Pandemia

Pandemia

Autorzy: A.G. Riddle

Wydawnictwo: Filia

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 33.38 zł

Zabójcza epidemia w Kenii.

Spisek na niewyobrażalną skalę.

Wyścig z czasem, by ocalić ludzkość w jej najczarniejszej godzinie.

A.G. Riddle, autor "Genu Atlantydzkiego", międzynarodowego bestsellera, sprzedanego dotąd w nakładzie 3 milionów egzemplarzy i przetłumaczonego na 20 języków, powraca z nową książką.

Na północ od Alaski statek amerykańskiej Straży Przybrzeżnej odnajduje zatopioną łódź podwodną. Badacze, którzy schodzą na jego pokład, znajdują dowody wskazujące że prowadzono tam tajne eksperymenty naukowe.

W Atlancie dr Peyton Shaw zostaje wyrwana ze snu przez telefon, którego obawiała się od lat. Jako jedna z czołowych epidemiologów zatrudnianych przez CDC jest w grupie, której zadaniem jest błyskawiczna reakcja w obliczu potencjalnego wybuchu zarazy. 

W Kenii dwóch Amerykanów zaraziło się patogenem przypominającym zabójczy wirus ebola. Zegar zagłady zaczyna tykać, a Peyton staje na czele zespołu, który dołączy do personelu WHO oraz miejscowych lekarzy. To, co odkryją w odludnej afrykańskiej wiosce, przejdzie ich wszelkie wyobrażenia.

Tymczasem w Berlinie Desmond Hughes budzi się w anonimowym pokoju hotelowym, nie pamiętając, jak do niego trafił ani kim jest. Na podłodze leży martwy ochroniarz, pracownik międzynarodowej firmy farmaceutycznej. Nieliczne wskazówki prowadzą Desmonda do Peyton Shaw. Ku swemu zaskoczeniu i przerażeniu mężczyzna dowiaduje się, że może być powiązany z wybuchem epidemii i że prawdopodobnie posiada klucz do jej powstrzymania.

Podczas gdy patogen rozprzestrzenia się po świecie, a liczba zarażonych rośnie w przerażającym tempie, Peyton i Desmond ścigają się z czasem, żeby zdemaskować spisek, który może doprowadzić do zagłady ludzkości.

"Fantastyczna, dynamiczna lektura!"

Haunted Library

"Znakomita powieść i pełnokrwiste postaci."

Mystery Suspense Reviews

"Wciągająca od pierwszego do ostatniego zdania."

The Artisan Penguin

Powieść dedykuję grupie bohaterów, o których rzadko się słyszy. Jedni z pierwszych docierają w miejsca dotknięte huraganami i innymi klęskami żywiołowymi i ostatni stamtąd wyjeżdżają. Pojawiają się w regionach objętych wojną, chociaż nie noszą broni. Bezustannie ryzykują życie, żeby nas chronić przed niebezpieczeństwami, które zagrażają każdemu na ziemi.

Mieszkają wśród nas, są naszymi sąsiadami, przyjaciółmi, członkami naszych rodzin. To mężczyźni i kobiety pracujący w służbie zdrowia w Stanach Zjednoczonych i za granicą. Zbieranie materiałów o ich działalności było dla mnie źródłem wielkiej inspiracji podczas pisania tej powieści. To oni są prawdziwymi bohaterami historii takich jak Pandemia.

UWAGI O FAKTACH I FIKCJI

Pandemia jest zarówno fikcją literacką, jak i książką opartą na faktach. Próbowałem opisać działalność CDC[1] i WHO po wybuchu epidemii w Afryce. W pracy pomogło mi kilku ekspertów z tej dziedziny. Za błędy wyłącznie ja ponoszę odpowiedzialność.

Większość fragmentów dotyczących badań naukowych w Pandemii jest prawdziwa. W szczególności to, co dotyczy bakteriofaga M13 i białka gp3, jest w stu procentach oparte na faktach. Terapie oparte na M13 i gp3 są obecnie w fazie badań klinicznych i wykazują przydatność w leczeniu chorób Alzheimera, Parkinsona oraz amyloidozy.

Na mojej stronie internetowej (agriddle.com) znajduje się sekcja dotycząca faktów i fikcji oraz dodatkowych informacji związanych z Pandemią.

Dziękuję za wybranie mojej książki.

Gerry (A.G. Riddle)

[1] CDC – Centra Zwalczania Chorób i Zapobiegania Im (Centers for Disease Control and Prevention)

PROLOG

Amerykański statek Straży Przybrzeżnej od trzech miesięcy przeszukiwał Ocean Arktyczny, chociaż nikt z załogi nie wiedział dokładnie, czego szukają. W ostatnim porcie na lodołamacz wsiadło trzydziestu naukowców i załadowano tuzin skrzyń wypełnionych dziwnymi instrumentami. Załodze nic nie powiedziano na temat gości ani tajemniczego sprzętu. Dzień za dniem lód pękał i spiętrzał się przed dziobem lodołamacza Healy, podczas gdy płynący nim ludzie wykonywali swoje obowiązki, zachowując całkowitą ciszę radiową, tak jak im nakazano.

Tajemniczy naukowcy i monotonna codzienna rutyna spowodowały, że wśród załogi zaczęły krążyć plotki. Ludzie trajkotali podczas posiłków, w godzinach wolnych, gdy grali w szachy, karty i gry wideo. Najczęściej obstawiali, że poszukują zatopionego okrętu podwodnego lub innej jednostki wojskowej – prawdopodobnie amerykańskiej lub rosyjskiej – a może frachtowca przewożącego niebezpieczne materiały. Kilka osób z załogi twierdziło, że szukają głowic jądrowych wystrzelonych dekady wcześniej podczas zimnej wojny, które jednak nigdy nie dotarły do celu, tylko spoczywały gdzieś na dnie Oceanu Arktycznego.

O czwartej rano strefy czasowej dla Anchorage zadzwonił telefon wiszący na ścianie obok koi kapitana. Mężczyzna podniósł słuchawkę, nawet nie włączając światła.

– Miller.

– Zatrzymaj statek, kapitanie. Znaleźliśmy to. – Głównodowodzący misją naukowców, doktor Hans Emmerich, przerwał połączenie bez słowa wyjaśnienia.

Po wywołaniu mostka i wydaniu komendy „maszyny stop” kapitan Walter Miller szybko się ubrał i udał do głównego pomieszczenia badawczego na statku. Podobnie jak reszta załogi był ciekaw, co znaleziono. Przede wszystkim jednak chciał wiedzieć, czy to, co znajdowało się pod nimi, stanowiło zagrożenie dla stu siedemnastu mężczyzn i kobiet służących na jego okręcie.

Miller skinął głową strażnikom przy włazie i wszedł do środka. Kilkunastu naukowców sprzeczało się przy monitorach. Podszedł do nich, zerkając na obrazy pokazujące skaliste dno morskie skąpane w zielonej poświacie. Jedno z kilku podobnych zdjęć przedstawiało ciemny, podłużny przedmiot.

– Kapitanie. – Głos Emmericha zadziałał jak smycz i Miller zatrzymał się w pół kroku. – Obawiam się, że w tej chwili jesteśmy bardzo zajęci. – Emmerich stanął przed oficerem Straży Przybrzeżnej, próbując zasłonić monitory, jednak Miller ani myślał się wycofywać.

– Przyszedłem sprawdzić, czy potrzebujecie mojej pomocy – powiedział.

– Radzimy sobie, kapitanie. Proszę utrzymać obecną pozycję oraz ciszę radiową.

Miller wskazał monitory.

– Czyli szukaliście okrętu podwodnego.

Emmerich milczał.

– Amerykańskiego? Rosyjskiego?

– Wydaje nam się, że to okręt… sponsorowany przez kilka krajów.

Miller zamrugał, zastanawiając się, co to może oznaczać.

– A teraz, kapitanie, naprawdę musimy pana przeprosić. Mamy dużo pracy. Niedługo zwodujemy podwodny pojazd ratunkowy.

Miller skinął głową.

– Zrozumiałem. Powodzenia, doktorze.

Kiedy kapitan wyszedł, Emmerich poinstruował dwóch młodszych badaczy, by stanęli przy drzwiach.

– Nikt inny nie może tu wejść.

Ze swojego komputera Emmerich wysłał zaszyfrowaną wiadomość.

Przypuszczalnie zlokalizowano wrak RSV Beagle. Zaczynamy przeszukanie. W załączniku współrzędne i pierwsze obrazowanie.

Pół godziny później doktor Emmerich i trzej inni naukowcy wsiedli do pojazdu ratunkowego i wyruszyli na dno oceanu.

Po drugiej stronie świata frachtowiec Kentaro Maru opuścił wybrzeże Somalii i wpłynął na Ocean Indyjski.

W sali konferencyjnej przylegającej do mostka przez całe popołudnie kłócili się dwaj mężczyźni, ich krzyki sprawiały, że załoga od czasu do czasu się wzdrygała.

Oficer stojący na mostku zapukał do drzwi i czekał podenerwowany. Zignorowali go i dalej wrzeszczeli na siebie.

Zapukał ponownie.

Cisza.

Przełknął ślinę i popchnął drzwi.

Conner McClain stał za długim stołem konferencyjnym. Jego rozzłoszczona mina sprawiała, że poorana bliznami twarz wydawała się jeszcze groźniejsza. Niemal wrzeszcząc, szybko wyrzucał z siebie słowa, w których pobrzmiewał australijski akcent.

– Dla twojego dobra, poruczniku, niech to będzie coś ważnego.

– Amerykanie znaleźli Beagle.

– Jak?

– Wykorzystują nową technologię mapowania dna morza…

– Z samolotu, okrętu podwodnego czy statku?

– Ze statku. Healy. To lodołamacz amerykańskiej Straży Przybrzeżnej. Opuszczają podwodny pojazd ratunkowy.

– Czy już wiedzą, co znajduje się na Beagle?

– Nie mamy pojęcia. Raczej nie.

– Dobrze. Zatopić lodołamacz.

Po raz pierwszy odezwał się drugi mężczyzna z sali konferencyjnej.

– Nie rób tego, Conner.

– Nie mamy wyboru.

– Mamy. To dla nas pewna szansa.

– Szansa na co?

– By pokazać światu, co znajduje się na pokładzie Beagle.

– Proszę wykonać rozkaz, poruczniku. Odmaszerować – zwrócił się do młodego oficera.

Kiedy drzwi się zamknęły, Conner przemówił spokojnym tonem do drugiego mężczyzny.

– Niewiele nas dzieli od najważniejszego wydarzenia w historii ludzkości. Nie pozwolimy barbarzyńskim hordom na podejmowanie decyzji.

Hans Emmerich wstrzymał oddech, kiedy otworzył się właz pojazdu podwodnego.

Siedzący za nim Peter Finch wpatrywał się w ekran laptopa.

– Czysto. Szczelność w normie.

– Promieniowanie? – spytał Emmerich.

– W normie.

Emmerich i trzej naukowcy zeszli do statku po drabince. Powoli przechodzili przez ciasne korytarze, uważając, żeby o nic nie zahaczyć skafandrami. Rozszczelnienie groziło śmiercią. LED-owe światła w kombinezonach rzucały białe promienie na ciemny grobowiec.

Kiedy dotarli na mostek, Emmerich skierował lampy hełmu na tabliczkę z brązu wiszącą na ścianie.

– Prometeusz, tu Alfa Jeden. Czy mnie słyszycie?

Któryś z naukowców na Healy od razu odpowiedział.

– Mamy dźwięk i obraz, Alfa Jeden.

Na tabliczce napisano:

RSV Beagle

Hongkong

1 maja 1965

Ordo ab Chao

Emmerich zszedł z mostka i zaczął przeszukiwać prywatną kabinę kapitana. Jak mu się poszczęści, znajdzie tu dzienniki pokładowe, a one wyjawią, gdzie Beagle pływał i co odkryła załoga. Jeśli się nie mylił, na statku znajdowały się dowody czegoś, co na zawsze zmieni bieg historii.

W jego słuchawce rozległ się głos Fincha.

– Alfa Jeden, Alfa Jeden, słyszymy się?

– Tak, Alfa Dwa.

– Dotarliśmy na poziom laboratorium. Mamy wejść?

– Zgoda, Alfa Dwa. Kontynuujcie, ale ostrożnie.

Emmerich czekał w ciemnym korytarzu.

– Alfa Jeden, widzimy dwa pokoje badań z metalowymi stołami długości około trzech metrów. Sale są zamknięte ze względu na zagrożenie biologiczne. Reszta laboratorium jest wypełniona długimi rzędami pojemników, podobnych do dużych skrytek depozytowych w skarbcu. Mamy otworzyć jeden?

– Nie, Alfa Dwa – powiedział szybko Emmerich. – Są ponumerowane?

– Tak – odparł Finch.

– Musimy znaleźć spis.

– Nie rozłączaj się. Na każdym pojemniku jest metalowa płytka. – Po chwili dodał: – Płytka zakrywa szczelinę, jakby wizjer. W tym są kości. Ludzkie. Nie, czekaj. Nie mogą być ludzkie.

– W tym jest jakiś kotowaty – odezwał się inny badacz. – Gatunek nieznany. Chyba został zamrożony za życia. Nadal jest w lodzie.

Emmerich słyszał klikanie odsuwanych metalowych płytek, co przypominało trzask migawki aparatu.

– Alfa Jeden, powinieneś tu zejść. To jak arka Noego.

Emmerich ruszył ciasnym korytarzem, nadal uważając, żeby nic nie przedziurawiło mu kombinezonu.

– Prometeusz, tu Alfa Jeden. Czy nagrywacie obraz i dźwięk Alfy Dwa, Trzy i Cztery?

Nie nadeszła żadna odpowiedź, więc Emmerich stanął.

– Prometeusz, tu Alfa Jeden, słyszymy się?

Wezwał go ponownie i jeszcze raz. Potem usłyszał głośny wybuch i zadrżała pod nim podłoga.

– Prometeusz?

DZIEŃ 1

320 zarażonych

0 ofiar śmiertelnych

ROZDZIAŁ 1

Doktor Elim Kibet siedział w swoim pomalowanym na biało gabinecie i patrzył na słońce wschodzące ponad skalistym krajobrazem północno-wschodniej Kenii. Szpital Referral w Manderze był zaniedbanym budynkiem w jednym z najbiedniejszych zakątków świata, a on niedawno stał się za niego odpowiedzialny. Niektórzy w jego sytuacji uważaliby to za nadmierne obciążenie, ale dla niego był to zaszczyt.

Zza zamkniętych drzwi dobiegały przeraźliwe wrzaski. W korytarzu słychać było kroki i krzyk jednej z pielęgniarek.

– Doktorze, szybko!

Nie było wątpliwości, o którego doktora chodziło; Elim Kibet był jedynym lekarzem, który tu pozostał. Inni wyjechali po atakach terrorystycznych. Wiele pielęgniarek poszło w ich ślady. Rząd odrzucił prośbę o przydzielenie uzbrojonej ochrony wiejskiemu szpitalowi. Ponadto wynagrodzenie było nędzne i jeśli w ogóle przychodziło, to z opóźnieniem. Z tego powodu kolejna fala pracowników uciekła z popadającego w ruinę szpitala. Teraz została tylko garstka personelu. Pozostali albo nie mieli dokąd uciec, albo byli zbyt oddani swojej pracy, by rozważać odejście. Albo, jak u Elima Kibeta, w grę wchodziły obydwa czynniki.

Włożył biały fartuch i wybiegł na korytarz, gdzie potrzebowano jego pomocy.

Mandera była jednym z najbiedniejszych hrabstw Kenii. Roczny dochód na głowę wynosił 267 dolarów – mniej niż 75 centów dziennie. Poprzecinane nieutwardzonymi drogami miasto Mandera leżało zarówno przy granicy z Somalią, jak i Etiopią. Ludzie utrzymywali się z uprawy ziemi, często z wielką trudnością wiązali koniec z końcem i cieszyli się z drobiazgów. To było miejsce o niewysłowionym uroku i niezmierzonej brutalności.

W regionie występowały najbardziej śmiertelne choroby na świecie, lecz to nie one stanowiły największe zagrożenie w tej okolicy. Asz-Szabab, grupa terrorystyczna sprzymierzona z Al-Kaidą, często atakowała wioski i budynki rządowe. Jej działalność odznaczała się wyjątkowym okrucieństwem. Niecały rok temu bojówkarze Asz-Szabab zatrzymali autobus koło Mandery i kazali wysiąść wszystkim pasażerom będącym muzułmanami. Ci odmówili i otoczyli pasażerów chrześcijan. Ludzie z Asz-Szabab wywlekli wszystkich z autobusu, zarówno muzułmanów, jak i chrześcijan, ustawili ich w rzędzie i rozstrzelali. Tego dnia zginęło trzydzieści siedem osób.

Gdy Elim biegł zapuszczonym korytarzem, to była jego pierwsza myśl – kolejny atak Asz-Szabab.

Ku jego zaskoczeniu w pokoju przyjęć zastał dwóch spoconych młodych białych mężczyzn z ciemnymi, długimi włosami polepionymi w strąki i gęstymi brodami. Jeden z nich stał przy drzwiach i trzymał kamerę wideo. Drugi leżał na stole zabiegowym, miał zamknięte oczy i przewracał się z boku na bok. Odór biegunki i wymiotów był nie do zniesienia.

Dwie pielęgniarki pochylały się nad mężczyzną, przeprowadzając wstępne badanie. Jedna wyjęła termometr z jego ust i zwróciła się do Elima.

– Czterdzieści stopni, doktorze.

Młody człowiek z kamerą opuścił sprzęt i złapał Elima za rękę.

– Musi mu pan pomóc!

Elim wyrwał rękę, po czym wskazał mu miejsce w kącie z dala od stołu zabiegowego.

– Pomogę. Proszę się odsunąć.

Z początku lekarz myślał, że to malaria. Choroba szalała w regionach tropikalnych i subtropikalnych zwłaszcza w ubogich regionach takich jak Mandera, która znajdowała się zaledwie czterysta kilometrów od równika. W ciągu roku na świecie ponad dwieście milionów ludzi zarażało się malarią, a prawie pół miliona traciło życie. Dziewięćdziesiąt procent przypadków śmiertelnych przypadało na Afrykę, gdzie w każdej minucie na malarię umierało jedno dziecko. Ludzie z Zachodu również często na nią chorowali. Dało się ją wyleczyć, co napawało Elima pewną nadzieją, gdy naciągał winylowe rękawiczki i zaczynał badanie.

Pacjent był ledwie przytomny. Majaczył, gwałtownie kręcąc głową. Kiedy Elim podciągnął mu koszulę, natychmiast zmienił diagnozę. Na brzuchu i piersi mężczyzny dostrzegł wysypkę.

Te objawy bardziej pasowały do duru brzusznego. Ta choroba również często występowała w regionie i była wywoływana przez bakterię Salmonella typhi, która rozwijała się w zbiornikach wodnych. Dur był uleczalny. Trzeba tylko podać fluorochinolon, jeden z nielicznych antybiotyków, które miał do dyspozycji.

Nadzieja Elima wyparowała, kiedy zajrzał pod powieki pacjenta. Spojrzały na niego żółte oczy. W kąciku lewego oka zebrała się krew, po czym pociekła po twarzy mężczyzny.

– Odejść od stołu – powiedział Elim, rozłożył ręce i odsunął pielęgniarki.

– Co z nim? – zapytał drugi biały.

– Wyjść z sali – polecił Elim.

Pielęgniarki natychmiast wykonały polecenie, lecz młody człowiek nadal nie chciał się ruszyć.

– Nie zostawię go.

– Musi pan.

– Nie wyjdę.

Elim przyjrzał się młodzieńcowi. Coś tu nie pasowało. Kamera, jego wygląd, również to, że dotarli właśnie tutaj.

– Jak pan się nazywa?

– Lucas. Turner.

– Dlaczego tu jesteście, panie Turner?

– On zachorował…

– Nie, dlaczego przyjechaliście do Kenii? Co robicie w Manderze?

– Rozkręcamy biznes.

– Jaki?

– CityForge. Crowfundingowy start-up skierowany do władz lokalnych – odparł Lucas, jakby recytował wyuczoną frazę.

Elim pokręcił głową. O czym on mówi?

– Wie pan, co mu dolega? – spytał Lucas.

– Być może. Musi pan stąd wyjść.

– Nie ma mowy.

– Posłuchaj mnie, człowieku. Pana przyjaciel zapadł na bardzo niebezpieczną chorobę. Prawdopodobnie zaraźliwą. Pańskie zdrowie jest zagrożone.

– Co złapał?

– Nie…

– Nie ma pan pojęcia – odparł Lucas.

Elim rozejrzał się, upewniając, że pielęgniarki wyszły z pomieszczenia.

– Marburga – szepnął. Lucas nie zareagował. – Możliwe, że ebolę.

Spocona twarz Lucasa zbladła, przez co jego ciemne, rozczochrane włosy jeszcze bardziej kontrastowały z białą skórą. Popatrzył na przyjaciela leżącego na stole, po czym pospiesznie opuścił pokój.

Elim podszedł do stołu zabiegowego.

– Wezwę pomoc – powiedział. – Zrobię, co w mojej mocy.

Zdjął rękawiczki, wrzucił je do kosza na odpady i wyjął smartfon. Sfotografował wysypkę, poprosił mężczyznę o otwarcie oczu i pstryknął jeszcze jedno zdjęcie, po czym wysłał je do kenijskiego Ministerstwa Zdrowia.

Przy drzwiach poinstruował czekającą tam pielęgniarkę, żeby nikogo nie wpuszczała do pomieszczenia. Wrócił po chwili w maseczce ochronnej, kitlu, ochraniaczach na obuwie i goglach. Przyniósł także jedyne leki, jakie mógł zapewnić swojemu pacjentowi.

Na wąskim drewnianym stole postawił trzy plastikowe wiadra. Na każdym przykleił kawałek brązowej taśmy klejącej z jednym słowem: wymioty, kał, mocz. W stanie, w jakim znajdował się mężczyzna, Elim dość pesymistycznie podchodził do segregacji wydzielin, lecz zamierzał przestrzegać standardowych procedur obchodzenia się z pacjentami zarażonymi ebolą lub innymi gorączkami krwotocznymi. Mimo że miał niewiele zapasów i uszczuplony personel, był zdecydowany zapewnić pacjentowi najlepszą możliwą opiekę. Uważał to za swój obowiązek.

Podał mężczyźnie mały papierowy kubek wypełniony tabletkami – antybiotykami, żeby leczyć drugorzędne infekcje – oraz buteleczkę z napisem DPN: doustny płyn nawadniający.

– Proszę to zażyć.

Trzęsącą się dłonią mężczyzna włożył tabletki do ust i popił małym łykiem płynu z butelki. Skrzywił się, czując smak tej mikstury.

– Wiem. Straszna w smaku, ale musi pan ją wypić. Nie wolno się panu odwodnić.

Ebola zabija średnio połowę zarażonych osób. Nawet kiedy układ odpornościowy organizmu pokona samą chorobę, biegunka podczas swej najostrzejszej fazy często prowadzi do śmierci na skutek odwodnienia.

– Zaraz wrócę – obiecał Elim.

Na zewnątrz ostrożnie zdjął odzież ochronną. Wiedział, że nie mają jej wystarczająco dużo w szpitalu, żeby zabezpieczyć cały personel, który będzie musiał opiekować się mężczyzną. Rozpaczliwie potrzebowali wyposażenia i pomocy. Na razie musi odizolować chorego i poddać kwarantannie Lucasa, by stwierdzić, czy on też jest zarażony.

Lekarz zastanawiał się nad swoim kolejnym posunięciem, kiedy znowu usłyszał wołanie pielęgniarki.

Pospieszył do szpitalnej izby przyjęć, gdzie zastał kolejnego białego mężczyznę, opierającego się o framugę. Był starszy od tamtych dwóch, lecz też blady, spocony i śmierdziało od niego biegunką i wymiotami, jak od tego chorego.

– Czy on jest z tamtymi? – spytał Elim.

– Nie wiem – odparła pielęgniarka. – Przysłali go z lotniska.

– Proszę podnieść koszulę.

Mężczyzna zadarł koszulę, pod którą doktor dostrzegł rozległą wysypkę.

Elim sfotografował ją i wysłał mailem do Ministerstwa Zdrowia.

– Proszę zaprowadzić go do drugiego pokoju badań – zwrócił się do pielęgniarki. – Nie dotykać go. Trzymać się na dystans. Wyjść z pokoju. Nikt nie może tam wchodzić.

Wybrał numer Centrum Działań Kryzysowych przy kenijskim Ministerstwie Zdrowia.

– Dzwonię ze szpitala Referral w Manderze. Mamy problem – powiedział, uzyskawszy połączenie.

ROZDZIAŁ 2

Został pobity. To była jego pierwsza myśl po obudzeniu. Ból pulsował od żeber. Podniósł rękę i dotknął guza z lewej strony głowy, szybko jednak zabrał dłoń.

Leżał na wielkim, nieposłanym łóżku. Poranne słońce przesączało się przez przezroczyste firanki, oślepiając go i wywołując jeszcze większy ból głowy.

Zamknął oczy i odwrócił głowę.

Kilka sekund później powoli je otworzył. Na stoliku nocnym stała srebrna lampka i leżał mały bloczek papieru. W nagłówku widniał napis: Hotel Concord, Berlin.

Próbował sobie przypomnieć, kiedy się zameldował, ale nie pamiętał. Co gorsza nie wiedział, jaki jest dzień. Ani dlaczego znajdował się w Berlinie. Nie wiedział też, jak się nazywa. Co się ze mną stało?

Wstał i pokuśtykał do łazienki. Żebra bolały go przy każdym kroku. Ze spodni koloru khaki wyciągnął niebieską koszulę. Z lewej strony miał siniaka, granatowoczarnego pośrodku i zaczerwienionego na krawędziach.

Przejrzał się w lustrze. Patrzył na szczupłą, zadbaną twarz z wysokimi kośćmi policzkowymi. Blond grzywka sięgała brwi i trochę podwijała się na końcu. Miał lekką opaleniznę, lecz jego skóra i gładkie ręce nie pozostawiały wątpliwości, że wykonywał jakąś pracę biurową. Namacał guz na głowie. Był duży, ale cios nie rozerwał skóry.

Przeszukał swoje kieszenie i znalazł jedynie małą karteczkę wielkości wizytówki. Wyjął ją i obejrzał: 20-procentowa zniżka z Taniej i Dobrej Pralni Chemicznej.

Na odwrocie on sam – a może ktoś inny – napisał trzy linijki tekstu.

W pierwszej:

MÓROUCY GŹ

W drugiej:

7379623618

A trzecia linijka przedstawiała tylko trzy romby w nawiasach.

(<><><>)

Jakiś kod.

Za bardzo bolała go głowa, by mógł myśleć o kodach.

Położył kartkę na toaletce, wyszedł z łazienki i przeszedł przez sypialnię do pokoju dziennego, gdzie stanął jak wryty. Na podłodze leżał jakiś mężczyzna. Siny na twarzy. Nie oddychał.

Obok trupa przy drzwiach do apartamentu zobaczył białą kartkę. Rachunek za pobyt, który, jak wynikało z wydruku, rozpoczął się tydzień wcześniej, i wyliczał kilka dań zamówionych do pokoju oraz nienaruszony minibar.

Co najważniejsze, na górze strony wydrukowano imię i nazwisko gościa. Desmond Hughes. Od razu wiedział, że to jego nazwisko, jednak widząc je, nie poczuł żadnego przypływu wspomnień, lecz zaledwie pewność, że to on.

Mężczyzna na podłodze był wysoki i szczupły. Miał siwe, przerzedzone włosy obcięte na jeża. Ubrany był w ciemny garnitur i białą koszulę bez krawata. Jego muskularną szyję otaczał wianuszek siniaków.

Desmond ukląkł obok ciała i chciał sięgnąć do kieszeni spodni mężczyzny, lecz instynktownie zatrzymał się w pół ruchu. Spod biurka wyciągnął mały kosz na śmieci, wyjął plastikowy worek i wsadził go sobie na rękę, żeby nie pozostawić odcisków palców ani DNA.

W kieszeni mężczyzny znalazł portfel i kartę identyfikacyjną pracownika Rapture Therapeutics. Na karcie nie było zawodu, tylko imię i nazwisko: Günter Thorne. Zdjęcie pasowało do bladej twarzy leżącej na cienkim dywanie. Na jego niemieckim dowodzie i kartach kredytowych widniało to samo nazwisko.

Desmond wsunął wszystko do kieszeni mężczyzny i delikatnie odchylił połę jego marynarki, odsłaniając czarny pistolet w kaburze.

Przykucnął i poczuł ból w nogach. Wstał, próbując je rozciągnąć, i rozejrzał się po pokoju. Był nieskazitelnie czysty. Bez wątpienia niedawno posprzątany. Przeszukał go, ale nie znalazł żadnych wskazówek. Brakowało bagażu i ubrań w szafie. Mały sejf był otwarty i pusty. Nie znalazł nawet przyborów toaletowych.

Ponownie sprawdził rachunek. Żadnych telefonów.

Co to wszystko znaczyło? Wyglądało to tak, jakby przychodził tu jeść. Albo ukrywać się. Czy mieszkał w Berlinie? Gdyby nie ciało Güntera Thorne’a w pokoju dziennym, Desmond zadzwoniłby już do recepcji, żeby zamówić jakąś pomoc medyczną. Nie mógł tego zrobić, dopóki nie dowie się więcej. A miał tylko jeden trop.

Wrócił do łazienki i podniósł kupon z sekwencją liter i numerów. Kiedy na nie patrzył, uświadomił sobie coś na temat nawiasów. W zeznaniach finansowych oznaczały wartość ujemną – stratę. Sumę odjętą od rachunku bieżącego.

Skąd to wiedział? Zajmował się bankowością?

Usiadł na łóżku i wziął bloczek ze stolika. Jaki jest tu klucz? Odejmowanie? Strata. Minus.

W nawiasach były trzy romby. Więc trzy minusy, odjąć trzy. Tak – dolny wers musiał być kluczem, pierwsze dwa wiadomością. W głowie zaświtała mu nazwa szyfru: prosty szyfr podstawieniowy. Co więcej, to było przesunięcie cezariańskie, dawniej używane przez Juliusza Cezara w tajnej korespondencji.

Desmond od każdej litery odjął trzy, to samo zrobił z cyframi. Wyszło mu:

OSTRZEŻ JĄ

4046390385

Pomiędzy trzecią i szóstą cyfrę wstawił myślniki i otrzymał:

404–639–0385

Ostrzeż ją. I numer telefonu. Przed czym ją ostrzec? Przez drzwi pomiędzy sypialnią i pokojem dziennym spojrzał na martwego Thorne’a. Czyżby Rapture Therapeutics lub ten, kto przysłał Güntera do tego pokoju hotelowego, również nastawał na „jej” życie? A może to było niepowiązane ze sobą. Albo Desmond sam zastawił tu pułapkę na Güntera. Niewykluczone, że ona jest moją wspólniczką, pomyślał. W każdym razie coś powinna wiedzieć.

Desmond podniósł słuchawkę i wybrał numer.

Po trzecim sygnale odebrała jakaś kobieta i odezwała się półprzytomnym głosem.

– Shaw.

– Cześć. Tu… Desmond Hughes.

– Cześć – rzuciła, tym razem bardziej czujnie.

– Witam. – Nie wiedział, od czego zacząć. – Czy… spodziewałaś się mojego telefonu?

Westchnęła do słuchawki. Usłyszał jakiś szelest, chyba siadała w łóżku.

– O co ci chodzi, Desmondzie?

– Znamy się?

Teraz mówiła smutnym tonem.

– To nie jest śmieszne, Des.

– Słuchaj, czy możesz mi wyjaśnić, kim jesteś? Gdzie pracujesz? Proszę.

Cisza.

– Peyton Shaw. – Kiedy nic nie odpowiedział, dodała: – Pracuję teraz w CDC. Jestem epidemiolożką.

Rozległo się pukanie do drzwi apartamentu – trzy stanowcze uderzenia dochodzące z pokoju dziennego.

Desmond czekał i myślał. Zegar na stoliku nocnym wskazywał 7.34 rano. Za wcześnie na sprzątanie.

– Halo? – odezwała się Peyton.

Kolejne trzy uderzenia, tym razem głośniejsze, a zaraz potem męski głos.

– Polizei!

– Słuchaj, Peyton. Myślę, że grozi ci niebezpieczeństwo.

– Co? O czym mówisz?

Znowu pukanie, natarczywe, tak głośne, że mogłoby obudzić gości w sąsiednich pokojach.

– Polizei! Herr Hughes, bitte öffnen Sie die Tür.

– Zadzwonię później.

Odłożył słuchawkę i podbiegł do drzwi, nie zwracając uwagi na ból w nogach.

Przez wizjer zobaczył dwóch policjantów w mundurach i mężczyznę w ciemnym garniturze – prawdopodobnie ochroniarza hotelu.

Pracownik hotelu właśnie wyciągał klucz magnetyczny do pokoju.

ROZDZIAŁ 3

W Atlancie doktor Peyton Shaw usiadła na łóżku z bezprzewodowym telefonem przy uchu.

– Desmondzie?

Połączenie zostało jednak przerwane.

Odłożyła słuchawkę i czekała, spodziewając się, że Desmond zaraz zadzwoni ponownie.

Była 1.43 w nocy z soboty na niedzielę, ona była sama w domu i spała już od trzech godzin. To znaczy teraz już nie spała, bo została wytrącona z równowagi.

Poczuła naglącą potrzebę rozejrzenia się po swoim dwupokojowym mieszkaniu, by upewnić się, że nie ma w nim nikogo prócz niej. Mieszkała sama, odkąd jako dwudziestolatka przeprowadziła się do Atlanty i, poza kilkoma wyjątkami, zawsze czuła się bezpiecznie.

Wzięła telefon komórkowy, wstała z łóżka i ostrożnie wyszła z sypialni. Co kilka sekund zimna drewniana podłoga skrzypiała w zetknięciu z jej stopami. Drzwi wejściowe były zamknięte, zasuwka zasunięta. Drzwi do drugiego pokoju, w którym urządziła domowe biuro, były również zamknięte, odgrodzone od reszty mieszkania – pokoju z aneksem kuchennym. Już dawno temu odkryła, że zdjęcia epidemii z różnych stron świata są zabójcze dla miłej atmosfery, gdy przychodzą goście lub znajomi mężczyźni, więc zawsze zamykała swoje biuro.

Przez okna sięgające od podłogi do sufitu wyjrzała na ulicę Peachtree, która o tej porze zwykle była opustoszała. Poczuła chłód od szyb, było zimniej niż zwykle pod koniec listopada.

Czekała w nadziei, że telefon domowy znowu zadzwoni. Wiele razy rozważała rezygnację z linii naziemnej, ale niektórzy znajomi mieli jeszcze jej numer, poza tym z niezrozumiałych dla niej powodów rachunki za telewizję kablową i Internet były niższe, gdy miało się domowy telefon.

Przejechała dłonią po brązowych, sięgających ramion włosach. Jej mama była w połowie Chinką, w połowie Niemką i obie miały porcelanową barwę skóry. Nie wiedziała dokładnie, skąd pochodził ojciec, który był Anglikiem i umarł, gdy miała sześć lat.

Usiadła na szarej sofie i podwinęła pod siebie lodowate stopy, żeby je ogrzać. Na telefonie komórkowym zrobiła coś, czego miała już nigdy nie robić: otworzyła Google i wyszukała Desmonda Hughesa. Jego głos nią wstrząsnął. A ostatnie słowa: „Myślę, że grozi ci niebezpieczeństwo”, wciąż dźwięczały jej w uszach.

Pierwszy link prowadził do strony internetowej Icarus Capital, funduszu venture capital. Desmond był wymieniony na stronie Nasi pracownicy jako założyciel i partner zarządzający. Miał pewny siebie uśmiech, być może nawet nieco arogancki.

Kliknęła na stronę Inwestycje i przeczytała wstęp:

Mówi się, że liczy się teraźniejszość. W Icarus Capital nie zgadzamy się z tym. Uważamy, że liczy się przyszłość. Dlatego inwestujemy w przyszłość. A raczej w ludzi, którzy wymyślają przyszłość. Oto niektórzy z nich i ich firmy. Jeśli sam wymyślasz przyszłość, skontaktuj się z nami. Pomożemy ci.

Peyton rzuciła okiem na listę firm: Rapture Therapeutics, Phaethon Genetics, Rendition Games, Cedar Creek Entertainment, Rook Quantum Sciences, Extinction Parks, Labyrinth Reality, CityForge i Charter Antarctica.

Żadna z nazw nic jej nie mówiła.

Kliknęła w kolejny link z wyników wyszukiwania i trafiła na film przedstawiający Desmonda na jakiejś konferencji. Osoba przeprowadzająca z nim wywiad zadała pytanie:

– Icarus zainwestował w doprawdy eklektyczny miks start-upów, a także ekstremalne miejsca wczasowe takie jak Antarktyka. Czy jest jakaś nić wiążąca te wszystkie inwestycje? Czy mógłby pan opowiedzieć przedsiębiorcom zgromadzonym na sali, jakie cechy start-upów są dla państwa atrakcyjne?

Siedząc w fotelu klubowym na scenie, Desmond ujął mikrofon i odpowiedział spokojnie, lecz z zaraźliwym entuzjazmem. Kąciki jego ust wyginały się ku górze. Miał skupiony wzrok i nie mrugał.

– Cóż, jak pan mówi, trudno jest skategoryzować dokładnie, jakiego typu firm poszukujemy. Mogę jednak powiedzieć, że każdy biznes, w który inwestujemy, jest częścią większego, złożonego eksperymentu.

Jego rozmówca uniósł brwi.

– Interesujące. A jaki to eksperyment?

– Eksperyment naukowy, który ma dać odpowiedź na bardzo ważne pytanie.

– Które brzmi?

– Dlaczego istniejemy?

Moderator udał zaskoczenie i zwrócił się do zebranych.

– Czy to wszystko?

Publiczność zaśmiała się, Desmond również.

Następnie pochylił się do przodu na fotelu, zerknął na moderatora, po czym skupił się na kamerze.

– Okej, chyba warto podkreślić, że wielu z was zgromadzonych tutaj na sali i oglądających to nagranie doszłoby do wniosku, że odpowiedź na to pytanie jest prosta: istniejemy, ponieważ właściwości fizyczne tej planety pozwalają podtrzymać życie biologiczne, więc pod względem biologicznym to nieuniknione, że istniejemy w środowisku ziemskim. To prawda, ale prawdziwe pytanie brzmi: dlaczego? Dlaczego wszechświat wspiera życie biologiczne? Do kiedy tak będzie? Jaki los czeka ludzkość? Wierzę, że istnieje jakaś odpowiedź.

– Och. To zabrzmiało prawie jak wypowiedź osoby wierzącej.

– Bo taką jestem. Jestem przepełniony wiarą. Wierzę, że wokół nas zachodzi jakiś doniosły proces, z którego dostrzegamy zaledwie niewielki wycinek.

– Sądzi pan, że technologia, którą finansuje Icarus, dostarczy nam tej ostatecznej prawdy?

– Postawiłbym na to swoje życie.

Peyton właśnie usnęła, kiedy obudził ją jakiś hałas dochodzący ze stolika nocnego. Zamarła, nasłuchując, ale dźwięk nagle się urwał.

Znowu się rozległ: coś ocierało się o blat.

Wibracja.

Pod kloszem lampki zaświecił się telefon, rzucając blask na sufit.

Odetchnęła, wzięła wibrujący telefon i sprawdziła godzinę – 3.35 nad ranem. Nie rozpoznała numeru, ale znała kierunkowy państwa, skąd do niej dzwoniono. 41. Szwajcaria.

Natychmiast odebrała.

– Peyton, przepraszam, że cię budzę – powiedział doktor Jonas Becker.

Niemiecki epidemiolog stał na czele zespołu szybkiego reagowania Światowej Organizacji Zdrowia. Peyton zajmowała podobne stanowisko w CDC. Pracowali razem wiele razy w gorących strefach na całym świecie i przez ten czas dość mocno się zżyli.

– W porządku. Co się stało?

– Właśnie wysłałem ci mail.

– Poczekaj.

Bose stopy zastukały w drewnianą podłogę, gdy pobiegła do drugiego pokoju. Usiadła przy tanim biurku z Ikei, otworzyła laptopa, uruchomiła sieć VPN i otworzyła link do swojego terminala w CDC.

Przeglądała zdjęcia dołączone do wiadomości, w myślach odnotowując każdy szczegół.

– Widzę – powiedziała.

– Kilka godzin temu dostaliśmy je od kenijskiego Ministerstwa Zdrowia. Zrobił je lekarz w szpitalu regionalnym w Manderze.

Peyton nigdy nie słyszała o Manderze. Otworzyła mapy Google i sprawdziła, że leży na północnym wschodzie Kenii, tuż przy granicy z Somalią i Etiopią. Najgorsze możliwe miejsce na wybuch epidemii.

– To chyba jakiś rodzaj gorączki krwotocznej – ocenił Jonas. – W regionie występuje gorączka Doliny Ryftowej. A także ebola i choroba marburska. Po epidemii eboli w Afryce Zachodniej wszyscy podchodzą tam poważnie do tematu. Dzwonili już do mnie z biura dyrektora generalnego.

– Czy to jedyne znane przypadki?

– W tej chwili tak.

– Co o nich wiemy? – spytała Peyton.

– Niewiele. Wszyscy trzej mężczyźni twierdzą, że są mieszkańcami Zachodu przebywającymi czasowo w Kenii.

To przyciągnęło uwagę Peyton.

– Dwaj młodsi są Amerykanami. Niedawno ukończyli studia na Uniwersytecie Karoliny Północnej w Chapel Hill. Przyjechali do Kenii jako przedstawiciele jakiegoś start-upu. Ten trzeci jest z Londynu. Pracuje w brytyjskiej firmie montującej systemy radarowe.

– Jakiego rodzaju systemy radarowe?

– Do kontroli ruchu powietrznego. Pracował na lotnisku w Manderze, kiedy zachorował.

– Mają lotnisko?

– Można tak powiedzieć. Dawniej to był tylko jeden pas startowy, lecz kilka miesięcy temu rząd rozbudował infrastrukturę: utwardzili pas, zakupili lepszy sprzęt. Otwarcie nastąpiło w zeszłym tygodniu.

Peyton masowała skronie. Lotnisko działające w gorącej strefie było koszmarnym scenariuszem.

– Wysyłamy zapytania o lotnisko, ruch, kto był na ceremonii otwarcia, o innych obcokrajowców, którzy mogli pracować przy projekcie. Skontaktowaliśmy się również z Public Health England[2] i już nad tym pracują. U nich jest teraz za dwadzieścia dziewiąta rano, więc wkrótce skontaktują się z rodziną Brytyjczyka i jego współpracownikami. Kiedy dowiemy się, od jak dawna przebywa w Kenii, postanowimy, czy objąć ich kwarantanną.

Peyton rzuciła okiem na tekst wiadomości i zauważyła nazwiska dwóch młodszych mężczyzn.

– Zaczniemy namierzać kontakty Amerykanów, sprawdzimy, czy uda nam się prześledzić, gdzie byli i jak długo przebywają w Kenii. Co jeszcze możemy zrobić?

– To na razie wszystko. Kenijczycy nie zwrócili się jeszcze o pomoc, ale jeśli sprawy potoczą się podobnie jak w Afryce Zachodniej, to lepiej przyjąć, że będą potrzebowali naszego wsparcia.

Wsparcie oznaczało pieniądze i zaopatrzenie. Podczas wybuchu epidemii eboli w Afryce Zachodniej CDC dostarczyło setki ludzi i sprzęt, w tym odzież ochronną, tysiące worków na ciała i niezliczone zestawy do przeprowadzania badań.

– Porozmawiam z Elliottem – powiedziała Peyton. – Włączymy stanową i amerykańską Agencję Rozwoju Międzynarodowego[3].

– I jeszcze coś. Właśnie odbyliśmy naradę dotyczącą bezpieczeństwa w regionie. Hrabstwo Mandery jest bardzo niebezpiecznym miejscem. Działa tam organizacja terrorystyczna Asz-Szabab. Są równie brutalni jak ISIS, nie kochają Amerykanów i kiedy dowiedzą się, że działacie w okolicy, mogą stać się jeszcze bardziej niebezpieczni. Późnym wieczorem będziemy w Nairobi i pomyślałem, że tam poczekamy na wasz zespół. Możemy dostać eskortę wojskową od Kenijczyków i razem ruszyć na północ.

– Zanim tam dotrzemy, będzie sobota.

– Nie szkodzi, poczekamy. Jest dużo do zrobienia w Nairobi.

– Świetnie. Dziękuję, Jonasie.

– Bezpiecznej podróży.

Peyton odłożyła telefon na biurku, wstała i popatrzyła na mapę świata, która wisiała na ścianie. Kolorowe pinezki wbite były w każdy kontynent. Każda z nich, oprócz jednej, symbolizowała wybuch epidemii. We wschodniej Ugandzie, wzdłuż granicy z Kenią, pośrodku Parku Narodowego Mount Elgon, wisiała srebrna przypinka. Przedstawiała laskę z owiniętym wokół niej wężem – tradycyjny symbol lekarzy zwany laską Eskulapa, najczęściej widywany w środku sześcioramiennej Gwiazdy Życia na ambulansach. Przypinka należała do brata Peyton, Andrew. To Andrew zainspirował ją do tego, że podjęła pracę epidemiologa, i zawsze zabierała ze sobą przypinkę, gdy udawała się w teren. To jedyne, co jej po nim zostało.

Zdjęła z mapy srebrną pamiątkę, włożyła ją do kieszeni i wetknęła czerwoną pinezkę w miejsce spotykania się Kenii, Etiopii i Somalii, zaznaczając punkt, gdzie wybuchła epidemia gorączki krwotocznej.

Zawsze miała spakowane torby: bagaż w podróż do krajów rozwiniętych i Trzeciego Świata. Wzięła tę przeznaczoną na wyjazd do Trzeciego Świata i dołożyła zasilacze działające w Kenii.

Jak tylko wszystko trochę się uspokoi, będzie musiała zadzwonić do matki i siostry, żeby powiedzieć im o wyjeździe. Za cztery dni przypadało Święto Dziękczynienia i Peyton miała przeczucie, że ominie ją rodzinna uroczystość.

Nie chciała tego przyznać, ale w pewnym sensie czuła ulgę. Siostra, Madison, była jej jedynym żyjącym rodzeństwem. Śmierć brata zbliżyła je do siebie, ale ostatnio każda rozmowa z Madison kończyła się tym, że siostra pytała Peyton, dlaczego z nikim się nie umawia, i utyskiwała, że jej szanse na założenie rodziny coraz bardziej maleją. Trzydziestoośmioletnia Peyton musiała jej przyznać rację, ale właściwie nie była do końca przekonana, że chciałaby założyć rodzinę. W zasadzie nie była nawet pewna, czy chciała jakiegoś życia poza pracą. Praca stała się jej życiem i wierzyła, że to, co robi, jest ważne. Lubiła telefony w środku nocy. Tajemnicę, jaką niósł za sobą każdy wybuch epidemii, świadomość, że dzięki ciężkiej pracy ratuje ludzkie życia oraz że każda sekunda ma znaczenie.

Zegar już zaczął odliczanie.

Na ulicy pod domem mężczyzna siedzący w samochodzie obserwował, jak Peyton wyjeżdża z podziemnego parkingu.

Uruchamiając samochód, odezwał się do słuchawki.

– Obiekt się porusza. Żadnych gości. Żadnych wiadomości tekstowych. Jedynie jeden telefon od jej kontaktu w WHO.

[2] Public Health England – instytucja podlegająca Ministerstwu Zdrowia, której zadaniem jest m.in. ochrona epidemiologiczna.

[3] United States Agency for International Development (USAID)

ROZDZIAŁ 4

Desmond widział przez wizjer w drzwiach, jak ochroniarz hotelowy zbliża kartę magnetyczną do zamka. Dwóch mundurowych stało obok niego z rękami na biodrach.

Zamknął drzwi na zasuwę, żeby nie mogli otworzyć drzwi.

– Jeszcze chwilę – powiedział po angielsku, przybierając głos osoby zirytowanej. – Jestem nieubrany.

– Proszę się pospieszyć, panie Hughes – odparł ochroniarz.

Desmond patrzył na zwłoki na podłodze.

W głowie rozważał różne scenariusze.

Pierwszy: ucieczka przez okno. Podszedł do wysokiego okna. Znajdował się co najmniej na dziesiątym piętrze, nie było schodów pożarowych ani innych możliwości dostania się ziemię w jednym, nieroztrzaskanym kawałku. Poza tym wyglądało na to, że okno w ogóle się nie otwierało.

Drugi: próbować uciec korytarzem. Uznał, że ma zero procent szans na powodzenie. Nie był w formie, by wyminąć trzech czekających mężczyzn i im umknąć.

Zatem pozostaje scenariusz trzeci: ukrycie ciała i stawienie czoła tej sytuacji.

Ale gdzie?

W pokoju dziennym stało biurko, krzesło biurowe, sofa, dodatkowe krzesło i zestaw telewizyjny. Kaloryfery były pod wysokimi oknami i zasłonami sięgającymi podłogi. Szerokie przejście z podwójnymi drzwiami prowadziło do sypialni, w której znajdowało się duże łóżko i dwa stoliki nocne, okno z kaloryferem pod nim oraz szafa. Do wąskiej łazienki można było wejść tylko z sypialni.

Desmond szybko podjął decyzję.

Ból przeszył całe jego ciało, gdy podniósł trupa. Jego żebra ostro zaprotestowały, w pewnym momencie zabrakło mu tchu. Mężczyzna był wysoki, podobnego wzrostu jak Desmond, czyli miał z metr osiemdziesiąt, lecz na szczęście był szczupły. Prawdopodobnie ważył tylko jakieś siedemdziesiąt kilo, ale gdy go Desmond dźwignął, odniósł wrażenie, że raczej dwa razy tyle. Zadziałało stężenie pośmiertne. Günter Thorne nie żył od kilku godzin.

Ciągnąc ciało, Desmond zastanawiał się, ile czasu potrzeba, by nastąpiło zesztywnienie. Jednak najbardziej dręczyło go to, że w ogóle nie przyszło mu do głowy, by otworzyć drzwi, wpuścić policjantów i wyjaśnić im sytuację, w jakiej się znalazł. Tak jakby podświadomie wiedział, że jest kimś, kto powinien unikać policji, że ma coś do ukrycia. Że jeśli wszystkie fakty wyjdą na światło dzienne, nie skończy się to dla niego dobrze. Teraz potrzebował swobody działania. Musiał dowiedzieć się, co się z nim stało.

Pocił się i sapał, kiedy znowu zapukali. Osuszył twarz, podbiegł do drzwi, uchylił je i wyjrzał podejrzliwie.

– Słucham?

– Możemy wejść, panie Hughes? – zapytał ochroniarz.

Odmowa wzbudziłaby ich podejrzliwość, więc Desmond nie mógł rozmawiać z nimi przez drzwi. Bez słowa otworzył je szerzej.

Trzej mężczyźni weszli do środka i rozejrzeli się po pokoju. Jeden z funkcjonariuszy poszedł do sypialni i zbliżył się do szafy i łazienki. Drzwi do obu były zamknięte.

– O co chodzi? – zapytał Desmond.

– Zostaliśmy powiadomieni o zakłóceniu spokoju – powiedział policjant w pokoju dziennym, nie patrząc mu w oczy. Zajrzał za sofę, potem za telewizor. Chyba on tu dowodził.

Przez drzwi prowadzące do sypialni Desmond widział, jak drugi mundurowy patrzy na drzwi szafy. Podniósł rękę, otworzył je i znieruchomiał na chwilę. Jego wzrok wędrował od podłogi po sufit. Odwrócił się w stronę Desmonda.

– Żadnego bagażu?

– Odesłałem go już na dół – wyjaśnił szybko, starając się sprawiać wrażenie zniecierpliwionego. Musiał odwrócić role, przejść do ofensywy, żeby wyprosić ich z pokoju. – Jakiego rodzaju zakłócenia? Czy jesteście pewni, że trafiliście do właściwego pokoju?

Policjant w pokoju dziennym chyba już zakończył przeszukanie. Skierował swoją uwagę na Desmonda.

– Przyjechał pan w interesach czy dla przyjemności, panie Hughes?

– Jedno i drugie.

– Czym się pan zajmuje?

– Technologią – odparł wymijająco. – Słuchajcie, czy znalazłem się w niebezpieczeństwie? Czy powinienem zadzwonić do ambasady amerykańskiej? – Po każdym zdaniu podnosił głos, jak ktoś, kogo ogarnia panika. – Czy przynajmniej możecie mi powiedzieć, o co tu chodzi?

– Jak długo jest pan w Berlinie, panie Hughes?

– Od tygodnia. Jakie to ma znaczenie?

Policjant był niewzruszony. To na niego nie działało.

Kątem oka zobaczył, że ten drugi ustawia się po lewej stronie drzwi łazienki, jedną dłoń trzyma na pistolecie, drugą wyciąga do klamki.

Desmond zmienił taktykę. Skupił się na ochroniarzu hotelowym i powiedział szybko:

– Jak pan wie, to znajdzie się w mojej opinii na stronie hotelu. – Mężczyzna szerzej otworzył oczy. – Tak, oczywiście – naciskał Desmond. – Sądzę, że zatytułuję recenzję: Zatrzymaj się tutaj, jeśli chcesz zostać przesłuchany w gestapowskim stylu i zależy ci na gównianym wi-fi.

Ochroniarz popatrzył na policjanta.

– Skończył pan?

Desmond słyszał skrzypienie otwieranych drzwi łazienki. Sekundę później zapaliły się światła. Policjant popatrzył na swojego partnera i pracownika hotelu. Stojąc w tym samym miejscu, nadal z ręką na broni, szybko pokręcił głową.

– Tak. Skończyliśmy – powiedział drugi funkcjonariusz. – Bardzo przepraszamy za niedogodności, panie Hughes. Miłego pobytu w Berlinie.

Trzej mężczyźni podeszli do drzwi. Ochroniarz właśnie chwycił za klamkę, gdy w apartamencie rozległ się dziwny dźwięk: skóry ślizgającej się po szkle. Pisk ustał, trzej mężczyźni zastygli na swoich miejscach, a następnie odwrócili się przodem do Desmonda. Niestety, grawitacja przejęła stery i pociągnęła ciało martwego Güntera Thorne’a na podłogę. Desmond oparł go o szybę w rogu pokoju i przykrył zasłonami, lecz teraz trup się uwolnił. Jego twarz przesunęła się po szybie, a sekundę później poleciała reszta ciała, uderzając najpierw w kaloryfer, a potem waląc się z hukiem na podłogę.

Desmond nie wahał się ani chwili. Rzucił się do przodu, w mniej niż sekundę pokonując odległość dzielącą go od trzech mężczyzn. Zamachnął się prawą ręką, wkładając w to całą siłę, i uderzył jednego pod lewe oko. Głowa gliniarza poleciała do tyłu i grzmotnęła w metalową framugę drzwi. Nokaut.

Desmond przetoczył się i stanął przy ochroniarzu, który znajdował się pomiędzy policjantami. Przytrzymał mu ręce. Drugi funkcjonariusz podniósł broń, ale Desmond szybko wykonał obrót o sto osiemdziesiąt stopni i wbił łokieć w czoło mężczyzny. Ten zatoczył się na drewniane drzwi, po czym nieprzytomny upadł na twarz, a broń wysunęła mu się z ręki. Desmond chwycił ją i wycelował w ochroniarza.

– Ręce do góry. Odsuń się od drzwi.

Ręce mężczyzny drżały, gdy je podniósł.

– Nie chcę zrobić ci krzywdy, ale jeśli krzykniesz, strzelę. Rozumiesz?

Pracownik hotelu potaknął.

– Dlaczego tu przyszliście?

– Było, jak mówili, mieliśmy telefon.

– Kto zadzwonił?

Pokręcił głową.

– Nie wiem…

– Kto?

– Mówili, że to było anonimowe zawiadomienie.

– Czy jest ich więcej na dole?

– Nie wiem…

– Nie kłam! – powiedział Desmond, podnosząc pistolet.

Mężczyzna zamknął oczy.

– Przyjechały dwa samochody. Nie wiem, czy wszyscy wysiedli.

– Odwróć się.

Ochroniarz się nie ruszył.

– No już.

Facet powoli się odwrócił, ręce mu drżały. Desmond zabezpieczył broń i zdzielił go pistoletem w głowę. Ochroniarz upadł.

Odciągnął ciało od drzwi, następnie wyjął magazynek z pistoletu, upewnił się, że w komorze nie ma naboju i że broń jest zabezpieczona. Wyciągnął koszulę ze spodni i wetknął broń za pas, po czym zabrał policjantom zapasowe magazynki. Zabrał też legitymację policyjną młodszemu z nich oraz sprzęt łącznościowy ochroniarza. Wetknął w ucho słuchawkę i przez chwilę przysłuchiwał się dochodzącym dźwiękom. Było ich niewiele i w języku niemieckim, ale większość udało mu się zrozumieć.

Musiał podjąć jakąś decyzję: schody lub winda. Drzwi frontowe czy boczne.

Każda droga miała wady i zalety. Gdyby zbiegał po schodach, zwróciłby na siebie uwagę tego, kto obserwował nagrania z kamer, wyjście bocznymi drzwiami też byłoby podejrzane. Wobec tego: winda i drzwi frontowe.

Zabrał całą gotówkę, jaką mieli przy sobie mężczyźni – w sumie trzysta dwanaście euro. Potrzebował pieniędzy, żeby uciec, a ponieważ już teraz można mu było zarzucić stawianie oporu przy aresztowaniu, napaść na policjanta oraz morderstwo, to rabunek nie skomplikuje za bardzo jego sytuacji.

Po wyjściu na korytarz swobodnym krokiem doszedł do windy i nacisnął guzik. Otworzyła się po kilku sekundach. W środku była siwowłosa kobieta, która go nie rozpoznała.

Gdy jechał na dół, nie słyszał żadnych rozmów na kanale ochrony. Kiedy drzwi się otworzyły na hol, Desmond przepuścił kobietę przodem.

Wreszcie jakiś głos odezwał się po niemiecku.

– Gerhardt, jesteś jeszcze w pokoju tysiąc dwieście siedem?

Desmond schował się za kobietą.

– Gerhardt, odezwij się.

Przy obrotowych drzwiach stało dwóch mundurowych, uśmiechali się i rozmawiali. Znajdowali się parę metrów od niego. Kiedy zobaczyli Desmonda, ucichli.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

SPIS TREŚCI

Okładka

Karta tytułowa

* * *

UWAGI O FAKTACH I FIKCJI

PROLOG

DZIEŃ 1

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ 5

ROZDZIAŁ 6

ROZDZIAŁ 7

ROZDZIAŁ 8

ROZDZIAŁ 9

ROZDZIAŁ 10

ROZDZIAŁ 11

ROZDZIAŁ 12

DZIEŃ 2

ROZDZIAŁ 13

ROZDZIAŁ 14

ROZDZIAŁ 15

ROZDZIAŁ 16

ROZDZIAŁ 17

ROZDZIAŁ 18

ROZDZIAŁ 19

ROZDZIAŁ 20

DZIEŃ 3

ROZDZIAŁ 21

ROZDZIAŁ 22

ROZDZIAŁ 23

ROZDZIAŁ 24

ROZDZIAŁ 25

ROZDZIAŁ 26

ROZDZIAŁ 27

ROZDZIAŁ 28

ROZDZIAŁ 29

DZIEŃ 4

ROZDZIAŁ 30

ROZDZIAŁ 31

ROZDZIAŁ 32

ROZDZIAŁ 33

ROZDZIAŁ 34

ROZDZIAŁ 35

ROZDZIAŁ 36

ROZDZIAŁ 37

DZIEŃ 5

ROZDZIAŁ 38

ROZDZIAŁ 39

ROZDZIAŁ 40

ROZDZIAŁ 41

ROZDZIAŁ 42

ROZDZIAŁ 43

ROZDZIAŁ 44

DZIEŃ 6

ROZDZIAŁ 45

ROZDZIAŁ 46

ROZDZIAŁ 47

ROZDZIAŁ 48

ROZDZIAŁ 49

ROZDZIAŁ 50

ROZDZIAŁ 51

DZIEŃ 7

ROZDZIAŁ 52

ROZDZIAŁ 53

ROZDZIAŁ 54

DZIEŃ 8

ROZDZIAŁ 55

ROZDZIAŁ 56

ROZDZIAŁ 57

DZIEŃ 9

ROZDZIAŁ 58

ROZDZIAŁ 59

ROZDZIAŁ 60

ROZDZIAŁ 61

ROZDZIAŁ 62

ROZDZIAŁ 63

ROZDZIAŁ 64

ROZDZIAŁ 65

ROZDZIAŁ 66

ROZDZIAŁ 67

ROZDZIAŁ 68

ROZDZIAŁ 69

ROZDZIAŁ 70

ROZDZIAŁ 71

DZIEŃ 10

ROZDZIAŁ 72

ROZDZIAŁ 73

ROZDZIAŁ 74

DZIEŃ 11

ROZDZIAŁ 75

ROZDZIAŁ 76

ROZDZIAŁ 77

ROZDZIAŁ 78

ROZDZIAŁ 79

ROZDZIAŁ 80

ROZDZIAŁ 81

ROZDZIAŁ 82

ROZDZIAŁ 83

ROZDZIAŁ 84

DZIEŃ 12

ROZDZIAŁ 85

ROZDZIAŁ 86

ROZDZIAŁ 87

ROZDZIAŁ 88

ROZDZIAŁ 89

ROZDZIAŁ 90

ROZDZIAŁ 91

ROZDZIAŁ 92

ROZDZIAŁ 93

DZIEŃ 13

ROZDZIAŁ 94

ROZDZIAŁ 95

ROZDZIAŁ 96

ROZDZIAŁ 97

ROZDZIAŁ 98

ROZDZIAŁ 99

ROZDZIAŁ 100

ROZDZIAŁ 101

ROZDZIAŁ 102

ROZDZIAŁ 103

ROZDZIAŁ 104

ROZDZIAŁ 105

ROZDZIAŁ 106

ROZDZIAŁ 107

ROZDZIAŁ 108

ROZDZIAŁ 109

DZIEŃ 14

ROZDZIAŁ 110

ROZDZIAŁ 111

ROZDZIAŁ 112

ROZDZIAŁ 113

ROZDZIAŁ 114

ROZDZIAŁ 115

ROZDZIAŁ 116

ROZDZIAŁ 117

ROZDZIAŁ 118

ROZDZIAŁ 119

ROZDZIAŁ 120

ROZDZIAŁ 121

ROZDZIAŁ 122

ROZDZIAŁ 123

ROZDZIAŁ 124

ROZDZIAŁ 125

ROZDZIAŁ 126

ROZDZIAŁ 127

ROZDZIAŁ 128

ROZDZIAŁ 129

ROZDZIAŁ 130

ROZDZIAŁ 131

ROZDZIAŁ 132

ROZDZIAŁ 133

ROZDZIAŁ 134

ROZDZIAŁ 135

ROZDZIAŁ 136

DZIEŃ 20

ROZDZIAŁ 137

EPILOG

OD AUTORA

PODZIĘKOWANIA

O AUTORZE

Karta redakcyjna

Tytuł oryginału: Pandemic

Copyright © 2017 by A.G. Riddle

All rights reserved

Copyright for the Polish edition © 2018 by Wydawnictwo FILIA

Wszelkie prawa zastrzeżone

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2018

Redakcja: Jacek Ring

Korekta: Dorota Wojciechowska

Skład i łamanie: Jacek Antoniuk

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

darkhart@wp.pl

eISBN: 978-83-8075-481-2

Wydawnictwo FILIA

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

kontakt@wydawnictwofilia.pl

Seria: FILIA Mroczna Strona

mrocznastrona.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Pandemia 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer