobec ojca i jakby prowokację pod moim adresem.

Wielki Sid tylko się roześmiał, ale ja podjąłem wyzwanie.

– To ciekawa uwaga, panno Weinberg. Jest pani psychologiem?

– Nie. Prawnikiem. A pan?

– Policjantem.

– W LA?

– Tak.

Uśmiechnęła się ostrożnie.

– A jest z pana równie dobry policjant jak gracz?

– Lepszy.

– W takim razie stanowi pan podwójne zagrożenie.

– To też frazes, który należałoby jakoś rozwinąć…

– Poddaję się. – Jej oczy mnie prześwidrowały, ale jednocześnie ożywiło je zainteresowanie. – Jestem zastępcą prokuratora okręgowego w Los Angeles. Mamy więc tego samego pracodawcę. Wolałabym być zastępcą obrońcy z urzędu, ale co to za fucha, jak powiedziałby tata. Codziennie mam do czynienia z policjantami… i zupełnie ich nie lubię. Za mało rozumieją i zbyt często aresztują. Jak czegoś nie pojmują albo nie potrafią zaakceptować, to aresztują albo biją. W więzieniach Los Angeles jest mnóstwo ludzi, których wcale tam nie powinno być. Moja praca polega na przygotowywaniu spraw dla sądu. Przekopuję tony raportów sporządzanych przez nadgorliwych detektywów. Szczerze mówiąc, postrzegam siebie jako cerbera weryfikującego aresztanckie zapędy naszych policjantów. Przez to ciągle jestem pod obstrzałem moich kolegów, ale mnie akceptują, bo jestem cholernie dobra w tym, co robię, i dlatego, że oszczędzam im mnóstwa pracy.

Wchłonąłem to wszystko i wydąłem usta w coś, co miałem nadzieję było ironicznym uśmieszkiem.

– Więc nie lubi pani gliniarzy – podsumowałem. – Normalka. Większość ludzi nas nie lubi. To co, anarchia byłaby lepsza? Jest tylko jedna odpowiedź, panno Weinberg. Nie żyjemy w raju. Musimy to zaakceptować i zająć się wymierzaniem sprawiedliwości.

Wielki Sid zauważył błysk w oczach córki, więc oddalił się w kierunku baru, zmieszany naszym zaangażowaniem w rozmowę. Lorna nie dawała za wygraną.

– Nie mogę tego zaakceptować i nie zaakceptuję. Nie można zmienić ludzkiej natury, ale można zmienić prawo. No i można wyplenić psychopatów noszących odznaki i rewolwery… Na przykład ojciec powiedział mi, że zainteresował pana człowiek, który dzisiaj zbierał wam piłki i woził kije.

Wiem o nim co nieco. Jest jedną z waszych ofiar. Pewien prawnik, zresztą członek tego klubu, reprezentował kiedyś Dave’a Ulicznika w procesie, który wytoczył on Departamentowi Policji Los Angeles. W czasie kryzysu ukradł coś do jedzenia ze sklepu. Widziało to dwóch policjantów i zaczęli go gonić. Kiedy w końcu go złapali, byli wkurzeni. Spałowali go do nieprzytomności. Dave miał potem krwotok wewnętrzny i o mało co nie umarł. Doznał trwałych uszkodzeń mózgu. Stowarzyszenie na rzecz Obrony Praw Obywatelskich pozwało do sądu wasz departament, ale przegrało. Gliniarze są ponad prawem i mogą robić, co im się podoba. Abe Dolwitz, ten prawnik, trochę się Dave’em opiekuje, ale Dave kontaktuje tylko połowę czasu. Wyobrażam sobie, że druga połowa to dla niego istny koszmar. Rozumie pan, o co mi chodzi?

– Rozumiem, że zdecydowanie wykracza pani poza swoją działkę, pani prokurator. Widzę również, że pani opinia na temat policjantów jest akademicka, jednostronna i nie uwzględnia kontekstu naszej codziennej pracy. Rozumiem pani współczucie i to, że problemów, które pani opisała, nie da się rozwiązać.

– Jak może pan być takim pesymistą?

– Nie jestem pesymistą, tylko realistą. Powiedziała pani, że gliniarze za mało rozumieją, a za dużo aresztują. Ze mną jest wręcz odwrotnie. Ja pracuję w policji dla doświadczeń, a nie dla nędznej pensji.

– Trudno mi w to uwierzyć – powiedziała Lorna Weinberg z wyższością.

Również odpowiednio zmodulowałem swój głos.

– Mało mnie to interesuje, pani prokurator. Mam natomiast jedno pytanie. Stwierdziła pani, że stanowię podwójne zagrożenie. Jakie, na Boga, niebezpieczeństwa niesie ze sobą golf?

Lorna westchnęła.

– Odciąga ludzi od myślenia o tym, co w życiu naprawdę ważne.

– Odciąga ich także od tego, co nieważne – odparowałem.

Wzruszyła ramionami. Byliśmy kwita.

Wstałem, żeby się pożegnać, ale na odchodnym rzuciłem jeszcze jedną uwagę:

– Skoro pani tak nienawidzi golfa, to dlaczego pani przychodzi do tego klubu?

– Bo karmią tu najlepiej w LA.

Roześmiałem się i niby niezobowiązująco chwyciłem Lornę Weinberg za rękę.

– Miłego dnia, panno Weinberg.

– Miłego dnia, panie władzo – odparła Lorna, nie kryjąc ironii.

Znalazłem Wielkiego Sida, podziękowałem mu za przyjemność grania z nim w golfa i obiecałem, że zadzwonię do niego wkrótce, żeby ponownie zagrać. Propozycja przyjaźni Wielkiego Sida była ujmująca, ale spotkanie z Lorną Weinberg pozbawiło mnie wigoru i rozdrażniło.

Wziąłem swoje kije i wyszedłem na parking rozejrzeć się za moim samochodem. Nie było go na głównym parkingu dla członków klubu ani na tym dla pracowników. Wyszedłem przez bramę na Pico. Wacky z każdą minutą tracił moje zaufanie.

Przeszedłem przez ulicę, bo postanowiłem, że zabiję czas, fundując sobie przechadzkę wokół obrzeży studia 20th Century Fox. Ruszyłem na północ, gdzie było mnóstwo niezabudowanych działek.

Niebo pociemniało, czarne chmury walczyły z błękitem nieba. Miałem nadzieję, że spadnie deszcz. Deszcz był dobrym katalizatorem. Lubiłem szukać kobiet w deszczowe wieczory – kiedy szalały żywioły, wydawały się bardziej bezbronne i otwarte. Już zbliżałem się do Olympic, kiedy w uliczce na tyłach magazynu rekwizytów studia zobaczyłem mojego biało-czerwonego buicka. Cały się trząsł, a ze środka dobywały się jęki. Podszedłem do samochodu i zajrzałem w okno po stronie kierowcy. Było zaparowane od ciężkich oddechów, ale i tak dostrzegłem nagie ciała Wacky’ego i Siddell Weinberg splecione w miłosnym uścisku.

Czułem straszliwy spokój, co zdarzało mi się zawsze, kiedy byłem bardzo zły. Wyjąłem jeden z kijów z torby i otworzyłem drzwi samochodu.

– Policja! – krzyknąłem, a Wacky i Siddell zaczęli piszczeć i podjęli rozpaczliwe próby przykrycia swej nagości. Nie pozwoliłem im na to. Zdecydowanym ruchem wsadziłem między nich kij i zacząłem nim ruszać, popychać go i gnieść w miejscu, gdzie ich ciała były złączone.

– Wypieprzać z mojego samochodu, sukinsyny! – wrzasnąłem. – Migiem! Wysiadać! Wypieprzajcie stąd!

Jakoś się rozsupłali i wytoczyli za drzwi. Siddell szlochała i próbowała zakryć rękoma piersi. Wywaliłem ich ciuchy na zewnątrz i przerzuciłem kajdanki i broń Wacky’ego za płot magazynu rekwizytów. Kiedy próbował włożyć spodnie, kopnąłem go mocno w tyłek.

– Nie zadzieraj ze mną, palancie! Pomyśl o mojej karierze, fiucie! Zabieraj tę swoją grubą świnię i wypieprzaj z mojego życia!

Uciekli, w pośpiechu nakładając na siebie ciuchy. Zajrzałem do samochodu. Na podłodze leżała do połowy opróżniona ćwiartka burbona. Pociągnąłem długi łyk i rzuciłem ją za nimi. Ciemne chmury prawie całkowicie zasnuły błękitne niebo.

Po chwili jednak podniosłem butelkę burbona i popiłem, czekając na deszcz. Myślałem o Lornie Weinberg. Kiedy spadły pierwsze krople deszczu, wyrzuciłem butelkę i uruchomiłem samochód, chociaż nie wiedziałem, dokąd chcę jechać.

Jeżdżenie bez celu pochłonęło trzy godziny; myślałem przy tym o Lornie Weinberg, Wackym i Davie Uliczniku. Były to przygnębiające myśli, a bezcelowe jeżdżenie tylko pogarszało stan mojego umysłu.

Podmuchy porywistego północnego wiatru przywiewały prawdziwe ściany deszczu. Szybko zrobiło się ciemno, a ja z bliżej nieokreślonych powodów znalazłem się na krętej i zdradliwej autostradzie Pasadena. Branie ostrych zakrętów na śliskiej nawierzchni z gazem wciśniętym do dechy poprawiło mi humor. Zacząłem myśleć o szansach na awans i doświadczeniach czekających mnie po przeniesieniu do obyczajówki.

Potem już wiedziałem, dokąd się wybrać. Gdy tylko dojechałem do Pasadeny, zawróciłem i ruszyłem z powrotem do LA, w okolice posterunku Wilshire, gdzie, jak nie raz słyszałem od starszych policjantów, najczęściej zaglądali gliniarze z obyczajówki. Przejechałem West Adams, gdzie wzdłuż ulicy stały grupy czarnych prostytutek, prawdopodobnie narkomanek, czekających pod parasolami w nadziei, że deszcz nie odstraszy klientów i zapewni im pieniądze na towar. Pokręciłem się koło znanych z przyjmowania zakładów lokali na Western, po czym zaparkowałem samochód i przyglądałem się przychodzącym i odchodzącym hazardzistom. Wyglądali na równie zdesperowanych jak narkomanki.

Miałem przeczucie, że smutek, beznadzieja i tandeta będą nieodłączną częścią moich doświadczeń w obyczajówce. Neony na barach i nocnych klubach wyglądały jak tanie reklamy środków przeciw samotności.

Była prawie dziewiąta. Wstąpiłem do knajpy Original Barbecue i tam, jedząc niespiesznie żeberka na kolację, zastanawiałem się, gdzie szukać kobiet. Było na tyle późno i na tyle mokro, że żądne wrażeń kobiety mogły wyłącznie przesiadywać w barach. Nie było to po mojej myśli, ale doszedłem do wniosku, że mogę dokładnie przyjrzeć się barom z perspektywy adepta wydziału obyczajowego i być może nawet się czegoś ciekawego dowiem.

W knajpie na rogu Normandie i Melrose nic się nie działo. Jej główną atrakcją był zawieszony nad barem telewizor. Wstawieni bywalcy śmiali się z Sid Caesar Show. Wyszedłem. W następnym lokalu, blisko L.A. City College, rozochoceni studenci, przeważnie w parach, wykrzykiwali coś o Trumanie, MacArthurze i wojnie.

Ruszyłem na południowy zachód. Na Western, dwa kwartały na północ od Beverly, znalazłem bar, którego nigdy wcześniej nie zauważyłem. Nazywał się Srebrna Gwiazda. Na oko był przytulny i zadbany. Reklamował go trójkolorowy neon z otaczającymi kieliszek martini trzema gwiazdami, żółtą, niebieską i czerwoną. Jaskrawopomarańczowy napis „Srebrna Gwiazda” zapalał się i gasł.

Zaparkowałem po drugiej stronie ulicy przy sklepie spożywczym, po czym przedarłem się przez ruchliwą ulicę, żeby czym prędzej znaleźć się w barze. W Srebrnej Gwieździe był tłok, i kiedy moje oczy przyzwyczaiły się do fluorescencyjnego światła, stwierdziłem, że był to lokal dla szukających okazji do podrywu, a nie tylko utopienia zmartwień w kieliszku. Mężczyźni próbowali zwrócić na siebie uwagę siedzących koło nich kobiet, wykonując nienaturalne gesty. Kobiety udawały zainteresowanie i tak rodziły się stymulowane alkoholem zażyłości. Zamówiłem podwójną whisky z wodą sodową i udałem się z nią do ciemnego rzędu boksów stojących przy tylnej ścianie. Usiadłem w jedynym wolnym. Moje zgięte nogi ledwo mieściły się pod stołem, więc je wyciągnąłem i sączyłem drinka, starając się wyglądać w miarę obojętnie, ale oczywiście cały czas byłem czujny i nie odrywałem oczu od baru i drzwi wejściowych.

Po godzinie i kolejnych dwóch drinkach zauważyłem atrakcyjną kobietę. W wejściu. Była ciemną blondynką po trzydziestce. Weszła do środka z wahaniem, jakby nie znała lokalu i zakładała, że mógł stanowić potencjalne zagrożenie.

Zdecydowała się zostać i usiadła przy barze. Barman obsługiwał kogoś innego, więc czekała na swoją kolej, bawiąc się czymś w torebce. Miejsce koło niej było wolne, zaraz się tam skierowałem. Usiadłem i kobieta odwróciła się w moją stronę.

– Cześć – powiedziałem. – Trochę tu dzisiaj tłoczno, ale barman na pewno obsłuży cię do wtorku. – Kobieta roześmiała się, jednak nie odwróciła się do mnie zupełnie. Wiedziałem czemu – miała nieładne zęby, a chciała być czarująca. Był to pierwszy zalotny gest tego wieczoru, a miałem nadzieję, że najmniej niewinny.

– Fajnie tu, nie? – rzuciła. Mówiła nosowym głosem i miała lekki akcent ze Środkowego Zachodu.

– Tak. Szczególnie gdy taka pogoda pod psem.

– Brrr – odparła kobieta. – Wiem, o czym mówisz. Jestem tu pierwszy raz. Przejeżdżałam taksówką, ale ta knajpa wyglądała tak przytulnie i zachęcająco, że musiałam tu zajrzeć. Bywasz tu częściej?

– Nie, to też mój pierwszy raz. A tak w ogóle nazywam się Bill Thornhill.

– A ja Maggie, Maggie Cadwallader.

Roześmiałem się.

– Boże, nasze nazwiska są takie brytyjskie.

Maggie też się roześmiała.

– Chociaż jestem tylko prostą dziewczyną z rolniczego Wisconsin.

– A ja zaledwie prostaczkiem z dużego miasta.

Pośmialiśmy się jeszcze chwilę. Było przyjemnie; odgrywaliśmy nasze role z naturalnością i klasą. Podszedł barman, więc zamówiłem piwo dla siebie i whisky dla Maggie. Ja zapłaciłem.

– Od jak dawna mieszkasz w LA, Maggie? – spytałem.

– Od czterech lat. A ty, Bill? – Kiedy wymówiła moje imię, wiedziałem, że się uda. Poczułem jednocześnie ulgę i przypływ energii.

– Chyba już zbyt długo. Szczerze mówiąc, jestem stąd.

– To rzadkość! Ale to miasto w sobie coś ma, nie? Czasami myślę, że mieszkam tu, bo wszystko może się tu zdarzyć, wiesz, o co mi chodzi? Możesz po prostu iść po ulicy i nagle ni stąd, ni zowąd może wydarzyć się coś szalonego czy cudownego.

Wyraźnie nie tylko ja doceniałem smak życia. Zaczynałem lubić tę kobietę.

– Pewnie, że wiem, o co ci chodzi – odparłem szczerze. – Czasem myślę, że właśnie dlatego się stąd nie wyprowadzam. Większość ludzi przyjeżdża tu dla splendoru i filmów. Ja się tu urodziłem, więc wiem, że to wszystko pic. Ja tu mieszkam dla aury tajemniczości.

– Świetnie to nazwałeś. Tajemniczość! – Maggie ścisnęła moją rękę. – Posłuchaj – powiedziała, kiedy dopiła drinka. – Niech zgadnę, co robisz w życiu. Jesteś sportowcem? Przynajmniej tak wyglądasz.

– Pudło, zgaduj dalej.

– Hmmm. Jesteś taki duży. Pracujesz na powietrzu?

– Żadnych podpowiedzi. Zgaduj dalej.

– Jesteś pisarzem?

– Nie.

– Biznesmenem?

– Nie.

– Prawnikiem?

– Nie.

– Gwiazdorem!

– Cha! Cha! Nie.

– Strażakiem?

– Nie.

– Poddaję się. Powiedz mi, czym się zajmujesz, to też ci powiem.

– Dobra, ale przygotuj się na rozczarowanie. Jestem agentem ubezpieczeniowym – powiedziałem z udawaną chłopięcą pokorą i rezygnacją.

Maggie była zauroczona.

– Co w tym złego? Ja jestem tylko księgową! To, co robimy, nie znaczy, kim jesteśmy, prawda?

– Tak – skłamałem.

– No widzisz! – Maggie znowu ścisnęła moją rękę.

Przywołałem gestem barmana, który napełnił nam szklanki. Wznieśliśmy toast.

– Za tajemniczość! – zaproponowałem.

– Za tajemniczość – powtórzyła.

Maggie szybko wypiła swojego drinka. Ja nadal sączyłem piwo. Czułem, że czas wykonać ruch.

– No cóż, Maggie, gdyby nie ta paskudna pogoda, moglibyśmy się przejechać. Znam LA jak własną kieszeń i moglibyśmy pojechać w wiele pięknych miejsc…

Maggie uśmiechnęła się ciepło, tym razem nie przejmując się swoimi zębami.

– Ja też mam ochotę się stąd wyrwać. Ale masz rację, pogoda jest paskudna. Możemy pojechać do mnie na ostatniego drinka.

– Brzmi interesująco – powiedziałem z lekko ściśniętym gardłem.

– Jesteś samochodem? Ja przyjechałam taksówką.

– Tak. Możemy jechać. Gdzie mieszkasz?

– W Hollywood. Na Harold Way. To boczna uliczka przy Sunset. Wiesz, gdzie to jest?

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Tajna sprawa Amerykański spisek Tajemnice Los Angeles Biała Gorączka Czarna Dalia Perfidia 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer