Hannibal. Wróg Rzymu

Hannibal. Wróg Rzymu

Autorzy: Ben Kane

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Historia

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 528

Cena książki papierowej: 46.90 zł

cena od: 20.39 zł

Wróg Rzymu

Hannibal, wielki wódz kartagiński, nigdy nie zapomniał porażki swego rodu. Gorycz doznanego upokorzenia i nienawiść do Rzymu kiełkowały w nim od dawna. Teraz planuje zemstę i unicestwienie starego wroga.

 

Żołnierz kartagiński

Hannibal szykuje się do wojny. Tymczasem syn jednego z jego najbardziej zaufanych dowódców wybiera się na wycieczkę z przyjacielem – i znika.

 

Niewola

Chłopcy zostają porwani przez piratów i wystawieni na sprzedaż na targu niewolników. Jeden z nich trafia do szkoły gladiatorów, drugi do pracy w polu. Są przekonani, że już nigdy nie zobaczą domu i rodziny.

 

Świat w ogniu

Los młodzieńców, nierozerwalnie złączony z fatum ich rzymskich panów, nie jest jednak przesądzony. Wyniszczająca wojna, którą Hannibal wypowiedział Rzymowi, będzie trwała jeszcze niemal dwadzieścia lat. Zmieni ona ich życie – i historię – na zawsze.

 

Dla Ferdiego i Pippy, moich wspaniałych dzieci.

Rozdział I

Kartagina, wiosna

Hanno! – głos ojca zadudnił echem w korytarzu, odbijając się od ścian zdobionych malowaną sztukaterią. – Czas na nas!

Przeszedł nad rynną, która odprowadzała płynne odpady do studni chłonnej, znajdującej się na tej ulicy, ale nieco dalej, po czym obejrzał się za siebie. Był rozdarty. Obowiązek? Czy towarzystwo Suniatona? Przyjaciel właśnie machał do niego zniecierpliwiony, zachęcając, aby się pospieszył. Ojciec coraz częściej zmuszał go do udziału w spotkaniach, podczas których rozmawiano na temat ostatnich wydarzeń politycznych, co… niewyobrażalnie go nudziło. Każde posiedzenie rady przebiegało według takiego samego schematu. Najpierw grupa wywyższających się brodatych starców, najwyraźniej zakochanych w brzmieniu swoich głosów, wygłaszała niekończące się perory, niezmiennie twierdząc, że Hannibal Barkas w Iberii pozwala sobie na działania przekraczające jego kompetencje. W tym czasie Malchus – jego ojciec – oraz najbliżsi zwolennicy Hannibala mówili niewiele albo zgoła nic. Przynajmniej zanim te wszystkie siwe brody nie zamilkły. Potem jednak wstawali kolejno i każdy przedstawiał zupełnie inny punkt widzenia. Malchus zabierał głos jako ostatni. Niemal zawsze mówił to samo: Hannibal, któremu powierzono władzę w Iberii zaledwie rok wcześniej, wykonuje wielką, ważną pracę – umacnia pozycję Kartaginy, podporządkowując sobie lokalne ludy. Tworzy zdyscyplinowaną armię, a co najważniejsze, wypełnia skarbiec srebrem z iberyjskich kopalń. Któż inny byłby zdolny do równie heroicznych czynów, ogromnie przy tym wzbogacając Kartaginę? Gdy wziął w obronę plemiona zaatakowane przez sprzymierzone z Rzymem miasto Saguntum, decyzja ta również wynikała z dążenia do umocnienia w regionie pozycji Kartaginy. W związku z tym młody Barkas powinien zachować swoje pełnomocnictwa.

Hanno wiedział, że polityków motywował strach, po części uśmierzany przez obraz potęgi armii tworzonej przez Hannibala, a także chciwość, na którą z kolei było inne remedium – statki wyładowane cennym srebrem z Iberii. Malchus dobierał niezwykle starannie argumenty i zazwyczaj udawało mu się uładzić sprawy pięknymi słówkami, chociaż czasami potrzebował na to wielu godzin. Niekończące się tańce polityków sprawiały, że chciało mu się krzyczeć. Jakże chętnie wygarnąłby tym starym głupcom, co naprawdę o nich myśli! Oczywiście nigdy tego nie zrobi, bo nie chce przynieść ojcu wstydu, ale nie zamierza też marnować kolejnego dnia na przesiadywanie w dusznej sali posiedzeń. Perspektywa wyprawy na ryby była zbyt pociągająca.

Jeden z umyślnych z wieściami od Hannibala przybył do jego ojca przed niecałym tygodniem. Tego rodzaju nocne spotkania miały być utrzymane w tajemnicy, ale Hanno po jakimś czasie z łatwością rozpoznawał starającego się zachować anonimowość oficera o ziemistej cerze. Sapho i Bostar, jego starsi bracia, zwykle pilnowali, aby tego dnia nie kręcił się w pobliżu nikt niepożądany. Bostar wyjaśnił mu w czym rzecz, uprzednio upewniwszy się, że przysięgnie, iż nikomu nic nie wypapla. Później Hanno po prostu bezczelnie – jeśli tylko mógł – podsłuchiwał, o czym rozmawiali posłańcy z jego ojcem. W dużym skrócie chodziło o powierzenie przez Hannibala Malchusowi i jego stronnikom zadania zatroszczenia się o to, aby senat Kartaginy popierał jego działania w Iberii. Konfrontacja z Saguntum była nieunikniona, ale sprawa wojny z Rzymem, odwiecznym wrogiem Kartaginy, to oczywiście wciąż jeszcze śpiew przyszłości.

Hanno znów usłyszał basowy, poważny głos ojca. Tym razem dochodził z korytarza, który prowadził do centralnego dziedzińca. Teraz można było w jego słowach wyczuć cień irytacji.

– Hanno? Spóźnimy się!

Zastygł w bezruchu. Nie obawiał się wyrzutów i łajania, które niechybnie czekały go po powrocie, ale pełnego rozczarowania spojrzenia ojca. Jako potomek jednego z najstarszych rodów Kartaginy Malchus zawsze dawał dobry przykład i oczekiwał od swoich latorośli, że będą zachowywać się podobnie. Siedemnastoletni Hanno był jego najmłodszym synem. Był też tym, który najczęściej nie spełniał oczekiwań wymagającego ojca. Z jakiegoś powodu Malchus wymagał od niego najwięcej. Tak przynajmniej wydawało się Hanno. Tymczasem nie interesowało go za bardzo grzebanie w ziemi, chociaż to z rolnictwa pochodziła większa część bogactwa rodziny. Hanno miłował jednak sztukę wojenną – co akurat cieszyło ojca – ale z racji młodego wieku nie brał jeszcze udziału w żadnej z wojen toczonych przez Kartaginę. Jego bracia wkrótce mieli udać się do Iberii. Tam pewnie okryją się chwałą jako zdobywcy Saguntum. Było to dla Hanno źródłem wielkiej frustracji i żalu. Na razie mógł tylko doskonalić się w jeździe konnej i w posługiwaniu się bronią różnego rodzaju. Hanno uważał, że życie według zasad ustalanych przez jego ojca było niesamowicie nudne. Dlatego świadomie ignorował często powtarzane słowa: „Bądź cierpliwy. Tym, którzy umieją czekać, zdarzają się same dobre rzeczy”.

– No chodźże! – Suniaton się irytował. Poklepał Hanno po ramieniu. Jego złote kolczyki zabrzęczały cicho, gdy wskazywał głową w kierunku portu. – O świcie rybacy zauważyli ogromną ławicę tuńczyków w zatoce. Z błogosławieństwem Melkarta ryby nie przeniosły się gdzie indziej. Złapiemy ich całe kosze! Pomyśl, ile zarobimy… – Ściszył głos do konspiracyjnego szeptu. – Wziąłem antałek wina z piwnicy ojca. Wypijemy na łodzi.

Niezdolny, by oprzeć się pomysłowi przyjaciela, Hanno nie słyszał już nawoływania Malchusa. Tuńczyki należały do najbardziej cenionych ryb w Morzu Śródziemnym. Jeśli ławica naprawdę pojawiła się blisko brzegu, to nadarzała się okazja, której nie można było przegapić. Gdy tylko znalazł się na pokrytej koleinami ulicy, spojrzał, jak zwykł czynić, na symbol wyryty na kamiennej płycie przed wejściem do domu z płaskim dachem, w którym mieszkała jego rodzina. Odwrócony trójkąt z umieszczoną nad nim linią i okręgiem symbolizował najpopularniejszego boga Kartagińczyków. Znak ten można było zobaczyć niemal na wszystkich domach. Hanno pomodlił się szybko o przebaczenie za nieposłuszeństwo, ale był tak podekscytowany, że zapomniał poprosić boginię Matkę o ochronę podczas zbliżającej się eskapady.

– Hanno! – głos jego ojca dochodził już z bardzo bliska.

Nie zwlekając dłużej, młodzieńcy wtopili się w tłum na ulicy. Ich rodziny osiedliły się na zboczach Byrsy. Na samym szczycie wzniesienia, gdzie można było wdrapać się po monumentalnych schodach o sześćdziesięciu stopniach, znajdowała się wielka świątynia poświęcona Eszmunowi, bogowi płodności, zdrowia i dobrobytu. Suniaton mieszkał w rozległym kompleksie za sanktuarium, gdyż jego ojciec sprawował posługę kapłańską w tejże świątyni. Suniaton, w wersji uproszczonej po prostu Suni, zawdzięczał swoje imię innemu bogowi, Eszmuniatonowi, i był niemal od zawsze najdroższym przyjacielem Hanno. Od czasu, gdy tylko nauczyli się raczkować, rzadko zdarzał się dzień, którego chłopcy nie spędzali razem.

Budynki w okolicy były rezydencjami należącymi w większości do zamożnych rodzin. O tym, że miasto było bogate, świadczyły szerokie, proste arterie i dobrze rozplanowane skrzyżowania. Szerokość wielu krętych uliczek nie przekraczała dziesięciu kroków, ale w tej części miasta zwykle były one dwa razy szersze. Domy w tej okolicy wznosili bogaci kupcy i wyżsi oficerowie armii, suffetes – czyli sędziowie – oraz senatorowie. Z tego powodu Hanno biegł z opuszczoną głową i patrzył pod nogi, obawiając się spojrzeć dalej niż do kolejnego otworu chłonnej studni. Wielu bowiem mijanych przechodniów wiedziało, kim jest. Jako że osiągnął wiek męski, oczekiwano od niego, że będzie uczestniczył w większości spotkań, w których brał udział jego ojciec. Ostatnią rzeczą, jakiej teraz pragnął, było wpakowanie się na któregoś z licznych przeciwników politycznych Malchusa. Gdyby ktoś taki złapał go za ucho i zaciągnął do domu ojca… to byłoby żenujące. No i przyniósłby hańbę rodzinie.

Jeżeli nie będzie się rzucać w oczy, może wydostaną się z dzielnicy niezauważeni. Młodzieńcy nie mieli żadnych nakryć głowy. Ubrani byli tylko w obcisłe, czerwone wełniane koszule, z białym paskiem w środku i charakterystycznym szerokim kołnierzem, oraz krótkie spodnie z nogawkami sięgającymi kolan. Nie różnili się specjalnie od innych przedstawicieli młodszego pokolenia dobrze sytuowanych sąsiadów. Ich strój był o wiele praktyczniejszy niż długie, proste wełniane tuniki i stożkowe filcowe kapelusze noszone przez większość dorosłych mężczyzn. I wygodniejszy od ozdobnych płaszczy i plisowanych fartuchów, preferowanych przez Kartagińczyków o cypryjskich korzeniach. Na gładkich skórzanych pasach przełożonych przez ramię wisiały schowane w pochwach sztylety. Suniaton niósł ponadto wypchany skórzany tobołek.

Chociaż ludzie mówili, że mogą uchodzić za braci, Hanno długo musiałby szukać upodabniających ich do siebie cech. On był wysoki i dobrze zbudowany, a Suniaton niski i przysadzisty. Obaj mieli bardzo kręcone, niemal kruczoczarne włosy i ciemną karnację, ale na tym chyba kończyły się podobieństwa. Hanno miał raczej pociągłą twarz, prosty nos i wysokie kości policzkowe, a jego przyjaciel wyróżniał się okrągłą facjatą, zadartym nosem i wystającym podbródkiem. Obaj mieli zielone oczy. Ta cecha, niezwykła w populacji w większości brązowookich Kartagińczyków, faktycznie mogła sprawiać, że ktoś mógłby uznać ich za braci.

Wyprzedzający go o krok Suniaton niemal zderzył się ze stolarzem, który z trudem utrzymywał równowagę. Dźwigał kilka długich desek drewna cyprysowego. Zamiast przeprosić, uniósł rękę i przyłożył kciuk do nosa, rozkładając szeroko palce w geście lekceważenia. Potem ruszył pędem w stronę murów cytadeli, od których teraz dzieliło ich jakieś sto kroków. Hanno z trudem się pohamował, bo korciło go, aby dokończyć dzieła Suniatona i przewrócić klnącego na czym świat stoi mężczyznę. Zamiast tego zrobił szybki unik i wyszczerzył tylko zęby do niezadowolonego stolarza. Suniaton i Hanno mieli jeszcze jedną wspólną cechę charakteru: zuchwałość, będącą przeciwnością powagi, by nie rzec sztywniactwa, typowego dla większości ich rodaków. Często obaj z tego powodu popadali w kłopoty, co było zwykle stałym powodem niezadowolenia ich ojców.

Chwilę później przeszli przez bramę pod potężnymi murami obronnymi opasającymi miasto, szerokimi na trzydzieści kroków i prawie tak samo wysokimi. Podobnie jak zewnętrzne umocnienia, mur chroniący miasto zbudowany został z wielkich czworobocznych bloków piaskowca. Regularne bielenie murów sprawiało, że światło słoneczne odbijało się od kamienia, wizualnie powiększając konstrukcję. Fortyfikacje zwieńczone szerokim chodnikiem, z wieżami ustawionymi w regularnych odstępach, robiły naprawdę imponujące wrażenie. A cytadela była tylko niewielką częścią systemu obronnego miasta. Hanno zawsze był pod wrażeniem widoku potężnego wału opaski brzegowej, która pojawiła się przed nimi, gdy wyszli z cienia bramy. Mur biegł z północy na południe, wyznaczając zewnętrzne granice miasta. Dochodził aż do małej zatoki z dwoma portami, po czym wił się opiekuńczo wokół nich, by przeciąć horyzont na zachodzie. Na stromych północnych i wschodnich stokach wzniesienia, na którym rozsiadło się miasto i któremu morze zapewniało większą ochronę, ciągnął się tylko jeden mur. Jednak na zachodzie, od strony szlaków drogowych prowadzących z półwyspu, wzniesiono trzy linie obronne: szeroki rów osłonięty wałem z ubitej ziemi i wyższy oraz potężniejszy szaniec. Dwupoziomowe kwatery znajdujące się w murach, które miały w sumie ponad sto osiemdziesiąt stadia długości, mogły pomieścić tysiące żołnierzy, jeźdźców z końmi oraz setki słoni bojowych.

W Kartaginie żyło prawie ćwierć miliona ludzi, więc miasto musiało robić wielkie wrażenie na przybyszach. Przyjaciele mogli teraz spojrzeć z góry na agorę, dużą otwartą przestrzeń, przy której wzniesiono najważniejsze budynki administracyjne oraz liczne sklepy. To właśnie w tym miejscu mieszkańcy zbierali się, aby ubijać interesy, demonstrować, głosować czy choćby spacerować, ciesząc się wieczornym chłodem. Jeszcze niżej znajdowały się dwa charakterystyczne porty morskie: ogromny, prostokątny, zewnętrzny port handlowy i wewnętrzny, okrągły port wojenny, z małą, centralnie położoną wyspą. Nabrzeża pierwszego umożliwiały cumowanie setkom statków handlowych, a drugi mógł pomieścić – między innymi w specjalnie skonstruowanych krytych, suchych dokach – ponad dwieście trirem i kwinkwerem. Na zachód od portów stała stara świątynia Baala Hammona, boga nieba i wegetacji. Choć liczba jego wyznawców malała z czasem, wciąż czciła go duża część Kartagińczyków. Na wschodzie znajdowały się tak zwane choma, platformy, gdzie mogły cumować małe łodzie i jednostki rybackie. Przyjaciele tam właśnie zmierzali.

Hanno był niezmiernie dumny z miasta, w którym się urodził i wychował. Nie miał pojęcia, jak wygląda stolica Rzymu, odwiecznego wroga Kartaginy, ale wątpił, żeby mogła się równać z jego miastem. Nie chciał nawet o tym myśleć. Wolał wyobrażać sobie Rzym upokorzony, stolicę republiki splądrowaną i zrównaną z ziemią przez zwycięską armię Kartaginy. Podobnie jak ojciec Hannibala Hamilkar Barkas, który wpajał swoim synom nienawiść do wszystkiego, co rzymskie, postępował Malchus z Hanno i jego braćmi. Tak jak Hamilkar, Malchus brał udział w pierwszej wojnie z republiką. Obaj uczestniczyli w kampanii na Sycylii, trwającej dziesięć długich i trudnych lat.

Nic więc dziwnego, że Hanno znał szczegóły każdej potyczki lądowej czy bitwy morskiej z czasów konfliktu, w który faktycznie zaangażowane było już więcej niż jedno pokolenie. Kartagińczycy ponieśli wtedy spore straty nie tylko w populacji, ziemiach i w zasobach skarbca. Odniesione rany były o wiele głębsze, niż mogłoby się z pozoru wydawać. Duma Kartaginy została wtedy głęboko zraniona, a zaledwie trzy lata po zakończeniu wojny Rzym upokorzył ją ponownie. Kartagińczycy musieli pogodzić się ze stratą Sardynii, a także wypłacić większą kontrybucję. Malchus często powtarzał, że te podstępne działania pokazały, iż wszyscy Rzymianie są po prostu obłudnymi psami bez honoru. Hanno zgadzał się z tą oceną i liczył, że któregoś dnia znów wybuchnie wojna. Biorąc pod uwagę wszystkie urazy i ogólną niechęć Kartaginy do Rzymu, wydawało się, że konflikt był nieunikniony. A nowa wojna miała zacząć się w Iberii. Już niedługo!

– Jadłeś coś? – Suniaton rzucił przyjacielowi pytające spojrzenie.

Hanno wzruszył tylko ramionami.

– Chleb z miodem zaraz po przebudzeniu.

– Ja też. To było kilka godzin temu. – Suniaton zaśmiał się i poklepał po brzuchu. – Pewnie wrócimy dopiero przed zmrokiem. Na wszelki wypadek warto coś ze sobą zabrać.

– Dobry pomysł. – Na łodzi trzymali tykwy pełne wody, ale zwykle nie przechowywali tam żadnych zapasów pożywienia. Byli przekonani, że wrócą o zachodzie słońca.

Uliczki niższej partii stoków Byrsy nie miały już tak regularnego układu, jak na szczycie góry. Przypominały raczej meandrującą rzekę z całym mnóstwem dopływów i rozwidleń. Mijali kolejne sklepiki i warsztaty. Piekarnie, kramy rzeźników i stoiska sprzedawców, oferujących świeżo złowione ryby, owoce i warzywa, produkty wykonywane ze srebra i miedzi, stoły z ofertą kupców importujących perfumy czy towary ze szkła. Kobiety siedzące na progach swych domostw skupiały się na pracy przy krosnach lub zwyczajnie plotkowały z sąsiadkami. Niewolnicy dźwigali bogatszych mieszkańców miasta w lektykach lub krzątali się w pobliżu sklepów, sprzątając lub zamiatając ziemię. Chłopcy co krok natrafiali też na warsztat farbiarza. Tak spora liczba przedstawicieli tego zawodu w Kartaginie miała związek z obfitością lokalnych skorupiaków, nazywanych murex, wykorzystywanych do otrzymywania purpurowego barwnika do tkanin, który wysoko ceniono w całym basenie Morza Śródziemnego. Wszędzie biegały dzieciaki – bawiły się w berka albo po prostu ganiały bez celu po równych, stromych schodach prowadzących w dół do portu. Minęło ich trzech dobrze ubranych mężczyzn, pogrążonych w rozmowie. Hanno rozpoznał w nich członków rady senatu, prawdopodobnie zdążających na to samo spotkanie, w którym miał uczestniczyć. Odwrócił się szybko i udawał, że zainteresowany jest terakotowymi statuetkami przed warsztatem garncarskim.

Na niskich stolikach ustawiono dziesiątki figurek różnej wielkości. Hanno z łatwością rozpoznawał każdego boga i boginię z kartagińskiego panteonu. Siedział tam Baal Hammon, obrońca Kartaginy, po królewsku usadowiony na tronie, z koroną na głowie. Obok niego przycupnęła Tanit, przedstawiona na wzór egipski – jako kobieta o gibkim, atrakcyjnym ciele, osłoniętym zgrabnie wyciętą suknią, ale z głową lwicy. Uśmiechnięta Astarte trzymała w dłoni tamburyn. Jej małżonek, Melkart, znany jako Król Miasta, władał również morzem. Inne jaskrawo pomalowane figurki przedstawiały go także jako wyłaniającego się z fal mężczyznę na straszliwym potworze i z trójzębem w dłoni. Baal Safon, bóg burzy i wojny, w hełmie z długą, unoszącą się na wietrze kitą, siedział okrakiem na wspaniałym rumaku. Był tu też wielki wybór ohydnych masek przedstawiających wytatuowane, zdobione kamieniami szlachetnymi, powykrzywiane w przerażających grymasach twarze demonów i duchów z zaświatów, które zostawiano na grobach zmarłych w celu odstraszenia złych mocy.

Hanno zadrżał, przypominając sobie pogrzeb matki, która odeszła przed trzema laty. Umarła na febris. Od czasu jej śmierci ojciec, który nigdy nie zaliczał się do zbyt ciepłych i pozytywnie nastawionych do świata ludzi, zmienił się w posępnego, wiecznie niezadowolonego człowieka, żyjącego tylko myślą o zemszczeniu się na Rzymie. Hanno zdążył się już przekonać, że Malchus w kontaktach z obcymi ludźmi potrafi się kontrolować i skrywać swoje uczucia za maską spokoju i opanowania. Tak naprawdę wciąż jeszcze był pogrążony w żałobie, która nie dawała o sobie zapomnieć ani jemu, ani jego braciom. Arishat, matka Hanno, była dla Malchusa światłem w ciemności, śmiechem zdolnym oczarować jego powagę, miękkością neutralizującą siłę tego twardego żołnierza i czyniącą go bezradnym. Ta najukochańsza osoba w ich rodzinie została im zabrana po zaledwie dwóch koszmarnych dniach choroby. Najlepsi lekarze w Kartaginie, ściągnięci przez Malchusa, robili wszystko, aby ją uratować. Trudzili się bezskutecznie. Każdy szczegół ostatnich godzin życia matki dobrze wrył się w pamięć Hanno. Kubki krwi upuszczanej z jej ciała w daremnej próbie obniżenia szalejącej gorączki. Wychudzona, rozpalona twarz. Prześcieradła mokre od potu. Jego bracia, którzy ze wszystkich sił starali się zachować opanowanie i nie płakać. I wreszcie jej sztywne ciało na łożu. Mniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Malchus klęczący przy posłaniu, wstrząsany spazmami szlochu. To był jedyny raz, gdy Hanno widział ojca płaczącego. Nikt nigdy później nie ośmielił się wspominać tego zdarzenia, podobnie jak nie mówiono o matce. Hanno przełknął ślinę i zerknął przez ramię, żeby sprawdzić, czy grupa radnych oddaliła się na bezpieczną odległość. Wspominanie takich wydarzeń sprowadzało zbyt wielki ból.

Chwilę później Suniaton, który nie zauważył cierpienia na twarzy przyjaciela, zatrzymał się, aby kupić chleb, migdały i figi. Hanno pomyślał teraz o tym, jak poprawić sobie humor, i ruszył w kierunku kuźni kowala, znajdującej się po drugiej stronie ulicy. Nad nieco koślawym kominem unosiły się smugi dymu, a w powietrzu czuć było wyraźny zapach węgla drzewnego, palącego się drewna i oliwy. Do uszów wdzierały się ciężkie, metaliczne dźwięki uderzeń młota. W cieniu, w kącie otwartego od ulicy zakładu, Hanno dostrzegł postać w skórzanym fartuchu, ostrożnie unoszącą szczypcami kawałek rozżarzonego metalu znad kowadła. Po chwili rozległ się głośny syk. Ostrze miecza trafiło do kadzi z zimną wodą. Hanno poczuł, że nogi same niosą go do kuźni.

– Hej! Mamy dziś lepsze rzeczy do roboty. Na przykład zarobienie mieszka pieniędzy – zawołał Suniaton, blokując mu drogę. Podsunął mu worek wypchany migdałami. – Ponieś to.

– O nie! I tak sam je wszystkie zjesz. – Hanno odepchnął przyjaciela i śmiejąc się, zerwał się do biegu. Często żartowali, że ulubionym zajęciem Hanno było brudzenie się w kuźni, podczas gdy Suniaton raczej wolał myśleć o następnym posiłku. Śmiał się głośno, zerkając na goniącego go przyjaciela, i nie zauważył oddziału libijskich włóczników. A potem już było za późno. Z głośnym trzaskiem zderzył się z pierwszym z nich, odbijając się od dużej okrągłej tarczy.

Nie był żadnym wałęsającym się bez celu po ulicy małym dzieciakiem, więc włócznik rozzłościł się nie na żarty.

– Patrz pod nogi, głupcze!

Hanno zauważył, że w grupie żołnierzy znajduje się dwóch oficerów. Zaklął. Sapho i Bostar! Bracia wyglądali, jakby szli na paradę. Zadbali o najlepsze wyposażenie. Obaj w hełmach w kształcie dzwonu, z grubą obręczą i żółtym pióropuszem z końskiego włosia. Wypolerowane kirysy przechodziły płynnie w wielowarstwowe pteryges, osłaniające okolice pachwin i ud, oraz specjalnie dopasowane nagolenniki. Bez wątpienia oni również zamierzali wysłuchać oficjalnego wystąpienia Malchusa. Hanno wymamrotał pod nosem ciche przeprosiny, po czym zrobił krok wstecz. Z głową opuszczoną ku ziemi modlił się, żeby go nie zauważyli.

Suniaton, nieświadomy obecności Sapho i Bostara, roześmiał się w głos na widok nieporadności swojego przyjaciela.

– No chodź! Zanim będzie za późno.

– Hanno! – zawołał radośnie zaskoczony Bostar.

Hanno udał, że nie słyszy.

– Hanno! Wróć tu natychmiast! – Usłyszał drugi głos, głębszy i rozkazujący. A więc Sapho też już go zauważył. Odwrócił się niechętnie.

Suniaton próbował zniknąć w tłumie, ale mu się to nie udało.

– Eszmuniaton! Do mnie! – nakazał władczym głosem Sapho.

Suniaton stanął obok Hanno z nieszczęśliwym wyrazem twarzy.

Bracia, potrącając włóczników, przepchnęli się do przodu, aby znaleźć się przed szeregiem.

– Sapho, Bostar? – odezwał się Hanno, udając, że cieszy się ze spotkania. – Co za niespodzianka.

– Czyżby? – Sapho zmarszczył brwi tak, że prawie się zetknęły. Jego brat był niski, ale dobrze zbudowany. Wyróżniał się powagą, przypominając pod tym względem Malchusa, chociaż miał tylko dwadzieścia dwa lata. W młodym wieku osiągnął już średni szczebel w hierarchii oficerskiej, gdyż – podobnie jak Bostar – podczas szkolenia wojskowego dał się poznać jako wybitny lider. – Wszyscy mieliśmy przecież uczestniczyć w obradach rady starszych. Czemu nie jesteś z ojcem?

Hanno opuścił głowę, rumieniąc się. Niech to szlag! – pomyślał. Według Sapho obowiązek wobec Kartaginy jest najważniejszy. W jednej chwili stracił nadzieję, że spędzi ten dzień na łodzi.

Sapho spojrzał na Suniatona badawczo. Jego uwadze nie umknął ani ciężki plecak, ani zapasy pożywienia, których nie zdążył jeszcze schować.

– Aha! Wolicie bumelować. Ot co! Bez wątpienia wybieracie się na ryby?

Suniaton, niepewny, kopał nogą ziemię.

– Mowę wam odjęło? – spytał kwaśno Sapho.

Hanno zrobił pół kroku do przodu, wychodząc przed przyjaciela.

– Tak. Chcieliśmy płynąć na tuńczyki – przyznał.

Sapho krzywił się coraz bardziej.

– I to jest ważniejsze niż wysłuchanie rady starszych?

Jak zwykle aroganckie zachowanie jego starszego brata rozzłościło Hanno, który często musiał wysłuchiwać tego typu połajanek. Niejednokrotnie miał wrażenie, że Sapho chciał wejść w rolę ich ojca. Nic dziwnego, że rodziło to w nim opór.

– Bo myślisz, że te siwobrode marudy powiedzą coś, czego nie powtórzyli już z tysiąc razy wcześniej? Każdy z nich jest taki nadęty…

– Chyba nie tylko oni i nie tak znowu da… – zakpił Suniaton z uśmiechem. Urwał jednak w pół słowa, bo dostrzegł ostrzegawcze spojrzenie Hanno.

Sapho zacisnął zęby.

– Parka zuchwałych sk….

Bostar drgnął i uniósł rękę, kładąc dłoń na ramieniu Sapho.

– Spokojnie. Hanno ma trochę racji. Starsi bardzo lubią dźwięk swoich głosów.

Hanno i Suniaton starali się ukryć uśmiechy.

Sapho nie potraktował żartobliwie uwagi Bostara, ale zmilczał. Jego oczy nie przestały jednak rzucać błyskawic. Doskonale zdawał sobie sprawę, że obowiązywał go regulamin, a w tej grupie nie był najstarszym stopniem. I widać było, że bardzo tego żałował. Chociaż był o rok starszy, to Bostar został wcześniej awansowany o stopień wyżej.

– Faktycznie podczas tych posiedzeń nie zapadają decyzje o życiu i śmierci… – kontynuował Bostar. Jego mrugnięcie, którego Sapho nie zauważył, mówiło Hanno, że nie wszystko jeszcze stracone. Wybrał właściwą chwilę i powtórzył mrugnięcie brata. Tak jak Hanno, Bostar przypominał ich matkę, Arishat. Miał wąską, delikatną twarz i zielone oczy, które potrafiły przeszywać człowieka na wskroś. Sapho miał szeroki nos, a Bostar długi i wąski. Smukły i atletycznie zbudowany Bostar wiązał swoje długie, czarne włosy w koński ogon, który wystawał spod hełmu. Hanno miał o wiele więcej wspólnych cech z łagodnym Bostarem niż z Sapho. W gruncie rzeczy często czuł niechęć do najstarszego brata. – Czy ojciec wie, gdzie jesteś?

– Nie – przyznał Hanno.

– Zakładam, że Bodesmun również nie ma pojęcia, gdzie się podziewasz? – Bostar zwrócił się do Suniatona.

– Oczywiście, że nie! – Sapho stracił cierpliwość. Chętnie przejąłby znów kontrolę nad tą rozmową. – Jak zawsze, gdy ci dwaj psocą…

– No więc? – Bostar zignorował wybuch brata.

– Ojciec myśli, że jestem w domu i się uczę – powiedział Suniaton.

– Zobaczmy zatem, co Bodesmun i nasz ojciec powiedzą, gdy odkryją prawdę. Mamy wystarczająco dużo czasu, żeby wrócić do domu przed spotkaniem rady – odezwał się Sapho, przekonany o słuszności wypowiadanych słów. Wskazał lekceważąco szereg włóczników. – Dołączcie do nich.

Hanno skulił się, ale nie widział żadnych szans nawet na podjęcie walki. Sapho był w wyjątkowo kiepskim nastroju, gotów pokazać im ich miejsce.

– Chodź… – Hanno mruknął do Suniatona. – Ławica może poczekać.

– Właściwie to nie widzę powodu, żeby ci dwaj nie mogliby wybrać się na połowy – przemówił Bostar, zanim Hanno zrobił pierwszy krok.

Hanno i Suniaton popatrzyli po sobie ze zdumieniem.

Sapho uniósł brwi.

– Co masz na myśli?

– My już niedługo nie będziemy mogli sobie pozwolić na takie przyjemności. Obaj będziemy za nimi tęsknić. – Bostar zrobił smutną minę. – Wkrótce czeka to również Hanno. Niech się bawi, póki jeszcze może.

Serce Hanno zabiło mocniej. Nie dostrzegał w tej chwili głębszego sensu przekazu Bostara.

Sapho się zamyślił. Po chwili jednak na jego czole znów pojawiły się głębokie bruzdy.

– Obowiązek to obowiązek — oświadczył.

– Rozchmurz się, Sapho. Masz dwadzieścia dwa lata, a nie pięćdziesiąt dwa! – Bostar rzucił okiem na włóczników. Wszyscy, jak jeden mąż, przyjęli te słowa uśmiechami. – Kto zauważy brak Hanno, jeśli nie liczyć nas i ojca? A masz takie samo prawo zabronić coś Suniemu, jak i ja…

Sapho zacisnął usta. Wiedział, że jego brat się z nim drażni, ale postanowił dać spokój. Nie chciał, aby Bostar musiał odwoływać się do swojego stopnia.

– Ojcu się to nie spodoba – ostrzegł – ale myślę, że masz rację.

Hanno nie mógł uwierzyć w to, co się właśnie stało. Zupełnie nie spodziewał się takiego obrotu spraw.

– Dziękuję!

– Dziękujemy! – okrzyk Hanno natychmiast powtórzył Suniaton.

– Znikajcie, zanim zmienię zdanie – poradził Sapho.

Przyjaciele nie potrzebowali zachęty. Hanno spojrzał z wdzięcznością na Bostara, który znów mrugnął do niego porozumiewawczo, po czym obaj z Suniatonem zniknęli w tłumie. Głupio się do siebie uśmiechali. Tak czy owak, to nam się nie upiecze – pomyślał Hanno. Ale przynajmniej do wieczora mamy spokój. Od razu w jego głowie pojawił się obraz łodzi pełnej tuńczyków.

– Sapho jest… zasadniczy, prawda? – odezwał się Suniaton.

– Przecież go znasz. Jego zdaniem takie rzeczy jak łowienie ryb to strata czasu. – Hanno westchnął.

– Całe szczęście, że nie wygarnąłem mu, co o nim myślę, że… – Suniaton szturchnął Hanno łokciem. Wyszczerzył się na widok pytającego spojrzenia. – No, że dobrze by mu zrobił mały relaks… na przykład na rybach!

Hanno otworzył usta z niedowierzaniem, ale po chwili wybuchnął szczerym śmiechem.

– Bogom niech będą dzięki, żeś się ugryzł w język. Wtedy na pewno by nas nie puścił.

Uśmiechając się do swoich myśli, przyjaciele wkrótce znaleźli się na agorze. Na jej czterech bokach, każdym o długości stadium, ciągnęły się jeden za drugim wspaniałe portyki i zacienione kolumnady. To było bijące serce miasta, gdzie mieścił się senat, budynki administracji, biblioteki, liczne świątynie i sklepy. To właśnie tu w letnie wieczory zbierali się lepiej sytuowani młodzi ludzie, aby popatrzeć na siebie z bezpiecznej odległości. Kontakty niepełnoletnich Kartagińczyków różnej płci nie były zbyt dobrze widziane, a przyzwoitki opiekujące się dziewczętami nigdy nie oddalały się na tyle, aby dopuścić do bezpośrednich spotkań. Od czego była jednak pomysłowość? Niesforna i zaradna młodzież zawsze jakoś znajdowała sposoby na bliższe kontakty z obiektami westchnień. I pożądania. W ciągu ostatnich miesięcy właśnie tak najchętniej spędzali czas również Hanno i Suniaton. Łowienie ryb jest jednak przyjemniejsze… Choć niewiele – uznał Hanno, tęsknie zerkając w stronę tłumu w poszukiwaniu co atrakcyjniejszych przedstawicielek płci przeciwnej.

Tego dnia jednak agorę objęły w posiadanie nie tłumy chichoczących młodych piękności, lecz grupy poważnych polityków, kupców i wysokich rangą żołnierzy. Wszyscy zmierzali do jednego miejsca. Do budynku senatu. W tych wspaniałych murach, w wielkiej sali kolumnowej, zbierało się regularnie ponad trzystu senatorów, podobnie jak czynili to od pół milenium ich poprzednicy. Obradom przewodniczyło dwóch sufetów, corocznie wybieranych przedstawicieli Kartaginy, którym powierzano władzę wykonawczą. Przez ten czas senatorowie stawali się najważniejszymi osobami w państwie, decydując o wszystkim, od polityki handlowej po negocjacje polityczne z sąsiadami. Na tym jednak zakres uprawnień senatorów się nie kończył. W tym budynku podejmowano też decyzje dotyczące wypowiadania wojny i podpisywania pokoju. Senatorowie nie mieli za to wpływu na wybór dowódcy armii. Od czasu konfliktu zbrojnego z Rzymem decyzję tę pozostawiano wolnym obywatelom Kartaginy. Aby objąć urząd senatora, trzeba było spełnić kilka warunków: być wolnym obywatelem, dysponować dużym majątkiem, należało mieć ukończone co najmniej trzydzieści lat oraz wyróżnić się na jakimś polu aktywności publicznej – czy to w administracji, w gospodarowaniu majątkami rolnymi, w handlu, czy w służbie wojskowej.

Zwykli obywatele mogli decydować o sprawach ważnych dla państwa na wolnych zgromadzeniach ludu Kartaginy, które odbywały się na agorze raz w roku z rozkazu suffetes. W czasach niepokojów Kartagińczycy mogli jednak zbierać się spontanicznie i publicznie debatować nad ważnymi dla losów państwa sprawami. Chociaż takie zgromadzenie nie miało większego wpływu na sprawy bieżące, to właśnie w tym czasie wybierano suffetes i dowódców armii. Hanno nie mógł się już doczekać następnego. Pierwszego, w którym będzie uczestniczyć jako osoba dorosła, uprawniona do głosowania. Jako że ogromna popularność Hannibala niemal gwarantowała, że zostanie on ponownie wybrany na wodza naczelnego wojsk Kartaginy w Iberii, Hanno chciał okazać swoje poparcie dla rodu Barkasów. Na razie mógł to uczynić tylko w taki sposób. Mimo próśb i nalegań Malchus nie pozwolił mu jeszcze zaciągnąć się do armii Hannibala, jak po śmierci matki uczynili Sapho i Bostar. Hanno musiał zakończyć edukację. W tej kwestii nie próbował walczyć z ojcem. Nie miałoby to żadnego sensu. Gdy Malchus postanowił, nigdy nie zmieniał zdania.

Zgodnie z tradycją Hanno nadal mieszkał w domu rodzinnym, ale już od dnia, gdy skończył czternaście lat, w dużej części sam stanowił o sobie i zarabiał na swoje utrzymanie, pracując między innymi właśnie w dużej kuźni, podobnej do tej, którą minęli po drodze do portu. Dzięki temu, że imał się różnych prac, miał dość pieniędzy, aby nie zejść na drogę niezgodną z prawem czy w inny sposób okryć się hańbą. Kartagiński sposób wychowania młodych mężczyzn przypominał ten znany ze Sparty, chociaż nie zmuszał ich aż do tak wielkich wyrzeczeń. Hanno uczył się również języków obcych: greckiego, łacińskiego i iberyjskiego. Robił to nie dlatego, że przejawiał jakieś szczególne zamiłowanie do języków obcych, ale doszedł do wniosku, że ta umiejętność może okazać się przydatna w takim tyglu narodowościowym, jakim była armia Kartaginy. Kartagińczycy niechętnie parali się sztuką wojenną, dlatego często opłacano oddziały najemne lub cedowano zadanie walki w ich imieniu na podległych władców lub podbite krainy. W skład armii Kartaginy wchodzili Libijczycy, mieszkańcy Iberii, Galowie i najemnicy z Balearów.

Hanno uwielbiał tę część edukacji, która była poświęcona sprawom wojskowym. Malchus osobiście omawiał z nim historię militarną. Opowiadał o bitwach Ksenofonta, Termopilach i dokonaniach Aleksandra Macedońskiego. Ojciec nie zapominał też o lekcjach z taktyki i strategii. Szczególną uwagę poświęcił porażkom Kartaginy w wojnie z Rzymem, analizując wyciągnięte z nich wnioski.

– Przegraliśmy, bo naszym przywódcom zabrakło determinacji. Wszyscy myśleli tylko o tym, jak ograniczyć zasięg konfliktu, a nie jak wygrać wojnę. Woleli minimalizować koszty, a nie ignorować je w dążeniu do ostatecznego zwycięstwa! – grzmiał podczas jednej z pamiętnych lekcji Malchus. – Na wszystkich bogów! Rzymianie są jak skundlone, parszywe psy bez matek, ale trzeba im przyznać, że potrafią skupić się na celu. Nigdy nie poddawali się po przegranej bitwie. Nie! Rekrutowali więcej ludzi i budowali więcej okrętów. Gdy skarbiec świecił pustkami, ich przywódcy chętnie poświęcali własny majątek. Dla sprawy. Ta ich cholerna republika jest dla nich najważniejsza. A który Kartagińczyk zaproponował wysłanie własnych zapasów i żołnierzy na Sycylię, gdy tak bardzo ich potrzebowaliśmy? Mój ojciec, Barkas i kilku innych. Nikt więcej. – Malchus wybuchnął, mówiąc to, urywanym, złym śmiechem. – Dlaczego mnie to nie dziwi? Nasi przodkowie byli kupcami, a nie żołnierzami. – Ojciec wbił w Hanno spojrzenie ciemnych, głęboko osadzonych oczu. – Jedyną naszą nadzieją na słuszną zemstę jest Hannibal. To prawdziwy żołnierz. Urodzony przywódca. Jak jego ojciec. Kartagina nigdy nie dała Hamilkarowi szansy pokonania Rzymu, ale możemy ją dać jego synowi. Gdy nadejdzie właściwa chwila.

Hanno wrócił do teraźniejszości. Obok nich przepychał się czerwony na twarzy, postawny senator, klnąc przy tym straszliwie. Zaskoczony Hanno poznał Hostusa, jednego z najbardziej nieprzejednanych przeciwników Malchusa w senacie. Wiecznie zadzierający nosa polityk tak się spieszył, że nawet nie zauważył, z kim się zderzył. Hanno odchrząknął i splunął, choć był na tyle ostrożny, aby nie pokazać senatorowi swojej twarzy. Hostus i jego przyjaciele, zrzędy i męczydusze, bez końca sarkali na Hannibala, ale piali z zachwytu, gdy do portu zawijały statki ze srebrem z kopalń w Iberii. Sami nieźle zarabiali i nie spieszyli się do ponownej konfrontacji z Rzymem. Za to Hanno nie miałby nic przeciwko temu, aby oddać życie w walce z odwiecznym wrogiem. Jednak czas zemsty jeszcze nie nadszedł. Hannibal gotował się do wojny w Iberii i ta wiadomość musiała mu na razie wystarczyć. Pozostało uzbroić się w cierpliwość.

Przyjaciele starali się przebić przez agorę na skos, unikając największego tłumu. Gdy znaleźli się po drugiej stronie budynku senatu, przechodzili obok coraz mniej okazałych domów, a potem już tylko chatynek, jakich można się było spodziewać w pobliżu portu. Dzielnica biedoty zupełnie nie przypominała Byrsy. Było tu niewiele sklepów czy warsztatów, a jedno- lub dwuizbowe chaty wzniesione z cegieł mułowych wyglądały tak, jakby zaraz miały się rozpaść. Koleiny stwardniałego błota na ulicy były głębokie co najmniej na szerokość dłoni i groziły skręceniem kostki, należało więc uważać, jak się stawia stopy. Hanno – mający przed oczyma obrazy porządnej i czystej dzielnicy na wzgórzu– zastanawiał się, dlaczego nikt nie przyśle tu robotników, żeby wypełnili te dziury piaskiem. W takich chwilach dziękował bogom, że pozwolili mu urodzić się w dobrze sytuowanej rodzinie arystokratycznej.

Obskoczyły ich wychudzone, zasmarkane dzieciaki w łachmanach, domagające się jakiejś monety lub skórki chleba. Ich matki, z włosami w strąkach, często brzemienne, zwracały w ich stronę puste twarze o niewidzących oczach, zasnutych mgłą nędzy. Gdzieniegdzie w drzwiach stały półnagie kobiety w prowokacyjnych pozach. Wymalowane usta i mocny makijaż nie wystarczały do ukrycia ich często bardzo młodego wieku. Dziewczyny wyglądały tak, jakby dopiero niedawno stały się pełnoletnie. Boczne uliczki okupowali zarośnięci, podejrzani mężczyźni w brudnych łachach, którzy poświęcali całą uwagę grze w kości o kilka startych monet. Łypali na nich złym wzrokiem, ale żaden nie odważył się ich zaczepić. W nocy może byłoby inaczej, ale teraz, w ciągu dnia, w pobliżu wielkiego muru przechadzali się wartownicy pilnujący porządku. Wszelkie wykroczenia i zbrodnie były surowo karane przez władze, a krzyk ofiary od razu sprowadziłby złoczyńcom na karki stróżów prawa.

W powietrzu coraz wyraźniej czuć było zapach soli. Coraz donośniej brzmiały krzyki unoszących się wysoko mew, nawoływania żeglarzy i rybaków w portach. Podekscytowany Hanno puścił się biegiem wąską alejką, a potem przeskakiwał po kilka stopni również wąskich schodów prowadzących na szczyt muru tuż za linią brzegową. Suniaton nie odstępował go na krok. Schody pięły się ostro ku górze, ale obaj byli młodzi i wystarczająco sprawni, żeby pokonać je bez trudu. Powierzchnię szerokiego na trzydzieści kroków muru na całej długości pokrywał czerwony, twardy chodnik. Mniej więcej co pięćdziesiąt kroków wznosiła się potężna baszta. W barakach, rozmieszczonych w regularnych odstępach, stacjonowały oddziały żołnierzy.

Wartownicy z najbliższej grupy – czwórka libijskich włóczników – unieśli leniwie wzrok i nie widząc w nich żadnego zagrożenia, ponownie odwrócili twarze ku morzu. Gdy panował pokój, obywatele mogli w ciągu dnia przebywać na murach. Młodszy oficer zerkał od czasu do czasu na turkusowe fale pod nimi, ale widać było, że jest bardziej zainteresowany rozmową ze swoimi ludźmi. Hanno przebiegł obok Libijczyków truchtem, podziwiając ich ogromne tarcze, większe nawet od tych używanych przez Greków. Wykonano je z drewna i pokryto warstwą koźlej skóry oraz paskami metalu. Na każdej widniał malunek twarzy demona, który jednocześnie był symbolem jednostki.

W tej chwili usłyszeli dochodzący z portu wojennego dźwięk trąbek. Suniaton sadził teraz długie susy.

– Szybko! – krzyknął. – Może właśnie wodują kwinkweremę!

Hanno popędził za przyjacielem. Widok rozciągający się spod muru na okrągły port wojenny nie miał sobie równych. Dzięki mistrzostwu inżynierów i budowniczych kartagińskie okręty były niewidoczne dla oczu ciekawskich żeglarzy z portu handlowego. Nie widać ich było także od strony morza, a osłonięte wejście do portu miało szerokość trochę większą niż szerokość kwinkweremy, największego okrętu, który mógł korzystać z bazy floty.

Gdy dotarli na nabrzeże, Hanno skrzywił się niezadowolony. Zamiast imponującego okrętu wojennego gładko zanurzającego się w morskich falach ujrzał jedynie fioletowy płaszcz jakiegoś admirała, dumnie przechadzającego się wzdłuż molo, które prowadziło od nabrzeży z dokami ku centralnej wyspie, gdzie znajdowała się siedziba dowódców floty. Po chwili ponownie zabrzmiały fanfary. Admirał chciał się chyba upewnić, że wszyscy będą wiedzieli, kto przybywa.

– Czego on się tak puszy? –mruknął ze złością Hanno.

Malchus miał wiele cierpkich słów dla niekompetentnych dowódców kartagińskiej floty, więc Hanno naturalnie też nie był o nich najlepszego zdania. Czas Kartaginy jako potęgi morskiej już dawno minął. Marzenia Kartaginy o wielkości przerwał Rzym podczas trudnej i gorzkiej kampanii o panowanie nad Sycylią. Co ciekawe, przed rozpoczęciem tego konfliktu Rzymianie nie byli uważani za dobrych żeglarzy. Jednak potrafili szybko opanować niezbędne umiejętności, wydoskonalić się w taktyce oraz strategii wojny morskiej, a nawet uzupełnić ją o kilka nowych sztuczek. Od czasu ostatniej klęski Kartagina nie zrobiła zbyt wiele, aby odzyskać panowanie na morzach.

Hanno westchnął ciężko. Naprawdę jedyną nadzieją był dla nich Hannibal ze swoją potężną armią.

Jakiś czas później Hanno mógł wreszcie zapomnieć o wszystkich przyziemnych zmartwieniach. Ich mała łódka po pokonaniu prawie połowy mili morskiej znalazła się bezpośrednio nad wielką ławicą tuńczyków. Dzięki widocznej z daleka wzburzonej powierzchni wody nie mieli większych trudności z jej zlokalizowaniem. Duże srebrne ryby z upodobaniem polowały na sardynki, kotłując się i tym samym zdradzając swoją lokalizację. Wszędzie zresztą pełno było innych łodzi, a dodatkową pomocą okazały się stada morskich ptaków, przywiedzionych tu perspektywą łatwego posiłku. Z upodobaniem i zwinnością nurkowały w dół, by poderwać się tuż nad lustrem wody. Źródło Suniatona okazało się wiarygodne, a młodzieńcy zaraz po zajęciu pozycji przez większość czasu szczerzyli się do siebie, jakby byli niespełna rozumu, z radości na myśl o pieniądzach, które zarobią. Nie musieli się specjalnie natrudzić przy połowie. Jeden z nich wiosłował, a drugi pilnował ustawienia małej sieci. Mimo że pamiętała lepsze czasy, zwykła plecionka ze sznurków spełniała swoje zadanie. Klocki drewna na górnej krawędzi sprawiały, że unosiła się na wodzie, a małe kawałki ołowiu na dolnej utrzymywały ją rozciągniętą pod wodą. Po pierwszym zarzuceniu wyciągnęli blisko dwadzieścia tuńczyków, każdy większy i dłuższy niż przedramię mężczyzny. Kolejne zarzucenia sieci były równie udane i wkrótce dno łodzi pokryła gruba warstwa ryb. Jeszcze kilka, a będą ryzykować przeciążeniem łodzi.

– Dobra robota jak na tak wczesny ranek – oświadczył Suniaton.

– Ranek? – Hanno roześmiał się, mrużąc oczy w słońcu. – Łowimy niecałą godzinę. Chyba nie może być łatwiej, co?

Suniaton spojrzał na niego poważnie.

– Nie przesadzaj… Pomyśl o pieniądzach, które zarobimy, sprzedając je. Uważam, że należy nam się nagroda za pracę. – Sięgnął do tobołka i z rozmachem wyciągnął z niego małą amforę.

Hanno roześmiał się na ten widok. Suniaton był naprawdę niepoprawny!

Zachęcony do dalszego dokazywania Suni udawał teraz, że obsługuje gości na ważnym przyjęciu.

– Nie jest to najdroższe wino z piwniczki ojca, jak mniemam, ale całkiem zacne. – Użył noża, żeby rozkruszyć woskową pieczęć. Uniósł amforę do ust i pociągnął duży łyk. – Bardzo smaczne – orzekł, przekazując Hanno gliniane naczynie.

– Prostak. Rozkoszuj się smakiem powoli. – Hanno spróbował trunku. Rozprowadził wino językiem w ustach, tak jak uczył go Malchus. Czerwony trunek był lekki i miał owocowy smak, ale wyczuwało się jego kwaskowatość. – Myślę, że powinno było jeszcze kilka lat poleżakować.

– I kto teraz zachowuje się jak napuszony kołtun? – Suniaton kopnął tuńczyka, który wylądował na nodze Hanno. – Zamknij się i pij! – Hanno z uśmiechem posłuchał przyjaciela, tym razem biorąc potężny haust. – Ej! Ale nie wydudlij mi wszystkiego!

Szybko opróżnili amforę. Potem wygłodniali rzucili się na chleb, orzechy i owoce, które kupił Suniaton. Gdy skończyli pracę i napełnili brzuchy, zamknięcie oczu i krótki odpoczynek wydawały się najbardziej naturalną rzeczą na świecie. Błyskawicznie obaj zaczęli chrapać w najlepsze, odurzeni alkoholem, który przecież rzadko mieli okazję pić w takich ilościach.

Hanno obudziły dopiero zimne podmuchy wiatru. Przez chwilę nie bardzo wiedział, co się dzieje. Dlaczego łódź tak mocno skacze na falach? Zadrżał pod wpływem przenikliwego zimna. Otworzył zaspane oczy. Najpierw jego zmysły skoncentrowały się na obrazie zwiniętego Suniatona, który wciąż ściskał pustą amforę, pół leżąc, pół siedząc, w otoczeniu ryb o pustych oczach, które już się nie ruszały. Spojrzał w górę i poczuł ukłucie strachu. Zamiast jasnego nieba ujrzał ciężkie, niebiesko-czarne kłęby chmur, napływające z północnego zachodu. Zamrugał, bo nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Jak to możliwe, że pogoda zmieniła się tak szybko? Chwilę później poczuł na policzku pierwsze krople deszczu. Rozejrzał się wokół. Wszędzie, jak okiem sięgnąć, wzburzone wody. Żadnych rybaków. Żadnych łodzi, które otaczały ich wcześniej w tak wielkiej liczbie. Nie widział też brzegu! To przeraziło go najbardziej.

Pochylił się i potrząsnął ramieniem Suniatona.

– Obudź się!

Jedyną reakcją przyjaciela było zirytowane chrząknięcie.

– Suni! – Tym razem Hanno zdzielił towarzysza w twarz.

– Hej! – pisnął Suniaton, siadając. – Za co to? – Hanno nie odpowiedział. – Gdzie jesteśmy! Na wszystkich bogów!

Suniaton szybko wytrzeźwiał. Kręcił głową na wszystkie strony, szukając wzrokiem ziemi.

– Na świętą Tanit… – wyszeptał. – Jak długo spaliśmy?

– Musiały minąć ze dwie godziny albo i więcej – żachnął się Hanno. Wskazał na zachód, gdzie dysk słońca ledwo przebijał się przez burzowe chmury. Jego położenie powiedziało im, że jest już późne popołudnie. Wstał, starając się nie wywrócić łódki. Skupił wzrok na horyzoncie, gdzie niebo stykało się z groźnym, sinym teraz morzem i próbował wypatrzyć znajome mury Kartaginy lub chociaż skalisty cypel na północ od miasta.

– Widzisz coś? – Suniaton nie potrafił ukryć trwogi w głosie.

Hanno usiadł ciężko.

– Nic a nic. Musimy być z piętnaście albo nawet dwadzieścia stadia od brzegu. Może nawet więcej.

O ile na twarzy Suniatona wcześniej były jakieś kolory, to teraz zrobiła się całkiem blada. Odruchowo złapał za wiszącą na rzemieniu na szyi złotą rurkę. Zakończona głową lwa zawierała małe kawałki pergaminu z zaklęciami ochronnymi i modlitwą do bogów. Hanno nosił podobny amulet. Z wielkim wysiłkiem powstrzymał się od zrobienia tego samego.

– Musimy wiosłować.

– W taką pogodę? – Głos Suniatona zrobił się nienaturalnie wysoki. – Czyś ty oszalał?

Hanno spojrzał na niego z wyrzutem.

– A jaki mamy wybór? Wskoczyć do wody i płynąć wpław?

Suniaton spojrzał na fale. Obaj świetnie pływali, ale nigdy nie musieli pokonywać dużego dystansu. Ponadto zwykle nie pływali w tak trudnych warunkach pogodowych.

Hanno pierwszy chwycił za krótkie wiosła leżące na dnie łodzi. Umieścił je w żelaznych dulkach. Obrócił obły dziób łodzi w kierunku zachodnim i zaczął wiosłować. Od razu jednak instynktownie poczuł, że jego wysiłki są skazane na porażkę. Wyczuwał coraz większą moc fal, potężniejszych, niż kiedykolwiek widział. Morze wydawało się wściekłą bestią, która wyrwała się spod kontroli. Wyjący wicher nadawał jej przerażający głos. Starał się zignorować złe myśli, koncentrując się na każdym ruchu wioseł. Odchylić się do przodu. Pociągnąć za wiosła zanurzone piórami w wodzie. Unieść. Pochylić się do przodu, przesuwając uchwyty między kolanami. Powtórzyć. Nie zwracał uwagi na uderzenia gorąca i suchość w ustach, cały czas przeklinając swoją głupotę. Po co wypiłem tyle wina? Pomyślał gorzko, że gdyby słuchał ojca, teraz siedziałby w ciepłym domu. Bezpieczny na suchym lądzie.

W końcu, gdy mięśnie ramion odmówiły mu posłuszeństwa, Hanno przestał wiosłować. Drżał ze zmęczenia. Minęło co najmniej ćwierć godziny. Nie musiał się jednak nawet specjalnie rozglądać, żeby wiedzieć, że ich pozycja chyba niewiele się zmieniła. Po każdych trzech pociągnięciach przesuwających łódź po powierzchni wody przeciwny prąd znosił ją na co najmniej dwie jej długości na pełne morze.

– No i co? – krzyknął do przyjaciela. – Widzisz coś?

– Nie – odpowiedział ponuro Suniaton. – Przesuń się. Teraz moja kolej. Nie mamy wiele czasu.

To nasza ostatnia szansa – pomyślał Hanno, spoglądając na ciemniejące niebo.

Ostrożnie zmienili się miejscami. Z powodu dużej ilości śliskich ryb pod stopami poruszanie się w tak niewielkiej łodzi było trudniejsze niż zwykle. Podczas gdy jego przyjaciel pracował przy wiosłach, Hanno z napięciem lustrował horyzont, szukając wskazówki, która powiedziałaby mu, że zbliżają się do lądu. Żaden z nich się już więcej nie odezwał. Nie było sensu. Deszcz bębnił teraz w ich plecy i łączył się z wyciem wiatru, tworząc kakofonię dźwięków prawie uniemożliwiającą normalną rozmowę. Tylko solidnej konstrukcji łodzi zawdzięczali, że jeszcze nie nakryła ich woda.

W końcu i Suniaton stracił siły. Spojrzał na Hanno. W jego oczach wciąż tliła się jeszcze nadzieja.

Hanno pokręcił głową.

Jego przyjaciel zaklął szpetnie.

– Jest środek lata! Takie burze nie przychodzą bez ostrzeżenia. – Wzdrygnął się przerażony.

– Może tak wcale nie było – warknął. – Jak myślisz? Dlaczego nie ma obok nas żadnych łodzi? Wszyscy pewnie popłynęli do brzegu, gdy wiatr zaczął się wzmagać.

Suniaton zaczerwienił się ze wstydu. Zwiesił głowę.

– Przepraszam. To moja wina. Nie powinienem był kraść wina ojcu.

Hanno pochylił się do przodu i położył rękę na kolanie przyjaciela.

– Nie obwiniaj się. Nie zmuszałeś mnie do picia. To był mój wybór.

Suniaton uśmiechnął się blado. Gdy spojrzał pod nogi, uśmiech błyskawicznie zniknął z jego twarzy.

– O nie!

Hanno z przerażeniem stwierdził, że tuńczyki unoszą się wokół jego stóp. Nabierali wody. Natychmiast musieli coś z tym zrobić. Zaczęli wyrzucać cenny łup za burtę. Teraz myśleli tylko o przeżyciu, a nie o zysku. Gdy odsłonili dno, zobaczyli luźny gwóźdź, który spowodował przesunięcie się jednej z desek. Hanno zdjął sandał i użył wzmocnionej żelaznymi nitami podeszwy, żeby wbić gwóźdź, przez co napływ wody wyraźnie się zmniejszył. Na szczęście mieli na pokładzie też mały cebrzyk, w którym zwykle przechowywali zapasowe kawałki ołowianych obciążników do sieci. Chwycił go i zaczął ciężko pracować, wylewając wodę. Ku jego ogromnej uldze udało się doprowadzić stan wody do poziomu, który nie zagrażał zatonięciem.

Potężny grzmot, który przetoczył się po niebie, omal go nie ogłuszył.

Suniaton jęknął ze strachu, a Hanno wyprostował się i zamarł.

Niebo nad ich głowami przybrało złowróżbny czarny kolor, a błyskające wewnątrz poskręcanych kołtunów chmur biało-żółte światła zapowiadały potężne błyskawice. Wiatr smagał fale, wprawiając je w szał. Z każdą chwilą stawał się coraz silniejszy. Sztorm miał właśnie pokazać im swoje najgroźniejsze oblicze. Wody w łodzi znów przybyło i Hanno musiał pracować dwa razy szybciej przy jej wylewaniu. Stracili już jakąkolwiek szansę na to, że wiosłując, dotrą do brzegu. Łódź poruszała się tylko w jednym kierunku. Zmierzali na wschód. Na pełne morze. Hanno starał się nie okazać, jak bardzo się boi.

– Co z nami będzie? – zapytał Suniaton płaczliwym głosem.

Uświadomiwszy sobie, że jego przyjaciel potrzebuje teraz słów otuchy, Hanno próbował wymyślić jakąś optymistyczną odpowiedź, ale nic nie przychodziło mu do głowy. To nie mogło się skończyć inaczej, jak tylko przedwczesnym spotkaniem z Melkartem, bogiem mórz.

W jego pałacu na dnie.

Rozdział II

Okolice Kapui, Kampania

Kwintus obudził się tuż po świcie, gdy tylko pierwsze promienie słońca wkradły się przez okno do jego sypialni. Ponieważ nigdy nie lubił kisić się w łóżku o poranku, szesnastolatek szybko poderwał się, odrzucając koc, którym się przykrywał. Miał na sobie tylko licium, lnianą bieliznę. Od razu skierował się ku małemu ołtarzykowi, znajdującemu się w najdalszym rogu pomieszczenia. Czuł ekscytację na myśl o tym, co przyniesie ten dzień. Dziś będzie mu dane po raz pierwszy poprowadzić polowanie na niedźwiedzia. Wkrótce miał urodziny, a jego ojciec chciał, aby właśnie w ten – odpowiedni do jego stanu – sposób zaakcentować wkroczenie przez niego w wiek dorosły. „Nie mam wątpliwości, że toga będzie na ciebie pasować” – wyjaśniał wczoraj Fabrycjusz. „Ale w twoich żyłach płynie oskijska krew. Czy znasz jakiś lepszy sposób, aby udowodnić swoją odwagę, niż zabicie największego drapieżnika zamieszkującego lasy Italii?”

Kwintus ukląkł przed ołtarzem. Zamknął oczy i zmówił modlitwę. Jak zwykle prosił bogów, aby zachowali w zdrowiu oraz dobrobycie jego i całą rodzinę. Potem dodał kilka bardziej osobistych próśb: aby nie miał problemów z odnalezieniem śladów niedźwiedzia i nie zgubił tropu, aby w najtrudniejszych chwilach nie zawiodła go odwaga, gdy już uda im się odszukać dzikie zwierzę, oraz aby cios jego włóczni był celny i szybki…

– Nie trap się bracie. – Usłyszał za plecami kobiecy głos. – Wszystko dziś pójdzie dobrze.

Zaskoczony Kwintus ujrzał siostrę, która zerkała do jego pokoju zza uchylonych drzwi. Aurelia była prawie trzy lata młodsza od niego i… uwielbiała długo spać.

– Tak wcześnie na nogach? – zapytał z pobłażliwym uśmiechem na ustach.

Aurelia ziewnęła przeciągle, przeczesując dłonią gęste, kruczoczarne włosy, dłuższe niż jego, ale równie ciemne. Nie dało się ukryć, że są rodzeństwem. Łączył ich nie tylko kolor włosów, ale podobne proste nosy, lekko spiczaste podbródki i szare oczy.

– Nie mogłam spać. Myślałam o twoim polowaniu.

– Martwisz się o mnie? – zażartował wyzywająco, ciesząc się w duchu, że może na chwilę zapomnieć o swoich obawach.

Aurelia weszła do pokoju.

– Oczywiście, że nie. No wiesz… trochę. Modliłam się do Diany. Ona cię poprowadzi – oświadczyła uroczyście.

– Wiem – odparł Kwintus z pewnością w głosie, która nie współgrała z jego myślami. Pokłonił się przed figurkami na ołtarzyku, a potem wstał z kolan. Zanurzył głowę w wodzie przygotowanej w brązowej misie, która stała przy jego łóżku. Wyprostował się i wytarł twarz i ociekające wodą ramiona kawałkiem materiału. – Wieczorem wszystko ci opowiem. – Założył tunikę z krótkimi rękawami, a potem usiadł, żeby zasznurować sandały.

Aurelia zmarszczyła brwi.

– Kiedy ja chciałabym zobaczyć to na własne oczy…

– Kobiety nie polują.

– To takie niesprawiedliwe!

– Wiele rzeczy jest niesprawiedliwych na tym świecie. Musisz to zaakceptować.

– Ale przecież nauczyłeś mnie używać procy.

– I może to nie był najlepszy pomysł – mruknął Kwintus. Ku jego zdziwieniu okazało się, że Aurelia miała prawdziwy talent i zwykle bezbłędnie trafiała w cel, co naturalnie przekładało się u niej na jeszcze większe pragnienie uczestniczenia w zabronionych zajęciach. – Na razie udało nam się utrzymać to w tajemnicy, ale wyobraź sobie reakcję matki, gdyby się dowiedziała.

– Jesteś już prawie kobietą – odezwała się Aurelia, naśladując Atię, ich matkę. – Takie zachowanie nie przystoi młodej damie. Musisz z tym natychmiast skończyć!

– Właśnie… – Kwintus zignorował grymas niezadowolenia rysujący się na twarzy siostry. – A co powiedziałaby, gdyby się wydało, że jeździsz konno? – Wcale nie chciał stracić ulubionego towarzysza konnych wycieczek, ale nie miał na to wielkiego wpływu. – To nie są zajęcia dla kobiet.

– No tak… Gotowanie, tkanie. Dbanie o ogród. Nadzorowanie niewolników. Tym powinnam się zajmować. Ale to takie nudne! – odparła wzburzona Aurelia. – W przeciwieństwie do polowania czy nauki fechtunku mieczem.

– Nie jesteś też wystarczająco silna, aby utrzymać choćby włócznię.

– Nie? – Aurelia podwinęła rękaw nocnej koszuli, żeby pokazać bratu naprężony biceps. Uśmiechnęła się, widząc jego zaskoczenie. – Ćwiczyłam z kamieniami. Tak samo jak ty.

– Słucham? – Kwintus nie był w stanie ukryć zdumienia. Dbał o kondycję fizyczną i ćwiczył w lesie przylegającym do ich posiadłości. Jak widać nie udało mu się ukryć śladów tej aktywności. – Szpiegujesz mnie? I naśladujesz?

– Oczywiście. Po zakończeniu swoich lekcji, gdy nie mam już żadnych obowiązków, bez trudu wymykam się z domu, tak żeby nikt mnie nie zobaczył. – Aurelia uśmiechała się szeroko.

– Jesteś uparta, nie ma co… – Kwintus pokiwał głową. Przemówienie jej do rozsądku mogło być trudniejsze, niż przypuszczał. Cieszył się jednak, że niedługo nie będzie musiał się tym martwić. Gdy przypomniał sobie podsłuchaną rozmowę rodziców o znalezieniu męża dla Aurelii, obudziło się w nim lekkie poczucie winy. Wiedział, jak jego siostra przyjmie tę wiadomość. Źle.

– Wiem, że to nie może trwać wiecznie – odezwała się ponurym głosem. – Wkrótce bez wątpienia wydadzą mnie za mąż.

Kwintus nie dał po sobie poznać, jak bardzo zaskoczył go komentarz siostry. Nawet jeśli Aurelia nie słyszała tej konkretnej rozmowy, w zasadzie nie było nic dziwnego w tym, że doskonale wiedziała, co ją czeka. Może mógłbym jej pomóc, a nie udawać, że to się nie zdarzy?

– Kojarzone małżeństwa wcale nie muszą okazać się katastrofą… – zaczął niepewne. To była prawda. Większość przedstawicieli rzymskiej arystokracji wkładała sporo wysiłku w to, aby związki ich dzieci były obustronnie korzystne. Tak właśnie funkcjonowało rzymskie społeczeństwo. – Możesz być bardzo szczęśliwa z tym, kogo wybiorą dla ciebie rodzice.

Aurelia spojrzała na niego z dezaprobatą.

– I myślisz, że ja w to uwierzę? Oni pobrali się z miłości. Dlaczego ja nie miałabym zrobić tak samo?

– To była zupełnie niezwykła sytuacja. Mało prawdopodobne, że coś takiego zdarzy się i tobie. Ponadto ojciec ma na uwadze również twoje dobro, a nie tylko interesy rodziny.

– Tylko czy to jest gwarancja szczęśliwego związku?

– Z pomocą bogów? Tak. I tak będziesz miała lepiej niż ja – dodał, próbując pocieszyć siostrę. – Mogę skończyć u boku jakiejś starej jędzy, która uczyni moje życie koszmarem! – Kwintus w głębi serca cieszył się jednak, że jest mężczyzną. Niewątpliwie prędzej czy później i jego czeka ożenek, ale rodzice nie muszą się z tym jakoś specjalnie spieszyć. W międzyczasie jego młodzieńcze żądze w pełni zaspokajała Elira, uderzająco piękna niewolnica z Ilirii. Pracowała w domu i spała na podłodze w atrium, więc nie miała trudności z zakradaniem się w nocy do jego komnaty. Kwintus sypiał z nią od dwóch miesięcy, od czasu, gdy zauważył, że dziewczyna rzuca mu pełne żaru spojrzenia. Miał nadzieję, że nikt nie wie, że coś ich łączy.

Aurelia wreszcie się uśmiechnęła.

– Jesteś za przystojny na coś takiego.

Roześmiał się na ten komplement.

– Czas na śniadanie. – Kwintus chciał zakończyć ten niewygodny dla niego temat.

Z ulgą przyjął skinienie głowy Aurelii.

– Musisz zjeść coś porządnego, żeby mieć dużo siły na polowaniu.

Kwintus znów poczuł skurcz w żołądku, który przytłumił głód. Musiał coś zjeść, choćby po to, żeby zrobić dobre wrażenie.

Kwintus zostawił Aurelię zajętą rozmową z Juliuszem, niewolnikiem odpowiedzialnym za funkcjonowanie kuchni w gospodarstwie, i szybko zamknął za sobą drzwi. Zjadł niewiele, ale miał nadzieję, że Aurelia tego nie zauważyła. Zrobił kilka kroków przez peristylium, wewnętrzny dziedziniec willi otoczony portykiem kolumnowym, i natknął się na Elirę. Niewolnica niosła kosz wypełniony warzywami i ziołami z ogrodu. Jak zwykle rzuciła mu uwodzicielskie spojrzenie. Tego ranka Kwintus nie myślał o cielesnych uciechach. Uśmiechnął się do niej, ale poszedł dalej, bez słowa.

– Kwintusie!

Aż podskoczył na dźwięk głosu, chyba jednego z najbardziej rozpoznawalnych w tym domu. Należał do Atii, jego matki. Kwintus obejrzał się, ale jej nie zobaczył, co oznaczało, że prawdopodobnie znajdowała się w atrium, gdzie koncentrowało się życie rodzinne. Szybko okrążył szemrzącą fontannę stojącą w środku dziedzińca, przeszedł przez przyjemnie chłodne tablinum, salę recepcyjną, która prowadziła do atrium, a stamtąd do korytarza.

– To piękna dziewczyna.

Kwintus odwrócił się w stronę matki stojącej w cieniu przy drzwiach, w dobrym punkcie obserwacyjnym, z którego świetnie widać było perystyl.

– Ss… Słucham?

– Bacz, że nie widzę niczego zdrożnego w dzieleniu łoża z niewolnicą. – Atia wyszła z cienia. Jak zawsze Kwintus nie mógł nie zauważyć, z jaką gracją się porusza, a także jej nietuzinkowej urody. Jego matka była ucieleśnieniem piękna oskijskich kobiet. Niska i szczupła, dbała o swój wygląd z wielką starannością. Wysokie kości policzkowe podkreślała ochrą. Brwi i powieki delikatnie czerniła popiołem. Ciemnoczerwoną stolę, wydłużoną, przepasaną tunikę, uzupełniał kremowy szal. Długie, kruczoczarne włosy przytrzymywała szpilką z kości słoniowej i diademem. – Pamiętaj jednak, żeby nie robić tego zbyt często, bo wtedy wpadają im do głów pomysły nieprzystające do ich pozycji.

Kwintus poczerwieniał. Nigdy nie rozmawiał z matką o miłości fizycznej, a ona również nigdy nie komentowała jego zachowań wobec kobiet. W pewnym sensie nie był jednak wcale zaskoczony tym, że to właśnie ona zaczęła tę rozmowę, a nie jego ojciec. Fabrycjusz był twardy i surowy, ale – jak często powtarzał – jego żona nie służyła w armii tylko dlatego, że los sprawił, iż urodziła się kobietą. Zwykle to Atia bywała bardziej stanowcza niż Fabrycjusz.

– Jak się dowiedziałaś?

Jej szare oczy przewiercały Kwintusa na wylot.

– Słyszałam was w nocy. Trzeba być kompletnie głuchym, żeby nie usłyszeć.

– Och… – jęknął. Nie bardzo wiedział, gdzie podziać oczy. Nie ruszał się. Zwiesił głowę i przyglądał się skomplikowanej mozaice pod stopami, marząc, aby ziemia się rozstąpiła i go pochłonęła, oszczędzając mu wstydu. Wydawało mu się, że zachowują się wystarczająco dyskretnie.

– Daj spokój. Nie jesteś pierwszym synem nobila, który spółkuje z piękną niewolnicą.

– Nie, matko…

Atia uniosła dłonie w lekceważącym geście.

– Twój ojciec zachowywał się tak samo, kiedy był młodszy. Każdy tak robi.

Kwintus był zaskoczony niespodziewaną otwartością matki. Pomyślał, że to musi być jakaś część rytuału wchodzenia w dorosłość.

– Powinieneś być bezpieczny z Elirą. Jest czysta – dodała szybko Atia. – Ale nowe nałożnice wybieraj starannie. Jeśli trafisz do lupanaru, wybieraj te droższe. Bardzo łatwo złapać jakąś nieprzyjemną chorobę.

Kwintus otworzył i zamknął usta, nie wydając głosu. Nie zapytał, skąd jego matka wie, że Elira jest… Czysta? Jako ornatrix Atii, Iliryjka codziennie rano zajmowała się garderobą matki. Zapewne przeżyła trudne chwile, gdy Atia dowiedziała się, co się dzieje.

– Tak, matko.

– Gotów na polowanie?

Kwintus uciekał przed palącym wzrokiem Atii. Nie śmiał spojrzeć jej w oczy. Zastanawiał się, czy matka potrafi dostrzec trawiący go niepokój.

– Tak myślę…

– Modliłeś się o łaskę bogów? – Na szczęście matka nie skomentowała jego podejrzanego zachowania.

– Tak.

– Zróbmy to jeszcze raz.

Skierowali się do atrium. Oświetlały je promienie słoneczne wpadające przez otwór w suficie. Specjalnie pochylony dach sprawiał, że woda deszczowa spływała do zbiornika umieszczonego w centralnym punkcie pomieszczenia. Ściany atrium zdobiły barwne rysunki, przedstawiające rzędy kolumn, które prowadziły do wyimaginowanych pokojów. Dzięki temu pomieszczenie wydawało się większe, niż było w rzeczywistości. W tym miejscu koncentrowało się życie rodzinne i towarzyskie. To stąd prowadziły korytarze do ich sypialni, biura Fabrycjusza i licznych magazynów. Tutaj też – w zacienionym narożniku najbliższym ogrodowi – znajdował się ołtarz poświęcony bogom.

Na niewielkiej kamiennej półce stały posążki Jowisza, Marsa lub Mamersa, jak nazywali go Oskowie, a także Diany. Na twarzach figurek pląsały cienie, efekt chwiejnych płomieni płaskich, okrągłych lampek oliwnych. Na ścianie nad ołtarzem wisiały płaskorzeźby przedstawiające przodków Kwintusa. W większości były to podobizny ascendentów Fabrycjusza. Ludzie wojny, którzy podporządkowali Kampanię Rzymowi ponad sto lat wcześniej. Fabrycjusz zgodził się na to, aby obok nich zawisły również płaskorzeźby przedstawiające przodków Atii, wyrażając w ten sposób szacunek do historii rodu żony. Arystokraci oskijscy zamieszkiwali te tereny od wielu pokoleń. Oczywiście Kwintus był niezwykle dumny z dziedzictwa obu rodzin.

Uklękli obok siebie w słabym świetle, pogrążeni w milczących prośbach kierowanych do bogów.

Kwintus jeszcze raz powtórzył modlitwę, którą zmówił w swojej sypialni. Uspokoił się trochę, ale modły nie mogły rozproszyć wszystkich jego lęków. Przynajmniej nie myślał już o tym, jak bardzo czuł się zakłopotany rozmową o Elirze. Gdy jednak skierował twarz ku matce, skonsternowany stwierdził, że ta przygląda mu się uważnie.

– Twoi przodkowie będą cię strzec – powiedziała cicho. – Pomogą ci. Poprowadzą twoją włócznię. Nie zapominaj o tym.

Widziała jego strach. Zawstydzony Kwintus kiwnął głową.

– Tutaj jesteś! Szukałem cię! – Od strony korytarza prowadzącego do perystylu rozległ się donośny głos Fabrycjusza. Ojciec był niewysoki, ale dobrze zbudowany. Miał krótkie włosy, teraz już bardziej siwe niż brązowe. Gładko ogolone policzki pozwalały dostrzec zdrową, smagłą od słońca skórę, ciemniejszą niż u Kwintusa. Ojciec i syn mieli takie same proste nosy i szerokie szczęki. Fabrycjusz był już w ubraniu, którego używał na polowaniach: w starej, ulubionej tunice, z paskiem, za którym nosił sztylet z rękojeścią z kości słoniowej, i w sprawdzonych niejednokrotnie skórzanych sandałach. Nawet bez rynsztunku wyglądał jak żołnierz.

– Skończyliście się modlić? Bo musimy się przygotować.

– Tak, ojcze. – Kwintus przeniósł wzrok na matkę.

– Idź. Zobaczymy się później.

Poczuł się pewniej. Muszę myśleć, że mi się uda!

– Czas wybrać dla ciebie włócznię.

Fabrycjusz poprowadził go do jednego ze składzików, gdzie przechowywano broń i inne wyposażenie potrzebne do polowań. Kwintus rzadko miał okazję w nim przebywać, ale i tak było to jego ulubione miejsce w domu. Gdy ojciec wyjął mały klucz, którym otworzył kłódkę, czuł, że krew w jego żyłach zaczyna wrzeć. Zamek ustąpił z cichym kliknięciem. Fabrycjusz przesunął zasuwę i pociągnął drzwi, które otworzyły się na oścież.

Wpadające do zbrojowni słońce nie oświetlało całego pomieszczenia, w którym wciąż panował półmrok. Kwintus od razu spojrzał na drewniany stojak, na którym znajdował się paradny hełm boetański o nietypowym kształcie, z szerokimi osłonami. Wyróżniała go długa, czerwona kita końskich włosów. Mimo upływu czasu hełm robił niesamowite wrażenie. Kwintus uśmiechnął się pod nosem, przypominając sobie dzień, gdy ojciec zostawił otwarte drzwi, a on zakradł się, by w tajemnicy przed wszystkimi założyć to dzieło sztuki. Wyobrażał sobie, że jest dorosły i służy w rzymskim oddziale jazdy legionowej. Marzył, że któregoś dnia ten hełm stanie się jego własnością.

Na ziemi pod stojakiem leżała para prostych nagolenników, wykonanych z brązu, tak samo jak hełm. Obok stała okrągła tarcza kawalerzysty, wzmocniona utwardzoną skórą wołu. Wspierał się na niej długi, zakończony kościaną głownią miecz w skórzanej pochwie, zdobionej brązowymi skuwkami: gladius hispaniensis. Jego ojciec twierdził, że broń ta została przyjęta przez Rzymian na wyposażenie armii po tym, gdy legiony starły się z najemnikami walczącymi dla Kartaginy. Chociaż miecze tego typu wciąż nie były jeszcze standardowym wyposażeniem kawalerzystów, mieli je praktycznie wszyscy piesi legioniści. Proste, obustronne ostrze gladiusa, prawie tak długie jak ramię mężczyzny, we wprawnych rękach było śmiertelnie niebezpieczne.

Kwintus patrzył z szacunkiem, jak Fabrycjusz delikatnie gładzi hełm i dotyka rękojeści miecza. Te świadectwa historii i przeszłości jego ojca od zawsze go fascynowały. Kwintus nie mógł się też doczekać, kiedy wreszcie zacznie uczyć się wojennego rzemiosła. Chociaż nieźle radził sobie na polowaniach, nie miał prawie żadnego doświadczenia w posługiwaniu się bronią żołnierza. Rzymianie uczyli się tego dopiero w legionach, a więc nie wcześniej niż po ukończeniu siedemnastego roku życia. Na razie poznawał historię militarną i brał lekcje taktyki. No i miał jeszcze polowania. To musiało mu wystarczyć. Na razie.

Fabrycjusz zbliżył się do regału z bronią.

– Wybierz.

Kwintus przyglądał się z zachwytem różnym rodzajom oszczepów i włóczni używanych przez hoplitów. Dzisiejszy wybór musi spełniać specyficzne potrzeby. Zatrzymanie szarżującego niedźwiedzia było trudniejsze niż walka z żołnierzem wroga. Potrzebował znacznie cięższej broni, która wytrzymałaby napór bestii. Jego palce instynktownie zamknęły się na nieco szerszym niż zazwyczaj jesionowym drzewcu włóczni, której już kiedyś używał. Była zakończona obustronnym ostrzem w kształcie liścia, zamocowanym na długim, wydrążonym trzonie. Podstawę żeleźca osłonięto z każdej strony grubym żelaznym prętem. Została specjalnie pomyślana, aby uniemożliwić ofierze dosięgnięcie osoby trzymającej włócznię. Czyli jego.

– Ta będzie odpowiednia – odezwał się pewnie, starając się wyrzucić z głowy obraz niedźwiedzia dosięgającego go pazurami.

– Dobry wybór – odrzekł z ulgą ojciec. Klepnął Kwintusa w bark. – Co dalej?

Podekscytowany Kwintus zdał sobie sprawę, że ojciec oddaje mu pełną kontrolę nad polowaniem. Skończył się czas nauki, umiejętności zdobyte przez ostatnie dwa lata musiały wystarczyć. Nie zastanawiał się długo nad odpowiedzią.

– Sześć psów powinno dać radę. Jeden niewolnik do każdej pary. Możemy zabrać Agesandrosa. Jest dobrym łowczym i sprawdzi się podczas pilnowania niewolników…

– Coś jeszcze?

Kwintus się uśmiechnął.

– Przypuszczam, że przyda się trochę jedzenia i wody.

– Bardzo dobrze – zgodził się ojciec. – Pójdę do kuchni i zadbam o prowiant. A ty wybierz niewolników i psy.

Kwintus, który wciąż jeszcze z trudem uświadamiał sobie swą nową sytuację, wyszedł ze zbrojowni. Po raz pierwszy poczuł ciężar pełnej odpowiedzialności. Musiał podejmować właściwe decyzje. Zasadzanie się na niedźwiedzie zawsze wiąże się z ryzykiem. Od niego zależeć będzie życie uczestników polowania.

Niedługo potem mała grupa myśliwych opuściła gospodarstwo. Kolumnę prowadził Kwintus, a jego ojciec szedł krok za nim. Nie obciążali się żadnymi bagażami, jeśli nie liczyć bukłaków z wodą. Musieli mieć wolne ręce, aby pewnie dzierżyć włócznie. Za nimi maszerował Agesandros, Grek z Sycylii, który był w służbie u Fabrycjusza już wiele lat. Jego pan ufał mu w pełni, dzięki czemu Agesandros mógł posługiwać się bronią. Dzisiaj niósł myśliwską włócznię. Grek dźwigał też dodatkowo plecak z chlebem, serem, cebulą i kawałkami suszonego mięsa.

Dzięki ciężkiej pracy Agesandros awansował i objął stanowisko nadzorcy. Vilicus był najbardziej uprzywilejowanym niewolnikiem w gospodarstwie. Agesandros nie urodził się jednak w niewoli. Podobnie jak wielu jego krajanów, walczył ramię w ramię z Rzymianami w wojnie z Kartaginą. Trafił do niewoli, a potem został sprzedany przez Kartagińczyków na targu niewolników. Kwintus pomyślał, że jest w tym mnóstwo ironii. Sycylijczyk walczący przeciwko wrogom Rzymu został niewolnikiem swoich dotychczasowych towarzyszy. Fabrycjusz szanował jednak Agesandrosa, a nadzorca potrafił zbudować dobre relacje ze wszystkimi członkami rodziny. Był towarzyski i zawsze chętnie odpowiadał na pytania, którymi Kwintus i Aurelia zasypywali go od najmłodszych lat. Choć przekroczył już pewnie czterdziestkę, pałąkowatonogi vilicus zarządzał niewolnikami twardą ręką.

Pochód zamykali trzej równie twardzi Galowie, wybrani przez Kwintusa ze względu na to, że doskonale radzili sobie z psami myśliwskimi. Zwłaszcza jeden z nich – krępy, wytatuowany mężczyzna o złamanym nosie – spędzał cały swój wolny czas z psami, ucząc je nowych poleceń. Podobnie jak reszta niewolników, ta trójka jeszcze dziś rano pracowała na polach pod nadzorem Agesandrosa. Był to czas siewu i wszyscy musieli ciężko pracować od rana do zmierzchu, w słońcu czy słocie. Dlatego tę odmianę – polowanie – Galowie przyjęli z zadowoleniem, a teraz żywo rozprawiali o czymś w swoim języku. Każdy z nich trzymał na skórzanej smyczy parę dużych pręgowanych psów łowczych. Od mniejszych psów Fabrycjusza odróżniały je szerokie pyski i mocno umięśnione ciała. Miały zdecydowanie wyostrzony zmysł węchu, a te wspomniane mniejsze psy, o sterczących uszach i dłuższej sierści, przydawały się przede wszystkim z uwagi na ich sokoli wzrok.

Słońce stało już wysoko na bezchmurnym niebie, gdy myśliwi zostawili za sobą otaczające gospodarstwo pola obsiane pszenicą. Opuszczając zabudowania, widzieli, że zegar słoneczny na dziedzińcu wskazywał, iż właśnie minęła hora secunda. Wokół zaczynały swój koncert cykady i chociaż jeszcze nie było bardzo gorąco, zanosiło się na upalny dzień. Kwintus poprowadził kolumnę wąską dróżką, która wiła się wśród drzew oliwnych, rozsianych na zboczach otaczających farmę.

Po pokonaniu pasa polan oddzielającego sady oliwne od terenów położonych nieco wyżej znaleźli się w mieszanym, bukowo-dębowym lesie, który ciągnął się przez wiele mil. Chociaż pobliskie pasmo górskie nie mogło równać się z Apeninami, które rozciągały się z północy na południe niczym kręgosłup półwyspu italskiego, i tu dość często spotykało się niedźwiedzie. Mało prawdopodobne było jednak natknięcie się na nie tak blisko gospodarstwa. Te wielkie, dzikie zwierzęta były samotnikami i raczej unikały ludzi. Kwintus pilnie szukał śladów, a gdy ich nie dostrzegł, zwiększył tempo marszu, aby jak najprędzej wejść głębiej w las.

Tak jak wszystkie większe miasta w Italii, pobliska Kapua organizowała własne ludi, święta i zabawy. Dzięki temu Kwintus miał okazję widzieć niedźwiedzia na arenie. I musiał przyznać, że to nie było przyjemne widowisko. Ogłuszone przez wiwatujący tłum zwierzę miotało się przerażone. Miało małą szansę w walce z dwoma wyszkolonymi myśliwymi, uzbrojonymi w ciężkie włócznie. Niemniej dobrze pamiętał, jak wielkie wrażenie zrobiły na nim potężne szczęki i ostre pazury niedźwiedzia. Walka z taką bestią w jej naturalnym środowisku to będzie coś zupełnie innego niż widowisko, którego był świadkiem w Kapui. Kwintus poczuł, że żołądek zwija mu się w węzeł, ale nie zwolnił tempa. Fabrycjusz, jak wszyscy ojcowie w Rzymie, miał pełne prawo do decydowania o życiu lub śmierci swojego syna. I to on wskazał Kwintusowi zadanie, które miał wykonać, aby udowodnić swoją wartość. Nie mógł też zawieść matki. Jego obowiązkiem było spełnić pokładane w nim nadzieje. Zanim zajdzie słońce, będę mężczyzną – pomyślał z dumą. Nie mógł jednak odpędzić od siebie dręczącej myśli, że równie dobrze dziś może skończyć się jego życie, gdy przyjdzie mu wykrwawić się na śmierć na leśnej ściółce.

Wspinali się wytrwale, zostawiając za sobą las liściasty. Teraz otaczały ich sosny, jałowce i cyprysy. Powietrze stało się chłodniejsze. Kwintus zaczął się martwić. Już wcześniej widział w tych okolicach stosy odchodów czy drzewa naznaczone charakterystycznymi zadrapaniami niedźwiedzich pazurów. Dziś jednak nie był w stanie dostrzec żadnego świeżego śladu, żadnego znaku niedźwiedziej obecności niepochodzącego sprzed tygodnia czy nawet miesiąca. Nie ustawał jednak w wysiłkach, modląc się o pomoc do Diany, bogini polowania. Na razie jednak te prośby pozostawały bez odpowiedzi. Nie słyszał ani śpiewu ptaków, ani żadnego jelonka zrywającego się do biegu z mijanych zarośli. Wreszcie, niepewny, zatrzymał się. Jego towarzysze, chcąc nie chcąc, również musieli przystanąć. Kwintus czuł ciężar spojrzenia ojca, a także wpatrującego się w niego Agesandrosa. Był też aż nadto świadomy porozumiewawczych spojrzeń Galów. Musiał się zastanowić. Znał te tereny jak mało kto. Gdzie w taki ciepły dzień najłatwiej natknąć się na niedźwiedzia?

Zerknął na ojca. Ten odwzajemnił jego spojrzenie, z którego jednak nie dało się niczego wyczytać. Nie mogę liczyć, że przyjdzie mi dziś z pomocą.

Jeden z Galów ledwo stłumił śmiech, co skończyło się niezręcznym, głośnym kaszlem. Kwintus się zarumienił, ale Fabrycjusz i tym razem nie zareagował. Podobnie jak Agesandros. Jeszcze raz spojrzał na ojca. Fabrycjusz był niewzruszony. Może zapomnieć o słowach otuchy, a Galowi nie grozi żadna reprymenda. Dzisiaj musi sam zapracować na szacunek nadzorcy i niewolników. Kwintus zachodził w głowę, szukając jakiejś wskazówki. Co powinien uczynić? I nagle go olśniło.

– Jeżyny! – wykrzyknął. – Niedźwiedzie je uwielbiają. – Wyżej, na południowych stokach rosły jeżyny, które owocowały o wiele wcześniej niż te porastające niższe zbocza. Niedźwiedzie spędzały sporą część swojego życia na poszukiwaniu pożywienia. To było równie dobre miejsce do sprawdzenia, jak każde inne.

W tej samej chwili ciszę zakłóciło staccato dzięcioła. Potem dźwięk powtórzył się, tym razem dochodził z innej strony. Kwintus poczuł, że jego serce zaczyna bić mocniej. Rozejrzał się i wreszcie dostrzegł nie jednego, ale dwa czarne dzięcioły. Te nieuchwytne, rzadko pokazujące się ludziom ptaki były poświęcone Marsowi, bogowi wojny. Dobry omen. Kwintus zawrócił na pięcie i wskazał kierunek marszu.

Ojciec trzymał się blisko. Uśmiechał się.

Za nim podążał Agesandros i Galowie.

Nikt już się nie śmiał.

W końcu modlitwy Kwintusa zostały wysłuchane. Poszukiwanie tropów nareszcie przyniosło efekty. I to jakie! Do tej pory Kwintus sprawdził kilka polan i na jednej, w cieniu wysokiej sosny, znalazł dużą stertę świeżych odchodów. Kształt, wielkość i charakterystyczny zapach nie zostawiały miejsca na domysły. Kwintus niemal podskoczył z radości na ten widok. Zagłębił palec w ciemnobrązową masę. W środku wyczuł ciepło, co oznaczało, że niedźwiedź musiał przechodzić tędy niedawno. Wokół dostrzegł również wiele krzewów jeżynowych. Skinął na wytatuowanego niewolnika i wskazał na ziemię. Gal podskoczył do niego, a dwa wyszkolone psy natychmiast zaczęły obwąchiwać odchody niedźwiedzia i oba niemal w tym samym czasie zapiszczały, na przemian to wąchając niedźwiedzie ekskrementy, to unosząc pyski i węsząc. Kwintus poczuł, że krew zaczyna mu szybciej krążyć w żyłach. Gal spojrzał na niego pytająco.

– Spuść psy ze smyczy – rozkazał. Zwrócił się do pozostałych niewolników. – Wy też.

Gdy Kwintus z ojcem opuścili willę, Aurelia wpadła w kiepski nastrój. Powód? Bardzo prozaiczny. Podczas gdy jej brat tropił niedźwiedzia, ona musiała pomagać matce, która nadzorowała niewolników w ogrodzie za murami willi. To był jeden z najbardziej pracowitych okresów w roku, kiedy cała przyroda zaczynała się budzić do życia. Lubczyk, gorczyca, kolendra, szczaw, ruta i pietruszka… Wszystkie rośliny ogrodowe chciwie wyciągały łodyżki do słońca. W ogrodzie uprawiano sporo różnych warzyw, gdyż to dzięki nim można było przez cały rok przygotowywać urozmaicone posiłki. Matka zadbała o to, aby znalazło się dość miejsca na ogórki, pory, warzywa korzenne, koper i kilka odmian kapusty. Cebula, jako podstawa każdego dobrego dania, zajmowała w ich warzywniku sporo miejsca. Równie ważną rolę w kuchni rodziny odgrywał czosnek, ceniony nie tylko za swoje walory smakowe, ale i właściwości medyczne.

Aurelia wiedziała, że zachowuje się niepoważnie. Kilka tygodni wcześniej z radością pracowała na grządkach, na których teraz rosły zioła i warzywa. Pokazywała niewolnikom, gdzie mają robić zagłębienia, i dbała o to, aby wszystkie rośliny miały dość wody. Jak zwykle zadanie umieszczenia maleńkich nasion w przygotowanych otworach zostawiła dla siebie. Robiła tak, odkąd pamięta. Teraz jednak, gdy rośliny urosły, do jej głównych obowiązków należało podlewanie ich i plewienie. Dzisiaj jednak jakoś nie miała do tego serca. Nie zmartwiłaby się wcale, gdyby cały ogród zarósł zielskiem. Stała bez ruchu z boku, obserwując matkę wydającą polecenia. Nawet Elirze, z którą zawsze się dobrze dogadywała, nie udało się jej przekonać, aby zajęła się pracą.

Atia ignorowała córkę przez jakiś czas, ale w końcu i ona miała dosyć jej zachowania.

– Aurelio! Podejdź tu, proszę…

Wykonała polecenie, powłócząc nogami.

– Myślałam, że lubisz zajęcia w ogrodzie – zaczęła pogodnie Atia.

– Lubię – odezwała się mrukliwie Aurelia.

– To dlaczego nam nie pomagasz?

– Nie mam jakoś ochoty. – Aurelia zdawała sobie sprawę, że wszyscy niewolnicy znajdujący się w pobliżu, zaciekawieni, nadstawiają uszu, aby pochwycić jak najwięcej. I bardzo jej się to nie spodobało.

Atia nie dbała o to, że ktoś może ich usłyszeć.

– Jesteś chora?

– Nie.

– A więc o co chodzi?

– Nie zrozumiesz – wymamrotała Aurelia.

– Naprawdę? Może sprawdźmy? – Atia uniosła brwi.

– No więc… – Aurelia uchwyciła spojrzenie najbliższego niewolnika, który bezczelnie się na nią gapił. Zgromiła go wzrokiem tak, że musiał się odwrócić. Ten mały sukces nie przyniósł jej jednak spodziewanej satysfakcji. Matka patrzyła z wyczekiwaniem. – Chodzi o Kwintusa… – przyznała.

– Pokłóciliście się?

– Nie. – Aurelia potrząsnęła głową. – Nic z tych rzeczy.

Atia czekała na dalsze wyjaśnienia trochę już zniecierpliwiona. Chwilę później zrozumiała, że szybko nie otrzyma odpowiedzi. Jej nozdrza rozchyliły się, gdy wciągała gniewnie powietrze.

– No więc?

Aurelia wiedziała, że matka za chwilę straci cierpliwość. W tej samej chwili zauważyła wysoko na niebie myszołowa szybującego na ciepłych prądach. Polował. Podobnie jak Kwintus. Aurelia znów poczuła wzbierającą złość i na chwilę zapomniała o przysłuchujących się ich rozmowie niewolnikach.

– To nie jest w porządku! Ja tkwię tutaj, w ogrodzie, a on tropi niedźwiedzia.

Atia nie wyglądała na zaskoczoną.

– Spodziewałam się, że o to chodzi. A więc chciałabyś polować?

Aurelia skinęła głową.

– Jak Diana. Łowczyni.

Matka zmarszczyła brwi.

– Nie jesteś boginią.

– Wiem, ale… – Aurelia przekręciła głowę, żeby niewolnicy nie zobaczyli łez zbierających się w jej oczach.

– Chodź do mnie… – Twarz Atii się wypogodziła. – Jesteś młodą kobietą lub wkrótce nią będziesz. Piękną kobietą. I dlatego twoja droga będzie zupełnie inna niż twojego brata. – Uniosła palec w ostrzegawczym geście, aby uciszyć gotową do protestów córkę. – Co nie znaczy, że twoje życie nie będzie miało wartości. Czy uważasz, że moje jest bezwartościowe?

– Oczywiście, że nie, mamo. – Aurelia zaprzeczyła gwałtownie, bardzo zaskoczona takim porównaniem.

– A zatem widzisz… – Atia uśmiechnęła się szeroko, uspokajająco. – Może nie pójdę na wojnę, ale moja pozycja jest silna. Twój ojciec polega na mnie w wielu sprawach. Tak samo, jak pewnego dnia polegać na tobie będzie twój mąż. Utrzymanie domu to tylko jedna, niewielka część twojej odpowiedzialności.

– Ale ty i ojciec sami zdecydowaliście, że chcecie się pobrać – zaprotestowała Aurelia. – Z miłości!

– Było w tym nieco szczęśliwego przypadku – przyznała matka – ale zrobiliśmy to bez zgody naszych rodziców. Ponieważ sprzeciwiliśmy się ich woli, zerwali z nami wszelkie kontakty. – Atia posmutniała. – To znacznie utrudniło nam szczęśliwe życie. Na wiele lat. Żałuję tego choćby i z tego powodu, że od tamtej pory nie widziałam już swoich rodziców. A oni nie mieli szansy poznania swoich wnucząt, ciebie i Kwintusa.

Aurelia poczuła się pewniej. Nigdy wcześniej matka nie rozmawiała z nią o tych sprawach.

– Ale na pewno było warto?

Atia powoli, z rozmysłem pokiwała głową.

– Było warto, ale mimo to nie chciałabym, abyś musiała iść taką samą drogą.

– To i tak pewnie lepsze niż poślubienie jakiegoś grubego starucha – żachnęła się Aurelia.

– Nie musisz się o to martwić. Nie jesteśmy z ojcem potworami. – Atia zniżyła głos. – Ale musisz mieć świadomość, młoda damo, że to my wybierzemy ci męża. Czy to jasne?

– Tak. – Aurelia poddała się, wyczuwając stalową pewność siebie w głosie matki.

Atia westchnęła, zadowolona, że jej najgorsze obawy się nie sprawdziły.

– Dobrze, że się rozumiemy. – Dostrzegła wahanie w oczach Aurelii. – Nie bój się. Doczekasz się miłości w swoim małżeństwie. Może rozwinąć się z czasem. Zapytaj Martialisa, wieloletniego przyjaciela ojca. On poślubił kobietę, która została mu wyswatana przez starszych obu rodzin, a teraz są sobie dozgonnie oddani. – Wyciągnęła rękę. – Czas zająć się pracą. Życie biegnie swoją drogą i nie ma znaczenia, jak się czujemy. A od tego ogrodu zależy zwykła egzystencja naszej rodziny.

Aurelia uśmiechnęła się niepewnie. Chwyciła dłoń matki. Może wypadki nie potoczą się aż tak źle, jak sądziła jeszcze przed chwilą.

Nie mogła jednak powstrzymać się przed zerkaniem na myszołowa. Jej myśli płynęły do brata.

Kwintus wytrwale biegł za psami przez jakieś ćwierć godziny, zanim dostrzegł pierwszy znak, że udało im się dopaść ofiarę. Psy, skryte przed ich wzrokiem w małym zagajniku, zaczęły nagle głośno ujadać, a potem zamiast ostrych, krótkich szczeknięć rozległo się długie, przeciągłe wycie. Kwintus zatrzymał się, próbując uspokoić kołatanie serca. Psy miały jedynie osaczyć niedźwiedzia. Zawsze znalazł się jednak jakiś nadgorliwy osobnik, a jego los był nieunikniony i nie do pozazdroszczenia. Najważniejsze, że udało się znaleźć niedźwiedzia. Jakby na potwierdzenie tej myśli Kwintus usłyszał wtórujący wyciu psów głęboki, gniewny ryk zwierzęcia.

Kwintus poczuł dławiącą kulę podchodzącą mu do gardła. Kolejny wysoki pisk świadczył o tym, że drugi pies został ranny. Albo zabity? Wstydząc się swego strachu, chłopiec przełknął ślinę. Nie mógł dłużej czekać. Psy robiły swoje i on musiał zrobić to, co do niego należało. Mrucząc pod nosem modlitwę do Diany, ruszył w stronę linii drzew.

Gdy wypadł na osłoniętą przez drzewa dużą polanę, zmarszczył brwi, choć widok wydał mu się znajomy. Często z Aurelią chodzili tu na jagody! Polanę otaczały z jednej strony skąpane teraz w słońcu gęste zarośla, wyższe od mężczyzny, a przecinał ją wąski strumyk, kierujący się ku dolinie. Gdzieniegdzie wśród obfitości dzikich kwiatów leżały mniejsze i większe gałęzie, ale wzrok Kwintusa przyciągnęło od razu to, co działo się w cieniu strzelistego cyprysu. Cztery psy otaczały niedźwiedzia, zagnanego pod pień powalonego drzewa. Wściekłe zwierzę od czasu do czasu ruszało na swoich oprawców, ale zwinni myśliwi uskakiwali mu z drogi, uchodząc poza zasięg śmiertelnie groźnych kłów i pazurów. Gdy tylko niedźwiedź znalazł się trochę dalej od drzewa, któryś z psów atakował jego tylne nogi lub wgryzał się w ciało. Wyglądało na to, że zwierzę znalazło się w pułapce. Gdy tylko opuszczało dające mu względne bezpieczeństwo miejsce pod drzewem, psy atakowały go ze wszystkich stron, ale gdy cofało się, myśliwi nie byli w stanie mu zagrozić.

Uwadze Kwintusa nie uszły też dwa zastygłe w bezruchu kształty wśród trawy. Ofiary niedźwiedzia, których ostatnie skomlenia Kwintus słyszał zza szpaleru drzew. Wystarczyło spojrzenie, aby dojść do wniosku, że jeden z psów ma jeszcze szansę się wylizać. Zadane pazurami głębokie rany na klatce piersiowej mocno krwawiły, ale były to jedyne poważne obrażenia, jakie odniósł. Drugi myśliwy nie miał jednak tyle szczęścia. Płytkie ruchy klatki piersiowej świadczyły o tym, że pies jeszcze żyje, ale skóra z dużej części jego pyska została zerwana, a w krwawej masie straszliwie zmiażdżonego przedniego barku połyskiwały kawałki pogruchotanych kości. Najwyraźniej był to efekt działania potężnych szczęk niedźwiedzia.

Kwintus ostrożnie zbliżał się do osaczonego zwierzęcia. Pośpiech był niewskazany. Mógł stracić równowagę na niepewnym gruncie. Galowie wkrótce dotrą na miejsce. Kiedy odciągną psy, nadejdzie jego kolej. Przyglądał się szalejącemu niedźwiedziowi, szukając wskazówek, dzięki którym łatwiej mu będzie go uśmiercić. Zwierzę, zajęte odganianiem ujadających psów, na razie nie zwracało na niego uwagi. Niedźwiedź był ogromny. To musiał być samiec. Miał gęste, żółtobrązowe futro i typowy, duży, zaokrąglony łeb oraz małe uszy. Potężne barki i wielki tułów sprawiały, że był co najmniej trzy razy większy od człowieka. Kwintus dopiero teraz uświadomił sobie w pełni, co mu grozi. Czuł przyspieszone bicie serca, pulsującą mocno tętnicę szyjną. Zdawał sobie sprawę z tego, że nie ma całkowitej kontroli nad wydarzeniami. To go martwiło. Uspokój się. Oddychaj głęboko. Skup się.

– Te jeżyny to był dobry pomysł – usłyszał za sobą głos Fabrycjusza. – I widzę, że trafiła ci się wielka sztuka. Godny przeciwnik.

Zaskoczony Kwintus obrócił głowę. Nie był już sam. Wszystkie oczy kierowały się na niego.

– Tak – odparł, mając nadzieję, że powarkiwania i ryki dochodzące z polany sprawią, iż nikt nie wychwyci strachu w jego głosie.

Fabrycjusz podszedł bliżej.

– Jesteś gotowy?

Kwintus zadrżał. Ojciec dostrzegł jego niepokój i chciał mu jakoś pomóc. Wystarczyło jedno spojrzenie na Agesandrosa i niewolników, aby zrozumiał, że i oni byli świadomi podwójnego znaczenia tego pytania. Na twarzy Sycylijczyka pojawił się cień rozczarowania, a Galowie zerkali na siebie porozumiewawczo. A niech ich szlag… Czy nigdy się nie bali? Kwintus czuł gorąco w żołądku.

– Oczywiście! – odparł głośno.

Fabrycjusz przez chwilę przyglądał mu się uważnie.

– Dobrze.

Kwintus nie był pewien, czy jego zaniepokojony ojciec mu uwierzył. W tej sytuacji nie tylko ryzykował swoim życiem. Nawet gdy uda mu się uśmiercić niedźwiedzia, niczego nie zyska, jeśli Sycylijczyk i niewolnicy uznają, że jest tchórzem, który musiał szukać pomocy u Fabrycjusza.

– Nie mieszaj się, ojcze – powiedział głośno. – To moja walka. Muszę zrobić to sam, niezależnie od konsekwencji. – Spojrzał na ojca, który nie odpowiedział od razu. – Przysięgnij!

– Przysięgam – powiedział niechętnie Fabrycjusz, robiąc krok do tyłu.

Kwintus z zadowoleniem dostrzegł na twarzach otaczających go ludzi oznaki szacunku.

Kolejny pies zawył z bólu, gdy niedźwiedź trafił go zamaszystym ciosem potężnej łapy. Wyleciał wysoko w powietrze, po czym spadł ze złowieszczym trzaskiem obok nóg Kwintusa, który wyprostował się i przygotowywał na nieuniknione starcie. Trzy psy nie wystarczą, aby utrzymać niedźwiedzia w szachu. Jeśli nie zacznie działać, zdobycz im umknie.

– Odwołajcie je! – krzyknął.

Galowie wykonali polecenie, gwiżdżąc na psy. Jednak ich szalejący podopieczni wcale nie zamierzali odstąpić. Wytatuowany niewolnik zrobił kilka kroków do przodu i ignorując niedźwiedzia, zaczął okładać psy biczem, aby je odgonić. Dwa ustąpiły, ale największy samiec, którego pysk i zęby ociekały krwią osaczonej rannej ofiary, nie zamierzał się wycofać. Gal zaklął, ustawił się bokiem i próbował kopnąć psa. Nie trafił. Oszalały z wściekłości pies uskoczył, po czym znów zaatakował niedźwiedzia.

Kwintus mógł tylko z podziwem i niepokojem obserwować wydarzenia. Pies skoczył i wbił zęby w skórę zwierzęcia z boku głowy. Niedźwiedź ryknął z bólu i stanął na dwóch łapach, unosząc swojego oprawcę w powietrze. W tej pozycji mógł swobodnie używać przednich łap. Przeorywał psa pazurami raz za razem. Napastnik jednak zacisnął szczęki jeszcze mocniej i nie zamierzał ich rozluźnić. Psy myśliwskie uczono wytrzymałości na ból. Wymagano od nich szaleńczej odwagi niezależnie od okoliczności. Kwintus słyszał o psach, które prędzej padały nieprzytomne, niż rozluźniały szczękę, uwalniając zdobycz. W tej sytuacji jednak ów upór nie zdał się na wiele, gdyż pies w pojedynkę nie miał żadnych szans w walce z niedźwiedziem. Potrzebował wsparcia swoich towarzyszy, którzy teraz warowali posłusznie przy nogach opiekunów. Albo pomocy Kwintusa. Wytatuowany Gal nie zamierzał zostawiać swojego podopiecznego na pastwę losu. Ruszył w stronę niedźwiedzia, dając upust swojej złości i rozpaczy. Zamachnął się biczem, celując w głowę. Raz, dwa razy, trzy razy. Chociaż te ciosy nie mogły zrobić niedźwiedziowi wielkiej krzywdy, Gal miał nadzieję, że były w stanie powstrzymać go przed zabiciem jego faworyta. Przynajmniej to zakładał.

Plan się nie powiódł. Pazury niedźwiedzia rozorały skórę psa po obu stronach brzucha i po chwili został on wypatroszony. Śliskie, różowe jelita, niczym pętle tłustych kiełbas, wirowały przez chwilę w powietrzu, podążając za ruchem głowy niedźwiedzia, ale po chwili zostały odcięte. Bestia wyczuła, że uścisk szczęk psa zelżał, i zdwoiła swoje wysiłki, żeby pozbyć się napastnika. Na widok wylewających się na ziemię purpurowych wnętrzności Kwintusowi żołądek podszedł do gardła. W pewnym momencie pazur niedźwiedzia trafił na jakieś duże naczynie krwionośne. Ciemnoczerwona krew z rozerwanej żyły zrosiła trawę polany. Szczęki psa wreszcie się rozwarły.

Chwilę później jego truchło opadło pod nogi opiekuna.

– Cofnij się! – krzyknął Kwintus, ale Gal go zignorował.

Niewolnik z szaleństwem w oczach rozpoczął kolejny atak. Utrata przyjaciela wprowadziła go w szał bojowy, o którym Kwintus słyszał, ale nigdy go nie widział. Rzymianie i Galowie, starzy wrogowie, od dawna toczyli ze sobą wojny. Ponad sto siedemdziesiąt lat wcześniej Rzym został złupiony przez dzikie plemiona z północy. A zaledwie przed sześciu laty ponad siedemdziesiąt tysięcy Galów ponownie najechało północną Italię. Wrogowie Rzymu zostali pokonani, a wielu ludzi powtarzało opowieści o wojownikach w bitewnym szale, którzy zupełnie nadzy rzucali się na legionistów, nie zważając na swoje bezpieczeństwo.

Ten człowiek nie był jednak teraz ich wrogiem. Co prawda służył Fabrycjuszowi jako niewolnik, ale jego życie było cenne. Kwintus skoczył do przodu, mierząc włócznią w niedźwiedzia. Ku swemu przerażeniu stwierdził, że ostrze zagłębiło się w bok ruchomego celu, a nie w klatkę piersiową – tam, gdzie chciał trafić. Ten cios nie był śmiertelny ani nie wystarczył, aby zatrzymać bestię, która właśnie zamierzała wbić zęby w szyję Gala. Z ust mężczyzny wydostał się krótki, dławiący bełkot. Niedźwiedź potrząsnął nim, jak pies potrząsa złapanym szczurem.

Kwintus nie wiedział, co może jeszcze zrobić poza napieraniem na włócznię, która zanurzała się głębiej w ciało zwierzęcia. Ale jedynym efektem tego działania był pełen irytacji ryk. Pośpiesznie pociągnął za włócznię, aby wyciągnąć ostrze, i uderzył po raz kolejny, tym razem trafiając w brzuch. Ta rana była śmiertelna, ale nie mogła szybko unieruchomić niedźwiedzia. Tymczasem zwierzę odrzuciło bezwładne ciało Gala na bok i teraz skoncentrowało się na nowym przeciwniku – jego wzrok spoczął na Kwintusie. Chłopak zaczął panikować. W głęboko osadzonych oczach zwierzęcia nie widział strachu, ale wściekłość, mimo że żeleźce włóczni zagłębiło się mocno w sadle. Niedźwiedzie zazwyczaj unikają kontaktu z ludźmi, ale gdy już do niego dochodzi, stają się bardzo agresywne. A ten osobnik był rozwścieczony. Zahaczył łapą o drzewce włóczni. W powietrze pofrunęły drzazgi.

Musiał kontynuować walkę, nie było innego wyjścia. Wciągnął głęboko powietrze i wyrwał włócznię. Ryczący z bólu niedźwiedź pokazał przerażający rząd ostrych zębów, z których największy miał długość środkowego palca Kwintusa. Pokryta krwią wielka paszcza była wystarczająco duża, aby pomieścić głowę mężczyzny, i pewnie bez problemu zgniotłaby czaszkę. Kwintus chciał się wycofać, ale mięśnie go nie słuchały. Stał jak wryty.

Niedźwiedź ruszył w jego stronę. Kwintus trzymał włócznię obiema rękami, celując w pierś zwierzęcia. Naprzód – usłyszał w głowie swój własny głos. Musisz go zaatakować. Niedźwiedź był szybszy. Machnął łapą, odtrącając włócznię niczym jakąś gałązkę. Przez krótką chwilę zwierzę i człowiek wpatrywali się w siebie bez ruchu. Jakby w zwolnionym tempie Kwintus rejestrował napinanie się mięśni niedźwiedzia przygotowującego się do ataku. W tej chwili prawie stracił kontrolę nad pęcherzem. Hades był tuż tuż, a on nie mógł nic na to poradzić.

Z jakiegoś powodu niedźwiedź nie ruszył od razu. Zawahał się przez chwilę, która wystarczyła, aby Kwintus zdołał przynajmniej skierować ostrze włóczni we właściwym kierunku.

Przez chwilę wierzył jeszcze, że mu się uda. Kiedy właśnie wydawało się, że przejął inicjatywę, poślizgnął się na jakiejś części jelit. Nogi ujechały spod niego. Uderzył plecami o ziemię. Błyskawicznie uszło mu całe powietrze z płuc. Zarejestrował kątem oka, że końcówka drzewca włóczni zahaczyła o grunt i broń wypadła mu z ręki. Spróbował unieść głowę. Przerażony stwierdził, że niedźwiedź znajduje się nie dalej niż pięć kroków od niego, niemal pochylał się nad jego sandałami. Zwierzę wydało z siebie przeciągły ryk. I tym razem Kwintus mógł wyraźnie poczuć przeraźliwy odór jego oddechu. Zamrugał. Nagle zrozumiał, że czeka go śmierć.

Zawiódł.

Rozdział III

Morze Śródziemne

Rzęsisty deszcz, tworzący niemal nieprzeniknioną ścianę wody, przez długie godziny chłostał deski łodzi, do której próbowały się wedrzeć słone fale. Na domiar złego wkrótce zapadły ciemności. Ich łupinka, targana przez sztorm, była bezradna wobec jego mocy. Hanno wykorzystywał całą energię na to, aby nie wypaść za burtę. Zdezorientowani przyjaciele wiele razy wymiotowali mieszaniną tego, co zjedli, i wina. W końcu nie zostało im już w żołądkach nic więcej poza żółcią. Od czasu do czasu otaczającą ich totalną czerń rozjaśniały błyskawice. Wtedy Hanno na własne oczy mógł się przekonać, jak ciężkie jest ich położenie. Nie wiedział, co gorsze. Czy to, że nie jest w stanie zobaczyć swojej dłoni przed twarzą, czy widok przerażonego, wyczerpanego Suniatona w brudnym od wymiocin ubraniu.

Jego przyjaciel, wygięty i trzymający się kurczowo ławki, to wybuchał histerycznym płaczem, to znowu słał żarliwe modlitwy do każdego boga, którego imię akurat sobie przypomniał. W jakiś sposób ten obraz nędzy i rozpaczy pomógł Hanno utrzymać własny strach w ryzach. Co więcej, zdarzało się, że myślał o przyszłości z nadzieją. Gdyby Melkart naprawdę chciał ich widzieć w swoim królestwie na dnie, już by tam byli. Sztorm w gruncie rzeczy nie należał do tych najpotężniejszych, które zdarzają się zimą, a ich łódź się nie wywróciła. Poza tymi niewielkimi cudami pocieszające było również to, że nie mieli już więcej żadnych przecieków. Łódź miała porządny szkielet, a cyprysowe deski uszczelniono długimi kawałkami mocno skręconego włókna lnianego, a także pokaźną warstwą pszczelego wosku. Nie stracili też wioseł, co oznaczało, że gdy tylko sztorm osłabnie, będą mogli skierować się w stronę lądu. Ponadto na każdym odcinku linii brzegowej na tych terenach znajdowała się jakaś kartagińska faktoria handlowa. Jeśli do niej dotrą, mogą obiecać sporą nagrodę każdemu, kto pomoże im wrócić do domu.

Później jednak dopadły go czarne myśli. Zapomnij o tych fantazjach i nie licz na zbyt wiele. Nie wygląda na to, aby morze miało się uspokoić. Każda następna fala mogła wywrócić ich łupinkę. Może Melkart jeszcze ich nie utopił, ale bóstwa są kapryśne z natury, a bóg morza niczym się od nich nie różnił. Wystarczy chwila, aby ta łajba poszła na dno. Hanno usiłował powstrzymać łzy. Czy mają jakąś szansę? Nawet jeśli przetrwają do wschodu słońca i ich rodziny zorientują się, że zniknęli, szanse, że ktoś znajdzie ich na otwartym morzu, były niewielkie, jeśli nie zerowe. Jeżeli przyjdzie im dryfować bez jedzenia i wody, umrą w boleściach po kilku dniach. Hanno zamknął oczy i poprosił o szybką śmierć.

Malchus wrócił ze spotkania z radą starszych w doskonałym humorze, mimo że potężna ulewa przemoczyła go do suchej nitki. Stał teraz, z pucharkiem wina w ręce, pod zakończonym stromym zadaszeniem portykiem, biegnącym wokół głównego dziedzińca domu, i patrzył, jak krople deszczu rozpryskują się na białej marmurowej mozaice kilka kroków od niego. Płomienna przemowa, którą przygotował, wypadła tak, jak sobie zaplanował, dzięki czemu teraz czuł się niezwykle lekko na duchu. Od czasu, gdy wysłannik Hannibala tydzień wcześniej przekazał mu zadanie poinformowania starszych i sufetów, że generał planuje atak na Saguntum, Malchus nie mógł opędzić się od czarnych myśli. Zastanawiał się, co by się stało, gdyby rada nie poparła Barkasa? Teraz, gdy przygotowania do wojny z Rzymem szły pełną parą, stawka była większa niż kiedykolwiek wcześniej.

Casus belli do zbrojnej odpowiedzi Hannibala stały się kroki podjęte przez Saguntyńczyków, a wymierzone w plemiona związane z Kartaginą sojuszem, ale wszyscy podejrzewali, że prawdziwym celem generała było sprowokowanie Rzymu do reakcji. Dowódca iberyjskiej armii Kartaginy wybrał właściwy moment rozpoczęcia działań, przekonany, że Rzymianie nie będą mogli wysłać oddziałów na zachód. Poważne niepokoje w Illyricum sprawiły bowiem, że republika oddelegowała na wschód obu konsulów dowodzących dwiema armiami. W związku z tym podczas rozpoczynającej się kampanii Rzym będzie mógł wysyłać Kartaginie tylko puste groźby. Potem jednak trzeba będzie spodziewać się zbrojnej odpowiedzi. Hannibal twierdził, że nie ma się czym przejmować. Był przekonany, że wreszcie nadszedł czas na rozprawienie się z odwiecznym wrogiem. A Malchus się z nim zgadzał. Co nie zmienia faktu, że przekonanie do tego pomysłu tych, którzy rządzili Kartaginą, mogło okazać się bardzo trudnym zadaniem.

Szkoda, że Hanno nie mógł być świadkiem mojej wspaniałej przemowy. Gdy skończył, cała rada biła mu brawo na stojąco, akceptując wznowienie działań zbrojnych przeciwko Rzymowi. Tymczasem Hanno najprawdopodobniej… łowił ryby. W mieście mówiono o pojawieniu się niedaleko brzegu ogromnej ławicy tuńczyków. A teraz pewnie wydaje zarobione pieniądze, trwoniąc je na wino i ladacznice. Malchus westchnął głośno. Chwilę później rozchmurzył się, usłyszawszy dochodzące od ulicy głosy Sapho i Bostara. Przynajmniej dwóch jego synów przebywało we właściwym miejscu i nie przegapiło jego wystąpienia. Wkrótce obaj pojawili się na dziedzińcu. Wykręcali przemoczone płaszcze.

– Wyśmienita przemowa, ojcze – odezwał się Sapho serdecznym tonem.

– Doskonała – zgodził się Bostar. – Owinąłeś ich wokół palca. Mogli zareagować tylko w jeden sposób.

Malchus wykonał gest mający świadczyć o skromności, ale w środku pęczniał z dumy.

– Wreszcie Kartagina jest gotowa do wojny, na którą przygotowywaliśmy się przez ostatnie lata. – Malchus podszedł do znajdującego się głębiej pod zadaszeniem stołu, na którym stał czerwony glazurowany dzban i kilka pucharów. – Wznieśmy toast za Hannibala Barkasa.

– Szkoda, że Hanno nie słyszał twojego przemówienia – zauważył Sapho, zerkając wymownie na Bostara. Zajęty nalewaniem wina ojciec nie zauważył tego spojrzenia.

– Rzeczywiście… – odparł Malchus, wręczając synom pełne puchary. – Takie okazje nie zdarzają się często. Chłopak przez resztę życia będzie żałował, że nie było go tam, gdzie tworzyła się historia. – Przełknął łyk wina. – Widzieliście go w ogóle?

Zapadła krótka, niezręczna cisza.

Malchus przenosił wzrok z jednego syna na drugiego.

– Macie mi coś do powiedzenia?

– Wpadliśmy na niego rano – przyznał Sapho – w drodze do agory. Był z Suniatonem.

Malchus zaklął.

– To musiało być zaraz po tym, jak wymknął się z domu. Nicpoń zignorował moje wołania! Jak rozumiem, udało im się też wam wymknąć?

– Niezupełnie… – zaczął Sapho niepewnie i rzucił Bostarowi znaczące spojrzenie.

Malchus wyczuł dziwne napięcie wiszące w powietrzu.

– O co chodzi?

Bostar odchrząknął.

– Rozmawialiśmy z nim, a potem go puściliśmy. Pozwoliłem mu odejść – Bostar ostrożnie ważył wypowiadane słowa.

– Dlaczego? – wykrzyknął gniewnie Malchus. – Wiedziałeś, jak ważna będzie moja przemowa.

Bostar się zaczerwienił.

– Przepraszam, ojcze. Może popełniłem błąd, ale nie mogłem pozbyć się myśli, że podobnie jak my Hanno wkrótce będzie musiał iść na wojnę. A teraz jest jeszcze chłopcem. Niech się tym nacieszy, póki jeszcze może.

Malchus stukał w zamyśleniu palcem o zęby, po czym zwrócił się do Sapho.

– Co masz do powiedzenia w tej sprawie?

– Najpierw byłem przekonany, że powinniśmy zmusić Hanno, żeby poszedł z nami, ale argumentacja Bostara wydawała się rozsądna. Jako że jest starszy stopniem, zaufałem jego osądowi. – Bostar próbował coś powiedzieć, ale Sapho ciągnął dalej. – Teraz, z perspektywy czasu, wydaje się, że była to niewłaściwa decyzja. Powinienem był się mu sprzeciwić.

– Jak śmiesz?! – zagrzmiał Bostar. – Nawet nie zasugerowałem, że ma to jakiś związek ze starszeństwem rangi. Wspólnie podjęliśmy tę decyzję.

Na ustach Sapho pojawił się grymas.

– Czyżby?

– Dość tego! – Malchus uniósł ręce.

Bracia zamilkli, ale nadal rzucali sobie gniewne spojrzenia.

Malchus zastanawiał się chwilę.

– Sapho, jestem zawiedziony, że nie protestowałeś ostrzej, gdy twój brat pozwalał Hanno robić, na co miał ochotę. – Spojrzał na Bostara. – A ty powinieneś się wstydzić, że będąc starszym oficerem, zapomniałeś, iż nadrzędnym celem jest zemsta na Rzymie. W tej perspektywie takie frywolne zabawy, jak łowienie ryb, wydają się zupełnie nie na miejscu! – Ignorując ciche przeprosiny, Malchus uniósł puchar. – Ale teraz zapomnijmy na chwilę o Hanno i jego źle wychowanym kompanie. Wypijmy toast za Hannibala Barkasa i za nasze zwycięstwo w nadchodzącej wojnie z Rzymem!

Bracia unieśli puchary, jednak nie przypili do siebie, aby dopełnić toast stuknięciem brzegów naczyń.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Zapraszamy do lektury pierwszego rozdziału nowej serii Spartakus

Rozdział I

Południowo-zachodnia Tracja, jesień 74 r. p.n.e.

Gdy oczom wędrowca wreszcie ukazała się wioska na szczycie odległego wzgórza, poczuł, że jego serce skacze z radości. Pokonał długą drogę z Bitynii. Jego stopy pokryły się pęcherzami, bolały go mięśnie nóg, a ciężar kolczugi spowodował już ból pleców. Zimne podmuchy wiatru smagały czerwone od chłodu uszy. Żałował, że w osadzie, którą mijał przed dwoma dniami, nie kupił futrzanej czapy. Zawsze do tej pory wystarczała mu filcowa materia służąca za nakrycie głowy. A gdy musiał, zakładał hełm z brązu. Wolał go od tak powszechnej na tych ziemiach trackiej czapki z lisiego futerka, zwanej alopekis. Jednak w tych trudnych warunkach może ciepłe odzienie należałoby uznać za ważniejsze niż broń i elementy zbroi, które mam na sobie? Bogowie! Nie mogę się doczekać chwili, gdy zasnę pod dachem, w miejscu suchym, ciepłym i bezpiecznym, gdzie nie będzie mi padało na głowę! Dotarcie aż tutaj z ufortyfikowanego obozu, w którym pożegnał się ze służbą w legionach, zajęło mu ponad sześć tygodni. W powietrzu wyraźnie czuć było zbliżającą się wielkimi krokami zimę. Pewnie nie zmitrężyłby tyle czasu, gdyby jego koń nie okulał zaledwie dwa dni po opuszczeniu fortu. Od tamtej pory nie mógł go już dosiadać, nie ryzykując pogorszenia jego stanu. Wierny ogier zmienił się w zwierzę juczne, niosąc jego tarczę i resztę ekwipunku.

– Każdego innego konia od razu ofiarowałbym bogom – wędrowiec odezwał się z czułością, ciągnąc delikatnie za lejce białego wierzchowca, stąpającego ostrożnie za jego plecami. – Ale ty dobrze służyłeś mi przez ostatnie lata, co? – Uśmiechnął się, gdy ogier zarżał cicho, jakby rozumiał, co do niego mówi. – Nie, nie mam już jabłek. No, nie zasępiaj się tak… Niedługo dostaniesz cały worek paszy. Jesteśmy już prawie w domu. Niech dzięki będą Jeźdźcy.

Dom. Wspomnienie tego miejsca zatarło się w jego pamięci. Co po tylu latach oznaczało dla niego słowo „dom”? Najjaśniejszym obrazem w tej wizji była twarz ojca, choć pewnie posunął się w latach. Czy go pozna? Nie było go całą dekadę. Walczył dla chwały Rzymu. Znienawidzonej przez wszystkich Traków potęgi, której jednak służyło tak wielu jego pobratymców. Tylko że on miał swoje powody, aby zaciągnąć się do rzymskiej armii. Musiałem to zrobić, by poznać metody walki legionów i któregoś dnia je pokonać. Ojciec miał dobry pomysł. Tylko bogowie wiedzieli, jak się zżymał, gdy musiał wykonywać rozkazy tych samych żołnierzy, z którymi niegdyś krzyżował miecze, ludzi, którzy – co bardzo prawdopodobne – zabili jego brata i którzy zniewolili jego lud oraz zagarnęli ziemię. Niemniej było warto. Wiele nauczył się od tych sukinsynów: jak bezlitośnie traktować żołnierzy, których trzeba nauczyć automatyzmu na polu bitwy i wyszkolić tak, aby stali się trybikami śmiertelnie niebezpiecznej maszyny do zabijania. Jak ważne jest to, aby bez zwłoki wykonywali rozkazy nawet w ferworze walki. Świetnie przygotowani żołnierze potrafili poradzić sobie w najbardziej ekstremalnych sytuacjach. Dyscyplina! Dyscyplina i organizacja – to klucz do zwycięstwa.

Tylko że do opuszczenia rodzinnej wioski przekonała cię nie tylko myśl o tym, aby jak najlepiej poznać wroga – odezwał się w nim wojownik. W starciu z legionami twoje plemię poniosło ogromne straty i zostało ujarzmione. Nikt już nie myślał, aby z kimkolwiek walczyć, a już na pewno nie z Rzymem. A ty jesteś wojownikiem, który podąża drogą Jeźdźca. Kochasz wojnę. Rozlew krwi. Zabijanie. Dzięki dołączeniu do Rzymian mogłeś brać udział w niekończących się kampaniach. Bez względu na to, co oni uczynili twojemu ludowi, nadal czerpałeś przyjemność z walki ramię w ramię z towarzyszami z legionów.

Ale teraz mam tego dość! Czas, aby gdzieś osiąść na dłużej. Znaleźć kobietę. Założyć rodzinę. Uśmiechnął się. Dawniej gardził takimi sprawami. Teraz wydawały się atrakcyjne. W czasie służby w legionach widział rzeczy, które sprawiają, że mężczyźni siwieją w jedną noc. Przyzwyczaił się do tego. Niesiony szałem bojowym zachowywał się tak, jak znienawidzeni legioniści, jednak plądrowanie obozów i wyrzynanie bezbronnych wiosek, widok gwałconych kobiet i zabijanych dzieci… Trudno było mu to akceptować.

– Na razie będzie mi musiało wystarczyć planowanie przyszłego starcia z Rzymem. Z czasem szansa, aby wprowadzić plany w życie, sama się nadarzy. – Wędrowiec kontynuował swój monolog, jakby koń mógł mu odpowiedzieć. – Tymczasem znajdę dobrą tracką kobietę, aby urodziła mi gromadkę dzieci.

Koń musnął jego łokieć, ciągle licząc na jakiś smakołyk.

– Jeśli chcesz dostać trochę jęczmienia, lepiej się pośpiesz – zamruczał, poklepując zwierzę pocieszająco. – Nie będę się zatrzymywał tak blisko wioski, żeby założyć ci worek na obrok.

Z wysoka, po lewej stronie, doszedł do niego podejrzany dźwięk. Jakby coś zaskrobało o skałę. Zaklął pod nosem, niezadowolony, że pozwolił sobie na chwilę nieuwagi. Chociaż na szlaku nie napotkał żywej duszy, nie oznaczało to, że jest bezpieczny. Na szczęście bogowie uśmiechali się do niego przez całą drogę z Bitynii. Pogoda nie zachęcała do wyścibiania nosa z chaty i większość Traków pewnie zajęta była czyszczeniem i oliwieniem broni w ramach przygotowań do następnego sezonu kampanii. To był najlepszy czas dla samotnego wędrowca.

Jak dotąd udawało mi się unikać bandytów czyhających na szlakach na podróżnych. Ci tutaj zasadzili się bardzo blisko mojej wioski. Mam nadzieję, że to nie jakaś większa grupa. Udał, że się przeciąga i rozluźnia mięśnie karku, dzięki czemu mógł pozwolić sobie na szybkie spojrzenia na boki. Trzech, może czterech… Obserwowali go z kryjówek na skalistych zboczach tuż nad kamienistą ścieżką. Wyglądało na to – co nie było dla niego zaskoczeniem, w końcu znajdowali się w Tracji – że byli uzbrojeni w oszczepy. Zerknął na obły hełm z brązu, przytroczony do innych pakunków na grzbiecie ogiera. Zdecydował, że nie będzie go zakładał. Niewielu peltastów potrafiło trafić oszczepem z takiego dystansu w głowę nieprzyjaciela. Jeśli zaś chodzi o tarczę… Zdąży po nią sięgnąć, zanim poślą w jego kierunku pierwsze oszczepy. Nawet jeśli któryś trafi, jego kolczuga powinna go ochronić. Zmarnowałby za dużo czasu, próbując wydostać włócznię. Stanie do walki z sica w ręce, zakrzywionym, krótkim trackim mieczem, który wisiał na jego bogato zdobionym pasie. Uznał, że ma szansę w tym starciu, przynajmniej jeśli te dranie nie okażą się ekspertami w walce na dystans. Wielki Jeźdźcu, stań przy mym boku z uniesionym mieczem.

– Wiem, że tam jesteście! Możecie się już pokazać.

Ktoś wybuchnął nieprzyjemnym rechotem. Jeden z ukrywających się oprychów wychylił się zza krzaka zaledwie trzydzieści kroków od niego. Wyprostował się. Bezlitosne oczy na pokrytej bliznami wąskiej twarzy wpatrywały się w wędrowca. Gdy wstał, wyszywany wełniany płaszcz odsłonił wytartą, długą tunikę, sięgającą mu do ud. Na głowie nosił brudną czapkę z lisim futrem. Miał chude, kościste nogi, a wysokie buty z cielęcej skóry pamiętały lepsze dni. W lewej ręce dzierżył typową półksiężycową tarczę, zwaną pelta, oraz zapasowy oszczep. W prawej – kolejny lekki oszczep, gotowy do miotania.

Nie ma pancerza, a poza oszczepem tylko sztylet za pasem – wędrowiec analizował w myślach swoje szanse. Dobrze. Jego przyjaciele nie będą lepiej uzbrojeni.

– Masz pięknego ogiera – odezwał się drab. – Szkoda, że okulał.

– Racja. Gdyby był zdrów, wy, wszawe kundle, udusilibyście się w chmurze kurzu, jaką bym za sobą zostawił.

– Ale tak się nie stanie. Wędrujesz pieszo. I jesteś sam – usłyszał inny drwiący głos.

Wędrowiec uniósł wzrok. Ten, który właśnie przemówił, był starszy od pierwszego mężczyzny. Dostrzegł wyraźne zmarszczki i nie uszły jego uwadze siwiejące włosy. Jutowa odzież, którą miał na sobie, wyglądała dość nędznie, ale z jego spojrzenia biło wielkie pragnienie przemocy. Mimo że upływające lata odcisnęły na twarzy starszego mężczyzny swoje piętno, jego okrągła tarcza wyglądała na prawidłowo wykonaną. Pewnie potrafił zrobić właściwy użytek z oszczepu trzymanego w prawej ręce. Ten jest bardziej niebezpieczny. Musi być ich przywódcą.

– Widzę, że spodobał się wam mój koń?

– Ha! – W polu widzenia pojawił się trzeci członek bandy. Zdecydowanie odróżniał się od dwóch pozostałych atletyczną sylwetką. Na rękach i nogach wyraźnie rysowały się węzły mięśni, a zamiast oszczepów miał robiącą duże wrażenie okutą pałkę i dużą tracką tarczę. – Chcemy odebrać ci wszystko. Konia, ekwipunek i broń. I twoje pieniądze, jeśli je masz…

– Weźmiemy nawet twoje jedzenie! – Czwarty mężczyzna okazał się chudzielcem z zapadniętymi policzkami i ziemistą, niezdrową cerą. Nie miał tarczy, ale trzy lekkie włócznie nadające się do rzucania.

– A jeśli oddam wam to, co mam, pozwolicie mi odejść? – Każdy oddech wędrowcy sprawiał, że w zimnym powietrzu tworzyły się kłęby pary.

– Oczywiście… – odezwał się ten, który pokazał się jako pierwszy. Jego pozbawione emocji spojrzenie i martwe oczy, a także chichot towarzyszy kazały mocno wątpić w te zapewnienia.

Wędrowiec nie próbował nawet ich skomentować. Odwrócił się i zamruczał uspokajająco do konia:

– Stój… – Gdy wsunął dłoń pod dużą, okrągłą tarczę i odcinał przytrzymujący ją sznur, próbował zlekceważyć świst oszczepu, który właśnie przemknął nad jego głową. Drugi pocisk, wyrzucony w powietrze po płaskim łuku, wylądował pod końskimi kopytami. Ogier zaczął przebierać nerwowo nogami. – Spokojnie… Znasz to. Byliśmy już nieraz w podobnej sytuacji.

Wierzchowiec uspokoił się, reagując na kojący ton głosu swojego pana.

– Oegrusie! Przestań, głupcze! – rozdarł się prowodyr bandy. – Jeśli zranisz konia, sam wypruję ci flaki.

Świetnie. Nie będzie więcej oszczepów. Ogier ma dla nich za dużą wartość. Ustawił się tyłem do konia i uniósł tarczę. Miał chudzielca za plecami, ale wiedział, że nie będzie ryzykował rzutu. Inni też nie. Wyciągnął sica z pochwy i uśmiechnął się ponuro.

– Jeśli chcecie moich rzeczy, będziecie musieli tu przyjść i je sobie wziąć.

– W porządku… – warknął pierwszy oprych. Używając pięt jak hamulców, zsunął się szybko w dół stoku. Za nim pospieszyło jego dwóch kamratów. Z odgłosów dochodzących do niego zza pleców wywnioskował, że chudzielec też był już bliżej ścieżki. Ogier zarżał gniewnie i pokazał zęby, przyjmując wyzwanie. Niech tylko się zbliży.

Gdy cała trójka znalazła się na szlaku, mężczyźni zaczęli się naradzać, wymieniając szeptem jakieś uwagi.

– Pogadaliście już sobie? Gotowi do walki? – zapytał wędrowiec, szydząc.

– Ty suczy synu… – zagotował się lider. – Zobaczymy, czy będziesz tak samo arogancki, gdy obetnę ci jaja i wepchnę do gardła!

– Moje przynajmniej łatwo znaleźć. Wątpię, czy któryś z was, mikrusy, ma tam coś większego od orzeszków.

Na twarzy wielkoluda pojawił się grymas wściekłości. Rzucił się na wędrowca pierwszy, wyjąc wniebogłosy, z tarczą w pogotowiu i uniesioną pałką.

Wędrowiec zrobił szybko kilka kroków do przodu. Zablokował lewą nogę tuż za tarczą i zebrał się w sobie. Zacisnął palce na rękojeści miecza. Muszę się z nim rozprawić szybko, bo pozostali pewnie nie będą długo czekać z atakiem.

Na szczęście okazało się, że drągal był bardziej pewny siebie niż wprawiony w walce.

Wykorzystał swój ciężar, aby uderzyć z impetem w tarczę przeciwnika, wyprowadzając jednocześnie kąśliwy cios w głowę. Wędrowiec zachwiał się jednak tylko nieznacznie, po czym szybko odrzucił głowę w bok. Potem przeciął błyskawicznie ścięgno podkolanowe w lewej nodze przeciwnika. Drab zawył rozdzierająco i zwalił się bezwładnie na ziemię. Miał dość oleju w głowie, aby unieść jeszcze pelta, ale wędrowiec wytrącił mu ją z rąk zamaszystym ruchem swojej tarczy i natychmiast wyprowadził drugi przeszywający cios, ostro ku dołowi. Sztych miecza przeszedł gładko przez szyję leżącego na ziemi przeciwnika. Zbir zaczął dławić się własną krwią.

Wędrowiec pociągnął miecz ku górze i kopnął umierającego mężczyznę tak, że ten przewalił się na plecy.

– Kto następny?

Lider wysyczał jakieś polecenie do chudego opryszka, który skradał się za plecami wędrowca, po czym mężczyźni rozdzielili się, podchodząc swoją ofiarę z trzech stron, ostrożnie i powoli jak morskie kraby.

W tej chwili ogier zarżał ostrzegawczo. Wędrowiec wyczuł raczej, niż zobaczył, że jego koń staje na tylnych nogach. Szybko przesunął się do przodu, aby zejść mu z drogi. Chwilę później usłyszał głuchy łoskot, a następnie odgłos ciała padającego na ziemię.

– Mój koń może i jest kulawy, ale wciąż ma niezły temperament – powiedział niemal łagodnie. – Mózg waszego koleżki pewnie rozprysnął się teraz na kamieniach. Mam rację?

Dwaj ostatni przeciwnicy spojrzeli po sobie zszokowani.

– Nawet nie myśl o ucieczce! – odezwał się starszy prowodyr. – Oeagrus był moim siostrzeńcem. Chcę go pomścić.

Wędrowiec obniżył trochę tarczę, odsłaniając zachęcająco szyję. Niech któryś się skusi…

Mężczyzna w czapce z lisiego futra zacisnął zęby.

– Mam gdzieś, czy trafię konia – powiedział, zanim rzucił swój oszczep.

Wędrowiec nie ruszył się z miejsca. Po prostu uniósł tarczę, pozwalając, aby oszczep utknął w warstwie drewna i skóry. Ostry grot wbił się głęboko, wychodząc na dwa palce po wewnętrznej stronie tarczy. Na szczęście go nie zranił. Wędrowiec odprowadził rękę do tyłu i zamachnął się tak, aby trafić zbira bezużyteczną już tarczą. Ten uskoczył, żeby nie zostać trafionym ostrą krawędzią. Nie spodziewał się jednak, że wędrowiec skoczy natychmiast za wirującą tarczą. Gdy próbował pchnąć go drugim oszczepem, żeleźce zostało łatwo odbite na bok.

Wędrowiec z całym impetem uderzył przeciwnika lewą pięścią w twarz. Głowa mężczyzny odskoczyła do tyłu. Nie zdążył nawet zobaczyć błysku ostrza sica, gdy miecz zagłębił się w jego karku, tam, gdzie kończy się szyja, a zaczyna pierś. Krew tryskająca z rany zrosiła wszystko wokół, a mężczyzna zwalił się bokiem na drogę z otwartymi szeroko ze zdziwienia oczami. Krew pulsującym strumieniem zgodnym z rytmem coraz słabiej bijącego serca uformowała już małą, karminową kałużę u stóp wędrowca. Trzech gryzie piach, ale ostatni jest najgroźniejszy.

Wędrowiec zawirował w błyskawicznym obrocie, spodziewając się, że lider bandy będzie chciał dźgnąć go w plecy. Ten ruch uratował go przed poważnymi obrażeniami, grot włóczni bowiem ześlizgnął się po pierścieniach koszuli kolczej. Napastnik po takim wydłużonym ciosie stracił równowagę i się potknął. Potężne uderzenie w odlew w twarz posłało go do tyłu. Opadł na pośladku, gubiąc broń.

Siedział teraz na ziemi i spoglądał bezradnie na wędrowca.

– Mam żonę. Rodzinę do wykarmienia – wyjąkał, łypiąc na niego przerażony.

– Trzeba było pomyśleć o tym, zanim mnie zaatakowaliście.

Oprych wrzasnął, gdy sica rozorała mu skórę na brzuchu, rozrywając wnętrzności na strzępy. Szlochając z bólu, czekał na cios łaski. Nie doczekał się jednak. Leżał bezsilny, powoli tracąc przytomność.

Po kilku uderzeniach serca otworzył oczy. Jego niedoszła ofiara patrzyła na niego beznamiętnie.

– Nie zostawiaj mnie tak, żebym umierał w boleściach – błagał. – Nawet Kotys by tego nie uczynił.

– Kotys? – Wędrowiec nie doczekał się odpowiedzi, więc wymierzył prowodyrowi kopniaka. – Zamierzałeś obciąć mi jaja i wpakować do ust, pamiętasz?

Umierający mężczyzna przełknął ciężko.

– Pro… proszę.

– Dobrze. – Uniósł sica wysoko w powietrze.

– Zanim mnie zabijesz, powiedz, kim jesteś – zdołał jeszcze wyszeptać.

– Po prostu zmęczonym wędrowcem z okulałym koniem.

Ostrze opadło. Oczy mężczyzny po raz ostatni zrobiły się wielkie jak czarki. Spoglądał już chyba na drugi brzeg Styksu.

Ariadna zebrała włosy do tyłu i ostrożnie upięła długie, czarne pukle za pomocą kilku kościanych wsuwek. Siedząc na trójnożnym stołku przy niskim, drewnianym stole, pochyliła stojące na nim lustro z brązu w taki sposób, aby złapać słabe światło wpadające do chaty przez otwarte drzwi. Ten wyprofilowany kawałek czerwonozłotego metalu był jej jedynym zbytkiem i korzystanie z niego – chociaż nie robiła tego często – przypominało jej o tym, kim jest. Większość ludzi w osadzie nie widziało w niej kobiety, krewnej czy przyjaciółki. Była kapłanką Dionizosa i za to ją szanowano. Ariadna na ogół była zadowolona z otaczającej ją estymy. Nie miała łatwego dzieciństwa, a mimo to osiągnęła wysoką pozycję społeczną, o której wcześniej, wydawałoby się, nie powinna nawet marzyć. Nie znaczyło to jednak, że nie miała potrzeb czy pragnień. Czy jest coś złego w tym, że pragnę mężczyzny? Męża? Zacisnęła usta. W tej chwili jedynym zainteresowanym nią mężczyzną był Kotys, król plemienia Maedi, i jak można się było spodziewać, jego awanse skutecznie odstraszały innych potencjalnych zalotników. Krążyły plotki, że ci, co stawali na drodze Kotysowi, kończyli marnie. Nie, żeby byli jacyś przed nim – pomyślała gorzko. Mężczyźni, którzy mieli dość odwagi, by starać się o względy kapłanki, byli jednak okazami niezwykle rzadkimi.

Ariadna nie cieszyła się na umizgi Kotysa ani ich nie pragnęła. A król bywał w swoich zalotach wręcz obrzydliwy. Czuła się jednak niezdolna do tego, aby je powstrzymywać. Jeszcze nie ośmielił się jej tknąć, ale była przekonana, że to tylko z powodu jej pozycji społecznej oraz jadowitego węża, którego trzymała w koszu przy posłaniu. Jej sytuację komplikowało to, że nie mogła opuścić wioski. Została tu wysłana przez arcykapłanów z Kabyle, jedynego miasta Tracji, położonego na północnym wschodzie, daleko od miejsca, w którym się znajdowała. Pomijając nadzwyczajne okoliczności, wysłano ją tu, aby w tym właśnie miejscu spędziła całe życie. Gdyby wróciła do Kabyle, musiałaby się liczyć z tym, że do końca swoich dni zajmowałaby się czarną robotą, to znaczy miałaby przydzielone mało istotne, służebne obowiązki w głównej świątyni.

Nie mogło być też mowy o powrocie do rodziny. Wprawdzie kochała matkę i modliła się za nią codziennie, do ojca jednak żywiła tylko niegodne kapłanki uczucia – nienawiść i odrazę. Jej emocje miały swoje źródło w trudnym dzieciństwie, gdy ojciec bił ją i poniżał przy każdej nadarzającej się okazji. Albo gorzej… Ten dumny wojownik plemienia Odrysów gardził nią, ponieważ – choć była jego jedynym dzieckiem – nie urodziła się jako chłopiec. Podczas długich lat niedoli znajdowała ukojenie tylko w modłach do Dionizosa, boga uniesienia i rytualnej ekstazy. Tylko podczas obcowania z nim odczuwała namiastkę wewnętrznego spokoju, który przez długie lata stał się dla niej sposobem ucieczki od rzeczywistości. Ariadna do dziś wierzyła, że Dionizos pomógł jej przetrwać niekończące się katusze.

Wcześniej nigdy nie sądziła, że może uciec od ojca, gdyż jedynym wyjściem z jej trudnej sytuacji mogło być tylko poślubienie jakiegoś mężczyzny. Po prostu nie wiedziałaby, co ze sobą zrobić. Gdzie miałaby pójść? Wszystko zmieniło się w jej trzynaste urodziny. Wiecznie poniewierana matka zdecydowała się na niezwykłą interwencję, przekonując ojca na wyrażenie zgody, by córka udała się do świątyni Dionizosa w Kabyle i spróbowała swoich sił jako akolitka, kandydatka na kapłankę. A gdy już znalazła się za murami tego przybytku, jej zapał i oddanie zaimponowały kapłanom tak bardzo, że pozwolili jej zostać. Minęło ponad dziesięć lat, a ona ciągle nie miała ochoty wracać do domu. Po co? Chyba tylko po to, żeby zabić ojca. Zdawała sobie jednak sprawę, że byłby to czyn zupełnie bezsensowny. Wprawdzie status kapłanki sprawiał, że wolno jej było więcej niż zwykłej kobiecie, jednak gdyby dopuściła się ojcobójstwa, poniosłaby straszną karę.

Nie. Najlepiej będzie, jeśli przetrzyma zaloty Kotysa – Dionizosie! Spraw, aby jakaś piękność o oczach sarny wkrótce przyciągnęła jego uwagę – i ugruntuje swoją pozycję w wiosce. Minęło zaledwie sześć miesięcy, odkąd przybyła do największej osady plemienia Maedi. Niewiele wody upłynęło od tej chwili. Ariadna uniosła podbródek. Było też inne wyjście. Gdyby Kotys został zdetronizowany, ktoś lepszy mógłby zająć jego miejsce. Spędziła w wiosce wystarczająco dużo czasu, aby wyczuć narastające niezadowolenie z jego rządów. Nikt specjalnie nie tęsknił za poprzednim królem, Rhesusem, ani jego synem Andriscusem. Powszechnie lubiany był natomiast szlachetnie urodzony Sitalkes, który miał największe szanse, aby zastąpić Kotysa. Wielu wojowników z sentymentem wspominało – uważając przy tym, by nie robić tego przy członkach gwardii Kotysa – Sitalkesa i jego dwóch synów. Jeden z nich zginął w bitwie z Rzymianami, a drugi wyruszył, by służyć zdobywcom jako najemnik. I jeszcze nie powrócił.

Gdyby tylko ktoś miał dość odwagi, by zmierzyć się z Kotysem i wykorzystać tę kumulującą się od dłuższego czasu niechęć – pomyślała Ariadna. Krótka, gwałtowna walka i drań zniknąłby na zawsze. Nie po raz pierwszy żałowała, że urodziła się kobietą. Za mną nikt by nie poszedł. Wpatrywała się w swoje odbicie w stojącym przed nią lustrze. Patrzyła na tak dobrze znaną jej twarz w kształcie serca, okoloną długimi, czarnymi pasmami włosów, na prosty nos i wysokie kości policzkowe. Na podbródek nadający jej twarzy zdecydowany wygląd. Kremowobiała cera sprawiała jej wiele kłopotu z powodu wręcz parzących promieni słońca, zalewających Trację każdego lata. Na wirujący wzór z plamek wytatuowanych na obu przedramionach. Szczupłe, lecz silne ramiona. Małe piersi. Co Kotys we mnie widzi? Nie jestem żadną pięknością. Zwracam na siebie uwagę – to na pewno – ale nie można mnie nazwać ładną. A jej odpowiedź brzmiała zawsze tak samo: Pożąda mojego nieokiełznanego ducha i – jako że jest zachłanny – chciałby go posiąść i zniewolić. Dobrze wiedziała, że jej zapalczywość często wpędzała ją w kłopoty podczas okresu przygotowawczego w świątyni, ale z drugiej strony pomogła jej zostać kapłanką szybciej niż inne kandydatki. Ariadna bardzo ceniła sobie swój ognisty temperament. To dzięki niemu z łatwością wprowadzała się w trans menad i osiągała taki poziom uniesienia, w którym mogła obcować z Dionizosem i poznawać jego wolę. Mój duch nie należy do żadnego człowieka! – pomyślała rozgniewana Ariadna. Jestem narzędziem boga.

Wstała i podeszła do prostego legowiska, koca przykrywającego grubą warstwę słomy w rogu chaty. Z podobnego posłania korzystali wszyscy mieszkańcy tej osady, a ona nie chciała się wyróżniać. Trakowie byli znani z surowego, niemal ascetycznego trybu życia. Ariadna nie była inna. Włożyła ciemnoczerwony wełniany płaszcz, który stanowił symbol jej pozycji społecznej w ciągu dnia, a w nocy służył również jako ciepłe okrycie. Podniosła wiklinowy kosz stojący przy posłaniu i przyłożyła do niego ucho. Żadnego odgłosu. Nie była zaskoczona. Wąż nie lubił chłodnej, jesiennej pogody i tylko sporadycznie udawało się jej wyrwać go z odrętwienia, żeby opleść wokół szyi przed obrzędem w świątyni. Na szczęście ta prosta sztuczka wystarczała, aby wywołać zachwyt wieśniaków. Dla Ariadny jednak gad był jedynie narzędziem służącym podtrzymywaniu aury tajemniczości. Szanowała tę istotę. Nawet trochę się jej bała. Ale w Kabyle została świetnie przeszkolona w radzeniu sobie z nią i jej podobnymi.

Chwyciła kosz pod pachę i wyszła. Jak większość podobnych budowli w tej osadzie, jej jednoizbową, prostokątną chatkę zbudowano z krat z gałęzi, które pokryto grubą warstwą błota. Siodełkowy dach wykonano z mieszaniny słomy i mułu, zostawiając w nim otwór, przez który mógł wydostawać się dym z ogniska. Jedna ze ścian budowli przylegała do palisady otaczającej dwór Kotysa. Ostrokół miał być symbolem pozycji króla i uniemożliwiać zdradziecki atak wrogów, gdyby ci dostali się niepostrzeżenie do osady. Po obu stronach ciągnęła się linia mizernych chatynek z płotkami, za którymi trzymano zwierzęta. Ludzie starali się zagospodarować wolną przestrzeń wzdłuż krętych ścieżek, które prowadziły w różne strony przez całą wioskę, ulokowaną na dość sporym terenie. Budowle te powstawały i ewoluowały przez wieki osadnictwa. O długiej historii wioski mogły też świadczyć rozmieszczone w regularnych odstępach wielkie doły na odchody i wysypiska śmieci. Ariadna dziękowała bogom, że jej dom znajdował się w rozsądnej odległości od któregokolwiek z tych niezbędnych, acz straszliwie cuchnących miejsc.

Zmierzała w kierunku centralnego placu wioski, odpowiadając na pełne szacunku pozdrowienia mieszkańców poważnym uśmiechem lub skinieniem głowy. Po drodze o błogosławieństwo i radę prosiły ją kobiety z niemowlętami przy piersiach i starsi. Jednak tylko najodważniejsi wojownicy nie unikali jej wzroku. Dzieci jak zwykle reagowały dwojako: albo zerkały na nią z niepewnością lub wręcz przerażeniem, albo pytały, czy mogą zobaczyć węża. Znacznie więcej było tych pierwszych. Cóż, nie miała zbyt wielu okazji, aby osłodzić sobie samotność. Odegnała melancholijne myśli. Bóg da jej mężczyznę, gdy uzna to za właściwe. A jeśli tego nie zrobi, nadal będzie służyła mu wiernie, jak obiecywała solennie podczas uroczystości inicjacyjnej, zanim weszła na ścieżkę kapłaństwa.

Tłum przed nią rozstąpił się, ukazując grupę bogato ubranych wojowników. Zamarła. Wystarczył rzut oka na zadzierających nosa mężczyzn, aby zorientować się, z kim ma się do czynienia. Czerwone tuniki z długimi rękawami i pionowymi białymi paskami, zdobione hełmy z brązu oraz inkrustowane srebrem nagolenniki świadczyły o tym, że należą do gwardii króla. Wskazywała na to też zresztą ich broń: porządnie wykonane oszczepy, kopisy i długie, zakrzywione sztylety. Ariadna zaklęła pod nosem. Jeśli są tu ludzie Kotysa, on sam nie może być daleko. Zerkając w lewo, przywitała starszą kobietę, której męża niedawno wyleczyła. Jej uszy natychmiast wypełnił potok pochwał i podziękowań dla Dionizosa. Rozpromieniła się, jednocześnie zeszła trochę z widoku, przesuwając się w stronę chaty staruszki, i odwróciła się plecami do drogi i placu. Przy odrobinie szczęścia wojownicy jej nie zauważą. Może wcale mnie nie szukają?

– Kapłanko!

Ariadna zaklęła w duchu. Udawała, że słucha staruszki, ale wezwanie, które usłyszała po raz drugi, wyszło z ust kogoś, kto znajdował się tuż za nią.

– Kapłanko?

Wędrowiec nie zamierzał niepotrzebnie marnować czasu w miejscu, gdzie zorganizowano na niego zasadzkę. Bandyci oczywiście nie mieli przy sobie nic wartościowego. Wystarczyło tylko wytrzeć krew z sica i usunąć oszczep, który przebił tarczę, a potem przymocować ją ponownie do pakunków na końskim grzbiecie. Ruszył w kierunku wsi, zostawiając ciała tam, gdzie upadły. Musiał się spieszyć, aby dotrzeć na miejsce przed zmrokiem. Nie chciał nawet myśleć o innej ewentualności. Na niebie kłębiły się jasnożółte chmury, które o tej porze roku zwiastowały silne opady śniegu. Okazało się jednak, że szczęście go nie opuszcza. Nie wiedział, czy to dzięki adrenalinie płynącej w żyłach wierzchowca po ostatniej walce, czy interwencji wielkiego Jeźdźcy, ale wydawało się, że ogier zaczął poruszać się jakoś sprawniej. Udało im się szybko pokonać spory dystans, a gdy z nieba zaczęły spadać pierwsze płatki śniegu, wędrowiec dostrzegał już dachy chat w wiosce.

Od jakiegoś czasu do jego uszu dochodziło głośne beczenie. Szybko poznał źródło tych odgłosów. Uniósł głowę. Mały chłopiec spędzał stado owiec i kilka kóz ze stoku prosto na szlak prowadzący do wioski. Pomagała mu w tym zadaniu para psów.

– Nie tylko my szukamy schronienia – odezwał się wędrowiec do wierzchowca. Zatrzymali się, żeby nie blokować małemu pasterzowi kamienistej ścieżki.

– Pogoda nas nie rozpieszcza. Lepiej schować się przed śniegiem w ciepłej izbie – odezwał się przyjaźnie do chłopca.

Ten jednak trzymał się od niego z dala, nie schodząc na ścieżkę.

– Kim jesteś? – zapytał podejrzliwie.

– Zwą mnie Peiris – skłamał. Nawet tak blisko domu wolał nie ujawniać swojego prawdziwego imienia.

– Nigdy nie słyszałem o kimś, kto się tak nazywa – usłyszał lekceważącą odpowiedź.

– Kiedy ja opuszczałem wioskę, byłeś jeszcze pewnie oseskiem, raczkującym po skórze niedźwiedzia u stóp matki.

– Możliwe… – Chłopak trochę się rozluźnił i nie patrzył już na niego z taką nieufnością. Zajął się zaganianiem ostatnich owiec i kóz na drogę, pokrzykując głośno i machając rękami. Psy biegały tam i z powrotem, poganiając maruderów. Wędrowiec obserwował te zabiegi przez jakiś czas, a gdy cała trzoda znalazła się na ścieżce, zbliżył się do małego pasterza i szedł z nim ramię w ramię. Ciekawe, czego się od niego dowiem…

– Jak się miewa Rhesus?

– Rhesus? Ten stary król?

– Tak.

– Umarł cztery lata temu. Zabrała go zaraza.

– To jego syn Andriscus zasiada teraz na tronie?

– Naprawdę musiało cię tu długo nie być. – Chłopiec rzucił mu pogardliwe spojrzenie. – Andriscus też nie żyje. – Rozejrzał się czujnie wokół, zanim dokończył szeptem. – Zakatrupiony. Jak Sitalkes. – Zauważył błysk przerażenia w oczach wędrowca. – No wiem. Straszna sprawa. Ojciec gadają, że wielki Jeździec ukarze Kotysa, ale na razie musimy z tym żyć.

– To Kotys zabił Sitalkesa?

– Ano – odpowiedział chłopiec, po czym splunął.

– I teraz on jest królem? – Chłopak kiwnął głową. – Rozumiem…

Zapadła cisza, której młokos nie ośmielił się przerwać. Nie chciał się do tego przyznać, ale ponury podróżnik go przerażał. Chwilę później mężczyzna się zatrzymał.

– Idź dalej sam. – Wskazał ogiera. – Ja nie mogę go nadwyrężać, bo nie jest całkiem sprawny. Do zobaczenia w wiosce.

Chłopak skinął głową z ulgą, koncentrując się na pilnowaniu stada. Wędrowiec odczekał, aż mały pasterz oddali się od niego, a potem zamknął oczy. Jego sumieniem targało poczucie winy. Gdybym był w wiosce, wszystko potoczyłoby się inaczej!

Nie pozwolił sobie jednak na długie rozpaczanie. A może i nie. Może ja też już bym nie żył. Decyzja ojca o wysłaniu mnie w wielki świat była właściwa. Podejrzewał, że Sitalkes również nie zachowałby się inaczej, gdyby wiedział, co się stanie. Nie można było nie zauważyć smutku, który go ogarnął na wiadomość, że jego ojciec został zamordowany. Przywołał z pamięci obraz Sitalkesa takiego, jakim go ostatnio widział: silnego, dumnie wyprostowanego, zdrowego. Spoczywaj w pokoju, ojcze. Chciał wrócić do domu, jako że jego służba dla znienawidzonych wrogów dobiegła końca. Wieści z rodzinnej wioski wytrąciły go z równowagi, bo jeśli Sitalkes został zamordowany, to znaczy, że nie zostanie ciepło powitany. Nie będzie mu dane odpocząć. Nie mógł teraz tak po prostu odwrócić się i odejść. Musiał ukarać zabójcę. Tego wymagał jego honor. A poza tym… co miałby ze sobą zrobić? Wrócić do legionów? Nie ma mowy. Nadszedł czas, aby wypełnić zadanie, bez względu na to, jakie czeka go przyjęcie. Nie kwestionuję twojej woli, wielki Jeźdźcu. Proszę cię jednak, abyś mnie chronił tak, jak czyniłeś dotąd. I pomóż mi zemścić się na zabójcy ojca. Fakt, że oznacza to zapewne ukaranie króla, nie osłabiał jego determinacji.

– Ruszamy… – zwrócił się do ogiera. – Znajdźmy ci jakąś stajnię i trochę obroku.

Ariadna odwracała się niespiesznie.

– Polles! Co za niespodzianka. – Nie próbowała ukrywać chłodu w głosie. Polles może sobie być ulubieńcem Kotysa, ale był również aroganckim osiłkiem, który nadużywał swojej pozycji i władzy.

– Król życzy sobie zamienić z tobą słowo – wycedził Polles.

Mimo że wojownik starał się udawać kurtuazję, nie mogło być wątpliwości, że przekazuje rozkaz. Jak on śmie? Ariadna zmusiła się, aby zachować kamienną twarz.

– Ależ rozmawiałam z nim nie dalej jak wczoraj.

Wąskie wargi Pollesa wykrzywiły się, co miało być uprzejmym uśmiechem. Ten mężczyzna – cały, jak go bogowie stworzyli, ze swoją niecodzienną urodą, długimi, czarnymi włosami i pokrytymi oliwą wielkimi mięśniami – mógłby być symbolem zarozumiałości.

– Niemniej pragnie… przyjemności z twojego towarzystwa jeszcze raz.

Uwadze Ariadny nie uszło krótkie, acz zapewne celowe zawahanie w tej wypowiedzi, które miało podkreślić jej dwuznaczność. Sądząc z tłumionych rechotów wojowników za plecami posłańca, oni też dobrze zrozumieli podtekst. Lubieżna łajza z brudnymi myślami. Tak samo jak jego pan.

– Kiedy? – zapytała, udając zaskoczenie.

– Dlaczego nie teraz?

– Gdzie jest król?

Polles zamachnął się leniwie, wskazując za plecy.

– Na placu zgromadzeń.

Gdzie wszyscy mogą go zobaczyć.

– Zaraz się tam udam.

– Kotys wysłał nas, abyśmy ci towarzyszyli. I zapewne oczekuje, że udasz się do niego bez zwłoki. – Polles zmarszczył brwi.

– Możliwe, ale jestem zajęta. – Ariadna wskazała gestem pochyloną staruszkę. – Nie widzisz?

– Ja… – Na twarzy wojownika pojawił się grymas irytacji.

– Czy życzenia króla są ważniejsze niż wola Dionizosa? – spytała Ariadna, unosząc lekko pokrywę kosza.

– Nie, oczywiście, że nie – odpowiedział Polles, wycofując się.

– I tak jest dobrze… – Ariadna odwróciła się do niego plecami.

Słyszała pełne złości komentarze towarzyszy Pollesa i jego samego: „Nie wiem, co powinieneś powiedzieć królowi. Powiedz mu, że jej nie znaleźliśmy. Albo że jest w transie. Wymyśl coś!”.

Po chwili rozległo się za jej plecami zniecierpliwione szuranie stóp. Pozwoliła sobie na delikatny uśmiech. Kobiecina, która wcześniej paplała jak najęta, szybko jednak zamilkła. Nie było w tym nic dziwnego. Mało kto wykazywałby się erudycją, gdyby kilka kroków od niego stał jeden z członków straży przybocznej króla i zapewne wbijał kapłance szpile w plecy z kwaśną miną. W końcu Ariadna wymruczała krótką modlitwę, błogosławiąc staruszkę, a potem zerknęła na Pollesa.

– Jestem gotowa.

Niezgrabnie wskazał jej miejsce w szyku wojowników, którzy szybko utworzyli wokół niej kordon. Polles poprowadził kolumnę, wrzeszcząc na każdego, kto był na tyle głupi, aby wejść im w drogę. Dotarcie do głównego placu w centrum wioski nie zajęło im zbyt wiele czasu. Plac miał kształt nierównego koła, a jego krawędź wyznaczały dziesiątki chat. Grupy plotkujących kobiet wracały tędy znad rzeki z praniem. Gromady ubranych w łachmany dzieciaków bawiły się albo biły, w kurzu i błocie, podczas gdy chude kundle skakały podekscytowane wokół nich, wypełniając powietrze przenikliwym ujadaniem. Z dachu nieodległej kuźni sączył się dym, a ze środka dobiegały dźwięki uderzeń młota o kowadło. Na zewnątrz czekała grupka mężczyzn z uszkodzoną bronią w dłoniach. Obok ustawiono kilka kramów ze sprzętami rzemieślników, dziełem pracy rąk garbarzy i podstawowymi produktami spożywczymi, takimi jak zboża i sól, ale również z ceramiką. Poza kuźnią przy placu znalazło się miejsce na nędzną karczmę oraz trzy świątynie – Dionizosa, Jeźdźca i Matki. I to by było na tyle.

Plemię Maedi, podobnie jak wszyscy Trakowie, nie było ludem predestynowanym do zajmowania się kupiectwem. Na tym terytorium nie było zbyt wielu zasobów naturalnych. Z roli można było uzyskać podstawowe produkty, wystarczające, by przeżyć, dlatego większość mężczyzn z plemienia naturalnie wybrała drogę wojowników, dla których jedynym celem istnienia stawała się walka, zarówno z plemionami sąsiednimi, jak i daleko za granicami. Nic dziwnego, że na placu widziała w większości potężnie zbudowanych mężczyzn, przeważnie szatynów i rudowłosych o ciemnej cerze, ale w bardzo różnym wieku, od młodych wyrostków, którym ledwo sypał się wąs, po białobrodych mężczyzn w dojrzałym wieku, równie pewnych siebie, jak ci pierwsi. Wojownicy ci byli odziani w plisowane tuniki z krótkimi rękawami w różnych kolorach, od czerwonego, poprzez zielony, kończąc na brązowym i kremowym. Nosili sandały lub buty ze skórzaną cholewką i uniesioną końcówką. Na ich głowach wszechobecne były spiczaste czapki alopekis z lisiego futra i z długimi klapami zakrywającymi uszy. Bogatszych stać było na naszyjniki, wykonane z brązu lub nawet ze złota. Miecz czy sztylet – a często oba – obijały się o uda lub zwisały na pasie piersiowym. Ludzie stali w grupach, chwaląc się zapewne swoimi wyczynami lub umawiając się na polowania.

Gdy kolumna gwardzistów pojawiła się na placu, zwróciła uwagę wszystkich zgromadzonych. Ariadna czuła ciężar ich wzroku. Podążali ku świątyni Dionizosa. Był to budynek nieco większy niż pozostałe, wyróżniający się kwadratowymi kamiennymi kolumnami po obu stronach wejścia. Słyszała szepty wojowników. To naprawdę ją denerwowało. Byli na tyle odważni, aby nie lękać się wrogów w polu, a jednocześnie nie potrafili sprzeciwić się królowi, którego nie lubili. Ta myśl sprawiła, że nagle poczuła się bardzo samotna.

Kotys czekał przy drzwiach świątyni z członkami straży przybocznej, stojącymi po jego każdej ręce, i grupą gwardzistów przed nim. Roztaczał wokół siebie aurę wielkości. Choć miał już prawie pięćdziesiąt lat, wyglądał na młodszego o jakieś dziesięć lat. Wśród ciemnych fal włosów na próżno było szukać siwej smugi, a nieliczne zmarszczki sprawiały, że miał twarz lisa przechery. Na purpurową, długą do kolan tunikę założył kompozytowy pancerz z napierśnikiem zdobionym złotem i dwoma identycznymi pektorałami z tego samego metalu szlachetnego. Watowane pteryges chroniły jego pachwiny, a nogi – inkrustowane srebrem nagolenniki. U zdobionego złotem pasa, w nabijanej bursztynem pochwie, wisiała machaira z rękojeścią z kości słoniowej. Ozdobny hełm attycki stanowił uzupełnienie tego pełnego przepychu wizerunku. Nie mogło być wątpliwości, że miało się przed sobą króla.

Gdy Polles przebijał się przez tłum wojowników, Kotys obserwował Ariadnę, najwyraźniej rozkoszując się jej widokiem.

– Kapłanko! Wreszcie zaszczycasz nas swoją obecnością! – zawołał.

– Przybyłam tak szybko, jak mogłam, Wasza Wysokość. – Nie próbowała się tłumaczyć.

– Wspaniale. – Kotys skinął lekceważąco dłonią. Jej eskorta zrobiła w tył zwrot i się oddaliła. Ariadna niechętnie postąpiła krok do przodu, a potem jeszcze kawałek dalej. Czuła, że Polles gapi się na jej plecy z obleśnym uśmieszkiem. Odwróciła głowę i spojrzała mu prosto w oczy. Jej zachowanie nie uszło uwadze Kotysa, który jeszcze raz machnął ręką, jakby się oganiał od muchy. Po tym geście jego ulubieniec wycofał się jakieś dwadzieścia kroków w stronę kuźni.

– Musisz wybaczyć Pollesowi brak manier. Nie radzi sobie za dobrze, gdy wysyłam go z takimi delikatnymi zadaniami.

Po co było go w ogóle posyłać?

– Rozumiem… – odrzekła cicho, starając się stłumić gniew.

– Dobrze. – Jedno słowo miało wystarczyć, jako że dotarli właśnie do granicy uprzejmości Kotysa. – Łatwo uda nam się zapewne poczynić bardziej odpowiednie ustalenia – dokończył szorstko.

– Czego miałyby dotyczyć? – Zdziwiona Ariadna uniosła brwi.

– Chciałbym, żebyś któregoś wieczoru zjadła ze mną wieczerzę w moim pałacu. Nie będziemy wtedy potrzebowali Pollesa ani eskorty.

– Obawiam się, że to nie będzie możliwe – odparła lodowatym głosem.

– Zapominasz, kim jestem? – powiedział Kotys, krzywiąc się przy tym brzydko.

– Oczywiście, że nie, Wasza Wysokość. – Ariadna spuściła oczy, udając skromność. – Jednak wieczorami przychodzą najlepsze wizje. To w tym czasie najłatwiej nawiązać kontakt z bogiem – skłamała.

– Któryś wieczór można chyba sobie podarować… – warknął.

– Nie, panie. Wizje przychodzą sporadycznie. Nic dziwnego, wszak Dionizos wybiera własne drogi, często okryte mgłą tajemnicy.

Przytaknął z zadumą.

– Jeździec czyni podobnie.

– Oczywiście. Nieregularne wizje i kręte drogi wybierane przez niego sprawiają, że muszę być zawsze gotowa, by odebrać wiadomość. Spędzenie wieczoru poza świątynią jest… wykluczone. Teraz, jeśli mi wybaczysz, panie, muszę się pomodlić. – Mimo że serce waliło jej jak oszalałe, Ariadna skłoniła się nisko i posłała Kotysowi pełen błogości uśmiech, a następnie chciała go wyminąć.

Drgnęła zaskoczona, gdy nagle chwycił ją mocno za ramię. Upuściła kosz, ale jego wieko, niestety, trzymało się mocno.

– To boli!

– Myślisz, że to jest ból? – Kotys roześmiał się chrapliwie, a po chwili przysunął się blisko i spojrzał jej głęboko w oczy. – Musisz coś zrozumieć, suko. Bawiąc się tak ze mną, sporo ryzykujesz. Nie będę tego tolerował wiecznie. Pamiętaj, że też jestem kapłanem. Trafisz do mojej łożnicy tak czy inaczej. I to całkiem szybko. – Niespodziewanie zwolnił uchwyt. Ariadna, blada jak płótno, zachwiała się i zrobiła kilka niepewnych kroków.

Ileż by dała za grom z jasnego nieba, który by go poraził! Oczywiście nic takiego się nie stało. Mogła być kapłanką Dionizosa, ale Kotys również służył bogom. Opadła ją bezsilność. Kabyle z wpływową radą arcykapłanów było daleko. Nie, żeby liczyła, że coś by zrobili z tą sprawą. Jako władca ludu Maedi i kapłan Jeźdźcy Kotys mógł robić, co chce. Zmusiła się do sztywnego ukłonu. Usta Kotysa drgnęły, układając się w pogardliwy uśmieszek.

– Jeszcze wrócimy do tej rozmowy – powiedział chrapliwie. – Niedługo.

Nie mogąc opanować drżenia rąk, Ariadna zaniosła kosz pod drzwi świątyni. Uniosła ciężką belkę, otwierając bramę i wpuszczając do środka promienie słoneczne, które rozświetliły mrok wnętrza. Gdy Kotys wreszcie oddalił się na bezpieczną odległość, mogła wypuścić powietrze. Czuła, że ma miękkie kolana, dlatego usiadła na jednej z ławek, które ustawiono pod ścianami. Zamknęła oczy i wciągnęła haust powietrza. Policzyła bicia serca. Przy czwartym zaczęła stopniowo wypuszczać powietrze. Dionizosie, pomóż mi, proszę – błagała. Proszę! Nie przerywała ćwiczeń ze spowalnianiem oddechu i w końcu poczuła, że się uspokaja. Rozluźniła spięte mięśnie ramion. Lęk nie chciał jednak opuścić jej ciała, zbierając się teraz w brzuchu. Trzeba będzie czegoś więcej niż modlitwa, aby ukarać Kotysa za jego zachłanność. Teraz czuła się jednak zupełnie bezradna.

Dyskretny kaszel przywołał ją do rzeczywistości.

Odwróciła głowę. Postać stojąca w drzwiach była niewyraźna, bo okalały się jasne promienie słoneczne. Nie mogła jej rozpoznać. Od razu poczuła strach, który powrócił w towarzystwie ostrych igiełek paniki. Chwilę trwało, zanim uspokoiła skołatane nerwy. To nie był Kotys ani Polles, którzy nie zachowywaliby się tak subtelnie.

– Kto tu?

– Nazywam się Berisades – usłyszała głos pełen szacunku. – Jestem kupcem.

Ariadna przejęła kontrolę nad swoim ciałem.

– Podejdź, proszę – rzekła i sama ruszyła w stronę gościa. Berisades był niskim mężczyzną w jesieni życia. Miał schludnie przystrzyżoną brodę i głęboko osadzone inteligentne oczy.

– Przybyłeś tu prosto z drogi – powiedziała, spoglądając na zieloną tunikę i luźne spodnie pokryte pyłem.

– Idę ze wschodu. To była długa podróż, ale udało się dotrzeć aż tu bez wielkich strat. Dlatego uznałem, że powinienem od razu podziękować Dionizosowi. – Berisades poklepał dłonią mieszek wiszący na pasie. Zawartość sakiewki zabrzęczała.

Ariadna poprowadziła kupca do kamiennego ołtarza. Na znajdującym się za nim cokole stał sporej wielkości malowany posąg Dionizosa. Brodaty bóg w jednej dłoni trzymał winorośl, a w drugiej kielich. Pod jego stopami wyraźnie widać było fale, które symbolizowały władzę nad wodą. Przy jednym ramieniu znajdowała się rzeźba byka z twarzą mężczyzny, a przy drugim artysta umieścił grupę tańczących satyrów. Pod stopami boga leżały bukiety zwiędłych kwiatów i miniaturowe gliniane naczynia z winem, a także małe posążki, wykonywane na jego podobieństwo. Promienie słońca migotały na nasyconych złotą barwą kawałkach bursztynu i połyskującego szkła. Wśród darów bywalców świątyni znajdowały się między innymi długie, zakrzywione jak zęby muszle okładniczek, charakterystyczne muszle małż z żebrowaniem, a także, najbardziej cenione, rzadkie muszle zwane porcelankami tygrysimi.

Berisades ukląkł i umieścił woreczek między innymi ofiarami wiernych.

Ariadna wycofała się dyskretnie, pozwalając mu skupić się na modlitwie. Znów w jej wyobraźni pojawił się obraz lubieżnie uśmiechniętego Kotysa. Ponownie opadły ją niewesołe myśli. Nie przychodził jej do głowy żaden sposób uwolnienia się od napastliwego władcy. Powoli ogarniała ją rozpacz. W nadziei, że pomoże jej medytacja, zamknęła oczy i starała się wejść w trans, który tak często pozwalał jej poznać oczekiwania i pragnienia Dionizosa. Na nic! Wciąż wracała myślami do obrazu Kotysa, który bierze ją siłą.

– Jak cię zwą, pani? – Głos Berisadesa dochodził z bliska. Przerwał potok jej niewesołych myśli.

– Ariadna.

– Nie było cię tutaj, gdy ostatnio byłem w tej wiosce.

– Nie. Przybyłam do świątyni sześć księżyców temu.

Pokiwał głową.

– Pamiętam, że stary kapłan nie czuł się za dobrze. Ty jesteś młoda i zdrowa. Nie wątpię, że zostaniesz tu przez wiele lat, aby radować oczy każdego wdzięcznego podróżnika, który zechce odwiedzić świątynię i oddać cześć bogu.

– Jesteś bardzo miły – odrzekła półgłosem Ariadna, chociaż w środku ciągle czuła mrok lęku. Gdybyś tylko znał prawdę.

– Przy okazji… Wkrótce możesz spodziewać się kolejnego gościa.

– Tak? – Ariadna nie poświęcała słowom kupca większej uwagi. Znów wróciła myślami do Kotysa.

– Wczoraj spotkałem na szlaku wojownika, który wracał do domu. Przybylibyśmy razem, ale jego koń okulał. Wygląda na to, że spędził wiele lat w rzymskich jednostkach pomocniczych. Mówił, że zamierza podziękować bogom plemienia za bezpieczny powrót. Spokojny człowiek, ale wyrażał się z wielką swobodą i pewnością siebie.

– Naprawdę? – Ariadna reagowała automatycznie. Nie za bardzo interesował ją powrót kolejnego tubylcy, który służył Rzymowi jako najemnik.

Berisades zauważył, że kapłanka błądzi myślami gdzieś daleko.

– Dziękuję, pani – mruknął, wycofując się.

Ariadna obdarzyła go na odchodnym promiennym uśmiechem. Jej dusza krzyczała.

Gdy wspinali się po ostrym stoku do otoczonej palisadą osady, zalały go obrazy z przeszłości. Gorące letnie dni i kąpiele z chłopakami w rzece o bystrym nurcie, która przepływała w pobliżu wioski. Pilnowanie dobrze zbudowanych koni, które służyły jako wierzchowce bojowe bogatszym wojownikom. Polowanie na jelenie, niedźwiedzie i wilki w wieku młodzieńczym wśród szczytów, które górowały nad osadą. Pierwsza krew, którą przelał jako wojownik, w wieku lat szesnastu zabijając swojego pierwszego wroga. Modły na klęczkach w świętym gaju na szczycie pobliskiej góry, gdy prosił Jeźdźca o opiekę i podpowiedzi. Godziny wypełnione przeklinaniem bogów za to, że pozwolili odejść jego matce w połogu po urodzeniu dziewczynki. Maleńkiej siostry, która pożyła jeszcze niecały miesiąc. Dzień, gdy dowiedział się, że Rzymianie najechali Trację. Wymarsz przeciwko legionom z ojcem, bratem Maronem i innymi mężczyznami z plemienia. Ich pierwsze wspaniałe zwycięstwo, a potem gorzkie klęski. Śmierć Marona w męczarniach. Tydzień wcześniej jakiś Rzymianin wraził mu w brzuch gladius. Kolejne próby unieruchomienia rzymskiej machiny wojennej. Zasadzki w górach. Nocne bitwy. Zatruwanie rzek. Sojusze z innymi plemionami, które nie udały się z powodu zdrady lub chciwości jednostek albo przez jedno i drugie.

– My, Trakowie, nigdy się nie zmienimy, co? – zapytał ogiera. – I nikogo nie obchodzi, co jest najlepsze dla Tracji. Bierzemy się za łby ze wszystkimi, tłukąc się nawet między sobą. Zwłaszcza między sobą. Zjednoczyć się, aby walczyć ze wspólnym wrogiem, takim jak Rzym? Nie ma mowy! – Zaśmiał się krótko i ponuro. Pierwsza część zadania, jakie zlecił mu ojciec – służba w rzymskich legionach – została wykonana. Potem miał zjednoczyć plemiona Tracji. Łudził się, że zanim przyjdzie mu rozpocząć realizację drugiej części planu, będzie mógł przez jakiś czas wieść względnie normalne życie. Teraz musiał o tym zapomnieć. Niebo nad jego głową znów przykryły ciemne chmury z krwawą poświatą. Nie próbował walczyć z adrenaliną, którą pompowało do krwi jego serce. Przywitał tak dobrze znany mu stan z zadowoleniem. Kotys zabił mi ojca. Zdradziecki kundel. Musi umrzeć. I to szybko.

Koń przywykł już zarówno do tych monologów, jak i długich okresów milczenia w zamyśleniu. Szedł spokojnie za swoim panem, a jego pewne kroki odbijały się echem kopyt od skał.

Przy wielkiej bramie w murze palisady stało dwóch wartowników uzbrojonych w tarcze i oszczepy. Gdy się zbliżył, zmrużyli oczy i patrzyli na przybysza niepewnie, wymieniając półgłosem jakieś uwagi. Niewielu ludzi przybywało do osady o tak późnej porze, niewielu podróżowało w tak złą pogodę. Jeszcze mniejsza grupa mogła pochwalić się posiadaniem kolczugi lub hełmu. Chociaż ogier przybysza trochę kulał, wyglądał na rasowego ogiera. Co więcej, miał białe umaszczenie. Wierzchowiec godny króla.

– Stać!

Zatrzymał się w miejscu, unosząc lewą rękę w geście oznaczającym, że przychodzi w pokoju. Pozwólcie mi przejść przez bramę, nie zadając zbyt wielu pytań.

– Paskudna pogoda. – Zaczął łagodnie. – Gdy tylko oddam cześć Jeźdźcy, spędzę ten wieczór przy ogniu z pucharem wina w dłoni.

– Znasz nasz język? – Starszy strażnik nie krył zdziwienia.

– Oczywiście. – Zaśmiał się wędrowiec. – Jestem Maedi. Jak wy.

– Czyżby? Twoja morda nie wygląda mi znajomo – prychnął drugi wartownik.

– Ja też cię nie znam… – dodał nieco bardziej przyjaznym tonem jego towarzysz.

– Możecie mnie nie znać, ale urodziłem się i wychowałem w tej wiosce. – Wędrowiec skrzywił się, widząc, że zerkają na niego niepewnie. – Czy po niemal dziesięciu latach poza domem to wszystko, na co mogę tu liczyć? – Miał już przedstawić się pod zmyślonym imieniem Peiros, ale pierwszy strażnik go uprzedził.

– Kim jesteś? – Przyjrzał się mu uważniej, dostrzegając po chwili plamy krwi na tunice. A potem znów spojrzał uważnie na twarz wędrowca. – Poczekaj… Ja cię znam! Spartakus?

Szlag by to!

– We własnej osobie… – odparł krótko, opuszczając rękę na rękojeść miecza.

Na twarzy starszego mężczyzny od razu pojawił się uśmiech pełen niedowierzania.

– Na wszystkich bogów! Dlaczego nie powiedziałeś od razu? Jestem Lycurgus. Walczyłem u boku Sitalkesa. – Rzucił ostrzegawcze spojrzenie na drugiego strażnika.

– Pamiętam cię – odezwał się Spartakus, witając go przyjaznym skinieniem głowy. Na drugiego wartownika spojrzał mniej serdecznie. Ten zamarł i spuścił głowę jakby bardziej zainteresowany ukształtowaniem powierzchni pod nogami.

– Wiele się zmieniło, od kiedy opuściłeś wioskę – zaczął Lycurgus, poważniejąc. – Twój ojciec…

– Wiem – przerwał ostro Spartakus. – Nie żyje.

– No tak.

– Jak słyszałem, zginął w podejrzanych okolicznościach. – Nie mógł się powstrzymać.

– Żaden z nas nie miał z tym nic wspólnego. – Lycurgus spojrzał na swego towarzysza. – Powinieneś raczej zamienić słówko z Pollesem.

– Kim jest ten Polles?

– Aroganckim suczym synem. Dowódcą straży przybocznej króla. – Niechęć w głosie Lycurgusa była aż nadto widoczna.

– A co z Getasem, Seuthesem i Medokosem? Żyją? – zapytał jakby od niechcenia.

– O, tak! Wypadli z łask, ale nie zadzierają nosów i Kotys zostawił ich w spokoju. – Uświadomiwszy sobie, że ta rozmowa zmierza w niebezpiecznym kierunku, Lycurgus oblizał wargi i zaczął niepewnie. – Czy ty…

– Jestem zmęczony. – Spartakus udawał, że nie usłyszał. – Od tygodni na szlaku. Chcę tylko wypełnić brzuch ciepłą strawą i wychylić czarę wina ze starymi druhami. Król może poczekać do jutra. – Nie musi wiedzieć wcześniej, że wróciłem. A gdy się dowie, jeśli bogowie pozwolą, będzie już za późno. A teraz, gdy ci dwaj wiedzą, kim jestem, muszę działać szybko. Getas i inni mi pomogą. – Chyba nie proszę o zbyt wiele?

– Jaa-asne, że nie – wyjąkał Lycurgus. Spojrzał znacząco na swojego towarzysza.

– Nie puścimy pary z ust.

– Nikomu ani słowa… – Spartakus chciał mieć pewność. Wyczuwając zawoalowaną groźbę w głosie wędrowca, strażnicy pokiwali skwapliwie głowami. – I niech tak zostanie. – Zasłonił fałdą peleryny usta i dolną część twarzy. Wyminął ich bez słowa.

– Ty imbecylu! – wysyczał Lycurgus, gdy wędrowiec zniknął im z oczu. – Spartakus jest jednym z największych wojowników tego plemienia! Ciesz się, że był w dobrym humorze. Mówię ci, że wolisz go nie wkurzać.

– Co on planuje?

– Nie wiem – uciął Lycurgus. – I nie chcę wiedzieć. Jeśli ktoś spyta, nie rozpoznaliśmy go. Jasne?

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Tytuł oryginału

Hannibal. Enemy of Rome

Copyright © by Ben Kane, 2011

First published as Hannibal. Enemy of Rome by Preface Publishing, an imprint of Cornerstone. Cornerstone is part of the Penguin Random House group of companies.

Projekt okładki

Marcin Słociński

Ilustracja na pierwszej stronie okładki

Colin Thomas Photography Ltd

Opieka redakcyjna

Krzysztof Chaba

Adiustacja

Bogusława Wójcikowska

Korekta

Grażyna Rompel

Irena Gubernat

Przygotowanie mapy

Piotr Poniedziałek

Copyright © for the translation by Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

Sp. z o.o., 2018

ISBN 978-83-240-4280-7

Znak Horyzont

www.znakhoryzont.pl

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Hannibal. Wróg Rzymu Droga do Rzymu Srebrny orzeł Zapomniany Legion 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Piękna i odważna. Ulubiona agentka Churchilla Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów Był sobie król… Do piekła i z powrotem: Europa 1914–1949 Wołyń '43 Romanowowie