Nie wszystko stracone

Nie wszystko stracone

Autorzy: Danielle Steel

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 352

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 29.99 zł

Perfekcyjne życie Sydney rozpada się, kiedy jej mąż ginie w wypadku. Ukochany mężczyzna, dom, bezpieczeństwo – wszystko to znika w jednej chwili. Zdana tylko na siebie, bez środków do życia musi podjąć walkę o odzyskanie szczęścia.

Kiedy Sydney dostaje pracę w przemyśle modowym, wierzy, że to pierwszy krok w stronę nowego życia. Jednak w świecie, którym rządzą pieniądz i chęć władzy, trudno jest znaleźć bezpieczną przystań. Znacznie łatwiej – narazić się na śmiertelne niebezpieczeństwo…

 

Czy Sydney odzyska szczęście, mimo że straciła już wszystko?

 

A może dopóki mamy siłę, by walczyć – jeszcze nie wszystko stracone?

Moim wspaniałym dzieciom

Beatie, Trevorowi, Toddowi, Nickowi,

Samancie, Victorii, Vanessie, Maxxowi i Zarze

Niech wasze upadki bolą jak najmniej

i obyście szybko się z nich podnosili,

i zyskiwali dzięki nim cenną mądrość.

Nigdy nie jest tak, że wszystko jest skończone,

choćby wydawało się inaczej.

Niech zawsze czekają na was

wspaniałe nowe początki.

Kocham Was całym sercem

Na zawsze

Mama/DS

Nadejdzie moment, kiedy uznasz,

że wszystko skończone.

To będzie początek.

Louis L’Amour

Rozdział 1

Patrząc na skąpany w letnim deszczu świat, Sydney Wells czuła się, jakby pływała pod wodą. Przez minione osiem dni była w stanie ciągłego szoku. Jej mąż Andrew, za którego wyszła szesnaście lat wcześniej, pojechał coś załatwić swoim ulubionym motocyklem. Wybrał boczną drogę, po której rzadko jeździły samochody, nie oddalał się zbytnio od ich domu w Connecticut. Uwielbiał szybkie auta i stare motocykle, a tego dnia jechał na ducati, jednym ze swoich najlepszych pojazdów. Obiecał, że wróci za parę minut, ale po czterech godzinach wciąż nie było go w domu. Sydney sądziła, że może spotkał znajomego albo przypomniał sobie o innych sprawach do załatwienia, skoro już był poza domem i korzystał z ciepłego letniego dnia. Kiedy do niego zadzwoniła, nie odebrał komórki. Policjanci z drogówki mówili później, że trafił na kałużę i żwir na drodze. Miał na głowie kask, ale go nie zapiął. To przecież miała być tylko przejażdżka. Motor wpadł w poślizg, kask spadł Andrew z głowy. Powiedziano jej, że zginął na miejscu. Jako pięćdziesięciosześciolatek. Sydney została wdową, mając czterdzieści dziewięć lat. To wszystko wydawało jej się takie nierealne i obce. Cała ta sytuacja była niewiarygodna, zwłaszcza po wizycie prawnika. Andrew był prezesem firmy inwestycyjnej, którą odziedziczył po ojcu, a także odpowiedzialnym mężem, ojcem trzydziestotrzyletnich bliźniaczek z pierwszego małżeństwa oraz ojczymem dwóch córek Sydney – Sabriny i Sophie. Uważała, że ich małżeństwo jest idealne, spodziewała się, że razem się zestarzeją. Teraz szesnaście lat wydawało się krótką chwilą.

Przetrwała pogrzeb, mając u boku swoje córki. Jej pasierbice, Kyra i Kellie, siedziały w ławce po drugiej stronie razem ze swoją matką Marjorie, która przyleciała z Los Angeles. Mąż Kellie, Geoff, czuwał nad nimi wszystkimi. Małżonkowie mieszkali niedaleko, a ich synowie – trzylatek i pięciolatek – zostali w domu. Kyra mieszkała w Nowym Jorku ze swoim chłopakiem w kamienicy z czerwonego piaskowca w dzielnicy West Village. Dostała ją w prezencie od ojca, gdy miała dwadzieścia pięć lat. Żeby sprawiedliwie potraktować obie córki, Andrew w tym samym czasie kupił Kellie jej wymarzony dom w Connecticut, niedaleko własnej posiadłości. Niedługo przedtem wyszła za mąż, chciała mieć dzieci i wolała wiejskie życie, ale po narodzinach drugiego dziecka okazało się, że dom jest za mały. Od jakiegoś czasu rozmawiali o przeprowadzce – a ojciec oczywiście miał im pomóc.

Marjorie, matka bliźniaczek i pierwsza żona Andrew, przeprowadziła się do Los Angeles przed osiemnastu laty, po rozwodzie. Dopiero rok później Andrew poznał Sydney, więc nie odegrała ona żadnej roli w ich rozstaniu i zakończeniu małżeństwa, nie miała też wpływu na kwotę, jaką Andrew wypłacił Marjorie w ramach ugody. Był hojnym człowiekiem, nawet wobec kobiety, która pozostała zgorzkniała i pełna gniewu przez dwie dekady po tym, jak ją zostawił. Ich związek po prostu umarł. Była nieszczęśliwa, wiecznie niezadowolona i na wszystkich się wyżywała. Andrew miał w końcu dość.

Kiedy więc Andrew poznał Sydney, Marjorie na niej skupiła swoją zazdrość i złość. Skutecznie zbuntowała przeciwko niej bliźniaczki. Nienawidziły Sydney od samego początku bez żadnego konkretnego powodu – wyłącznie dlatego, że ich matka sączyła jad zawsze, gdy o niej mówiła. Przez lata nic się nie zmieniało. Miały po siedemnaście lat, gdy ich ojciec ożenił się z Sydney, ładną blondynką, rozwódką z dwiema córeczkami – dziewięciolatką i jedenastolatką. Robiła, co tylko mogła, by zaskarbić sobie przychylność córek Andrew, ale ich złośliwość wobec niej i okrucieństwo wobec jej dzieci w końcu ją zniechęciły. Wściekłość Marjorie podsycała ich nienawiść do Sydney, która była bezradna. Dlatego w końcu się poddała. W ciągu minionego tygodnia kobiety prawie z nią nie rozmawiały i zachowywały się, jakby zabiła im ojca, tymczasem ona była pogrążona w żałobie – tak samo jak Sophie i Sabrina.

Jesse Barclay, prawnik Andrew, przyszedł do Sydney dzień po pogrzebie. Miał dla niej ważną wiadomość. Minęło szesnaście lat, a Andrew nigdy nie zmienił testamentu spisanego, zanim się poznali. Jesse z zażenowaniem mówił Sydney, że przypominał Andrew o aktualizacji dokumentu, kiedy ten się z nią ożenił. Mężczyzna planował to zrobić, ale zaniedbał sprawę, myśląc, że ma na to jeszcze dużo czasu. Nie spodziewał się, że zginie w wypadku ani że zachoruje – był na to za młody. Gdy się pobierali, oboje podpisali intercyzę, w której był punkt o rozdzielności majątkowej. Po paru latach małżeństwa Andrew planował zmienić także ten zapis. Miał zaledwie czterdzieści lat, gdy wzięli ślub, a Sydney była w tym samym wieku, co jej córki teraz. Tuż przed śmiercią Andrew tryskał energią, był pełen życia i całkiem zdrowy, otaczał żonę miłością. Nie miał zamiaru zostawiać Sydney w takiej sytuacji. Po prostu nie zabrał się do zmiany testamentu czy intercyzy. Skupiał się na życiu, a nie na umieraniu. Gdyby wiedział, co się stało, byłby załamany. Testament ważny w chwili jego śmierci stanowił, że wszystko dziedziczą jego córki. Ponieważ spisał go, zanim poznał Sydney, nie było żadnego punktu dotyczącego jego drugiej żony.

Dom, w którym mieszkali, po jego śmierci miał się stać własnością jego córek. Gdy tylko zostały powiadomione o sytuacji – czyli tego samego dnia, w którym dowiedziała się o wszystkim Sydney – ich prawnik poinformował Jessego, że kobieta ma wyprowadzić się w ciągu trzydziestu dni od śmierci ich ojca. Mogła spędzić w ich wspólnym domu jeszcze dwadzieścia dwa dni. Andrew, zanim poznał Sydney, zapisał córkom również wszystkie zakupione dzieła sztuki, dobra, papiery wartościowe i wyposażenie domu oraz całą fortunę. Ponieważ intercyza wykluczała wspólność majątkową, wszystko, co kupił lub posiadał Andrew w czasie trwania ich małżeństwa, należało do niego, a teraz – do jego córek. Jedynym wyjątkiem były prezenty, które podarował Sydney, o ile potwierdził to pisemnie.

Bliźniaczki z triumfalnymi minami stanęły w progu domu w dniu, w którym dowiedziały się o testamencie. Od razu zaczęły inwentarz sreber, dzieł sztuki, antyków i wartościowych przedmiotów. Kellie zabrała już do swojego domu dwa cenne obrazy i rzeźbę, oczywiście za zgodą siostry. Ani słowem nie wspomniały o tym Sydney. Kobieta odkryła puste miejsca, gdy wróciła do domu z zakupów. Usiadła na kanapie i westchnęła z przerażeniem, domyślając się, co będzie dalej i jak młode kobiety zamierzają to rozegrać. Kellie i Kyra umówiły się już, że Kellie przeprowadzi się do domu ojca, ponieważ miała męża i dzieci. Kyra chciała nadal mieszkać w Nowym Jorku, w swoim domu.

Cztery dni od chwili, gdy Sydney dowiedziała się o sytuacji prawnej po śmierci męża, były pełne szoku i paniki. Nie powiedziała jeszcze o niczym swoim córkom. Nie chciała ich martwić, musiała najpierw zastanowić się, co zrobi. Zgodnie z testamentem i intercyzą nie należało do niej nic, co przez szesnaście lat współdzieliła z Andrew. Podarował jej trochę biżuterii, którą mogła zatrzymać, a także niewielki, tani obraz kupiony w Paryżu podczas podróży poślubnej. Na dziesiątą rocznicę sprezentował jej też przytulne mieszkanko w Paryżu, przy lewym brzegu Sekwany i zapisał je na jej nazwisko. Była to kawalerka w uroczym starym budynku bez windy, w mieście, które oboje uwielbiali. Nie miała w sobie jednak wystawności ani bogactwa, które przyciągnęłoby kogoś gotowego zapłacić wysoką cenę, gdyby chciała je od razu sprzedać.

Po ślubie zrezygnowała z kariery uznanej projektantki odzieży dla renomowanej firmy. Była to trudna decyzja, ale Andrew chciał, by mogła spędzać z nim więcej czasu, i naciskał, by porzuciła stresującą pracę, dzięki której utrzymywała siebie i córki, odkąd się rozwiodła siedem lat przed spotkaniem Andrew. Myśl, że nie będzie już pracować, napełniała ją obawą, ale i pociągała – mogłaby nacieszyć się nie tylko mężem, lecz także swoimi córkami. W końcu uległa jego namowom i wycofała się z zawodu na miesiąc przed ich ślubem. Od tamtej pory nie pracowała i po jakimś czasie przestała tęsknić za projektowaniem. Czuła się spełniona, żyjąc z nim. Podróżowali, spędzali czas ze sobą i z dziećmi obojga, raz lub dwa razy w roku latali na romantyczne wypady do swojego ukochanego miasta, Paryża. Cieszyli się, że mają tam mieszkanie, do którego mogą w każdej chwili wyskoczyć.

Poza tym Andrew był delikatny i życzliwy, gdy chodziło o ich odmienną sytuację finansową. Założył im wspólne konto bankowe, na które przelewał dość pieniędzy, by mogła opłacić miesięczne rachunki za dom, nie prosząc go o to ani nie czując się jak żebraczka.

Nigdy nie dopytywał o jej zakupy, a ona nie była ekstrawagancka. Przed ślubem ciężko pracowała na swoje zarobki, była więc wdzięczna za wygodne życie, które mu zawdzięczała, oraz za wszystko, co robił dla niej i jej dwóch córek. Chociaż sama nie miała żadnych przychodów, odkąd rzuciła pracę, przez szesnaście lat żyły dostatnio dzięki jego hojności. A teraz, z dnia na dzień, jej położenie stało się tragiczne. Jedyne pieniądze, jakie miała, znajdowały się na ich wspólnym koncie. Starczało ich ledwie na opłacenie zaległych rachunków pod koniec miesiąca. Zwykle Andrew przelewał pieniądze na konto raz w miesiącu, dlatego nie było na nim teraz żadnych zapasów – wystarczało na oszczędne życie przez jakiś czas, ale niedługo, a już na pewno nie do końca życia. Gdyby zostawił jej choćby niewielką część swojej fortuny, byłaby urządzona na całe życie, chociaż dotąd nie to było dla niej ważne.

Przez cztery noce nie zmrużyła oka – leżała tylko, myśląc o swojej sytuacji i szukając jakiegoś wyjścia. Płakała za nim, oszołomiona stratą, z którą musiała nauczyć się żyć – śmiercią ukochanego męża. Ponadto musiała znaleźć sposób, by się utrzymać, i to szybko. Potrzebowała mieszkania oraz pieniędzy na czynsz i jedzenie po tym, jak skończą się środki na ich wspólnym koncie. Cała reszta należała teraz do Kellie i Kyry. Pozwoliły jej zatrzymać samochód, ubrania i niewiele więcej. W końcu wygrały wojnę, którą wypowiedziały jej wiele lat wcześniej. Zawdzięczały zwycięstwo Andrew, który dał im przewagę, nawet o tym nie wiedząc, bo nie zaktualizował testamentu po drugim ślubie. Gdyby miał choć cień przeczucia, że coś takiego może się zdarzyć, nigdy nie zostawiłby jej na ich łasce. Dobrze wiedział, jak złośliwe były wobec jego żony, i często zwracał im na to uwagę.

Obie córki Sydney pracowały i były samodzielne finansowo, a ojczym od czasu do czasu im pomagał. Sydney była na utrzymaniu męża, odkąd przed ślubem zrezygnowała z pracy. Po pierwszym małżeństwie nie zostało jej nic – miała jedynie swoją pensję – a alimenty płacone przez jej poprzedniego męża to były nędzne grosze. Niedługo po rozwodzie poznał bogatą kobietę i przeprowadził się do jej domu w Dallas. Rzadko widywał się z córkami. Dwa lata później razem z drugą żoną zginął podczas lotu ich prywatnym samolotem, który rozbił się w trakcie safari w Zimbabwe. Odkąd Sydney związała się z Andrew, to on pełnił rolę ojca dziewczynek i utrzymywał je, gdy przestała pracować, do czasu aż same znalazły zatrudnienie i mogły wyżyć z tego, co zarabiały. Sfinansował studia obu jej córek, ponieważ jej nie było na to stać. Zawsze traktował je wspaniale i interesował się wszystkim, co robiły. Jego śmierć była ciosem także dla nich.

Szczerą żałobę Sydney po stracie Andrew potęgował lęk o to, co będzie, gdy skończą jej się pieniądze na koncie – czekało ją to bardzo szybko. Jej dotąd stabilne, spokojne i luksusowe życie nagle stało się pełne niepewności. Znalezienie pracy, zwłaszcza w jej dawnym zawodzie, na pewno będzie trudne – zbyt długo nie pracowała i nie miała kontaktu ze środowiskiem projektantów. Nie znała nawet programów komputerowych wykorzystywanych teraz przez nich do rysowania. Wciąż szkicowała w sposób tradycyjny. Nie dogoniła swoich czasów i nie nadawała się do pracy po szesnastu latach poza branżą. Spełnił się jej najgorszy koszmar. Straciła Andrew, a po latach zależności od niego nie była w stanie się już sama utrzymać – chyba że zostałaby kelnerką albo sprzedawczynią w obuwniczym. Niczym innym nie mogła się zająć.

Nie dostałaby pracy nawet jako asystentka albo sekretarka, nie znając najnowszych programów komputerowych. Jej jedynym talentem było projektowanie, ale jej umiejętności i kontakty się zdezaktualizowały.

Wiele nocy po pogrzebie spędziła, siedząc w sypialni przy zapalonym świetle, z notesem w dłoni. Spisywała, co mogłaby sprzedać, i próbowała oszacować, ile za to dostanie. Uwielbiała ładną biżuterię, którą podarował jej Andrew, ale nigdy nie kupował jej niczego drogocennego, a ona tego nie chciała. Dużo więcej wydawał na swoją kolekcję obrazów, która miała większą wartość i którą wspólnie starannie uzupełniali. Teraz wszystkie dzieła należały do jego córek, ponieważ on za nie zapłacił i nigdy nie przekazał jej na piśmie żadnego obrazu. Do niej należało mieszkanie w Paryżu, które chciała szybko sprzedać. Potrzebowała pieniędzy, by się utrzymać. Nie liczyło się teraz, jak bardzo je uwielbiała – musiała natychmiast wystawić je na sprzedaż. Jej ubrania nie miałyby większej wartości, gdyby chciała je sprzedać. Nic innego nie przychodziło jej do głowy. Wszystko, o czym pomyślała, mieściło się w kategorii „wyposażenie domu” i należało do jego majątku, a teraz – zgodnie z jego testamentem – było własnością Kellie i Kyry.

Tylko prawnik Andrew wiedział, jak trudna jest jej sytuacja, a Sydney zobowiązała go do dyskrecji. Nie chciała wystraszyć Sophie i Sabriny, które same były pogrążone w żałobie po stracie Andrew. Gdyby powiedziała im o narastającej panice, nic by się nie zmieniło ani nie poprawiło.

Niewiele ponad tydzień po wypadku pojechała do Nowego Jorku, nikomu o tym nie mówiąc. Spotkała się z agentem nieruchomości, którego znalazła w Internecie – reklamował umeblowane tymczasowe mieszkania do wynajęcia. Musiała wyprowadzić się z domu w Connecticut w ciągu trzech tygodni. Próbowała myśleć klarownie i stworzyć jakiś plan, ale wiedziała, że bliźniaczki nie pozwolą jej zostać choćby o jeden dzień dłużej. Po obejrzeniu pięciu ponurych mieszkanek w przygnębiających, zaniedbanych budynkach na obrzeżach Upper East Side znalazła małe mieszkanie z jedną sypialnią i malutkim drugim pokoikiem, w którym można było urządzić garderobę, gabinet albo pokój dla dziecka. Mogła ustawić tam pudła ze swoimi rzeczami. Cena była przystępna, budynek brzydki, nie było klimatyzacji, a aneks kuchenny stanowił część salonu. Meble kupiono w Ikei, większość była nowa, a niektóre pochodziły ze sklepów ze starociami. Agent powiedział, że właściciel wyjechał na rok na studia za granicą i chętnie będzie wynajmował mieszkanie z miesiąca na miesiąc. Sydney wiedziała, że jej córki doznają szoku, gdy zobaczą to miejsce. Nie zamierzała od razu im o wszystkim mówić. Nie musiały jeszcze wiedzieć o jej sytuacji. Miała nadzieję, że gdy sprzeda mieszkanie w Paryżu, utrzyma się do czasu znalezienia pracy. Ciągle powtarzała sobie, że jako czterdziestodziewięciolatka wciąż jest dość młoda, by zacząć nowe życie, ale serce ciążyło jej w piersi jak głaz, gdy podpisywała umowę na umeblowane mieszkanie. Musieli sprawdzić jej sytuację finansową, jednak agent zapewnił, że formalności zostaną zakończone do czasu, gdy będzie potrzebować mieszkania. Gdy Sydney to usłyszała, serce zaczęło jej walić jak młotem. Zakręciło jej się w głowie na myśl, że będzie musiała oddać dom, w którym mieszkała przez te wszystkie lata.

Gdy wieczorem wróciła do Connecticut, zaczęła pakować się na wyjazd do Paryża. Wcześniej wysłała e-mail do paryskiej agentki nieruchomości. Za dwa dni miały się spotkać w jej mieszkaniu. Agentka nie podchodziła do sprzedaży z entuzjazmem. Sydney wciąż wybierała ubrania na podróż i była rozkojarzona, gdy usłyszała dzwonek do drzwi. Zdziwiła się, widząc kobietę, którą znała od lat, ale z którą nigdy nie utrzymywała bliskich stosunków. Zauważyła ją na pogrzebie i wówczas też była zaskoczona jej widokiem.

Poznały się, gdy ich dzieci chodziły razem do szkoły, i od czasu do czasu wpadały na siebie w sklepie. Teraz stała w progu z pudełkiem ciasta w rękach wyciągniętych ku Sydney.

– Jechałam właśnie do domu i pomyślałam, że zobaczę, jak się miewasz. Jadłaś coś dzisiaj? – spytała Veronica szczerze zmartwiona, jakby były bliskimi przyjaciółkami.

Była parę lat starsza od Sydney i jakiś czas temu się rozwiodła. Była ładną kobietą, często grała w tenisa i dbała o sylwetkę, ale za dużo mówiła, a Sydney nie miała siły ani ochoty jej znosić po całodniowym oglądaniu mieszkań w Nowym Jorku. Wybór nowego domu wielkości szafy bardzo ją przygnębiał, gdy porównywała go z tym obecnym. Nawet nie umiała sobie wyobrazić, co powiedzą córki, gdy zobaczą, co wynajęła.

– Mam się dobrze – powiedziała Sydney ze zmęczoną miną i wciąż stała w progu, nie chcąc wyjść na niewdzięczną, ale nie mając ochoty zapraszać jej do środka. – Cały dzień spędziłam w mieście. Miałam do załatwienia parę spraw. Właśnie się pakuję. Niedawno wróciłam.

Za jej plecami dom był spowity w mroku, ale Veronica nie załapała aluzji. Wyraźnie uparła się, by dotrzymać towarzystwa Sydney, która nie miała chęci z nikim przebywać – a co dopiero z kobietą, z którą nie spotykała się od lat i nigdy nie była blisko.

– Wybierasz się gdzieś? Pomieszkasz u córek w mieście? Jeśli nie chcesz być sama, mogę zostać na noc, kiedy tylko będziesz miała ochotę.

Sydney wcale sobie tego nie życzyła. Chociaż propozycja na pewno wynikała z życzliwości, była nieco zbyt nachalna.

– Nie, nie trzeba. Lecę do Paryża, by załatwić sprawy z naszym mieszkaniem.

– Przeprowadzasz się tam? – zapytała z ciekawością Veronica, wciąż stojąc z Sydney w progu.

Kobieta nagle zaczęła się zastanawiać, czy Sydney zamierza sprzedać dom, w którym mieszkała razem z Andrew. Był to wspaniały budynek położony na potężnej działce z przepięknym ogrodem, ale pochłaniał mnóstwo czasu, wymagał pracy wielu osób i dużej ilości pieniędzy, a prowadzenie go byłoby dla niej trudniejsze bez Andrew.

– Nie, nie przeprowadzam się do Paryża – powiedziała Sydney, wzdychając.

Poddała się i ustąpiła z progu, by wpuścić Veronicę, która natychmiast weszła i ruszyła za nią do kuchni. Kobieta zaproponowała jej mrożoną herbatę i na kilka minut usiadły przy kuchennej wyspie z blatem z czarnego granitu. Veronica wypytała ją o mieszkanie w Paryżu, a Sydney wstawiła przyniesioną przez nią tartę do lodówki.

– Nie wyobrażam sobie, że mogłabym znów się tam zatrzymywać bez Andrew. To było nasze magiczne miejsce. – Gdy to mówiła, wyglądała na załamaną. – Sprzedam je.

– Musisz trochę zwolnić – powiedziała poważnie Veronica. – Mówi się, żeby nie podejmować takich ważnych decyzji co najmniej przez rok po stracie bliskiej osoby. Potem będziesz tego żałować. Może zechcesz spędzić czas tam albo w Nowym Jorku z Sophie i Sabriną. Na twoim miejscu nie podejmowałabym nagłych decyzji.

Sydney dłuższą chwilę się wahała, zanim odpowiedziała. Nie chciała podawać Veronice wszystkich przykrych szczegółów i jej się zwierzać, ale ona i tak znała już część prawdy.

– To bardziej skomplikowane. Bliźniaczki odziedziczyły dom. Wyprowadzam się pod koniec miesiąca. Zamieszka tu Kellie z rodziną. Ja po prostu szukam jakiegoś rozwiązania tej sytuacji.

Veronica była w szoku. Sydney starała się zgrywać nonszalancję, nie zdradzić, jak wielki był to dla niej cios, jednak Veronica rzuciła się na tę nowinę jak kot na bezbronną mysz.

– Wyprowadzasz się? Za trzy tygodnie? Nie możesz tu zostać na pół roku albo rok?

Zszokowała ją nowina, że dom odziedziczyły córki Andrew, a nie jego żona. Ale Sydney była bardziej oszołomiona. Próbowała zachować spokój, gdy odpowiadała, nie dać się zaskoczyć. Gdyby pokazała, jak bardzo się denerwuje, byłoby to zbyt żenujące. Z szacunku do Andrew robiła przy Veronice dobrą minę do złej gry. Kobieta wydawała się spragniona szczegółów, których Sydney nie miała ochoty jej zdradzać. Tymczasem Veronica była w jej kuchni i najwyraźniej nie miała ochoty wychodzić. Uważała, że kupiła sobie sekrety za przyniesioną tartę. Sydney przypomniała sobie, że Veronica jest straszną plotkarą.

– Jeśli mam się wyprowadzić, to lepiej zrobić to teraz – powiedziała dzielnie. – Muszę pozamykać sprawy w Paryżu.

– Tamto mieszkanie też odziedziczyły? – spytała z przerażeniem Veronica, złakniona wszystkich szczegółów.

– Nie, dostałam je od niego w prezencie. Ale dom i wszystko, co w nim jest, należy do nich.

Veronica przez długi czas milczała, gdy tak na siebie patrzyły. Sydney chciała, by już sobie poszła.

– Przynajmniej będziesz się dobrze bawić, kupując nowy dom albo mieszkanie i oglądając różne lokale. – Starała się mówić radosnym tonem, a Sydney nie skomentowała jej słów, ale nie zamierzała niczego kupować, bo musiała przecież za coś jeść. – Kiedy lecisz do Paryża?

– Jutro w nocy. Wrócę za parę dni.

Po tych słowach wstała, licząc, że to zachęci Veronicę do wyjścia. Rozmowa jeszcze bardziej ją zdołowała, a Veronica w końcu zrozumiała aluzję. Ruszyły w stronę drzwi wyjściowych.

– Zadzwoń czasem. Możemy się umówić na lunch albo pomogę ci się spakować przed wyprowadzką.

Sydney nie chciała mieć świadków podczas rozbierania swojego życia na części dla bliźniaczek. Wystarczyło jej, że Kyra i Kellie co chwilę wpadały do domu, by oglądać srebra, kryształy i obrazy. Chciała spędzić w samotności ostatnie dni w domu, opłakując utracone spokojne życie. Nie tylko nagle straciła ukochanego mężczyznę, ale także wygody, dom, status mężatki, a nawet własną tożsamość. Kim była bez Andrew? Nagle stała się biedaczką, wdową po bogatym mężczyźnie. Czuła się, jakby spadła z krawędzi przepaści w otchłań.

Veronica uściskała ją, a potem wyszła. Sydney wróciła na górę, by dokończyć pakowanie. Czuła się jeszcze gorzej niż przed jej wizytą. Wysłała e-maile do córek, by dać im znać, że leci na parę dni do Paryża. Potem położyła się do łóżka i przez całą noc nie zmrużyła oka, targana niepokojem.

Veronica zadzwoniła do niej rano i znów powiedziała, jak jej przykro, że Sydney straci dom.

– Całą noc nie spałam, bo się o ciebie martwiłam – oznajmiła.

Sydney nie zdradziła, że i ona nie zasnęła. Nie było sensu. Nie chciała, by Veronica wiedziała, jak bardzo martwi się domem i dlaczego. To nie była jej sprawa.

Potem zadzwoniła do niej zmartwiona Sophie, jej córka.

– Dlaczego lecisz teraz do Paryża, mamo? Po co się spieszyć?

– Chcę wszystko pozałatwiać, poza tym za bardzo mnie smuci siedzenie tu w samotności. Parę dni w Paryżu dobrze mi zrobi.

Próbowała powiedzieć to z entuzjazmem i obiecała, że zadzwoni zaraz po powrocie.

Starsza córka Sabrina wysłała jej SMS między spotkaniami, pisząc, by na siebie uważała podczas samotnej podróży. Obie dziewczyny się o nią martwiły, co dla całej trójki było czymś nowym. Nigdy dotąd nie musiały się o nią obawiać, a jej nie podobało się, że się nad nią użalają. Jeszcze nawet nie wspomniała im o domu. Wiedziały, że Andrew niczego im nie zostawił, ale Sydney domyślała się, że będą przerażone, gdy usłyszą, że nie zostawił też nic żonie. Wszystko dziedziczyły bliźniaczki, niezależnie od tego, czy na to zasługiwały. Sydney i córki wiedziały, że nie należy do nich zupełnie nic z majątku.

Pojechała taksówką na lotnisko i zdążyła na lot Air France o dziesiątej wieczorem. Leciała klasą biznesową, chociaż Andrew wolał latać pierwszą klasą – jednak te czasy dobiegły już końca. Za swój bilet zapłaciła milami zebranymi w programie lojalnościowym – to były jej ostatnie chwile luksusu i wygód. Planowała przespać się w samolocie.

Podczas lotu podawano pełny posiłek, ale z niego zrezygnowała. Nic nie jadła, nie była głodna i nie miała o tej porze ochoty na pięciodaniowy obiad. Odchyliła fotel do tyłu i zamknęła oczy, wspominając, jak po raz ostatni poleciała z Andrew do Paryża – to było pół roku wcześniej, w sylwestra. Na to wspomnienie łzy napłynęły jej do oczu i spłynęły między rzęsami po policzkach, gdy usiłowała zasnąć. W końcu kojący szum samolotu ukołysał ją do snu. Obudziła się, gdy schodzili do lądowania na lotnisku Charles’a de Gaulle’a, a stewardesa poprosiła ją o podniesienie oparcia. Nad Paryżem świeciło słońce, lądowanie było gładkie i parę chwil później Sydney stała przy taśmie, czekając na walizkę. Nie podróżowała jako VIP, tak jak czasami z Andrew. Była po prostu samotną kobietą, która wybrała się do Paryża, by sprzedać ukochane mieszkanie.

Starała się nie myśleć o tym, jak wspaniałe chwile spędzili podczas ostatniej podróży, gdy wsiadła do taksówki i podała kierowcy adres – być może po raz ostatni.

Rozdział 2

Sydney zamknęła sprawy w Paryżu w jeden dzień. Spotkała się z agentką, która była z nią szczera. Wyjaśniła, że w obecnej sytuacji politycznej we Francji, gdy podatki majątkowe są tak wysokie, Francuzi od paru lat wolą wyjeżdżać z kraju do Belgii lub Szwajcarii. Z kolei kupcy luksusowych nieruchomości z Rosji, Chin i krajów arabskich woleli wystawne, wygodne apartamenty przy Avenue Montaigne albo w szesnastej dzielnicy. Od niedawna częściej interesował ich Londyn niż Paryż, bo obawiali się opodatkowania, choć byli obcokrajowcami. Rząd starał się pozyskać dochody, od kogo tylko się dało, jednak ci kupcy nie szukali przytulnych mieszkanek takich jak jej ukochana kawalerka. Agentka zasugerowała, że lepszą decyzją może być wynajęcie go za rozsądną cenę i odczekanie do czasu, aż sytuacja na rynku będzie korzystniejsza. Wysłuchawszy jej, Sydney się zgodziła. Skromny czynsz nie rozwiąże jej finansowych problemów, ale da jej co miesiąc niewielki stały przychód, a to pomoże. Powiedziała, że nie chce wynajmować mieszkania na dłużej niż rok ani wycofywać oferty sprzedaży.

Tego wieczoru i następnego dnia spacerowała po Paryżu, unikając miejsc, za którymi przepadali z Andrew – było to prawie niemożliwe, bo uwielbiali wszędzie spacerować. Chodzili do muzeów, ogrodów, galerii, słynnych barów, na przykład baru Hemingway w Ritzu czy Café Flore i Ladurée na herbatę. Trzymała się z dala od sklepów na Rue du Faubourg Saint-Honoré i na Avenue Montaigne, ponieważ i tak nie było już jej stać na ich towary. Opuszczając mieszkanie, zabrała wszystkie ulubione pamiątki: podarunki od Andrew, to, co kupili razem, ich wspólne zdjęcia w najróżniejszych zakątkach Paryża. Kupiła kolejną walizkę i zabrała ze sobą także należące do niej małe obrazy, ostrożnie je pakując. Nie wiedziała, kiedy tu wróci ani czy w ogóle wróci. Nie wiedziała też, kim będzie najemca.

Wszystko odbyło się w szaleńczym tempie, ale załatwiła to, po co przyjechała, i wysłała do córek SMS-y, by zapewnić, że wszystko w porządku. Gdy po raz ostatni rozglądała się po mieszkaniu, po jej policzkach spływały łzy. Już teraz wydawało się mniej osobiste bez znajomych przedmiotów, które ze sobą zabierała. Pojechała taksówką na lotnisko i w milczeniu patrzyła za oddalającym się miastem. Po zdaniu bagażu siedziała w terminalu umęczona tym krótkim wypadem.

Gdy wsiadała do samolotu, jej długie, proste blond włosy związane były w gładki koński ogon. Miała na sobie białą wyprasowaną koszulę i czarne dżinsy, baleriny, a na ramieniu czarną skórzaną torbę Kelly marki Hermès, którą parę lat wcześniej podarował jej Andrew. Przyszło jej do głowy, że jeśli zmusi ją do tego naprawdę tragiczna sytuacja, będzie mogła sprzedać także tę torbę w luksusowym second-handzie. Pieniądze jej się kończyły i musiała przywyknąć do myśli, że ma ich niewiele.

Wyleciała z Paryża ostatnim samolotem tego dnia, chcąc się trochę przespać. Znów planowała zrezygnować z posiłku. Usiadła na swoim miejscu przy oknie, obok mężczyzny pod krawatem, w szarym garniturze. Zanim samolot ruszył, sąsiad poluzował krawat, włożył go do kieszeni marynarki, którą odebrała od niego stewardesa, i podwinął rękawy koszuli. Domyśliła się, że jest mniej więcej w jej wieku. Miał gęste, ładnie ułożone, szpakowate włosy. Wyglądał na zamożnego, na jego nadgarstku zauważyła złotego roleksa, a na palcu – obrączkę, wiedziała zatem, że jest żonaty. Skinęli sobie głowami, ale żadne z nich nie miało ochoty się odzywać, co Sydney przyjęła z ulgą. Nie była w nastroju do pogawędek. Gdy tylko wznieśli się w powietrze, on zajął się pracą na komputerze. Ona zamknęła oczy i odchyliła siedzenie. Poprosiła już stewarda, by nie podawano jej posiłku. Zjadła kanapkę w bistro, które uwielbiali z Andrew, niedaleko mieszkania. Kelnerzy zasmucili się, gdy usłyszeli, że Andrew zmarł, i złożyli jej kondolencje.

Samotna podróż do Paryża wyczerpała ją emocjonalnie, podobnie jak oglądanie mieszkania ze świadomością, że je wynajmie albo sprzeda. Zmęczona zapadła w głęboki sen i obudziła się po kilku godzinach lotu, gdy pilot zaczął mówić przez interkom, najpierw po francusku, a potem po angielsku. Spokojnym głosem oznajmił, że mają problem mechaniczny i przygotowują się do nieplanowanego lądowania za godzinę. Tymczasem awaryjnie zrzucali paliwo do Atlantyku. Ostrzegł o tym pasażerów, w razie gdyby zobaczyli to przez okna. Powiedział, że są o godzinę od Nowej Szkocji, gdzie wylądują. Zerknęła na swojego sąsiada, a on uniósł brew, nie wiedząc, czy jest Amerykanką, czy Francuzką oraz czy mówi po angielsku. Gdy usłyszała słowa pilota, serce zaczęło jej walić. „Nieplanowane lądowanie” to raczej nie było nic dobrego.

– Była pani kiedyś w Nowej Szkocji? – spytał sąsiad z ponurym uśmieszkiem, a ona potrząsnęła głową.

– Nie i wcale nie mam na to ochoty. Jak pan myśli, co się stało z samolotem?

– Pewnie skończyło się foie gras w pierwszej klasie i muszą się zatrzymać, żeby zabrać nowy zapas. – Widział, jaka jest przerażona, więc starał się utrzymać swobodny nastrój. – W zeszłym roku przeżyłem awaryjne lądowanie w Chinach. Silnik się palił, ale nikomu nic się nie stało. Oni umieją ściągać te wielkie maszyny na ziemię nawet w nagłych sytuacjach. Myślę, że nic nam nie będzie.

Starał się dodać jej odwagi. Zobaczył, że ręce jej się trzęsą, gdy wyciągnęła z torebki chusteczkę i wydmuchała nos.

– Niedawno straciłam męża – wyznała słabym głosem. – Nie planowałam tak szybko do niego dołączyć, poza tym mam dwie córki w Nowym Jorku.

Normalnie nie powiedziałaby mu aż tyle, ale po komunikacie pilota była przestraszona i roztrzęsiona.

– Wyrazy współczucia – powiedział taktownie. – Byłem żonaty dwa razy, teraz jestem z trzecią żoną. Wszystkie by się wściekły, gdybym zginął w tym samolocie, a mój syn w Saint Louis też mógłby się zasmucić.

Jego słowa wywołały u niej uśmiech.

– Pani mąż zmarł na raka? – spytał łagodnie, by odwrócić jej uwagę od samolotu.

Potrząsnęła głową.

– W wypadku motocyklowym – odparła. – Miał tylko pięćdziesiąt sześć lat.

Spojrzał na nią ze współczuciem. Zastanawiał się, co robiła w Paryżu, ale wolał nie pytać.

– Na pewno nic nam nie będzie – powtórzył.

Parę minut później powiedziano im, by założyli kamizelki ratunkowe. Samolot zaczął gwałtownie schodzić w dół. Mężczyzna instynktownie wyciągnął rękę i ścisnął jej dłoń. Miał duże, gładkie dłonie, których dotyk był krzepiący. Chociaż go nie znała, cieszyła się, że siedzi z nim, a nie sama.

– Nie przystawiam się do pani – powiedział, gdy już wziął ją za rękę. – Po prostu lepiej przeżywać to razem. Później możemy porozmawiać o tym, co z tego wynika. Tylko proszę nie mówić mojej żonie.

Mimo woli roześmiała się, słysząc jego słowa. Zobaczyli przed sobą ląd, a samolot jeszcze bardziej obniżył lot. Gwałtownie tracili wysokość i wydawało się, że maszyna uderzy w ocean. Sydney westchnęła z przerażeniem, a on mocniej ścisnął jej dłoń. Odzyskali poziom tuż nad wodą i powoli skierowali się w stronę pasa lądowania. Z samolotu wydobywał się przerażający warkot, a Sydney zdawało się, że słyszy z tyłu niewielki wybuch, jakby strzał z tłumika ciężarówki. Lecieli coraz szybciej w kierunku wyraźniej rysującego się lotniska, gdzie czekały na nich liczne pojazdy ratunkowe z migającymi światłami.

– Prawie jesteśmy na miejscu – uspokajał ją. – Oni wszyscy na nas czekają. Wydostaną nas stąd – dodał z przekonaniem.

Sydney skinęła głową i ze wzrokiem wbitym w wozy strażackie oraz karetki na ziemi modliła się, by miał rację. Wiedziała, że teraz nie czeka jej w życiu nic dobrego, ale mimo to nie mogła zginąć i porzucić swoich dzieci.

Wylądowali z ciężkim uderzeniem i kilka razy odbili się od ziemi. Samolot był mocno przechylony i zauważyli, że część podwozia z jednej strony się nie wysunęła. Ale ten mocny przechył był najgorszym, co ich spotkało. Po chwili się zatrzymali. Słyszała wyjące syreny, gdy załoga samolotu szybko otworzyła drzwi i aktywowała awaryjne zjeżdżalnie. Powiedziano im, by zostawili na miejscu buty i bagaż podręczny oraz ruszyli do najbliższego wyjścia. Członkowie załogi z czerwonymi oznaczeniami w klapach kierowali ich do dmuchanych zjeżdżalni. Pojedynczo opuszczali samolot, a ekipy ratunkowe prowadziły ich do autobusów. Ewakuację samolotu przeprowadzono bardzo sprawnie. Kilka kobiet płakało, pewnie z ulgi, lecz nikt nie panikował. Wszyscy byli w szoku, ale o wiele mniej zaniepokojeni, gdy autobusy wiozły ich do małego terminalu. Stamtąd przewieziono ich do szkoły z dużą halą, w której wszyscy mogli się pomieścić. Zorganizowano wyżywienie i punkt medyczny, ale nikt nie był ranny. Ratownicy przeszli przez tłum, pytając, czy ktoś potrzebuje pomocy. Wokół rozbrzmiewał gwar rozmów. Ludzie mówili o tym, co się stało. Pasażerowie włączali telefony i dzwonili do bliskich osób, by zapewnić, że wszystko jest w porządku.

Jej sąsiad z samolotu zadzwonił do żony, a Sydney do obu córek. Żadna z nich nie odebrała – nigdy tego nie robiły – ale nagrała im się na poczty głosowe, mówiąc, że mieli awaryjne lądowanie w Nowej Szkocji, ale teraz jest bezpieczna i wkrótce będzie w domu.

Gdy oboje skończyli rozmowy, jej towarzysz wyglądał na rozluźnionego.

– Tak przy okazji, jestem Paul Zeller – przedstawił się.

– Dziękuję, że trzymał mnie pan za rękę. Byłam śmiertelnie przerażona – przyznała, choć nie musiała, bo doskonale to widział. – Jestem Sydney Wells.

– Moja żona w ogóle nie chce latać, o ile nie jest to absolutnie konieczne. Kiedy już lata, potrzebuje trzech tabletek xanaxu, butelki szampana i opieki psychiatry.

Sydney roześmiała się, wolontariusze tymczasem przygotowywali leżanki w sali gimnastycznej, do której ich przydzielono. Wszystkim pasażerom rozdano papierowe kapcie. Powiedziano, że następnego dnia przyślą po nich samolot. Czekała ich zatem długa noc, a potem – być może – długi dzień.

– Po co wybrała się pani do Paryża? – spytał zaciekawiony, tym bardziej że tak niedawno zmarł jej mąż.

– Mam tam mieszkanie. Zamierzałam je sprzedać, ale postanowiłam jednak je wynająć. Chyba już nie będę z niego korzystać. Nie dałabym rady.

Skinął głową.

– Ja byłem tam w interesach. Zajmuję się modą – oświadczył z dumą.

– Ja też kiedyś zajmowałam się modą. Zanim wyszłam za mąż, byłam projektantką. To było dawno temu.

– Dla kogo pani pracowała?

Wymieniła nazwę firmy, a on był pod wrażeniem.

– To była świetna pracownia – stwierdził. – Szkoda, że zakończyli działalność. Właściciel zmarł, nie było nikogo, kto mógłby prowadzić ją dalej.

– Z początku bardzo mi tego brakowało, ale potem przywykłam do braku pracy. Spędzałam więcej czasu w domu, z córkami i mężem.

– Chciałaby pani do tego wrócić? – spytał z zaciekawieniem.

– Dotąd o tym nie myślałam. Ale chyba nie mogłabym tego zrobić. Minęło wiele lat, nie znam się na nowych cyfrowych technikach projektowania.

– Nie można nimi zastąpić prawdziwego talentu i doświadczenia. Pewnie wie pani dużo więcej, niż pani sądzi. Może się pani nauczyć technik cyfrowych. Talentu i wyczucia stylu nie da się wyuczyć – dodał z przekonaniem.

Nie chciała być wścibska i wypytywać go o nazwę firmy, a on jej nie wymienił.

– Sporo się zmieniło, odkąd pracowała pani w branży – ciągnął. – Ludzie potrzebują sklepów z przystępnymi cenami i designerskiej mody na każdą kieszeń. Kobiety, które nie mają wiele pieniędzy, też chcą ubierać się modnie. Staramy się spełnić te oczekiwania. Poza tym wszyscy mają teraz szwalnie w Chinach, nawet luksusowe marki. Inaczej nie da się zarobić. Ewentualnie można zlecać wykonanie chińskim firmom. Wszyscy to robimy.

– My kupowaliśmy tkaniny we Francji i korzystaliśmy z zakładów we Włoszech – wspomniała rzewnie. – Ich prace były wspaniałe.

– I liczyliście sobie za nie sto albo dwieście razy więcej niż ja. – Uśmiechnął się do niej. – Pracowała pani w innych warunkach, spełniała oczekiwania innych klientów. Oni wciąż istnieją, ale korzyści są większe w moim segmencie – stwierdził pragmatycznie.

Z tego, co mówił, wnioskowała, że sprzedaje towary za umiarkowane, a nawet niskie ceny. To także miało swoją wartość. Możliwości na rynku były duże, zwłaszcza wtedy, gdy sprzedawali towar w dużych ilościach.

– Dzisiejszy świat jest inny – zgodziła się. – Dwadzieścia lat temu nie dało się kupić modnych ubrań w rozsądnych cenach, teraz to możliwe. Myślę, że to ważne. Moda powinna być dostępna dla wszystkich, nie tylko dla kobiet, które mogą wydać na wieczorową suknię dziesięć tysięcy dolarów.

– To miód na moje serce – rzekł z zadowoleniem. – Powinna pani znów pomyśleć o projektowaniu.

Ona jednak nie miała co do tego pewności. Czuła, że wyszła z wprawy i zbyt trudno byłoby jej wrócić do branży, chociaż gdy po ukończeniu szkoły projektowej Parsons w Nowym Jorku pracowała jako projektantka, uwielbiała to.

– Wydaje mi się, że ciągle ma to pani we krwi.

Zauważył, że wszystko, co ma na sobie lub ze sobą, jest świetnej jakości. Widział też, że ma styl, nawet ubrana w dżinsy i białą koszulę, z małymi złotymi kolczykami w uszach.

– Teraz jestem tylko klientką – stwierdziła skromnie. – Ale ta pasja jest dziedziczna. Obie moje córki są projektantkami – powiedziała z dumą.

– Dla kogo pracują?

Zaskakujące, że się odnaleźli w samolocie pełnym ludzi i że oboje interesowali się branżą odzieżową. Powiedziała mu, dla kogo pracuje Sabrina, a on uniósł brwi.

– No, no, imponujące. Na pewno jest dobra.

– Świetna. Jest idealistką. Uważa, że moda może powstawać tylko w wyjątkowej atmosferze, w której sama pracuje. Moja druga córka projektuje przystępną cenowo odzież dla młodzieży – wyjaśniła, a on skinął głową.

Obie pracownie, które wymieniła, reprezentowały inny pułap cenowy niż jego firma, ich klienci byli zamożniejsi, zwłaszcza ci zaopatrujący się u pracodawcy Sabriny. Miejsca pracy wszystkich trzech kobiet były luksusowe w porównaniu do tego, czym zajmował się on – Sydney się tego domyśliła, ale szanowała także jego działalność. Czasami kupowała tańsze towary mniejszych firm i podobały się jej. Potrafiła docenić dobre projekty. Tańsze marki miały w sobie pokrzepiającą autentyczność, nie udawały czegoś, czym nie były. Często zauważała, że Sabrina traktuje swój zawód nieco zbyt poważnie. Fajnie było trafić na jakąś okazję na zakupach. Powiedziała o tym Paulowi Zellerowi, który się z nią zgodził.

Rozmawiali o tym przez chwilę, a potem postanowili zajrzeć do stołówki. Byli zaskoczeni, że po takim potwornym przeżyciu dopadł ich głód. Nagle bardziej docenili życie, jakby dostali drugą szansę, bo samolot się nie rozbił i nie zginęli. Wszyscy wokół rozmawiali z ożywieniem i chyba czuli się podobnie. Hojnie nalewano wina tym, którzy mieli na nie ochotę. Panowała atmosfera wspólnoty i zjednoczenia w przeżyciach, co stwarzało nastrój świętowania.

Po kolacji położyli się na ustawionych obok siebie leżankach i dalej rozmawiali. Paul opowiedział jej o swoim synu, który pracował jako pediatra w Saint Louis. Widać było, że jest z niego dumny, podobnie jak Sydney ze swoich córek. Ogłoszono, że samolot przyleci po nich następnego dnia w południe. Gdy Paul opowiadał Sydney o swoich przygodach w Chinach, kobieta zasnęła. Po raz pierwszy od śmierci Andrew niczego się nie bała i spokojnie wypoczęła.

Gdy zbudzili się rankiem, przez okna wlewały się słoneczne promienie. Oboje stwierdzili, że się wyspali, i razem poszli po kawę. Z pobliskiej piekarni przywieziono dla nich całe ciężarówki ciastek. Potem mogli odebrać bagaże i czekali w kolejce przez godzinę, by wziąć prysznic. Po zmianie ubrań Paul i Sydney spotkali się na zewnątrz i zaczęli spacerować, ciesząc się, że znów mają na nogach prawdziwe buty. Udało im się odzyskać także obuwie i bagaż podręczny z samolotu. Okolica była urokliwa, a świat wydawał się wyjątkowo jasny i radosny po otarciu się o śmierć poprzedniego dnia.

Rozmawiali swobodnie o tym, co lubią robić w wolnym czasie. Paul wyznał, że w młodości przepadał za pieszymi wędrówkami i na poważnie zajmował się sportem, a Sydney opowiedziała mu o wycieczce do Wyomingu z Andrew i dziećmi, gdy byli młodsi, oraz o tym, jak piękny był park narodowy Grand Teton. Mężczyzna przyznał, że jest pracoholikiem i uwielbia swój zawód, ona zaś wyznała, że przeraża ją myśl o znalezieniu pracy i że nie wie, od czego zacząć. Był zaskoczony. Nie wyglądała na kogoś, kto musi pracować. Znów zerknął na jej torbę Kelly. Nie chciał być wścibski i dopytywać o jej sytuację finansową, ale zauważyła w jego oczach zdziwienie.

– To skomplikowane – powiedziała, a on skinął głową.

– Zwykle tak jest, gdy ktoś umiera. Nawet rozwód to kiepska sytuacja, a gdy w grę wchodzi majątek, jest jeszcze gorzej. Czy twój mąż miał też dzieci?

– Tak – odparła cicho, a Paul zrozumiał.

– W końcu wszystko się ułoży. Zawsze tak jest. Potrzeba tylko czasu.

Skinęła głową, a potem usiadła i z zamkniętymi oczami rozkoszowała się promieniami słońca. Przyjemnie się z nim przebywało, czuła, że to dobry człowiek. Miała szczęście, że siedziała obok niego w samolocie. Bez niego całe przeżycie byłoby dla niej o wiele gorsze, dlatego była mu wdzięczna.

Zastępczy samolot przyleciał po nich w końcu o drugiej po południu. Przysłano ekipę, która miała pracować nad uszkodzoną maszyną. Zajęli te same miejsca, na których siedzieli poprzednio. Lecieli do Nowego Jorku, co jakiś czas gawędząc, a także spędzając czas w przyjaznym milczeniu. Gdy wylądowali na lotnisku JFK, czuli się już jak starzy przyjaciele, jakby wspólnie przebyli wiele wojen.

– Czy mogę cię podwieźć do miasta? – zaproponował, gdy ruszyli odebrać bagaże. Po ciężkiej podróży odprawa celna okazała się szybka, a przedstawiciele linii lotniczych stali obok, by ich pożegnać, przeprosić i zaoferować pomoc. Sprawnie poradzono

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

Rozdział 3

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 4

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 5

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 6

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 7

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 8

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 9

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 10

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 11

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 12

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 13

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 14

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 15

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 16

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 17

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 18

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 19

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 20

Dostępne w wersji pełnej.

Tytuł oryginału

Fall from Grace

Copyright © 2018 by Danielle Steel

All rights reserved.

Copyright © for the translation by Aleksandra Żak

Fotografia na okładce

Copyright © heckmannoleg / istockphoto.com

Opracowanie tekstu

Cała Jaskrawość, www.calajaskrawosc.pl

ISBN 978-83-240-4856-4

30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

E-mail: promocja@miedzy.slowami.pl

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Nie wszystko stracone Świetlana przeszłość Jak w bajce Księżna Wbrew przeciwnościom Niebezpieczna gra 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy