Przelot bocianów

Przelot bocianów

Autorzy: Hanna Kowalewska

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 25.66 zł

Kontynuacja bestsellerowego cyklu o Zawrociu

DWIE SIOSTRY, JEDNO SZCZĘŚCIE DO PODZIAŁU

W Przelocie bocianów, piątej części cyklu o Zawrociu, Matylda staje w obliczu faktu, który w jej życiu ma zmienić wszystko – dowiaduje się, że jest w ciąży. Dotąd lubiła żyć „na zakręcie”, widzieć różne perspektywy, nie przywiązując się do żadnej. Czy uda jej się zaakceptować nowy stan rzeczy i poukładać rozsypujące się życie w sensowną całość? I co z ojcem dziecka? Czy będzie mogła liczyć na jego wsparcie, gdy zawiodą najbliżsi?

Jakby tego było mało, w Zawrociu zjawia się tajemnicza krewna z Paryża i przywozi ze sobą listy, które mogą odwrócić losy Zawrocia. Czy stanie po stronie Matyldy, czy dołączy do jej wrogów? I czy w tak trudnych okolicznościach jest szansa na choćby drobinę szczęścia?

Przelot bocianów to powieść o niespodziankach losu, które całkowicie odmieniają życie. To także opowieść o niszczycielskiej sile siostrzanej rywalizacji, trudnych wyborach i wyzwaniu, które może okazać się nowym początkiem.

To mocna i intrygująca proza, a zarazem intymna, osobista, przesycona emocjami, odsłaniająca różne odcienie kobiecości.

© Copyright by Hanna Kowalewska

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2018

Wydanie pierwsze: Warszawa 2011

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Agnieszka Herman

ILUSTRACJE: fotolia.com/@pavelvozmischev

REDAKTOR PROWADZĄCY: Dorota Wierzbicka

KOREKTA: Ewa Kochanowicz, Barbara Turnau

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl

fax: (+48-12) 430 00 96 tel.: (+48-12) 619 27 70

ISBN: 978-83-08-06657-7

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Spis treści

I. SITO

II. RETUSZ

III. SROKA ZŁODZIEJKA

IV. LIST Z PARYŻA

V. SKRZYPIENIE

VI. TATUŚ

VII. PUCH

VIII. DOBRA NOWINA

IX. CIOTECZKA

X. TRAJEKTORIA

XI. ZIELONA TRAWKA

XII. W KOKONIE

XIII. MIKROKOSMOS

XIV. DRUGI PLAN

XV. ZAGĘSZCZENIE

XVI. HARFIARKA

XVII. THE END

XVIII. BALLADYNA

XIX. DZIADEK Z AMERYKI

XX. ZNALEZISKO

XXI. OKRUSZKI Z WESELNEGO TORTU

XXII. PRZELOT BOCIANÓW

XXIII. DOJRZEWANIE

XXIV. ZŁOTY ZAJĄCZEK

XXV. TRON ZE SZMATEK

XXVI. KOBIETA W BRĄZOWYM KAPELUSZU

XXVII. ZAPACH KOBIETY

XXVIII. CZERWONE I BŁĘKITNE

XXIX. WIETRZENIE

XXX. NIECH ŻYJĄ ZMIANY

XXXI. BLIZNA

XXXII. W KONTRZE

XXXIII. KALINY

XXXIV. KOLEKCJA EKSCENTRYKÓW

XXXV. ZŁUDZENIA

XXXVI. PARAWAN Z TRZEMA MAŁPKAMI

XXXVII. KŁAMSTWA

XXXVIII. WSPÓLNA PODRÓŻ

XXXIX. INSYNUACJE

XL. QUI PRO QUO

XLI. KOCHANA RODZINKA

XLII. PRZESYŁKA Z DALEKA

XLIII. KLUB SIEDMIU

XLIV. NA TROPIE TAJEMNICY

XLV. DIABLI OGON

XLVI. AKTY I FAKTY

XLVII. WALKA O BALON

XLVIII. OSTRZEŻENIE

XLIX. PODSTĘP

L. PRZEGRANA

LI. PRZYGOTOWANIE DO ZIMY

LII. EPILOG

Kto jest kim w Zawrociu

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

I. SITO

* * *

1

Od czego zaczęło się tym razem? Wizyta Agi, mojej przyjaciółki ze studiów! Opowiadałam ci o niej, babko. Wpadła do Warszawy w drugiej połowie września. Bez zapowiedzi. Nic dziwnego, od pewnego czasu unikałam kontaktów z nią. Kara za plotkarstwo! Tygodniami opowiadała Oldze, naszej wspólnej znajomej1, wszystko, co o mnie wiedziała. A pewnie dokładała także i to, czego się tylko domyślała. Telefoniczne donosy! Barwne, bogate w szczegóły i ozdobione głupim chichotem. Miesiące mijały, nowe problemy przysłoniły to, co stało się przez Olgę i z Olgą, a ja jakoś nie mogłam Adze zapomnieć jej zdrady. Widocznie postanowiła temu zaradzić. Telefony nie skutkowały, więc wybrała się w podróż.

Wparowała do mnie z kilkoma kolorowymi torbami. Zakupy! Ulubiony sport mojej przyjaciółki. I dobry pretekst na początek trudnej rozmowy. Niestety, źle trafiła — właśnie postanowiłam zrobić w swoim mieszkaniu generalny remont i w chwili gdy pojawiła się w drzwiach, stałam między Wąsatym i Łysym, którzy lustrowali moje ściany.

— Trzeba skrobać — twierdził Wąsaty. — Za dużo warstw. I ta zieleń taka intensywna. Nieskrobana mogłaby wyleźć spod farby.

Aga zachichotała. Dopiero wtedy ją dostrzegłam.

— Ze ściany owszem — rzuciła — można zeskrobać, gorzej z duszy.

Wąsaty przeniósł swój cokolwiek zdziwiony wzrok z zieleni na nią, a potem na mnie, jakby chciał ocenić, jak wiele warstw mam w środku.

— Panowie robią co trzeba — przerwałam te jałowe obserwacje. — A potem na biało.

— A nie kolorek? — Wąsaty był wyraźnie rozczarowany. — Teraz wszyscy chcą kolorki.

— Biały to też kolor.

— Niby tak — mruknął Wąsaty, choć nie był o tym do końca przekonany. Bo biały to biały. A kolor to kolor. Wiadomo!

Podrapał się po głowie, zmarkotniał. Gdyby wiedział, że ma przemalować nie tylko moje ściany, ale i duszę, byłoby mu pewnie jeszcze smutniej.

2

— Biały? — dopytywała się Aga w pobliskiej kawiarni. — Któż zasłużył na tak piękną barwę? To musi być jakiś minimalista. Mów, bo umieram z ciekawości.

Aga od dawna twierdziła, że zmieniam kolor ścian razem z mężczyznami. Coś w tym było, choć nie tym razem. Nie miałam jednak zamiaru jej o tym mówić.

— Żebyś potem mogła chlapać jęzorem na lewo i prawo? — burknęłam tylko. — Nic z tego, koniec ze zwierzeniami.

— O co ci chodzi? — zapytała niby to zdziwiona.

— Zgadnij.

— Naprawdę nie wiem. — Jej niewinna, szczera twarz zwiodłaby każdego. Ja jednak nie miałam złudzeń. I nie miałam ochoty na wynurzenia.

— Co u ciebie?

Dobiło ją to pytanie. Zrobiła taką minę, jakbym jej odmówiła wody na pustyni.

— Przejechałam setki kilometrów, by się z tobą spotkać!

— I się spotkałaś.

— Masz pretensję o Olgę, tak? Wiesz, jaka ona była, jak agent FBI. Niemowę zmusiłaby do mówienia. Miała swoje sposoby.

— Przypalanie żywcem? Pistolet przy skroniach? — Nie kryłam ironii.

Aga wzruszyła ramionami.

— Ale się przyczepiłaś. Zadzwoniła po latach, to sobie pogadałyśmy raz i drugi… Szkoda, że tak marnie skończyła. Samokremacja na autostradzie. Brr! Jak mi Lena powiedziała…

— Jedz — podsunęłam jej swoje ciastko. Nie chciałam tego słuchać. Ani o Oldze, ani o wypadku, ani nawet o Lenie. I to nie dlatego, że mnie to jeszcze bolało. Denerwował mnie lekceważący ton Agi. Kiedyś lubiłam jej luz, nieustanny optymizm i lekkość, z jaką traktowała ludzi i sprawy. Teraz wydawało mi się to nie do zniesienia. Była łasuchem, miałam więc nadzieję, że ciastko skutecznie zamknie jej gębę. I zamknęło. Tyle że jedynie na trzy minuty.

— Niezłe — stwierdziła, wyjadając okruszki z talerzyka. — To co z tym Białaskiem? Przystojny? Może to lekarz, jak Edek? Szpitalna biel. Sterylność. Leczniczy dotyk. Przyznaj się, trafiłam?

Miałam zamiar powiedzieć, że owszem, kulą w płot, ale poczułam, że robi mi się niedobrze. Aga została przy stoliku, a ja leciałam z prędkością światła do toalety. Ledwie zdążyłam. Moja przyjaciółka zjawiła się tam po paru minutach.

— Jesteś blada jak ściana — rzuciła z umiarkowanym współczuciem. — Czy może raczej biała jak ściany w twoim mieszkanku. Nie przesadzasz z tym generalnym remontem?

Chwilę później znowu poleciałam do kabiny wymiotować. Adze odechciało się żartów.

— Żyjesz? — spytała, zaglądając do środka. — Jeśli ten twój Białasek jest rzeczywiście lekarzem, to lepiej do niego zadzwoń. A jeśli nie, to sama już nie wiem, co z tobą robić. Tylko czym ty się zatrułaś? — zastanawiała się. — Przecież oba ciastka zjadłam ja. Czyżby coś było w kawie?

3

Potem, babko, był telefon. Zirytowany kobiecy głos pytał mnie o dramat Na ziemi, na chmurze.

— To już drugi tekst, który wysłałam do tego teatru i nic, ani słowa.

— Drugi? — zdziwiłam się. — Proszę powtórzyć nazwisko.

— Diana Puch. Parę miesięcy temu przysłałam Zaklinaczy deszczu. A trzy tygodnie temu właśnie Na ziemi, na chmurze. Czy ja nie zasługuję na odpowiedź?

— Z pewnością. Sprawdzę, czy dramaty doszły, i oddzwonię. Proszę zostawić numer telefonu.

— Czy doszły? — Jej głos wibrował najwyższym zdumieniem. — To były polecone. Musiały dojść!

— Oczywiście. Znajdę je zatem, przeczytam i odpowiem.

— Mam nadzieję! To jedyne egzemplarze. Powierzyłam je teatrowi z całą ufnością. A pani mówi takie dziwne rzeczy.

Miałam wrażenie, iż to raczej ona mówi dziwne rzeczy, ale czułam, że lepiej powstrzymać się od komentarzy.

— Wybaczy pani — rzuciłam tylko — ale mam drugą rozmowę na linii. Oddzwonię.

— Cóż, jeśli ma pani drugą rozmowę, to rzeczywiście kończmy. Na pewno ten ktoś ma ważniejszą sprawę niż ja. — W jej głosie była uraza. — Do usłyszenia.

Gdyby na końcu syknęła jak żmija, wcale bym się nie zdziwiła. Zaklinacze deszczu i Na ziemi, na chmurze! Z czym mi się to kojarzy? Gdzie ja to widziałam?

Niestety, wszystko, co sobie zdołałam przypomnieć, to deszcz plemników Jakuba, które spadły na okładkę pierwszego z dramatów pani Puch gdzieś pod koniec maja. Ale co się stało z nim potem? Wylądował w szufladzie czy na którejś z półek?

Być może Jakub znał odpowiedź na te pytania, ale nie mogłam z nim o tym porozmawiać. Od czasu naszego rozstania zachowywał się bowiem jak najgorszy wróg, gotowy wykorzystać każde moje potknięcie. Cóż, tak się kończą romanse w pracy. Konstatowałam to teraz z przykrością.

Drugiego tekstu chyba nie miałam nigdy w ręku. Może przyszedł, gdy byłam na urlopie? Zaczęłam przeglądanie przysłanych w ostatnim czasie dramatów. Nic. Potem zabrałam się do przeglądania stosów starszych sztuk, które były na parapecie. Nic. Godzina grzebania w szafie. Nic. Powoli ogarniała mnie panika. Jedyne egzemplarze! To pewnie nieprawda, ale ta sycząca ze słuchawki nie odpuści. A jeśli to faktycznie były jedyne egzemplarze genialnych dramatów, które nieopatrznie wywaliłam do kosza? Ale przecież nie wyrzucam żadnych dramatów, tylko je trzymam w szafie albo odsyłam — i to czasami przylepiając własne znaczki, gdy sekretarka narzeka, że wydaję za dużo. Nigdy w życiu nie umieściłam w koszu niczyjego dzieła, nawet jeśli było kiczem do kwadratu czy sześcianu. I jeszcze dołączałam życzliwe słowa, że może następnym razem…

4

Przeszukiwałam pawlacz, gdy w drzwiach stanął dyrektor teatru. Rozejrzał się z dostojną ostentacją po mojej kanciapie. Wyraz jego twarzy nie pozostawiał złudzeń — zdumiewał go panujący tu bałagan. Nie zniżył się jednak do komentowania go.

— Sztuka! — zaczął dość wysoko. — Taaak… Dramaty! Te napisane i te piszących. I pani na straży sztuki, decydująca, co nią jest i nie jest. Wielka odpowiedzialność. Wielka…

Zastygłam z zakurzonym tekstem w ręku, jednym z tych, które kiedyś, jeszcze za czasów mego poprzednika, miały jakieś szanse na wystawienie, a potem zostały zapomniane.

Dyrektor znowu omiótł wzrokiem mój pokój, poświęcił chwilę biurku, a potem przeniósł spojrzenie na mnie, czekając, co powiem.

— Choć nie tak wielka jak pana. Ocenić to jedno, a pozwolić, by wcieliło się w życie, to drugie. — Potrząsnęłam trzymanym w ręku dramatem. — Bez odpowiedniej decyzji to jest tylko kilkadziesiąt zadrukowanych kartek.

— Taaak… Bez pani decyzji, a potem bez mojej… To mi przypomina sita, jakimi kiedyś oddzielało się ziarno od plew. Duże sito, małe sito, dziurawe sito… — dodał niespodziewanie. — Wszystko się niszczy. Sita też czasami się psują… — Zastygł i zapatrzył się gdzieś w głąb, jakby przypominał sobie obrazki z przeszłości, stare przetaki z drewnianymi obręczami okalającymi metalowe siatki. Widziałam takie w muzeum. — Taaak… — kontynuował swoje cedzenie. — Nic nie jest wieczne. Wszystko się zmienia, pani Matyldo. Wszystko. Niech pani lepiej znajdzie to ziarno, które pani wypadło. Bo ziaren nie należy gubić. Nie należy! — rzucił już w progu.

5

Szukałam dwa dni, babko. Nie znalazłam. Jedyne wersje dramatów Barbary Robak, pisującej pod pseudonimem Diana Puch, żony znanego polityka, jak się dowiedziałam po paru telefonach, wyparowały.

Tak się zaczęło. Początek końca. W tym teatrze. W tej wersji życia. Zmiennik przyniósł nowinę, choć chyba sam jeszcze o tym nie wiedział. Każde sito się psuje. Każde. U mnie popsuły się wszystkie jednocześnie. Na to przynajmniej wyglądało.

— Piękna ciąża. — Ginekolog miał taki głos, jakby znalazł w moim wnętrzu złote jajo. — Ósmy tydzień, jak sądzę…

Wiedziałam to i bez niego. Miałam jednak nadzieję, że to nieprawda, że test kłamał, a brak okresu był spowodowany mało przyjemnymi zawirowaniami ostatnich tygodni albo po prostu zwykłą złośliwością losu. Chwilową. Odwracalną. Brałam też pod uwagę wyleczalną chorobę.

A to było nieuleczalnie zapłodnione jajeczko, które już zdążyło się podzielić na sto tysięcy komórek i zamierzało dzielić się dalej, aż do końca świata.

— Trzydzieści lat — powiedział lekarz, gdy się ubrałam. — Czas najwyższy, pani Matyldo. No, głowa do góry. Wszystko będzie dobrze. Tu ma pani skierowanie na dodatkowe badania. I recepty. Trzeba o siebie zadbać. Zmizerniała pani ostatnio.

— Gdyby pan miał do czynienia z Dianą Puch, też by pan zmizerniał. — O innych swoich kłopotach wolałam nie wspominać.

Lekarz się uśmiechnął.

— Nie wątpię. Ale teraz nie ma ważniejszej rzeczy niż święty spokój. Niech pani powie Dianie Puch, żeby się wypchała. — Znowu się uśmiechnął, a potem spoważniał, widząc, że nie mam siły nawet na uśmiechopodobny grymas. — Wiem, że pani nie planowała tej ciąży. — Milczał chwilę. — Widziałem wiele takich twarzy jak u pani teraz, zagubionych, niepewnych, czasami ze łzami na policzkach. Na korytarzu nie czekał na te kobiety mąż czy narzeczony. Niektóre pytały o aborcyjną tabletkę, inne milczały jak pani, a potem już ich nie widziałem.

— Nie musi mnie pan namawiać, bym nie usuwała ciąży. Nie zrobię tego — mruknęłam i zaraz potem jednak pociekły mi łzy.

— Tak myślałem, ale chciałem się upewnić. — Podał mi chusteczkę. — Jest pani mocna, zdrowa. Poradzi sobie pani.

Skinęłam głową, choć to nie było takie oczywiste.

Na zewnątrz powitał mnie chłodny wiatr. Zakręcił wokół mojej szyi chustkę, porwał włosy.

Więc to jest ten świat, któremu urodzę dziecko — myślałam, nagle nim zdziwiona. Pachniało jesienią i miastem. Za odległymi wieżowcami zachodziło słońce, jakby większe niż zwykle, pomarańczowe, przepołowione płaskim ogonem chmury. Więc temu światu! Chcąc nie chcąc. Z przypadku. Bez postanowienia. Z połowiczną zgodą. Temu światu, który właśnie udaje, że jest wcale nie najgorszym miejscem, który podszywa się pod wieczorną sielskość, bym się przypadkiem nie rozmyśliła.

O Adzie, Oldze i innych postaciach występujących w poprzednich książkach cyklu o Zawrociu można dowiedzieć się więcej w ostatnim rozdziale: „Kto jest kim w Zawrociu”. [wróć]

II. RETUSZ

* * *

1

Jesień, babko — prawie pięć miesięcy od wyjazdu Pawła do Stanów, cztery tygodnie od chwili, gdy zobaczyłam sukienkę mojej siostry Pauli na pufie w mieszkaniu Jaśka, dwa tygodnie od powrotu ze Szwecji, gdzie w domu Hani Malinowskiej, pod jej opiekuńczymi skrzydłami, usiłowałam o tym zapomnieć, trzy dni od wizyty u ginekologa, który dał mi nie tylko recepty, ale także parę dni zwolnienia lekarskiego.

Nie mógł zrobić nic lepszego. Dzięki niemu zobaczyłam jesień w Zawrociu, tę wczesną, pełną barw. Moja ulubiona pora roku i moje ulubione miejsce na ziemi!

Jednak nie od razu to doceniłam. Gdy wysiadłam z samochodu przed bramą Zawrocia, pod moim butem zaszeleścił tak jakoś smutno liść. A potem jeszcze przełamał się z suchym trzaskiem. Pękło liściane serce. Na pół. Przesunęłam nogę i patrzyłam na dwa żółte półserca jak na jakąś złą wróżbę. Prawdziwe lato minęło bezpowrotnie — odjechało wraz z Paulą i Jaśkiem samochodem parę tygodni temu i teraz w Zawrociu będą już tylko inne pory roku. Nawet jeśli kiedyś błyśnie coś podobnego do lata, będzie to podróbka. Skończyło się!

Takie beznadziejne myśli sprzed bramy. Ale chwilę później otworzyłam ją i wszystko się zmieniło. Ciepły wiatr poruszył lipami i mój wzrok poszybował w górę. Zobaczyłam zielono-złociste sklepienie nad sobą, przetkane błękitem i odrobiną brązu. Doskonała kompozycja, nieustępująca tej z lata, a może nawet piękniejsza. To mnie nagle uspokoiło. Będzie, co ma być. A nawet lepiej, bo inaczej — z jesienią i ze mną. Pierwsza lepsza myśl od trzech dni.

Unta miała chyba podobne zdanie. Obskakiwała mnie w radosnym tańcu. A potem zaczęła mnie obwąchiwać — dłużej i uważniej niż zwykle, jakby zmienił się mój zapach. Szczeknęła parę razy. Czyżby wiedziała, że już nie jestem dawną Matyldą, tylko podwójnym bytem? I taka podwójna wjeżdżałam do Zawrocia jak gdyby nigdy nic. A potem otwierałam drzwi domu — niby do tego samego życia, a jednak do innego.

2

Zostaniesz prababką! Przyjechałam ci to powiedzieć — tobie pierwszej. Prababka! Co ty na to? Wiem, jesteś trochę zaskoczona. I pewnie rozczarowana. Wolałabyś, by to wszystko odbyło się inaczej. Zaręczyny, ślub, miesiąc miodowy i tym podobne rzeczy. Dzidziuś na końcu. Tatuś utalentowany i wykształcony, z pięknym rodowodem i grubym portfelem. Rozsądne kobiety tak właśnie mają. Te, które tak nie mają, są nierozsądne albo nawet głupie. W każdym razie tak na pewno myśli moja matka. Nie wyobraża sobie życia bez mężczyzny.

A ja? Czy naprawdę je sobie wyobrażam?

Chyba tak, choć w tej chwili towarzyszą temu niezbyt przyjemne obrazki. Cóż, wysypały się prosto ze złego snu i wracają jak bumerang. Gdy tylko zamykam oczy, widzę małego stworka, który wyglądem przypomina wygotowanego buraka, drze się bez chwili przerwy, ma temperaturę, kolkę, zapalenie oskrzeli, biegunkę, odrę i wszystkie inne znane mi dziecięce przypadłości naraz. Trzymam to wrzeszczące, ale nie wiem, co z nim zrobić, jak mu pomóc. I czuję strach. Jestem w pomieszczeniu bez drzwi i okien. Nikt nas nie słyszy.

Sen się skończył, a obrazki zostały. Lęk również. To drugi powód mego przyjazdu. Pomyślałam, że tylko tu zdołam się go pozbyć albo przynajmniej oswoić na tyle, by mnie nie dławił. Bo gdzie, jeśli nie w Zawrociu, w moim domu, blisko ciebie, babko!

Więc jestem tu i patrzę w lustro wiszące w twojej garderobie. Lustro do przymierzania kapeluszy — tak o tym myślę, bo w świetle padającym z małego okienka najlepiej widać górną część ciała. Im niżej, tym więcej mroku w zwierciadlanym odbiciu. Trudno byłoby dostrzec zagniecenia na spódnicy czy oczko w pończosze.

To, co chcę zobaczyć, widać jednak bardzo dobrze. Jestem naga. Staję bokiem i patrzę na brzuch. Jest jeszcze płaski. Za wcześnie na wybrzuszenie. Może jedynie piersi są odrobinę cięższe niż kiedyś, ale to nieznaczna zmiana, łatwa do wyretuszowania. Nikt nie wie. Nawet Hania Malinowska, mimo że wiele lat była położną, nie domyśliła się, że jestem w ciąży. Moje ciało też zdaje się jeszcze nie wiedzieć, że rozwija się w nim obcy, zaborczy byt. Jeszcze miesiąc temu krwawiło jak gdyby nigdy nic.

I tak mogłoby zostać. Wystarczyłoby tylko wyłuskać tę małą fasolkę, która się we mnie rozrasta. Zresztą nie trzeba nawet wyłuskiwać. Jedna mała tabletka i fasolka sama zniknęłaby w niebycie. Jeszcze nie jest za późno.

Na łydce czuję drażniący dotyk wełny. Sięgam w półmrok i natykam się na wystający z torby rękaw swetra Pawła. Sweter jest czarny i ta chwila też. Nieuchronność. Tak, to chyba to uczucie. Przytłaczające! Dotąd żyłam jak na skrzyżowaniu, z którego było widać różne przyjemne i malownicze perspektywy. Mogłam iść w dowolnym kierunku. Tysiące możliwości, bo za każdym zakrętem był następny, z równie interesującymi widokami na przyszłość. Teraz odsłaniała się przede mną tylko jedna droga. Meandryczny świat zmienił się w nudną uliczkę, która prowadzi prosto do piaskownicy. Nie spotkam przy niej Pawła. Żebym nie wiem jak mocno przyciskała do siebie jego wełniany sweter i nie wiem jak głęboko wdychała jego zapach, nie odnajdziemy się. Nie na tej drodze. Dotąd było to możliwe, a teraz już jest za późno. Za późno.

3

Łzy rozmazały atrament. Wybacz, babko. To pewnie jakaś gra hormonów, które nie mogą się jeszcze ułożyć z nowym stanem rzeczy i wszystko powlekają ciemnym werniksem. Ciąża. Nie zwróciłam dotąd uwagi, jakie to trafne słowo i jakie ciężkie. Coraz cięższe. Waży i przytłacza. Mam wrażenie, że ty też poczułaś w swoim czasie ten przytłaczający ciężar, zwłaszcza gdy miało się urodzić pierwsze dziecko. Jednak nie wiem na pewno. To Maurycy robił notatki, gdy pęczniał ci brzuch.

„Aleksandra znosi ciążę gorzej, niż się spodziewałem” — pisał zaraz po tym, jak odkryliście, że oczekujesz dziecka. Co za dziwne zdanie, jak na lekarza. Przecież lekarz powinien spodziewać się wszystkiego. Chyba że nie chodziło o dolegliwości fizyczne. Może źle znosiłaś fakt, że w ogóle zdarzyło ci się coś tak banalnego jak ciąża. A potem te wszystkie związane z nią rzeczy — mało estetyczne — wielki brzuch, deformujący sylwetkę, ciężkie piersi, opuchnięte nogi, ból kręgosłupa, ucisk na pęcherz, rozstępy. I wreszcie rodzenie, rozwarte uda, ból, krew. I żeby na tym się kończyło. Niestety, to był dopiero początek. Jedną pępowinę przecinały nożyce, drugiej, oplątującej serce, nic nie potrafiło przeciąć.

To była także jesień, babko. W zimie brzuch jeszcze mieścił ci się przed fortepianem. Potem, na wiosnę, było pewnie coraz bardziej niewygodnie siedzieć na stołku i grać. I coraz trudniej udawać, że to nic takiego, naturalny stan, w dodatku błogosławiony. Dla innych może taki był, ale nie dla ciebie, jestem tego pewna.

Siedzę teraz przy fortepianie i usiłuję sobie wyobrazić, jak na nim grasz. Dotąd widywałam przy nim tylko Pawła. Otwieram klapę i dotykam paru klawiszy. Nigdy przedtem nie miałam pokusy, by ich używać. W dzieciństwie przypatrywałam się czasami, jak ćwiczą na pianinie uczniowie matki, i nauczyłam się nawet kilku prostych melodyjek. Niewiele, jak na córkę i wnuczkę kobiet, dla których ten fortepian nie miał tajemnic.

Usiłowałam sobie teraz coś przypomnieć. Z większości melodyjek zostały tylko jakieś frazy. W całości umiałam zagrać jedynie gamę i Wlazł kotek na płotek. Zagrałam raz i drugi. I wtedy dotarło do mnie, że gram dla dziecka.

4

Jak dobrze spaceruje się po jesiennym Zawrociu i okolicy. Szkoda, że muszę tak szybko wracać do Warszawy. W brzezince za sadem odkryłam grzyby. Unta je obszczekuje, jakby dawała znać, że nieraz je tu z tobą zbierała.

— Szukaj — mówię do niej, a ona za chwilę szczeka przy następnym drzewie, a potem rozgrzebuje ściółkę. Czyżbyś uczyła ją zbierać grzyby?

Unta jest rozczarowana, że po nie nie sięgam.

— Tylko je sobie pooglądamy i powąchamy — mówię do niej, a ona niechętnie na to przystaje.

Remi nie bawi się z nami w grzybobranie. Czuwa. Każdy szelest w głębi brzezinki budzi jego niepokój. Gotowy jest dopaść intruza i rozszarpać od razu, by nie zdążył zagrozić mnie i Uncie. Teraz pilnuje także małej kulki w moim brzuchu. On też wąchał mnie długo i doskonale wie, że pojawiła się kolejna istota do pilnowania. Więc jest bardziej niespokojny niż zwykle.

Tak powiedział Jóźwiak zaraz po moim zjawieniu się w Zawrociu.

— A co ty tak krążysz? — spytał Remiego. Pies nie odpowiedział, tylko zrobił kolejne kółko wokół nas. — Chodź tu — zażądał Jóźwiak i zaczął sprawdzać, czy psu nic nie jest. — Zdrowy. Przynajmniej na to wygląda. — Poklepał jeszcze Remiego po głowie. — To o co chodzi? — Spojrzał przelotnie na mnie, jakby i mnie chciał zbadać. — Może miała pani ostatnio do czynienia z jakimś psem i on to czuje.

Nie byłam jeszcze gotowa wyznać Jóźwiakowi, że pewnie ciąża zmieniła mój zapach i pies nie zdążył się do tego przyzwyczaić. Postanowiłam zmartwić go innym razem. Że to będzie dla niego zmartwienie, nie miałam co do tego żadnych wątpliwości. Nieślubne dziecko w Zawrociu! Czegoś podobnego tu dotąd nie było. Nawet dla takiego rozumnego i dobrego człowieka jak Jóźwiak to będzie cios. Tyle czasu stał na straży tego miejsca, dopilnował go, ale mnie, jego nowej właścicielki, nie był w stanie upilnować. Taki wstyd! I to bez nadziei na naprawę. To co, że w miasteczku już od dawna niejedno działo się bez ślubu i porządku. Tu, za bramą Zawrocia, było i miało być inaczej. Inaczej!

Unta zaszeleściła w krzakach, a ja odsunęłam przykre myśli. Dzień był zresztą zbyt ładny, by zadręczać się tym, czego już nie można było zmienić. W powietrzu wędrowały nitki babiego lata, a ja syciłam się barwami jesiennego lasu. Jeszcze panowała zieleń, ale nie tak totalnie jak w lecie — żółknące liście, czerwone głogi i kaliny, szeroka polana cała w kwitnących wrzosach, suche trawki przy drodze. I do tego niebo błękitne jak na obrazach włoskich malarzy, bez jednej nawet chmurki. Lazur, ale przesycony jakąś podskórną jasnością. Wczesna jesień jest taka piękna, przynajmniej dla mnie.

Ty, babko, wolałaś lato, a o jesieni zawsze pisałaś z odrobiną lekceważenia. Za dużo krzykliwych kolorów, za dużo szelestów i śmieci. Liście jak zużyte dekoracje przebrzmiałego święta. Czas tuż po. Przeminęło, ale jeszcze próbuje zaistnieć. W dodatku tandetnie i hałaśliwie. Tak myślałaś o kolejnych wrześniach i październikach. Raz nawet zanotowałaś, że to barwne rozpasanie przypomina ci starzejącą się kobietę, która robi wszystko, by zamaskować zmarszczki na twarzy czy defekty ciała. Bardziej imponował ci listopad z jego wszechogarniającą i godną szarością. Ten miesiąc był jak wyzwanie, a ty kochałaś wyzwania. Lubiłaś czuć wiatr na twarzy, jego zimne liźnięcia. I oglądać nagie drzewa — pokręcone, żylaste, polakierowane mżawką. Tak przynajmniej było pod koniec życia, gdy przestał ci wystarczać bezpieczny świat za bramą Zawrocia i zaczęłaś chodzić po okolicy, podpierając się swoją brzozową laską i ucząc się wszystkiego od nowa.

Ja też, chcę czy nie chcę, muszę się teraz zacząć uczyć świata od nowa.

III. SROKA ZŁODZIEJKA

* * *

1

Pewnie się zastanawiasz, babko, który to z nich. Było ich paru w ostatnim czasie. Jakub, Igor, Jasiek. Może się zresztą nie zastanawiasz, lecz doskonale wiesz! Albo nawet maczałaś w tym swoje palce! To byłoby zrozumiałe. Żaden mężczyzna nie zdołałby mnie dostatecznie oddzielić od Pawła, a dziecko wszystko zmienia. I to nie na chwilę, ale na zawsze. Już nie jestem tamtą Matyldą, którą twój ukochany wnuk poznał i pokochał zeszłego lata. I nigdy już nią nie będę. Jedna mała chwila zapomnienia i nie ma odwrotu. Przynajmniej dla mnie, babko, bo nie potrafię usunąć ciąży.

To jak, miałaś w tym swój udział czy nie? Nie zdziwiłabym się, zważywszy na to, kto jest tatusiem. Najlepszy z nich, mimo wszystko. Mam przynajmniej tyle szczęścia. Najlepszy z mego punktu widzenia — jedyny, z którym łączyło mnie jakieś uczucie. Wprawdzie to była tylko przyjaźń zmącona pożądaniem, w dodatku mocno teraz nadszarpnięta przez zdradę Jaśka, ale lepsze to niż nic. Zaprzyjaźnieni rodzice! Nieźle brzmi, zważywszy na sytuację. Dużo lepiej niż obojętni sobie rodzice czy nienawidzący się rodzice.

Jasiek mocno się zdziwił, gdy zadzwoniłam.

— Matylda? O… Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się twego telefonu. Myślałem, że mi nie wybaczysz.

— Wybaczyłam… prawie… Lecz nie dlatego dzwonię.

— Coś się stało?

— Przyjedź do Zawrocia, muszę z tobą porozmawiać. Najlepiej w ten weekend.

— Do Zawrocia? W ten weekend? To chyba coś pilnego? — Jasiek zaniepokoił się nie na żarty. — Czy… — zaczął jeszcze, ale urwał. Widocznie zabrakło mu odwagi, by zadać swoje pytanie.

— Sprawa nie na telefon. To kiedy będziesz?

— Mogę być już w piątek. Nie mam innych planów na ten tydzień — dodał z odrobiną goryczy.

Ciekawe zdanie — pomyślałam już po odłożeniu słuchawki. I ten pośpiech! Czułam jednak, że nie do mnie tak mu śpieszno, tylko do tej tajemniczej sprawy, o której chciałam porozmawiać. Pewnie sądził, że ma ona związek z Paulą. Czyżby w tej chwili nie miał z moją wredną siostrzyczką żadnego kontaktu? To było możliwe, gdyż mój szwagier ostatnio do mnie nie dzwonił i nie przychodził, a to mogło oznaczać tylko jedno — był znowu szczęśliwy. A jeśli Zygmunt był szczęśliwy, to Jasiek był na samym dnie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Przelot bocianów Inna wersja życia Maska Arlekina Góra śpiących węży Tego lata, w Zawrociu Julita i huśtawki 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy