W szoku

W szoku

Autorzy: Rana Awdish

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 304

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 23.99 zł

Czego lekarze nam nie mówią? Czy zawsze podają nam właściwe leki? Czy przejmują się naszym stanem? Co tak naprawdę myślą o nas – pacjentach?

 

Leżała na stole operacyjnym. Mocne znieczulenie sprawiało, że nie mogła się poruszyć, ale była w stanie usłyszeć beznamiętnie wypowiedziane słowa lekarza: „Tracimy ją”. Czy właśnie umieram? – pomyślała. Czy wybudzę się z narkozy? Czy ktoś coś wreszcie zrobi?

Doktor Awdish pracowała na oddziale intensywnej terapii. Kiedy sama ciężko zachorowała, trafiła do tego samego szpitala. Była w szoku, gdy odkryła, jak wyglądają tamtejsze realia z perspektywy pacjenta. Lekarzy nie obchodził jej stan, prawie nigdy nie okazywali jej empatii. Dopuszczali się zaniedbań i popełniali błędy, które jako osoba z wykształceniem medycznym potrafiła wychwycić.

Leczenie, które przeszła, na zawsze odmieniło jej spojrzenie na relację pacjent–lekarz.

 

Poznaj całą prawdę o małych bogach, którzy w krytycznych momentach decydują o naszym życiu.

Dla Randy’ego

WSTĘP

U PROGU ŚMIERCI

Medycynę można porównać do magicznego szkła powiększającego służącego do obserwacji ludzkiego ciała. Wystarczy skierować je na niespójną grupę objawów, a zgrabnie połączą się w diagnozę. Obrzękły, przypominający barwą truskawkę język gorączkującego dziecka podpowie lekarzowi, by zbadał jego serce w kierunku układowego zapalenia naczyń. Piekący ból brzucha u mężczyzny staje się stanem zapalnym błony śluzowej żołądka, który można skojarzyć z przyczyną i następnie dobrać właściwy lek, podczas gdy nieswoiste dolegliwości nie kojarzą się ani z jednym, ani z drugim.

Medycyna zmienia oznaki i objawy w jednostki chorobowe, nie tylko stawiając pytania i przysłuchując się odpowiedziom pacjenta, lecz także bacznie obserwując jego zachowanie. Jeżeli empatia to umiejętność przyjmowania punktu widzenia innego człowieka i wczuwania się w jego położenie, to praktykowanie medycyny w jej najlepszym wydaniu można uznać za pełną skupienia, naukową postać empatii. Prawdziwa troska o pacjenta wymaga przekraczania granic i przyjmowania innego punktu widzenia z pokorą przybysza, który wie, że zawsze może odwrócić wzrok. Oba podejścia mają uzdrawiającą moc.

Miałam pięć lat, kiedy po raz pierwszy spojrzałam na świat właśnie przez taką soczewkę. Przysłuchiwałam się, jak moja mama podaje przez telefon pediatrze pozornie mało precyzyjny opis sytuacji. Mój braciszek siedział pochylony w łóżeczku, podpierał się rękami, ślinił się i sprawiał wrażenie, że połyka powietrze, zamiast oddychać. Na tej podstawie lekarz rozpoznał u niego zapalenie nagłośni – obrzęk dróg oddechowych, który często prowadzi do zgonu. Spokojnym, lecz zdecydowanym głosem polecił mamie, by natychmiast zabrała syna na oddział ratunkowy, gdzie na nich czekał. Sprawność w przekładaniu objawów na rozpoznanie i terapię, moc ratowania ludzkiego życia dzięki wiedzy i umiejętności słuchania złożyły się w moim umyśle na opis najpiękniejszego zawodu, jaki mogłam sobie wyobrazić.

Studia na wydziale lekarskim przypominały rytuał inicjacyjny tajnego stowarzyszenia mającego własny język, uniformy i normy społeczne. Uczyliśmy się translacji kodu genetycznego i sekwencjonowania genów syntetyzujących białka, z których następnie powstają narządy. Kroiliśmy zwłoki i zapamiętywaliśmy wywodzące się ze starożytnej łaciny lub greki nazwy części ciała. Spędziliśmy cały rok zanurzeni w nieziemskim pięknie ludzkiego organizmu, by na drugim roku przejść do rozpoznawania zmian patologicznych. Profesorowie prowadzący zajęcia opowiadali nam o wrodzonej inteligencji chorób. O pasożytach żerujących na gospodarzu, o drobnych zmianach genetycznych odpowiedzialnych za wady serca oraz o bezustannie replikujących się komórkach nowotworowych. Uczono nas, że odkrywając przyczyny choroby, znajdziemy antidotum na nią. Wiedza działała odurzająco. Z zapałem realizowałam program nauczania, wierząc, że zakończę studia przemieniona, obdarzona umiejętnością uzdrawiania.

Nigdy nie domyśliłabym się, jak zawiłą drogą podąży mój proces kształcenia. Zdobywanie doświadczeń podczas stażu i rezydentury okazało się tylko kojącym złudzeniem, któremu ostateczny kłam miał zadać mój własny organizm. W jakiś sposób wyczuwał on, że mimo oficjalnego zakończenia nauki, mimo poznania najróżniejszych chorób o rozmaitym nasileniu tak naprawdę nie wiedziałam, co to znaczy chorować. Miałam doświadczyć choroby – i następującej po niej długotrwałej, bolesnej rekonwalescencji – która stopniowo rozłożyła mnie na czynniki pierwsze i złożyła mnie na powrót w tak odmienionym kształcie, że zwątpiłam w to, czy w ogóle jeszcze istnieję.

Pragnienie znalezienia leku kusi, oczarowuje i zniewala. Nie darzymy porównywalnym szacunkiem wyniszczających chorób, mimo że potrafią one gruntownie odmienić człowieka. Uważamy chorobę za coś dziwnego, za odchylenie od normy. Można ją porównać do miasteczka, przez które przejeżdżamy w drodze do domu, lecz nie zatrzymujemy się w nim na dłużej. Mijamy je z zaciśniętymi zębami niczym burzę, nie zwracając uwagi na rozświetlające mrok piękno błyskawic. Ale traumatyczne chwile niszczące nasze ciała otwierają nam również dostęp do mądrości, która w zwykłych okolicznościach pozostaje ukryta, z wyjątkiem chwil zanurzenia w całkowitej ciemności.

Z mojego nowego punktu obserwacyjnego, z łóżka na OIOM-ie, zaczęłam wyczuwać ciemną otchłań w epicentrum krzątaniny przekładającej się na bardzo sprawną, zadziwiająco fachową opiekę. Początkowo nie potrafiłam nazwać tego zjawiska. Co jakiś czas dostrzegałam je bardzo wyraźnie, lecz po chwili rozmywało się i znikało. Musiałam się nauczyć świadomie je dostrzegać, tak jak przestrzeń negatywową na obrazach. Dopiero kiedy na kilka lat sama zostałam pacjentką, pojęłam, że chociaż leczniczy potencjał wiedzy ma magiczną moc, to opiera się on również na kłamstwie.

Medycyna nie może działać w próżni. Wymaga nawiązywania relacji.

Cały świat staje na głowie, kiedy jako pacjenci musimy się zmierzyć z rzeczywistą kruchością wszystkiego, co kiedyś uważaliśmy za źródło siły. Trwanie w poczuciu bezradności bez bratniej duszy, z którą moglibyśmy porozmawiać o doznanym wstrząsie, ma w sobie coś z surrealizmu. Wszyscy pragniemy być zauważani, rozpoznawani, chcemy się dzielić naszymi doświadczeniami i mieć świadomość, że ktoś nas wysłuchał. Chcemy, by wydarzenia z naszego życia nabrały kontekstu i znaczenia oraz powróciły do nas, tak byśmy potrafili je zrozumieć i zintegrować z postrzeganiem samych siebie. Ta potrzeba staje się bardziej nagląca podczas choroby. Kiedy nasze narządy i kończyny są sprawne, rozkoszujemy się samodzielnością i poczuciem sprawczości. Uważamy, że samodzielnie kształtujemy nasze życie. Kiedy chorujemy, czujemy się upokorzeni zależnością od innych, utratą kontroli nad biegiem wydarzeń i niepewnością, co będzie dalej. Tego rodzaju zmiana otwiera kanały komunikacji, na których wykorzystywanie nie jesteśmy zaprogramowani, pochłonięci monotonną rutyną zwyczajnego życia.

Antidotum polega na dostrzeganiu otwartych kanałów i wykorzystywaniu ich w świetle całej dostępnej wiedzy. Podjęcie decyzji o towarzyszeniu komuś w cierpieniu wymaga sporej determinacji. Bo może być nam ciężko, niekiedy nawet nie do zniesienia. Postanowienie o towarzyszeniu komuś oznacza, że pozostaniemy z tą osobą przez cały czas trwania choroby. Takie planowe podejście może nie iść w parze z niewymuszoną empatią, którą sobie wyobrażaliśmy, dopóki sobie nie przypomnimy, że wszystkie rodzaje miłości wymagają wysiłku i bezwzględnego zaangażowania.

Czy na studiach nauczono nas unikać tych kanałów komunikacji? Czy wiedzieliśmy, co robić, kiedy je odkryjemy?

Pracuję w dużym szpitalu położonym w centrum tętniącego życiem, wielobarwnego miasta. Ambulanse i helikoptery transportują do nas pacjentów, którym nie potrafią już pomóc lekarze w innych placówkach. Jakość opieki, determinacja i zaangażowanie niezbędne do ratowania tych ludzi, niejednokrotnie z bardzo złożonymi objawami, daleko wykraczają poza to, czego doświadczyłam w innych szpitalach podczas studiów i jako rezydentka. Mam zaszczyt pracować w niezwykłej instytucji. Wspólny cel i duma płynąca z dobrego wypełniania ciężkich obowiązków są jednym z powodów, dla których postanowiłam tu zostać po zakończeniu rezydentury.

Trudne chwile, kiedy uświadamiałam sobie, że coś przeoczyliśmy, prawie zawsze można zrozumieć i zracjonalizować. Opieka zdrowotna to nadzwyczaj złożony proces. Nawet w najlepszych szpitalach nie da się uniknąć pomyłek. Moim zdaniem wyróżnia nas jedno: otwarcie przyznajemy, że uczymy się na własnych błędach. Dzięki przyjęciu takiego założenia uczciwie patrzymy na każde potknięcie bez względu na to, czy chodzi o przekazywanie informacji, czy o podanie leku. Przyznaj, że popełniłeś błąd, znajdź miejsce, w którym zawiodła określona procedura, i wprowadź do niej poprawki. Nasza świadomość, że wszystkie systemy zaprojektowane do podejmowania najtrudniejszych wyzwań niekiedy zawodzą, zapewne przyczyniła się do elastyczności naszego działania. Nigdy nie godzimy się na to, by porażka, choćby najmniejsza, oznaczała koniec postępowania. Zawsze staramy się wykorzystać ją jako zalążek lepszych rozwiązań.

Właśnie w taki sposób leczymy.

Niedawno uczestniczyłam w obchodzie na tym samym oddziale intensywnej opieki medycznej, na którym kiedyś jako pacjentka leżałam w stanie krytycznym. Tym razem byłam opiekunką zespołu – grupy przejętych rezydentów zajmujących się bardzo ciężko chorymi pacjentami. Pacjentka, której przypadek właśnie omawialiśmy, znajdowała się na liście oczekujących na przeszczep płuca i od wielu miesięcy leżała w tej samej sali na OIOM-ie. Poznałam ją wiele lat temu, kiedy trafiła do naszego szpitala na badanie kontrolne z podejrzeniem niedomykalności jednej z zastawek serca.

Kiedy rezydent skończył opisywać objawy, pielęgniarka uzupełniła jego sprawozdanie własną relacją z przebiegu wydarzeń zeszłej nocy. Wielokrotnie zajmowała się tą pacjentką, toteż długotrwała więź zrodziła między nimi głębokie zrozumienie, o jakim rezydent mógł tylko pomarzyć. Pielęgniarka miała na sobie fartuch w kolorze morskiej zieleni, na którym na wysokości kolan widniała odręczna notatka dotycząca stężenia potasu. Zapewne kiedy odebrała telefon z laboratorium, nie miała pod ręką kartki papieru. Obchód wymagał, byśmy stali w miejscu, lecz pielęgniarka wierciła się, co stanowiło substytut ciągłego ruchu, do którego bardziej przywykła. Brązowe włosy nosiła upięte w koński ogon. Mówiła zwięźle, nie posiłkując się notatkami.

– W nocy nastąpiło pogorszenie. Teraz pacjentka otrzymuje tlen o wysokim przepływie. Piętnaście litrów na minutę – zaczęła. – Przez cały ranek słuchała nagranych kazań swojego pastora. Dzisiaj zachowuje się inaczej. Moim zdaniem jest naprawdę przestraszona.

Rezydent zmarszczył brwi, bo przed chwilą uznał stan kliniczny pacjentki za stabilny. Wyglądał na zmęczonego. Białka jego oczu przecinała siateczka czerwonych żyłek. Nastroszone włosy na głowie stanowiły jedyny widoczny znak, że podczas nocnego dyżuru udało mu się zdrzemnąć. Przypomniał mi się kosmyk opadający na czoło mojego synka i musiałam powściągnąć matczyny odruch przygładzenia mu włosów. Pod jego białym fartuchem dostrzegłam bluzę z kapturem. Rezydenci często wkładają na siebie tę dodatkową warstwę ubrania, mniej więcej około dwudziestej godziny trwającego zazwyczaj trzydzieści godzin dyżuru. Wielogodzinny brak snu zaburza równowagę hormonów odpowiadających za regulację temperatury ciała, dlatego rankiem po dyżurze zawsze jest nam zimno.

Miałam już wcześniej do czynienia z podobnymi przypadkami pogorszenia się stanu zdrowia tej pacjentki. Wielu z nas wiedziało o nich. Niepokojące objawy zazwyczaj stanowiły oznakę pogłębiającej się niewydolności serca i chociaż dotąd zawsze jej stan w końcu się poprawiał, to pod względem emocjonalnym bardzo dużo ją kosztowały. Wyglądało na to, że jej organizm wzywał ją do pogodzenia się z ewentualnością śmierci. Radziła sobie z lękiem za pomocą nadziei i modlitwy. Oddawała się obydwu z pełnym zaangażowaniem.

– Pytałem ją, czy ma trudności z oddychaniem, ale mi nie odpowiedziała – wyjaśnił rezydent przepraszającym tonem.

– Każdy słyszy co innego – przypomniałam mu. – Poza tym można się spodziewać, że pacjentka co innego mówi pielęgniarce, a co innego tobie lub mnie – wyjaśniłam. Wiedziałam, że kobieta udziela różnych odpowiedzi różnym ludziom. Każdy z nas miał z nią nieco odmienne relacje. – Wcale nie podważa to tego, co ty od niej usłyszałeś. Po prostu odebrałeś inną informację – dodałam.

Dostrzegłam w jego kieszeni niezapisaną fiszkę.

– Ona ci to dała? – spytałam.

– Tak. Chce, żebym napisał dla niej coś podtrzymującego na duchu do przylepienia na ścianę – odparł zgnębionym głosem. – Szczerze mówiąc, czuję się z tym niezręcznie, bo uważam, że ona umrze, zanim doczeka przeszczepu. Transplantolodzy powiedzieli, że ma wysokie stężenie przeciwciał i ciężko będzie znaleźć dla niej odpowiedniego dawcę. – Po chwili dodał: – Skłamałbym, gdybym napisał coś, co dawałoby jej nadzieję.

Jego mina wyrażała takie samo zakłopotanie, jakie często odczuwałam w obliczu niepewności. Dostrzegłam pełne rozczarowania znużenie, produkt uboczny wysiłku włożonego w ustalenie faktów po to, by można było im się lepiej przyjrzeć i rzetelniej je przedstawić. Nie tylko sobie, lecz także pacjentom. Tak wyglądały nasze marne próby znalezienia choćby promyka nadziei w sytuacji, w której prawda tkwiła głęboko w ciemnościach. Bardzo trudno określić granice prawdziwej nadziei i odgadnąć, gdzie zaczyna się fałsz.

– Jest ciężko, prawda? Kiedy nie wiemy, jak postąpić – powiedziałam, nie znajdując odpowiednich słów. – Rozumiem cię – podjęłam po chwili. – Nie chcesz jej dawać fałszywej nadziei. To bardzo trudne. A gdybyśmy tak poszukali sugestii u niej samej? Jak myślisz, czego pacjentka od nas oczekuje?

– Musimy koordynować całokształt opieki, żeby w każdej chwili była gotowa. Kiedy przyślą nam narząd do przeszczepu, musimy zlecić badania laboratoryjne, wykonać wkłucie dożylne dla anestezjologów, kiedy przyjdzie pora zabrać ją na salę operacyjną, upewnić się, czy bilans płynów jest właściwy, i odpowiednio miareczkować leki – wyrecytował jednym tchem rezydent.

Skinęłam głową.

– Wszystko się zgadza i zdecydowanie musimy tego dopilnować. Ale czy pacjentka powiedziała nam, że właśnie tego teraz potrzebuje? – spytałam.

Rezydenci jak na komendę w milczeniu wzruszyli ramionami. Ten gest zasugerował, że zrobili już wszystko, co potrafią, i są już tym przynajmniej trochę zmęczeni.

– Zobaczmy, co napisali inni – zaproponowałam.

Nie zapalając światła, weszliśmy do sali, w której znajdowała się pacjentka. Spała. Najwyraźniej organizm kobiety usiłował dojść do siebie po ciężkiej nocy. Nawet kiedy czuwała, choroba płuc była tak dotkliwa, że kobieta mówiła jedynie krótkimi, urywanymi frazami, wypowiadając jedno, najwyżej dwa słowa na raz. Zajrzałam do niej wcześniej tego ranka i potwierdziłam jej obawy. Problemy z oddychaniem rzeczywiście się nasilały. Ostatnio nawet przebywanie w pozycji siedzącej przysparzało jej trudności. Większość czasu poświęcała na modlitwę. Siedząc z nią w milczeniu, wiedziałam, że od śmierci dzielą ją zaledwie dni. Chciałam z nią porozmawiać o tej przytłaczającej rzeczywistości. O tych wszystkich „a jeżeli”, które najwyraźniej z każdym dniem stawały się bardziej realne niż udana operacja przeszczepienia płuca. Chyba już czas. Spojrzała mi w oczy i na jej twarzy zagościł uśmiech. Wyraziła rozczarowanie, że w tym miesiącu nowi rezydenci nie napisali nic na jej kartkach.

– Chciałabym tylko wiedzieć, że tak jak ja nie stracili jeszcze nadziei – wykrztusiła. Spuściłam wzrok z poczuciem winy. Zbyt wcześnie wybiegłam myślą ku jej śmierci.

W pokoju stały błyszczące, kolorowe fotografie w ramkach, przedstawiające pacjentkę w otoczeniu rodziny. Nadawały one pomieszczeniu bardziej osobisty charakter i były pierwszą rzeczą, jaka rzucała się w oczy wchodzącym. Zmuszały wszystkich do uzmysłowienia sobie, jak postrzegała się kobieta. „To jestem ja, nie taka, jaką widzicie w łóżku, ale ta ze zdjęć”, zdawały się mówić.

Odwróciłam się ku granatowej ścianie obwieszonej białymi karteczkami z wypisanymi słowami zachęty i przeczytałam je w milczeniu. „Podziwiam pani determinację, siłę i wiarę. Dziękuję, że pozwoliła mi pani towarzyszyć sobie w tej drodze”. „Jest pani najdzielniejszą osobą, jaką znam”, napisano na innej. „Mam nadzieję, że spotkam panią już po wszystkim, kiedy będzie pani mogła swobodnie oddychać i wracać do zdrowia”, głosiła jeszcze inna.

Wyszliśmy z sali, chcąc się spokojnie zastanowić nad tym, co przeczytaliśmy. Czy ofiarowanie pełnego otuchy wsparcia komuś, kto stał u progu śmierci, było stosowne i usprawiedliwione? Czy przywiązywanie tak wielkiej wagi do nadziei, podczas gdy z wykorzystaniem wszelkich dostępnych środków technicznych staraliśmy się utrzymać ją przy życiu, było racjonalne? Uważam, że tak. Karteczki stanowiły dla niej namacalny dowód na to, że każdy z nas był gotów przyznać pierwszeństwo jej wersji opowieści o chorobie, że dostrzegaliśmy jej cierpienie i wraz z nią odczuwaliśmy lęk. Pisząc słowa pełne otuchy, wraz z nią wyobrażaliśmy sobie cały wachlarz możliwości: nie tylko spodziewany wynik terapii, lecz także wszelkie potencjalne scenariusze wydarzeń.

Jeden z rezydentów podzielił się z nami pewnym podejrzeniem: napisanie kartki w gruncie rzeczy stanowiło jeden z elementów transakcji.

– Czyli my dajemy jej coś, czego ona potrzebuje, a w zamian za to… – urwał w połowie zdania. Wątek podjął rezydent, który właśnie schodził z dyżuru.

– Nie. Ona chce, żebyśmy patrzyli na nią nie tylko jak na chorą, ale jak na osobę leczoną. I to mimo poważnego stanu, w jakim się teraz znajduje. – Jego proste spostrzeżenie, że nasza opieka nad pacjentką pozwala nam lepiej działać w jej imieniu, urzekło mnie. Mówił dalej: – Dzięki tym karteczkom nadzieja staje się widoczna.

– Wow! – Jego wypowiedź zrobiła na mnie ogromne wrażenie. – Tylko pomyślcie. Jeżeli wreszcie uda nam się jakimś sposobem sprawić, by nadzieja stała się widoczna… – Nie potrafiłam dokończyć myśli.

– Uznalibyśmy to za sukces – dokończyła pielęgniarka, kiwając głową.

– No właśnie. A potem raz-dwa i dostanie przeszczep – dorzucił rezydent nieco apatycznie. Pozostali roześmiali się nerwowo, niczym knujące psotę dzieci. Rozumiałam ich zakłopotanie.

Cenimy terapię, cel i wygraną. Zdecydowanie mniej komfortowo czujemy się w szarej, ciemnej przestrzeni cierpienia. Złożone, wymagające niesamowitej precyzji procedury medyczne wykonujemy na pozór bez wysiłku, lecz nierzadko męczymy się, kiedy trzeba okazać komuś empatię. Przypomniała mi się chwila, kiedy przygnębiony pacjent spytał mnie: „Ale jak to się mogło stać?”, a ja odpowiedziałam mu opisem skomplikowanych współzależności pomiędzy czynnikami genetycznymi, środowiskowymi, zachowaniem i predyspozycjami, które doprowadziły do wystąpienia u niego śmiertelnej choroby. Wpojono mi przekonanie, że wszelkie pytania należy interpretować jako prośbę o dane. Właśnie dlatego nie dostrzegłam strachu ani egzystencjalnego charakteru wypowiedzi pacjenta. Miały upłynąć lata, nim zrozumiałam podtekst podobnych pytań. I nawet kiedy już nauczyłam się traktować je jako sposobność do nawiązania relacji z pacjentem, wciąż nie wierzyłam w uzdrawiającą moc zwyczajnego towarzyszenia komuś w walce. Nie ceniłam tego, co nieuchwytne, nie ceniłam sobie chwil porozumienia.

Dystansowałam się od moich pacjentów zgodnie z zasadami wpajanymi nam podczas stażu. Dokładnie tak samo postępował teraz mój zespół. Wpisywałam się w paradygmat medycyny stworzony przez moich mentorów, który radził mi zachowywać dystans i oszczędzać siebie. Nauczono mnie, że wchodzenie w relacje z pacjentem rodzi poczucie straty, które z kolei przynosi rozczarowanie i wypalenie zawodowe. Zupełnie jakby wyprodukowano mnie z określonej ilości materii – gdy oddam ją drugiej osobie, zniknie część mnie. Nie wiem, czy całkowicie wierzyłam w ten model, lecz dopóki sama nie zostałam pacjentką, nie dopuszczałam do siebie innej możliwości. Nawet nie myślałam, że mogłabym przestać się pilnować, otworzyć się na innych i chętnie dawać im siebie. Nie wiedziałam, że otwarte kanały porozumienia wypełnią mnie treścią, a w empatii odkryję wzajemność.

Na szczęście otarłam się o śmierć.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

KRWOTOK

Śmierć to ciemna powłoka, bez której nie może się obejść lustro, jeżeli mamy cokolwiek w nim zobaczyć.

SAUL BELLOW

Z perspektywy czasu każdy ból nabiera cech abstrakcji. Na szczęście nie potrafimy odtworzyć rzeczywistego nasilenia doznawanego przez nas cierpienia. Kiedy wracam myślą do bólu, z którego powodu trafiłam do szpitala, umiem przywołać jego kontur, w przybliżeniu określić jego rozmiar i kształt, ale czuję, że stał się on czymś odrębnym, istniejącym poza mną. Następuje pewne przesycenie zmysłów, bardzo podobne do tego, gdy bezustanne powtarzanie jakiegoś słowa sprawia, że traci ono znaczenie. Pamiętam tylko jedno – instynktownie czułam, że ból oznacza zagrożenie życia. Wcześniej nie miałam najmniejszego pojęcia, co oznacza to słowo, a wszystko, co wcześniej uznawałam za cierpienie, było zaledwie cieniem tego, co określamy tym słowem. Ból, który mnie rozdzierał, był obezwładniający i nie do wytrzymania.

Instynktownie wiedziałam, że jeżeli utrzyma się dłużej, zabije mnie.

Wiłam się rozpaczliwie na szpitalnym łóżku na izbie przyjęć oddziału położniczego, którego ściany wyłożono szarozieloną płytką ceramiczną typową dla tego rodzaju placówek. Leżałam skulona na prawym boku, z twarzą na tyle blisko ściany, że wyczuwałam woń środka dezynfekującego, którego resztki musiały wniknąć w fugi. Błądziłam oczami po sięgającej sufitu glazurze – zapewne miała ułatwiać zmywanie śladów krwi. Zadrżałam na samą myśl o tym, co mnie tu jeszcze czeka. Nieuchronne skojarzenia z łatwymi do utrzymania w czystości płytkami wytrącały mnie z równowagi. Podobnie deprymująco działa na mnie oglądanie w telewizyjnych magazynach śledczych zdjęć przedstawiających kogoś, kto tuż przed dokonaniem zabójstwa kupuje rolkę przemysłowej taśmy klejącej. Nużąca monotonia skrywała nadciągający koszmar.

Ból dopadł mnie nagle, godzinę wcześniej, podczas kolacji, której ledwie zdążyłam spróbować. Był to jeden ze zwykłych dni i z pewnością zapomniałabym go, gdyby nie miał tak tragicznego finału. Tymczasem ów nijaki dzień stał się początkiem, choć da się go tak określić tylko z perspektywy czasu.

„To był zupełnie zwyczajny dzień”.

Często słyszę te słowa od pacjentów i rodzin po przebyciu ciężkiej choroby lub tragedii. Kiedy wspominają dzień, w którym ich dotychczasowe życie legło w gruzach, zazwyczaj stwierdzają, jak nijaki i pozbawiony wyrazu był on do tamtej krytycznej chwili: spokojne lustro wody w dniu, w którym ktoś utonął, lub bezchmurny, jasny błękit jesiennego nieba w dniu katastrofy samolotowej. Hollywood i literatura przyzwyczaiły nas do znaków ostrzegawczych, dlatego ich brak powoduje, że w pewnym sensie czujemy się oszukani, pozbawieni szansy przewidzenia biegu zdarzeń. Oszukani i pozbawieni możliwości, by go zmienić.

Był wczesnowiosenny pogodny dzień, skrzący się obietnicą nadchodzącego lata. W cieniu nadal panował przejmujący chłód, lecz znacznie mniej dawał się on we znaki w skąpanych w słońcu miejscach. Wzięłam dzień urlopu i przed kolacją zamierzałam załatwić kilka spraw. Zrobiłam listę rzeczy potrzebnych na warsztaty robótek ręcznych, na które się zapisałam. Pomysł robienia na drutach wydał mi się komicznie bezproduktywny, prawdopodobnie właśnie dlatego wzbudził moje zainteresowanie. Po tak wielu latach poświęcania każdej chwili na czytanie, dokształcanie się i pracę w szpitalu sama myśl, że mogłabym znaleźć czas na robienie na drutach, dawała mi cudowne poczucie wolności. A radość towarzysząca przeświadczeniu, że własnoręcznie wydziergam dla córeczki coś, co będzie mogła zachować na pamiątkę, nie dawała się opisać.

Najpierw jednak chciałam zafundować opuchniętym stopom nowe buty. W siódmym miesiącu ciąży moje ciało rozdęło się i zrobiło ociężałe. Odstawiłam eleganckie czółenka, mimo to nawet brązowe buty ortopedyczne na płaskim obcasie jeszcze przed południem zostawiały mi wokół kostek głębokie ślady otarć. Weszłam do ogromnego sklepu obuwniczego i poszukałam działu z butami na płaskim obcasie.

Idąc alejką, czułam się rozkojarzona. Zorientowałam się, że nie pamiętam, jak tam dotarłam. Rozejrzałam się, nagle niepewna, czy przypadkiem ktoś mnie nie przywiózł. Nie. Byłam sama, przyjechałam samochodem. Dziwne. Zdążyłam już o tym zapomnieć. Złożyłam to jednak na karb braku snu. Przez cały ubiegły miesiąc pracowałam na oddziale intensywnej terapii, gdzie co czwartą noc spędzałam na nocnym dyżurze, więc gdy tylko choć na chwilę usiadłam, trudno mi było się powstrzymać od zaśnięcia. Zastanawiałam się, czy przypadkiem podczas jazdy nie zapadłam w mikrosen. Dotknęłam zaokrąglonego brzucha jakby w przepraszającym geście. Wiedziałam, że przez wzgląd na dziecko muszę bardziej na siebie uważać.

Znalazłam dział z nieciekawymi, ale wygodnymi butami i zaczęłam się zastanawiać, które wybrać. Nagle usłyszałam wysoki głos powtarzający z rosnącą irytacją: „Przepraszam, przepraszam!”. Jakaś kobieta usiłowała się przecisnąć obok mnie. Najwyraźniej nie zareagowałam na pierwsze cztery ostrzeżenia. Potrząsnęłam głową, próbując dojść do siebie. Dopiero wtedy się zorientowałam, że zablokowałam alejkę, od dłuższego czasu wpatrzona w trzymane w dłoniach buty. Niezbyt przekonująco udałam, że po prostu nie mogę się zdecydować, po czym wzięłam obie pary i podeszłam do kasy.

Powinnam była pojechać prosto do domu, lecz po drodze wstąpiłam jeszcze do sklepu spożywczego, bo prześladowało mnie nieokreślone wrażenie, że czegoś zapomniałam. Hala sprawiała wrażenie większej niż zwykle i poruszanie się po niej przysparzało mi trudności. Po zaledwie kilku krokach dostałam zadyszki, zupełnie jakbym podjeżdżała rowerem pod stromą górkę. Mój umysł pracował na zwolnionych obrotach. Długie chwile mętnej pustki rozdzielały ulotne myśli. Nie mogłam sobie przypomnieć, po co tam właściwie przyszłam, i z niewiadomych powodów kupiłam tylko mały słoiczek cukru waniliowego. Wieczorem umówiłam się na kolację z moją koleżanką Daną, która również była lekarką. Miałam nadzieję, że może ona wyjaśni mi, dlaczego czuję się tak dziwnie rozbita.

Ból dopadł mnie odbierającą dech falą, która ustąpiła tak szybko, jak się pojawiła. Pomyślałam: Okej, czyli rzeczywiście coś ze mną nie tak. Na szczęście nie oszalałam. Spojrzałam na koleżankę siedzącą po drugiej stronie stolika i powiedziałam:

– Chyba nie dam rady tego zjeść.

Wyraz mojej twarzy powiedział jej więcej niż słowa, które z siebie wydusiłam. Ostrożnie wstałam w obawie, że jakikolwiek ruch wywoła kolejny atak, i wyszłam z restauracji. Zaniepokojona chodziłam tam i z powrotem po chodniku.

Wyrzut adrenaliny spowodowany eksplozją bólu wyostrzył mi umysł. Wiedziałam, że muszę dobrze wykorzystać czas, zanim stanie się to, co miało się stać. Kiedy się uspokoiłam, zadzwoniłam do mojego męża Randy’ego.

– Źle się czuję… mój brzuch… coś z nim nie tak, boli mnie… sama nie wiem… ale nie martw się, z dzieckiem wszystko w porządku.

Wzdrygnęłam się, słysząc niefrasobliwy ton swojego głosu. Chciałam uspokoić męża, ale przesadziłam i nie udało mi się oddać całej powagi sytuacji. Spróbowałam więc jeszcze raz.

– Chyba będziesz musiał zawieźć mnie do szpitala. – Zastanowiłam się, czy nie powiedzieć mu o poczuciu splątania, które towarzyszyło mi przez cały dzień, o przejściowym zaniku pamięci w sklepie z butami, o zadyszce i mętliku w głowie w sklepie spożywczym. Zamiast tego dodałam: – Chyba nie powinnam prowadzić samochodu.

Miałam nadzieję, że to wystarczy. Przynajmniej to był jakiś konkret. Randy, który pracował jako adwokat w kancelarii prawnej w centrum, rzucił w odpowiedzi coś w stylu, że wyjdzie z biura, gdy tylko odpisze na osławionego „ostatniego maila”. Jego słowa tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że nie udało mi się uświadomić mu, jak bardzo potrzebowałam jego pomocy.

Dana przyglądała mi się przez okno restauracji i natychmiast zorientowała się w powadze sytuacji. Znała mnie doskonale. Wiedziała, że nie zaliczam się do histeryczek i na ogół zakładam, że wszystko się ułoży, więc nie będę chciała niepotrzebnie niepokoić męża. Randy nie zdążył poznać mnie tak dobrze, wzięliśmy bowiem ślub niespełna rok wcześniej. Na szczęście Dana ceni działanie bardziej niż słowa otuchy, więc zadzwoniła do niego zaraz po tym, gdy ja się rozłączyłam.

– Nie wiem, co ci powiedziała, ale natychmiast wracaj do domu. Odwiozę ją tam i spotkamy się na miejscu.

Zrobił to, co kazała. Do dziś dnia upiera się, że nie odpowiedział na ostatniego maila, chociaż nie jestem tego pewna. Wiedząc to, co wie teraz o tym, jak miały się potoczyć wypadki tamtego dnia, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że mógłby siedzieć przy komputerze choćby chwilę dłużej, niż to było konieczne. We własnej wersji wydarzeń pewnie co sił w nogach pobiegł do samochodu.

Dana odwiozła mnie do domu oddalonego od restauracji zaledwie o dwie przecznice. Kiedy weszłam do środka, na kuchennym blacie zauważyłam opakowanie sody oczyszczonej. Przypomniało mi ono o okropnej zgadze, jaka dawała mi się rano we znaki. Wypiłam wtedy zimne mleko i sodę, chcąc się pozbyć dolegliwości naturalną metodą. Starałam się unikać leków, które mogłyby niekorzystnie wpłynąć na zdrowie dziecka, nawet nieszkodliwych środków zobojętniających kwas żołądkowy. Zastanawiałam się, czy ból nie oznaczał przypadkiem, że kwas przeżarł już ścianę żołądka i dostał się do naczyń krwionośnych w jamie brzusznej. Wszyscy lekarze mają skłonności do rozpoznawania u siebie różnych chorób, chociaż podejmowane przez nich próby rzadko dają uspokajające rezultaty. Perforacja wrzodu żołądka rzeczywiście mogła wyjaśnić silny ból, ale w niczym mi to nie pomagało, bo z łatwością mogłam wymienić piętnaście innych możliwych jego przyczyn uporządkowanych od najbardziej do najmniej dokuczliwych. Wybieranie tej, która w danej chwili odpowiadała mi najbardziej, prowadziło donikąd.

Weszłyśmy do salonu i dziesięć minut później właśnie tam zastał mnie Randy. Klęczałam na podłodze, z całych sił przyciskając poduszkę do brzucha. Była to najnowsza próba z serii dziwnych wygibasów mających na celu uśmierzenie bólu. Dopiero gdy położyłam się na prawym boku na podłokietniku skórzanej sofy i opuściłam prawą rękę na podłogę, odrobinę łatwiej było mi znieść ból. Wtedy nie miałam pojęcia, że w ten sposób hamowałam krwotok z wątroby ani że po niecałych dwóch godzinach w moich tętnicach, żyłach i sercu nie będzie już krwi. Jeżeli w tej pozycji ból jest do zniesienia, to szpital może poczekać, pomyślałam. Bardzo się myliłam.

– Kiedy leżę, wcale nie jest tak źle – oznajmiłam z dumą, że wreszcie znalazłam pozycję, która przynosi mi ulgę.

Moje słowa nie zrobiły na nich żadnego wrażenia. Kręcąc głowami, dyskutowali, czy powinniśmy jechać do szpitala samochodem, czy raczej wezwać karetkę. Ambulans wydawał się bezpieczniejszy, ale wykluczał możliwość decydowania, do którego szpitala trafię. Bardzo chciałam się dostać do placówki w centrum, w której pracowałam. Nie zakładałam, że jako pracownika otoczą mnie lepszą opieką. Byliśmy ogromną instytucją, zatrudniającą wielu lekarzy, więc nie mogliśmy się wszyscy znać. Ale przez ostatnie trzy lata pracowałam na oddziale intensywnej terapii, którego personel zapewniał pacjentom bezpieczną, kompleksową opiekę najwyższej jakości. Potrafiliśmy robić rzeczy, których nikt inny nie potrafił. Miałam zaufanie do naszego szpitala.

Zgłoszenie się do jakiejkolwiek placówki medycznej w roli pacjentki wydawało mi się dość radykalną decyzją. Powtarzałam sobie, że panuję nad sytuacją, w której się znalazłam, chociaż tak naprawdę w to nie wierzyłam. Obawiałam się konfrontacji z rzeczywistością: jeżeli przyznam, że wszystko wymyka mi się spod kontroli, wówczas ponad wszelką wątpliwość rzeczywiście tak się stanie. Chciałam tylko zostać wtulona w sofę w naszym salonie, wisząca jak odwrócona podkowa w oczekiwaniu, aż ból ustąpi.

Przez wiele lat po opisanych wydarzeniach narzekałam na ten mebel. Nieustannie i irracjonalnie. Nie podobała mi się brązowa skóra w pomarańczowym odcieniu ani pokaźne rozmiary sofy. Randy bronił jej, bo zapłacił za nią zbyt wiele. Wybrał skórę robioną na specjalne zamówienie w takim, a nie innym odcieniu brązu. Zinterpretował moją awersję do niej jako wyraz potępienia dla jego kawalerskiego życia, którego symbolem był nadmiar mebli tapicerowanych brązową skórą. Zorientowałam się, że bezustanne manifestowanie niechęci do sofy bez szczerego wyjaśnienia, dlaczego tak mnie ona irytuje i jakie wspomnienia budzi, jest głupie. Z wielką niechęcią usiłowałam zaakceptować jej obecność, lecz w pewnej chwili uznałam, że dłużej z nią nie wytrzymam. W tym roku, w akcie psychologicznego przeniesienia, prześladowana wspomnieniem tamtego wieczoru, przepchnęłam ciężką sofę do garażu. Nie chciałam jej więcej widzieć w domu. Randy zauważył to, pokręcił głową i powiedział:

– Błagam, daj mi słowo, że sama jej tam nie przestawiłaś. – I zaraz zapytał: – Dlaczego mi nie powiedziałaś, że tak bardzo jej nie cierpisz?

– Mówiłam ci – przypomniałam mu. – Nigdy jej nie lubiłam.

To nie była do końca prawda. Tamtego wieczoru, kiedy zwijałam się z bólu, przyniosła mi bardzo potrzebną ulgę.

Jęknęłam, a oni potraktowali to jako zachętę, by wcielić swój plan w życie.

– Dość tego. Nie możesz tak w nieskończoność wisieć na sofie. Jedziemy do szpitala – oznajmili zgodnie, oboje na swój sposób zdesperowani.

Niewykluczone, że któreś z nich po prostu wymownie spojrzało na mnie. Zanim zdążyli do mnie podejść, by pomóc mi się podnieść, ból się zmienił. Dostałam mdłości i zaczęłam obficie wymiotować. Zobaczyłam, jak określali to inni, gwiazdy przed oczami. Miałam jednak wrażenie, że tracę ostrość widzenia i dostrzegam jedynie postrzępione kręgi światła pulsujące w rytmie ostrych ukłuć, które pojawiły się w prawym boku, i promieniowały, ściskając moje ciało niczym obręcz. Zamknęłam oczy i nadal widziałam światło, jakby wtopione w wewnętrzną stronę powiek. Zgięta wpół zaczęłam się krztusić i nie dałam rady się wyprostować. Objęłam dłońmi kolana i jęczałam. Nie mogłam zrozumieć, co się dzieje. Co mi dolegało? Nie było na co czekać. Praktyczna Dana znalazła plastikowe pojemniki Tupperware – chciała je rozłożyć na podłodze samochodu, podejrzewała bowiem, że torsje na pewno nie ustaną. Ułożyli mnie na tylnym siedzeniu. Wtedy po raz ostatni widziałam nasz dom.

Po podjęciu decyzji o udaniu się na ostry dyżur popędziliśmy do szpitala z prędkością stu sześćdziesięciu kilometrów na godzinę, modląc się, byśmy dotarli tam na czas. Byłam pewna, że coś we mnie pękło. Nie wiedziałam, czy ból oznaczał perforację wrzodu, tak jak wcześniej przypuszczałam, czy może coś innego. Przypomniałam sobie zasłyszaną podczas studiów opinię, że enzymy trawienne wytwarzane przez trzustkę po wydostaniu się z niej mogą przeżreć narządy wewnętrzne niczym kwas akumulatorowy, niszcząc wszystko na swojej drodze. Uznałam przeszywający, rozprzestrzeniający się ból za niechybny znak, że moje narządy właśnie zmieniają się w płynną papkę. Czułam, że nie obejdzie się bez operacji. Kiedy posadzono mnie na wózku przy wejściu na oddział ratunkowy, Randy zapytał, czy podać mi jeden z pojemników.

Na widok ciężarnej, dręczonej mdłościami kobiety pracownik ochrony zapytał, w którym dokładnie jestem miesiącu.

– W siódmym – odparłam, nie wiedząc, po co miałabym zdradzać tę prywatną informację szpitalnemu ochroniarzowi. Spokojnie skierował nas na oddział położniczy zamiast na specjalistyczny oddział chirurgii urazowej, gdzie chciałam się dostać.

– Takie są procedury – wyjaśnił strażnik. – Wszystkie pacjentki powyżej szóstego miesiąca ciąży są kierowane na oddział położniczy.

Wiedziałam, że nie warto się kłócić. W naszym szpitalu wysoko ceniono procedury. W dużej mierze to właśnie dzięki nim zapewnialiśmy naszym pacjentom bezpieczeństwo. Wysoka jakość opieki wymagała standaryzacji. A jednak lata studiów medycznych, samodzielnie postawiona diagnoza ostrego brzucha, która kwalifikowała mnie do natychmiastowej operacji, i świadomość konieczności odbycia konsultacji chirurgicznej w tym wypadku zderzyły się z murem procedur. Szpitalny ochroniarz przeprowadził triaż i w ciągu pięciu sekund zdecydował, kim jestem i czego potrzebuję. Popatrzyłam na męża z wyrazem twarzy mówiącym: „Żebyś wiedział na przyszłość: pewnie z tego powodu umrę”.

Kiedy dotarłam na oddział położniczy, kazano mi na chwilę wstać, by przebrać mnie w szpitalną koszulę. Natychmiast zorientowałam się, że mój stan uległ gruntownej zmianie. Moje pole widzenia znacznie się zawęziło – widziałam tylko mały okrąg przed sobą. Głowę wypełniały mi bąbelki, zupełnie jakby bez mojego udziału wybrała się na noworoczną balangę suto zakrapianą szampanem. Dzięki chorobliwej ciekawości udało mi się na moment skupić uwagę i uświadomiłam sobie, że oto na własnej skórze doświadczam wstrząsu. Wrażenie upojenia alkoholowego wskazywało na brak dostatecznego dopływu krwi do mózgu. Kiedy leżałam na plecach, naczynia krwionośne kierowały większą jej ilość do mózgu, przetłaczając ją z dolnych części ciała. Ale gdy stałam, serce nie potrafiło się uporać z siłą grawitacji. Niewielka ilość krwi, jaka pozostała w moich żyłach, zgromadziła się w nogach, toteż zabrakło jej dla mózgu.

Czyjaś dłoń umieściła w moim polu widzenia mały pojemnik z pomarańczową zakrętką. Czy mogę oddać mocz do badań? Pomyślałam o koordynacji ruchów potrzebnej do spełnienia tej prośby i pokręciłam przecząco głową. Zostałam bezceremonialnie skierowana do pielęgniarek położnych, zdeterminowanych, by zbadać dziecko.

– Z dzieckiem… wszystko w porządku – wydusiłam z siebie urywanymi słowami, pozbawiona tchu z powodu bólu – ale… ze mną… jest coś… nie tak. Proszę… wezwać chirurga.

W odpowiedzi na to pielęgniarki osłuchały serce płodu i usiłowały założyć mi aparat do monitorowania tętna wokół bolesnego, nabrzmiałego brzucha. Nie byłam w stanie znieść dodatkowego ucisku i usiłowałam się wyswobodzić z więzów opinającego mnie pasa. Za każdym razem kiedy mnie na tym przyłapywały, obrzucały mnie surowymi, pełnymi dezaprobaty spojrzeniami.

– Proszę to zostawić! Co się z panią dzieje? – syknęła pielęgniarka z niedowierzaniem. Założono mi cewnik w odwecie za to, że „nie chciałam” dostarczyć próbki moczu. Założono mi wenflon w trudną do zlokalizowania żyłę, karząc ją wkłuciem za stawianie oporu.

Regularne bicie serca płodu wywołało rozanielone, choć przedwczesne uśmiechy na twarzach pielęgniarek. Nuciły pod nosem, wypełniając moją kartę pacjenta. Ciśnieniomierz, którego mankiet nasunięto mi na ramię i natychmiast zaciśnięto, z wielkim trudem rejestrował moje bardzo niskie ciśnienie. Wkłuta w rękę kroplówka wąską strużką sączyła sól fizjologiczną, w mało wydajny sposób zwiększając objętość krwi krążącej. Sięgnęłam drugą ręką do pokrętła i ukradkiem zwiększyłam wlew, zapewniając szybszą podaż płynów infuzyjnych, które – o czym doskonale wiedziałam – były mi bardzo potrzebne.

Wpatrując się w szkaradne płytki ścienne, w milczeniu odtwarzałam wydarzenia, przerażona tym, jak szybko mój stan się pogarszał, i szukałam otuchy w najpospolitszej zwyczajności dnia. Chciałam kupić włóczkę. Pojechałam do sklepu, gdzie wybrałam dwie pary butów o jeden rozmiar większych, niż zazwyczaj noszę – ze względu na obrzęk stóp. Jest to przypadłość wszystkich ciężarnych kobiet i nie ma w tym nic niezwykłego. Wstąpiłam do sklepu spożywczego i kupiłam cukier waniliowy. Poszłam na kolację, chyba zamówiłam łososia. Mięso łososia zawiera duże ilości kwasów omega-3 korzystnie wpływających na mózg dziecka. Wtedy poczułam ból. Poza tym był piękny, wiosenny dzień. Na niebie ani jednej chmurki.

Pojawiło się kilka osób – najpierw rezydent, potem położnik.

– Pracuje u nas jako lekarka – usłyszałam, jak jeden z nich ostrzega pozostałych. – Chyba na OIOM-ie – dodał.

Skorzystałam z podpowiedzi, zebrałam resztki adrenaliny i jako hybryda lekarki i pacjentki próbowałam skupić ich uwagę, przedstawiając istotne fakty za pomocą zwięzłej terminologii medycznej, którą jeszcze jako tako się posługiwałam. Próbowałam uświadomić im powagę mojego stanu. Niestety, ból sprawiał, że nie mogłam się wysłowić. Każda jego fala tłumiła to, co chciałam powiedzieć. Wpatrywałam się w twarze lekarzy, szukając w nich zrozumienia, lecz zamiast niego widziałam tylko grymas współczucia. Stanowiłam abstrakcję – chorą pacjentkę i matkę. Mój ból interpretowano przez wykoślawiony pryzmat ciąży. Wszyscy niepokoili się tylko jednym – nienarodzonym dzieckiem.

Lekarz zaordynował morfinę, co wzbudziło moją czujność. O Boże, dają mi morfinę! Prawie nigdy nie podawaliśmy ciężarnym silnych opioidów dożylnie, uznając je za zbyt duże zagrożenie dla dziecka. Jak to się stało, że w ciągu jednego dnia pokonałam drogę od nieprzyjęcia dostępnego bez recepty leku zobojętniającego kwasy żołądkowe do dożylnej morfiny? Starałam się zinterpretować moje obawy przed ewentualnym negatywnym wpływem leku na dziecko, uznając podanie jej za dowód niepokoju wywołanego moim poważnym stanem. Kiedy zaaplikowali mi narkotyk, czekałam, zastanawiając się, czy uśmierzy rozdzierający ból. Nie uśmierzył.

Otrzymałam więc większą dawkę.

Zawiadomiono chirurgię, skąd przysłano stażystę.

Do sali wszedł młody, sumienny mężczyzna z pustym kwestionariuszem. Miał za zadanie wypełnić go szczegółowym opisem historii mojej choroby i wykonanych badań, po czym omówić efekty swojej pracy z nadzorującym go rezydentem. Nie pojmowałam, jakim cudem mogło mu w ogóle przyjść do głowy, że będzie miał na to czas.

Położył podkładkę na stoliku na kółkach i pstryknął długopisem, wysuwając wkład. Porównał nazwisko i numer identyfikacyjny w dokumentach z danymi na opasce znajdującej się na moim nadgarstku, po czym zwrócił się do mnie:

– Czy może mi pani powiedzieć, kiedy zaczęła pani odczuwać ból? – zapytał.

Czułam, że brakuje mi słów.

– Niech pan wezwie opiekuna. – To było wszystko, co zdołałam z siebie wydusić.

Mimo to usiłował się trzymać zrytualizowanej papierologii.

– Co sprawia, że ból maleje lub się nasila?

Odpowiedziało mu milczenie.

Westchnął, sfrustrowany. Czując, że nic nie wskóra, wezwał rezydentkę, której podlegał. Przewyższała go doświadczeniem zaledwie o dwanaście miesięcy, lecz to wystarczyło. Widząc, że jestem sztywna z bólu i mam niestabilne parametry czynności życiowych, zorientowała się, że trzeba działać szybko. Jej spostrzegawczość wystarczyła mi.

– Kto jest pani szefem? – zapytałam.

Tamtej nocy pełnił dyżur lekarz, z którym pracowałam na OIOM-ie na oddziale chirurgicznym. Nazwę go doktor G. Był troskliwy, skrupulatny i miał doskonałe kwalifikacje w dziedzinie chirurgii urazowej. Poprosiłam lekarkę, by zatelefonowała do niego, przekazała mu, że chodzi o mnie, i wezwała na oddział położniczy. Zrobiła to, chociaż dysponowała bardzo skąpymi informacjami. Powiedziała mu tylko: „Nie wiem, co się dzieje, ale pan ją zna. Jest naprawdę w złym stanie”. Z zasady chirurdzy nie tolerują tak nieprecyzyjnych raportów swoich rezydentów. Nie lubią takich wyrażeń jak „nie jestem pewna” lub „nie wiem”. Ich specjalność wymaga pewności. Zakładają, że zostaną wezwani do pacjenta dopiero po dopełnieniu podstawowych procedur, z kompletem zinterpretowanych badań laboratoryjnych i z opisanymi zdjęciami. Oczekują diagnozy, oceny pacjenta, planu postępowania, a nawet rezerwacji sali operacyjnej. Wolą, by rezydent się pomylił i zajął pryncypialne stanowisko wynikające z przekonania, niż usłyszeć od niego „nie wiem”. Inny chirurg zapewne by ją zwymyślał, lecz doktor G. musiał wyczuć jej lęk i karnie zjawił się na oddziale.

Przyjrzał się wynikom moich badań laboratoryjnych, skrzywił się, pokręcił głową i zaczął wymieniać możliwe dolegliwości. Przedstawił cały wachlarz diagnostyki różnicowej:

– Ostra niewydolność wątroby, perforacja wrzodu, pęknięty wyrostek…

Kiedy usłyszałam możliwe opcje, pomyślałam: Niemożliwe, przecież umieram szybciej, niż którakolwiek z tych chorób zdążyłaby mnie uśmiercić. To coś poważniejszego. Nie mam pojęcia, co to jest, ale to coś znacznie gorszego. I chociaż żadna z przedstawionych diagnoz nie odzwierciedlała powagi sytuacji, poczułam ulgę, że przynajmniej istnieją różne możliwości. Chciałam wiedzieć, co powoduje ból, i uśmierzyć go, likwidując przyczynę. Nie miałam zamiaru udawać, że nie istnieje, uciszając go morfiną, bo naprawdę umierałam. Niepokoiłam się, że po umieszczeniu mnie na izbie przyjęć oddziału położniczego lekarze potraktują priorytetowo dziecko, a nie mnie.

Byłam lekarką z dziesięcioletnim stażem i widziałam wystarczająco dużo. Wiedziałam, czym mogło się to skończyć. Widziałam kobiety tracące ciąże i widziałam noworodki osierocone przez matki. Bałam się tego drugiego. Obawiałam się zwłaszcza straszliwej absurdalności sytuacji, kiedy dziecko przychodzi na świat przez wrota śmierci. Powściągliwie świętowane urodziny zbiegające się z rocznicą śmierci. Dzieci wychowujące się bez matek. Baloniki i nagrobki. Potrząsnęłam głową, chcąc odpędzić od siebie wizję tych ostatnich.

Uniosłam głowę i zobaczyłam obok siebie moją matkę. Jej twarz zdradzała troskę. Miała zasznurowane usta i zmarszczone brwi, co było reakcją na wiadomość, której obawiają się wszystkie matki. W zupełnie zwyczajny wieczór zadzwonił telefon. Usłyszała strach w głosie mojego męża. Przejechała nocą prawie pięćdziesiąt kilometrów do śródmiejskiego szpitala.

– Powiedziałeś mamie? – oskarżyłam Randy’ego. Nie pamiętałam, by odchodził od mojego łóżka na tyle długo, żeby zdążył do kogokolwiek zadzwonić.

– Pewnie, że mi powiedział – odparła mama w jego imieniu.

Pokonana zapadłam się w łóżko. Obecność matki nie przeszkadzała mi, lecz potwierdzała, że mój ból już nie ogranicza się do mojego własnego ciała. Mój poważny stan przysparzał cierpień najbliższym.

– Nie mam pojęcia, co się dzieje – przeprosiłam, przybita niemożnością uspokojenia nikogo.

W cewniku odprowadzającym mocz pojawiła się krew.

– Może to tylko kamień nerkowy? – Moja matka zwróciła się do lekarzy. – Jej ojciec miał straszną kamicę.

Ponownie zwiększono podawaną mi dawkę morfiny. Bez efektu. Pielęgniarka zgłosiła to położnikowi pełniącemu tej nocy dyżur na izbie przyjęć, a on odparł:

– Jeżeli chce więcej, podajcie więcej. Ale dziecko będzie miało problemy, jeżeli będziemy musieli rozwiązać ciążę. Dajcie jej, co zechce.

Co zechce. Cóż za kuriozalne stwierdzenie.

Nigdy nie powiedziałam, że chcę morfiny. Chciałam, żeby przestało mnie boleć, dzięki temu że lekarze znajdą przyczynę bólu i wyeliminują ją. Uderzył mnie nonszalancki ton jego wypowiedzi oraz to, jak głupio scedował na mnie odpowiedzialność za dalsze postępowanie. Przecież w żadnym razie nie byłam w stanie zająć się sobą. Ale rozumiałam, co miał na myśli, mówiąc, że dziecko będzie miało problemy. Cała morfina, która trafiała do mojego krwiobiegu, przenikała także do płodu. Teoretycznie gdyby poród miał zostać wywołany jeszcze tamtej nocy, córeczka prawdopodobnie nie mogłaby samodzielnie oddychać. Mój ból, a raczej moja niechęć do znoszenia go, stanowiły dla niej zagrożenie.

Otrzymałam łącznie pięćdziesiąt miligramów morfiny w dawkach po dwa, a następnie po cztery miligramy. Ból nie zmniejszył się ani trochę. Gdybym była zdrowa, taka dawka narkotyku wystarczyłaby do wyłączenia ośrodka oddechowego i zabicia mnie, ale z powodu nasilenia bólu mój organizm prawie tego nie zarejestrował. Morfina nie mogła złagodzić, toteż nie złagodziła moich dolegliwości.

– Czy to nie zaszkodzi dziecku? – zapytała moja mama, kiedy pielęgniarka podłączała kolejną strzykawkę do wenflonu.

– Prawdopodobnie zaszkodzi – przyznałam. Szczerze mówiąc, nie byłam w stanie dłużej przedkładać dobra dziecka nad cokolwiek innego. Czułam się tak, jakbym się zbudziła w płonącym domu i chciałam tylko stamtąd uciec. Niech ktoś inny zatroszczy się o pozostałych.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

ROZDZIAŁ DRUGI

PUSTKA

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ TRZECI

KRWIAK

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ CZWARTY

UTRACONE SŁOWA

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ PIĄTY

POSTĘPY I PRZESZKODY

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ SZÓSTY

ZMIANA PERSPEKTYWY

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ SIÓDMY

NIEBEZPIECZNE GUZY

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ ÓSMY

CENZORZY ŚWIATŁA

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

REWOLUCJE

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

WYBAWIENIE

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ JEDENASTY

NAWRÓT CHOROBY

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ DWUNASTY

PĘKNIĘTE NACZYNIA

Dostępne w wersji pełnej

JAK LEPIEJ ZROZUMIEĆ SIEBIE NAWZAJEM?

Dostępne w wersji pełnej

PODZIĘKOWANIA

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału

In Shock: My Journey from Death to Recovery and the Redemptive Power of Hope

Text Copyright © 2017 by Rana Awdish

Published by arrangement with St. Martin’s Press. All rights reserved.

Copyright © for the translation by Rafał Śmietana

Projekt okładki

Magda Kuc

Fotografia na okładce

Copyright © Peter Dazeley/Photographer’s Choice/Getty Images

Opieka redakcyjna

Anna Niklewicz

Przemysław Pełka

Artur Wiśniewski

Konsultacja

dr Aeddan Shaw

Alina Szczęch

prof. dr hab. Jerzy Wordliczek

Adiustacja

Anastazja Oleśkiewicz

Korekta

Ewa Cebo

Joanna Myśliwiec

ISBN 978-83-240-4859-5

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

W szoku 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wyzwolenie zwierząt Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowa z księdzem Zbigniewem Czendlikiem Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze