Zatrzymaj sie

Zatrzymaj sie

Autorzy: Margaret Mazzantini

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 25.60 zł

Na podstawie książki powstał film z Penélope Cruz, w Polsce znany jako Namiętność.

„Piękna proza napisana szorstkim językiem z napięciem rodem z najlepszych thrillerów”. Independent

„Psychologiczne studium namiętności, upadku i poczucia winy”. Financial Times

Wybitny chirurg zostaje wezwany do szpitala, gdzie trwa operacja jego córki Angeli. Dziewczyna uległa poważnemu wypadkowi. Timoteo czeka na korytarzu i w swej bezsilności myśli o romansie, który miał w roku urodzin córki. Historia rozpoczęła się w czasie podróży do domku na plaży, w którym czekała jego idealna żona Elsa. Kiedy psuje się samochód, Timoteo idzie szukać mechanika w obskurnych przedmieściach. Tam poznaje biedną, wręcz odpychającą kobietę o imieniu Italia. Ta znajomość budzi w nim dotąd nieznane emocje i zachowanie, a do głosu dochodzi rozczarowanie stabilnym życiem. Poddaje się temu i wpada w spiralę nakręcającej się obsesji. Gdy życie i zdrowie Angeli wisi na włosku, jego własne, jak w soczewce, ukazuje mu moment prawdziwego życia.

„Mocna i zapadająca w pamięć historia”. Panorama

„Ekscytująca”. New York Times

Tytuł oryginału:

NON TI MUOVERE

Copyright © 2001 by Margaret Mazzantini

Italian edition by Mondadori Libri S.p.A., Milano

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2015 for the Polish translation by Stanisław Kasprzysiak under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Zdjęcie na okładce: mihajlockovric-fotolia.pl

Zdjęcie autorki: © Luis Rubio Barrio

Korekta: Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-8110-421-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Dedykacja

Zatrzymaj się

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla Sergia

Nie zatrzymałaś się na czerwonym świetle. Mknęłaś jak na skrzydłach w tej swojej kurtce ze sztucznego futra jak z sierści wilka, ze słuchawkami walkmana na uszach. Wcześniej padało i znowu miało padać. W górze, nad koronami platanów i nad antenami na dachach, krążyły stada szpaków, przesłaniając szare jak popiół światło: te ciemne plamy, płynne smugi skrzydeł i jazgotu wciąż zmieniały kształt, zderzały się miękko ze sobą, rozdzielały się i rozpraszały, by po chwili na nowo się połączyć. Na dole ludzie osłaniali sobie głowy gazetami albo chociaż dłońmi, żeby uniknąć ptasich nieczystości spadających z nieba na asfalt pokryty mokrymi liśćmi i wydzielających mdły, dokuczliwy zapach, od którego każdy chciał być jak najdalej.

Nadjechałaś pustą aleją i rozpędzona wpadłaś na skrzyżowanie. Mogło ci się udać, ten samochód mógł cię wyminąć. Ale asfalt był śliski, pokryty odchodami przelatujących ptaków jak tłustawym błotem. Koła auta poślizgnęły się, niewiele, odrobinę, ale to wystarczyło, żeby samochód otarł się o twój skuter. Wyleciałaś w górę, w stronę szpaków, i zaraz opadłaś na dół, na zanieczyszczony przez nie asfalt, a razem z tobą spadł twój szkolny plecak ozdobiony naklejkami. Dwa zeszyty wyleciały na chodnik, wpadły do kałuży, do brudnej wody. Kask potoczył się po jezdni jak pusta czaszka, nie zapięłaś go pod brodą. Ktoś zaraz do ciebie podbiegł. Miałaś otwarte oczy, brudne usta, wybite przednie zęby. Twarz otarła się o asfalt, ciemne okruchy wbite w policzki wyglądały jak męski zarost. Muzyka umilkła, słuchawki walkmana zaplątały ci się we włosy. Z auta wyskoczył kierowca, nawet nie zatrzasnął drzwi i podbiegł do ciebie. Zobaczył, że masz rozbite czoło, i sięgnął do kieszeni po telefon. Wyszarpnął go, ale telefon wypadł mu z ręki. Jakiś chłopiec go podniósł i to on zadzwonił po pogotowie. Ruch na jezdni już się zatrzymał. Samochód stał w poprzek na torach, tramwaj nie mógł jechać dalej. Motorniczy wysiadł, wyszło też wielu pasażerów, wszyscy podchodzili do ciebie. Obcy, nieznani ludzie nie odwracali od ciebie wzroku, nie zostawiali cię w spokoju. Z twoich ust wydostało się ciche westchnienie i plamka różowej śliny, ale świadomość już cię opuściła. Na jezdni stłoczyły się samochody, karetka długo nie nadjeżdżała. Ale tobie już się nie spieszyło. Tkwiłaś nieruchomo w tej swojej kurtce jak ptak zatrzymany w locie.

Potem karetka wiozła cię na sygnale i przedzierała się między samochodami, spychając je do krawężników wzdłuż całej nadrzecznej alei. Butelka z płynem fizjologicznym kołysała się nad twoją głową, a czyjaś ręka naciskała i rozluźniała błękitny balonik, żeby ci pompować powietrze do płuc. Na izbie przyjęć zajęła się tobą lekarka od reanimacji, ucisnęła ci palcem szyję między szczęką a kością gnykową, to czułe miejsce reagujące na ból. Zareagowałaś za słabo. Lekarka otarła ci gazą krew płynącą z czoła. Sprawdziła źrenice: były nieruchome i nierównej wielkości. Oddech miałaś zwolniony. Wsunęli ci do ust rurkę Guedela, żeby wydobyć język cofnięty w głąb, a potem umieścili w nich cewnik zasysający. Usunęli z nich krew, resztki asfaltu, śluz i wybite zęby. Założonym na palec klipsem zmierzyli ci poziom oksyhemoglobiny: był za niski, tylko osiemdziesiąt pięć. Od razu podłączyli cię do przyrządów. Końcówka laryngoskopu wślizgnęła ci się do ust z chłodnym lśnieniem. Wszedł pielęgniarz, popychając przed sobą wózek z kardiomonitorem, włożył wtyczkę do kontaktu, ale aparat nie włączył się. Uderzył go lekko, z boku, i monitor się rozświetlił. Podciągnęli ci koszulkę, umieścili na piersi przyssawki elektrod. Musiałaś chwilę czekać, bo sala z tomografem była zajęta, a potem wsunęli cię do tunelu. Uraz nastąpił w strefie skroniowej. Lekarka, która zajmowała się twoją reanimacją, poprosiła przez szklaną przegrodę radiologa, żeby zrobił ci zdjęcia przekrojowe raz jeszcze, w bliższych odstępach. Pozwoliło to ustalić głębokość i rozległość krwiaka na zewnątrz mózgu. Jeśli gdzieś utworzył się dodatkowy krwiak śródoponowy, to jeszcze nie był widoczny. Ale nie wstrzyknęli ci dożylnie kontrastu, bali się powikłań nerkowych. Od razu zadzwonili na trzecie piętro, żeby przygotowano salę operacyjną. Lekarka spytała:

– Kto ma dyżur na neurochirurgii?

Zaczęli cię przygotowywać do zabiegu operacyjnego. Pielęgniarka ostrożnie cię rozebrała, nożycami przecinając na tobie bieliznę. Nie wiedzieli, jak zawiadomić rodzinę. Spodziewali się, że znajdą przy tobie jakiś dokument, ale nic takiego w kieszeniach nie miałaś. Przejrzeli twój plecak i w nim znaleźli dzienniczek szkolny. Lekarka przeczytała nazwisko, potem imię. Zatrzymała się dłużej przy nazwisku i dopiero po chwili rzuciła okiem na twoje imię. Zalała ją fala gorąca, nie mogła nabrać głębiej powietrza, jakby jakiś nieuważnie połknięty kęs utknął jej w tchawicy. Wtedy odstąpiła od swojej oschłej, rzeczowej roli i przyjrzała się twojej twarzy nie jak lekarka, lecz jak kobieta. Wpatrywała się w twoje opuchłe rysy z nadzieją, że zniknie ten przerażający domysł, który już się w niej pojawił. Ale ty, Angela, jesteś do mnie podobna i ona, Ada, nie mogła tego nie dostrzec. Pielęgniarka goliła ci głowę, włosy spadały na posadzkę. Ada wyciągnęła rękę w stronę tych twoich kasztanowych kosmyków.

– Ostrożnie – wyszeptała – postaraj się ostrożnie…

Potem, już na sali reanimacyjnej, podeszła do dyżurnego neurochirurga.

– Ta dziewczyna, którą nam przed chwilą przywieźli…

– Nie włożyłaś maseczki, musimy stąd wyjść.

Przeszli z aseptycznego pomieszczenia, gdzie nie mogą wchodzić krewni i gdzie chorzy leżą nago pod maskami tlenowymi, do pokoju, w którym pielęgniarka przygotowywała cię do operacji. Neurochirurg popatrzył na monitor, na wykres elektrokardiogramu i ciśnienia.

– Za wysokie – powiedział. – Wykluczyliście obrażenia klatki piersiowej i jamy brzusznej?

Potem spojrzał przelotnie na ciebie. I nagle, szybkim ruchem palców przesunął ci w górę powieki.

– I co? – spytała Ada.

Nie odpowiedział jej, zwrócił się do pielęgniarki:

– Sala operacyjna gotowa?

– Prawie.

Ada nalegała:

– Jest do niego podobna? Jak myślisz?

Neurochirurg odwrócił się, sięgnął po kliszę z badania tomograficznego i podniósł ją w stronę wpadającego przez okno światła.

– Krwiak jest między mózgiem a oponą…

Ada zaciskała nerwowo ręce.

– Jest do niego podobna, prawda?

– …ale może też być drugi, śródoponowy.

Na dworze padało. Ada szła łącznikiem między izbą przyjęć a pawilonem internistyki: trzymała ręce założone przed sobą, była w żakiecie z krótkimi rękawami i w sandałach z zielonej gumy, które nie wydawały żadnego odgłosu. Nie wsiadła do windy, żeby wjechać prosto na chirurgię, skierowała się w stronę schodów. Czuła, że potrzebuje ruchu, chciała coś zrobić. Znam ją od dwudziestu pięciu lat. Zanim się ożeniłem, przez jakiś czas kręciłem się koło niej, nie tyle poważnie, co dla zabawy. Otworzyła drzwi. W pokoju lekarzy był tylko pielęgniarz, zbierał puste filiżanki po kawie. Wzięła z pojemnika czepek i maseczkę, w pośpiechu je włożyła i weszła na salę operacyjną.

Zobaczyłem ją dopiero po chwili, kiedy podniosłem wzrok na instrumentariuszkę, żeby jej podać zacisk. Pomyślałem, że to dziwne widzieć Adę tutaj, bo przebywa stale na reanimacji i spotykamy się dość rzadko, najczęściej w barze w podziemiach. Ale nie zastanawiałem się, dlaczego tu się znalazła, i nawet się z nią nie przywitałem, nie skinąłem jej głową, tylko zdjąłem następny zacisk i podałem instrumentariuszce. Ada czekała, kiedy już nie będę miał rąk zajętych operacją.

– Muszę panu coś powiedzieć, panie profesorze – szepnęła mi.

Instrumentariuszka wyjmowała płaską igłę ze sterylnego opakowania, dobrze pamiętam, że właśnie rozległ się szelest rozdzieranego papieru podklejonego folią, kiedy spojrzałem Adzie w oczy. Stała bardzo blisko mnie, ale wcześniej tego nie zauważyłem. Zobaczyłem wielkie oczy, nieumalowane, lśniące migotliwie gdzieś w głębi. Zanim przeszła na reanimację, zajmowała się anestezją, była jedną z najlepszych specjalistek w szpitalu, podawała podtlenek azotu wielu moim pacjentom. Nieraz widziałem, że nawet w chwilach wielkiego napięcia nie ulega emocjom, i dlatego myślałem o niej z uznaniem, bo dobrze wiem, ile wysiłku musiało ją to kosztować, żeby w takich okolicznościach zostawiać na boku siebie, odgradzać się od siebie samej zielonym lekarskim fartuchem.

– Porozmawiamy później – powiedziałem.

– Nie, nie, to bardzo pilne, panie profesorze…

Głos miała zmieniony, przebijała z niego jakaś dziwna przewaga nade mną. Chyba jeszcze nic nie przychodziło mi do głowy, ale od razu zaczęły mi ciążyć ręce. Instrumentariuszka podawała mi igły do wyboru. Nigdy nie zostawiałem zabiegu niedokończonego. Ścisnąłem sobie mocno rękę i stwierdziłem, że reaguję na to z opóźnieniem. Miałem właśnie zaszywać tkankę mięśniową na brzuchu. Cofnąłem się o krok, odsunąłem od stołu operacyjnego i wpadłem na kogoś, kto stał za mną.

– Dokończ to – rzuciłem asystentowi.

Instrumentariuszka podsunęła mu pojemnik z igłami.

Usłyszałem chrzęst metalu, potem pojemnik uderzył o dłoń w lateksowej rękawicy, dotarł do mnie wyraźnie ten przytłumiony odgłos. Wszyscy na sali popatrzyli w tym momencie na Adę.

Wyszliśmy, drzwi sali zamknęły się cicho i szczelnie za naszymi plecami. Stanęliśmy naprzeciw siebie w pokoju, gdzie przygotowuje się pacjentów do anestezji.

– O co chodzi?

Ada była zdyszana, falowały jej piersi pod żakietem, krótkie rękawy odsłaniały zmarznięte, poznaczone ciemniejszymi plamami ramiona.

– Przywieźli nam dziewczynę, panie profesorze, z urazem czaszki…

Odruchowo, nie zdając sobie sprawy z tego, co robię, zdjąłem rękawice.

– I to dlatego…?

– Znalazłam przy niej dzienniczek… Tam jest pańskie nazwisko.

Podniosłem rękę, zerwałem z twarzy maseczkę. W głosie Ady już nie było stanowczości, wyczerpała się jej odwaga. Była tylko prośba o pomoc, cierpliwa i bezgłośna.

– Jak pana córka ma na imię?

Chyba pochyliłem się nad nią, żeby widzieć ją z bliska, żeby w głębi jej oczu dopatrzyć się imienia, które nie byłoby twoje.

– Angela – wyszeptałem. Mówiłem w stronę tych oczu i zobaczyłem, że źrenice Ady gwałtownie się rozszerzają.

Zbiegłem schodami, przebiegłem w deszczu przez dziedziniec, biegłem dalej, nie zważając, że rozpędzona karetka zahamowała dwa kroki przede mną, wbiegłem przez szklane drzwi do izby przyjęć, przebiegłem przez pokój pielęgniarzy, wbiegłem do sali, gdzie ktoś ze złamaną nogą głośno krzyczał, wbiegłem do następnej, pustej i nieposprzątanej. Zatrzymałem się. Na posadzce leżały twoje włosy. Twoje kasztanowe, wijące się włosy były zamiecione na kupkę razem z zakrwawioną gazą.

W jednej chwili rozsypuję się, zmieniam się w popiół, który żyje, idzie dalej przed siebie. Wchodzę na salę reanimacji, przybliżam się do szklanej ścianki. Ty jesteś tam, za szybą, z ogoloną głową, podłączona do aparatury, z jasnymi plastrami na obrzękłej i posiniaczonej twarzy. To na pewno ty. Przechodzę przez szklane drzwi i staję przy tobie. Jestem zwyczajnym ojcem, biednym ojcem, na którego zwaliło się cierpienie, mam wyschnięte usta, zimny pot oblewa mnie całego, po nasadę włosów. Wyczuwam w sobie coś, z czym nie można się pogodzić, co zgęstniało we mnie i tworzy mgliste przedpiekle, co jest samym osłupieniem. Tkwię w tym zamroczeniu, w tym zatorze bólu. Zamykam oczy, bo nie umiem tej udręki znieść. Ciebie nie ma tutaj, mówię sobie, jesteś teraz w szkole. Kiedy otworzę oczy, już cię tu nie zobaczę. Zobaczę inną dziewczynę, mniejsza z tym jaką, jedną z tylu dziewczyn na świecie. Tylko nie ciebie, Angela. Otwieram oczy i widzę ciebie. Jedną z tylu dziewczyn na świecie.

W kącie stoi pojemnik z napisem „Odpadki septyczne”. Tam moje miejsce. Muszę tam wrzucić tę moją część, która we mnie jest człowiekiem. To konieczne, to jedyna rzecz, jaką mogę zrobić. Muszę patrzeć na ciebie tak, jakbyś nie miała ze mną nic wspólnego. Jedna z elektrod zachodzi bez potrzeby na twój sutek, odrywam ją i przymocowuję, jak trzeba. Patrzę na monitor: tętno pięćdziesiąt cztery. Po chwili mniej: pięćdziesiąt dwa. Podnoszę ci powieki, źrenice masz nierówne, prawa jest bardziej rozwarta, uraz endokraniczny nastąpił w tej półkuli. Trzeba cię operować bezzwłocznie, żeby mózg mógł funkcjonować normalnie, żeby jego masa, przesunięta przez krwiak, napierająca teraz mocno, nieustępliwie na kość czaszki, nie pozbawiała cię z każdą chwilą jakiejś cząstki ciebie samej. Odwracam się do Ady:

– Daliście jej kortyzon?

– Tak, profesorze, daliśmy także osłonę gastryczną.

– Są inne obrażenia?

– Podejrzewamy pęknięcie śledziony.

– Hemoglobina?

– Dwanaście.

– Kto jest na neurochirurgii?

– Ja. Dzisiaj ja jestem. Cześć, Timoteo.

Alfredo kładzie mi rękę na ramieniu, fartuch ma jeszcze rozpięty, mokrą twarz, mokre włosy.

– Dzwoniła po mnie Ada, wróciłem. Chwilę wcześniej stąd wyszedłem, jechałem już do domu.

Alfredo jest najlepszym specjalistą na swoim oddziale, ale nie cieszy się należnym uznaniem, bo zachowuje się nierówno, zdarzają mu się dni, kiedy wszystkich unika, jego zalety za mało rzucają się w oczy; pozostaje w cieniu ordynatora i traci pewność siebie, kiedy tamten patrzy mu na ręce. Dawniej dawałem mu dobre rady, lecz mnie nie słuchał; ma wielki talent, ale nie ma równie wielkiego charakteru. Rozwiódł się, słyszałem, że ma dorosłego syna, chyba w twoim wieku. Dziś był już po dyżurze, mógł się wykręcić, żaden chirurg nie lubi operować krewnych kolegi. A jednak od razu wezwał taksówkę, a potem z niej wyskoczył w ulicznym korku i biegł w deszczu między samochodami, żeby znaleźć się tu jak najprędzej. Nie wiem, czy zdobyłbym się na takie poświęcenie.

– Wszystko gotowe? – pyta Alfredo.

– Gotowe – odpowiada pielęgniarka.

– Jedziemy, nie ma na co czekać.

Ada podchodzi do ciebie, odłącza cię od respiratora i podłącza pod balonik Ambu, żeby można cię było przewieźć. Ruszają z tobą od razu, widzę, jak twoje ramię osuwa się z wózka, kiedy wwożą cię do windy, i jak Ada się pochyla, żeby ułożyć je na powrót przy tobie.

Zostaję z Alfredem, siadamy w pokoju przygotowawczym przy salce reanimacyjnej. Alfredo zapala światło w diafanoskopie, kładzie twoją kliszę i wpatruje się w nią z bardzo bliska. Skupia się na jednym punkcie, marszczy czoło, unosi brwi, patrzy z napiętą uwagą. Wiem, co to znaczy szukać w takiej radiograficznej mgławicy choćby nikłego śladu czegoś, co może się okazać pomocne.

– Popatrz – mówi – główny krwiak jest tutaj, tuż nad oponą, dostanę się tam z łatwością… Trzeba sprawdzić, czy mózg nie ucierpiał, tego nie umiem przewidzieć. Jest też jakiś mały punkt tutaj, gdzieś głębiej, nie wiem, co to takiego, może drugi wylew, śródoponowy…

Wpatrujemy się obaj w to sine rozświetlenie, które zza naszych pleców rzuca na ekran twój mózg. I obaj wiemy, że nie wolno nam kłamać.

– Mogły się już zacząć komplikacje – mówię cicho – mogło dojść do niedokrwienia.

– Muszę otworzyć czaszkę, dopiero wtedy coś zrozumiemy.

– Ona ma piętnaście lat.

– Tym lepiej, ma silne serce.

– Wcale nie jest silna, to jeszcze dziecko.

Pochylam się, opieram łokcie na kolanach i płaczę, nie próbuję się opanować, zakrywam sobie rękami mokrą twarz.

– Umrze, prawda? Ma głowę pełną krwi, obaj to wiemy.

– Gówno wiemy, Timoteo.

Ukląkł przy mnie, chwycił mnie za ramiona, mocno mną potrząsa. Może w ten sposób chce potrząsnąć także sobą.

– Zaraz się tam dostanę i zobaczymy. Muszę usunąć krwiak, mózg zacznie działać normalnie i zobaczymy, co będzie.

Podnosi się.

– Wejdziesz ze mną na salę, co?

Przeciągam ręką pod nosem, ocieram sobie oczy i wstaję. Na owłosieniu zostaje lśniąca smuga łez.

– Nie, nie wejdę z tobą, nic o mózgu nie wiem, nie pamiętam, na nic ci się nie przydam…

Alfredo patrzy na mnie w skupieniu, spojrzenie ma nieugięte, wie, że nie kłamię.

W windzie już nie rozmawiamy, patrzymy na cyfry wyświetlające mijane piętra. Rozchodzimy się bez słowa, nawet się nie obejmujemy. Po paru krokach jestem już w pokoju lekarskim, siadam na krześle. Alfredo tymczasem przygotowuje się za ścianą do operacji. Mogę śledzić w myślach jego ruchy, ten rytuał, który tak dobrze znam. Teraz zanurza ręce po łokcie w wielkiej stalowej umywalce, odpakowuje sterylną gąbkę, mogę wyczuć zapach amoniaku… Pielęgniarka podsuwa mu kawałki gazy, żeby sobie osuszył ręce. Instrumentariuszka wkłada mu fartuch. Panuje już to szczególne milczenie, jakby obok siebie stali ludzie, którzy nagle utracili zdolność mowy. Przez otwarte drzwi widzę znajomego pielęgniarza, przechodzi, zaczepiamy o siebie wzrokiem, ale on odwraca spojrzenie, patrzy w dół, pod nogi. W drzwiach pojawia się Ada. Ta dobrze mi znana Ada, która nigdy nie wyszła za mąż, która mieszka na parterze i na jej ogródek ciągle spada bielizna z wyższych pięter.

– Zaczynamy. Nie chce pan wejść? Na pewno?

– Nie, nie chcę.

– Może panu w czymś pomóc?

– Nie, nie, w niczym.

Potakuje ze zrozumieniem głową, stara się uśmiechnąć.

– Ada, chcę pani coś powiedzieć – mówię i zatrzymuję ją w drzwiach.

Wraca i patrzy mi prosto w oczy.

– Proszę mówić.

– Gdyby się to stało, niech pani każe wszystkim wyjść i zanim mnie pani zawoła, niech pani odłączy respirator, wyjmie igły, usunie wszystko i zasłoni to miejsce… Proszę oddać mi ją taką, jaka była.

Alfredo już przeszedł przez strefę sterylną i wkroczył na salę operacyjną z podniesionymi rękami; podchodzi do niego asystent i wkłada mu rękawice. Ty już leżysz pod lampą. A mnie teraz czeka najtrudniejsze zadanie: muszę powiadomić twoją matkę. Dziś rano, jak wiesz, wyleciała do Londynu, miała przeprowadzić z kimś wywiad, chyba z jakimś ministrem, była tym bardzo przejęta. Taksówka, która ją wiozła na lotnisko, wyjechała z naszej bramy tuż przed tobą. Słyszałem, jak rano sprzeczałyście się w łazience. W sobotę wróciłaś później, niż obiecałaś, kwadrans po północy, a to twoje spóźnienie o piętnaście minut bardzo ją rozgoryczyło. Są rzeczy, których nie toleruje, nie znosi niesłowności, ponieważ uważa, że to zanadto zakłóca jej spokój. Jest zawsze dla ciebie wyrozumiała, chociaż narzuca ci te rygory, które są jej potrzebne, ale które, możesz mi wierzyć, dość jej ciążą. Wiem, że nie robisz nic niestosownego, spotykasz się pod zamkniętą szkołą z koleżankami i kolegami, i tyle. Rozmawiacie w ciemności, na zimnie, obejmujecie się, macie na sobie te swetry z za długimi rękawami, które naciągacie na dłonie. I tak tam stoicie, pod ścianą oszpeconą napisami i pod wielkim graffiti w górze. Zawsze pozwalałem ci robić, co chciałaś, mam do ciebie zaufanie, mam zaufanie nawet do twoich błędów. Znam cię taką, jaką jesteś w domu, znam cię też z tych krótkich i rzadkich chwil, kiedy jesteśmy sami, ale nie wiem, jaka jesteś z innymi. Wiem, że masz dobre serce i w swoich wspaniałych przyjaźniach dajesz z siebie wszystko. To piękne, to są te uniesienia, dla których warto żyć. Lecz twoja matka myśli inaczej, uważa, że za mało się uczysz, że za dużo czasu marnujesz i może nie zdasz do następnej klasy.

Czasami idziecie parę ulic dalej i schodzicie do pubu na rogu, do tego kąta poniżej chodnika, gdzie ciemno od dymu. Kiedyś tam zajrzałem, z góry, przez niskie okienko, i widziałem, jak się śmiejecie, obejmujecie i zgniatacie w popielniczkach niedopałki. Byłem przyzwoicie ubranym, starszym panem na samotnej nocnej przechadzce, a wy sterczeliście tam, za zakratowanymi oknami, przy których zatrzymują się psy, żeby je obwąchiwać. Byliście tak bardzo młodzi i tak ciasno stłoczeni. Jesteście przepiękni, Angela, to chciałbym ci powiedzieć. Przepiękni. Podglądałem was, chociaż trochę się tego wstydziłem. Patrzyłem na was z takim zaciekawieniem, z jakim dorośli patrzą na dziecko odpakowujące prezent. Bo przecież właśnie odpakowywaliście dar życia w tym zadymionym pubie.

Rozmawiałem z moją sekretarką. Już zdążyła zawiadomić lotnisko Heathrow. Wyjdzie po Elsę hostessa, odbierze ją prosto z samolotu i zaprowadzi do osobnej salki, żeby jej wyjaśnić, co się stało. Ze zgrozą myślę, że jest teraz w powietrzu, gdzieś w górze, że siedzi z gazetami na kolanach i o niczym nie wie. Sądzi, że tu, na dole, nie dzieje się nic złego, córeczko. Wolałbym, żeby jej lot trwał i trwał, żeby nie musiała w końcu wylądować na ziemi. Może w tej chwili patrzy na obłoki, na ten, co przesuwa się przez słońce i trochę je odsłania, tak że lśniąca smuga światła wchodzi przez okienko i pada jej na twarz. Pewnie czyta artykuł któregoś z kolegów i go sobie komentuje, poruszając nieznacznie ustami. Znam na pamięć jej bezwiedne gesty, wiem, że uczucia rysują się jej na twarzy jak na ekranie. Wiele razy siedzieliśmy w samolocie obok siebie. Znam zmarszczki na jej szyi, znam tę małą fałdkę pod brodą, którą widać, kiedy pochyla głowę i czyta, znam zmęczenie, które pojawia się w jej oczach, wiem, że wtedy zdejmuje okulary, zamyka powieki i odchyla do tyłu głowę. Pewnie teraz stewardesa podsuwa jej tacę zjedzeniem; Elsa odmówi w doskonałej angielszczyźnie, poprosi: Just a black coffee, i będzie czekać, żeby jak najszybciej ulotnił się zapach tego anonimowego, sterylnego posiłku. Twoja matka zawsze stoi nogami na ziemi, nawet kiedy jest w powietrzu. Może teraz odwróciła się w stronę okienka, może zaciągnęła zasłonkę i zechce pół godziny odpocząć. Będzie myśleć o tym, co dobrze by było jeszcze dziś zrobić, bo na pewno zechce znaleźć trochę czasu, żeby pójść do centrum na zakupy. Ostatnio przywiozła ci to piękne poncho, pamiętasz? No, dzisiaj może nic ci nie kupi, może jeszcze jest na ciebie zła… Co poczuje, kiedy hostessa na lotnisku podejdzie tylko do niej? Ugną się pod nią nogi? Z jaką twarzą będzie w roztargnieniu patrzeć na przepływający przed nią międzynarodowy tłum? Poczuje się zagubiona? Na pewno się postarzeje, Angela, w jednej chwili zrobi się całkiem stara. Tak bardzo cię kocha. Jest kobietą dzisiejszą, wyzwoloną, ważne są dla niej więzi społeczne, wszystkiego tego się nauczyła, ale nie wie, co to cierpienie. Myśli, że wie, ale nie wie. Jest tam, w górze, w chmurach i jeszcze nie wie, czym jest to, co dzieje się tu, na dole. Nie wie, jak to okrutnie dopada człowieka, jak go przeszywa, choć człowiek nie rozumie, co w nim zostało przeszyte. Wie tylko, że nie ma już niczego. Ta próżnia wsysa w siebie wszystko z niesłychaną szybkością jak wir, wsysa twoje szuflady, sukienki, fotografie, podpaski higieniczne, długopisy, płyty kompaktowe, zapachy; wsysa nawet całą twoją przeszłość: twoje narodziny, pieluszki, niańki, twoje rękawki do pływania. Wszystko, co twoje, przepada. Elsa tam, na lotnisku, zostanie ogołocona ze wszystkiego. Pozostanie jej samo życie, spustoszone jak wielki plac, jak pusta torebka na ramieniu. Może podbiegnie do okna, przez które widać odlatujące samoloty, może oprze czoło o tę przegrodę oddzielającą ją od nieba albo uderzy o nią głową, bo stanie się jak zwierzę wyrzucone przez powódź na brzeg rzeki.

Moja sekretarka rozmawiała z dyrektorem lotniska. Zapewnił ją, że zachowają jak największą ostrożność, zrobią wszystko, żeby jej nie przerazić. Reszta już została ustalona: wróci pierwszym samolotem, jakiś należący do British Airlines odlatuje zaraz po jej przylocie. Reszta już została ustalona: posadzą ją w spokojnym kącie, przyniosą herbatę, podsuną telefon. Ja swój telefon komórkowy trzymam włączony w kieszeni, sprawdziłem baterię, jest naładowana dostatecznie, na trzy kreski, nie wyłączy się. Będę kłamał. Będę wmawiał Elsie, że to nic poważnego, a ona oczywiście mi nie uwierzy. Pomyśli, że nie żyjesz. Ale postaram się, żeby moje zapewnienia wypadły jednak przekonująco. Ty, Angela, nosisz pierścionek na kciuku, nie zauważyłem tego. Ada z trudem ci go zdjęła, mam go w kieszeni, próbowałem włożyć na mój kciuk, lecz to niemożliwe, teraz próbuję, czy nie wcisnę go na palec środkowy i może to mi się uda. Ale ty nie umieraj, Angela, nie umieraj, zanim Elsa nie wyląduje. Nie pozwól, żeby twoja dusza przebijała się przez obłoki, kiedy ona tak ufnie na nie patrzy. Nie przecinaj toru jej lotu, córeczko, zostań z nami. Zatrzymaj się.

Zimno mi, wciąż mam na sobie tylko ten dres, w którym byłem na sali operacyjnej, pewnie trzeba by się przebrać, ale ubranie zostało tam, na moim oddziale, w metalowej szafce z nazwiskiem. Powiesiłem starannie marynarkę na koszuli, portmonetkę i kluczyki od auta włożyłem do górnej szufladki i zamknąłem szafkę na kłódkę. Kiedy to było? Trzy godziny temu, może niecałe trzy. Trzy godziny temu byłem takim samym człowiekiem jak wszyscy. Jakże podstępne jest cierpienie, jak szybko nas sobie podporządkowuje. Jest jak żrący kwas, który rozpuszcza wszystko do dna. Opieram łokcie na kolanach. Przez szczeliny żaluzji widać fragment pawilonu onkologii. W tym pokoju, gdzie teraz jestem, nigdy nie przebywałem dłużej, czasami zatrzymywałem się tu na chwilę. Siedzę na kanapie ze skaju, przed sobą mam niski stolik i dwa puste krzesła. Widzę, że w zielonej lastrikowej posadzce tkwią wtopione ciemne kamienne okruchy, które mienią mi się w oczach, ruchliwe jak wirusy pod mikroskopem. Wszystko mi mówi, że nieświadomie spodziewałem się tej tragedii.

Dzielą nas teraz, Angela, korytarz, dwoje drzwi i ten twój brak świadomości. Czy taką odległość można ubłagać? Może będzie dla nas łaskawa jak ksiądz w konfesjonale, może pozwoli mi dotrzeć do ciebie i poprosić, żebyś mnie, córeczko, wysłuchała. Od razu, tutaj, na tej migotliwej posadzce.

Jestem chirurgiem, nauczyłem się oddzielać w ludziach zdrowe części od chorych, ocaliłem niejedno życie. Ale nie ocaliłem swego.

Od piętnastu lat żyjemy obok siebie. Znasz mój zapach, odgłos moich kroków, wiesz, jak uważnie dotykam rzeczy, w jak wyważony sposób mówię, poznałaś trochę jaśniejszych cech mego charakteru, poznałaś też te ciemniejsze, te tak dalece odpychające, że niczym ich nie można usprawiedliwić. Nie wiem, co o mnie sądzisz, mogę się tylko tego domyślać. Pewnie uważasz, że jestem odpowiedzialnym ojcem, że nie brak mi poczucia humoru i błyskotliwej ironii, ale stwierdzasz, że żyję zanadto na uboczu. Tylko z matką wiążą cię głębokie uczucia, czasami burzliwe, ale zawsze gorące. Ja w waszym związku jestem jak męski garnitur wiszący w szafie. Najwięcej o mnie mówi wam nie tyle moja osoba, co moja nieobecność w domu, moje książki, mój płaszcz w przedpokoju. Nie wiem, jaką opowieść ułożyłyście sobie o mnie, miałyście tylko te dane, jakich wam dostarczałem. Ty, Angela, jak twoja matka, lepiej się czułaś z tym, że nie ma mnie przy tobie, bo gdybyś mnie przy sobie miała, pewnie by ci to ciążyło. Wiele razy, kiedy rano wychodziłem z domu, miałem wrażenie, że to wy popychacie mnie w stronę drzwi, wy obie, wasza zdwojona energia, że chcecie się mnie pozbyć, żebym wam nie przeszkadzał. Podoba mi się, że wasz związek jest tak naturalny, patrzę na was z uśmiechem, wy dwie zawsze chroniłyście mnie po części przede mną samym. Ja nigdy nie czułem się „naturalny”, ciągle się o to starałem, ale nic mi z tych starań nie wychodziło, bo już samo narzucanie sobie starań o naturalność jest porażką. Więc pogodziłem się z tą figurą, w jaką zmieniłyście moją osobę, jakbyście wycięły sobie sylwetkę z papieru. Przyjąłem rolę wiecznego gościa we własnym domu. Nie raziło mnie nawet to, że służąca w deszczowe dni ustawiała pod moją nieobecność stojak z bielizną przy kaloryferze w moim gabinecie. Kiedy po powrocie siadałem w fotelu i ten stojak przeszkadzał mi wyciągnąć dobrze nogi, przerywałem czytanie, kładłem książkę na kolanach i przypatrywałem się waszej bieliźnie. Miałem wrażenie, że te wasze mokre rzeczy są dla mnie towarzystwem lepszym i bliższym niż wy, ponieważ tę delikatną i czystą bieliznę otaczała aura nostalgii, aura mojej tęsknoty za wami, a także za samym sobą, aura mojej nieobecności wśród was. Wiem, Angela, że przez te wszystkie lata, kiedy cię całowałem czy obejmowałem, wypadało to niezręcznie i sztucznie. Czułem wtedy, że jesteś napięta i zniecierpliwiona, że może nawet sprawiam ci tym przykrość. Takie gesty nie były ci potrzebne, i tyle. Wystarczyło ci wiedzieć, że jestem, że możesz patrzeć na mnie z daleka, jak podróżny na innego podróżnego stojącego za oknem mijanego pociągu i niewyraźnie rysującego się za szybą. Jesteś dziewczynką wrażliwą i pogodną, ale twój nastrój często nagle się zmienia, stajesz się opryskliwa, nie panujesz nad sobą. Zawsze podejrzewałem, że to ja się przyczyniam do twego dziwnego rozdrażnienia, po którym jesteś zgaszona i trochę smutna.

Angela, ty przesłaniasz puste krzesło, puste nie z twojej winy. Także we mnie stoi puste krzesło. Patrzę na nie, mogę sobie wyobrazić jego oparcie, jego nogi, czekam i wydaje mi się, że coś słyszę. Że odzywa się nadzieja. Znam jej głos, odzywała się lękliwie w tylu ciałach moich pacjentów, pojawiała w ich oczach, wypełniała salę operacyjną, ile razy moje decyzje wpływały na bieg czyjegoś życia. Łudzę siebie, ale dobrze wiem, czego się po tym złudzeniu spodziewam. Patrząc teraz na okruchy posadzki migocące jak sadza, jak zmierzchające cienie, łudzę się, że na tym pustym krześle usiądzie choćby na mgnienie tamta kobieta, że pojawi się przede mną nie tyle jej postać, co jej litość dla mnie. Widzę jej czółenka w ciemnym kolorze wina, jej nogi bez pończoch, jej wysokie czoło. Już tu jest, zjawiła się, żeby mi przypomnieć, że jestem człowiekiem krzywdzącym innych, naznaczającym nieszczęściem kochane osoby. Ty tej kobiety nie znasz, przemknęła przez moje życie, kiedy ciebie jeszcze nie było na świecie, przemknęła, ale pozostawiła po sobie ślad trwały jak skamielina. Chciałbym teraz być przy tobie, Angela, znaleźć się w tym przedpieklu podłączonych do ciebie przewodów, gdzie otwierają ci czaszkę i dostają się do twojej głowy, bo chciałbym ci o tej kobiecie opowiedzieć.

Spotkałem ją w barze. W jednym z tych podmiejskich barów, gdzie kawa jest zła i gdzie równie złym zapachem zawiewa od niedomkniętych drzwi toalety, zza odrapanej metalowej skrzynki z piłkarzami, którym głowy pourywali w ferworze gry stali klienci. Dzień był upalny i duszny. Jak w każdy piątek, jechałem do twojej matki, do letniego domu nad morzem, który wynajmowaliśmy po południowej stronie miasta. Samochód zatrzymał mi się nagle, bez ostrzeżenia, motor zgasł jak wypalona zapałka. Stało się to na pustej szosie, przy spalonej słońcem łące, gdzie stało tylko kilka hangarów przemysłowych. Ruszyłem w pełnym słońcu w stronę jedynych zabudowań, jakie rysowały się w oddali na tym dalekim przedmieściu. Był początek lipca, działo się to szesnaście lat temu.

Wszedłem do baru spocony i przybity. Zamówiłem kawę i szklankę wody i spytałem o mechanika. Ona, ta dziewczyna, stała pochylona nad chłodziarką, w której czegoś szukała.

– Nie ma pełnego? – Tak brzmiały pierwsze słowa, które usłyszałem z jej ust.

Zadała to pytanie barmanowi za ladą, chłopcu z ospowatą twarzą w krótkim, spranym fartuszku zawiązanym w pasie.

– Bo ja wiem? – odpowiedział jej, podając mi jednocześnie wodę i wsuwając pod szklankę mokrą filcową podkładkę.

– Nie szkodzi – mruknęła i wystawiła na ladę, tuż przy mnie, karton chudego mleka.

Sięgnęła do dziecinnej plastikowej portmonetki w kwiaty, zamykanej na zatrzask, wyjęła pieniądze i położyła obok mleka.

– Warsztat samochodowy jest blisko – powiedziała, zbierając z lady monety – ale może być teraz zamknięty.

Odwróciłem się na dźwięk jej matowego głosu, cichego jak miauczenie. Wtedy po raz pierwszy popatrzyliśmy na siebie. Nie była ładna, nie była nawet bardzo młoda. Niestarannie utlenione włosy okalały jej szczupłą, kościstą twarz z żywymi oczami, którym mocny makijaż nadawał wyraz smutku. Zostawiła na ladzie mleko i podeszła do szafy grającej. Ten żałosny bar, mroczny mimo mocnego słońca na zewnątrz, przesycony zatęchłym zapachem zatkanej kanalizacji, wypełniła mdła muzyka modnego w tamtym czasie angielskiego zespołu. Nie usiadła, stanęła przy samej szafie, zamknęła oczy i zaczęła rytmicznie kołysać głową. I już tam została: ciemna, poruszająca się sylwetka w głębi posępnego wnętrza. Chłopiec wyszedł zza lady i wychylił się za drzwi, żeby mi wskazać drogę do mechanika. Przeszedłem całe osiedle, ale warsztatu nie znalazłem. Na ulicach nie było nikogo, kogo mógłbym spytać. Tylko wysoko, na tarasie, jakiś starszy mężczyzna trzepał obrus. Wróciłem do baru, jeszcze bardziej spocony.

– Pogubiłem się.

Wziąłem ze stolika papierową serwetkę i otarłem sobie czoło.

Szafa już nie grała, ale ona wciąż jeszcze była w barze. Osunęła się na krzesło i patrzyła przed siebie, żując gumę. Wstała, wzięła z lady mleko i pożegnała się z chłopcem. Na progu przystanęła.

– Przechodzę tamtędy, jeśli pan chce…

Ruszyłem za nią w tym skwarnym słońcu. Miała na sobie fioletową bluzeczkę, krótką spódnicę koloru zielonej jaszczurki i kolorowe sandały na wysokim koturnie; patrzyłem na jej nogi, które stawiała w tych niewygodnych sandałach z trudem, bez wdzięku. Mleko włożyła do torby, do zwisającego z ramienia patchworku na długim pasku, który sięgał jej po kolana. Nie interesowała się mną, nie odwracała w moją stronę, szła szybko, tuż pod ścianami domów, niemal się o nie ocierając i prawie potykając się na nierównych płytach chodnika.

Przystanęła przy opuszczonej żaluzji. Warsztat był zamknięty, na pożółkłej, przyklejonej taśmą kartce można było przeczytać, że otworzą za dwie, trzy godziny. Pomyślałem o Elsie, powinienem ją zawiadomić o tym kłopocie, który niespodziewanie mi się przytrafił. Pot spływał mi ze skroni za uszy, ściekał po szyi. Przystanęliśmy na środku ulicy. Odwróciła do mnie głowę, przyjrzała mi się, oczy miała zmrużone od upału i mocnego światła.

– Ma pan na czole jakiś papierek.

Przeciągnąłem ręką przez spocone czoło, natrafiłem na resztkę barowej serwetki.

– Jest tu gdzieś budka telefoniczna?

– Musi pan wrócić. Nie wiem, czy jest czynna, tu wszystko niszczą.

Miała jeszcze w ustach gumę do żucia, poruszały się jej miarowo policzki. Ręką osłoniła sobie oczy przed słońcem. Szybko przebiegła po mnie wzrokiem; zobaczyłem, że ma oczy jasnoszare. Pewnie moja obrączka i krawat zrobiły swoje, pewnie nabrała do mnie zaufania, choć nie wyglądała na osobę, która obawia się obcych.

– Może pan zadzwonić ode mnie, jeśli pan chce, mieszkam niedaleko – powiedziała i wyciągnęła szyję w stronę nieokreślonego bliżej miejsca przed nami. Przeszła przez jezdnię, nie oglądając się, czy idę za nią. Zeszliśmy w dół po skarpie, po rozkopanej ziemi, minęli osiedle z kilku widmowych bloków i dotarli do jakiegoś nieukończonego domu, w którym już ktoś mieszkał. Metalowe rusztowanie podpierało płytę przyszłego tarasu, ślepe otwory okienne, wychodzące na pustkowie, były zastawione w poprzek zniszczonymi siatkami z łóżek.

– Pójdziemy na skróty – rzuciła.

Szliśmy między betonowymi słupami jak przez ogromny, opuszczony garaż, gdzie wreszcie nie prażyło słońce. Potem znaleźliśmy się w ciemnej sieni wejściowej upstrzonej sprayowymi napisami, gdzie stał zaduch wspólnych ustępów i skądś zawiewało świeżą smażeniną. Drzwi windy były na oścież otwarte, wyrwane przewody zwisały spod przycisków.

– Pójdziemy schodami.

Ruszyłem za nią w górę, z korytarzy dobiegały krzyki i odgłosy pospolitego życia, przez uchylone drzwi sączyła się migotliwa poświata włączonych telewizorów. Na zaśmieconych stopniach schodów leżały używane strzykawki, a ona deptała po nich bosymi nogami w sandałach, nie zwracając na to najmniejszej uwagi. Chciałem zawrócić, Angela, przy każdym głośniejszym wrzasku odwracałem głowę, rozglądałem się, miałem wrażenie, że ktoś może wyskoczyć zza jakichś drzwi i obrabować mnie albo nawet zabić, ktoś, nie wiadomo kto, może wspólnik tej prymitywnej kobiety, która szła przede mną. Czasami dobiegał mnie jej zapach, słodka mieszanina roztopionych kosmetyków i potu; słyszałem, jak jej torba uderza o brudną poręcz schodów. Odezwała się przyciszonym głosem:

– Tu jest obrzydliwie, ale tędy dojdziemy szybciej.

Chyba się domyślała moich obaw. Mówiła z lekkim południowym akcentem, niektóre sylaby wymawiała mocniej, inne urywała, wygasały jej w ustach.

Zatrzymała się na najwyższym podeście. Ruszyła szybkim krokiem korytarzem ostatniego piętra w stronę metalowych drzwi na końcu. Wsunęła palec w otwór, gdzie brakowało zamka, i pociągnęła do siebie ciężkie skrzydło. Światło uderzyło mnie w twarz tak brutalnie, że musiałem osłonić oczy ramieniem: zdawało mi się, że słońce znalazło się tuż przy nas.

– Proszę iść za mną – powiedziała.

I nagle zaczęła się zapadać w dół. To wariatka, idę za osobą niespełna rozumu, zwabiła mnie w tym barze tylko po to, żebym zobaczył, jak się zabija. Wychyliłem się, poniżej miałem zewnętrzne żelazne schody prowadzące stromą spiralą w dół. Schodziła nimi z wprawą, widziałem z góry czarne odrosty w jej żółtych włosach. Zdawało się, że porusza się na tych swoich za wysokich koturnach swobodnie i lekko jak dziecko, jak kot. Ruszyłem za nią tymi niebezpiecznymi schodami, których poręczą były żelazne rury połączone na śruby. Zahaczyłem o coś marynarką, pociągnąłem ją i usłyszałem odgłos rozdzieranego materiału. Z nagła dobiegł mnie donośny hałas. Przed sobą miałem wysoki wiadukt. Tuż za metalową barierą pędziły samochody. Nie rozumiałem, gdzie jesteśmy, zacząłem się rozglądać. Dziewczyna już mnie wyprzedziła, patrzyłem na nią z daleka, czekała na nasypie ziemnym. Żółte włosy, rysy mocno podkreślone makijażem, kolorowa torba. Była jak klaun, którego cyrk zapomniał zabrać ze sobą.

– Doszliśmy – zawołała.

Przed nią istotnie był jakiś czerwony mur, pewnie resztka istniejącego tu kiedyś domu. Skierowała się w tamtą stronę. Za murem widać było malutki, zaniedbany domek przyklejony do filaru wiaduktu. Poszliśmy ścieżką przez zakurzone zarośla i zeszli po dwóch schodkach do drewnianych drzwi, zielonych jak jej spódnica.

Wsunęła rękę w szczerbę w ceglanym murze tuż nad drzwiami, wyjęła stamtąd klucz przylepiony gumą do żucia. Otworzyła drzwi, wyjęła z ust gumę, którą żuła, i nią przykleiła na powrót klucz tym samym miejscu, dociskając go mocno palcem. Kiedy wyciągała rękę w górę, zobaczyłem jej odsłoniętą pachę z niewygolonym, rzadkim zarostem: cienkie kosmyki długich włosów, mokrych od potu.

Do domu wdzierała się przez żaluzję płaska smuga słonecznego światła poziomo przecinająca pokój. To była pierwsza rzecz, którą po wejściu spostrzegłem; jednocześnie dotarł do mnie zapach sadzy i chłopskiej izby, na który nakładała się ostra woń wybielacza do bielizny i chyba trutki na myszy. Pokój był długi, miał posadzkę z kamionki w kawowym kolorze, na ścianie w głębi widniał otwór kominka jak wielkie usta, czarne i smutne. Wnętrze było schludne, sprzątnięte, tyle że dość dziwaczne, bo światło docierało tu przez jedno jedyne okno. Pod opuszczoną żaluzją rysował się filar wiaduktu. Trzy składane krzesła stały wsunięte pod stół, na którym leżał ceratowy obrus. Drzwi w bocznej ścianie były uchylone. Za nimi widać było ścianę kuchni wyłożoną płytami imitującymi korek. Ona od razu poszła w stronę tych drzwi.

– Włożę mleko do lodówki.

Mówiła, że ma telefon. Rozglądałem się za nim, ale nie dostrzegałem go ani na niskim stoliku z muszlą służącą za popielniczkę, ani na lakierowanej komodzie zastawionej bibelotami, ani na starej kanapie przykrytej narzutą w kwiaty. Rzucił mi się w oczy tylko plakat na ścianie przedstawiający małpę w czepku noworodka na głowie i z butelką ze smoczkiem w łapach, którą w jakimś studiu fotograficznym uwieczniono w błysku flesza i odblasku białych parasoli.

Po chwili wróciła do mnie.

– Telefon jest w drugim pokoju – powiedziała, wskazując na zasłonę z plastikowych pasków za moimi plecami.

– Dziękuję – wymamrotałem w stronę tej zasłony pasującej do baru i znowu pomyślałem, że może jednak coś mi tu grozi. Ona uśmiechnęła się, odsłaniając rząd małych, nierównych zębów.

Za zasłoną był wąski pokoik, mieściło się w nim tylko szerokie łóżko bez wezgłowia, zasłane kapą z pluszu tabaczkowego koloru. Na tapecie nad nim wisiał krzyż, trochę przekrzywiony. Telefon stał na podłodze przy gniazdku. Podniosłem słuchawkę. Usiadłem na łóżku i wykręciłem numer Elsy. Słuchałem w skupieniu dzwonienia, które teraz rozlegało się w naszym domu. Biegło po dywanie z włókien kokosowych w salonie, wchodziło po jasnych schodach do pokoi na piętrze, do wielkiej łazienki z lustrem wpuszczonym w tynk koloru indygo, prześlizgiwało się po lnianych prześcieradłach naszego łóżka, jeszcze niezasłanego, po moim biurku zarzuconym książkami, i na koniec wymykało się przez tiulowe firanki do ogrodu, na taras otoczony krzewami jaśminu o białych kwiatach, na hamak, na mój stary kapelusz kolonialny z zardzewiałymi otworami z boku, ale nikt na nie nie odpowiadał. Elsa pewnie pływała, a może dopiero co wyszła z morza. Zobaczyłem jej ciało wyciągnięte na piasku i wodę dopływającą jej do samych stóp. Telefon dzwonił na próżno. Przesunąłem ręką po pluszowej kapie łóżka i dostrzegłem domowe pantofle w kolorze fuksji, pociemniałe w środku od długiego używania, wsunięte pod komodę kupioną z pewnością na targu staroci. Na komodzie stała oparta o lustro fotografia młodego mężczyzny, zrobiona dawno temu. Czułem się w tym pokoju skrępowany, wciąż siedziałem na łóżku, na którym kładła się ta obca kobieta, ten jaskrawy pajac, który tam, za zasłoną, czekał teraz na mnie. W niedomkniętej szufladzie z bielizną połyskiwał rąbek amarantowej satyny, odruchowo wyciągnąłem rękę i dotknąłem śliskiego materiału. Pajac pokazał się, rozchylając paski zasłony.

– Napije się pan kawy?

Przeniosłem się na kanapę, na wprost plakatu z małpą. Złe samopoczucie nie dawało mi spokoju, gardło miałem wyschnięte, zapiekłe. Rozglądałem się dokoła siebie i mój minorowy nastrój udzielał się także temu skromnemu wnętrzu. Na szafce stała porcelanowa lalka z plażową parasolką w ręce i opierała wystraszoną twarz o pierwszą z wielkich, jednakowych książek, zapewne o pierwszy tom tych popularnych encyklopedii, które kupuje się na raty. Ubóstwo w tym domu otrzymało staranną oprawę, było zadbane, znoszone z godnością. Podniosłem wzrok na dziewczynę, która już wracała do mnie z tacą w ręku. Wtopiona w scenerię swego mieszkania wypadała mniej jaskrawo, była schludna i układna, zgodna z otoczeniem. Wydała mi się przygnębiająca. Obok mnie stała komoda z bibelotami… Nie znoszę ozdób na meblach, Angela, jak dobrze wiesz, podobają mi się tylko puste powierzchnie ze stołową lampką, z jakąś książką i niczym więcej. Pod wpływem histerycznego impulsu gotów byłbym zrzucić całą tę menażerię na posadzkę. A ona właśnie podsuwała mi kawę.

– Ile cukru?

Przytknąłem usta do filiżanki, wypiłem całą porcję jednym tchem. Kawa była dobra, ale zmęczenie i złe samopoczucie wyjałowiły mi usta, więc na języku pozostał mi tylko smak czegoś gorzkiego. Dziewczyna usiadła obok na kanapie, w niewielkiej odległości ode mnie. Widziałem ją pod światło: grzywka zlepionych w kosmyki włosów nie zakrywała dostatecznie jej zanadto wysokiego i wypukłego czoła, rysy twarzy zachowywały ten sam stały grymas, który nadawała im drobna bruzda między nosem a powiększonymi szminką ustami. Popatrzyłem na jej rękę trzymającą filiżankę. Skóra wokół krótkich paznokci, pewnie często obgryzanych, była zaczerwieniona i nabrzmiała. Przyszedł mi na myśl zapach śliny, który musiał się osadzać na końcu palców, i przejęło mnie to obrzydzeniem. Nagle pochyliła się. Zobaczyłem wysuwający się spod kanapy pysk psa, niewielkiego zaspanego pieska z ciemną, kręconą sierścią i długimi uszami bursztynowego koloru. Polizał jej rękę, te jej obgryzione paznokcie, szczęśliwy, jakby go spotkała nagroda.

– Zgryzota – wyszeptała, pocierając swoim wielkim czołem o czoło psa, który już mnie zauważył, ale patrzył na mnie obojętnie oczami matowymi i zamglonymi. Wzięła tacę i zebrała filiżanki.

– On jest ślepy – powiedziała cicho, jakby nie chciała, żeby pies to usłyszał.

– Mogę prosić trochę wody?

– Źle się pan czuje?

– Nie, skądże. Chce mi się pić.

Odwróciła się i odeszła. Patrzyłem na jej pośladki, kiedy szła w stronę kuchni. Były wąskie jak u mężczyzny. Przyjrzałem się całej jej figurze, zwróciłem uwagę na szczupłe, przygarbione plecy, na zbyt rozstawione uda, które powinny zaczynać się bliżej siebie. Tego ciała nie można pożądać, pomyślałem, jest raczej odstręczające niż pociągające. Wróciła, chwiejąc się na tych swoich za wysokich koturnach. Podała mi wodę i nie siadając, czekała, kiedy oddam jej pustą szklankę.

– Czuje się pan lepiej?

Rzeczywiście poczułem się lepiej, woda mnie orzeźwiła, odświeżyła mi usta.

Kiedy wychodziłem, nie odprowadziła mnie do drzwi.

– Dziękuję pani.

– Nie ma za co.

Na dworze był skwar, stał w powietrzu, wydawało się, że wszystko w nim nieustannie drży. Buty niemal zagłębiały się w miękki asfalt. Stanąłem pod opuszczoną żaluzją warsztatu samochodowego i czekałem, kiedy go otworzą. Znowu się pociłem i znowu chciało mi się pić. Wróciłem do baru. Poprosiłem o wodę, ale kiedy chłopiec z ospowatą twarzą przesunął się w bok i zobaczyłem za nim rząd butelek, przyszło mi do głowy, żeby zamówić wódkę. Kazałem wlać ją sobie do większej szklanki i poprosiłem o kostkę lodu. Chłopiec wydobył ją z dna aluminiowego pojemnika, a lód, roztapiając się, pewnie wydzielał z siebie ten sam zapach, który się stamtąd wydobywał, zapach zjełczałego majonezu i źle wypłukanej ścierki do podłogi. Usiadłem w głębi baru przy szafie grającej. Pociągnąłem od razu duży łyk, wódka wdarła się we mnie, mocna jak ukłucie. Była jak płomień, który po chwili zmienił się w wyczuwalny i trwały chłód. Popatrzyłem na zegarek: miałem jeszcze ponad godzinę.

Nie przywykłem do takich pustych godzin, Angela. Miałem dopiero czterdzieści lat, a już od pięciu byłem zastępcą ordynatora chirurgii ogólnej, najmłodszym w szpitalu. Do mojego gabinetu przychodziło coraz więcej pacjentów, coraz częściej też, chociaż jeszcze z oporami, operowałem w klinikach prywatnych i sam się sobie dziwiłem, że zacząłem cenić to dobrze płatne zajęcie w czystych, wygodnych i spokojnych miejscach. Miałem dopiero czterdzieści lat, ale chyba już nie lubiłem swojego zawodu. Początkowo entuzjazmowałem się nim. Po ukończeniu specjalizacji, w pierwszych latach praktyki byłem ciągle gorliwy i silny, tak silny jak tamten cios pięścią, który pewnego razu wymierzyłem w twarz pielęgniarza tylko za to, że nie dopilnował w sterylizatorze przepisowego cyklu odkażania. Wkrótce potem, niemal bezwiednie, nabrałem jednak dystansu do wszystkiego, narzuciłem sobie opanowanie i rozwagę, choć do nich dołączyło się łagodne poczucie rozczarowania. Kiedy rozmawiałem o tym z twoją matką, wmawiała mi, że wreszcie przywykam do dorosłego życia i że taka zmiana postawy jest po prostu konieczna, a w sumie wcale nie taka zła. Miałem dopiero czterdzieści lat, ale już od jakiegoś czasu przestałem sobie zadawać pytania. Rzecz nie w tym, że sprzedałem duszę diabłu, raczej nie ofiarowałem jej bogom, nosiłem ją wygodnie w kieszeni, choćby w kieszeni tej letniej marynarki, tak że ciągle miałem ją przy sobie, również tam, w tym obskurnym barze.

Alkohol wykrzesał ze mnie więcej energii życiowej.

– Ależ tu gorąco! Włącz wentylator! – rzucił jakiś wysoki chłopak, ubrudzony zaprawą murarską, który razem z niskim i krępym kolegą wkroczył do baru i od razu podszedł do gry z piłkarzami.

Gwałtownym szarpnięciem pociągnął za znajomy uchwyt i kulki zastępujące piłki wysypały się z drewnianego zbiornika. Krępy rzucił pierwszą na boisko, z wysoka, mocno, aż odskoczyła, co widocznie było rodzajem rytuału, i zaczęli grać. Nie odzywali się do siebie, kurczowo trzymali w rękach uchwyty, kręcili przegubami i wymierzali uderzenia precyzyjne i silne, od których drżała metalowa obudowa. Chłopiec z baru wyszedł leniwie zza lady, wytarł mokre ręce w fartuch i uruchomił wentylator. Kiedy wracał za ladę, podsunąłem mu swoją szklankę.

– Jeszcze raz. Bądź tak dobry…

Skrzydła wentylatora zaczęły powoli mleć ciepłe powietrze zalegające w barze, papierowa serwetka spadła mi na posadzkę, pochyliłem się, żeby ją podnieść. Zobaczyłem z bliska warstwę brudnych trocin i nogi obu grających. Kiedy się podniosłem, poczułem, że wskutek nagłego pochylenia krew uderzyła mi do głowy. Barman postawił przede mną szklankę z wódką. Wlałem ją w siebie jednym haustem. Wzrok naraz pobiegł mi w kierunku szafy grającej. Był to jakiś stary model, już odrapany, błękitnego koloru, za szybką widać było metalowe ramię, które po włączeniu dotykało kręcącej się płyty. Pomyślałem, że chętnie posłuchałbym jakiejś piosenki. Jakiejkolwiek. Stanęła mi w oczach mocno umalowana twarz tej pospolitej i biernej kobiety, która tutaj kołysała głową w świetle sączącym się z muzycznej szafki. Jedna z kulek wyskoczyła chłopcom poza boisko i potoczyła się po posadzce. Zanim wyszedłem, zostawiłem duży napiwek barmanowi, który właśnie zmywał ladę. Odłożył gąbkę i zagarnął pieniądze mokrą ręką.

Poszedłem jeszcze raz w stronę warsztatu. Przede mną grupka na wpół nagich dzieci ciągnęła z wysiłkiem worek na śmieci wypełniony wodą, która wylewała się z niego na wszystkie strony. Żaluzja u mechanika była już podciągnięta, nie całkiem, schyliłem głowę i wszedłem do środka. Pod zaoliwionymi piersiami dziewczyny z kalendarza stał masywny mężczyzna w moim wieku, który ledwo się mieścił w roboczym kombinezonie czarnym od smarów. Wsiadłem z nim do starej dyany z rozprażonymi siedzeniami i dojechaliśmy do mojego pozostawionego na szosie auta. Okazało się, że trzeba wymienić w nim pompę olejową i tulejkę. Wróciliśmy pod warsztat po części zamienne. Mechanik wysadził mnie, żebym zaczekał na niego tutaj, a sam wrzucił do bagażnika potrzebne narzędzia i pojechał z powrotem.

Trochę się zataczałem, zlany potem, w mokrej koszuli, z zaparowanymi okularami, ale już nic sobie z upału nie robiłem. Wypity alkohol zapewnił mi spokój, choć do niego dołączyły się teraz zachcianki bardziej intymne. Przez ostatni wypełniony sukcesami rok pracowałem solidnie, wszędzie byłem obecny, dla każdego dostępny. I oto tego dnia przez czysty przypadek wydostałem się z zasięgu radaru, pozwoliłem sobie na nieobecność. Wydało mi się to nieoczekiwaną premią. Traciłem czas, lecz nic mnie to nie obchodziło, czułem się tak, jakbym był tu turystą. Wróciłem pod tamten nieukończony, a już zamieszkany blok. Dzieci wylały wodę na pagórek gliny i budowały na nim szałas w kształcie wielkiego czarnego jaja. Stałem zamroczony wódką, pod lejącym się z nieba żarem, i patrzyłem na nie. Matka nie chciała, żebym schodził na podwórze bawić się z dziećmi. Po ślubie przystosowała się do życia na przedmieściu. Nie była to dzielnica przygnębiająca ani zbyt oddalona od centrum, mieszkało w niej wiele przyzwoitych rodzin i panował pogodny nastrój. Ale twoja babka nie chciała nawet wyglądać przez okno. Nie uważała tej dzielnicy za smutną, bo gdyby szło tylko o smutek, dobrze by wiedziała, jak sobie z nim radzić. Dla niej ta dzielnica była czymś znacznie gorszym: umieszczała ją zaledwie o stopień wyżej nad poziomem biedy. Była jak próg, za którym zaczynały się już jej udręki. Żyła zamknięta w swoim mieszkaniu, jakby osiadła w chmurach, gdzie mogła stworzyć sobie własny świat, umieszczając w nim tylko swój fortepian i swego syna. W nudnych godzinach popołudniowych często miałem ochotę zejść na dół i zagłębić się w tym życiu, które się tam mrowiło, ale nie decydowałem się na to, żeby jej nie upokarzać. W końcu zacząłem żyć, jakby świat na dole całkiem dla mnie nie istniał. Matka wsadzała mnie w pośpiechu do autobusu, który zawoził nas do jej rodzinnego domu, do jej matki, i dopiero tam, w jej dzielnicy pełnej drzew i willi, wolno mi było szerzej otwierać oczy. Tam ona promieniała, stając się kimś innym. Rzucaliśmy się razem na łóżko w pokoju, który zajmowała, kiedy była małą dziewczynką, i śmialiśmy się. Nabierała nowych sił, wypełniała się po brzegi tamtejszą wspaniałością. A potem musiała wkładać płaszcz i rzucała mi zdumione spojrzenie, takie jak zawsze. Wracaliśmy do domu po ciemku, kiedy już niczego się nie widziało. Od przystanku do bramy biegła, przerażały ją te przepaście, których tu dopatrywała się na każdym kroku.

Przypomniał mi się wyraz twarzy matki z tamtych lat, potem pamięć podsunęła mi wiele jej kolejnych twarzy i wreszcie tę ostatnią, już nieruchomą, na którą patrzyłem w domu pogrzebowym, prosząc, żeby jeszcze przez chwilę zostawili mnie z nią samego. Potrząsnąłem ze złością głową, chciałem te wspomnienia odpędzić.

Pójdę po auto, zapłacę mechanikowi, zapuszczę motor i pojadę do Elsy. Będzie jeszcze miała mokre włosy, a na sobie tę cyklamenową tiulową bluzeczkę. Pojedziemy do restauracji nad morzem, usiądziemy na tarasie, gdzie o zmroku wsącza się z wolna ciemność i rozbłyskują światła zatoki. Oddam jej kierownicę, sam oprę głowę na jej ramieniu…

Ta dziewczyna nie wyglądała na zaskoczoną, przeciwnie, wydało mi się, że na mnie czekała. Zaczerwieniła się, kiedy robiła mi w drzwiach miejsce, żebym mógł wejść. Potknąłem się niechcący i uderzyłem ramieniem o półkę na ścianie. Porcelanowa lalka spadła na posadzkę. Schyliłem się, żeby ją podnieść.

– To nieważne – powiedziała i, kołysząc się na koturnach, podeszła do mnie. Miała już na sobie inną bluzeczkę, białą, z wielkim nalepionym kwiatem z plastiku.

– Co z samochodem? – spytała cicho.

Głos miała przygasły jak usta pozbawione szminki. Rzuciłem okiem przez jej ramię; miałem przed sobą wnętrze schludne i biedne, które wydało mi się teraz jeszcze bardziej smutne niż przedtem. Ale nie był to widok przykry, wręcz przeciwnie, mi się podobało, że wszystko tu jest naprawdę tak żałośnie ubogie.

– Kończą naprawiać – odpowiedziałem.

Usłyszałem, że pociera ręką o rękę, miała je założone z tyłu. Spuściła wzrok, potem go podniosła. Wydało mi się, że cała niedostrzegalnie drży, może pomyślałem tak dlatego, że byłem podpity.

– Chce pan zadzwonić?

– Chciałbym.

Znowu znalazłem się w jej sypialni, znowu trzymałem ręce na tabaczkowym pluszu. Popatrzyłem na telefon. Patrzyłem tak, jakbym miał przed sobą jakiś martwy przyrząd, który w żadnym razie nie może mnie z nikim połączyć. Nawet go nie dotknąłem. Zasunąłem szufladę komody. Poprawiłem krzywo wiszącego Chrystusa na ścianie. Wstałem, podszedłem do drzwi, chciałem tylko stamtąd wyjść i nic więcej. Pod wpływem wódki zrobiłem się rozdrażniony. Może nie pojadę nad morze, może wrócę do miasta. Położę się spać. Nie mam ochoty na nic i na nikogo.

– Nikt nie odpowiada?

– Nikt.

Widzę za nią ten wielki, pusty i czarny jak bezzębne usta kominek. Chwytam ją za ramię i przytrzymuję. Ona oddycha głośno, przez otwarte usta. Tak pewnie oddycha mysz. Jej twarz w wielkim zbliżeniu nagle się odkształca. Podbite oczy stają się ogromne, trzepocą w rzęsach jak dwa schwytane owady. Wykręcam jej rękę. Ona jest tak obca, ale tak blisko mnie. Przychodzą mi na myśl jastrzębie, pamiętam, jak się ich bałem, kiedy byłem mały. Prostuję rękę, żeby ją odsunąć jak najdalej. Ją, te jej bibeloty, tę jej biedę. A zamiast ją odepchnąć, chwytam za ten plastikowy kwiat na niej i przyciągam ją do siebie. Chce mnie ugryźć w rękę, ale usta szamocą się jej w pustce. Jeszcze nie wiem, czego ma się bać, nie wiem, co chcę z nią zrobić. Wiem tylko, że drugą ręką już ją chwyciłem mocno za te jej włosy jak z rafii, że ująłem cały ich pęk i ściskam w ręku jak kolbę kukurydzy. Potem rzucam się na nią i zaczynam gryźć. Gryzę jej brodę, jej stwardniałe ze strachu wargi. Może sobie jęczeć, teraz przynajmniej wie dlaczego. Teraz, kiedy zrywam z niej ten plastikowy kwiat. I kiedy mam już ręce między jej udami, między jej kośćmi. Nie udziela się jej moje pożądanie. Pochyla głowę, wciska brodę w szyję, podnosi niepewnie ramię wysoko w górę, a to ramię drży. Bo już dotarłem do jej płci, chudej jak wszystko w niej, i już dobieram się tam z moją płcią. Przypieram ją do ściany, spieszę się. Chciałbym to robić jeszcze szybciej. Jej żółta głowa opada w dół, ona zmienia się w bezwładną kukłę, którą podtrzymuje ściana. Chwytam ją za brodę, podciągam jej głowę w górę, ślinię obficie ucho, ślina spływa jej na plecy, podczas gdy ja poruszam się w tym jej koszyku z kości jak drapieżnik w obcym gnieździe, uzurpujący sobie do niego prawo. I tak oto masakruję ją, siebie i całe to bezsensowne popołudnie.

Nie wiem, czy potem tylko dyszała, czy rozpłakała się. Leżała na posadzce, obejmując się ramionami. Ja całkiem się pogubiłem, znalazłem się w drugim kącie pokoju. Pies wysunął pysk spod kanapy, opierał się na jednej łapie, miał opuszczone uszy, zbielałe oczy. Małpa na ścianie ssała niezmiennie smoczek butelki. Moje okulary leżały na posadzce pod drzwiami, miały jedno szkło rozbite. Wstałem, żeby je podnieść. Ująłem końce mokrej od potu koszuli, wcisnąłem je w spodnie i bez słowa wyszedłem.

Auto stało zaparkowane pod warsztatem. Kluczyki były w stacyjce, włączyłem motor i ruszyłem. Jechałem prostą szosą obrzeżoną piniami i suchą trzciną. Przyhamowałem, ale jakoś nie udawało mi się zatrzymać całkiem auta, więc otworzyłem drzwi i zwymiotowałem w biegu. Wsunąłem rękę pod fotel, żeby znaleźć butelkę wody, którą tam miałem, ale plastikowa butelka była zanadto rozgrzana. Wypłukałem sobie usta, a potem odchyliłem głowę do tyłu i resztkę wody wylałem na siebie. Pod kołami przesuwał się asfalt, w powietrzu unosił się zapach upału i bliskiego już morza. Zdjąłem na chwilę ręce z kierownicy i przysunąłem do twarzy, żeby je powąchać. Szukałem na nich śladów mego zbydlęcenia. Doszukałem się tylko zapachu rdzy, pewnie z tej poręczy kręconych schodów. Splunąłem na nie. Splunąłem na te przełomy w moim życiu, na mój dobrobyt, na moje serce. Potem tarłem dłonią o dłoń, aż obie stały się gorące jak ogień.

Dom nad morzem został zbudowany w latach pięćdziesiątych, był piętrowy i nowoczesny, bez upiększeń. Jaśmin pachniał odurzająco na pergoli przed kuchnią, obok rosła wielka palma. Innych drzew nie było; ogród miał ogrodzenie z niskich żelaznych prętów, skorodowanych morską solą. Przy najmniejszym wietrze chwiało się i skrzeczało jak mewy wystraszone niepogodą. Ogród wychodził wprost na plażę, brzeg morski przy domu był dość odludny, publiczne kąpieliska zaczynały się dalej, za ujściem rzeki, za wielkimi platformami dla rybaków, wysuniętymi znad wody jak łapczywe usta.

To twoja matka wybrała dla nas ten letni dom, mówiła, że przypomina jej namiot na pustyni, zwłaszcza o zmierzchu, kiedy lśnienie morza jakby trzepotało jego ścianami. Na jej wybór miał wpływ także kot. Zastaliśmy go tam, na miejscu, był zaspany, pozwolił Elsie wziąć się na ręce i już tak na jej rękach leżał przez cały czas, kiedy dziewczyna z agencji otwierała okiennice w pokojach, w których zalegał zapach pleśni, typowy dla domów zamkniętych całą zimę. Było to pod koniec marca. Twoja matka miała na sobie płaszcz z grubej wełny, pomarańczowy i jaskrawy jak słońce, które potem zastaliśmy tu w lecie. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na obiad w pobliskiej restauracji. Była za wielka dla nas dwojga, siedzieliśmy sami w sali, której okna wychodziły na strome nadmorskie skały, szare od soli. Było chłodno, niewielka ilość wina i likieru ziołowego uderzyła nam jednak do głowy. Opuściliśmy restaurację objęci, chwiejnym krokiem, z podarowanym na pamiątkę talerzem. Weszliśmy do lasku piniowego i kochaliśmy się osłonięci zaroślami. Na koniec położyłem głowę na brzuchu Elsy. I tak leżeliśmy, długo, w milczeniu, wsłuchani w czekającą nas przyszłość. Potem twoja matka wstała i poszła zbierać poczerniałe szyszki pinii. Ja nie ruszyłem się z miejsca, z daleka patrzyłem na nią. Myślę, że był to najszczęśliwszy dzień w naszym wspólnym życiu, ale wtedy oczywiście nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Zatrzymaj sie Na południe od piekła Blask Nikt nie ocali się sam Powtórnie narodzony 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Trwaj przy mnie