Milczący świadek

Milczący świadek

Autorzy: Alan Drew

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 384

Cena książki papierowej: 39.99 zł

cena od: 26.94 zł

Thriller psychologiczny o idyllicznym kalifornijskim miasteczku nękanym przez seryjnego mordercę

Detektyw Ben Wade powraca do rodzinnego Rancho Santa Elena w nadziei na lepsze życie i uratowanie swojego małżeństwa. Niespodziewanie okazuje się, że spokojne miasteczko, ze swoimi sennymi uliczkami i doskonałymi szkołami, staje się terenem łowieckim seryjnego mordercy, który nocą wdziera się do domów, burząc dotychczasową iluzję bezpieczeństwa.

Ben i specjalistka medycyny sądowej Natasha Betencourt usiłują przewidzieć następny ruch mordercy, a zarazem uporać się z bolesnymi doświadczeniami z własnej przeszłości . Oboje są zmuszeni podjąć ważne decyzje.

Wspólnymi siłami spróbują obronić miasteczko przed chorym psychicznie mordercą i dawno pogrzebanymi tajemnicami.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

CZĘŚĆ PIERWSZA

TO, CO CIĘ CHRONI

1

2

3

4

PTAK W KAPTURZE NA GŁOWIE

5

6

7

GARGANTUICZNE „JA”

8

CZĘŚĆ DRUGA

9

10

11

12

KOŃCZYNY I MIĘŚNIE ZE STRACHU

13

14

CZĘŚĆ TRZECIA

15

POLOWANIE NA MYŚLIWEGO

16

KOTLINA PEŁNA STRACHU

17

NA PUSTKOWIU

18

IDĄ PO CIEBIE

19

20

PODZIĘKOWANIA

Przypisy końcowe

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału: SHADOW MAN

Redakcja językowa: Elżbieta Walter

Projekt okładki: Magdalena Zawadzka

Zdjęcia na okładce: © Kawin Ounprasertsuk / Shutterstock © Miguel Sobreira / Trevillion Images

Korekta: Beata Wójcik

Redaktor prowadzący: Małgorzata Hlal

Copyright © 2017 by Alan Drew

All rights reserved.

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, 2018

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-722-4

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

www.czarnaowca.pl

Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl

Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla Miriam, Nathaniela i Adeline

Jak gazela wyrwij się z ręki,

jak ptaszek z potrzasku ptasznika.

– Księga Przysłów 6,5 [za Biblią Tysiąclecia]

Znajdę zaułek i małą nieznajomą

Tam poczuje moją dłoń

Jest ze mną anioł, pragnę niebezpieczeństwa

Skarbie, poczujesz moją dłoń

– Iggy and The Stooges

CZĘŚĆ PIERWSZA

TO, CO CIĘ CHRONI

Prąd elektryczny pulsował w opuszkach jego palców. Iskra przeskoczyła z zamka w bagażniku, gdy kwadrans wcześniej przekręcał klucz, aby wyjąć ze środka lateksowe rękawiczki i nóż z ostrzem żyletkowym. A teraz wiatr się wzmógł, tak jak zapowiadał spiker w radiu. Zrywał liście z gałęzi eukaliptusów i sypał nimi na plac zabaw, gdzie pod sinym, późnowieczornym niebem kołysała się na huśtawce para nastolatków; dziewczyna siedziała okrakiem na kolanach chłopaka.

Oparty o pień drzewa przez chwilę ich obserwował – splecione ciała zataczające chybotliwy półokrąg, drobną dłoń dziewczyny przyciśniętą do policzka chłopaka, jej łapczywe usta i zachłanne pocałunki. Zdzierał z pnia kawałki kory, dopóki pustynne powietrze nie uzyskało dostępu do żywej, zielonej tkanki drzewa. Tamci byli świadomi wyłącznie swoich ciał, reszta dla nich nie istniała: ani wiatr, ani pogłębiający się z każdą minutą mrok, ani skrzypienie haka w kształcie litery S, na którym zawieszona była huśtawka, ani człowiek stojący niecałe piętnaście metrów od nich w cieniu szarpanych powiewami eukaliptusów.

Latarnie uliczne zamigotały, ożyły i biegnąca przez pas zieleni ciemna ścieżka rozbłysła światłem; betonowy chodnik wił się wśród trawy za ogrodzonymi domkami. Nagły blask zwrócił uwagę dziewczyny; zadarła głowę do góry, lecz jej umysł był zbyt skoncentrowany na chłopaku i burzy rozpalającej od środka jej ciało. Niewykluczone, że go wyczuła, ale nie był tego pewien. Ludzie wyczuwali różne rzeczy; przekonał się o tym w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Reagowali na żar jego spojrzenia na swoich karkach, na prąd emanujący z jego przykucniętego pod parapetem ciała, na szelest jego kroków na schodkach ganku. To go podniecało – myśl, że jego obecność wzmaga ich czujność. Tkwił nieruchomo w ciemności, tak jak teraz, patrząc, jak na moment zamierają, jakby odzywało się w nich pierwotne echo przeżytych polowań. Właśnie tak – kiedyś byliście zwierzyną łowną.

Dziewczyna zamrugała oślepiona, zsunęła się niżej na uda chłopaka i zaczęła manipulować przy pasku jego spodni. Widział, co wyczynia jej ręka, i dopadło go nagłe wspomnienie: otwierających się szeroko drzwi, wlewającej się do środka jasności, palców przebiegających po jego skórze na podobieństwo wielkich pająków, jego zdrobniałego imienia szeptanego wśród szczypawek, chrząszczy i białych, skręcających się pędraków w piwnicy. Odpowiedział swoim dziecinnym głosikiem, ale nie w myślach, nie we wspomnieniu, tylko tu i teraz.

– Kto tam jest? – zapytała dziewczyna, on zaś ocknął się gwałtownie i powrócił do rzeczywistości. Zmierzch. Suchy pustynny wiatr Santa Ana. Pas zieleni biegnący przez środek osiedla domków jednorodzinnych.

– Pokaż się, do cholery – włączył się chłopak, zniżając głos, aby ukryć niespodziewany lęk.

Podobał mu się ten chłopak, podobał mu się jego strach.

Pobudzony okręcił się wokół pnia drzewa i zniknął w gąszczu eukaliptusów.

– Zboczeniec – usłyszał jeszcze głos dziewczyny.

– Wypożycz sobie, kurwa, pornola! – krzyknął za nim chłopak.

W głowie mu pulsowało. Naelektryzowane powietrze wibrowało w jego zębach i w pniach chylących się nad nim drzew, którymi szarpał wiatr. Czuł, że jego lewa powieka drży i zamyka się samoistnie; zawroty głowy narastały, dopóki dorosłe „ja” nie przywołało do porządku „ja” dziecięcego i wszystko na powrót nie znalazło się na właściwym miejscu. Padające na ścieżkę światła latarni przypominały wbite w ziemię jaskrawobiałe księżyce. Na przemian zanurzał się to w ciepłych kałużach jasności, to w chłodnych plamach czerni, by w końcu znaleźć się w półmroku pod migoczącą latarnią. Stał tam chwilę, wsłuchany w trzaskający w rytmie staccato żarnik, aż nastąpił ostatni rozbłysk i lampa się przepaliła.

Wtedy jego uwagę zwróciło inne źródło światła. Za ścieżką widniało okno. Płonęło w nocy pomarańczowo, rzucając swoje lustrzane odbicie na przycięty trawnik poniżej. W oknie stała kobieta z głową w obłoku pary; rysy miała niewyraźne, jakby ktoś wytarł jej twarz gumką. Z pasa zieleni obserwował tę kobietę, a upalny wieczór wypełniała muzyka sącząca się z wieży stereo. Jakiś jazz, którego rytm wibrował mu w palcach; dźwięk był podkręcony, a głos z papierosową chrypką dotrzymywał kobiecie towarzystwa. Była sama, czuł to. W ogrodzeniu znajdowało się otwarte przejście – żadnej zaryglowanej furtki, tylko ogród pełen poskręcanych kaktusów, wyrastających z białego skalistego podłoża.

Nie zawsze wiedział, czego szuka. Czasami po prostu włóczył się po okolicy – przyglądał się jeżdżącym na deskorolkach dzieciakom, wciągał nosem zapach rozpylonych na trawnikach pestycydów, zaglądał w okna domów, gdzie kobiety zdejmowały bluzki przez głowę. To były osiedla ze strzegącymi prywatności mieszkańców ogrodzeniami i karłowatymi palmami, pasami zieleni i ścieżkami ciągnącymi się w cieniu eukaliptusów, których liście przesycały powietrze aromatem olejku miętowego. W takich miejscach ludzie zostawiali drzwi do garaży otwarte i nie zakładali blokad na przeszklone drzwi tarasowe. Sypiali przy uchylonych oknach, żeby wczesnym rankiem móc poczuć na szyi powiew bryzy znad oceanu. Czasami potrafiły minąć trzy, cztery noce – bywało, że nawet tydzień – i nic się nie działo. Kiedy indziej szczęście mu sprzyjało i przez dwie noce z rzędu czuł to, czego szukał. Dziś, stojąc w plamie ciemności pod zgasłą latarnią, znowu to poczuł, przestąpił więc przez najeżone kolcami kaktusy i znalazł się na tyłach domu.

Podkradł się bliżej wzdłuż bocznej ściany budynku. Nadal tam była: pochylona nad deską kroiła pomidory. Gotowała makaron; gęsta, mączna woń buchała z przesłoniętego moskitierą okna. Aż mu zaburczało w żołądku – odkąd ostatni raz jadł, minęło sporo czasu. Szyba kuchenna perliła się od skroplonej pary; szklana powierzchnia przypominała lustro, i przez moment mógł dostrzec odbicie połowy swojej twarzy. Przez ostatnie miesiące zaledwie mu migała – czubek głowy w lusterku wstecznym, policzek i oko w lusterku bocznym, nos i czoło, gdy nachylony nad zlewem szorował ręce. Twarz miał miękką i chłopięcą, a teraz zmuszony był patrzeć na nią – na tę dziecinną buźkę – dopóki kobieta nie przesunęła dłonią po szybie i nie wyjrzała przez okno. Zamarł, patrząc na nią, czując przepływający między nimi prąd elektryczny. Jeżeli go zauważy, ucieknie, ale jeśli nie… Za oknem było ciemno i zdawał sobie sprawę, że ona widzi w szybie tylko własne odbicie. Usiłując przebić wzrokiem szklaną taflę, napotykała swoje spojrzenie, jakby to, co ją przestraszyło, stanowiło jedynie wytwór jej wyobraźni. Nie, powiedział sam do siebie. To, czego się boisz, jest jak najbardziej realne.

Potem kobieta odwróciła się do zlewu, żeby umyć miskę. Stała tyłem do niego, lekko przygarbiona; kwiecista sukienka marszczyła się w pasie. Kuchnię wypełniała muzyka – trąbki, kontrabas, perkusja wygrywały rytm, nuty sypały się z brzękiem przez moskitierę niczym drobiny metalu. Kiedy skończyła, usiadła na stołku, obserwując gotujący się makaron i sącząc wino z kieliszka. Na palcu nie miała obrączki; na nikogo dzisiejszego wieczoru nie czekała. Podobała mu się, podobała mu się jej samotność. Fakt, że była sama, powinien ułatwić sprawę; odkrył, że ludzie, którzy kogoś mieli, bardziej się bronili.

Odnalazł szklane, przesuwne drzwi. Były otwarte, do domu wpadał gorący wiatr. Tylko moskitiera dzieliła go od salonu z wykładziną na podłodze. Pociągnął za klamkę. Zablokowana. Krew uderzyła mu do głowy, lewe oko wpadło w nerwowy tik. Drzwi do tamtej piwnicy miały zamknięcie od zewnątrz, na żelazny rygiel. Kiedy się zamykały, na powrót stawał się dzieckiem i czuł się jak ptak w naciągniętym na głowę kapturze: mrugał oczami w ciemnościach własnego umysłu, dopóki głos w jego głowie nie zdołał nanizać na nitkę zmyślonych sylab i w jego wyobraźni nie otwierała się przestrzeń, którą ów głos zamieszkiwał, odpędzając od niego strach.

Zablokowana. Moskitiera była zablokowana. Przyglądał się kobiecie w kuchni, jej pochylonym plecom i zgarbionym ramionom, parze kłębiącej się nad jej głową w chaosie metalicznych pobrzękiwań. To tylko aluminiowa rama i siatka, chciał jej powiedzieć. Siatka i aluminiowa rama. Durne rzeczy, które cię chronią. Drzwi i ściany, szyby i światła. Włożył rękawiczki, jakby wślizgiwał się w nową skórę, a potem przesunął ostrzem noża wzdłuż aluminiowej ramy – odgłos pękających nitek siatki utonął w kwiku trąbek. Pociągnął i przecięta siatka ustąpiła, torując mu drogę, zapraszając do środka.

1

Emma siedziała już w siodle. Prowadziła Gusa chodem bocznym po żwirowym podjeździe; końskie kopyta wzniecały obłoczki kurzu, które wiatr rozwiewał po całym podwórku.

– Pośpiesz się, tato – powiedziała. – Bo się spóźnimy.

Detektyw Benjamin Wade zabijał deską wejście do stajni. Gdy przed kwadransem wjechali radiowozem na podjazd, drzwi były szeroko otwarte: gwałtowne podmuchy Santa Any zerwały skobel. Przed południem dotarły na wybrzeże; pod wpływem suchego pustynnego wiatru ze wschodu powietrze stało się naelektryzowane. Poranek był duszny, wszechobecny smog pozostawiał na języku posmak benzyny ołowiowej, ale już wczesnym popołudniem silne powiewy zepchnęły zanieczyszczenia nad Pacyfik. Brunatna mgiełka skrywała wyspę Catalina, lecz tu, na lądzie, niebo było turkusowe, a porastające okoliczne wzgórza kępy falującej ostnicy zieleniły się po wczesnojesiennych burzach.

– Spotkamy się na miejscu – rzuciła jeszcze Emma, po czym zawróciła konia i zmusiła go do galopu w górę szlaku.

– Zaczekaj – powiedział Ben, ale już jej nie było. Cisnął na ziemię młotek, pozwalając desce zawisnąć na pojedynczym gwoździu, wskoczył na Blaszanego Drwala i popędził za nią. Zrównali się na grani Bommer Canyon.

– Robisz się coraz wolniejszy, staruszku – zauważyła Emma, odwracając się do niego z uśmiechem.

– A ty coraz bardziej niecierpliwa.

– Chciałeś się tutaj znaleźć tak samo jak ja – stwierdziła.

Miała rację. Chciał być właśnie tutaj – w górach, na koniu, ze swoją córką. Jechali teraz strzemię w strzemię; Emma kołysała się w przód i w tył na łękowatym grzbiecie Gusa. Blaszany Drwal zaprotestował głośnym parsknięciem i potrząsając głową, szarpnął lejce – był już za stary na galopowanie; czasy, kiedy pomagał przeganiać bydło, dawno minęły. Razem z Gusem byli ostatnimi z branży. Przed czterema laty, w 1982 roku, kiedy ranczo oficjalnie zrezygnowało z hodowli herefordów, oba konie miały trafić do rzeźni i zostać przerobione na karmę dla psów. Ben nie mógł na to pozwolić, kupił je więc za równowartość ich mięsa i nauczył córkę jeździć konno.

Konie same odnajdywały drogę na zarośniętym krowim szlaku obok dawnego obozowiska kowbojów, a stukot ich kopyt płoszył ukryte w kępach bylicy zające. Ben z uśmiechem patrzył na Emmę, na jej szczupłe plecy i cienkie nogi znakomicie panujące nad Gusem. Żałował, że jego ojciec nie zdążył jej poznać – była urodzonym jeźdźcem, kowbojem w miejscu, które już ich nie potrzebowało. Przejechali przez krzewinki mącznicy – jej łodygi drapały ich po łydkach – i przemknęli w cieniu eukaliptusów, by znaleźć się ponownie na otwartym terenie, na grzbiecie Przepiórczego Wzgórza. Pod sobą mieli porośnięte makami zbocze, którego czerwona połać ciągnęła się aż do kanionu El Moro i dalej, do błękitnego zakola Kryształowej Zatoki.

Jedną z zalet bycia policjantem stanowiły elastyczne godziny pracy. Kiedy nic się nie działo – a w Rancho Santa Elena zwykle panował spokój – Ben mógł odbierać córkę ze szkoły. Robił to już od czterech lat – przyjemny rytuał, którego przestrzegał, odkąd rok i sześć dni temu sąd orzekł rozwód, a on i jego żona – była żona – wynegocjowali zasady sprawowania wspólnej opieki nad dzieckiem. Odbieranie Emmy ze szkoły nie należało do jego obowiązków, ale Rachel miała sterty prac domowych do poprawiania, więc gdy Ben zaproponował jej swoją pomoc, z wdzięcznością ją przyjęła. Dodatkową korzyść stanowił fakt, że czasami Rachel pozwalała Emmie spędzić u niego nadprogramową noc; mógł też zabierać ją w tygodniu na popołudniowe przejażdżki w te dni, które do niego nie należały. Ben delektował się każdą spędzaną z córką chwilą. Miał świadomość, że mają przed sobą jeszcze rok, może dwa takich spotkań; potem zaczną się randki i łażenie po centrum handlowym South Coast Plaza z przyjaciółkami.

– Jak tam klasówka z algebry? – zagadnął, korzystając z okazji.

– Irracjonalna.

Uśmiechnął się.

– Zastrzeliłeś dzisiaj kogoś? – spytała.

– W centrum handlowym Alta Plaza była strzelanina – odparł. – Nie słyszałaś?

– Przegapiłam najświeższe wydanie wiadomości.

Już tradycyjnie żartowali w ten sposób; odkąd cztery lata temu Ben odszedł z policji w Los Angeles i przeniósł się na południe, gdzie wstąpił w szeregi stróżów prawa na posterunku w Rancho Santa Elena, nie oddał ani jednego strzału, z wyjątkiem tych, które rozrywały serca papierowych złoczyńców na strzelnicy w bazie szkoleniowej piechoty morskiej.

– Jak się układają twoje stosunki z panią Ross? – Miał nadzieję, że Emma nie wdała się w kolejną sprzeczkę ze swoją nauczycielką języka angielskiego w trzeciej klasie gimnazjum.

– Przyzwoicie – odpowiedziała kolejnym dowcipnym unikiem. – Aresztowałeś kogoś?

– Nie – odrzekł. – Ale nie tracę nadziei. – O wschodzie słońca pojechał na plażę w Newport, żeby bez pomocy deski ujeżdżać gnane wiatrem fale, a o ósmej rano był już w mieście, gotów rozpocząć dyżur. Zbudził gościa śpiącego w samochodzie na nowym placu budowy w El Cazador, zweryfikował blachy jego auta, oddał mu własny kubek świeżo zaparzonej kawy i wyprawił w dalszą drogę. Sprawdził dane psychologa podejrzewanego o sprzedawanie na boku psychotropów. Został wezwany do sklepu z deskorolkami przy Via Rancho Parkway, żeby wytropić dwóch jedenastolatków, którzy zwiali z nowiutkimi modelami desek Santa Cruz. „Tylko je pożyczyliśmy, chłopie” – wyjaśnił jeden, gdy Ben nakrył ich na wykonywaniu akrobacji w pobliskim skateparku. W idealnym świecie Rancho Santa Elena był w zasadzie kimś w rodzaju ochroniarza – płacono mu, aby mieszkańcy czuli się bezpieczniej w miejscu, które i tak było już otępiająco bezpieczne – i oboje z Emmą o tym wiedzieli.

– Jak mama? – zagadnął znowu, licząc na jakiś smakowity kąsek.

– Dominująca.

I tyle: Emma wspięła się w strzemionach i wyprzedziwszy go, pogalopowała w dół zbocza. Rachel twierdziła, że to jej odsuwanie się od nich jest najzupełniej normalne – bądź co bądź, ich córka miała już czternaście lat. Ben był skłonny przyznać jej rację, ale wcale nie czuł się przez to lepiej.

– Zwolnij! – zawołał. – Tam jest bardzo stromo.

– Co pan powie, panie Nadopiekuńczy – odkrzyknęła, ale ściągnęła wodze i z powrotem opadła na siodło.

Niemal widział, jak przewraca oczami – nowy zwyczaj, który od ubiegłego roku bardzo się nasilił.

Utrzymywała stały dystans, kłusując grzbietem wzgórza. Oboje z Gusem znikli mu z oczu za kamienistą skarpą, by zaraz znów się pojawić. W dole, w Laguna Canyon, Ben dostrzegł różowy ścieg trzepoczących na wietrze chorągiewek geodezyjnych; wyznaczały przebieg nowej płatnej drogi, o ile działacze na rzecz ochrony środowiska nie zdołają powstrzymać budowy, rzecz jasna. Chorągiewki ciągnęły się wzdłuż wiodącego na plażę dawnego szlaku, którym pędzono bydło. Podczas pełni księżyca Ben wraz z ojcem jeździli tamtędy w mroku kanionu, po bokach mając wznoszące się pionowo mlecznobiałe ściany. To było jeszcze w latach sześćdziesiątych, zanim deweloperzy wtargnęli z buldożerami na wzgórza; cała okolica tętniła wówczas cichym życiem sów, szopów praczy i rysi o lśniących w ciemności oczach. Było tu prawdziwe pustkowie – do tego stopnia, że kiedy z miejscowego ogrodu zoologicznego uciekł niedźwiedź grizzly, strażnicy potrzebowali aż dwóch tygodni, aby go wytropić i zastrzelić w mroku wapiennej jaskini. Przez trzynaście dni pozostawał ostatnim wolno żyjącym grizzly w Kalifornii, chlubnym ucieleśnieniem symbolu widniejącego na stanowej fladze.

Pewnej księżycowej nocy, po dwóch godzinach jazdy Ben z ojcem dotarli do szosy numer jeden, niedawno przemianowanej na Pacific Coast Highway, ruchliwej czteropasmowej autostrady biegnącej wzdłuż wybrzeża. Pięć minut tkwili w siodłach, czekając, aż miną ich samochody z rozjarzonymi reflektorami. „Za dziesięć lat – odezwał się z goryczą w głosie ojciec – wszystko tu na amen wybetonują”. Ojciec mieszkał w tym miejscu od czasu katastrofalnej suszy w latach trzydziestych; w 1934 roku razem ze swoją rodziną umknął ze spalonego słońcem Teksasu, aby wysiąść z kursującego wahadłowo od wybrzeża do wybrzeża autobusu i znaleźć się w nawodnionym gaju pomarańczowym. Kiedy miał dziesięć lat, cały teren aż po linię brzegową stanowił własność rancza; przez resztę życia ojciec patrzył, jak obszar ten kurczy się nieubłaganie. Gdy w końcu w strumieniu samochodów nastąpiła luka, ponaglili konie i pokonali betonową nawierzchnię, za którą piach stłumił stukot kopyt. Uwiązawszy wierzchowce do poskręcanego kaktusa, usiedli i patrzyli na bijące o brzeg fale, podziwiając efekt bioluminescencji. Ojciec powiedział mu wtedy, że to czerwony przypływ – kwitnienie alg, które wchłaniały z wody cały tlen i sprawiały, że ocean wyrzucał na brzeg dziesiątki martwych ryb. W ciągu dnia woda miała odcień rdzy, lecz nocą piana przyboju świeciła fluorescencyjnie na niebiesko i wzdłuż całego wybrzeża widać było świetliste łuki, które wzbierały i opadały w rytmie fal.

Ben i Emma dotarli na szczyt wzgórza; młode miasto Rancho Santa Elena rozciągało się pod nimi szachownicą nieukończonych ulic. W dzieciństwie Bena kotlina była w zasadzie pusta – zapylona ulica z jedną stacją benzynową Esso, krzyżujące się pasy startowe bazy lotniczej marines, osiedle domków szeregowych przy nowym uniwersytecie, a w pewnym oddaleniu kilka zabudowań dla ranczerów i zbieraczy truskawek. Teraz nieregularny, geometryczny kształt Rancho Santa Elena rozciągał się od oceanu aż do wschodnich podnóży gór Santa Ana, gdzie świeżo wytyczone drogi przecinały gaje pomarańczowe. Centrum miasta – ukończona część planowanego założenia urbanistycznego – miało w sobie coś z hiszpańskich miasteczek: równe rzędy czerwonych dachówek, stawy rojące się od sprowadzonych z daleka kaczek, pasy zieleni przecinające ścieżki dla biegaczy i rowerzystów. Przypominało to trochę obserwowanie wirusa, który pochłaniał miękką tkankę lądu i rozprzestrzeniał się gwałtownie ku północy, w kierunku Los Angeles.

Niebo przeszył huk i ponad głową Emmy przeleciał myśliwiec F-4. Blaszany Drwal stanął dęba, a spłoszony Gus wierzgnął, tracąc równowagę na wąskiej ścieżce.

– Pięty! – zawołał Ben, widząc, że z ręki Emmy wyślizgnęły się lejce.

Sam wbił obcasy w boki Blaszanego Drwala i koń natychmiast się uspokoił. Gus tymczasem, potykając się, runął w dół zbocza. Emma zsunęła się z jego grzbietu i ciężko klapnęła pupą na ziemię. Ben zeskoczył z konia i ruszył w jej stronę, lecz zanim dobiegł, zdołała się jakoś pozbierać i właśnie wstawała, przeklinając samolot oraz jego pilota.

– Dupek – mruknęła, strzepując pył z dżinsów.

– Wszystko w porządku? – upewnił się Ben, kładąc jej rękę na plecach.

– Nie. – Uderzyła dłonią o ziemię; w jej piwnych oczach płonęła wściekłość. – Mam ochotę go zabić.

– Niczego sobie nie złamałaś?

– Nie – odparła, podnosząc się. – Gdzie Gus?

– Nim się nie przejmuj. – Nieraz już spadła z konia, rzecz jasna, lecz on za każdym razem tak samo panikował. – Lepiej jeszcze posiedź. Upewnij się, że masz wszystko na swoim miejscu.

Dotknął jej boku i delikatnie ucisnął. Odpędziła go łokciem.

– Nic mi nie jest, tato.

Podeszła do Gusa, który stał w kępie kaktusów; kilka kolców wbiło mu się w bok. Emma objęła końską pierś, podczas gdy Ben wyciągnął kolce. Z ran trysnęła krew. Myśliwiec skręcił gwałtownie nad wschodnimi wzgórzami, wypuścił podwozie i opadł na asfalt.

– Dupek – stwierdził Ben.

– Święte słowa – uśmiechnęła się Emma. – Z ust mi to wyjąłeś.

Kiedy wrócili, było już prawie ciemno. Niebo na zachodzie miało błękitny odcień płonącego propanu. Emma minęła stojący przed domem nieoznakowany radiowóz i wprowadziła konie do stajni, Ben zaś przyniósł z kuchni woreczek lodu i chciał go przyłożyć do obitych pośladków córki.

– Dzięki, tato – powiedziała, ściągając siodło z grzbietu Gusa – ale nic mi nie jest.

Dał jej zatem spokój i każde zajęło się swoją robotą, za tło muzyczne mając odległy szum z autostrady numer 405.

Dom Bena stał na równinie na skraju miasta, przy drodze gruntowej zakończonej ogrodzeniem, za którym znajdowały się Laguna Canyon, pasmo przybrzeżnych wzgórz, fragment pustkowia i resztki dawnego rancza. Parterowy budynek zajmował kwadrat wycięty w gaju pomarańczowym i należał wcześniej do jego ojca. Był to dom kowboja, dom, w którym Ben spędził pierwsze jedenaście lat swojego życia. Przed trzema laty Emma ochrzciła go „Casa de la Wade” i nazwa się przyjęła; zrobili nawet tabliczkę z opalonej palnikiem acetylenowym deski i przybili ją nad frontowymi drzwiami. Gdy cztery lata wcześniej przenieśli się z Rachel z Los Angeles do Santa Elena, pierwszy rok spędzili w wynajętym mieszkaniu nieopodal nowego uniwersytetu. Ben regularnie tu zaglądał, by sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Okna zabito deskami, dach stajni się zapadł. W końcu wybrał się do biura nowego „rancza” z siedzibą przy lotnisku imienia Johna Wayne’a. Paru ważniaków w garniturach pamiętało jego ojca z czasów, kiedy było to jeszcze prawdziwe ranczo, a nie korporacja handlująca dochodowymi nieruchomościami, i z szacunku dla niego odsprzedali Benowi dom za trochę tylko wygórowaną cenę. Budynek i otaczający go akr ziemi nie były wówczas włączone do miejskiego planu zagospodarowania – znajdowały się na trasie przelotu wojskowych odrzutowców i armia wolała mieć pusty teren w promieniu co najmniej czterystu metrów wokół pasów startowych, na wypadek gdyby jakiś F-4 sknocił podejście do lądowania. Ostatnio jednak władze federalne postanowiły zamknąć bazę piechoty morskiej i Rancho Santa Elena Corporation skupiło swoją uwagę na gruntach wokół lotniska. Prawnicy firmy listownie proponowali Benowi cenę „o 10 procent wyższą od rynkowej”. Odpisał im krótko, że nie jest zainteresowany, choć wiedział, że łatwo się ich nie pozbędzie. Rancho Santa Elena Corporation ogłosiło już, że zamierza wywłaszczyć część terenu na cele użyteczności publicznej i zrównać z ziemią domki artystów w Laguna Canyon. Upatrzyło sobie także dawny obóz kowbojski w Bommer Canyon, położony kawałek wyżej niż dom Bena.

Trzeba było roku wieczorów i weekendów wypełnionych pracą, złamanego młotkiem palca i gwoździa wbitego w sklepienie prawej stopy, żeby doprowadzić to miejsce do stanu użyteczności, choć w dużej mierze pozostało kowbojską noclegownią, przesyconą zapachem skóry i fusów kawowych, tak jak lubił.

Chwycił widły i zabrał się do wrzucania siana do końskich boksów, podczas gdy Emma kłębkiem waty nakładała maść antyseptyczną na podziurawiony przez kaktus bok Gusa.

– Jesteś gotowa na rozgrywki softballu? – zagadnął ją.

– W tym roku nie będę grała.

– Przecież kochasz softball. – Miała świetną rękę; potrafiła błyskawicznie wykonać zamach i posłać piłkę prosto do rękawicy łapacza.

– To t y kochasz softball – odparła.

– Dlaczego nie chcesz grać?

– Spójrz na dziewczyny z liceum. Wszystkie zawodniczki są takie, bo ja wiem… męskie.

– Męskie? – powtórzył. Jego córeczka-chłopczyca zapragnęła ostatnio być „ładna”. Spędzała długie godziny w łazience, podkreślając oczy kredką i powiększając usta szminką. – Nic im nie brakuje.

– Po prostu nie chcę już grać, okej?

– Muszę pogadać o tym z twoją mamą – stwierdził, zerkając na nią spod oka. Miała opaloną twarz, a w ciemnych włosach rozjaśnione od słońca pasemka. – A tak przy okazji, jeśli o mnie chodzi, to jesteś ideałem.

– Dobra, ale jesteś moim tatą, więc to się liczy najwyżej na jakieś czterdzieści pięć procent.

Emma skończyła nakładać maść i zamknęła Gusa w boksie. Mieli dzisiaj w planach obfitą kolację – tacos z grillowaną wołowiną, świeże awokado prosto z targu, kukurydziane tortille, kupione rano przez Bena w tortillerii w Costa Mesa. Na VHS-ie właśnie ukazał się Powrót do przyszłości, a on już wsunął kasetę do odtwarzacza.

W radiowozie zadzwoniła jego motorola. Ben podszedł do auta, schylił się i przez otwarte okno sięgnął po słuchawkę. – Tu Wade.

– Próbowałam cię łapać na stacjonarnym. – Dzwoniła Stephanie Martin, dyspozytorka, która tego wieczoru miała dyżur.

– Mam dzisiaj wolne.

– Liczę, że wypocząłeś – odparła. – Dzwonił Jonas Rafferty z Mission Viejo. Mają tam jeszcze ciepłe zwłoki. Prosił o ciebie.

Trup. Minęło sporo czasu, odkąd Ben był ostatni raz na miejscu zbrodni.

– Muszę cię odwieźć do mamy – zwrócił się do Emmy.

– A co z naszą fiestą?

– W piątek – rzucił, zamykając drzwi stajni na skobel. – Przełóżmy to na piątek, dobrze? Przepraszam.

– Musisz sobie znaleźć jakąś pracę w normalnych godzinach, tato – mruknęła Emma.

Siedem minut później zatrzymał radiowóz przed nowym segmentem w centrum miasta, w którym mieszkała jego była żona. Rachel zrobiła w drzwiach tylko niewielką szparę, żeby wpuścić Emmę do środka, lecz Ben i tak dostrzegł mężczyznę, który, założywszy nogę na nogę, siedział na kanapie i obejmował dłonią kieliszek białego wina w taki sposób, jakby to była kobieca pierś.

– Profesorek? – zapytał, spoglądając ponad ramieniem Rachel; Emma pomachała gościowi na powitanie i zniknęła w kuchni. – Jeździ czterocylindrowym datsunem?

Rachel uśmiechnęła się; na widok dołeczka w jej lewym policzku Benowi ścisnęło się serce.

– Daj spokój, Ben – odpowiedziała cicho. – Myślisz, że ci powiem? – Umyła włosy szamponem, który tak lubił, o zapachu kwiatu wiśni czy czegoś podobnego, i przez moment oczami wyobraźni widział jej mokre włosy leżące obok niego na poduszce w łóżku, które kiedyś ze sobą dzielili. – Masz sprawę do rozwiązania, zapomniałeś?

– Morderstwo – odparł Ben. – Jeśli nie zdarzy się cud, ofiara nigdzie nie ucieknie.

– Gdzie? – zainteresowała się. – W Santa Elena?

– Nie – odrzekł. – W Mission Viejo.

– Chwała Bogu – mruknęła. – Emma odrobiła lekcje?

Ben pokręcił głową i Rachel westchnęła. – Znowu jeździliście?

– Spadła z konia – przyznał.

– Chryste, Ben.

– Zaskoczył nas jeden z tych przeklętych myśliwców – wyjaśnił. – Spłoszył Gusa.

– Nic jej się nie stało?

– Tak twierdzi. Ale lepiej się upewnij.

– Jeśli mi pozwoli.

Emma z jabłkiem w ręce przekradła się za plecami matki i weszła na schody, prowadzące na drugi poziom mieszkania.

– Nie zapomniałaś o czymś? – zawołał przez szparę w drzwiach Ben. – Gdzie mój buziak na do widzenia?

– O rety, tato – jęknęła Emma, przepychając się między matką a framugą. Nachyliła się i łaskawie nadstawiła policzek do pocałunku. Ben skorzystał z okazji, aby przez szerzej otwarte drzwi obejrzeć siedzącego na kanapie profesorka.

– Cześć – powiedział i skinął głową.

– Jak się pan ma dzisiejszego wieczoru? – odparł mężczyzna, nie zadając sobie nawet trudu, aby zmienić pozycję, w której siedział.

Nadęty dupek.

– Ma pan jakieś niezapłacone mandaty? – zapytał poważnym tonem Ben.

Gość na kanapie drgnął.

– Ben – westchnęła Rachel, wypychając go za próg.

– Żartuję. – Ben podniósł do góry dłonie. – Taki policyjny dowcip.

– Zajmij się lepiej swoją pracą – rzuciła jeszcze Rachel, zanim zamknęła drzwi.

Jedenaście kilometrów stąd stygło martwe ciało, mimo to Ben zajrzał jeszcze pod wiatę dla samochodów – a nuż dopisze mu szczęście? Szukał winiety parkingowej Uniwersytetu Kalifornijskiego, naklejki „JEDZENIE MIĘSA TO MORDERSTWO” na tylnym zderzaku – czegokolwiek, co świadczyłoby, że facet w mieszkaniu Rachel to uprzywilejowany mięczak. A podczas trwającej kwadrans jazdy do Mission Viejo, kiedy wyprzedzał poboczem ciąg tkwiących w korku samochodów, potrafił myśleć wyłącznie o miękkich dłoniach tamtego faceta dotykających skóry jego byłej żony, podczas gdy za ścianą spała jego córka.

Dom ofiary znajdował się na Mar Vista, niedaleko Alicia Parkway, w odległości siedemdziesięciu czterech kilometrów od autostrady numer pięć, jeśli wierzyć licznikowi. Na ulicy trwał istny karnawał: sąsiedzi tłoczyli się za żółtą taśmą policyjną, na jezdni parkowała połowa policji z Mission Viejo; niebieskie i czerwone koguty radiowozów rzucały na ziemię migotliwe kręgi. Gdy Ben przyjechał, Rafferty stał na ganku i wydawał polecenia jednemu z mundurowych. Była godzina siódma czterdzieści siedem; Ben odnotował ten fakt w żółtym notatniku leżącym na siedzeniu pasażera. Rafferty spostrzegł jego wóz i gestem przywołał Bena do siebie.

Wcześniej służył w Los Angeles jako detektyw w obyczajówce; posadę w Mission Viejo przyjął z tych samych powodów, dla których Ben przeniósł się do Rancho Santa Elena – bezpieczna okolica, świetne szkoły dla dwójki dzieci, minimalne zanieczyszczenie powietrza, korzystne dodatki socjalne, ubezpieczenie emerytalne, no i mniej pracy, dzięki czemu wieczorami mógł siedzieć z piwem w ręku i patrzeć, jak jego synowie pluskają się w przydomowym basenie. Mission Viejo stanowiło kolejną społeczność południowego hrabstwa Orange, zaplanowaną w taki sposób, aby urzeczywistnić niemożliwą idyllę – sztuczne jeziora w miejsce skał, trawniki tam, gdzie kiedyś była sucha ziemia, oraz cień, gdzie wcześniej prażyło słońce. Miasto rozwijało się niejako w opozycji do Los Angeles: było czyste, zorganizowane i nudne. Mieszkańcy Los Angeles nawykli do widoku miejsc zbrodni; mieli świadomość, że na świecie żyją źli ludzie, którzy robią złe rzeczy. Tutaj na twarzach napierających na policyjną taśmę sąsiadów malował się zgodnie wyraz zbiorowego szoku.

– Mamy zwłoki na podłodze w kuchni – oznajmił Rafferty. Pod wpływem adrenaliny jego głos był nienaturalnie wysoki. Położył rękę na ramieniu Bena; miał rozpaloną dłoń. – Cieszę się, że przyjechałeś.

Od czasu przeprowadzki na południe współpracowali przy kilku sprawach – rozpracowywali szajkę zajmującą się przerzutem nielegalnych imigrantów, której macki sięgały zarówno Mission Viejo, jak i Santa Elena; prowadzili dochodzenie dotyczące wyłudzania odszkodowań medycznych.

– Wydział zabójstw to nie obyczajówka, co? – zauważył Ben.

– Przynajmniej nie drze się na mnie żadna naćpana laska – odparł ponuro Rafferty.

Wchodząc do domu, Ben poczuł, że podnosi mu się ciśnienie. W środku było koszmarnie gorąco – ściany oddawały cały nagromadzony w ciągu dnia skwar. Hol zdobiły fotografie dzieci albo wnucząt: uwięzione za szkłem uśmiechnięte twarzyczki. W salonie panował nieskazitelny porządek: dywan został niedawno odkurzony, czasopisma ułożono w równą stertę na stoliku do kawy. Szklane figurki – niedźwiadki panda, krowy, miniaturowe jednorożce, mewa z rozpostartymi skrzydłami – połyskiwały w podświetlanej gablotce pod ścianą w głębi pokoju. Tani obraz olejny przedstawiający falę zabarwioną przez zachodzące słońce, kupiony najprawdopodobniej na wyprzedaży w jakimś centrum konferencyjnym, wisiał odrobinę krzywo. Dopiero na widok sceny w kuchni Ben zrozumiał, co go przechyliło.

Żółtą ścianę znaczyły czarne rysy; podeszwa jednego z butów ofiary pękła na wysokości palców. Kobieta musiała kopać w ściankę działową między salonem a kuchnią tak mocno, że wiszący z drugiej strony obraz niemal zleciał z haka. Nogi miała blade w świetle kuchennej lampy, sukienkę podciągniętą na uda. Tułów i twarz kryły się za wyspą kuchenną, na której leżały deska do krojenia, przekrojony na trzy części pomidor oraz nóż z ostrzem pokrytym resztkami pomidorowego miąższu. W okapie kuchennym terkotał wentylator, a na kuchence stał garnek z makaronem, którego zapach potęgował panującą w pomieszczeniu duchotę. Siatka moskitiery w przesuwnych drzwiach kuchennych została przecięta.

– Ktoś ich dotykał? – zapytał Rafferty’ego Ben.

– Nie – odparł tamten. – Policjant, który pierwszy zjawił się na miejscu, powiedział, że wyglądały tak jak teraz.

Ben domyślił się, że kobieta stała przy desce do krojenia, tyłem do drzwi. Szum wentylatora, bulgotanie gotującej się wody, tłumiąca kroki wykładzina na podłodze – wszystko to razem sprawiło, że nie miała szans usłyszeć intruza, który podkradł się do niej od tyłu.

– Niech i stąd zdejmą odciski palców – rzucił, wskazując na kuchenkę.

W pomieszczeniu czuć było czymś jeszcze. Okrążywszy wyspę kuchenną, Ben ujrzał pod ciałem ofiary połyskującą kałużę; pomarańczowe kwiaty na sukience były prawie czerwone w miejscu, gdzie tkanina nasiąkła moczem. Wiedział, że kobieta została uduszona, jeszcze zanim zobaczył sińce na szyi i krwawe zadrapania w kształcie półksiężyców po paznokciach napastnika, zanim zwrócił uwagę na otarcia na podbródku i odkrył siateczkę drobnych wybroczyn wokół oczu ofiary.

– Lekarz sądowy już jedzie? – spytał.

– Nie mamy żadnego. – Pokręcił głową Rafferty. – Sam muszę wszystko robić.

– Zalety mieszkania w raju, co?

– Daję radę – odparł tamten. – Nie chcę tylko niczego spieprzyć. Dlatego cię wezwałem. To chyba ten sam gość?

– Nie wyciągajmy pochopnych wniosków – stwierdził Ben.

W ostatnich miesiącach w Los Angeles i na północy hrabstwa Orange doszło do serii zabójstw, głównie uduszeń. Nikt jeszcze głośno nie powiedział, że w okolicy grasuje seryjny morderca, ale gliniarze szeptali między sobą o takiej możliwości. Zwłoki ostatniej ofiary znaleziono sześć dni wcześniej w Seal Beach, pięćdziesiąt sześć kilometrów stąd.

Ben przyklęknął obok ciała. Kobieta miała otwarte jedno oko, twardówka była cała czerwona od popękanych naczynek.

– Broniła się – mruknął. – Ze wszystkich sił.

Denatka miała około pięćdziesiątki – co najmniej. Była bosa. Na lewym udzie widniało czerwone oparzenie w miejscu, gdzie, jak domyślił się Ben, musiał chlapnąć wrzątek, w którym gotowała makaron. Chryste. Strzelaniny w Los Angeles nie robiły na nim wrażenia. Wynikały z pokręconego kodeksu etycznego gangów, stanowiły element porachunków, bezwzględnego świata, w którym obowiązywały twarde prawa, a młodzi to kupowali. Jednak żaden członek Cripsów ani Bloodsów, żaden Loco nie udusiłby nikogo gołymi rękoma. To było zbyt kłopotliwe, zbyt osobiste, zbyt brutalne. Żeby wycisnąć z kogoś życie, trzeba było odczuwać potworną wściekłość, być szaleńcem ogarniętym furią – ewentualnie trzeba to było lubić, czerpać przyjemność z siły własnych rąk.

– Kto ją znalazł?

– Odebraliśmy anonimowe zgłoszenie – odrzekł Rafferty.

– Morderca?

– Tak sądzę. Chyba nie wierzy w nasze możliwości.

– Patrzcie, co zrobiłem – mruknął Ben, przyglądając się sińcom na szyi kobiety.

– Co? – nie zrozumiał Refferty.

– Koleś chce mieć publiczność.

– Chory kutas.

– Zadzwoń do koronera hrabstwa Orange – polecił mu Ben. – Potrzebujemy wsparcia fachowca.

2

Natasha Betencourt była akurat w trakcie zajęć ze studentami. Temat: ważenie narządów. Wątroba: 1560 gramów. Płuca: 621 gramów. Serce: 315 gramów. To nieodmiennie zaskakiwało adeptów Uniwersytetu Kalifornijskiego: jak lekkie jest ludzkie serce. Kiedy przyszło wezwanie, kładła akurat nerkę (276 gramów) na wadze. Niektórzy studenci mieli wetknięte w nozdrza chusteczki higieniczne – kiepski pomysł, jak im powiedziała, bo wtedy czuje się na języku smak fetoru; zablokuj jeden zmysł, a inny zrekompensuje ci jego brak. Najlepszym rozwiązaniem była maść kamforowa, ale każdy radził sobie ze smrodem, jak umiał. Dwie osoby już zresztą wylądowały w toalecie: pierwsza przy otwieraniu klatki piersiowej, druga po wyjęciu płuc. To byli ci sentymentalni. Natasha miała do nich słabość; nadal widzieli w martwym ciele człowieka, nadal współczuli zwłokom. Podziwu godna postawa, ale zupełnie nie na miejscu i ostatecznie nieprzydatna w tym zawodzie. „Dusza wyfrunęła stąd dawno temu – lubiła powtarzać na sali sekcyjnej. – Zostały same tkanki i kości”.

– Detektyw Wade na linii – oznajmił Mendenhall, wsuwając głowę przez na wpół uchylone drzwi sali. – Potrzebują cię w Mission Viejo.

– Dokończysz za mnie?

Mendenhall, ekspert medycyny sądowej w stopniu porucznika, nigdy nie prowadził zajęć. Uważał niańczenie studentów Uniwersytetu Kalifornijskiego, a już na pewno objaśnianie im, jak posługiwać się piłą, za coś poniżej swojej godności, więc siłą rzeczy obowiązki te spadały na Natashę, jego zastępczynię. Wyznaczenie jej do prowadzenia zajęć było też jego sposobem na przypomnienie koleżance, że w biurze koronera nie ma miejsca dla kobiet – co nie przeszkadzało mu zrzucać na nią większości zadań. Jednak gorsza niż pogarda Mendenhalla dla nauczania była jego niechęć do pracy w terenie. Za dużo papraniny; Mendenhall wolał sterylne warunki, nie lubił brudzić sobie butów.

– Macie dziś wolne – obwieścił też zaraz studentom Natashy.

Dotarcie do Mission Viejo zajęło jej trzydzieści pięć minut. Po drodze paliła papierosy, żeby zabić odór sali sekcyjnej. Ciekawe: w laboratorium jej nie przeszkadzał, za to na zewnątrz – zdecydowanie tak; czuła, że ma nim przesycone włosy, nasiąknięte włókna ubrań. Oto podstawowy problem lekarza medycyny sądowej: jak zachować równowagę pomiędzy pracą a światem zewnętrznym. W biurze wszystko było jasne, tutaj – wręcz przeciwnie.

Schyliła się, przeszła pod rozciągniętą przed domem żółtą taśmą policyjną, przez przedpokój dostała się do kuchni i okrążywszy wyspę kuchenną, stanęła na miejscu zbrodni.

– Sądziłam, że tutaj takie rzeczy się nie zdarzają – zwróciła się do Bena, który kucając, zapisywał coś na żółtych kartkach notesu.

– Nie zdarzały się – odparł. – Aż do teraz.

Natasha odstawiła kuferek na podłogę i uklękła naprzeciwko Bena. Jedno z niebieskich oczu denatki patrzyło prosto na nią. Rozumiała, dlaczego Mendenhall nie lubi pracować w terenie. Sala sekcyjna to miejsce bezosobowe; czym innym jest klęczeć obok ciała na podłodze w kuchni ofiary. Ta kobieta jeszcze przed kilkoma minutami żyła, wciąż miała zaróżowione policzki. Życie to życie, a śmierć to śmierć. Najtrudniej było sobie poradzić, kiedy się z sobą stykały. „W łaskawości swojej przemień mrok śmierci w jutrzenkę nowego życia” – pomyślała. Od lat nie uczestniczyła w żadnej mszy, ale na miejscu zbrodni zawsze czuła się jak uczennica katolickiej szkoły.

– Uduszona – powiedział Ben.

– Widzę. – Otworzyła kuferek i włożyła rękawiczki. Wybroczyny. Łańcuszek sińców na szyi. – Jeździłeś konno?

– Skąd wiesz?

– Czuć cię koniem.

Złamana kość gnykowa. Zmiażdżona krtań.

– Potrzebujesz czegoś, skarbie?

Natasha odwróciła się do detektywa, który stanął nad nią. Przy jego skórzanym pasku wisiał identyfikator, twarz wyrażała protekcjonalność.

– Owszem, k o t k u – odparła. Miejsca zbrodni stanowiły z reguły domenę facetów; tu królowało machismo i gęsto było od testosteronu. – Ty i cała reszta palantów macie się wynieść z mojego poletka.

Ben wbił wzrok w podłogę i uśmiechnął się. Detektyw bez słowa wyniósł się z kuchni. Gliniarze. Mali chłopcy w mundurach.

– Jak Emma? – zapytała. Przed tygodniem jadła hamburgery z nią i z Benem – na jego zaproszenie – lecz od tamtej pory do niej nie zadzwonił. Co było do przewidzenia.

– Jak to nastolatka. – Wzruszył ramionami.

– Aha, nie jesteś już jej rycerzem na białym koniu.

Ben rzucił Natashy pełne ironii spojrzenie i wrócił do oględzin.

– Wygląda na to, że została uduszona gołymi rękoma – zauważył, wskazując na szyję kobiety. – Brak śladów zadzierzgnięcia.

– Serio? – mruknęła Natasha. – Rób swoje, Ben, i daj mi pracować.

– Okej. – Ben klepnął się po udach i wstał.

– Jeszcze jedno – powstrzymała go Natasha. – Jak ona się nazywa?

– Moment. Mam to gdzieś zapisane.

Zaczął przerzucać kartki notesu, Natasha zaś oparła się na łokciach i z dyktafonem w dłoni dokonała z bliska oględzin szyi kobiety. Ofiara straciła przytomność raczej szybko, ale morderca musiał wpatrywać się w jej twarz – ładną, spokojną – przez dobre dwie, trzy minuty, miażdżąc tchawicę, odcinając dłońmi dopływ powietrza, dopóki mózg się nie wyłączył.

– Emily – odezwał się w końcu Ben. – Emily Thomas.

– No dobrze, Emily – powiedziała cicho Natasha, tak cicho, że tylko Emily mogła ją usłyszeć. „Kardynalny błąd – powtarzała studentom. – Nie traktujcie ciała jak żywego człowieka”. Jednak na miejscu zbrodni wszystko było inaczej, w powietrzu wyczuwało się inną energię. – Pokaż mi, co ci zrobił.

W ciągu trzydziestu pięciu minut, kiedy czekali na przyjazd Natashy, Ben zbadał dokładnie zniszczoną siatkę w drzwiach: czyste cięcie, wykonane narzędziem podobnym do skalpela, najprawdopodobniej nożem z ostrzem żyletkowym. Chromowane przybory kuchenne lśniły w blasku reflektorów szynowych, lecz na żadnym nie widać było – przynajmniej gołym okiem – odcisków palców intruza. Ben przysunął nos do szyi ofiary, ciekaw, czy wyczuje charakterystyczny zapach. Był tam, a jakże: woń nafty i zasypki dla niemowląt. Morderca nosił lateksowe rękawiczki. Wcześniej Ben posłał mundurowego, żeby przesłuchał sąsiadów, wypytał, czy nie zauważyli czegoś niecodziennego: zaparkowanego na ulicy samochodu, człowieka przechodzącego przez ogrodzenie czy przemykającego za żywopłotem. Żadnych rezultatów.

Natasha na klęczkach fotografowała zwłoki; jasny rozbłysk flesza, potem obraz znów się wyostrzał. Młodszy detektyw skończył zbierać odciski palców z kuchenki, więc Ben mógł wreszcie wyłączyć wyciąg; nie słyszał własnych myśli.

– Złamana kość gnykowa – powiedziała do dyktafonu Natasha. A potem zaczęła szeptać, ale nie do urządzenia, raczej jakby powierzała zmarłej jakieś sekrety. Widywał ją już w takim stanie – kiedy w przydomowym basenie utonął chłopiec, kiedy pod pociąg wpadła kobieta. Niewiele brakowało, a zapytałby ją o to, kiedy wybrali się razem na drinka, ale ostatecznie się rozmyślił. Jeszcze jeden błysk flesza, uwydatniający wszystkie szczegóły, po czym kolory i kształty znowu wróciły do normy. – Nie żyje od godziny, góra półtorej.

– Co ją ugryzło? – spytał Rafferty.

– Natashę? – uśmiechnął się Ben. – Nie lubi, jak się do niej zwracać „skarbie”.

– Suka.

Ben lekko się najeżył.

– A może mógłbyś po prostu nazywać ją doktor Betencourt, co, Jonas?

Rafferty podzielił dom na sektory. W każdym z nich policjanci szukali obecnie dowodów. Wewnątrz nadal było koszmarnie duszno i gorąco; w powietrzu wisiały opary rozgotowanego makaronu, woń cebuli i odór śmierci. Wszelka odporność Bena, jaką w sobie wykształcił, zniknęła, odkąd ostatni raz miał okazję przebywać na miejscu zbrodni. Oglądanie trupów to nie jazda na rowerze. Przez jakiś czas obserwował Natashę, rozciągniętą na kuchennej podłodze obok denatki – znowu błysnął flesz – po czym wyszedł przed dom zaczerpnąć trochę świeżego powietrza.

Na ulicy odbywał się istny cyrk. Dziennikarze napierali na żółtą taśmę policyjną, dzieciaki na rowerach gapiły się zafascynowane, jakaś sąsiadka płakała. W przerwie między dwoma domami, pod przepaloną uliczną latarnią, Ben zauważył parę z golden retrieverem na smyczy, spacerującą chodnikiem, który biegł na tyłach domu ofiary.

– Chryste – mruknął. – Ci podmiejscy gliniarze. – Przeciął trawnik od frontu, wszedł do środka i zastał Rafferty’ego nachylonego nad technikiem, który zdejmował odciski palców z uszkodzonych drzwi kuchennych.

– Raff – zwrócił się do niego. – Trzeba odgrodzić teren za domem.

Rafferty głośno przekazał polecenie dwóm mundurowym, Ben zaś przecisnął się przez otwór w przeciętej moskitierze i z latarką w ręku podążył po wydeptanej trawie do znajdującego się na skraju podwórka kaktusowego ogródka. Odkrył tam ślady podeszew butów, vansów noszonych przez amatorów jazdy na deskorolce – rozpoznał je po odciśniętym w jasnym podłożu charakterystycznym sześciokątnym wzorze. Rozmiar osiem albo dziewięć, stwierdził. Przywołał do siebie mundurowego, który rozciągał żółtą taśmę, odgradzając podwórko za domem od pasa zieleni.

– Idź do środka – polecił mu – i powiedz Rafferty’emu, żeby przysłał tu kogoś do zrobienia zdjęć.

Sam wyszedł na biegnący przez pas zieleni chodnik i stanął pod przepaloną latarnią, wśród szarpanych wiatrem eukaliptusów. Z wyjątkiem tego jednego, konkretnego miejsca, co trzydzieści metrów wzdłuż chodnika świeciła jasno latarnia. Dom z lewej strony miał wysokie na metr osiemdziesiąt ogrodzenie zamknięte furtką. Dom z prawej otaczały trzymetrowe jałowce, całkowicie oddzielające go od sąsiedniego podwórka. Nietrudno zrozumieć, dlaczego morderca wybrał akurat ten budynek, zasłonięty przed wzrokiem sąsiadów; jedyne miejsce, z którego można było zajrzeć do środka, znajdowało się właśnie tutaj. Ben stał w ciemności, patrząc na dom pełen przeczesujących parterowe pomieszczenia ludzi. Dostrzegł Natashę, która klęcząc, fotografowała zwłoki. Sączące się przez ramy okienne ciepłe światło było niczym zaproszenie.

Przed północą Natasha udała się wraz z ciałem Emily do zakładu medycyny sądowej hrabstwa Orange. Ben zostawił dalsze oględziny miejsca zbrodni Rafferty’emu i pięćdziesiąt dwie minuty po północy był już z powrotem na posterunku w Santa Elena. Pełniący nocny dyżur policjanci zwozili na dołek pijaków: prawników, biznesmenów, a także grożącego pozwem wiceprezesa banku Security Pacific. Ben sporządził raport i zostawił go na biurku porucznika Hernandeza. Chociaż sprawę prowadził Rafferty – Mission Viejo leżało poza ich jurysdykcją – Ben wolał przestrzegać procedur. Lubił mieć porządek w papierach. Każdy leniwy albo nieuczciwy glina, jakiego znał, wybierał drogę na skróty, robił użytek z kruczków prawnych, wykorzystywał słabszych. „Przestrzegaj zasad – powtarzał Emmie – a będziesz dobrym człowiekiem”.

O pierwszej czterdzieści dwie opuścił posterunek i przejechał półtora kilometra dzielące go od segmentu Rachel, gdzie zatrzymał radiowóz na osiedlowym parkingu i stał, grzejąc silnik. Szum z autostrady Santa Ana pobrzmiewał głucho, jakby niósł się aż z Los Angeles albo i dalej. Jeżeli morderca dojechał autostradą do Mission Viejo, musiał po drodze minąć zjazd prowadzący prosto do tego segmentu. Ben zauważył, że okno kuchenne jest szeroko otwarte. Wiedział, że Rachel lubi zostawiać przeszklone drzwi na tyłach odsunięte, żeby bryza znad oceanu schładzała mieszkanie. Właśnie dlatego się tutaj przeprowadzili: bo okolica była bezpieczna i nikt nie musiał zamykać drzwi na klucz. Do diabła, można je było zostawiać otwarte na oścież!

W oknie Rachel błyskało niebieskie światło i Ben domyślił się, że zasnęła przy włączonym telewizorze. Poczuł nagły przypływ satysfakcji: profesorek jednak nie został na noc. Gdyby między nimi wszystko było w porządku, Ben wśliznąłby się do środka i zastał Rachel przyciskającą do piersi dwie poduszki. Wyłączyłby telewizor, wsunął się do łóżka obok niej w cudownej ciszy wczesnego poranka i oddychał tym samym powietrzem co dwie istoty, które się dla niego liczyły.

Przeprowadzka tutaj miała uratować ich związek. Tym, co przeważyło szalę i kazało im spakować cały dobytek, zostawić mieszkanie w Marina del Rey, a następnie przejechać sześćdziesiąt jeden kilometrów na południe wynajętym wozem meblowym, była strzelanina. Emma miała wtedy dziewięć lat, a pół roku wcześniej, we wschodnim Hollywood, Ben oberwał w lewe ramię od dwunastoletniego kandydata na członka gangu, którego starszy brat – szycha w szeregach La Mirada Locos – zmusił w ramach inicjacji do przelania krwi. Zastrzelisz gliniarza, to cię przyjmiemy; nie zastrzelisz, radź sobie sam, nie będziemy cię chronić. Takich wyborów musiały dokonywać dzieciaki w najgorszych dzielnicach Los Angeles. Ben nawet gówniarza nie widział; usłyszał strzał, poczuł pieczenie w ramieniu i tyle – kula wpadła przez otwarte okno jego nieoznakowanego forda. Krwi było od cholery, zachlapała podłokietnik i kierownicę. Ben zgłosił postrzał, ale wolał nie czekać, aż się wykrwawi na śmierć. Wcisnął gaz do dechy, pognał do szpitala świętego Wincentego i wszedł do środka o własnych siłach, chociaż prawie zemdlał, zanim pielęgniarki zorganizowały dla niego wózek.

Później, podczas przesłuchania w sądzie, dzieciak przepraszał go, ubrany w za duży garnitur, który wisiał na jego niedożywionym ciele. Z boku szyi miał tatuaż zrobiony chałupniczo igłą do szycia. Nawet się jeszcze nie golił, głos miał po dziecięcemu wysoki, a już upomniała się o niego ulica. Trafił do poprawczaka, potem pod opiekę dziadków. Dwa tygodnie później znaleziono go leżącego twarzą w dół na opuszczonej działce, zabitego strzałem w tył głowy przez własnego kuzyna; nad jego zwłokami kołysała się w pełnym smogu powietrzu rachityczna palma. Dla Bena okazało się to ostatnią kroplą, która przelała czarę goryczy: jak, do cholery, można sobie poradzić z czymś takim? Jasne, prowadził zwyczajowe dochodzenia – strzelaniny z jadących samochodów, porachunki handlarzy narkotyków – ale próbował także pracować z dzieciakami, pokazywać im, że może być inaczej. W swojej naiwności sądził, że zdoła zaprowadzić w ich życiu jakiś ład i porządek. Jednak co można zrobić, kiedy lojalność wobec gangu prowadzi do bratobójstwa? W tej kulturze było coś permanentnie zepsutego.

W owym czasie nie przyznał się Rachel, że postrzelił go dwunastolatek. Co miałby jej powiedzieć? Że niewiele brakowało, a dzieciak przed mutacją posłałby go do piachu? Chryste, sam był dostatecznie poruszony i wyobrażał sobie, jak bardzo by to nią wstrząsnęło. Nie potrzebowała wiedzieć nic więcej poza tym, że Ben ma dziurę w ramieniu. Musieli się wynieść z Los Angeles. Rachel była tam zbyt nieszczęśliwa, zbyt zdezorientowana. Nie mogła dłużej tego znieść – ciągłego niepokoju, męczącej pracy nauczycielki w niedofinansowanej szkole średniej w północnym Hollywood. Z początku ta posada wydawała się czymś w rodzaju chwalebnej misji w kraju trzeciego świata, lecz bardzo szybko zmieniła się w wyczerpującą, frustrującą mordęgę. Los Angeles ich wykończyło – Rachel, usiłującą ocalić dzieci poprzez edukację, i Bena, próbującego je ratować za pomocą przepisów prawa – a najbardziej ucierpiało na tym ich małżeństwo. O edukacyjnych szansach Emmy lepiej nie wspominać. Szkoła publiczna? W tym mieście? Wykluczone. Mieli córkę, którą trzeba było wychować, i Rachel nie zamierzała robić tego sama, zresztą Ben nigdy nie próbowałby jej do tego nakłaniać. Jego żona marzyła o powrocie w rodzinne strony, do Santa Elena, gdzie oboje dorastali i gdzie rzeczywistość przynajmniej na pierwszy rzut oka nie wymykała się spod kontroli.

Szef posterunku policji w Santa Elena, porucznik Ramon Hernandez, zwykł wędkować z nieżyjącym już ojcem Bena i akurat szukał nowych podwładnych. Ben odbył rozmowę kwalifikacyjną i po dwóch tygodniach otrzymał propozycję pracy. Rachel znalazła dobrą posadę w liceum w sąsiednim miasteczku El Toro i wyglądało na to, że sprawy zaczynają się wreszcie układać. Niemal pięć lat później wciąż tutaj mieszkali, w tym cudownym przeciwieństwie Los Angeles, tyle że wszystko poszło w diabły.

Czasami zdarzało mu się myśleć, że gdyby nadal służył w policji Los Angeles, on i Rachel byliby teraz razem. Za dnia łączyłby ich wspólny lęk, a wieczorami wspólnie odczuwana ulga na myśl, że nikt jednak nie wpakował mu w pierś pocisku grzybkującego. W Santa Elena było im za dobrze; człowiek zbyt łatwo ulegał nudzie, dawał się wciągnąć w spiralę samozadowolenia. Zaczynał wierzyć, że zasługuje na więcej, niż już ma, na to samo, co ma jego sąsiad – który zawsze miał więcej – a gdy już tak myślał, dopadał go wewnętrzny niepokój, doskwierające na co dzień rozczarowanie. Może właśnie to im się przydarzyło, kiedy tu zamieszkali: kiedy doświadczy się w życiu złego, pragnie się zaznać dobrego, w jakiejkolwiek formie. A gdy się zazna dobrego, celem staje się lepsze.

Okno Emmy było ciemne, rozjaśnione jedynie sznurem białych lampek choinkowych, który przez okrągły rok zwisał z jej sufitu. Ben wysiadł z samochodu i przeszedł po zwilżonej zraszaczem trawie na tyły segmentu. Tak jak podejrzewał, przeszklone drzwi były otwarte; od wnętrza mieszkania dzieliła go tylko moskitiera. Pociągnął za plastikową rączkę, ale zamek był zablokowany. W kieszeni kurtki znalazł scyzoryk, podważył zatrzask i odsunął moskitierę. Zamki zatrzaskowe są do niczego, można je wyważyć spinaczem do papieru. Jedyne, co ma sens, to zasuwy. Przez chwilę stał w ciemności, nasłuchując, czy Rachel poruszy się na piętrze. Cisza. Zbyt łatwo dostał się do środka; morderca potrzebowałby trzydziestu sekund, żeby się znaleźć w salonie. Zasunął moskitierę i przeszklone drzwi, blokując oba zamki. Obszedł pokój dookoła, omijając skrzypiące klepki podłogi – bywał tu dość często, aby wiedzieć, gdzie się znajdują – po czym zasunął i zamknął kuchenne okno. Obok telefonu leżał notes, Ben zostawił Rachel wiadomość.

„Wkurzysz się – napisał – ale później wszystko Ci wyjaśnię”.

Sprawdził ekspres do kawy. Timer nie był nastawiony, w filtrze brakowało ziaren. Ben zawsze dbał o to, aby codziennie o piątej trzydzieści rano czekał na nich dzbanek gotowego aromatycznego napoju. W kuchennej szafce znalazł puszkę z kawą i nasypał do filtra kilka łyżeczek. Nastawił timer, wcisnął „start” i oparł swój liścik o pusty kubek.

Korytarzem dostał się do holu, gdzie stanął, zadarł głowę i zagapił się na blade światło, sączące się przez uchylone drzwi sypialni Emmy. Chciał wejść na górę, ucałować córkę, wsunąć się do łóżka obok Rachel. Chciał cofnąć ostatnie pięć lat ich wspólnego życia, wyłuskać sytuacje, kiedy nawalił, i wszystko naprawić. Niestety, ze wszystkich bezużytecznych myśli na świecie ta była najbardziej bezużyteczna. Jedyne, co mu pozostawało, to przeprosić i liczyć na zrozumienie.

Uchylił drzwi frontowe na kilka milimetrów, przekręcił gałkę – cholera, naprawdę potrzebna im jest porządna zasuwa – i wyszedł w noc, zamykając za sobą drzwi i dwukrotnie sprawdzając, czy zatrzask jest zablokowany.

Po tym, jak karetka dostarczyła ciało do zakładu medycyny sądowej, Natasha została sama na sali sekcyjnej. Zwłoki spoczywały na wózku ze stali nierdzewnej, przykryte od stóp do głów błękitnym prześcieradłem. Znalazła wolny identyfikator, zapisała na nim imię kobiety – Emily – i przywiązała go do dużego palca jej prawej stopy. Paznokcie u nóg denatki pokrywał zielononiebieski, poodpryskiwany lakier.

Lubiła taką ciszę i spokój, zwłaszcza po odwiedzinach na miejscu zbrodni. Tam ciało wydawało jej się zbrukane – wokół kręciło się tylu ludzi, stali nad zwłokami, powodowali chaos. Tutaj, na sali sekcyjnej, śnieżnobiałe kafelki stanowiły odpowiednio poważne tło dla pozbawionego poszanowania aktu, jakim było otwarcie ciała. Tutaj Natasha miała jasno określone zadanie: ustalić przyczynę śmierci. Nie: kto tę śmierć spowodował? Ani: dlaczego zabił? Po prostu: co się wydarzyło? Proste i obiektywne podejście. Zupełnie jak podlegające ścisłym regułom zagadki, w które jako dziecko bawiła się z ojcem, immunologiem. „Skoro ta komórka zabija tę bakterię – pytał na przykład – dlaczego nie zabija tej drugiej?”

Nie można było przeprowadzić autopsji, dopóki nie ustaliło się tożsamości najbliższych krewnych ofiary, który to obowiązek spoczywał na śledczych. Natasha mogła jednak już teraz umyć ciało, zwrócić mu godność poprzez oczyszczenie. Przesunęła wózek po podłodze w pobliże zlewu, zmoczyła myjkę, uniosła prześcieradło i wcisnęła myjkę między palce u nóg Emily. Przetarła sklepienie prawej stopy, potem lewej. Następnie przesunęła ją w górę obu łydek, zmywając ślady upokorzenia, jakie dla kobiety stanowiła utrata panowania nad zwieraczami. W tkance tłuszczowej na udach tworzyły się już fioletowe plamy opadowe.

Natasha nie mogła nic na to poradzić: ciała brutalnie zamordowanych kobiet zawsze ją poruszały. Co innego mężczyźni, zastrzeleni czy ugodzeni nożem, ofiary przedawkowania – z nimi nie miała problemu; w większości przypadków ginęli na skutek szemranych interesów, w jakie sami się uwikłali. Z kobietami było inaczej. One najczęściej ginęły z rąk mężczyzn, którzy wdali się w szemrane interesy. Upominała się w duchu, że śmierć to śmierć, tak samo nieodwołalna bez względu na płeć, ale poprzedzające ją chwile różniły się, jeśli chodzi o skalę przerażenia, i Natasha nie potrafiła się zmusić, aby na to nie reagować.

Pochyliła się nad ciałem Emily, zmywając z niego całodzienny pot, po czym odłożyła zużytą myjkę i świeżą wymyła kobiecie genitalia.

Przypomniała jej się noc w Signal Hill; tamto wydarzenie wracało do niej czasami, gdy była sam na sam z ciałem innej kobiety. „Chodźmy obejrzeć wyścigi łodzi podwodnych” – zaproponował chłopak, przytulając się do niej w bramie. Wcześniej była na imprezie zorganizowanej przez bractwo studenckie. Głupia dziewiętnastolatka. Sama nie została zaprzysiężona, ale jej ówczesna współlokatorka, Kris, już tak. Impreza należała do tych tanich: baryłka piwa w ogródku, kartony z winem i chłopcy, większość gładko ogolona i pijana. Tego konkretnego chłopaka znała już wcześniej – tego z plastikowym kubkiem piwa w ręku, o niebieskich oczach i z szerokim uśmiechem. Chodzili razem na zajęcia z psychologii; Natasha najpierw obserwowała go z daleka, a potem flirtowała z nim przy kawie na dziedzińcu uniwersyteckim. Wyścigi łodzi podwodnych? Żart był tak specyficzny, że jego znaczenie jej umknęło. Sama też była trochę pijana, podobało jej się to uczucie rozluźnienia mięśni, nagły odpływ nieśmiałości, spojrzenie utkwionych w niej niebieskich oczu chłopaka. „Pewnie” – odpowiedziała ze śmiechem.

Chłopak – w istocie dwudziestoletni mężczyzna, student drugiego roku – zatrzymał samochód, bajeranckiego chevroleta camaro, na krawędzi urwiska. Pomarańczowe światła portu w Long Beach migotały pod nimi niczym okruchy szkła, z tyłu dobiegał warkot pracujących wież wiertniczych. Z boku wzniesienia, niecałe trzydzieści metrów od nich, parkował jeszcze jeden samochód; Natasha pamiętała, że za przyciemnianą szybą żarzył się czubek zapalonego papierosa. A kiedy chłopak zaczął na nią napierać, powiedziała „nie” – przynajmniej tak jej się wydawało. Gdy włożył jej ręce pod bluzkę, znów zaprotestowała, on jednak był pijany i działał bardzo szybko. Przycisnął ją do drzwiczek – pod plecami czuła klamkę – a że miał metr dziewięćdziesiąt pięć wzrostu – coś, co w nim podziwiała na równi z długimi kończynami i szerokimi plecami – wkrótce było po wszystkim. Na koniec pocałował ją czule w szyję, jakby to, co się stało, miało dla niego olbrzymie znaczenie. Jego namiętność i ta spóźniona czułość sprawiły, że Natasha poczuła zamęt w głowie.

Obmyła piersi denatki, ścierając zaschnięty pot, po czym zajęła się szyją, na której zacisnęły się dłonie dusiciela, i wilgotną myjką przetarła półksiężycowate zagłębienia w skórze poniżej przełyku.

Rzadko wracała myślami do tamtej nocy; wspomnienia jej nie prześladowały, po prostu napływały od czasu do czasu, kiedy jakaś kobieta została zgwałcona, uduszona. Wyścigi łodzi podwodnych. Natasha była pijana, a on wyraził się niejasno, szyfrem, którym – jak to potem odkryła – porozumiewały się między sobą inne dziewczęta. Tydzień później umówiła się z nim na randkę; chłopak posłużył się fałszywką dowodu, żeby kupić butelkę wina we włoskim sklepiku udekorowanym białymi bożonarodzeniowymi lampkami. Natasha pozwoliła mu się nawet pocałować przed drzwiami pokoju w akademiku. Pozwoliła mu objąć palcami swoją lewą pierś, chociaż w środku wszystko aż się w niej skręcało. Po dwóch dniach zadzwonił, a ona powiedziała mu, że jest miły, ale w tej chwili nie ma ochoty się z nikim spotykać. W jego głosie usłyszała rozczarowanie, gdy odparł: „A ja myślałem…” i dodał: „O co ci, do diabła, chodzi?”. Nie była dziewicą, oboje za dużo wypili, chłopak był w zasadzie w porządku, a mimo to go zostawiła, poświęcając cały czas na naukę. Do końca roku dojechała na samych szóstkach, jak nigdy dotąd; w nagrodę za znakomite wyniki rodzice zabrali ją na homara do restauracji Nieuport 17. „Jesteśmy z ciebie tacy dumni – powiedział ojciec. – Wiedziałem, że cię na to stać”.

Odsunęła prześcieradło, odsłaniając twarz zmarłej, twarz Emily. Zmyła jej z ust zaschnięte wymiociny, a potem umyła także włosy, rozczesujące splątane kosmyki palcami w lateksowych rękawiczkach.

– Nie zrobiłaś nic złego – zwróciła się do niej, wygładzając mokre włosy na blacie ze stali nierdzewnej. – Nie zasłużyłaś na to.

Dochodziła trzecia nad ranem, kawa już dawno przestała działać i Natasha mogłaby postawić siebie studentom za wzór tego, jak nie należy postępować. „Nie przywiązujcie się; zachowajcie swoje uczucia dla świata żywych. Wyraźną granicą odgrodźcie pracę od domu. Nie pozwólcie, aby jakaś uprawiająca aerobik menedżerka ukradła wam męża”. Jej własny mąż powiedział kiedyś: „Ciarki mnie przechodzą na myśl, że spędzasz tyle czasu z umarlakami. Zupełnie jakbyś przyprowadzała ich ze sobą do domu”.

Naciągnęła prześcieradło na twarz Emily i znów miała przed sobą jedynie ciało. Jeszcze raz przyjrzała się szyi zmarłej i coś zwróciło jej uwagę. Odszukała miarkę i zmierzyła rozstaw śladów po wbitych w skórę paznokciach. Jeden krwawy półksiężyc od drugiego dzieliły dokładnie 172 milimetry. Odłożyła na bok miarkę i rozpostarła dłoń nad szyją ofiary; cienie rzucane przez jej palce padały dokładnie na pozostawione przez mordercę ślady.

Ściągnęła rękawiczki i podeszła do stojącego na biurku telefonu.

– Tu Wade – odezwał się po kilku sygnałach Ben.

– Spałeś? – spytała.

– Żartujesz?

– Jesteś na farmie?

– Na posterunku źle mi się myślało.

– Powinieneś przyjechać tutaj – rzuciła. – Jest cicho jak w grobie.

Zachichotał, ale domyśliła się, że ta noc i jemu solidnie dała w kość; czasami czarny humor zwyczajnie się nie sprawdzał, choćby nie wiadomo jak się próbowało.

– Małe dłonie – powiedziała.

– Co?

– Ktokolwiek zabił tę kobietę, ma małe dłonie – wyjaśniła. – Nie większe od moich.

– Inna kobieta?

– To już twoje zadanie, żeby to ustalić – odparła Natasha. – Ale rozmiar dłoni ma kobiecy.

Ben rozłączył się i wybrał numer Rafferty’ego, żeby przekazać mu, czego dowiedział się od Natashy na temat dłoni mordercy. Na posterunku włączyła się automatyczna sekretarka. Pewnie Rafferty był już w domu i spał smacznie u boku żony. Należał do tej nielicznej grupy gliniarzy, którzy wciąż byli żonaci, co nie przeszkadzało mu korzystać z życia, gdy pracował jeszcze w obyczajówce w Los Angeles. Delia, jego żona, o wszystkim się dowiedziała, co spowodowało przeprowadzkę na południe, choć Ben dobrze wiedział, że gdy mężczyzna raz zapragnął anonimowego seksu, pragnienia tego nie zaspokoją czyste ulice, ładne parki czy wieczory spędzane z dziećmi w przydomowym basenie. Nuda takiego życia może jedynie podsycić impuls. Zostawił Rafferty’emu wiadomość z prośbą, żeby oddzwonił do niego rano, i włączył skaner radiowy.

Wkrótce po przenosinach z Los Angeles Ben urządził sobie gabinet w jednym z nieużywanych boksów stajni. Biurko, skaner częstotliwości, przenośny radiomagnetofon i mysie gniazdo w kącie za starym, pustym korytem. Na ścianie umocował szafkę z zamkiem szyfrowym, w której przechowywał służbową czterdziestkę, oczywiście bez nabojów. Była tam także jego strzelba i browning ojca z zamkiem czterotaktowym, wszystkie trzy sztuki bezpiecznie zamknięte. Nie lubił przynosić pracy do domu, zwłaszcza tego, co wiązało się z jej mrocznymi aspektami – broni, kajdanek, drastycznych zdjęć; wolał, aby jego żona i córka żyły złudzeniami, że nic złego się nie dzieje. Na takiej iluzji zbudowane było każde szczęśliwe dzieciństwo. W tym świecie, chcąc być szczęśliwym, trzeba było pewne rzeczy ignorować.

Tej nocy w eterze hrabstwa Los Angeles działo się to samo co zwykle – we wschodnim Los Angeles na Whittier Boulevard oddano strzały z przejeżdżającego samochodu; w Las Palmas trwał napad na stację benzynową, według dyspozytora obaj podejrzani byli „czarnoskórzy i niskiego wzrostu”; pijany kierowca ferrari został zatrzymany w zachodnim Hollywood – jakaś „ważna persona”, jak oznajmił z uciechą przez radio funkcjonariusz. Oczywiście aktor.

Ben zostawił drzwi do stajni otwarte; pod skośny dach wpadało suche powietrze. Patrzył na pochylające się w porywach wiatru eukaliptusy; według prognozy pogody dziś w nocy jego prędkość miała dochodzić do dziewięćdziesięciu pięciu, miejscami stu dziesięciu kilometrów na godzinę – istny huragan. Drewniana konstrukcja budynku trzeszczała, suche podmuchy wdzierały się do środka przez szczeliny między deskami.

Na ścianie wisiała mapa topograficzna okolicy, od Oxnard aż po Oceanside – schodząca tarasowo ku plaży niecka terenu oraz skupiska miasteczek, które przypominały osuwiska schodzące w dół wąwozami z gór San Gabriel. Ben odszukał Mission Viejo i ołówkiem zaznaczył ulicę: Mar Vista 1431, tuż przy autostradzie numer pięć.

Skaner radiowy ucichł i pomieszczenie wypełnił szum zakłóceń. Ben przełączył się na częstotliwość hrabstwa Orange. Odsunął leżącą na biurku teczkę, która zawierała zdjęcia z obserwacji podejrzanego o handel kokainą w Santa Elena. Gość był dealerem samochodów kempingowych, firmę odziedziczył w latach siedemdziesiątych po swoim ojcu. Trójka dzieci i żona – bardzo szczupła, młoda, jeżdżąca mercedesem – która według jednego ze śledczych często na siłowni krwawiła z nosa. Ben miał swojego informatora, wystraszonego kierownika agencji reklamowej zatrzymanego w toalecie lokalu sieci Bennigan’s nieopodal lotniska za posiadanie narkotyków. Układ był prosty: „Powiedz, od kogo kupujesz, to nie postawimy ci zarzutów”. Ben odwiedził faceta w jego salonie Traveland, śledził go, jak wchodzi i wychodzi z różnych restauracji, lecz jak dotąd nie miał żadnych podstaw do wystawienia nakazu aresztowania. Prawdę mówiąc, mógł to zignorować: pozwolić gościowi dalej wciągać kokę i sprzedawać ją do wciągania swoim kumplom. Nikt tu nie walczył o wpływy i udziały w rynku, o terytorium; nikt nie terroryzował mieszkańców, aby zbudować narkotykowe imperium. Chodziło o znudzonych bogaczy, którzy lubili fundować sobie odlot. Uprzejmych przestępców, których Santa Elena mogło tolerować.

Skaner zaskrzeczał: w autobusie linii 54 w Orange jakaś kobieta groziła, że zastrzeli kierowcę, bo ten nie zatrzymał się na jej przystanku.

Kolejna porcja zakłóceń, elektrycznych trzasków na łączach.

Ben przesunął palec wskazujący w górę autostrady Santa Ana, przez rozjazd, wzdłuż drogi numer 405, aż do Seal Beach, gdzie znaleziono ostatnią ofiarę seryjnego mordercy.

Meldunek z Fullerton. Kod 242. Bójka na imprezie studenckiej.

Gwałtowny podmuch wiatru zatrząsł krokwiami stajni i Annie Oakley – klacz Rachel – kopnęła w drewnianą ściankę sąsiedniego boksu.

– Ciii – uspokoił ją Ben. – Wszystko gra, mała. To tylko wiatr.

Wrócił palcem na czterysta piątkę i przesunął nim wzdłuż autostrady, mijając smrodliwe, przemysłowe Carson oraz Compton, ognisko toczonej współcześnie wojny domowej. Morderstwo wydawało się czymś takim jak grom z jasnego nieba, zakłócało ustalony porządek rzeczy. Ale tak naprawdę człowiek po prostu przyzwyczajał się do zabójstw. W większości przypadków rządziła nimi pokręcona logika: jakiś handlarz narkotyków nastąpił na odcisk konkurencji, ktoś mścił się na kimś za kradzież pieniędzy, mężowi odbijało po tym, jak nakrył żonę z kochankiem. Na tym tle seryjny morderca stanowił jednak pewne novum: zabijał wyłącznie po to, żeby zabijać. Kiedy się pojawiał, było tak, jakby w niebie otwarła się wielka dziura i uleciał przez nią cały tlen.

Ben przejechał palcem na południe i dalej, sto dziesiątką w stronę przystani, dopóki nie natrafił na osiedle Palos Verdes. Trzecia ofiara mieszkała właśnie tam, w domu oddalonym o kilka przecznic od autostrady. Zaznaczył go już zresztą wcześniej czerwoną pinezką.

Skaner znowu zachrypiał. Kod 503. Skradziony pojazd w Huntington Beach.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Milczący świadek 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer