Emigrantki

Emigrantki

Autorzy: Janice Y. K. Lee

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 304

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 21.84 zł

Trzy kobiety, trzy dramaty i jedno egzotyczne miasto.

Przejmująca opowieść o macierzyństwie, małżeństwie i przyjaźni. Prawa do ekranizacji książki zakupiła firma producencka Nicole Kidman.

Trzy Amerykanki mieszkają z dala od ojczyzny w wielokulturowym Hongkongu. Ich rzeczywistość najlepiej opisują słowa – emigracja, wyobcowanie, samotność. Z pozoru niczym nie związane, obce sobie osoby złączy splot nieprzewidzianych zdarzeń.

Mercy skończyła niedawno studia na uniwersytecie i szuka pomysłu na życie. Hilary żyje w dobrobycie, zajmuje się domem, lecz wszystkie jej myśli pochłania pragnienie dziecka, które może ocalić rozpadające się małżeństwo. Z kolei Margaret, do niedawna szczęśliwa matka trójki dzieci, próbuje pogodzić się z niewyobrażalną stratą. Każda z kobiet walczy z własnymi demonami, a ich spotkanie odmieni wszystko.

Wydaje nam się, że znamy takie żony i matki, które porzuciły pracę i znalazły się z dala od rodziny i przyjaciół. Tak naprawdę nic o nich jednak nie wiemy. Każda z nich przeżywa kryzys, a ich losy misternie się łączą.

„Vanity Fair”

Książka jest wzruszająca i przejmująca… Lee snuje misterną i bogatą powieść, która trzyma

w napięciu do ostatniej strony.

„The Seattle Times”

Emigrantki to powieść, która łączy w sobie wszystko, za co kobiety na całym świecie pokochały Wielkie kłamstewka, Gotowe na wszystko i Seks w wielkim mieście. Prawa do ekranizacji książki nabyła firma producencka Nicole Kidman Blossom Films, a aktorka prawdopodobnie zagra jedną z głównych ról. Emigrantki otrzymały wyróżnienie Reader’s Prize przyznane przez „Elle Magazine” oraz Editor’s Choice w plebiscycie „The Bookseller”.

Copyright © 2016 by Janice Y.K. Lee

All rights reserved

© Copyright for the Polish translation by Wydawnictwo Literackie, 2018

TYTUŁ ORYGINAŁU: "The Expatriates"

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Copyright © Nayon Cho; Opracowanie okładki według oryginału: Robert Kleemann

ILUSTRACJE: Copyright © Coffeeandmilk/Getty Images

REDAKTOR PROWADZĄCY: Katarzyna Krzyżan-Perek

REDAKCJA: Ewelina Korostyńska

KOREKTA: Anna Dobosz, Ewa Kochanowicz, Anna Rudnicka

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl

fax: (+48-12) 430 00 96 tel.: (+48-12) 619 27 70

ISBN: 978-83-08-06661-4

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Spis treści

Dedykacja

PROLOG

CZĘŚĆ I

MERCY

MARGARET

MERCY

MARGARET

MERCY

MARGARET

CZĘŚĆ II

HILARY

CZĘŚĆ III

MERCY

MARGARET

HILARY

MERCY

MARGARET

HILARY

MERCY

MARGARET

HILARY

CZĘŚĆ IV

HILARY

MERCY

MARGARET

HILARY

MERCY

MARGARET

HILARY

MERCY

MARGARET

MERCY

MARGARET

MERCY

CZĘŚĆ V

HILARY

MERCY

MARGARET

HILARY

MERCY

MARGARET

HILARY

MERCY

MARGARET

HILARY

MERCY

MARGARET

HILARY

MERCY

MARGARET

HILARY

CZĘŚĆ VI

MERCY

MARGARET

HILARY

MERCY

MARGARET

HILARY

MERCY

MARGARET

MERCY

MARGARET

CZĘŚĆ VII

MERCY

HILARY

MARGARET

EPILOG

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Dla Joego, rzecz jasna

PROLOG

Nowi ekspaci przybywają właściwie co godzinę, przez cały tydzień. Wysiadają z samolotów Cathay Pacific z Nowego Jorku, British Airways z Londynu, Garuda z Dżakarty i ANA z Tokio, niosą walizki, torebki Louis Vuitton, niosą niemowlęta i butelki, niosą wyczerpanie, podniecenie i frustrację. Większość z nich musiała gnieść się w klasie ekonomicznej, garstka sączyła szampana w pierwszej, reszta obejrzała po dwa filmy w biznesowej, zajadając kanapki z szynką i brie. Odczuwają podniecenie, nostalgię i strach, ulgę, że dotarli do Hongkongu, swojego nowego domu na pół roku, na rok, maksymalnie na trzyletni kontrakt, na zawsze, kto wie. Są żółtodziobami, znaleźli się na półmetku i potrzebują awansu, przyjazd tutaj ma być zwieńczeniem ich kariery, ostatnim przystankiem przed podróżą zwaną emerytura. Pracują w bankach, kancelariach prawnych, produkują guziki, ubrania, twarde dyski, zabawki, prowadzą restauracje, są barmanami, nauczycielami jogi, projektantami, architektami. Nie mają pracy. Mają nadzieję znaleźć pracę. Mają już zdecydowanie dość pracy. Przyjeżdżają w styczniu, po świętach, przyjeżdżają w czerwcu, po rozdaniu świadectw, przyjeżdżają w sierpniu, przed początkiem roku szkolnego, lub wtedy, kiedy firma zarezerwuje im bilet. Przyjeżdżają z całymi rodzinami albo z żonami, przyjeżdżają z partnerami albo jako zagorzali single, albo z nadzieją, że uda im się kogoś poznać. Są Chińczykami, Irlandczykami, Francuzami, Koreańczykami, Amerykanami — to prawdziwe ONZ poszukiwaczy szczęścia, chętnych owieczek, życiowych transformerów, którzy przybyli odnaleźć swoje nowe „ja”.

Teraz zawsze przylatują samolotami, wylewają się z maszyn ustawionych na płycie lotniska Chek Lap Kok. Nowi ekspaci czekają w kolejce, somnambulicznie przesuwają się w ostrym, fluorescencyjnym świetle, mają bladą skórę i tłuste włosy, zastanawiają się, czy okropny jet lag kiedykolwiek ustąpi, pokazują paszporty, przechodzą kontrolę imigracyjną, odbierają bagaże i po wyjściu z terminalu rozpraszają się w różne strony — znikają w pociągu Airport Express, ustawiają się w kolejce do autokarów i taksówek, idą do czarnych mercedesów z logo Mandarin Oriental, a szoferzy w białych czapkach otwierają im drzwi. Błyskawicznie ruszają na czystą, nową autostradę, gdzie przydrożne wioski są ledwie szczątkami tego, co tam było kiedyś, zanim wyrosły te wszystkie drapacze chmur, ogromne kompleksy wybudowane po to, żeby pomieścić puchnącą lokalną populację, tych wszystkich ludzi, którzy będą ich współpracownikami, pracodawcami, kierowcami. Ekspaci szybko się rozpraszają, szybko wchłania ich nowe otoczenie, szybko stają się kolejnymi twarzami w tłumie.

Nowi ekspaci są zmęczeni. Przyjechali, ale nie do końca wiedzą do czego. Ich podróż już się skończyła, ale ta prawdziwa, długa droga dopiero się zaczyna. Opierają głowy o szybę autokaru, na skórzanym zagłówku samochodu albo na welurze siedzenia w pociągu, jadąc do Chung King Mansions, hostelu YWCA, hotelu Four Seasons, do domu przyjaciół, mieszkania pracowniczego czy wynajętego domu w The Peak. Uspokajają dzieci, wypijają butelkę wody, bębnią palcami o siedzenie. Za oknem błyskawicznie przesuwają się widoki Hongkongu. Przed nimi rozciąga się długa droga. Są bardzo zmęczeni. Zamykają oczy i śnią o tym, co ich czeka.

CZĘŚĆ I

MERCY

Jednorożec pieczony na wolnym ogniu. Usmażone płaty mięsa z młodego smoka, lekko wybrzuszone na patelni. Feniks, być może lekko zwęglony po kolejnych ognistych narodzinach, posypany cukrem, który skarmelizował się od gorąca. Coś takiego chciałaby zjeść — mitycznego stwora, coś nie z tego świata, coś nierealnego. Centaura. Tak, soczysty udziec centaura. Mercy leży w łóżku, już nie śpi, ale jeszcze się nie całkiem obudziła, wokół siebie ma zmierzwioną pościel, a w brzuchu czuje ssącą pustkę, którą napawa się i delektuje.

Przez małe brudne okno wdziera się słońce. Prawdopodobnie jest już po jedenastej — o tej porze wszyscy szanujący się ludzie, którzy są gdzieś zatrudnieni, przepracowali już kilka godzin i być może rozmyślają właśnie, co by tu zjeść na lunch.

Mercy słyszy dochodzące z dołu przytłumione dźwięki ulicy. Sheung Wan to okolica zbyt szybko odkryta przez ludzi, których najazd sprawia, że czynsze natychmiast idą w górę — przez tych młodych przedsiębiorczych karierowiczów w dobrze skrojonych garniturach i lśniących butach, którzy o ósmej trzydzieści wychodzą do pracy z mokrymi włosami i plikiem dokumentów w aktówce. Wyniuchali tę stosunkowo niedrogą dzielnicę, niedaleko Central, i stopniowo poddali ją gentryfikacji. Karierowicze mieszkają wśród starzejących się Hongkończyków, którzy, oszołomieni, milcząco obserwują ich inwazję. Co rano w holu zwariowana sprzątaczka obrzuca ich inwektywami po kantońsku, a oni dziobią palcami w telefony i udają, że jej nie widzą. Te kobiety i ci mężczyźni o niespożytej energii chcieli zatrudnić inną sprzątaczkę, napisali więc petycję, skopiowali ją i wsunęli Mercy pod drzwi do podpisu, ale wszystkie ich wysiłki spełzły na niczym. Wariatka jest w budynku cały dzień i całą noc, siedzi na plastikowym zydelku, obok ma wiadro z mopem, i krzyczy na nich i na samą siebie. Podobno mieszka w klitce w holu, ale nikt nie wie tego na pewno. Nikt nie widział też, żeby kiedykolwiek sprzątała, wychodziła gdziekolwiek albo skądś wracała. To jedna z tych hongkońskich tajemnic — ta kobieta może być obłąkaną ciotką właściciela, bezdomną, która osiedliła się w holu, albo zwariowaną milionerką, do której należy budynek. Ale to tylko domysły i informacje zawieszane w windzie na ścianie. Pewnego dnia pojawił się tam adres forum internetowego i wszyscy się na nie przenieśli, a winda na szczęście przestała być trybuną plotek. Na plastikowej ścianie został tylko strzęp pożółkłej taśmy.

Mercy jest głodna. Powinna coś zjeść. Tyle że ona ma ochotę na upieczony nad ogniskiem udziec centaura, obracany na rożnie przez wróżki, których twarzyczki błyszczą od potu. Jest pewna, że tego nie znajdzie, kiedy wyjdzie z domu i zapuści się w sąsiednie wąskie zaułki. Nie ma tam co prawda mitycznych stworzeń, ale są za to równie niesamowite produkty: lśniące krowie bebechy, krwawe stosy świńskich łbów z oklapłymi uszami, suszone koniki morskie w jutowych workach. Mercy te wiktuały nie wydają się groteskowe, raczej nie ma pojęcia, jak zabrać się do jedzenia czegoś takiego, tych dziwnych, nieokreślonych form, tych zwierząt, czasami jeszcze żywych, w takich ilościach, że można by nimi wykarmić całą wioskę.

Postanawia, że kiedy wstanie, włączy grzejnik, żeby pozbyć się grudniowego chłodu. Wyjmie z małej lodówki główkę ekologicznej sałaty bostońskiej, oderwie liście, zamoczy je na dziesięć minut, przełoży do suszarki, gdzie siła odśrodkowa usunie z nich wodę i piasek. Potem wrzuci liście do drewnianej miski, spryska je oliwą, skropi octem balsamicznym, absurdalnie drogim octem balsamicznym kupionym w sklepie dla smakoszy, tak gęstym, że spływa powolną, ciężką strużką. Pomidor. Perski ogórek. Wyjmie je z lodówki, idealnie czyste, tak że będą chłodne i doskonałe. Pokroi je na mandolinie w cienkie plasterki i ułoży z nich piękne wzory, warzywną mandalę, prawdziwą ucztę dla oczu. Na wierzch pokruszy trochę Parmigiano Reggiano, a potem weźmie duży młynek i posypie sałatkę świeżo zmieloną solą himalajską, która będzie opadać jak płatki śniegu na jasnozielone liście.

Później postawi miskę z sałatką na stoliku przy łóżku, nakrytym uprzednio ozdobną lnianą podkładką, którą kupiła na wycieczce do Hanoi, obok położy serwetkę do kompletu, szklankę i butelkę wody z Fidżi. Mieszka na dwudziestu metrach kwadratowych, ale nie musi żyć jak dzikus.

Usiądzie na łóżku i weźmie ciężkie srebrne sztućce — widelec i nóż, które pewnej pamiętnej nocy w lepszych czasach ukradła z restauracji Gaddi’s, kiedy tam pracowała. Sałata, lekko błyszcząca od oliwy, ustąpi pod naciskiem ząbków widelca, ujawniając nieco ciemniejszą zieleń wnętrza liścia, kiedy Mercy zada mu mikroskopijny, śmiertelny cios. Potem podniesie widelec do ust, przez moment poczuje na języku lekki dotyk, a potem jej zęby zmielą liść w odrobinę zielonej masy, która zsunie się jej do gardła. Mercy ją przełknie. Oddzieli następny kęs. Włoży go do ust i znów zacznie żuć. Połknie. Popije. Doleje sobie wody. Nabije na widelec kolejny liść. Powtórzy.

Ważne jest, żeby robić wszystko jak należy, inaczej, kiedy mieszka się samemu, szybko można się zdegenerować. Trzeba pilnować ceremoniału. Przestrzegać rytuałów. W ten sposób da się jakoś przetrwać kolejny dzień.

MARGARET

To nie jest łatwy projekt. Dom stoi na lekko pochyłej działce, którą klienci chcą wyrównać, zmieniając łąkę w ogród francuski, co w ogóle nie pasuje do rzeźby terenu i charakteru okolicy. Wiejskie Connecticut, gdzie mieszkają, jest zalesione i bliskie natury. Margaret zastanawia się, dlaczego nie kupili schludnej, równej parceli w pobliżu pól ziemniaczanych albo podmiejskiego domu w Darien — mieliby dziewiczy teren, idealny do sadzenia wysokich żywopłotów i róż w perfekcyjnych klombach, gdzie mogliby realizować swój barokowy sen, nie przejmując się pagórkowatym krajobrazem. Powiedzieli, że mają przyjaciół w okolicy. Dlatego kupili działkę w Litchfield. Ale to nie jej problem. Dla niej wyzwaniem jest to, jak ich przekonać, żeby posłuchali ziemi.

Brzmi to pretensjonalnie i newage’owo, ale tak właśnie jest. Ziemia dyktuje, co się z nią stanie. Koniec końców problem rozwiąże się sam. Wielu klientów próbuje zrobić coś po swojemu, ale ostatecznie zawsze muszą ustąpić. Jeśli nie przed Margaret, to przed naturą. Nikt nie ma tyle czasu ani takich pieniędzy, żeby okiełznać matkę naturę. Jest cierpliwa, potrafi czekać przez całe stulecia.

Margaret, trzymając linijkę i ołówek, pochyla się nad biurkiem. Ten etap pracy lubi najbardziej, świeży początek, gdy jest tylko ona, teren i biała kartka, nieograniczone możliwości, żadnych problemów. Wokół rozłożyła swoje rysunki. Zawsze zaczyna na papierze, komputer służy jej tylko do wykańczania projektu.

Problemy pojawiają się później, kiedy jej koncepcja zderza się z rzeczywistością i ludzką naturą.

Wiśniowy sad we wschodniej części ogrodu — to powinno ich ugłaskać. Margaret dorysowuje kilka drzew. Ci klienci na pewno kupią dorodne wiśnie. Tak jest dużo łatwiej. I dużo, dużo drożej. Szpaler drzew zapewni cień podczas popołudniowych przechadzek. Jej praca po części polega na idealizowaniu, na tworzeniu wizji wytwornego, idealnego życia w najbardziej optymistycznym wydaniu. Doskonale zdaje sobie sprawę, że wkrótce rzeczywistość, ograniczenia budżetowe i czasowe pokrzyżują jej plany, że stopniowo jej pierwotna koncepcja zmieni się prawie nie do poznania. Wie też, że ten konkretny projekt nigdy nie zostanie zrealizowany. To nie jest prawdziwe zlecenie. Działka należy do znajomych, którzy przysłali jej zdjęcia i mapy, prosząc o opinię. Zajęła się tym, żeby wyświadczyć przysługę koleżance, która, jak podejrzewa, poleciła właśnie ją, bo chciała dać jej coś do roboty, coś, co wypełni jej długie godziny i pozwoli się uspokoić. Choć to tylko niby–zlecenie, jest nim zaabsorbowana.

Przyjechali do Hongkongu trzy lata temu, Clark i Margaret Reade z trójką dzieci. Mąż pracuje w amerykańskiej firmie międzynarodowej — tak mówi, jeśli ktoś ją zapyta, a zawsze pytają. Ta fraza nieodmiennie wywołuje u niej dreszcz, bo jest anonimowa, z nutką groźby, nacjonalistycznie oksymoroniczna. Przywodzi jej na myśl firmy, o jakich czyta czasem w gazetach, korporacje o nazwach w stylu Archer Daniels czy Monsanto, o których wie bardzo mało, ale zawłaszczyły wszystko, co dotyczy codziennego życia: pastę do zębów, aspirynę dla dzieci i mleko.

Tutaj jednak każdy domaga się konkretów, bo wszyscy pracują dla jakiejś amerykańskiej międzynarodowej korporacji. I nikt nie widzi w tym określeniu nic śmiesznego. Margaret odpowiada, że chodzi o M__D__. A tak, mówią, znasz Johna McBride’a i Suzie? Z Winnetka. John pracuje chyba w dziale zaopatrzenia? Często jeździ do Makau? Oni trajkoczą i trajkoczą, a ona zastanawia się, czy kiedykolwiek znajdzie kogoś, kto zrozumie. Większość ludzi jest tu jakby hermetycznie zamknięta, żyją w Hongkongu, ale to prawie w ogóle na nich nie oddziałuje. Mieszkają w niemal całkowicie zamerykanizowanej części dawnej kolonii brytyjskiej, obecnie należącej do Chin, i tylko czasem cierpią niedogodności z powodu braku dobrych pomidorów i prawdziwych burgerów.

Margaret podnosi głowę. Jest południe. Cudownie, kiedy czas mija, a człowiek nawet tego nie zauważa. Za godzinę ma lunch w mieście, więc musi się przygotować.

Umówiła się, kto by pomyślał, z planerką przyjęć. Clark kończy pięćdziesiąt lat i Margaret chce wyprawić mu wielką fetę, ale nie ma pojęcia, jak się do tego zabrać, ani ochoty, żeby się w to angażować.

Pod prysznicem zastanawia się, co musi jeszcze dziś zrobić. To ostatni dzień szkoły przed feriami bożonarodzeniowymi, wieczorem są zaproszeni na kolację, a następnego ranka wyjeżdżają na urlop. Trzeba spakować walizki i przygotować dzieci.

Margaret, ubrana i z mokrymi włosami, żegna się z Essie, filipińską gosposią, wychodzi i przy Repulse Bay Road łapie taksówkę, siada na lepkim siedzeniu z winylu i zapina pasy. Wnętrze samochodu wypełniają głośne dźwięki kantopopu.

— Poproszę do hotelu Four Seasons — mówi. — Może pan ściszyć radio?

Kierowca kiwa głową. Chorągiewka na taksówce idzie w dół. Gwałtownie przechylają się na zakrętach. Margaret łapie się za uchwyt na drzwiach, jej łydki ślizgają się po winylu. Choć jest grudzień, za oknem widzi zieleń, błękitne niebo i morze. Przejeżdżają przez tunel Aberdeen i wyłaniają się po drugiej stronie, gdzie szare biurowce zasłaniają horyzont. Margaret znów przypomina sobie, że południowa strona wyspy Hongkong to przedmieścia, natomiast centrum znajduje się na zachodzie.

Priscilla jest szczupłą blondynką, na żylastym opalonym przedramieniu ma pęk bransoletek. Pobrzękują, kiedy podnosi rękę, witając się z Margaret w przestronnym hotelowym holu. Nad nimi góruje olbrzymia świąteczna choinka. Priscilla ma włosy rozświetlone złotawymi pasemkami.

— Miło panią poznać. — Uśmiecha się. Ma idealnie równe zęby.

— A mnie panią — odpowiada Margaret. — Dziękuję, że zgodziła się pani przyjść.

— Nie ma o czym mówić.

Idą do kawiarni. Zamawiają napoje. Margaret zdaje sobie sprawę, że Priscilla nie wie. Nie wie o G. Dobra. Margaret zmienia nastawienie. Nie ma pojęcia, skąd pomysł, że ludzie znają jej historię, ale intuicja nigdy jej nie zawodzi.

— Od dawna mieszka pani w Hongkongu? — pyta Priscilla.

— Trzy lata. A pani?

— Sześć. Podoba się tu pani? — Po obwieszczeniu długości wyroku ekspaci zawsze się o to wypytują, często z zaciekawionym wyrazem twarzy.

— Tak — odpowiada Margaret. — Podoba.

— To dobrze — stwierdza Priscilla. — Nie cierpię, kiedy ludzie cały czas narzekają, że muszą tu być. Brakuje im najbardziej absurdalnych drobiazgów. Na przykład Safewaya czy konkretnego gatunku pieluch. Mam ochotę im wtedy powiedzieć: Rozejrzyjcie się tylko!

Jej gwałtowność zdumiewa Margaret.

— Przepraszam — reflektuje się Priscilla, zauważywszy jej reakcję. — Uważam po prostu, że trzeba być szczęśliwym tam, gdzie się jest, a nie wiecznie narzekać. Ludziom żyje się tu wspaniale, a oni skupiają się tylko na tym, czego im brak.

— Chyba ma pani rację.

— Co panią tu sprowadziło? — pyta Priscilla, przywołując kelnera.

— Mąż. Jak to zwykle bywa.

— Pani też pracuje?

— No cóż, czasem konsultuję projekty, więc tak, można powiedzieć, że pracuję.

— W jakiej branży?

— Architektura krajobrazu. Projektuję ogrody, a raczej dawniej to robiłam.

— O, wspaniała praca.

— Tak, bywa wspaniała.

— Tu, w Hongkongu, pewnie trudno o zlecenia. Nikt nie ma ziemi.

— To prawda, ale teraz wszystko i tak można robić przez internet. Mimo to ja już prawie nie pracuję. A Chiny też dają ciekawe możliwości.

— Chiny? Tak, oczywiście.

Obie milkną, żeby porozmyślać o ogromie i potencjale tego kraju — tu, w Hongkongu, gdzie bliskość i potęga Chin wzbudzają zarówno radość, jak i strach, takie chwile zdarzają się tysiąc razy każdego dnia.

Margaret w napięciu czeka na kolejne pytanie. Z doświadczenia wie, że na pewnym etapie rozmowy zapoznawczej może się ono pojawić.

— A dzieci? Ma pani dzieci?

Margaret spuszcza wzrok i studiuje kartę.

— Nigdy tu nie byłam. Co pani poleca? Umieram z głodu.

Priscilla przystaje na zmianę tematu.

— Sałatki, kurczak po hajnańsku, wszystko tu jest smaczne.

— Świetnie. To wezmę sałatkę!

Rozmawiają niezobowiązująco i składają zamówienie.

— Jak to działa? — pyta, kiedy kelner się oddala. — Jeszcze nigdy nie korzystałam z usług kogoś takiego jak pani.

— Mówi mi pani, czego chce, a ja staram się to zrealizować.

— Ale może mi pani coś podpowiedzieć?

— Oczywiście. Chodzi o przyjęcie z okazji pięćdziesiątych urodzin pani męża, prawda?

— Tak, w maju.

— Jakiś pomysł na motyw przewodni?

— Półmetek? — śmieje się, ale Priscilla jej nie wtóruje. — Półwiecze?

Priscilla wyjęła duży notatnik z żółtymi kartkami, w którym zapisała: „50. urodziny Clarka Reade’a”. Pisakiem. Podniosła wzrok. Jest niezwykle poważna i skoncentrowana. Margaret zastanawia się, czemu zawsze wszystko wydaje jej się absurdalne. Na przykład to, żeby zapisywać nazwisko klienta i wydarzenie na dużym bloku. Pisakiem. Nikogo innego to nie dziwi.

— Jakieś pomysły? — próbuje znów Priscilla.

— Obawiam się, że nic mi nie przychodzi do głowy — odpowiada Margaret. — Mogłaby pani coś zaproponować?

Kiedy omówiły już możliwe motywy, miejsca i daty, kelner przyniósł im rachunek. Margaret otwiera torebkę, bo nie jest pewna, jaki jest zwyczaj, ale Priscilla ją powstrzymuje. Kiedy się żegnają, Priscilla pyta raz jeszcze:

— Ma pani dzieci?

Margaret zdejmuje żakiet z oparcia krzesła.

— Tak — mówi. — Są w TASOHK-u, wie pani, w amerykańskiej szkole.

Potem kiwa głową i odwraca wzrok od Priscilli i jej szerokiego uśmiechu.

Stało się. Przetrwała ten moment. Rusza szybko do szklanych drzwi hotelu, popycha je, wychodzi na rześkie powietrze i bierze głęboki oddech.

MERCY

Hongkong miał być szansą na nowy początek, jeśli można w ogóle stwierdzić, że dwudziestoczterolatka — a była w tym wieku, kiedy trzy lata temu tu przyjechała — potrzebuje zaczynać od nowa. Na pewno można powiedzieć, że sprawy nie potoczyły się po jej myśli.

A przecież ją ostrzegano. Kiedy miała trzynaście lat, pewnego dnia jej matka wróciła do domu bardzo blada. Nie chciała zdradzić Mercy, co się stało, ale jej ojciec, który wieczorem jak zwykle był pijany i obcesowy, przekazał córce złe wieści. Przesądna matka poszła do wróżbity, żeby trwonić jego pieniądze na przepowiednie o przyszłości Mercy. Idiota jasnowidz cmoknął językiem na to, co zobaczył, i oznajmił, że nieczęsto widuje tak pogmatwane życie. Mercy będzie miała pecha. Wszystko pójdzie nie po jej myśli. Nie jest zła, ale los nie okaże się dla niej łaskawy. Rozumiesz? Ojciec dolał sobie whiskey, choć jego policzki przybrały już kolor pomidorowy.

Koreańskie ajumy, które zawsze się do wszystkiego wtrącają, chętnie bawią się w jasnowidzki i lubią wróżyć z twarzy. W kościele w Queens Mercy podsłuchała, jak przyjaciółki mamy rozmawiają o tym, że w fizjonomii Mercy brakuje bok, czyli szczęścia. Wąskie, sterczące brwi, zbyt ostre kości policzkowe, podbródek tak spiczasty, że mógł przeciąć wszystko, co dobre. Jedna z matron stwierdziła, że dziewczyna jest ładna. Owszem, ale to tania uroda, zaopiniowała druga. Co jeszcze pogarsza sprawę. Przyciąga złe wiatry. I złych mężczyzn.

Później Mercy znalazła wróżby jasnowidza w maminej szufladzie na bieliznę. Rozpoznała znaki układające się w jej imię i otworzyła czerwoną broszurkę. Tekst zapisano alfabetem koreańskim i chińskim, więc nie była w stanie go przeczytać, ale wyszła z domu i zapytała jakiegoś przechodnia, Koreańczyka, co znaczy. Flushing, gdzie mieszkali, było pełne Koreańczyków, prawie jak Seul. Człowiek obrzucił ją dziwnym spojrzeniem, ale przetłumaczył kilka zdań.

— Tu jest napisane: jedziesz na narowistym koniu bez siodła. Jeździec spadnie — mężczyzna się zawahał. — I jeszcze to, że kruk nie wzniesie się tak wysoko jak orzeł. — Spuścił wzrok i oddał jej broszurkę. — Muszę iść.

„Kruk nie wzniesie się tak wysoko jak orzeł”.

Zawsze miała to z tyłu głowy, ale co można zrobić z takim losem? Chyba tylko uznać go za koreańskie zabobony, które nie mają z nią nic wspólnego.

Studiując na Columbii, zniechęcona odkryła, że nauka przychodzi jej z trudem i nie może się wybić. Kiedy została przyjęta, pomyślała: Pokażę tym wrednym Koreankom, kto ma pecha. Nie było jednak tak łatwo. Już na pierwszym roku miała w grupie aktorkę z nominacją do Oscara, chłopaka, który opublikował dwa wiersze w „New Yorkerze”, i kogoś, kto opłynął żaglówką cały świat i opisano go w „National Geographic”.

No i jeszcze to. Podczas studiów Mercy żyła ponad stan — w bardziej ponurych momentach właśnie tak o tym myśli. Być może na tym po części polegał jej pech. Na uniwersytecie poznała nowy typ ludzi — były to osoby, które widywała w filmach i o których czytała w książkach. Bogaci, bardzo, bardzo bogaci ludzie. Dzieciaki, wożone przez szoferów, które nigdy w życiu nie zrobiły prania, a ich rodzice mieli prywatne samoloty. Jej rodzice nie byli właścicielami pralni chemicznej ani sklepu spożywczego, jak sugerowali bardziej wścibscy spośród jej nowych „przyjaciół”. Tata prowadził kiepsko prosperującą firmę eksportowo-importową, jego biuro było wiecznie zagracone próbkami paskudnych poliestrowych ciuchów produkcji koreańskiej, a mama, cierpiąca w skrytości, pomagała w koreańskiej knajpie swojej ciotki i kiedyś powiedziała Mercy, że urodziła tylko jedno dziecko, bo wiedziała, że ich życie nigdy nie zmieni się na lepsze.

Mercy nie miała pojęcia, jak znalazła się w tej uprzywilejowanej grupie. Uznała, że przez pomyłkę — pewnie pomogło jej to, że była ładna; wyglądała zaskakująco dobrze w sukience bez ramiączek z Forever 21 i odważnie się na wszystko godziła. Do jej towarzyskiego sukcesu mógł też przyczynić się fakt, że na pierwszym roku dzieliła pokój z miłą pulchną Chinką z Hongkongu, która pewnej październikowej soboty wybrała się do miasta i kupiła w salonie wiśniowy mercedes kabrio i której rodzice mieli trzypokojowe pied-à-terre przy 74 ulicy. Philena była bezpretensjonalną, prostoduszną bogatą dziewczyną. Lubiła mieć wokół mnóstwo ludzi, zawsze i bez ceregieli włączała w rozrywki Mercy, płacąc za wszystko czarną kartą American Express.

Na pierwszym roku Mercy obserwowała swoich kolegów, tych bogatych, jak osobny, egzotyczny gatunek. Zauważyła ich miękką, trochę wiotką skórę, pachnące whiskey oddechy, rozdrażnione głosy, kiedy rozmawiali z matkami, to, że ktoś zawsze rozwiązywał za nich wszelkie problemy. Przyjechali ze wszystkich stron świata: Abdul z Arabii Saudyjskiej co weekend latał do Londynu i zapraszał czasem koleżankę ze studiów, która wracała z sześcioma parami nowych butów, sukienką z Harrodsa i opowieściami o wiejskim domu Eltona Johna, a Mercy po cichu uważała, że przez to wszystko aktualna dziewczyna Abdula była tylko ciut lepsza od ekskluzywnej prostytutki; albo Cal z Los Angeles, której ojciec był reżyserem, więc weekendy spędzała z Julianne Moore; albo chłopcy z Manhattanu, całe hordy chłopców z Manhattanu, którzy mieli ojców z funduszami hedgingowymi, chude matki o zgrzytliwych głosach i karty kredytowe bez limitu. Bogaci chłopcy byli delikatni, cechowała ich sztuczna brawura, którą łatwo było przebić, jak bańkę. Lekkie ukłucie i już po nich.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Emigrantki 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Trwaj przy mnie