Przyjaciel z szafy

Przyjaciel z szafy

Autorzy: A.F. Harrold

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Kategorie: Dla dzieci

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 21.69 zł

Możesz wszystko, co tylko sobie wyobrazisz.

Rudger to najlepszy przyjaciel Amandy Szuruburskiej. Taki wymyślony, ale to nie znaczy, że na niby. Każdy z nas kiedyś miał albo nadal ma takiego powiernika.

Nikt poza Amandą nie może go zobaczyć. Do czasu. Pewnego dnia w drzwiach domu dziewczynki staje pan Trznadel. Łysy, grubawy, w hawajskiej koszuli. Przyszedł przeprowadzić ankietę. To jednak tylko pozory. Prawda jest taka, że pan Trznadel poluje na takich jak Rudger. Na wymyślonych. I już wyczuł niepozornego chłopca.

Gdy Amanda na skutek wypadku trafia do szpitala, Rudger zostaje sam. Czy zdoła ukryć się przed groźnym przybyszem? Krążą plotki, że pan Trznadel zjada wymyślonych…

Opowieść o miłości, utracie oraz sile wyobraźni, wspaniale zilustrowana przez Emily Gravett. Poruszy wszystkich, którzy wierzą w moc fantazji i dla których – tak jak dla Amandy – „każda książka to przygoda”.

Pełne subtelności ilustracje Emily Gravett (plus olśniewająca okładka) świetnie oddają ducha przygód Amandy i Rudgera jak również nastrój zabawy… Najbardziej urokliwe i wzruszające są opisy więzi między bohaterami, takich, których sami potrzebujemy, i tego, w jaki sposób wpływają one na nasze życie.

„The New York Times Book Review”

Harrold roztacza przed naszymi oczami świat ujmująco ukierunkowany na dzieci, z solidną przy tym dawką grozy. Kolorowe ilustracje Gravett, zajmujące nieraz pełne rozkładówki i marginesy stron, wspaniale odzwierciedlają wymieszanie tego, co realne i wyobrażone. Cudowna rozrywka.

„Kirkus Reviews”

Ujmująco eteryczna celebracja fantazji.

„Booklist”

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Motto

Wstęp

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Tytuł oryginału: THE IMAGINARY

Opieka redakcyjna: DOROTA WIERZBICKA

Redakcja: AGNIESZKA OLCZYK

Korekta: EWA KOCHANOWICZ, EWELINA KOROSTYŃSKA, ANNA RUDNICKA

Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ

Skład i łamanie: Infomarket

Text copyright © A.F. Harrold 2014

Illustrations copyright © Emily Gravett 2014

© Copyright for the Polish translation by Wydawnictwo Literackie, 2018

This translation of The Imaginary is published by Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. by arrangement with Bloomsbury Publishing Plc and Macadamia Literary Agency, Warsaw.

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-06659-1

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl

Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Amanda i Rudger prawie cały początek wakacji spędzili głównie w ogrodzie. Na samym jego końcu, pod ciernistym krzakiem wybudowali sobie kryjówkę. Dzięki wyobraźni Amandy miejsce to każdego dnia przeobrażało się w coś nowego. Raz kryjówka była statkiem kosmicznym, który lądował na odległych planetach zamieszkanych przez obcych. Amanda i Rudger gramolili się ze środka, uważając, by ostre ciernie nie poprzebijały im skafandrów kosmicznych, a potem poruszali się po powierzchni nowo odkrytej planety powolnymi skokami, wskutek niewielkiej grawitacji. Zachwycali się przedziwnymi formacjami skalnymi i wieloma księżycami na niebie; gonili nieznane dotychczas zwierzęta wielkości kotów, które zamieszkiwały ten odległy świat.

Innym razem kryjówka stawała się gondolą wielkiego balonu na ogrzane powietrze, który wylądował na skalistym płaskowyżu wysoko nad parną dżunglą gdzieś w Ameryce Południowej. Amanda i Rudger zakładali się, kto zdoła wychylić się za krawędź płaskowyżu (no dobra, to raczej był pomysł Amandy – najpierw kazała się wychylić Rudgerowi, a kiedy odmówił, pokazała mu, jakie to łatwe). Tutaj również uganiali się za dziwnymi stworzeniami wielkości kota, które zamieszkiwały to miejsce od milionów lat.

Jeszcze innym razem kryjówka zamieniała się w igloo (cały ogród pokrywał lśniący lód) albo w ciemną, grubą jurtę nomadów; ogród stawał się pustynią, tonącą w kurzu i we mgle. A pewnego razu Amanda wymyśliła nawet, że kryjówka ma być jakimś futurystycznym czołgiem, który sunie na gąsienicach po błotnistych, wyboistych polach pokrytych lejami po bombach.

Gdziekolwiek by się znaleźli, Kuchenka, kotka mamy Amandy, obserwowała ich bacznie ze swojej kwatery na ganku, czekając na moment, kiedy Amanda ją zauważy. Dzięki wyobraźni dziewczynki Kuchenka zawsze miała za zadanie przeobrazić się w kosmitę, tygrysa albo dinozaura, którego koniecznie trzeba było ścigać.

Na początku Rudgerowi było żal kotki, ale wkrótce okazało się, że gdy tylko Amanda rzuca się za nią w pościg, sprytny zwierzak natychmiast znika za kocimi drzwiczkami. Czasami Rudgerowi wydawało się, że Kuchenka go widzi. Zdarzało się, że kotka przerywała mycie grzbietu po to, by spojrzeć Rudgerowi prosto w oczy; gapiła się tak przez chwilę zatroskanym wzrokiem, wystawiając różowy koniuszek języka, ale zaraz potem mrugała, ziewała, odwracała się, podnosiła tylną łapkę i jak gdyby nigdy nic zabierała się do mycia rozczapierzonych pazurków.

No cóż, pomyślał po chwili Rudger, z pewnością sama Kuchenka wie, ale jako że jest kotem i nie mówi, chłopiec musiał pogodzić się z tym, że będzie żył w niewiedzy.

Któregoś dnia Rudger i Amanda odkrywali kompleks ciemnych, głębokich jaskiń, które ciągnęły się daleko pod schodami. Zdążyli przesiąknąć wonią wilgoci, nietoperzy i wody kapiącej ze skalnych sufitów; Amanda utyskiwała, że Rudger zapomniał zabrać latarkę. Nagle rozległ się dzwonek do drzwi.

Gdy dźwięk dzwonków odbijał się echem od ścian jaskini, dzielni odkrywcy usłyszeli, jak mama Amandy burczy coś pod nosem. Pracowała akurat w swoim gabinecie – nie lubiła, gdy jej przeszkadzano.

– Tak? – rzuciła ostrym tonem, gwałtownie otwierając drzwi.

– A dzień dobry – odezwał się jakiś głęboki głos, którego Amanda nie rozpoznała. – Przeprowadzam ankietę w okolicy. Czy mogę zadać kilka pytań?

– A o co chodzi?

– To ankieta – powtórzył nieznajomy głos.

Nastąpiła długa chwila ciszy, jak gdyby taka odpowiedź miała wystarczyć, lecz po chwili ankieter dodał:

– Ankieta na temat sytuacji we współczesnej Wielkiej Brytanii. I na temat dzieci.

– No sama nie wiem – odparła mama Amandy. – A może się pan wylegitymować?

– Wylegitymować?

– Tak, żebym wiedziała, z kim mam do czynienia.

– Z kim pani ma do czynienia? Moje nazwisko Trznadel, droga pani. Jak ten ptak.

– Ptak?

– Tak, na przykład trznadel żółtobrzuch. Ale są też inne...

– Dobrze, już dobrze – przerwała mu pani Szuruburska. – Ma pan jakiś dokument na potwierdzenie?

– Na potwierdzenie tego, że coś mnie łączy z trznadlami? – spytał mężczyzna. – Nie, obawiam się, że nic z tych rzeczy. Ornitologia to nie...

– Nie – zaprzeczyła mama Amandy. – Chodziło mi o dowód tożsamości. Czy może pan udowodnić, że jest tym, za kogo się podaje?

Pan Trznadel zakaszlał cichutko, jak gdyby poczuł się urażony (ale tylko odrobinę), po czym odparł:

– Tak, oczywiście. Mam identyfikator, proszę spojrzeć.

Tymczasem Amanda zdążyła zakraść się do przedpokoju. Rudgerowi kazała stać przy wejściu do jaskini, pod schodami, bo nie chciała, żeby ominęła ją cała przygoda (z tego samego powodu wsuwa się kciuk do książki, kiedy ktoś przerwie wam czytanie, żeby coś powiedzieć). Podeszła na palcach do mamy i znienacka się do niej przytuliła. Mamusie lubią takie niespodzianki. A potem Amanda nie musiała już hamować swojej ciekawości.

Spojrzała pod ramieniem mamy i zobaczyła, że w progu stoi nieznajoma para: dorosły mężczyzna, który akurat pokazywał mamie identyfikator, i dziewczynka, mniej więcej w wieku Amandy.

Mężczyzna miał na sobie bermudy i jaskrawą, wzorzystą koszulę – kakofonia barw i fantazyjnych kształtów opinała jego pokaźną klatkę piersiową: rysunek przypominał kołyszące się na wietrze palmy.

Ściskał w rękach notes, za uchem miał długopis, a do tego był łysy jak kolano. Na nosie miał ciemne okulary, a pod nosem – rude wąsy, które trzęsły się za każdym razem, kiedy coś mówił. Towarzysząca mu dziewczynka miała na sobie zwyczajną, ciemną sukienkę, założoną na białą bluzkę – całość wyglądała jak szkolny mundurek. Jej oczy lśniły ponurym blaskiem. Miała proste czarne włosy, opadające wzdłuż twarzy. Stała bez ruchu, gdy mężczyzna trajkotał i giął się w ukłonach. Nie odezwała się ani słowem.

Amanda domyśliła się, że mężczyzna pewnie jest ojcem dziewczynki i z jakiegoś powodu musiał zabrać ją ze sobą do pracy. Wiedziała, że niektórzy z jej znajomych też muszą towarzyszyć rodzicom w pracy podczas wakacji. Wyglądało na to, że dziewczynka nie jest zachwycona takim obrotem spraw.

Nagle nieznajoma podniosła wzrok i spojrzała Amandzie prosto w oczy.

Amanda była tak zaskoczona, że aż podskoczyła (za nic, oczywiście, nie przyznałaby się do tego na głos); mimo wszystko jednak wysiliła się na słabiutki uśmiech. Uważała, że dobrze jest być życzliwym, a dziewczynka wyglądała na tak nieszczęśliwą, że uśmiech z pewnością mógł się jej przydać. Blada mała postać rozciągnęła wąskie usta w ledwie zauważalnym uśmiechu, po czym pociągnęła mężczyznę za rękaw.

Pan Trznadel natychmiast umilkł.

– Wolałabym nie odpowiadać na pytania, stojąc w progu – mówiła teraz mama Amandy. – Może ma pan jakiś formularz, który mógłby pan mi zostawić? Wypełnię go i odeślę pocztą. Wie pan, jestem w tej chwili raczej zajęta.

Dla podkreślenia własnych słów wykonała rękami gest mający imitować pisanie na klawiaturze.

– Ależ nie ma takiej potrzeby, droga pani – mężczyzna zaśmiał się wesoło. – Naprawdę nie trzeba. Przepraszam, że zawracam pani głowę w tak przyjemne popołudnie. Myślę, że już sobie pójdę. Dam pani spokój. No, to na mnie już czas.

Wyjął z kieszeni chusteczkę i wytarł sobie czoło, po czym obrócił się na pięcie i ruszył do furtki. Kiedy mama Amandy zamknęła za nim drzwi, powiedziała:

– Jakie to dziwne.

– Czego oni chcieli, mamusiu?

– Pytał mnie, ile dzieci mieszka w tym domu i o kilka innych rzeczy. Wiesz, kochanie, ten pan wydał mi się jakiś dziwaczny, dlatego chciałam się go szybko pozbyć.

– A ona wyglądała na smutną. Chyba nie lubi tak z nim chodzić – dodała Amanda i ruszyła z powrotem w kierunku schodów, gdzie czekał na nią Rudger.

– Jaka ona, kochanie?

– No, ta dziewczynka.

– Jaka dziewczynka?

Amanda spojrzała na mamę i przechyliła głowę na bok.

– A, nic takiego – machnęła ręką i odeszła. Mama powinna wrócić do pracy. Miała coś ważnego do zrobienia, więc Amanda starała się jej nie przeszkadzać. – Mówiłam do Rudgera.

– Do Rudgera – odparła pobłażliwym tonem mama. – Co tam u niego? Robicie dzisiaj coś ciekawego?

– Owszem, badamy jaskinie.

To powiedziawszy, Amanda udała się z powrotem do jaskini i sunąc palcem po ciemnych, skalistych formacjach w kształcie starego odkurzacza, a następnie klucząc między stalaktytami, z których kapały krople wody, opowiedziała Rudgerowi o tym, co widziała.

– Nie zauważyła tej dziewczynki? – zapytał.

– Nie.

– Może nie patrzyła w tamtą stronę?

– Oczywiście, że patrzyła. Przecież nie jest głupia. Wiesz, co myślę, Rudger?

– Chyba wiem.

– Ten gość miał wymyślonego przyjaciela, tak jak ja mam ciebie.

– No cóż – odparł Rudger. – Miło wiedzieć, że nie jestem osamotniony.

Są dzieci, które potrzebują zainteresowania rodziców. Takie, których należy ciągle pilnować. Czują, że dzień jest zmarnowany, jeśli jakiś dorosły nie przygląda się wszystkiemu, co robią. Nudzą się, gdy zostają same na dłużej niż pięć minut (a czasami nawet mniej). Obrażają się, garbią, wpychają ręce do kieszeni, szurają nogami i narzekają.

Amanda nigdy nie była takim dzieckiem. Zawsze lubiła być sama i mieć spokój. Kiedy była młodsza, potrafiła spędzać całe godziny, mając za towarzystwo jedynie kartki papieru i pudła pełne długopisów i kredek. Rysowała mapy, smoki i potwory, planowała kolejne przygody. Uwielbiała siedzieć na łóżku i czytać książki albo żeglować po bezkresnym oceanie. Kiedy odwiedzała inne dzieci – na przykład jak zapraszały ją na urodziny albo na imprezy z nocowaniem – zdarzało się, że mamy jej koleżanek dzwoniły do mamy Amandy i mówiły: „Przed chwilą zastałam Amandę pod stołem w kuchni. Powiedziała, że jej łódkę połknął wieloryb i teraz czeka, żeby ją zwymiotował. Hm... Czy mogłaby pani przyjść po córkę?”.

Mama Amandy zwykle pytała wtedy: „A czy ona chce już wracać do domu? Czy coś zniszczyła? Nie? W takim razie przyjadę o szóstej, tak jak się umawiałyśmy”.

Jako że Amanda wspaniale potrafiła się sama sobą zająć – wymyślała przygody, tworzyła własne opowieści – mama nawet podczas wakacji szkolnych mogła spędzać większość czasu w swoim gabinecie i pracować (wysyłała maile i arkusze kalkulacyjne do państwa Szuruburskich, dziadków Amandy, bo prowadziła rachunkowość ich firmy), mogła też lepić coś z gliny w kuchni, czekając, aż zagotuje się woda w czajniku i słuchając radia, albo po prostu położyć się po południu na kanapie z nogami w górze (tylko na dziesięć minut!) i z kieliszkiem wina. Czasami zdarzało jej się (prawie) zapomnieć, że w ogóle ma córkę.

Trzeba jednak podkreślić, że pani Szuruburska wcale nie była wyrodną matką; wręcz przeciwnie – z chęcią odłożyłaby pracę na komputerze i poczytała Amandzie książkę, zagrała z nią w planszówkę, pomogła w odrabianiu zadania albo poszła do kina, gdyby tylko córka ją o to poprosiła. Mimo wszystko jednak cieszyła się, że Amanda lubi i potrafi sama znajdować sobie zajęcia. Może przez to czuła się mniej winna, kiedy spędzała długie godziny zamknięta w gabinecie.

Pewnego ranka, w niedzielę, kilka tygodni po tym, jak Rudger pojawił się w szafie, pani Szuruburska odebrała telefon. Siedziała przy biurku i patrzyła przez okno na Amandę, która akurat bawiła się w ogrodzie.

Dzwoniła jej matka – Amanda nazywała ją Babcią Uciechalską. Gawędziły przez chwilę, jak to dorośli, o wszystkim i o niczym, aż wreszcie Babcia Uciechalska zapytała o wnuczkę.

– Masz ją tam gdzieś pod ręką? Może dasz mi ją do telefonu?

– Raczej nie, mamo – odparła pani Szuruburska. – Jest w ogrodzie. Bawi się z Rudgerem. Wolałabym jej nie przeszkadzać.

– Z Rogerem? – zapytała babcia. – To jakiś nowy kolega?

– W pewnym sensie. Tak, jest nowy. I to kolega, z tym że...

– Coś z nim jest nie tak?

– Uśmiejesz się, mamo, a potem powiesz, że na zbyt wiele jej pozwalam. Albo że nie poświęcam jej uwagi. Jedno z dwojga.

– Ależ nie bądź śmieszna, kochanie – uspokoiła ją babcia. – No, opowiadaj.

– Rudger nie jest prawdziwy.

– Jak to nie jest prawdziwy?

– To wymyślony przyjaciel. Amanda wymyśliła go kilka tygodni temu, ale od tamtej pory są nierozłączni. Muszę nakrywać dla niego do stołu i tak dalej. Tylko się nie śmiej.

Babcia jednak wcale się nie śmiała. Wręcz przeciwnie, kiedy się odezwała, w jej głosie brzmiała tęsknota i nostalgia.

– Och, moja kochana Elżbietko! – powiedziała. – A pamiętasz Piecyka?

– Jakiego Piecyka? – zdziwiła się mama Amandy. – O czym ty mówisz?

– O twoim wymyślonym przyjacielu. Chyba był psem, ale tego już nie pamiętam. To było tak dawno temu. Ale kiedy byłaś mała, nigdzie się bez niego nie ruszałaś. Koty nie wchodziły do pokoju, kiedy był tam Piecyk. Wyganiałaś je, bo nie chciałaś, żeby go straszyły.

– Nie przypominam sobie – odparła mama Amandy, zastanawiając się, jak mogła zapomnieć o czymś, co musiało być dla niej ważne.

– Oj, kochanie, musisz koniecznie zapytać o to twojego brata, jak będziesz z nim rozmawiać przy najbliższej okazji – poradziła babcia. – Razem z Piecykiem doprowadzaliście go do szaleństwa.

Później rozmowa zeszła na inne tematy, takie jak praca, pogoda, rzodkiewki i reumatyzm, czyli typowe, nudne, dorosłe sprawy. Kiedy mama Amandy zakończyła rozmowę, przez kilka minut siedziała w milczeniu. Ponownie spojrzała przez okno i uśmiechnęła się, widząc, jak jej córka zeskakuje z ławki z buzią pomalowaną na niebiesko, w ręce trzyma patyk i wydaje z siebie wojenne okrzyki, niczym starożytny wojownik piktyjski. Hałas przestraszył biedną Kuchenkę, która akurat odpoczywała sobie na kwiatowej rabatce. Teraz zerwała się jak oparzona i pobiegła do domu. Po chwili rozległo się grzechotanie kocich drzwiczek.

Mama Amandy poprawiła się na krześle. Okazało się, że jednak coś sobie przypomina. Powoli zaczęła nawet kojarzyć, jak wyglądał Piecyk. Czy to był stary owczarek? Być może. To było tak dawno temu. Choć mamie Amandy wydawało się, że pamięta niektóre wrażenia z odległej przeszłości (na przykład wilgotny, ziemisty, stęchły zapach psa śpiącego pod jej łóżkiem), większość wspomnień z czasem, w miarę dorastania, odeszła w niebyt.

Nie ulegało jednak wątpliwości, że wymyślony przyjaciel nie wyrządził jej żadnej szkody, więc mama Amandy uznała, że nie musi z tego powodu martwić się o córkę. Znała dorosłych, którzy na wieść o tym, że ich dziecko ma wymyślonego przyjaciela (tylko nie to! niech Bóg broni!), od razu złapaliby za telefon i dzwonili do psychologa, ale jej samej w najmniejszym stopniu nie przeszkadzała obecność Rudgera.

Jeśli nawet trzeba było przygotować dla niego dodatkowe nakrycie, to mówi się trudno. Nie protestowała też, kiedy okazało się, że powinna kupić specjalny szampon o zapachu truskawek, bo wymyślony chłopiec bardzo go lubi, albo kiedy musiała za każdym razem sprawdzać, czy Rudger ma zapięty pas w samochodzie. Wszystko to wydawało się niską ceną za szczęście jej córki.

Sądząc po tym, co Amanda mówiła o Rudgerze, nie zapowiadało się na to, by miał na nią zły wpływ. Prawdę mówiąc, mama Amandy bardziej obawiała się o niego samego.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Przyjaciel z szafy 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Amelia i Kuba/ Kuba i Amelia