Neuroerotyka

Neuroerotyka

Autorzy: Jerzy Vetulani Maria Mazurek

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Popularnonaukowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 304

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 29.99 zł

Dlaczego miłość nie istnieje?

Jaki wpływ na płeć dziecka ma… mydło?

Dlaczego każde z nas powinno spełnić swój ewolucyjny obowiązek?

Kiedy najlepiej zacząć się interesować seksem?

Dlaczego mężczyźni są bardziej skłonni do zdrad, a kobiety bywają wybredne?

 

Inicjacja seksualna. Poligamia. Antykoncepcja i chemia zakochania. Seks starców. Fantazje i fetysze. Pornografia. O tym wszystkim w najnowszej i niestety ostatniej swojej książce rozmawiał z Marią Mazurek profesor Jerzy Vetulani. Jest zabawna i mądra, zaskakująca jak sam autor. I niedokończona. Przerwana w pół zdania przez jego tragiczną śmierć.

Nie da się odwdzięczyć tym,

którzy powołują nas do życia.

Można jednak zadedykować im książkę.

Zatem – Rodzicom.

Maria Mazurek

Wstęp

Lubiłam nazywać go Starcem. Nie było w tym określeniu nic urągliwego ani kąśliwego, o czym profesor Vetulani doskonale wiedział. Wręcz przeciwnie, zawierał się w nim wielki szacunek i podziw dla zdobywanej przez lata długiego życia wiedzy, nagromadzonej w mózgu geniusza. Geniusza – mędrca. Geniusza – starca. Geniusza – człowieka wielkiego formatu. Zawierał się w nim też niesamowity dystans do świata i humor. Jednym i drugim profesor zarażał wszystkich dokoła. I choć sam często fantazjował na temat własnej śmierci, wszystkim innym wydawało się, że tak naprawdę będzie żyć wiecznie.

Od jego śmierci minęło kilka ładnych miesięcy, a ja wciąż łapię się na tym, że chcę do niego zadzwonić, żeby o coś zapytać:

Potrzebuję zrobić wywiad z jakimś mądrym fizykiem, który nie będzie czepiał się przy autoryzacji. Poleci mi pan kogoś?

Wzięłam sumatryptan na migrenę. Myśli pan, że nic się nie stanie, jak napiję się wieczorem wina?

Mój znajomy ma problemy z żołądkiem, mógłby pan polecić jakiegoś dobrego gastrologa?

Był nie tylko współautorem książek i przewodnikiem po świecie biologii. Był też moim przyjacielem, gotowym pomóc o każdej porze dnia i nocy. Znał mnie na pewno lepiej niż ja jego – bo tak wnikliwie potrafił słuchać. Kochany Starzec: wybitny, choć czasem niefrasobliwy; bezczelny, ale lojalny; zafascynowany ludźmi, lecz czasem złośliwy.

***

Był 2013 rok. Miałam dla „Gazety Krakowskiej” przeprowadzić wywiad z profesorem Jackiem Purchlą o hitlerowskich wizjach przebudowy Krakowa. Żeby lepiej się do niego przygotować, poszłam na wykład Purchli w Polskiej Akademii Umiejętności, na Sławkowską w Krakowie. Vetulani – którego wcześniej nie znałam, jego nazwisko ledwo obiło mi się o uszy – pełnił na tym wykładzie funkcję moderatora.

Pamiętam pierwsze dwa zdania, które usłyszałam z jego ust: „Czasem to ja jestem w tym miejscu prelegentem. Przychodzą tu wtedy różni wariaci, bo myślą, że jak jestem profesorem od mózgu, to im w czymś pomogę”.

Jeśli da się zakochać od pierwszego wejrzenia, to również da się od pierwszego wejrzenia – czy raczej pierwszego zdania – poczuć z kimś pokrewieństwo dusz. Po powrocie do domu zaczęłam oglądać w internecie filmiki z wykładów profesora Vetulaniego. Pomijając jeden – o obscenicznych określeniach męskiego członka, który nieco mnie zmieszał (później profesor wielokrotnie będzie wprowadzał mnie w konfuzję swoimi frywolnymi, a czasem i wulgarnymi wypowiedziami) – oglądałam je zachwycona. Teraz wiem, że w ten sposób na spotkanie z Vetulanim, choćby bardzo krótkie, reagowało wiele osób. Ja miałam jednak to szczęście, że po prostu mogłam umówić się z nim na wywiad i mieć go na wyłączność przez dwie godziny. Dostałam od kogoś jego numer telefonu (a może po prostu znalazłam go w książce telefonicznej, dziś już nie pamiętam) i zadzwoniłam. Vetulani zaprosił mnie do siebie do domu, na plac Inwalidów. Przekraczając próg jego profesorskiego mieszkania, wypełnionego kilkusetletnimi książkami i pięknymi meblami („Ach, usiadła pani na kanapie, na której Goethe uprawiał seks” – poinformował), nie wiedziałam, że przez kolejne cztery lata będę w nim częstym gościem – z gatunku tych, którzy po jakimś czasie mogą już sami obsługiwać ekspres do kawy.

Wtedy nie mogłam tego przewidzieć, więc wchodziłam do jego mieszkania nieco skrępowana i zawstydzona swoim spóźnieniem. Denerwowałam się też czekającym mnie wywiadem. Miałam świadomość, że profesor Vetulani jest wybitnym naukowcem, a jego osiągnięcia z dziedziny psychofarmakologii i neurobiologii odbiły się szerokim echem wśród badaczy na całym świecie. Miałam wątpliwości, czy dwudziestosześcioletnia dziennikarka, z wykształcenia hungarystka, zrozumie cokolwiek z rozmowy o mózgu, który jest (tyle już wiedziałam) najbardziej skomplikowaną – i wciąż praktycznie niepoznaną – maszyną w całym wszechświecie. Czy naukowiec nie złapie mnie na niewiedzy? Czy będzie mnie w ogóle traktował jako partnera do rozmowy?

Ci, którzy kiedykolwiek rozmawiali z profesorem, pewnie się w tym miejscu uśmiechną. Jerzy Vetulani był ostatnią osobą na tym świecie, która traktowałaby innych z góry; dawała im odczuć, że są głupsi, mniej wartościowi (dopóki oczywiście ktoś nie zalazł mu mocno za skórę – wtedy potrafił znokautować go jedną złośliwą ripostą). Z każdym człowiekiem rozmawiał jak z równym sobie. Nie dlatego, że był uprzejmy i kulturalny (bo nie był), tylko dlatego, że naprawdę wierzył, że spotkanie z każdym człowiekiem wzbogaca. Że od każdego – nieważne, czy to licealista, mechanik, profesor medycyny czy kobieta zajmująca się domem i dziećmi – jest w stanie czegoś się nauczyć.

„Pamiętaj, Marysiu, nie poznawaj ludzi po stopniach i tytułach” – mówił mi później. „Jest wielu wybitnych ludzi wśród robotników czy sprzątaczek i wielu idiotów wśród profesorów”.

***

W Krakowie, na Prądniku Białym, jest ulica Adama Vetulaniego. Profesor żartował czasem: co za niefart, przez to ja nie dostanę swojej.

Adam Vetulani był profesorem prawa kanonicznego, wykładowcą uniwersyteckim, człowiekiem szlachetnym i głęboko wierzącym, serdecznym przyjacielem Karola Wojtyły. Ze swoją żoną Ireną, z domu Latinik, utalentowanym biologiem, miał dwóch synów: starszego Jerzego i młodszego Janka.

Janek był dzieckiem spokojnym, poukładanym, troszczącym się o rodziców. Oczywiste stało się, że na starość to on będzie się nimi opiekował. Z kolei urodzony w 1936 roku Jerzy od najmłodszych lat wprawiał rodziców w osłupienie. Był bardzo inteligentnym dzieckiem, ale złośliwym, buntowniczym, chodzącym własnymi ścieżkami. Od początku nie brał życia zbyt poważnie: w czasach okupacji hitlerowskiej, kiedy dokoła panował straszliwy głód, a w powietrzu niemal unosił się zapach śmierci, on z kolegami z kamienicy założył klub zbieraczy owadów i roznamiętniał się w podziwianiu chrząszczy, motyli i innych owadów. W wieku sześciu lat znakomicie pisał i czytał, zaczął więc edukację na tajnych kompletach.

Przekora Jerzego nie minęła wraz z końcem wojny. Jako nastolatek wstąpił do Stowarzyszenia Ateistów i Wolnomyślicieli (rodzice, ludzie głęboko wierzący, szczęśliwi z tego powodu nie byli). Jako młody mężczyzna w 1965 roku założył ze znajomymi Piwnicę pod Baranami i został kabareciarzem (rodzice, spokojni naukowcy, znów nie byli zadowoleni). Lubił się bawić – imprezowy styl życia prowadził zresztą nawet po osiemdziesiątce. Czasem przychodziłam do niego, a on oświadczał: „Marysiu, zabijesz mnie, ale nie przygotowałem tego, co obiecałem. Wyciągnęli mnie na imprezę i wróciłem do domu po drugiej, a musiałem jeszcze przygotować się na wykład”. Nawet po ślubie z panią Marysią, ba, nawet kiedy na świecie pojawił się ich pierwszy syn Marek (a w mieszkaniu przy placu Inwalidów wciąż żyli też rodzice profesora i jego brat), Jerzy Vetulani lubił wracać z całonocnych imprez jazzowych w towarzystwie dopiero co poznanych ludzi.

Nie był poważnym młodzieńcem. Nie to co jego brat Janek, z którego Jerzy lubił trochę kpić. „Zdawało mi się, że go nie lubię” – wyznał mi kiedyś.

Janek zginął w 1965 roku, podczas spływu na Dunajcu. Do mieszkania przy placu Inwalidów zapukał Karol Wojtyła. Chciał być przy swoich przyjaciołach, kiedy dowiedzą się o śmierci ukochanego syna.

***

Śmierć Janka była dla Jerzego niespodziewanym ciosem. Nagle okazało się, że kochał tego bogobojnego i porządnickiego brata. Obiecał sobie wtedy, że dorośnie, weźmie się w garść, zajmie się pracą naukową, a zacznie od napisania doktoratu – wcześniej skończył dwa fakultety: biologię i chemię, ale więcej czasu spędzał w krakowskich knajpach niż w laboratoriach. Ochrzcił też syna. Tylko dla rodziców. Po to, żeby pomyśleli, że śmierć Janka nie poszła na marne. Że ich młodszy syn wyprosił już w niebie nawrócenie Jerzego.

Jeśli chodzi o pracę naukową, szło mu coraz lepiej. Habilitował się w Polskiej Akademii Nauk. W 1973 roku z żoną Marysią i synami w wieku wczesnoszkolnym wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Tam, razem z Fridolinem Sulserem, wyjaśnił działanie leków przeciwdepresyjnych. To było odkrycie na skalę światową. Vetulani otarł się o Nagrodę Nobla. Ciekawe, że sam nie lubił o tym mówić – jak próbowałam drążyć ten temat, kwitował go tylko jakimś żartem: „No tak, miałbym teraz mnóstwo kasy, a tak muszę się męczyć, pisząc książki z tobą”. Być może Nobel prędzej czy później trafiłby w jego ręce, gdyby został w Stanach, ale wrócił do polskiej, peerelowskiej rzeczywistości, gdzie naukowcy mogli jedynie marzyć o warunkach takich, jakie mieli ich koledzy z Zachodu. W 1975 roku zmarła bowiem matka naukowca. Vetulani, ten złośliwy cynik i buntownik, przyjechał do Polski, żeby opiekować się ojcem.

Cały on, pełen sprzeczności i tajemnic.

***

Wróćmy na chwilę do tego popołudnia w 2013 roku, kiedy po raz pierwszy znalazłam się w mieszkaniu profesora. Mówił wtedy o wielomiliardowej armii neuronów w naszym mózgu tak, że jedna z najtrudniejszych nauk stawała się logiczna, prosta i fascynująca. Nie mogłam się nasłuchać. Miał wielki dar opowiadania o złożoności mózgu w taki sposób, jakby opowiadał fascynującą historię miłosną lub snuł opowieść o jakimś okrutnym zabójstwie. Upraszczał, używał porównań, nie stronił od ostrych sądów. Przeprowadziłam dla „Gazety Krakowskiej” sporo wywiadów z naukowcami, wiem więc, że często boją się oni mówić w sposób zrozumiały dla ludzi („Pani redaktor rozumie: moi koledzy będą to czytać”, „Nie możemy tak upraszczać, bo narażę się na krytykę”, „Jestem naukowcem, nie publicystą”). Vetulani opinię środowiska miał, za przeproszeniem, w dupie. Ważniejsze od tego, co pomyślą sobie o nim inni profesorzy, było to, żeby „zwykli” ludzie go zrozumieli. Żeby zasiać w nich fascynację neurobiologią, nauczyć ich czegoś, nawet jeśli trzeba przy tym kilka razy zakląć i wielokrotnie zażartować. A właściwie – tym lepiej. Dusza kabareciarza i zamiłowanie do sceny były w nim tak samo silne jak kilkadziesiąt lat wcześniej, kiedy zakładał Piwnicę pod Baranami.

Potem zrobiliśmy kolejny wywiad. I jeszcze jeden. W końcu stwierdziliśmy, że napiszemy wspólnie książkę. Nie wiem już nawet, kto pierwszy to zaproponował – mam wrażenie, że wpadliśmy na ten pomysł niemal jednocześnie. Pamiętam, że siedzieliśmy w kawiarni przy Brackiej (profesor lubił wyjść do pubu, kawiarni albo do restauracji na dobry obiad) i próbowaliśmy ułożyć konspekt książki, ale cały czas ktoś nam przeszkadzał – Vetulaniego znali dosłownie wszyscy. W końcu umówiliśmy się na inny, bliżej niesprecyzowany termin, a mnie ogarnęły wątpliwości: czy damy radę? Nigdy wcześniej nie pisałam książki. Kto nam to wyda? Jak się do tego w ogóle zabrać?

I wtedy do profesora zadzwoniła redaktorka z Wydawnictwa PWN.

– Chcielibyśmy, żeby napisał pan dla nas książkę o mózgu. Wiemy, że ma pan problemy ze wzrokiem, więc może weźmie pan do pomocy jakiegoś dziennikarza?

– Biorę Mazurek! – odparł profesor.

Kiedy podpisywaliśmy umowy, miał w zasadzie tylko jeden warunek: „Nazwisko Marysi ma się znaleźć na okładce, czcionką tej samej wielkości co moje”.

Trudno stwierdzić, czy kolejne tygodnie były bardziej pracowite, czy bardziej fascynujące. Spotykaliśmy się praktycznie codziennie: albo w mieszkaniu przy placu Inwalidów, albo w jego gabinecie w Polskiej Akademii Nauk, przy ulicy Smętnej. Gdy pracowaliśmy w domu Vetulaniego, pani Marysia (kochana kobieta) dbała o to, żebyśmy nigdy nie byli głodni: częstowała nas ciepłym obiadem, a potem donosiła przekąski – winogrona, cheddar, czekoladki. Jeśli jej nie było, profesor mówił: „Cholera, nie mamy obiadu, a ty pewnie, jak zawsze, jesteś głodna. Sprawdź, czy jest coś w lodówce, a jak nie, zamówimy chińczyka”. Jeśli odwiedzałam go w PAN-ie, zabierał mnie na stołówkę dla naukowców. Czasem kupował dla mnie chipsy, bo pamiętał, że uwielbiam takie śmieciowe przekąski.

W sylwestra, dość nieoczekiwanie, wpadli z panią Marysią na imprezę do moich znajomych. Duża część stłoczonych w niewielkim mieszkaniu na Prądniku Czerwonym gości nie miała pojęcia, skąd nagle pojawili się tam pięćdziesiąt lat starsi od nas ludzie. Jedna z moich koleżanek, w zaawansowanej ciąży, już po wyznaczonej dacie porodu, siedziała, wzdychając z umartwioną miną, opuchnięta i obolała. Vetulani podszedł, żeby zapytać, co jej jest.

– Po prostu chciałabym już urodzić – powiedziała.

– To musisz zrobić mężowi loda. Ale do końca – poradził bezceremonialnie profesor.

Obserwowałam, jak oczy świadków tej sceny powiększają się tak bardzo, jakby zaraz miały wyskoczyć z oczodołów – swawolne komentarze i spontaniczność profesora mogły z początku szokować. Po kilku sekundach wyjaśnił: „Męskie nasienie, droga pani, zawiera prostaglandyny, które przyspieszają dojrzewanie szyjki macicy i wywołują skurcze. Żeby być precyzyjnym, muszę jednak dodać, że według innych badań, tych nowszych, sperma nie przyspiesza jednak porodu”.

Tak czy inaczej, moja koleżanka, której wyjaśniliśmy, kim jest ów bezpośredni starzec, postanowiła skorzystać z jego rady. Kolejnego dnia rzeczywiście urodziła.

***

Nasza pierwsza książka okazała się – jak na publikację popularnonaukową – sporym sukcesem. Pewnie również dlatego, że profesor brał aktywny udział w jej promocji. Jego wykłady od dłuższego czasu cieszyły się ogromnym zainteresowaniem (w dużej mierze dzięki Frankowi Vetulaniemu, ukochanemu wnukowi profesora, który pełnił w ostatnich latach życia funkcję jego sekretarza, menadżera i asystenta), była więc to również okazja do rozreklamowania naszej publikacji. Profesor zachęcał, żebym na nie chodziła, ale ja raczej tego unikałam, zdając sobie sprawę, że ludzie przychodzą na spotkania głównie dla niego. Niemniej kilka razy podpisywaliśmy wspólnie książki. „Jeszcze podpis mojej współautorki, gdyby nie ona, tej książki by nie było” – oświadczał ludziom, a ja czułam, jak czerwienię się ze wstydu. Przecież by była, to jasne, tylko trochę inna. Kiedyś, podczas targów książki, jedna kobieta stwierdziła, że mimo wszystko ona prosi tylko jego podpis. „Co za głupia baba!” – skomentował profesor teatralnym szeptem, słyszalnym dla wszystkich wokół, dla tej pani również. Prawdę powiedziawszy, użył gorszego określenia.

Taki był: cyniczny i lojalny jednocześnie. Praca z nim – a po napisaniu pierwszej książki przyszła kolej na następne – była nie tylko wzbogacającą intelektualnie ucztą, ale i świetną zabawą, podczas której wypiliśmy niejedną butelkę wina i poruszyliśmy tysiące, dosłownie, tematów. Profesor zapamiętywał chyba wszystko, o czym kiedykolwiek mu wspomniałam – nawet jeśli ja już zdążyłam o tym zapomnieć. Zaskakiwał później pytaniami: „Czy twoja klacz jest już trochę milsza? A kupiłaś ten bat, o którym mówiłaś?”; „Jak wyszedł tomograf kręgosłupa twojego taty?”; „Czy twoja siostra zdecydowała już, co będzie robić po obronie pracy magisterskiej?”; „Jak wyszedł wywiad z tym księdzem, którego ci poleciłem?”.

Często pytałam go o zdanie, tak w sprawach zawodowych, jak i zupełnie prywatnych, a on chętnie dzielił się swoimi spostrzeżeniami. Czasem tylko nie wiedziałam, na ile żartował, a na ile mówił serio. Kiedyś, gdy jedna kobieta napsuła mi krwi (historia zbyt długa i żenująca, by ją streszczać), zapytał na przykład tak: „Czy ta wredna baba dalej ci dokucza? Mam pomysł: podrzućmy jej marihuanę i zadzwońmy na policję”. Ta „wredna baba”, jak sądzę, nigdy nie miała jointa w ustach. A my byliśmy już z profesorem autorami książki o zaletach konopi indyjskich.

***

Jeśli chodzi o tę książkę, jej pomysł zrodził się w 2016 roku, prawdopodobnie na dziewięćdziesiątych urodzinach Andrzeja Wajdy. Piszę „prawdopodobnie”, bo znam to z relacji profesora. Ponoć spotkał on na tej imprezie Jerzego Illga, redaktora naczelnego „Znaku”. Illg miał powiedzieć, że chętnie spotka się z nim i ze mną, żeby omówić szczegóły.

Pamiętam, jak naukowiec oznajmił: „Mazurek, będziemy pisać książkę o seksie!”. Jakoś mnie to nie zdziwiło – profesor uwielbiał robić różne żartobliwe dygresje na ten temat. Ale nie były to nigdy prostackie żarty. Po prostu z humorem tłumaczył ten obszar, wskazując, że w życiu tak naprawdę chodzi głównie o seks – czy precyzyjniej – o przekazywanie genów.

Dostaliśmy dość odległy deadline. Przez kilka miesięcy odkładaliśmy z profesorem pracę na później. Chyba byliśmy pod tym względem podobni: lubiliśmy pracować szybko i efektywnie, nie rozwlekając w czasie swoich obowiązków. W końcu usiedliśmy do pracy nad książką. Z założenia miała być ona dość długa, dłuższa niż ta, którą trzymają Państwo w rękach. Pod koniec 2016 roku zaczęliśmy regularne spotkania. Z początkiem 2017 roku były one już prawie codzienne: albo u niego w domu, albo w instytucie. Byliśmy pewni, że do kwietnia powstanie najlepsza książka, jaką do tej pory napisaliśmy.

Zabrakło nam jednak czasu. Mieliśmy spotkać się 3 marca, w piątek. W czwartek wieczorem profesor jednak nie odebrał ode mnie telefonu. Pamiętam, że nawet trochę się zirytowałam. „Miał przygotować się do prac nad kolejnym rozdziałem, a pewnie znów poszedł na imprezę” – przeszło mi przez myśl. W piątek rano zadzwonił Marek, syn profesora. Marek nie jest przyrodnikiem, ale ma ogromną wiedzę z zakresu neurobiologii, czytał więc nasze poprzednie książki przed oddaniem do druku, wyłapując ewentualne błędy.

„Siedzisz? To usiądź. Ojciec miał wczoraj wypadek, jest w krytycznym stanie. Nie wiadomo, czy z tego wyjdzie” – powiedział. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale się nie zdziwiłam.

Przez następne pięć tygodni, kiedy profesor leżał w śpiączce, nie wiedziałam, czego mu życzę: żeby się wybudził czy przeciwnie, żeby zasnął na zawsze i uniknął trosk, których przysporzyłoby mu życie w czterech ścianach. Profesor nie był typem człowieka, który lubił spokój. On czerpał energię ze spotkań z ludźmi. Z tego, że wokół niego tyle się dzieje. Do samego wypadku prowadził zresztą życie aktywniejsze niż wszyscy znani mi rówieśnicy i ja sama: wciąż pracował w Polskiej Akademii Nauk (pod samochód wpadł, wracając z pracy), jeździł po całej Polsce z wykładami, udzielał licznych wywiadów, chodził na imprezy. Spał często po trzy, cztery godziny na dobę. Nocami przygotowywał się do swoich zadań. Miał umysł ostry jak brzytwa. Jakby cały czas pracował na najwyższych obrotach. Ze względu na jego słaby wzrok, autoryzacja naszych tekstów odbywała się w ten sposób, że na głos czytałam mu to, co napisałam po poprzednich spotkaniach. Potrafił przez pół godziny mnie słuchać, nie odzywając się ani słowem, tak że miałam wrażenie, że prawie zasypia. I nagle się odzywał: „Nie noreadrenalina, ale noradrenalina, masz literówkę!”.

Nie, nie spodobałoby mu się, gdyby miał spędzić resztę życia, nie mogąc pracować, wykładać, rozmawiać z ludźmi i popijać wina.

***

Zmarł 6 kwietnia 2017 roku. W dniu jego pogrzebu było wietrznie i deszczowo. Przypomniałam sobie jego słowa: „Mnóstwo osób po pogrzebach choruje. Smutek obniża odporność, a jeśli dodatkowo na cmentarzu wieje, choroba jak w banku”. (Nie wiem, ile z setek osób zgromadzonych na Rakowicach później zachorowało; ja nie – chyba bardziej uśmiechałam się do wspomnień z profesorem, niż smuciłam, że kolejnych nie będzie).

Przemawiało mnóstwo ludzi. Słuchając niektórych z nich, mimowolnie marszczyłam brwi. Jacyś politycy i samorządowcy wymieniali słowa: wierny, dobry, oddany nauce i Krakowowi. „Co za bezosobowe, nudne pochwały, świadczące o tym, że w ogóle go nie znali” – pomyślałam.

Dopiero później uzmysłowiłam sobie, że każdy ma prawo do swoich opinii i swoich wspomnień. Profesor Vetulani był przecież tak nieoczywistą, wielowymiarową postacią, że trudno go zaszufladkować, opisać kilkoma epitetami. A jednak ludzkie mózgi, wiem to od profesora, mają skłonność do tego, żeby upraszczać, nazywać, przyporządkowywać. Każdy zapamiętał go inaczej. Profesor Vetulani posiadał niezwykły dar: nawet jeśli ktoś zamienił z nim w życiu tylko kilka zdań, miał wrażenie, że była to relacja wyjątkowa, intymna, szczególna – słyszałam, że taką samą umiejętność posiadał Karol Wojtyła. Potrafił także dostroić się do rozmówcy – nie w tym sensie, że nakładał maski czy udawał kogoś, kim nie jest. Po prostu każdemu pokazywał nieco inny wymiar swojej złożonej osobowości. Osobiście za jego wiodące cechy uznawałam (oprócz geniuszu, co oczywiste) wielką lojalność, życiową energię, dystans do świata, bawienie się życiem, cynizm i bezpośredniość. Pewnie dlatego, że sama trochę taka jestem. Inni pewnie określiliby go nieco odmiennym zestawem cech. A ile osób znało jego wszystkie twarze? Nie wiem, ale myślę, że geniuszów chyba nie da się poznać do końca.

***

Książka ta nie jest skończona. Nie zdążyliśmy napisać kilku rozdziałów, które planowaliśmy. Została przerwana nagłą śmiercią profesora. Miejscami jest poklejona i połatana. Niekompletna, można powiedzieć.

Mimo to zdecydowaliśmy się ją wydać. Po pierwsze dlatego, że ten pomysł zaaprobowała rodzina Vetulaniego: pani Marysia, żona profesora (zmarła kilka miesięcy po profesorze, we wrześniu 2017 roku), Marek, jego syn, który pomagał nam przy poprzednich książkach, i wreszcie Franek Vetulani, wnuk profesora, z którym – wiem to na pewno – neurobiolog niezwykle się liczył i któremu bardzo ufał. Jest też drugi powód, który utwierdził mnie w tej decyzji: na ile znałam profesora, wiem, że on by tego chciał. Uwielbiał ludzi – rozmawiać z nimi, uczyć ich, rozśmieszać, inspirować. Jestem przekonana, że chciałby robić to nawet po swojej śmierci.

A że jego ostatnia książka jest o seksie? Bardzo by go to rozbawiło.

Po co nam seks?

czyli o potędze genów i chemii zakochania

Przy gabinecie profesora w Polskiej Akademii Nauk były (pewnie są do tej pory) ekspres do kawy i kartka z nazwiskami naukowców. Jeśli ktoś robił kawę, rysował kreskę przy swoim nazwisku, żeby potem odpowiednio partycypować w kosztach zakupu ziaren tej pobudzającej rośliny. Sporo tych kresek pojawiło się przy nazwisku Vetulani, zanim w grudniu 2016 roku wreszcie usiedliśmy do pracy.

Pan zawsze powtarza, że seksu nie da się przecenić. Trochę w tym kokieterii, prawda?

Nie. Seks jest najważniejszy na świecie. Nie żartuję. Z biologicznego punktu widzenia rozmnażanie to nasza największa misja. Przez „nasza” rozumiem nie tylko ludzi i zwierząt, ale wszystkich żywych organizmów: grzybów, bakterii, wirusów (choć spór o to, czy wirusy są organizmami żywymi, trwa wśród naukowców od lat), roślin. Zresztą, jakie było pierwsze przykazanie dane od Boga?

„Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”.

Nie miałem na myśli Dekalogu, ale pierwsze słowa, które wypowiedział Bóg zaraz po stworzeniu Adama i Ewy. Powiedział im tak: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną”. Inna sprawa, że to właśnie Kościół uczynił później z seksu tabu, rzecz wstydliwą, objętą licznymi restrykcjami. Ale jeśli popatrzymy na Księgę Rodzaju i historię o powstaniu świata i człowieka, to można stwierdzić, że

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

Chłopiec czy dziewczynka?

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Inicjacja

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Poligamia, monogamia

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Zboczeńcy i purytanie

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Pornografia

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Niebieska tabletka i doktor Condom

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Seks starców

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej.

Projekt okładki i ilustracje wewnątrz książki

Marcin Wierzchowski / Hmmmstudio

Opieka redakcyjna

Krzysztof Chaba

Adiustacja

Maria Zając

Korekta

Grażyna Rompel

Witold Kowalczyk

Copyright © by Jerzy Vetulani i Maria Mazurek

Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2018

ISBN 978-83-240-4274-6

Znak Horyzont

www.znakhoryzont.pl

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Neuroerotyka Ćwiczenie duszy, rozciąganie mózgu Mózg i błazen Bez ograniczeń A w konopiach strach 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jak czytać wodę Przewodnik wędrowca Duchowe życie zwierząt Medyczna Marihuana. Historia hipokryzji Małe wielkie odkrycia Na drugie Stanisław