Wietrzne katedry. Tom 1

Wietrzne katedry. Tom 1

Autorzy: Alice R. Reystone

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 29.01 zł

Kiedy natura obróciła się przeciwko człowiekowi, a całej cywilizacji groził upadek, nieoczekiwanie pojawiły się elfy. Zaoferowały ludziom przyjaźń i pomoc w zamian za możliwość osiedlenia. Wspólnie odbudowali świat ze zgliszcz. Jednak radość trwała krótko. Straszliwa zaraza doprowadziła do wymarcia wszystkich elfów...

Richard jest outsiderem, wolnym strzelcem, fotografem, dziennikarzem... Właściwie mógłby stać się każdym, byle tylko pozbyć się wyniszczającego bólu, przerażających halucynacji, wymazać swoją kartotekę, zacząć życie od nowa. Niespodziewanie trafia się ku temu okazja. Dostaje zlecenie od niezwykłej i potężnej Evangeline. Otrzyma to, czego pragnie, jeśli odnajdzie dla niej cztery klepsydry. Początkowo zadanie wydaje się banalne, jednak gdy trop prowadzi do Sleepy Graves, niezwykłego kolekcjonera i tajemniczego klasztoru, staje się jasne, że to dopiero początek największej przygody jego życia...

Alice Rosalie Reystone jest lekarką zawodowo udzielającą się we własnej przychodni dla zwierząt. Stan posiadania: jedno dziecko i czterech kocich terrorystów. Naturę kotów zgłębiła w stopniu doskonałym, dzieci do tej pory zrozumieć nie może, choć prace nad tym trwają. Wolne chwile poświęca uprawianiu hobby, jakim jest bajkopisarstwo dla dorosłych, a inspiracji dostarczają jej ciężkie brzmienia Evanescence, Nightwish oraz cudowny głos Tarji Turunen. Uważa książki, muzykę i kino za jedne z najcudowniejszych wynalazków ludzkości. Jest zodiakalnym bykiem, ale ma naturę kota-domatora i tylko kataklizm byłby w stanie wyciągnąć ją z domu. Bardziej od robienia oszałamiającej kariery i udziału w jakże popularnym w dzisiejszych czasach wyścigu szczurów interesuje ją spokojne życie w toskańskim stylu z dobrym winem oraz gronem sprawdzonych przyjaciół w tle.

A.R. Reystone to pseudonim polskiej pisarki fantasy, która debiutowała w 2010 roku.

W Wydawnictwie „Nasza Księgarnia” ukazała się jej trylogia „Dziewiąty Mag”.

WIETRZNE KATEDRY Tom 1 Fragment

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Zajrzyj na strony:

Dedykacja

Motto

Motto

I. IAN

II. RICHARD

Strona redakcyjna

Zajrzyj na strony:

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebooku

www.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

Panom Ronanowi Hardimanowi

oraz Michaelowi Flatleyowi

za cudowny utwór Whispering Wind,

który dodał wiatru w skrzydła moim feniksom…

I jeszcze dla Jo. ”Mam nadzieję, że patrzysz, Jo…”

Do Wietrznych Katedr ku świętemu Trybularzowi cię powiodę,

Jeno przybądź ku mnie, wyśpiewaj imię moje,

W tańcu zawiruj, na aulosie zagraj,

a obdaruję cię armillą i nie odmówię niczego…

Księga Sonetów – wiersz XXI

Poczucie bezpieczeństwa jest złudne.

Dobrobyt tymczasowy.

Przebudzenie będzie bolesne.

Nie chcemy się obudzić,

ale kogo to obchodzi?…

I

IAN

THEATRON – Święto Srebrzystych Kaganków

– Niech światełka kaganków połączą się z muzyką Harfy i wskażą drogę ku Metropolii… Zanim padną te legendarne słowa, serdecznie witamy wszystkich odwiedzających dzisiaj nasz cudowny Theatron.

Na wielkim telebimie amfiteatru metropolitalnego ukazała się uśmiechnięta twarz młodego pulchnego blondyna w okularach bez oprawek. Kamera zaczęła się oddalać. Teraz zwiedzający mogli dostrzec, że mężczyźnie towarzyszy inny, brunet o lekko skośnych oczach i wydatnych kościach policzkowych. Obydwaj mieli na sobie ekskluzywne smokingi, a w dłoniach dzierżyli niewielkie metalowe lampki wyglądające niczym płaskie miniaturowe imbryczki. Każda z nich miała maleńki uchwyt, dziobek oraz podstawkę i wypełniona była najwyższej jakości oliwą.

– Ze świątecznego studia targowego witają państwa: Marshall Bowen – przedstawił się blondyn.

– I Vincent Koughey! – zawtórował mu żywiołowo brunet.

Marshall odstawił swój kaganek, zaczął energicznie gestykulować.

– Będziemy państwu towarzyszyli cały dzisiejszy dzień, oprowadzimy po Theatronie, powspominamy poprzednie święta, ale także zdamy relację z samych targów…

– Tak, tak, można się będzie na nich dziś nieźle obłowić – przerwał mu Vincent i zaśmiał się jak z dobrego dowcipu. – A okazji do wydawania dragenów będzie co niemiara, bo przecież w tym roku mamy rekordową liczbę stoisk! Samych boksów vivernów aż czterdzieści trzy! I ileż odmian feniksów! Do tego mnogość stoisk z roślinnością wszelaką, z minerałami, ale też z egzotycznymi owocami czy przysmakami…

– Vincent, ciebie, jak widzę, już ogarnęła gorączka zakupowa. Coś czuję, że zanim palatyn uroczyście zainauguruje święto, ty już będziesz spłukany. – Teraz to Marshall przerwał tamtemu i chichocząc, puścił oko do widzów. – Ale tak, to prawda, w całej historii targów nie mieliśmy aż tylu wystawców. Pochodzą nie tylko z Metropolii, ale nawet z najdalszych zakątków Palatynatu – kontynuował już jak najbardziej poważnie. – W Pawilonie obok Theatronu… – wskazał ekran za swoimi plecami, na którym najpierw ukazał się cały kompleks wystawienniczo-sportowy widziany z lotu ptaka, a zaraz potem obraz na żywo z poszczególnych jego części – …mamy więc stoiska z przepięknymi okazami kamieni i biżuterii pochodzącymi z Kryształowych Wodospadów, całe pasaże wypełnione cudownymi egzemplarzami storczyków z Motylich Dolin. Jest tam też sporo ciekawych zwierzaków, w tym miniaturowych jednorożców, tęczowych utopców czy wielobarwnych odmian maleńkich feniksów. Ta wiadomość z pewnością mocno ucieszy dzieciaki…

– Gorzej z ich rodzicami – znów wtrącił się Vincent. – Najnowsze odmiany, te mikroskopijne strząsające ogniste piórka i umiejące mówić kosztują fortunę! Byłem, widziałem i powiem wam: są warte KAŻDEGO WYDANEGO DRAGENA! – Przyłożył dłoń do ust i wyszeptał teatralnie, jakby zwierzał się z największej tajemnicy: – Na Onyksową Harfę! Są ABSOLUTNIE niesamowite!…

– Taak, pozwólmy Vincentowi ekscytować się zakupami, a sami porozmawiajmy o tym, co dzisiaj będzie się tutaj działo. A zaręczam, że nudzić się nie będziecie. Już za chwilę rozpocznie się uroczysta inauguracja świąt. W tym momencie jednak palatyn Ronenweth kończy wizytować pasaże i boksy.

Ekran za plecami Marshalla ukazał palatyna przechadzającego się wraz ze świtą wśród tłumu wystawców i zwiedzających.

– Po inauguracji zapraszamy na główną arenę Theatronu, gdzie rozpocznie się rywalizacja o tytuł championa wśród vivernów tegorocznej wystawy w kategoriach: najpiękniejsza samica, najokazalszy samiec oraz najcudowniejsze pisklę. A zaraz potem przeniesiemy się do pawilonu sportowego. Nie możemy przecież zapomnieć o memorialu, sportowej części Święta Srebrzystych Kaganków. Memorial rozpoczną wyścigi minismoków na dystansie tysiąca metrów, następnie odbędą się pokazy zionięcia ogniem na odległość i do celu oraz latanie synchroniczne. Będzie także pokaz łucznictwa, konkurs na najlepszą kopię Onyksowej Harfy, a dla melomanów koncert muzyki oraz poezji elfickiej. Pełen program tegorocznych obchodów znajdziecie państwo w broszurach rozdawanych przez nasze hostessy przy wejściu, a także na tablicach informacyjnych. Patrzę na zegar i widzę, że mamy jeszcze parę minut… – Marshall zerknął gdzieś w bok. – Przypomnijmy więc sobie może najpiękniejsze momenty poprzednich świąt, targów oraz memoriali…

Z głośników popłynęła liryczna muzyka, a telebim wypełniła mozaika obrazów.

Tymczasem niedaleko studia targowego, oparty o jedną z klatek z niewielkimi feniksami, stał postawny, dojrzały mężczyzna z ciemnymi, choć wypłowiałymi od słońca włosami do ramion. Tuż za prawą skronią, nad uchem, nieliczne pasemka splecione miał w warkoczyk opadający z tyłu na plecy. Lewe ucho, kompletnie zasłonięte, kryło maleńką słuchawkę. W dłoniach trzymał rozłożony program targów. Wydawał się bardzo zainteresowany broszurą, w rzeczywistości jednak zerkał na ukryty w niej miniaturowy, elastyczny ekran transmitujący dyskusję z – oficjalnie tolerowanej, a nieoficjalnie niemal zakazanej – telewizji opozycyjnej. Dyskusja z każdą chwilą stawała się coraz bardziej burzliwa.

– …Święto Srebrzystych Kaganków ustanowiono przecież ku Ich czci! – zaperzył się otyły mężczyzna na ekraniku. Jego tłuściutkie, przyozdobione wieloma srebrnymi pierścionkami palce zdawały się wykonywać jakiś dziki taniec zdradzający wielkie emocje.

– Nie tyle czci, co pamięci, drogi panie – spokojnie zripostował drugi. Nonszalancko rozchylił poły zamszowej marynarki, rozparł się na sofie. Potem pociągnął łyk soku z wysokiej szklanicy, założył nogę na nogę i z nieukrywaną drwiną popatrzył na grubasa.

– Pamięci oraz czci! – Nawet pod grubą warstwą pudru było widać, że policzki oponenta przybrały barwę dorodnych pomidorów. Z wściekłości oczywiście. – Jak pan śmie, Cresidius, podważać ideę tego święta? Żądać jego anulowania?! Elfy były naszymi przyjaciółmi! Tak wiele im zawdzięczamy! Zaprzestać organizowania święta to jak zdradzać przyjaciela. Jak pluć mu w twarz! Jak panu nie wstyd?!

– Przekręca pan moje słowa, drogi profesorze. Nikt nie wątpi w zasługi naszych Wielkich Nieobecnych i nikt nie chce im ubliżyć. Chodzi jedynie o coraz większy rozmach, z jakim z roku na rok ta impreza jest organizowana. Zwykli obywatele, tacy jak ja, zadają proste pytanie: czy na pewno nas na to stać?

„Co racja, to racja, jednak…” – pomyślał oglądający relację ciemnowłosy mężczyzna.

Ten tłuściutki profesor, Favineaux, żarliwy wielbiciel wszystkiego, co wiązało się z władzą, notorycznie pchał się do tego typu programów. Niczym samozwańczy obrońca honoru palatyna, z uporem maniaka i ku uciesze widzów, bezkrytycznie tłumaczył go z wszelkich uczynków. Nie traktowano go poważnie. Miał raczej stanowić tło dla innych gości, których zadaniem było błyskotliwe wypunktowanie wszelkich ułomności ludzi palatyna.

Ciemnowłosy na moment podniósł oczy i zlustrował otoczenie. Potem dyskretnie poprawił w uchu niewidoczną słuchawkę i ponownie skupił się na transmisji.

„No, no, mają tupet! Ronenweth nie da sobie w kaszę dmuchać. Tym razem im nie daruje. Nie za taki program w czasie świąt…”.

– Czy nas stać? Oczywiście, że tak! Szanowny kolega raczy żartować! W całej naszej historii nie przeżywaliśmy większej prosperity niż obecnie! – zagulgotał otyły profesor.

„Powiedz to poławiaczom pereł na Morzu Trytonów, Favineaux. Łowią dla was skarby, ryzykując spotkania z mieszańcami syren, a jednocześnie przymierają głodem. O, albo kadetom w Strefie Okupacyjnej, którą tak romantycznie nazywacie Kryształowymi Wodospadami. W imię naszej obrony gnębią tubylców. I po co? Dla odrobiny minerałów z ich kopalni. A biedota z Dzielnicy Dębów w Metropolii? Po dębach już nawet wspomnienie nie zostało. Zeżarli wszystko, do ostatniego żołędzia. Całe te święta, memorial, targi to jedynie imitacja dobrobytu, ochłapy, igrzyska dla mas”.

Ciemnowłosy z irytacją zacisnął usta.

– SZANOWNY kolego – wycedził z drwiną Cresidius. Złożył dłonie jak do modlitwy i oparł na nich podbródek. Wodnistobłękitne oczy skupiły się na Favineaux. – Jest pan po praniu mózgu, zażył blekot gwiaździsty czy naprawdę wierzy w te brednie przekazywane przez urzędników z ministerstwa? Tę całą bandę… – nonszalancko machnął dłonią w kierunku wyimaginowanego tłumu – …należałoby rozpędzić na cztery wiatry. Pewnego dnia, kto wie, może nawet przy najbliższych wyborach, prości ludzie stracą cierpliwość, zażądają zmian…

– Zdaje się, że musimy już kończyć! Za dosłownie parę minut rozpocznie się inauguracja tegorocznych świąt… – Prowadzący dyskusję postanowił przerwać nadciągającą awanturę.

„Chłopie! Tylko nie zafajdaj kanapy! – pomyślał ciemnowłosy, widząc popłoch na twarzy tamtego. – Pewnie już dostał czuły liścik od ludzi Ronenwetha. A za ten program będzie kilka następnych”.

– Ian? Ian! Tu jesteś!

Ciemnowłosy sam niemal podskoczył, gdy usłyszał czyjś zasapany głos. Błyskawicznie złożył broszurę z programem targów. Jak gdyby nigdy nic włożył ją do kieszeni na ramieniu odświętnego kombinezonu. Udając, że drapie się za uchem, wydobył słuchawkę, która chwilę później znalazła schronienie w innej kieszeni.

„Ryzykowne i bezczelne – pomyślał o ewentualnych konsekwencjach odkrycia zawiniętego w broszurę przekaźnika. – Ale podobno bez ryzyka nie ma dobrej zabawy…”.

Tymczasem pewien rosły mężczyzna o srebrzystej czuprynie sprawnie przedarł się przez tłum i trzymając się za bok, jakby złapała go kolka, szybko podszedł do ciemnowłosego.

– Wszystko gotowe? Klatki czyste? Zabezpieczone? Zwierzęta oporządzone? Na pewno? Oni zaraz tu będą! Palatyn zażyczył sobie obejrzeć wszystkie stanowiska przed oficjalnym otwarciem! Ian!…

Ten tylko się uśmiechnął.

– Zawsze jesteśmy gotowi. Treller, staruszku, z roku na rok robisz się coraz bardziej nerwowy i śmiem twierdzić, coraz mocniej zależy ci, żeby dobrze wypaść – zakpił, po czym objął siwowłosego i poprowadził ku zagrodom. – Czy w czasie ostatnich kilku świąt cokolwiek spartoliłem, TATO? – zaakcentował ostatnie słowo, spoglądając znacząco na starszego pana.

– Tyle razy prosiłem!…

– Żebym w ten sposób do ciebie nie mówił, bo czujesz się staro. Tak, pamiętam. A ja tyle razy prosiłem o zaufanie. A ty co? W twoim wieku i przy twoim stanie zdrowia powinieneś siedzieć na farmie, doglądać przychówku, ale przede wszystkim wypoczywać. Zamiast tego uparłeś się przejechać taki kawał drogi. I po co? Żeby mnie nadzorować! Znowu. Zupełnie jakbym był jakimś durnym nastolatkiem na pierwszej wystawie. Już nie mam do ciebie sił…

Starszy pan zerknął na syna spod zmarszczonych brwi.

– Matka tu jest – powiedział cicho. – Nie darowałaby mi, gdybym cię puścił samego, przecież wiesz. Nie po tym wszystkim…

Ian głośno wciągnął powietrze.

– Treller! Czy ona wie, ile mam lat?! Może czas jej to w końcu uświadomić?! – warknął.

– A co ja mogę? Wiesz, jaka jest. Jak się na coś uprze…

„Matka i jej nadopiekuńczość! Parę drobnych wypadków, a ona od razu boi się, że zginę. Gdybym jej pozwolił, zamknęłaby mnie w złotej klatce. Zgoda, cały czas nie może zapomnieć o Unie i Russellu, ale na Onyksową Harfę…”.

Wspomnienie rodzeństwa przerwał mu czyjś wysoki śmiech, który rozległ się właśnie za jego plecami.

– Ian! Kochaanie! – usłyszał charakterystycznie brzmiący głos Martine. – Tak długo mnie nie odwiedzałeś, że zasłużyłeś na baty! Niech no się przyjrzę mojemu pięknemu synowi.

– Praca na farmie zajmuje mnóstwo czasu. Przecież wiesz o tym, MAMO. – Odwrócił się ku starszej, dystyngowanej kobiecie cudownie pachnącej konwalią i natychmiast zapomniał o całej złości, do której doprowadzał go fakt, że ciągle traktowała go jak bezradne dziecko.

Jego jasne oczy uśmiechnęły się ciepło do kobiety i przyjrzały jej się uważnie. Nienaganna fryzura, delikatny, acz staranny makijaż, drogi kostium oraz szpilki i nawet tu, na wystawie hodowlanej, ekskluzywna, dyskretna biżuteria. I jeszcze ta czarna brosza w kształcie harfy wysadzana jakimiś kamieniami, z którą nigdy się nie rozstawała. Ian zupełnie nie znał się na gemmologii, ale nie miał wątpliwości, że jego matka nie założyłaby byle błyskotki. Martine zawsze i w każdej sytuacji musiała wyglądać, jakby właśnie wyszła z pokazu mody. Stąd jako dzieciak Ian zwykł wyobrażać sobie – ot, tak dla zabawy – jak matka przemierza w tych swoich drogich pantoflach zabłocone kojce młodych vivernów albo przedziera się wśród osmalonych konarów przez woliery miniaturowych feniksów. Wyobrażał sobie, w jaką histerię wpadłaby, gdyby pośliznęła się na łajnie ptakosmoka, i natychmiast zaczynał chichotać.

Nie żeby Ian nie kochał matki albo źle jej życzył. Wręcz przeciwnie. Jednak do szału doprowadzała go jej pedanteria, a zwłaszcza nadopiekuńczość granicząca ze śmiesznością.

To właśnie dlatego w wieku lat siedmiu wybłagał Trellera – to znaczy ojca – by ten pozwolił mu zamieszkać ze sobą na farmie. Tak, chociaż matka zaplanowała dla niego karierę wysoko postawionego urzędnika, on zdecydowanie wolał wędrówki wraz z ojcem po górach, spanie w domku bez wygód przy zagrodach zwierząt, noce spędzane na polowaniach i dnie na doglądaniu jeszcze ciekawszych istot. Oczywiście nie obyło się bez awantur, łez i negocjacji. W końcu Martine i Treller dogadali się. Stanęło na tym, że dzieciak pół roku będzie spędzał u matki, uczęszczając do ekskluzywnej szkoły dla, jak to nazywał, „magiczno-snobistycznych debili”, a drugie pół − z Trellerem i jego inwentarzem.

Przez wiele lat ten dziwny układ funkcjonował bez zarzutu, ale gdy chłopak dorósł, znudziło go udawanie, że zdobycze cywilizacji jakoś specjalnie go interesują. Stopniowo spędzał na farmie coraz więcej czasu. W końcu zaczął wracać do miasta tylko po to, by nie robić matce przykrości, ale przede wszystkim na targi, no i na Święto Srebrzystych Kaganków, ma się rozumieć. Teraz spoglądając na rodziców, zastanowił się jeszcze, jakim cudem dwoje tak różnych jak Treller i Martine istot mogło się pobrać, spłodzić trójkę dzieci, a później świadomie zdecydować, by być wciąż razem, ale żyć jednak osobno?

„Arystokratka i zwykły facet. Podobno miłość nie wybiera, no ale co ja mogę o tym wiedzieć? Powinienem częściej ją odwiedzać – pomyślał, patrząc, jak Martine zakłada kosmyk włosów za ucho i zerka na Trellera zalotnie niczym młoda zakochana dziewczyna, podczas gdy ten udawał, że niczego nie dostrzega. – To nie jej wina, że nie ciągnie mnie do tego całego luksusowego syfu. Jest świetną matką. Zapewniła mi wykształcenie, majątek, kontakty… Wszystko. Czepiam się jej. To nie w porządku”.

– Co u Uny? – wymknęło mu się, nim zdążył ugryźć się w język. Martine momentalnie zacisnęła usta. Podejrzanie zwilgotniały jej oczy. W myślach Ian nawrzucał sobie od nieczułych idiotów. – Wybacz…

– Chciałabym powiedzieć, że wszystko w porządku, ale nie, nie jest w porządku. Mógłbyś czasami ją odwiedzić…

Chłód, z jakim wypowiedziała te słowa, sprawił, że Ian poczuł się jeszcze gorzej. Znów emocje zagotowały się w nim, doprowadzając niemal do furii. Miał ochotę wykrzyczeć pytanie, co dałyby te wizyty u nieprzytomnej siostry prowadzącej egzystencję rośliny w ogromnej kapsule zawieszonej gdzieś pod dachem olbrzymiej przestrzeni hospicjum. U siostry utrzymywanej przy życiu tylko dzięki mnogości maszyn i zasobności rodzinnego portfela. U siostry, której dziesięć lat temu, mimo całej swej wiedzy i umiejętności, nie zdołał ochronić przed atakiem ogromnego rozjuszonego viverna…

I był jeszcze Russell, a właściwie wspomnienie o nim. Młodszy brat, tak utalentowany, że skończył studia z wyróżnieniem dwa lata przed terminem, a potem błyskawicznie piął się po szczeblach urzędniczej kariery, zajmując coraz ważniejsze stanowiska w państwowej administracji. Był wiernym odbiciem wszelkich przymiotów Martine, niemal jej męską kopią. Ambitną, uwielbiającą luksus i władzę kopią. A jednak to ten słaby fizycznie geniusz nie zawahał się wtedy ruszyć Unie na pomoc. To jego fortel odciągnął uwagę zwierzęcia, co umożliwiło medykom podjęcie akcji ratunkowej. Do tej pory Iana dręczyły sny, w których widział przerażone spojrzenie brata w ostatnich sekundach życia.

Ech, gdyby tamtego dnia był bliżej… Ten vivern zdążył zabić i zeżreć jeszcze cztery inne osoby, w tym dwóch ochroniarzy ówczesnego palatyna, nim nadzorcom udało się go obezwładnić i skrócić o wszystkie trzy łby. Co z tego, że po tych tragicznych zajściach oficjalnie zakazano wystawiania osobników większych od cielaka? Życia Russowi ani pozostałym to nie wróciło.

„A to wszystko przez parę bezmózgich kretynów. Cydr i zabawa okazały się ważniejsze od nadzorowania zwierząt. Ech, gdybym ich wtedy dopadł…”.

Ian zawsze uważał, że wystawianie na targach tak groźnych odmian jak plujący na pięćdziesiąt metrów kulami ognia vivern diabelski, kiedyś się zemści. Kochali z Trellerem te zwierzęta, ale sami, narażając się na drwiny innych hodowców, nigdy nie wystawiali egzemplarzy większych od świni i groźniejszych niż vivern czarnorogi, który mógł co najwyżej zadrapać pazurem. Mimo tak dramatycznej śmierci Russa ubolewali nad reakcją urzędów nadzorujących takie imprezy. Nagonka na viverny i ogólnonarodowa histeria osiągnęły takie rozmiary, że omal nie zabroniono wystaw w ogóle. Represje dosięgły nie tylko nadzorców tamtego nieszczęsnego zwierzaka, ale rozciągnęły się na wszystkie hodowle vivernów i innych stworzeń towarzyszących uważanych do tej pory za sympatyczny relikt minionych czasów.

Urzędowo zakazano wystawiania osobników większych od cielaka. Wprowadzono szereg dodatkowych przepisów ograniczających ich hodowlę oraz udział w pokazach. Wszystkie osobniki zbyt agresywne, niepoddające się tresurze i większe od krowy, oficjalnie wyeliminowano z hodowli. Tylko nieliczne przetrwały, służąc w wojsku czy ochronie palatyna. Do przydomowej hodowli czy sprzedaży przeznaczono jedynie rasy miniaturowe, a i to ze spiłowanymi zębiskami oraz wyciętymi gruczołami pozwalającymi na plucie ogniem. Osobniki odmiany pierzastej, nieprzekraczające wielkości kota, zrobiły co prawda furorę wśród dzieciaków, lecz Ian nie miał wątpliwości, że największe pieniądze zarabiało się na współpracy z wojskiem i handlu jajami najgroźniejszych odmian na czarnym rynku.

Teraz Ian zerknął na Trellera i na matkę. Wspomnienia tamtych zajść znów wypełzły niczym natrętne robactwo. Histeria Martine i szok, jakiego doznała na wieść o śmierci najmłodszego syna oraz śpiączce ukochanej córki. Treller, który zniknął w górach i wrócił po kilku miesiącach jako wrak człowieka. On sam, Ian, doglądający matki, podczas gdy farma podupadała. Te obrazy bolały niczym żywcem przypiekana rana. Upływający czas nie uleczył rozpaczy Iana. Westchnął z rezygnacją i darował sobie wszelkie sprzeczki. Przerabiali to już tyle razy, oskarżając się wzajemnie i wybaczając zaraz potem…

Nie zdążył matce nic odpowiedzieć. Ponure rozważania przerwała wrzawa, która wybuchła kilka stanowisk dalej. Zerknął w tamtym kierunku. Zmarszczył brwi. Szybko odgonił bolesne wspomnienia. Najpierw zobaczył Bena Stoykova gawędzącego na uboczu z jakimś oficjelem, a tuż koło nich mężczyzn w szarych uniformach, furażerkach ze srebrnym otokiem i kiścią piórek spiętych srebrną broszą, bezpardonowo rozpychających się w tłumie.

„Ochroniarze Ronenwetha” – pomyślał.

– Treller! – rzucił głośniej, niż zamierzał.

Ruchem głowy wskazał ojcu nadciągającą świtę palatyna. Wykonał uspokajający gest i ulotnił się w kierunku swoich boksów. Zanim palatyn zdążył dotrzeć do ich stanowiska, Ian upewnił się, że wszystkie klatki są czyściutkie, zwierzęta oporządzone i odpowiednio wyeksponowane. Wiedział, że Ronenweth ma głęboko gdzieś zarówno targi, jak i wystawców, bo rzecz jasna nie o targi mu chodziło, ale o rozrywkę dla gawiedzi, a przede wszystkim kontakty biznesowo-towarzyskie i utrzymanie mitu, że palatyn dba o wyborców. Cóż, ostatecznie do wyborów zostało mało czasu, więc Ronenweth musiał się choć trochę postarać, jeśli chciał zachować urząd. Ale oto pojawił się i on sam.

– Martine McLaurie! Cóż za przyjemność móc znowu panią widzieć. Dodaje pani splendoru każdej imprezie.

Szczupły mężczyzna z szarymi długimi włosami założonymi za uszy, odziany w świetnie skrojony trencz, ujął dłoń jego matki i ucałował z kurtuazją. Jego ciemne oczy uważnie otaksowały kobietę. Ta odpowiedziała uprzejmym uśmiechem. Ianowi z jakiegoś powodu Ronenweth skojarzył się z drapieżnikiem szykującym się do ataku. To spostrzeżenie zaniepokoiło go, zwłaszcza że wydało mu się, iż palatyn zbyt długo i zbyt wylewnie witał się z matką.

„Czy oni?… Niee, niemożliwe. Przecież to tylko para staruszków znających się od lat. Martine nie zdradziłaby Trellera z kimś pokroju Ronenwetha. Zresztą nawet dla niej to za wysokie progi – przekonywał sam siebie. – Na Onyksową Harfę! Co mnie opętało?! Zachowuję się jak zazdrosny nastolatek! Nawet gdyby on i matka… Zresztą co mnie to obchodzi? Jutro wrócimy z Trellerem na farmę. Ona znowu zostanie sama, więc nawet gdyby… Ech, co to w ogóle za rozważania?!… Feniksy. Czas pokazać palatynowi przychówek”.

Z rozmyślań wyrwał go śmiech matki, która właśnie z przekorą odpowiadała Ronenwethowi:

– Czy mogłabym nie wesprzeć męża i syna w tak ważnym dla nich dniu, panie? Hodowla miniaturowych vivernów, a zwłaszcza feniksów, to przecież ich życiowa pasja, przecież wiesz, panie…

– Zatem zobaczmy tegoroczne owoce tej pasji. Rozumiem, że dostała pani, i pani mąż oczywiście też, zaproszenie na dzisiejsze przyjęcie? Tak? To świetnie. A więc do zobaczenia wieczorem w Palatium. McLaurie? – Palatyn zwrócił się dużo chłodniej do Trellera i kompletnie zignorował Iana. Starszy pan momentalnie wyprostował się i skinął głową. Zdecydowanym gestem wskazał Ronenwethowi drogę.

– Tędy, panie. Serdecznie zapraszam.

Po chwili Ian zobaczył, jak tłum wystawców rozstępuje się przed ochroniarzami palatyna. Usłyszał jeszcze strzępki rozmowy:

– Te viverny… Co to za gatunek?

– Jaskiniowy, odmiana grafitowa, panie. Zupełnie niegroźny. Maksymalnie osiąga rozmiar indyka. Udało nam się uzyskać krzyżówkę, która kluje się bez pazurów i gruczołów jadowych. To bardzo łagodne i posłuszne egzemplarze. Nadawałyby się nawet na niańkę dla kilkuletnich dzieci, a do tego…

– Rozumiem. Świetnie – szorstko przerwał mu Ronenweth. Poklepał Trellera po ramieniu, zmusił się do uśmiechu, a potem błyskawicznie oddalił się w kierunku głównej trybuny, wymieniając jeszcze po drodze uprzejmości z innymi hodowcami.

Ian zmarszczył brwi. Buta władzy zirytowałaby każdego, lecz on jedynie odprowadził Ronenwetha wzrokiem, gratulując sobie opanowania. Potem jednak przypomniała mu się Martine. Czy sam przed chwilą nie potraktował jej bez szacunku? Spojrzał na nią i już całkiem pokornie powiedział:

– Wieczorem. Jak tylko wystawa się skończy. Zajrzę do Uny. Masz moje słowo.

Chciał dodać coś jeszcze, lecz w tym momencie rozległy się pierwsze, tak dobrze znane wszystkim dźwięki. Powietrze niemal zaczęło wibrować pod delikatnymi tonami harfy wzmocnionymi przez wszechobecne głośniki.

– Po wystawie. Obiecuję – ponowił zapewnienie szeptem, podczas gdy wszyscy zastygli w pełnej szacunku pozie zwróceni ku głównej trybunie.

Palatyn i jego świta także znieruchomieli. Wzrok skierowali ku ogromnemu telebimowi, na którym rozpoczął się właśnie przekaz wprost z Archikatedry. Wschodząca gwiazda muzyki, multiinstrumentalistka Paola May᾿e-Gillian, wspomagana orkiestrą symfoniczną zaintonowała Świątynnego Walca.

Onyksowa Harfa, cudo o głębokiej czerni przypominające bardziej wyrzeźbione skrzydło niż instrument. Zbyt cenna, by wynosić ją poza mury, wystawiać na czynniki atmosferyczne. Zbyt święta też, by grał na niej byle kto i przy byle okazji. Jedynie raz w roku, z okazji Święta Srebrzystych Kaganków, pozwalano sobie na więcej niż podziwianie jej przez kuloodporne szyby specjalnie zaprojektowanej kapsuły.

Drugi rok z rzędu szczęściarą, której dane było zbliżyć się do instrumentu, była Paola, ale nawet ona mogła go dotykać tylko przez specjalne rękawice i to jedynie przez siedem minut i dwadzieścia pięć sekund. Tyle, ile trwał Świątynny Walc. Teraz jej palce wirtuoza przecięły bieg świetlistych strun.

Wzruszenie zdławiło gardło Iana. Jak zawsze, gdy słyszał ten utwór. Położył dłoń na sercu, oczy mu zwilgotniały. Tymczasem do harfy dołączyła orkiestra, a parę sekund później cały obraz wypełniły wirujące sylwetki tancerzy z Archikatedralnej Szkoły Tańca.

„Ależ piękny ten walc. I jeszcze Paola. Gdybym spotkał taką kobietę… Może w końcu dowiedziałbym się, o co w tym wszystkim chodzi?… Jak to jest być z kimś, ale tak naprawdę, a nie na parę godzin za garść dragenów” – pomyślał, patrząc na dłonie harfistki niestrudzenie skaczące po promienistych strunach.

Liryczna muzyka trwała, tancerze wirowali, a tłum w skupieniu wpatrywał się w ekran. Z ostatnim dźwiękiem harfy zapadła przedziwna cisza. Uroczysta i tak niesamowita, jakby ktokolwiek z obecnych bał się odetchnąć, żeby nie zburzyć podniosłego nastroju. Nagle rozległ się wysoki pisk i czyjeś ciche chrząkanie.

„Ups, ktoś się prosi o kłopoty”.

Ian zerknął na postać w ciemnym trenczu toczącą walkę z mikrofonem. Jakiś człowiek podbiegł i szybko poprawił aparaturę. Palatyn jeszcze raz chrząknął, a potem rozpoczął uroczystą przemowę:

– Panowie i panie, rodacy, przyjaciele… – Rozłożył dłonie i uśmiechnął się najserdeczniej, jak umiał. Jednocześnie za jego plecami, na telebimie rozpoczął się pokaz slajdów poświęcony elfom. Towarzyszyła temu kolejna dyskretna, liryczna melodia. Nawet Ian musiał przyznać, że w tym roku oprawa świąteczna była szczególnie dopracowana. Ronenweth kontynuował: – Tegoroczne Święto Srebrzystych Kaganków jest wyjątkowe w naszej historii, bo pięćdziesiąte. Tak, niesamowite, ale to już pięćdziesiąt lat, odkąd pożegnaliśmy ostatniego z naszych wielkich nieobecnych przyjaciół. Jak wszyscy doskonale pamiętamy, Demitreos jako ostatni padł ofiarą straszliwej zarazy, która doprowadziła do wymarcia całej społeczności elfów.

Teraz ekran pokazał twarz wyjątkowo przystojnego młodego mężczyzny o długich ciemnych włosach. Było coś smutnego w jego orzechowych oczach okolonych długimi rzęsami.

– Jest to też święto ich ujawnienia się. Ponad dwieście lat temu powitaliśmy oficjalne poselstwo tych mądrych i pięknych istot. Przybyły do nas, dzierżąc w dłoniach srebrne kaganki na znak swych pokojowych zamiarów. Zaoferowały przyjaźń i pomoc w tamtych ciężkich dla ludzkości dniach. Gdy z naszej winy natura obróciła się przeciw nam i potraktowała niczym najgorszego wroga, gdy stare kraje Europy i obu Ameryk, kontynenty całe wymierały jeden po drugim, grożąc upadkiem cywilizacji, one przybyły nam z pomocą. Połączyła nas obawa przed zagładą obydwu naszych gatunków. Elfy pomogły nam przetrwać w zamian za możliwość osiedlenia. Z najlepszych cech naszych społeczeństw wykreowaliśmy całkiem nową jakość nowego. To wspólnie z elfami wybudowaliśmy Metropolię, stworzyliśmy Palatynat i na nowo zaczęliśmy odzyskiwać tereny przygraniczne, zdałoby się, dawno utracone. Przez kolejne sto kilkadziesiąt lat okazali się przemiłymi sąsiadami. Pomogli nam uratować nasze dziedzictwo kulturowe, ale też wzbogacili nasze życie o swą sztukę, o znajomość i umiłowanie przyrody. Nauczyli nas czerpać z życia radość i dawać ją innym. Obdarzyli nas tak wieloma zdobyczami swej cywilizacji. Lecz mieliśmy zaszczyt i przyjemność być ich przyjaciółmi jedynie przez krótki okres… – Ronenweth zwiesił głowę i westchnął teatralnie dla lepszego efektu. – Onyksowa Harfa, cudowny instrument, który nam po nich pozostał, już wyśpiewała taniec, którym nas zachwycili i którego nas nauczyli. Za chwilę, ku ich czci, rozpoczniemy doroczne Targi Stworzeń i Roślin Magicznych oraz memorial. Zanim jednak zaczniecie podziwiać nowe odmiany feniksów, nim wysupłacie kolejne drageny na miniaturowe jednorożce czy kwiaty paproci lub obstawicie wyniki zawodów w memoriale, zapalcie, proszę, swe kaganki. Niech ich światełka połączą się z muzyką Harfy i wskażą drogę ku Metropolii wszelkim zbłąkanym elfom, jeśli takie przeżyły. Niech powiedzą im, że czekamy i tęsknimy.

Po tych słowach na telebimie jeszcze raz ukazało się wnętrze Archikatedry. Paola wraz z tłumem słuchaczy otoczyła Harfę i oświetliła ją kagankiem uniesionym wysoko nad głowę. Tłum w Theatronie z palatynem na czele uczynił dokładnie to samo. Przez jedną długą chwilę fala ogników migotała ponad głowami zebranych w kompletnej ciszy.

– Pięćdziesiąte Święto Srebrzystych Kaganków oraz memorial ku pamięci naszych przyjaciół elfów uważam za rozpoczęte – oznajmił uroczyście Ronenweth. Huk odpalonych sztucznych ogni oraz aplauz tłumu niemal zagłuszył jego słowa…

* * *

Niezbędna logistyka targowa pochłonęła na kilka kolejnych godzin Iana i Trellera. Obydwaj – wspomagani przez kilku pomocników – dwoili się i troili, by ich inwentarz we wszystkich konkurencjach wypadł jak najlepiej. Podczas gdy starszy pan zajmował się sprzedażą piskląt nowych odmian feniksów oraz zabawianiem coraz większej grupki dzieciaków i potencjalnych kontrahentów pokazami możliwości tych istot, Ian wystawiał viverny w pokazach na głównej arenie Theatronu. I gdy z boksów Trellera dobiegały okrzyki zachwytu − za każdym razem gdy niewielki srebrzysty feniks wykonywał w powietrzu piruety, a potem lądował na ognioodpornej rękawicy, strząsając płonące, lecz chłodne (!) piórka na nosek tego czy innego dzieciaka − na arenie głównej Ian wzdychał raz po raz ciężko. Szczęście zdawało się sprzyjać wszystkim, tylko nie jemu. W konkursie na najokazalszego samca viverna należący do Iana grafitowy jaskiniowy zajął najgorsze, bo drugie miejsce. Kłopot w tym, że nagrodę zwinął mu sprzed pyska okaz wystawiany przez największego rywala McLauriech, rodzinę Stoykovów.

– Tylko drugie!? Nie wierzę, że znowu to zrobił! To samo było w zeszłym roku. Ten sędzia faworyzuje Stoykovów! – Treller trzasnął pięścią w jedną z pustych klatek, gdy tylko się o tym dowiedział.

Ian uśmiechnął się, ale tylko po to, by pocieszyć ojca. Jednak kiedy w następnych konkurencjach sędzia znów zaniżył im noty, a dodatkowo w memoriale ich pustynnik serpentynowy przegrał w wyścigu o pół długości pyska z vivernem, Ianowi humor minął bezpowrotnie. Jakby tego było mało, na mecie obydwa zwierzaki rzuciły się sobie do gardeł. W efekcie, nie dość, że ciężko ranne, to jeszcze zostały zdyskwalifikowane, a zwycięzcą ogłoszono tego, który zajął miejsce trzecie, czyli… viverna należącego do Bena Stoykova!

– Pan hrabia znowu przegrał? – zadrwił Ben, przechodząc obok Iana opatrującego rannego zwierzaka.

„Hrabia!? Aleś ty, chłopie, zabawny!” – prychnął w myślach Ian.

Odkąd pamiętał, Stoykov zawsze kpił z jego pochodzenia, głosząc, że szybciej spotka żywego czystej krwi elfa niż wyśmienitego hodowcę pochodzącego z wyższych sfer. Lata praktyki nauczyły go jednak ignorować Bena, jak ignoruje się upierdliwe moskity, i nie odpowiadać na tak oczywiste zaproszenia do bójki. Do czasu oczywiście. Teraz też, powtarzając w myślach „odejdź w końcu, kretynie”, jak gdyby nigdy nic nadal zajmował się vivernem.

– Tego sugeruję dobić. I tak nic z niego nie będzie. No ale skoro wolisz utrzymywać kaleki… – Ben wydął z pogardą usta. – A tak przy okazji, zapraszam do nas na praktyki. Wypadałoby się w końcu nauczyć czegoś o hodowli vivernów, nie?

Ian zacisnął zęby. Wkurzał go już sam fakt, że swym istnieniem Stoykov marnuje cenne zasoby środowiska naturalnego, ale ten facet na dodatek uparł się do niego gadać. Ochota, by dać Benowi po mordzie, o włos przegrała z rozsądkiem nakazującym nie zwlekać z pomocą rannemu zwierzakowi.

– Chociaż co do tych praktyk… Przypomniało mi się, że wszystkie miejsca już zajęte. Zresztą kursów dla snobistycznych tłumoków i tak nie robimy – zarechotał Ben, splunął i wykonał wulgarny gest.

W jednej sekundzie rozsądek zniknął, ochota kwiknęła z uciechy. Ian skokiem dopadł Stoykova, złapał za poły kombinezonu, koncertowo wyprowadził prawy sierpowy. Z rozciętego łuku brwiowego spłynął ciemnoczerwony potok, zalewając oko przeciwnika. Zaskoczony zamrugał drugim. Kolejny karminowy strumień poszukał drogi ewakuacji przez dziurki w połamanym nosie.

– Kupowanie zwycięstwa za drageny to paskudny zwyczaj. Widziałem, jak gadałeś z sędzią – wycedził Ian Benowi do ucha. – Za chwilę mnóstwo ludzi będzie żądało odpowiedzi, jaki jest powód naszej MIŁOŚCI. Możliwości są dwie. Pierwsza, złożysz skargę, wylecę z targów, ale powiem o korupcji i będziesz skończony. Druga, że pójdziesz do sędziego i odkręcisz ten szwindel. A jeśli idzie o naszą małą WYMIANĘ ZDAŃ, zostawiam to twojej kreatywności. Sugeruję opcję numer dwa. Decyduj szybko.

Sekundę czy dwie później przybiegło kilku porządkowych. Podtrzymali Bena. Ian cofnął się z rękami uniesionymi ku górze. Natychmiast zjawiło się także paru koleżków Bena, ale też grupka znajomych Iana. Od większej rozróby dzieliło ich kilka chwil, głupich gestów czy bezmyślnie rzuconych obelg. Ben wyszarpnął się z uścisku ochroniarzy, chrząknął i wytarł w rękaw kombinezonu zakrwawiony nos.

– Nic się nie stało. Ot, nieudany trening bokserski starych przyjaciół, co nie, Ian? – rzucił ponuro.

Ten podszedł do niego, na kompletnym luzie sięgnął do kieszeni na jego piersi.

– Pozwól, że ci pomogę, PRZYJACIELU – wycedził i brutalnie wytarł twarz Bena, a potem wcisnął mu jego własną zakrwawioną chusteczkę do ręki. Odwrócił się na pięcie. – Słyszeliście, nic się nie wydarzyło. Jest tu tyle rzeczy ciekawszych do oglądania niż jeden rozkwaszony nos.

Wrócił do rannego viverna. Troskliwie owinął go w ognioodporny koc i zaniósł do swojego boksu.

– O co tym razem wam poszło? – chciał wiedzieć Cillian, młody chłopak ze stoiska obok.

– O uczucia, słonko – zadrwił Ian. – Do roboty, mały. Pogadamy wieczorem, po wystawie. Dwudziesta pierwsza w Wylęgarni Feniksów. Przekaż pozostałym.

Treller zmarszczył brwi.

– Wybierasz się do pubu? Czy nie obiecałeś Martine?…

– Tak, ale nie będę przecież siedział u Uny przez całą noc!

– Rozumiem, że też mam nie pytać, o co wam poszło? – Ojciec spojrzał na niego przenikliwie.

− Szkoda gadać. − Ian machnął ręką i wrócił do opatrywania viverna.

Punkt dziewiętnasta przekazał pieczę nad rannym vivernem i pozostałymi zwierzętami Trellerowi. Cillianowi i kilku innym znajomym rzucił: „Za dwie godziny. W Wylęgarni Feniksów” i tyle go widzieli.

Dotarcie do hospicjum zabrało mu zaskakująco mało czasu. Znów żal ścisnął mu gardło na widok kamiennej budowli ze strzelistymi oknami, idealnie wtopionej w niewielki park, do której prowadził chodnik z granitowych płyt. Za piękną fasadą krył się kompleks kilku różnorakich budynków. Instytut Medyczny.

„Błędna nazwa. Można by pomyśleć, że coś tu badają – westchnął w duchu. – I jeszcze ten górnolotny cytat”. – Spojrzał na wykute nad wejściem, a wyrwane z kontekstu zdanie: „Aż elfom staniemy się podobni…”.

Te popularne dzisiaj słowa padły z ust jednego z poprzednich palatynów na pogrzebie Demitreosa, ostatniego elfa. Ian był zbyt młody, by na własne oczy oglądać tamto zdarzenie. Znał je z powtarzanych przy każdej okazji retransmisji, a samą długą i patetyczną mowę pogrzebową niemal potrafił wyrecytować z pamięci. Jak wszyscy obywatele Palatynatu zresztą. Teraz zrezygnowany ruszył ku wejściu.

„Matka”.

Wiedział, że to znów ona użyła swych wpływów, by bez problemu wpuszczono go tu mimo święta i późnej pory. Nim zdążył przekroczyć próg, ujrzał przez przeszklone drzwi doktor Gregorian. Wyglądała niczym od wieków zastygła w oczekiwaniu figura.

„Nawet niespecjalnie się zmieniła”.

Ta sama krótka postrzępiona blond fryzura, intensywnie błękitne oczy, rysy twarzy ciągle atrakcyjne i młode, mimo że od ostatniego spotkania upłynęły już cztery lata. I jeszcze uniform. Ciemnozielona płócienna bluza z krótkimi rękawami i spodnie oraz plakietka z nazwiskiem plus broszka w kształcie harfy oplecionej wężem. Tak ją zapamiętał i dokładnie tak wyglądała. Teraz ruszyła ku niemu z wyciągniętą na powitanie dłonią.

– Ian – rzuciła ciepło. – Miło cię znowu widzieć. Una bardzo się ucieszy.

Déjà vu? Czy nie dokładnie tak powitała go ostatnim razem? Odgonił od siebie głupie myśli, odpowiedział kobiecie skrzywieniem ust, które miało imitować uśmiech.

– Witaj, Helen. Nic się nie zmieniłaś.

Kobieta zachichotała.

– Chciałabym powiedzieć, że to zasługa diety czy genów, ale wszyscy wiemy, że to wierutne kłamstwo. Kapsułki z czarnej morwy i czegoś tam jeszcze. Cudo biotechnologii. Ostatni krzyk kosmetycznej mody. Tobie też by się przydały. Zmarniałeś, synu.

„Synu? I to mówi istota wyglądająca, jakby te lata spędziła w zamrażarce. Koleżanka Martine, a wygląda jak rówieśnica Uny” – pomyślał nieco sarkastycznie, ale na głos powiedział:

– Skoro zachwalasz… Jednak teraz, jeśli pozwolisz, zajrzę do Uny.

– Jasne. Drogę do Sali Widzeń znasz, ale trochę ci potowarzyszę.

– Do Sali? Ale… Myślałem, że wpuścisz mnie do Terminala.

– Przykro mi, Ian. Przepisy.

– Ale ostatnio…

– Ostatnio byłeś tu chyba ze cztery lata temu. Wiele się zmieniło. Teraz nikt nie ma tam wstępu. Nawet VIP-y takie jak ty. – Rzuciła mu wymowne spojrzenie. – Terminal jest już wypełniony kapsułami przetrwalnikowymi do ostatniego miejsca. Zrobiło się ciasno. No i nie wszyscy nasi pacjenci chcą uczestniczyć w spotkaniach obcych rodzin.

– Ale przecież oni!…

– Nie żyją? Nic nie czują? Nie mają świadomości? Skoro tak uważasz, to po co przychodzisz do Uny? – Teraz spojrzała na niego z takim chłodem, że poczuł nieprzyjemny dreszcz biegnący po plecach. I to cholerne poczucie winy. Znowu! Zacisnął zęby, kiwnął głową.

– Wybacz. – Po raz kolejny tego dnia wyszeptał to przeklęte słowo i już całkiem pokornie ruszył za kobietą do Sali Widzeń.

Idąc, zerkał na zwyczajne, wyłożone jasną terakotą ściany i podłogę. Minęli tę samą recepcję z długim kontuarem z ciemnego drewna, za którym siedziała starsza kobieta w identycznym co Helen uniformie. Te same były też plakaty na ścianach, fotele w poczekalni, rząd identycznych drewnianych drzwi w korytarzu.

„Wiele się zmieniło? – pomyślał. – Chyba tylko w przepisach”.

Déjà vu atakowało niczym rozpędzone tornado, a sam korytarz zdawał się nie mieć końca, choć Ian dobrze wiedział, że zamykają go kolejne szklane drzwi. Za nimi również przeszklonym półokrągłym tunelem przecinającym wewnętrzny ogród można było dotrzeć do kolejnego budynku, do Terminala. W końcu dotarli przed kolejne drzwi z napisem „sala widzeń” − znaleźli się we właściwym miejscu. Ale tu czekało Iana zaskoczenie. Ostatnim razem z całą pewnością tunel nie kończył się przedsionkiem. Zmarszczył brwi. Helen to dostrzegła.

– Śluza – rzuciła lakonicznie – dezynfekcyjna. Przykro to powiedzieć, ale nasi rezydenci są wydelikaceni. Zauważyliśmy, że łapią sporo drobnoustrojów od odwiedzających.

– Aha…

– Stań w tym kole. – Kiwnięciem głowy wskazała okrąg namalowany na podłodze. – To nic takiego, zwykły skaner. Przedstaw się i chwilę się nie ruszaj. Nim policzysz do pięciu, sprawdzi twoją tożsamość i odblokuje drzwi. Dezynfekcja zajmie minutę. Ta sama procedura przy wyjściu. Zapamiętałeś? Świetnie. To ja się pożegnam. Za kwadrans muszę być w Palatium. – Zauważyła jego zaskoczone spojrzenie. – Nie, nie zaproszono mnie. Zwykły dyżur medyczny, na wypadek gdyby jakaś ważna persona przesadziła z szampanem. – Zaśmiała się jak z dobrego dowcipu. – Aha, Ian, nie siedź u siostry zbyt długo. Szybko się męczy, a zbyt wielka ekscytacja mogłaby jej zaszkodzić. Maksymalnie dwadzieścia minut, zgoda? Zresztą tak zaprogramowałam zegar. I niech ci nie wpadnie do głowy otwierać jej kapsułę. To niebezpieczne. Dla niej.

– Szybko się męczy?! Helen, czy ona?…

– Jest w pełni świadoma, jeśli o to chciałeś zapytać. Doskonale wie o twojej wizycie. Z całą pewnością będzie cię słyszeć i być może też – tu nie mam pewności – widzieć. Żadnych trudnych tematów czy ekscytujących nowin, jasne? – Zerknęła niecierpliwie na zegarek. – Ale teraz wybacz, naprawdę muszę już lecieć. Żegnaj, Ian, powiem Martine, że tu wpadłeś.

Mgnienie oka później już jej nie było. Ian stanął przed drzwiami śluzy. Poczuł się staro i tak cholernie samotnie.

– Żadnych trudnych tematów? – westchnął. – To niby co mam jej powiedzieć? Tabliczkę mnożenia? A tak, zapomniałem, jestem najbardziej rozrywkowym facetem świata! Powodzenie u kobiet mam wręcz legendarne i te niekończące się imprezy w Wylęgarni Feniksów! Sympatycznych tematów do pogawędki będzie, cholera, co niemiara!

Zgrzytnął zębami.

„Po tym, co ją spotkało, mam jej opowiedzieć, że trzymam kilka zakazanych egzemplarzy vivernów? Że wyhodowałem jeszcze groźniejsze? To jak ofierze postrzału pochwalić się wynalezieniem dużo większej spluwy! Ech…”.

Wkroczył w namalowany na podłodze okrąg.

– Ian McLaurie do Uny McLaurie – powiedział głośno i wyraźnie i zastygł w oczekiwaniu.

Stał tak chwilę w kompletnej ciszy, bijąc się z myślami. Nagle okrąg zaświecił na zielono, na drzwiach śluzy pojawił się napis: „Ian McLaurie. Status: gość. Tożsamość potwierdzona. Witaj”. Przejście z cichym pyknięciem stanęło otworem.

Naszła go ochota, żeby odwrócić się i zwiać.

„To głupie. Panikuję jak dzieciak. Przecież to Una, moja młodsza kochana siostra. Ta sama fajna dziewczyna, tyle że w letargu. Nie da mi po gębie za to, że jej wtedy nie pomogłem. A zresztą nawet gdyby dała… Nieważne, co gadała Helen, Una pewnie mnie nawet nie usłyszy. Dobra, wejdę tam, przywitam się i… Szlag by to! O czym, do cholery, mam z nią gadać?! Gadać! Dobre sobie! Raczej prowadzić monolog. Że też dałem się Martine tak podpuścić!…”.

Zacisnął zęby i ruszył ku śluzie.

Po jakiejś minucie spędzonej w obłoku pachnącym bryzą morską Ian wkroczył do sali widzeń. Jej wnętrze urządzono bardzo przytulnie. Tapety w delikatne wzory, puchaty dywan na podłodze, wygodne, obite kremową skórą fotele i śliczny rzeźbiony stolik kawowy oraz niewielka biblioteczka – to wszystko miało udawać wnętrze salonu w zamożnym domu. W panelu wbudowanym w ścianę koło drzwi można było wybrać stosowną do upodobań muzykę albo włączyć lektora, który przeczyta książkę, czy odtworzyć śpiew ptaków, szum morza lub szczekanie ulubionego psa. Można też było zamówić napoje i przekąski, które chwilę później wyłaniały się z okienka przy stoliku. Udogodnień było co niemiara, tak by każdy mógł miło spędzić czas ze swoimi bliskimi. Jednak mimo przytulnego wystroju Ian się wzdrygnął. Ze zdenerwowania zaschło mu w ustach, oblizał je więc nerwowo. Poczuł się jak w kostnicy – i to przygnębiło go jeszcze bardziej – bo zobaczył, że w kompletnej ciszy, na specjalnym podeście spoczywa zupełnie niepasująca do otoczenia przezroczysta kapsuła. Do jednego z jej końców prowadziła wiązka jakichś kabli, rurek i przewodów. Znajdował się tam też panel błyskający kolorowymi lampkami, z pewnością podtrzymujący funkcje życiowe rezydentki.

– Cześć, Unnie – wyszeptał. Zrobił kilka kroków, zatrzymał się przy kapsule i z zaciśniętym gardłem spojrzał na siostrę. – Pamiętasz mnie? Ian, twój starszy brat. Helen, to znaczy doktor Gregorian, powiedziała, że wiesz o moich odwiedzinach.

Niewielka postać nawet nie mrugnęła. Tylko płytki oddech świadczył o tym, że żyje. Szeroko otwarte oczy, osłonięte specjalnymi przezroczystymi soczewkami zabezpieczającymi rogówkę przed wysuszeniem, wpatrzone były w jakiś punkt na suficie. A może tylko jemu tak się wydawało? Peruka z ciemnych krótkich włosów nieco krzywo przylegała do czaszki. Ian wiedział, że rezydentów depilowano dla lepszego utrzymania higieny. Una miała biały T-shirt, na czas wizyty zdeformowane pieluchą bokserki oraz starannie przycięte paznokcie rąk i stóp. Jej twarz i całe ciało były wychudzone i niemal białe. Nawet usta zupełnie straciły swoją zwykłą barwę. Zupełnie jakby przed chwilą dziewczynę wyjęto z zamrażarki.

„Ludzka roślina. Przeze mnie” – pomyślał z rozpaczą, patrząc na tę żywą rzeźbę.

– Dziś Święto Srebrzystych Kaganków, wiesz? – zagaił. – Pięćdziesiąte. Były fajerwerki. Takie, jak lubisz. Te złociste wyglądające jak deszcz spadających gwiazd i te czerwone, co to wyglądają jak połączone serduszka. Pojawiły się też nowe, takie cudaczne. Srebrzyste, w kształcie butelki ze strzelającym szampanem i parą kieliszków. Spodobałyby ci się, serio. – Rzeźba pozostała nieruchoma. Byle tylko zagłuszyć własne myśli, uczucia i wypełnić czymś tę potworną ciszę, zaczął teraz gadać jak nakręcony: – Szkoda, że nie widziałaś tego morza lampionów, światełek, lampeczek. Wyjątkowo okazałe w tym roku. Pięęęknie to wyglądało. A palatyn Ronenweth?… Nie miałaś okazji go poznać, a podejrzewam, że nie przypadłby ci do gustu. To jeden z tych zakompleksionych karierowiczów, co to dorwali się do władzy. Ech, ależ głupio gadał w tym roku. Wcześniej zresztą też. Uśmiałabyś się, jakbyś usłyszała te jego patetyczne tony. Piał jak jakiś nawiedzony kogut. – Uśmiechnął się na to wspomnienie, lecz zaraz rozejrzał się ukradkiem po sali.

„Co ja plotę?! Całkiem mi odbiło? Tego brakuje, żeby ktoś o tym doniósł. Ależ Martine miałaby kłopoty!”.

Chwilę nasłuchiwał, czy nikt nie nadchodzi. Kiedy jednak nic się nie wydarzyło, odetchnął z ulgą, a potem wpatrzył się z miłością w twarz Uny.

„Ależ ona mizerniutka – pomyślał, kładąc dłoń na kapsule w miejscu, gdzie znajdowała się głowa siostry. Pogładził przezroczystą taflę. – I to ma być życie? Regulowane dopływem odżywki, porą kąpieli, wymianą pieluch? A tak dobrze się zapowiadała… Kto wie, gdyby udało jej się ukończyć tę Szkołę Tańca przy Archikatedrze, może to ją oglądałbym tańczącą Świątynnego Walca… Mogła tak wiele osiągnąć”.

Sapnął kilkakrotnie i nieco szybciej zamrugał. Bardzo starał się trzymać emocje na wodzy, ale szło mu coraz gorzej.

„Ta cisza! Oszaleję przez nią!”.

– Zagrać ci coś? – Wcale nie oczekiwał, że Una mu odpowie. Palce szarpnęły materiał kombinezonu na piersi, z którejś z wewnętrznych kieszeni dobyły niewielki stary metalowy flet poprzeczny. – Wiem, że lubisz tę balladę – szepnął.

Przyłożył instrument do ust, zamknął oczy, pozwolił muzyce popłynąć. Wraz z lirycznymi dźwiękami nadpłynęły też wspomnienia wspólnych zabaw w ogrodach rezydencji matki, ognisk, przy których zasypiali pod rozgwieżdżonym niebem, gdy przebywali na farmie ojca. Magicznych powieści, które Treller snuł, gdy walczyli z sennością, resztkami sił wpatrzeni w iskry strzelające w granatową kurtynę niebios. Wspomnienie zapachu ogniska, ale i cytrusów hodowanych przez Martine w jej oranżerii czy bułeczek z rodzynkami, które piekła dla nich wiecznie uśmiechnięta kucharka. Ryków samic vivernów nawołujących młode, szumu strumieni płynących opodal farmy. Ech, szczęśliwe było to dzieciństwo. Gdy ostatnia nuta przebrzmiała, Ian otworzył oczy. Grzbietem dłoni otarł mokry od łez policzek.

– Wiem, to było beznadziejne. – Wysilił się na uśmiech, choć nie było mu wesoło. – Ostatnio rzadko gram. Roboty przy zwierzętach sporo. Poćwiczę, obiecuję – mruknął i pomyślał, że zamiast znów pastwić się nad fletem i własnymi emocjami, puści Unie jakąś nastrojową muzykę.

W zdenerwowaniu wybił na panelu nieodpowiedni kod. Sekundę później z głośników wbudowanych w ściany popłynęły odgłosy ryczących zwierząt. Nie, to nie były viverny, tylko zwykłe lwy, jednak to wystarczyło, by przeraził się nie na żarty.

Spanikowany zaczął wciskać kolejne przyciski, jak popadnie. Teraz ryki lwów zastąpiła jakaś dzika rąbanka rockowa, a po sekundzie pomieszczenie wypełniło się śpiewem Chóru Archikatedry. Zdało mu się, że całą wieczność toczył walkę z tym diabelskim urządzeniem. W końcu rąbnął pięścią w przycisk „stop” i głośniki zamilkły.

Doskoczył do kapsuły. Zupełnie jakby spodziewał się, że Una zerwie się i ucieknie z krzykiem. Nic takiego nie nastąpiło.

„Ian, ty idioto! – zrugał się jeszcze w myślach. – Co ty wyrabiasz?!”.

Pochylił się nad kapsułą, a jego dłonie zaczęły intensywnie ją gładzić. Usta wypuściły słowa, które do tej pory tłukły się jedynie w umęczonym umyśle.

– Una, maleńka, tak cholernie mi przykro – wykrztusił. Łzy zabębniły o przezroczystą taflę kapsuły. – Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałbym odwrócić wszystko, co zaszło tamtego dnia. Niech to szlag! Chciałem ci tylko pokazać przychówek. Gdybym wiedział, że tamten idiota był pijany… Że nie domknął zagrody… Gdybym cię wtedy nie poprosił, żebyś poczekała… Jak jakiś durny małolat chciałem się popisać. Pokazać, jaki jestem niesamowity, jak potrafię obłaskawiać viverny, jaki ze mnie zafajdany sławny hodowca. Byłem takim egocentrykiem, takim egoistą. Chciałem ci zaimponować. Chciałem, żebyś mnie podziwiała. Mnie, a nie Russella. Una, ja… A teraz ty leżysz tu. Sama. – Pociągnął nosem, rękawem kombinezonu otarł mokrą twarz. Zszokowany wybuchem własnych emocji stał i wpatrywał się w siostrę, jakby szukając potwierdzenia w niewidomym spojrzeniu, że dotarły do niej jego słowa, że zrozumiała i wybacza. Tak dawno temu chciał to zrobić. Przy każdej wizycie zawsze mu ktoś towarzyszył. Lecz dziś był tutaj sam. – Wybacz… − wyszeptał jeszcze.

Nagle usłyszał cichy gong. Poderwał głowę. Nad drzwiami wyjściowymi zapalił się zielony napis: „Czas wizyty upłynął; prosimy o opuszczenie sali widzeń. Dziękujemy za odwiedziny i zapraszamy ponownie”. Jeszcze raz pociągnął nosem, a grzbietem dłoni wytarł mokre policzki.

– Jeśli mnie słyszysz, to wiedz, że cię kocham, mała. Mam nadzieję, że nie cierpisz i że wybaczysz głupiemu bratu. Wrócę tu pojutrze, jak tylko święto się skończy. Postaram się być dłużej i nie spartolić nic z tym cholernym panelem muzycznym. I postaram się nie beczeć jak jakiś kretyn. Przyrzekam. Cześć, maleńka…

Odwrócił się na pięcie i ponownie stanął w wyznaczonym okręgu. Nie zobaczył stamtąd, że z prawego oka Uny spłynęła łza, choć ciało dziewczyny pozostało nieruchome.

Powiedział: „Ian McLaurie, koniec odwiedzin” i drzwi się otworzyły. Przejście przez śluzę w drugą stronę zajęło mu zdecydowanie mniej czasu. Dużo wolniej przemierzał wiodący przez ogród przeszklony tunel. Chciał przyjrzeć się granatowemu niebu i strugom deszczu spływającym po ścianach. O dziwo, poczuł się lepiej. Jakby to nagłe katharsis zdjęło z jego ramion nagromadzony przez lata ciężar.

Wrócił do budynku głównego. Znów nie zastał tu nikogo. Przemierzał opustoszały korytarz, myśląc, jak to dobrze, że wybrał na porę odwiedzin świąteczny wieczór, gdy wszyscy zajęci są imprezowaniem.

„Rozkleiłem się jak jakaś małolata. Dobrze, że nikt nie widział, jak robię z siebie widowisko. Pojutrze. Wrócę tu. Tym razem będzie inaczej. Muszę się dowiedzieć od Helen, jak można ludziom takim jak Una zapewnić trochę rozrywki. Może przez te lata wymyślili coś nowego?”.

Zerknął na zegarek.

„Wylęgarnia Feniksów! Chłopaki na pewno już czekają. Po co się z nimi umawiałem? Przecież czułem, że nic z tego nie wyjdzie. Nie po tej wizycie. Zajrzę tylko do Trellera i…”.

Z zamyślenia wyrwały go czyjeś słowa dobiegające zza jednych z uchylonych drzwi opatrzonych napisem „sala ćwiczeń”.

Ian zatrzymał się, zerknął do środka i zamarł z wrażenia. Zobaczył spory metalowy stół, dookoła którego stało kilka osób w uniformach, jaki widział u Helen. Każda z tych istot miała dodatkowo ciemnozielony czepek na głowie, twarz osłoniętą maseczką i chirurgiczne rękawiczki. Ale przyczyna szoku Iana leżała NA STOLE. Był to bardzo przystojny mężczyzna, na oko czterdziestoletni, z długimi ciemnymi włosami, całkowicie nagi. Sześć palców u stóp, armilla z drobniutkich kryształków górskich wyglądająca jak wtopiona w skórę dookoła ramienia oraz lekko szpiczaste uszy nie pozostawiały wątpliwości, kim był ów nieszczęśnik.

„Elf? Niemożliwe!”.

Starsza kobieta, w której Ian rozpoznał… Helen Gregorian, właśnie pochylała się nad denatem. Pęsetą wskazała jakieś tkanki we wnętrzu zwłok.

– O, a tu jest, zobaczcie, gruczoł Greniera odpowiadający za?… No, kto powie? Może panna Dreyer?

– Za długowieczność. – Niska kobieta o nieco skośnych oczach natychmiast weszła jej w słowo. – Wytwarza kilka hormonów zwanych mieszanką młodości, dzięki której elfy były długowieczne. U niektórych ten gruczoł osiągał rozmiary dużej śliwki, sprawiając, że jego posiadacz był niemal nieśmiertelny i…

– Dziękuję, panno Dreyer. Ściśle rzecz biorąc, to tylko jeden z dodatkowych gruczołów, jakich ludzie nie posiadali. Inne gruczoły? Ktoś wie? Panie Arbagayev, może pan?

Wywołany do odpowiedzi chudy blondyn zgarbił się, zerknął spode łba.

– Znów nic? Przypominam panu, że zaliczenie tuż-tuż. Taryfy ulgowej nie będzie – fuknęła niezadowolona. – Cóż, wróćmy do pana X. – Wskazała zwłoki i znów wszyscy skupili się na zmarłym mężczyźnie.

W tym momencie Ian niechcący trącił drzwi. Zacisnął szczęki, gdy usłyszał ich skrzypienie. Cała grupa natychmiast zwróciła się ku wejściu. Zobaczył zmarszczone brwi Helen, a potem dobiegł go odgłos jej kroków.

– Ian?

– Nie miałaś być w Palatium?

– Nagła zmiana planów. Profesora O᾿Leary dopadło jakieś choróbsko i poprosił o zastępstwo. Znasz profesora? Zwykle to on prowadzi te zajęcia. Ale jak widzisz, dziś ja nauczam. – Puściła do niego oko, a on odetchnął z ulgą, bo już był przekonany, że zbierze baty za podglądanie. – W Palatium jest Andrea Gillner, koleżanka, z którą miałam mieć dyżur. Jeden lekarz na takim przyjęciu to aż nadto – dodała ze śmiechem. – Zresztą za pół godziny koniec zajęć z tymi, pożal się Boże, doktorami i dołączę do Andrei. A ty? Co tu robisz? Pomyliłeś korytarze? Jak było u Uny? Mam nadzieję, że nie zdenerwowałeś jej niczym…

– Oon jest… prawdziwy?! – wykrztusił Ian, ciągle nie mogąc uwierzyć w to, co widzi. – Znaczy się, ten elf na stole. Jakim cudem?! Zniknęli tak dawno temu. Skąd?!…

Helen szybko zamknęła drzwi.

– Fajne teraz robią manekiny, co? – Znów zachichotała. – Muszą być realistyczne i widzę, że są, skoro zmyliły kogoś takiego jak ty: osobę mającą częsty kontakt ze zwłokami. I o TO CHODZI – dodała z naciskiem i kilkakrotnie dźgnęła go palcem w pierś. – O realizm. Prawdziwy elf dawno by się rozpadł, pamiętasz? Ta grupa tam – wskazała kciukiem za siebie – robi specjalizację. Szkolą się w anatomii patologicznej. Niestety, ci konkretni do najbystrzejszych nie należą, stąd te dodatkowe zajęcia.

– Wieczorem? Sekcja zwłok elfa w Święto Kaganków?! – wyszeptał z niedowierzaniem i lekkim niesmakiem.

– Pora dobra jak każda inna – prychnęła i wzruszyła ramionami. – Wiesz, jaki my tu mamy napięty grafik? Zresztą O᾿Leary dostał wszelkie zezwolenia. To były jego zajęcia, przypominam ci. Ja go tylko zastępuję. Jasne, wolałabym teraz degustować homary w Palatium, ale co poradzę? Taki zawód…

– Ale po co im wiedza o istotach, które wyginęły pięćdziesiąt lat temu? Zwłaszcza że mają być patologami, a nie leczyć – nie dawał za wygraną Ian.

Spojrzała na niego ze znużeniem, jakby żądał tłumaczenia rzeczy oczywistej.

– Wybacz, Ian, wiem, świat nie składa się wyłącznie z lekarzy, ale gdy się ma tyle dyżurów i pacjentów co ja, łatwo o tym zapomnieć. Jesteś laikiem, więc postaram się wytłumaczyć najprościej, jak umiem. Nie, wcale nie myślę, że jesteś głupi… – pospieszyła z przeprosinami na widok jego miny. – O matko! Muszę częściej udzielać się towarzysko, bo strzelam gafę za gafą…

– No to po co ich szkolicie? – wpadł jej w słowo, zanim zeszła z tematu.

– A tak, szkolenie… – Odetchnęła z ulgą, wiedząc, że się nie gniewa. – Nie uczymy tak dogłębnie wszystkich lekarzy. Studenci dostają tylko namiastkę wiedzy o elfach. Same podstawy, rozumiesz… Resztę przekazujemy właśnie na specjalizacjach. Pytasz po co? Czy to nie oczywiste? Na WSZELKI WYPADEK. Wyobraź sobie, że jesteś lekarzem. Pracujesz w dużym szpitalu. Codziennie stykasz się z wieloma pacjentami. A teraz wyobraź sobie bardzo groźną, teoretycznie dawno temu zwalczoną chorobę. Któregoś dnia ona nagle się pojawia, a ty nie rozpoznajesz objawów, bo nikt cię do tego nie przygotował. W efekcie umierają miliony ludzi…

– Helen! A co to w ogóle za porównanie?!

– No dobra, racja, beznadziejne, ale z grubsza chodzi o to, żeby umieć rozpoznać elfa i mieć tyle wiedzy, by udzielić mu pomocy, gdyby jakimś cudem się pojawił.

– Albo sprawnie go pokroić?

– Albo kompetentnie wykonać sekcję zwłok, gdyby zaszła taka potrzeba – poprawiła go stanowczo. – Zgoda, to strata kilku godzin w programie nauczania, ale taki ten program jest. Nie zmienia się od lat i, z tym jednym wyjątkiem, to bardzo dobry program.

Lekko zirytowana zerknęła na zegarek.

– Pokazałabym ci, o co w tym wszystkim chodzi, ale oni mogliby… – Znów wskazała drzwi do sali wykładowej. – Nie miałam prawa dać ci dziś zgody na odwiedziny u Uny. Rozumiesz…

– Jasne! W porządku. Wybacz te wszystkie pytania. Trochę zaskoczył mnie widok pana X – dodał z uśmiechem. – Nie zabieram ci więcej czasu. Aha, pojutrze chciałbym znowu wpaść do Uny. W normalnych godzinach odwiedzin – zapewnił szybko. – Zastanawiałem się, jak mógłbym uprzyjemnić jej tę wizytę. Masz jakieś pomysły?

– Poza łaskotaniem rozżarzonym piórkiem feniksa po stopach?

– Cco?!

– Wybacz, to taki tutejszy beznadziejny żart. Jak ktoś pyta, jak wybudzić rezydenta albo umilić mu życie, odpowiada się…

– …połaskotać piórkiem feniksa po stopach. Okej, załapałem, ale mam nadzieję, że tego nie robicie. Macie leczyć, a nie znęcać się. – Puścił do niej oko i uśmiechnął się, a potem już całkiem poważnie dodał: – A tak serio?

– Puść jej ulubioną muzykę albo poczytaj.

„Wiedziałem, że tak powie”.

− Miłego wieczoru, Helen.

Skinął kobiecie głową i ruszył ku wyjściu. Gregorian patrzyła chwilę za jego oddalającą się sylwetką, a potem wróciła do sali wykładowej.

Drzwi sterowane fotokomórką wypuściły go na zewnątrz. Właśnie przestało padać. Ian obejrzał się za siebie. Chwilę patrzył na budynki hospicjum, po czym włożył ręce do kieszeni, niespiesznie przemierzył mokry granitowy chodnik i wyszedł na główną ulicę.

Powoli zapadał mrok. Uliczne latarnie zapłonęły niczym chmara przerośniętych świetlików, złocistym światłem zalały deptaki i skwery. Ciepły świąteczny wieczór był wymarzoną porą do rodzinnych spacerów. Ian minął grupę nastolatków dyskutującą zawzięcie o dzisiejszych zawodach i obstawiającą jutrzejsze wyniki.

Zamyślony ruszył ku pawilonom wystawienniczo-sportowym z postanowieniem, by przed snem sprawdzić jeszcze stan zwierząt i pogadać z Trellerem. Po drodze odkłonił się jakiemuś starszemu panu wyprowadzającemu owczarka na wieczorny spacer, przelotnie spojrzał na małżeństwo z płaczącym niemowlakiem w wózku.

Dwie przecznice dalej, niemal u samego celu, nagle usłyszał czyjś krzyk. Spojrzał na drugi koniec ulicy. Jakiś mężczyzna, tak dziwnie znajomy, wrzeszczał jak opętany, coś wskazywał, czegoś żądał?… Ian odwrócił się w stronę wskazywaną przez faceta. Zdumienie sprawiło, że uniósł brwi. Następną rzeczą, jaką ujrzał, była lufa niewielkiego rewolweru wyjętego przez ciężarną kobietę wprost… z jej brzucha?!

„Na Onyksową Harfę! Co do chole…?”.

Ian na sekundę czy dwie zastygł w bezruchu, a wtedy kobieta… posłała mu uśmiech, mrugnęła i nacisnęła spust. Poczuł ostry ból w klatce piersiowej. Zatoczył się, odruchowo przycisnął rękę do torsu, kaszlnął.

Krzyczący mężczyzna też wyciągnął broń, wycelował i wypalił w kierunku napastniczki.

„To się nie dzieje. To się nie dzieje NAPRAWDĘ!”.

Spoglądał z niedowierzaniem to na kobietę, to na faceta, to na… własną pierś coraz obficiej broczącą krwią. Instynkt podpowiadał mu, że trzeba wiać, ale masywny upływ krwi już niemal całkowicie go obezwładnił. „Ciężarna” nadspodziewanie sprawnie doskoczyła do niego. Zdążyła go trafić jeszcze dwa razy, nim obcy mężczyzna strzałem wytrącił jej broń, raniąc poważnie w ramię. Zdrową ręką dobyła kolejną spluwę ukrytą pod rozcięciem tuniki, na udzie. Odpowiedziała tamtemu zdumiewająco celnym gradem kul. Czas zwolnił. Sekundy zdawały się przeciągać w godziny.

Kanonada strzałów ogłuszyła Iana. Kule wyrywały płaty tynku w ścianie pobliskiej kamienicy, ryły dziury w pniu dorodnego kasztana, odbijały się od chodnika. Pierś rwała niczym po uderzeniu młotem. Ianowi coraz trudniej było oddychać. Ostatkiem sił osłonił głowę ramionami. Skulił się. Kolejny strzał ranił go w bok i jeszcze jeden w udo. Coraz mocniej wirowało mu przed oczami. Chciał ukryć się za najbliższym murkiem. Nie zdążył.

Kolana boleśnie uderzyły o bruk. Za nimi osunęło się jego ciało. Jacyś ludzie wrzeszczeli, owczarek skamlał jak opętany. Ian ujrzał podeszwy butów uciekających napastników. Spojrzał w ciemniejące niebo.

„Już nie odwiedzę Uny. A chciałem… Mam nadzieję, że po drugiej stronie jest coś więcej niż mrok, chłód i samotność…” – pomyślał jeszcze i stracił przytomność.

Minutę czy dwie później wycie syren zaanonsowało przybycie karetki reanimacyjnej w asyście policji. Kiedy jednak ratownicy dotarli do mężczyzny w ciemnym kombinezonie, leżącego w kałuży wciąż niezakrzepłej krwi i otoczonego tłumem gapiów, jedyne, co mogli zrobić, to stwierdzić zgon. Po dwojgu napastnikach nie było już śladu…

* * *

„Dziś w słynnej nekropolii archikatedralnej, gdzie chowani są możni i zasłużeni tego świata, odbył się pogrzeb Iana McLauriego oraz jego matki, słynnej filantropki i bizneswoman, Martine McLaurie. Ian McLaurie zginął tragicznie w pierwszy dzień Święta Srebrzystych Kaganków, gdy wracał z odwiedzin u swej siostry Uny McLaurie będącej w śpiączce w Instytucie Medycznym.

Wskutek fatalnego zbiegu okoliczności mężczyzna stał się przypadkową ofiarą napadu ulicznego. Relacje naocznych świadków są sprzeczne. Podejrzewa się, że próbowano obrabować młodą ciężarną kobietę. Ta została ranna, jednak zdołała uciec. Jej los pozostaje nieznany. Niestety napastnika także nie odnaleziono. Dochodzenie policyjne, mające wyjaśnić zajście, nadal trwa. Ian McLaurie zginął na miejscu.

Na wieść o śmierci syna zrozpaczona Martine McLaurie targnęła się na własne życie. Znaleziono ją z raną postrzałową głowy w jej ekskluzywnej rezydencji w Dzielnicy Gajów Oliwnych. Przy jej zwłokach znajdował się list pożegnalny. Opinia publiczna pamięta zapewne tragiczny w skutkach incydent sprzed kilku lat, mający miejsce także w czasie świąt, w trakcie którego uwolniony ogromny vivern diabelski zabił kilkoro ludzi, w tym młodszego syna pani McLaurie, Russella. W tamtym wypadku została także bardzo ciężko ranna Una McLaurie. Najwyraźniej utrata wszystkich dzieci była ponad siły pani McLaurie.

Iana McLauriego oraz jego matkę pochowano w grobowcu rodzinnym. W ostatniej drodze towarzyszył im mąż i ojciec, słynny hodowca vivernów i feniksów Treller McLaurie oraz przyjaciele i znajomi rodziny z palatynem Ronenwethem na czele.

Rodzina McLauriech znana była ze swej działalności charytatywnej, z umiejętnego łączenia biznesu z filantropią oraz żarliwego patriotyzmu. W osobie Iana i Martine McLauriech nasza społeczność utraciła właśnie dwoje wspaniałych i bardzo wartościowych ludzi. Będzie nam ich brakowało…”.

Chudy mężczyzna o szarych długich włosach założonych za uszy skończył czytać artykuł. Odłożył gazetę na stolik. Spojrzał na niewielkiego srebrzystego feniksa siedzącego na żerdce obok stolika. Pogładził go po głowie. Ptak przymknął oczy, nadstawił szyję do głaskania, zakwilił. Maleńkie piórko spadło na metalową podstawkę i natychmiast spłonęło.

„Tak musiało być…” – pomyślał szarowłosy.

Od strony drzwi dobiegło go ciche chrząknięcie.

– Wszyscy czekają…

– Idę – powiedział, nawet nie patrząc na asystenta. Jeszcze raz zerknął na feniksa, zacisnął usta i ruszył ku drzwiom.

II

RICHARD

To mówił pan, panie Dee-Zander, że czym się zajmuje? – Chudy, przygarbiony mężczyzna sondował wzrokiem rozmówcę.

Richard rozejrzał się po salonie domu, który zamierzał wynająć, ignorując wścibskie spojrzenia. Po chwili jednak dał za wygraną.

– Nie mówiłem.

Jeśli miał nadzieję, że tym sposobem zakończy temat, był w grubym błędzie.

– A sprowadza pana do nas?… – Mężczyzna z namaszczeniem poprawił okulary bez oprawek na swym haczykowatym nosie i teraz gapił się na niego już całkiem bezceremonialnie.

Richard założył za ucho kosmyk półdługich, jasnobrązowych, postrzępionych włosów. Oczy koloru palonych ziaren kawy zerknęły na staruszka łagodnie. Próbował uśmiechnąć się szczerze, serdecznie, nieco melancholijnie. Jednak tylko jego głos – zbyt wysoki jak na faceta – zabrzmiał ciepło, gdy odparł:

– Jestem, jak to mówią, wolnym strzelcem. Zamożnym, choć staram się tym nie afiszować – podkreślił, by rozwiać obawy, czy będzie go stać na czynsz. Dostrzegł cień zainteresowania, więc ciągnął: – Mógłbym nie pracować, ale po prostu to lubię. Żona twierdziła, że jestem pracoholikiem. Robię różne rzeczy. Czasem napiszę artykuł dla gazety, zrobię reportaż z targów czy Święta Kaganków, a czasem fotografuję. Wie pan, zdjęcia do magazynów, takie rzeczy. Jednak etat to coś zupełnie nie dla mnie. No i uwielbiam podróże.

– A tu będzie pan…?

– Spacerował po górach, zwiedzał okolice, ale głównie kończył jeden projekt. Termin mnie goni, więc potrzebuję spokoju. I tak już jestem spóźniony, bo po śmierci Annie, żony… Rak, rozumie pan… – zawiesił teatralnie głos.

Staruszek spojrzał na niego ze współczuciem a on, rozbawiony, pomyślał, jak zadowolona byłaby pani Evangeline, słysząc, ile kłamstw wyczarował na poczekaniu.

– Tak mi przykro…

Ech, ci agenci nieruchomości. Wścibscy i zawsze doskonale zorientowani w sytuacji. Richard miał świadomość, że do wieczora wszyscy w Fenaby będą równie dobrze poinformowani o jego osobie jak tu obecny Benedict Smithard, nazwany przez niego z powodu wyglądu Panem Sępem. Skwitował słowa mężczyzny kolejnym smutnym uśmiechem i natychmiast wrócił do oglądania domu.

Pamiętał, jak jadąc swoją terenówką drogą wzdłuż brzegów jeziora, przyglądał się tym nielicznym willom usytuowanym tuż nad taflą wody. Wśród tych kilku zamożnych rezydencji dostrzegł niepozorny budynek wzniesiony ze zwykłych drewnianych bali, starannie ukryty pośród drzew. Pomyślał wtedy, że jeśli okaże się niezamieszkany, stanie się jego azylem i kwaterą główną. Szczęście zdawało się mu sprzyjać, bo gdy tylko dotarł do miasta i zapytał Smitharda o możliwość wynajęcia jakiejś posesji na uboczu, przy jeziorze, ten natychmiast zaproponował mu upatrzoną willę. Teraz – stojąc pośrodku prosto urządzonego salonu z kominkiem i panoramicznymi oknami, za którymi rozciągał się kiczowaty, lecz boski widok na jezioro okolone górami – mimowolnie westchnął z zachwytu. W jednej z przeszklonych ścian dostrzegł wyjście na taras wraz ze schodami wiodącymi wprost nad brzeg i niewielki pomost dla łodzi.

Pan Sęp ochoczo zachwalał dom. Lecz nawet gdyby milczał, a budynek był ruiną nienadającą się do wynajęcia, Richard i tak by w nim zamieszkał. Jednak Smithard nie musiał o tym wiedzieć. W następnych minutach tłumaczył, ile wynoszą opłaty, jak działa ogrzewanie, gdzie mieści się główny zawór wody, gazu, liczniki prądu, linia telefoniczna, dostęp do pozostałych mediów. Pokazał niezbyt nowoczesną i trochę zakurzoną kuchnię, łazienki z niemodnymi kafelkami, przytulne sypialnie. Jeszcze nie wiedział, że on wybrał już tę nad tarasem. Najprostszą, bez luksusów. Jako jedyna sypialnia ta posiadała niewielki balkonik. Niezły punkt widokowy.

„Na Onyksową Harfę! Mógłbym spać w PRAWDZIWYM łóżku! Nie, to głupi pomysł!”.

W końcu Pan Sęp zamilkł w oczekiwaniu na reakcję klienta. Richard zmarszczył brwi. Rozejrzał się wokół, jakby ważył za i przeciw. Wiedział, że za dom – choć długo musiał stać pusty i wymagał odświeżenia – czynsz będzie zapewne niemały, a Smithard dostanie z niego prowizję. Potrzymał jeszcze chwilę faceta w niepewności, po czym powiedział:

– Tak, to dokładnie to, o co mi chodziło. Piękne widoki, duży taras z grillem, cisza, spokój. Fidel i Radar będą szczęśliwe.

– Fidel? Radar?

– Psy. Rozumiem, że ich obecność nie będzie stanowiła problemu?

– Najmniejszego. Co to za rasa? Nie widziałem ich z panem. Przywiezie je pan później?

Pokręcił głową i uśmiechnął się.

– Są w samochodzie. Mastif i chihuahua. Żona miała do nich słabość. Też byłem zdziwiony, że mastif potrafi zakumplować się z takim maluchem, ale Annie wychowała je od szczeniaków i teraz świata poza sobą nie widzą – kłamał jak z nut. – Pewnie śpią jak zabite. Podróż zawsze je usypia. Chce pan je zobaczyć? To chodźmy. Zwłaszcza że chyba musimy wrócić do pańskiego biura podpisać parę dokumentów. Rozumiem, że mogę wprowadzić się zaraz?

Po chwili stali już koło wozu. Richard nacisnął guzik, a wtedy dach posłusznie zaczął się składać. Jego terenówka, mimo że wprowadził w niej sporo gruntownych przeróbek, nadal wyglądała niczym wierna kopia starodawnego jeepa willysa, najpiękniejszego gruchota dawnej armii amerykańskiej. I tak miało być. Gdyby zażądał dla siebie limuzyny, być może dostałby ją, ale po co kłuć w oczy ekstrawagancją czy bogactwem? W tej misji byłoby to więcej niż błędem, byłoby ekstremalnie głupie. Poza tym miał słabość do tego wozu, no i panowała moda na antyki, więc bez problemu wtapiał się w tłum sobie podobnych pasjonatów.

Dzięki usunięciu tylnych siedzeń w aucie mieścił się nawet taki pies – a właściwie suka – jak Fidel. Jasne, ciasno tam było jak cholera, ale czy zdołałby ją przekonać, by z nim nie jechała? Choćby miała zdechnąć, wykona rozkazy, jakie jej wydano. Teraz spojrzał na nią. Zwinięta w ogromny kłębek leniwie otworzyła jedno oko. Radar jak zwykle drzemał wtulony w jej szyję.

„Ciekawe, że zawsze ma tyle do powiedzenia, a jak przyjdzie co do czego, to taki z niego tchórzliwy maminsynek – pomyślał, patrząc na chihuahua. – Uważa Fidel za swego ochroniarza, czy jak? Zresztą kto tam wie, jakie układy łączą tych dwoje?”.

Suka zerknęła na Smitharda i udając, że ziewa, dyskretnie się oblizała. Richard ledwie dostrzegalnym gestem zakazał ataku, a ona zrozumiała, że mięsa z ludzi menu tym razem nie przewiduje. Dałby głowę, że zaraz strzeli focha. Uśmiechnął się dyskretnie na myśl o obrażonej Fidel. Pan Sęp chyba jednak coś zauważył, bo natychmiast zagadnął:

– Wszędzie je pan ze sobą zabiera? Musi być pan do nich mocno przywiązany.

– Jak wspomniałem, to jedyne, co zostało mi po żonie.

– Ten duży… To chyba pies do walk? – spytał tamten z niepokojem i odruchowo się cofnął.

– Nie jest niebezpieczny, jeśli o to panu chodzi. Przeszedł specjalny trening. Więcej kłopotu sprawiłby Radar, gdyby ktoś spróbował mnie napaść. Nie wyobraża pan sobie, jakiego potrafi narobić jazgotu. No i nie ma takich spodni, które oparłyby się jego zębiskom – zachichotał.

Wydało mu się, czy też Pan Sęp odetchnął z ulgą?

– Nie ma pan zbyt wiele bagażu. – Smithard spojrzał na torby na przednim siedzeniu.

– Jedyne, czego mi trzeba, to trochę spokoju przy pracy. No i ładnych widoków, a tych tu nie brakuje. Rozumiem, że wynajem na tydzień nie będzie problemem? Płacę z góry. Pewnie i tak skończę dużo szybciej, ale wolałbym mieć pewność, że w razie czego mam tę willę tylko do swojej dyspozycji.

– Tydzień, miesiąc, pół roku, ile pan zechce. W Fenaby czas nie gra roli. – Smithard się uśmiechnął.

„Dla kogo nie gra, dla tego nie gra” – pomyślał Richard.

Odetchnął głęboko powietrzem przesyconym zapachem sosen i rozejrzał się z zadowoleniem. W pewnej chwili, na którymś z zalesionych i usianych gdzieniegdzie głazami szczytów, dostrzegł na wpół zrujnowane zabudowania. Odrobinę za długo zatrzymał na nich wzrok, bo Pan Sęp rzucił lekko:

– Zapewne nadawałby się jako plan filmowy do kręcenia niezłego horroru.

Richard nie mógł oprzeć się wrażeniu, że widział już kiedyś te budowle.

– Niestety ten budynek nie jest do wynajęcia ani nawet na sprzedaż. Gdyby był, natychmiast sam bym go kupił i przerobił na hotel. Słyszałem, że jest tam wiele przepięknych pomieszczeń z niesamowitymi widokami na dolinę i jezioro, ale nigdy nie było mi dane ich zobaczyć – westchnął z żalem Smithard. – To klasztor. Ciągle zamieszkany, da pan wiarę? Kto by pomyślał: klasztor? W naszych czasach?! Ludzkość omal nie wymarła, elfy zaraza wybiła, a ci tutaj, jak na ironię, przetrwali. Wie pan, nigdy nie byłem specjalnie wierzący. Gdy elfy się ujawniły, to już w ogóle pomyślałem, że te wszystkie religie to jakaś jedna wielka bujda na jeszcze większych resorach. Ale teraz myślę, że coś w tym musi być. Patrz pan, setki lat ludzkiej historii, tyle religijnych prześladowań, wojen, kataklizmów, a oni przetrwali. Nawet elfy zaraza zeżarła, a klechom nic się nie stało. A ci tutaj? Niegroźni. Kilku nawiedzonych mnichów i paru nowicjuszy. Klauzura, więc pan tam nie wejdzie. Spokojnie, oni też nie będą panu przeszkadzali. Nigdy nie opuszczają tych swoich murów. Raz czy dwa w tygodniu wysyłają jednego z młodzików do miasta po sprawunki, a poza tym zachowują się, jakby ich tu nie było. Nawet mszy dla ludności nie odprawiają. Zupełnie nic.

– Hmm, ciekawe. No i rzeczywiście szkoda… – mruknął Richard. – Że nie da się tam wejść, oczywiście. Pewnie strzeliłbym kilka interesujących fotek – pospieszył z wyjaśnieniem.

Jeszcze tego popołudnia zaanektował upatrzoną sypialnię, jednocześnie pozwalając Radarowi i Fidel rozgościć się w strategicznych miejscach na parterze domu. Nikt od tych dwojga nie byłby czujniejszym wartownikiem. Wieczorem, leżąc w śpiworze rozłożonym na karimacie i podziwiając przez okno rozgwieżdżone niebo, delektował się kaszą z gulaszem z samopodgrzewającej się konserwy i myślał, jak wielkim jest szczęściarzem: wolnym od bólu, halucynacji, nieźle zakamuflowanym przed konstablami palatyna, na dodatek pławiącym się w luksusach.

– Taaak, ale wolność i cała reszta mają swoją cenę. Oby tylko były tego warte… – Ziewnął i jeszcze chwilę rozmyślał o następnym dniu, a potem o kolejnych. Czuł, że cena, którą przyjdzie mu zapłacić, nie będzie mała.

Nim na dobre zatonął w sennych marzeniach, doszedł do wniosku, że leki, jakie dostał od Evangeline, działają nadspodziewanie dobrze.

„Wyciszają mnie. Relaksują”.

To był niezbity fakt. Po nich nie miał już halucynacji, ataków paniki i tej – najgorszej chyba ze wszystkiego − chwiejności emocjonalnej, którą dobry psychiatra zdiagnozowałby pewnie jako chorobę dwubiegunową. Richard bywał bowiem idiotycznie odważny, innym razem strachliwy jak skunks. Nie potrafił tego kontrolować, jak wtedy na przykład, gdy będąc w Metropolii, postawił się bandzie katującej bezdomnego, by zaraz potem zwiać z krzykiem na widok lekarskiego kitla pracownika pogotowia.

„Te leki… Lepiej po nich sypiam. Jestem mniej nerwowy. Cokolwiek mówić o Evangeline, sporo jej zawdzięczam – pomyślał i znów szeroko ziewnął. – A więc przysługa za przysługę…”.

* * *

Było jeszcze szaro, gdy poczuł pacnięcie czegoś miękkiego o policzek. Otworzył oczy. Po nocy spędzonej na podłodze powinny go boleć wszystkie kości. Powinny, gdyby miał zwyczaj sypiać w łóżku. Przeciągnął się. Nad sobą zobaczył krawędź nietkniętego posłania i szybę okna wyglądającą, jakby ktoś oblał ją gęstym mlekiem. Mgła. Zerknął na szafkę. Stało na niej niewielkie etui zawierające budzik turystyczny wraz z kompasem i kilkoma przydatnymi drobiazgami. Piąta czterdzieści pięć. Błękitne cyfry nie pozostawiały wątpliwości, że czas wstawać.

– Dzień dobry, wasza wysokość – usłyszał drwiący szept. – Czy jaśniepanienka dobrze spała? Może przygotować gorącą kąpiel o ulubionym zapachu szyszek chmielowych?

Zdobył się na uśmiech, potarł dłonią powieki i odwrócił głowę w stronę, z której dobiegł głos.

– Dzień dobry, Fidel. Doceniam poczucie humoru, ale naucz się, kochana, że kąpiel ma być gorąca, piwo zimne i nigdy nie należy tych dwóch rzeczy łączyć.

Chciał poklepać ją po pysku, ale widząc jego rękę, suka gwałtownie się cofnęła.

– Rozleniwiłeś się! – warknęła. – Niech ci to nie wejdzie w nawyk. Robota sama się nie zrobi. A im szybciej się z tym uporamy…

Obrażona wyszła z pokoju, a jego natychmiast opuścił dobry nastrój wywołany snem, w którym pewne ciemne oczy zerkały na niego zmysłowo, a czyjeś usta, między jednym pocałunkiem a drugim, powtarzały bezgłośnie: „Riiichaaard”. Westchnął i już bez szemrania wyskoczył ze śpiwora.

Godzinę później wrócił z joggingu. Bieg wzdłuż brzegów jeziora obudził go na dobre, choć z powodu mgły nie zobaczył tak wiele, jak by chciał. Prysznic dodatkowo pobudził go do działania. Owinięty w kusy ręcznik, zostawiając za sobą kałuże ściekającej na posadzkę wody, wkroczył do kuchni. Przejrzał szafki w poszukiwaniu jakiegoś naczynia, w którym mógłby zagotować wodę na kawę.

– Nie prościej użyć ekspresu, bystrzaku? – dobiegł go cichy lekko zachrypnięty głos gdzieś spod okna.

– Fidel, serio nie musisz być taką suką – z mistrzowską wprawą odbił tę słowną piłeczkę. – Umiem obsługiwać ekspres, ale wolę tradycyjną kawę, zapamiętaj w końcu. Kochana, syntezatora głosu to ty za uprzejmość nie dostałaś. Pytanie tylko: za co?

– Pewnego dnia się dowiesz. Zaręczam. Nie zapomnij, że piję bez mleka. Pięć łyżeczek cukru. Ale najpierw włóż jakieś majty. Poranna kawa to najlepsza rzecz, jaka może nas spotkać w ciągu dnia. Nie psuj mi tej przyjemności przymusem oglądania twojego… – warknęła i, nie kończąc zdania, wyciągnęła miskę na środek kuchni.

– Masz jakiś kłopot z moim tyłkiem? – zachichotał.

– Nie, o ile nie jest goły.

– Fidel, kilka randek z jakimś miłym kundlem i zmieniłabyś zdanie na temat gołych męskich tyłków, niezależnie od gatunku samca, do jakiego by należały – odciął się ze śmiechem.

– Kilka sekund ociągania się i już nigdy nie będą ci potrzebne żadne majtasy – odparowała i wyszczerzyła zęby.

– O rany, randka z kundlem! To byłby hit… – Teraz już niemal rechotał i ocierał łzy ze śmiechu. Coraz bardziej wściekła mina suki podpowiadała jednak, że głupotą byłoby drążyć temat. – No co? Dobra, dobra, idę! Rany, znalazła mi się estetka!

Ale że dogryzanie Fidel stało się ostatnio jego ulubionym sportem i nie zamierzał tak łatwo jej odpuścić, wychodząc do łazienki po czystą bieliznę, niby przypadkiem upuścił ręcznik.

– Richard, do cholery! No nie przy kawie! – dobiegł go jej wrzask przez zamykające się drzwi.

– W każdym stadzie jest jakiś dowódca. W tym stadzie rządzi PAN Richard. Zapamiętaj, Fidel – mruknął pod nosem i uśmiechnął się na wspomnienie dowcipu, jaki dopiero co wywinął. Przez myśl przemknęło mu jednak, że powinien popracować nad własnym autorytetem. „Zmuszę te kundle do posłuchu. Pewnego dnia przestaną uważać mnie za łajzę i zaczną wykonywać polecenia. Moje, a nie jej…”.

Po paru minutach, odziany w bokserki, wrócił do kuchni i jak gdyby nigdy nic dokończył parzenie kawy. Rozkoszując się czarnym aromatycznym naparem, obserwował, jak Fidel z miną konesera chłepce swoją porcję. Radara nie było. Pewnie nadal spał w najlepsze. Właściwie powinien wabić się Suseł, jednak ani na imiona swoich towarzyszy, ani na fakt, że przydzielono mu ich do pomocy, Richard nic nie mógł poradzić.

– No to jaki mamy plan działania? – Fidel oblizała się wielkim jęzorem.

– My? Raczej ja. Rozpakuję nas, ale tylko to, co najpotrzebniejsze, bo zostaniemy tu dwa góra trzy dni. Potem pojadę do miasteczka. Tym razem polowania nie wchodzą w grę, więc będziemy potrzebować prowiantu – wyjaśnił szybko, widząc, że znowu zaczyna pokazywać kły. – A ty nie bądź taka narwana i nie obrażaj się. Pozwoliłem ci polować na postojach, gdy tu jechaliśmy, tak? Złowiłaś parę zajęcy, kuropatwę, a nawet małego jelonka? – O tamtym bezdomnym nawet wolał nie wspominać. – To się ciesz, bo na tym koniec. Nie tu, nie w tym miasteczku. Tak jak ostatnio obowiązują dyscyplina i dyskrecja. Jasne? Dlatego pojadę sam. Poza tym muszę się rozejrzeć, poznać okolicę, rozumiesz… Nie mogę działać bez planu. Wy w tym czasie nie wyłaźcie z domu. Ostatnie, czego mi trzeba, to skargi tutejszych na wałęsające się psy.

– Pani Evangeline nie będzie długo czekała…

– PAMIĘTAM. A z tego, co wiem, pani Evengeline i tak czeka już bardzo długo, więc jest bardziej cierpliwa, niż ci się wydaje! – Teraz to on zaczął się irytować. – Zresztą co taki pies jak ty może o tym wiedzieć?

– Nie jesteś pierwszym, któremu zleciła to zadanie – przypomniała. – Tym razem chce mieć pewność, że…

– …że nie umrę ani nie ucieknę z jej pieniędzmi przed wykonaniem zadania. Dlatego pozwoliła mi CIESZYĆ SIĘ twoim i Radara towarzystwem. Jakby co zagryziesz mnie, skonsumujesz i popijesz wodą ze źródełka. To też pamiętam – powiedział z przesadną słodyczą w głosie. – Fidel, wzruszające to twoje przywiązanie do pani Evangeline i jestem pod wrażeniem. Serio. Ale teraz ty zapamiętaj, że działam sam. Uznajcie w końcu, ty i Radar, pobyt tutaj za ekstra urlop, okej? Tym razem nie łaźcie za mną, nie szpiegujcie, nie wtrącajcie się. Udawajcie, że was tu nie ma, a wszyscy będą szczęśliwi.

Suka spojrzała na niego ponuro.

– Jeśli to spieprzysz…

– Omal nie spieprzyłem ostatnim razem, bo tak uroczo uparliście się mi pomagać! Nie rozumiesz?! To UMOWA. Między mną a panią Evangeline. Ona chce czegoś bardzo dla niej cennego. W zamian ja dostanę coś cennego dla mnie. Trzy artefakty już mam, tak? Został tylko jeden. Chcę to zrobić szybko, ale dajcie mi w końcu trochę luzu! Ech, czemu ja w ogóle tłumaczę takie rzeczy zwierzakowi?!…

* * *

UMOWA. Pamiętał ją bardzo dokładnie i do tej pory ekscytował się na jej wspomnienie.

W swej długiej i nieustającej wędrówce donikąd – którą raz nazywał Wielką Ucieczką, a innym razem Wielkim Poszukiwaniem – pewnego wieczoru dotarł swą terenówką na obrzeża Palatynatu, do sennego miasta o równie ospałej nazwie Sleepy Graves. Jego wygląd był aż nadto adekwatny do nazwy, a jednak wydawało się zbyt mroczne, by uznać je po prostu za dziurę zabitą dechami – jak trafnie zauważył, mijając rozpadające się kamieniczki zdobione ponurymi płaskorzeźbami. Nieoświetlone okna domów z jakiegoś powodu nasuwały mu skojarzenie z wypatroszonymi oczodołami nieboszczyków. Jedynie latarnie migotały, raz po raz oświetlając trupim światłem puste ulice. Jadąc, czuł ciarki na plecach i na próżno próbował pokryć swoją niepewność śmiechem. Nie zamierzał zatrzymywać się w Sleepy Graves. A przynajmniej nie na dłużej niż posiłek i nocleg. W małych miastach, gdzie wszyscy się znają, uciekinier i jednocześnie poszukiwacz zawsze staje się rozrywką dla znudzonych tubylców. Bo cóż może być bardziej interesującego od ploteczek o tajemniczym nieznajomym? A od tego do kłopotów droga zaskakująco krótka.

W końcu dotarł do motelu na skraju tego upiornego miasteczka i zasiadł w jego barze. Jak setki innych, tak i ten przybytek oferował to, na czym Richardowi zależało najbardziej: tani nocleg, niewyszukane żarcie, ale przede wszystkim anonimowość i dyskrecję.

W pierwszym odruchu zamówił podwójnego cheesburgera i stertę frytek. Zostawił je jednak nietknięte i skupił się na coli oraz odbiorniku telewizyjnym wiszącym na jednej ze ścian. Nadawane wiadomości były równie usypiające jak cała reszta. Jednak wsłuchał się w nie i przymknął powieki, by zapomnieć o bólu, jaki na podobieństwo wbijanego gwoździa zaczął rozsadzać mu czaszkę i wwiercać się w gałki oczne. Wiedział, że na proszki przeciwbólowe zdecydowanie za późno. Zawsze było za późno. Jednak mocna koncentracja na czymkolwiek innym dawała nikłą szansę na zapanowanie nad halucynacjami – tym makabrycznym clou programu – po których z reguły miał kilkugodzinną wyrwę w życiorysie. A ponieważ bardzo takich wyrw nie lubił, skupił się ze wszystkich sił.

„Multiinstrumentalistka Paola May᾿e-Gillian, która pół roku temu wydała oświadczenie, że z powodów zdrowotnych jest zmuszona przerwać trasę koncertową, poinformowała, że kończy karierę. Jej choroba okazała się poważniejsza, niż początkowo przypuszczano. To smutna wiadomość bo panna May᾿e-Gillian ostatnie dwa lata zachwycała nas swoim wykonaniem Świątynnego Walca w trakcie dorocznego Święta Srebrzystych Kaganków. Nie tracimy nadziei, że stan jej zdrowia jednak poprawi się i wirtuozka powróci na scenę”.

Na ekranie telewizora pojawiło się zdjęcie poważnej ciemnowłosej kobiety, ale zaraz spiker przeszedł do kolejnych wiadomości:

„Niemal rok po tragicznej śmierci Iana McLauriego, ostatniego potomka rodu McLauriech, śledztwo w sprawie jego zabójstwa zostało umorzone. Żmudne dochodzenie wykazało, że ten ceniony hodowca stał się przypadkową ofiarą gangsterskich porachunków. Na zwłoki sprawców natrafił przypadkowo grzybiarz przemierzający lasy na obrzeżach Metropolii. Wszystkie poszlaki wskazują, że w tamtym miejscu doszło do wzajemnej gwałtownej wymiany ognia, wskutek której bandyci ponieśli śmierć na miejscu. Badania potwierdziły, że to z broni jednego z nich zginął pan McLaurie. Niemal rok…”.

Mechanicznie, niczym automat, Richard powtarzał w myślach ten ostatni news. Nadal czuł ból, choć nie przybierał on już na sile, co było akurat pozytywnym symptomem. Za wszelką cenę próbował uspokoić oddech i szalone bicie serca. Wiedział, że jeśli mu się to nie uda, torsje sponiewierają ciało, a potem zapewne ocknie się, bogowie raczą wiedzieć gdzie, i będzie miał szczęście, jeśli w kiblu w tym barze. Kontrola oddechu. Jedyna dobra rzecz, jakiej nauczył się w Fallicznym Instytucie Udupiania Talentów – w skrócie FIUT – jak nazwał pogardliwie szpital psychiatryczny, w którym został zamknięty dawno temu. Ciemnoskóra, ogromna jak szafa lekarka o wdzięcznym imieniu Brenda była jedyną istotą, którą tam zaakceptował i której czasami słuchał. To ona nauczyła go sztuki medytacji i tych kilku sztuczek tak ułatwiających mu teraz życie. Jednak do tego, że na eksplozje bólu w głowie najlepiej służy mu kombinacja kofeiny z glukozą, doszedł już całkowicie sam, bolesną drogą znaczoną zwiedzaniem kolejnych muszli klozetowych w różnych dziwnych miejscach.

Tamtego wieczoru w motelu otwierał raz po raz oczy i popijając colę, wspominał „psychiatryczne czasy”, powtarzając sobie, że jeśli tylko się skupi… Ze stanu odrętwienia wyrwał go szczebiot jakiejś istoty, która bezczelnie dosiadła się do jego stolika. Zmęczony umysł mężczyzny zarejestrował dziwne czarne wyrostki sterczące z jej głowy na wszystkie strony, ogromne niczym oczy u owada, wargi ociekające krwią i chude odnóża zakończone umaczanymi we krwi pazurami.

„Skup się, Richard! Jej tu nie ma. To tylko kolejna halucynacja. Po prostu wywal ją z mózgu jak inne kreatury – zbeształ się w myślach. – Pokój. Muszę do niego dotrzeć, zanim… Na Onyksową Harfę, zaraz rzygnę!”.

Za wszelką cenę starał się zignorować dziwaczną trajkocącą postać.

„Odejdź” – pomyślał. Jego palce zabębniły o sfatygowane drewno blatu, wybijając rytm pewnego utworu.

Rzucił niecierpliwe spojrzenie istocie, która uparcie tkwiła po drugiej stronie stolika. Coś szczebiotała głupim, dziecinnym głosikiem i chichotała, klepiąc Richarda protekcjonalnie po dłoni, proponowała coś ewidentnie niemoralnego czy nielegalnego.

Spróbował wstać. Pomieszczenie zawirowało, a przed oczami pojawił mu się ocean złocistych błysków. Otarł napływające z bólu łzy. Wziął kolejny głęboki wdech, bo mdliło go coraz bardziej.

– Odejdź. Wracaj pod kamień, spod którego wypełzłaś, Lysso, bogini szaleństwa – szepnął niezbyt wyraźnie imię, jakie, zgodnie z zaleceniami Brendy, nadał tym kilku powtarzającym się halucynacjom.

Lekarka twierdziła, że jeśli oswoi i nazwie swój strach, a potem stawi mu czoła, zdoła odegnać omamy. I jak do tej pory najczęściej to się sprawdzało, choć czasem, jak w przypadku pewnej kobiety w ciemnych szatach, zwyczajnie tracił przytomność. Gdy ją odzyskiwał, pamiętał nie tylko ją, ale też bardzo szczegółowo wszystkie cierpienia, jakie mu zadała. Te wspomnienia doprowadzały go do szaleństwa.

Nie wiedział, co tym razem poszło nie tak. Niestarannie wypowiedział imię czy może zgubił rytm w utworze, który wystukał o blat? Przestało to być istotne, bo nagle zjawa wydarła się:

– Łajza?! Pod kamień?! Ja ci dam pod kamień, złamasie niemyty!

Dopiero w tym momencie Richard zorientował się w swojej pomyłce. To, co wziął za wyrostki, okazało się mnóstwem czarnych warkoczyków, ogromne oczy były zasługą powiększających szkieł kontaktowych, a ociekające krwią usta i pazury były po prostu efektem astronomicznych ilości karminowej szminki i takiegoż lakieru do paznokci.

Wykrztusił jeszcze „najmocniej przepraszam”, położył kilka banknotów na blacie. Zataczając się, ruszył do wyjścia. Ból głowy już niemal go zamroczył, a nudności podpowiadały, że najbezpieczniej będzie poszukać przytulnej muszli klozetowej. Wychodząc w mrok i chłód, ciągle słyszał, jak dziewczyna się piekli:

– Ken! Kenneeeth! Ten dupek nazwał mnie łajzą!

Ciężkie kroki, jakie rozległy się za jego plecami, nie wróżyły niczego dobrego. Gdy się odwrócił, zobaczył już tylko zbliżającą się w stronę własnej szczęki pięść ogromnego faceta, który mógłby grać trolla bez charakteryzacji. Nie ujrzał już jednak, jak napastnik ucieka w panice na widok… piaskowej chihuahua, która pojawiła się znikąd, przysiadła kilka metrów dalej i – jakby od niechcenia – warknęła.

Tuż za psem z mroku wyłoniła się delikatnej postury ciemnoskóra kobieta o włosach zaczesanych w gładki koczek. Podeszła do nieprzytomnego Richarda, odchyliła mu głowę i sprawdziła puls. Szybkim ruchem nastawiła złamany nos. Chrupnęło. Pewnie też nielicho zabolałoby, ale na swe szczęście Richard nie odzyskał przytomności. Nieznajoma sięgnęła dłonią do jego małżowiny usznej, strzepnęła palcami, a wtedy na uchu Richarda zawisła mikroskopijna niteczka zakończona niewielką klepsydrą. Kobieta nie dotknęła jej, a jedynie obejrzała uważnie przez podświetlaną lupę, którą dobyła z kieszeni żakietu. Następnie spojrzała na chihuahua, skinęła jej głową, a chwilę potem złapała Richarda za kołnierz skórzanej kurtki i bezceremonialnie, a co najdziwniejsze bez najmniejszych problemów, wrzuciła do jego własnego auta. Zaskakująco sprawnie, bez kluczyków, odpaliła samochód, ten zamruczał jak zadowolony kot i z impetem ruszył przed siebie, jakby znał na pamięć trasę.

Kiedy jakiś czas potem Richard się ocknął, dotarło do niego, że tylko jedno oko ma sprawne, a w miejscu nosa tkwi ogromna, rwąca niemiłosiernie bulwa. Oprzytomniał właśnie z powodu bólu, który dodatkowo potęgował jakiś dzieciak, dłubiąc mu pałeczkami kosmetycznymi w nosie! Richard wymamrotał przekleństwo i odtrącił ręce tamtego. Pałeczki rozsypały się na podłodze na podobieństwo krwawych bierek, ale granie w cokolwiek było ostatnią rzeczą, na jaką Richard miałby w tej chwili ochotę. Gówniarz musiał podzielać jego zdanie, bo zwiał, wrzeszcząc jak opętany: „Obuuudził się!”.

Mężczyzna jęknął. Ostrożnie usiadł. Zdrowym okiem zlustrował otoczenie.

„Ciąg dalszy omamów” – uznał, widząc, że siedzi na ekskluzywnej sofie ustawionej między kolumnami, pośrodku… niewielkiego gotyckiego kościółka! Tyle że ta halucynacja była aż nadto realna.

Wysmarkał do znalezionej w ręku chusteczki krwawą zawartość bulwy i natychmiast przestał się dusić. Zakaszlał, przełknął słodkawą od krwi ślinę. Ignorując ból, rozejrzał się raz jeszcze.

Cała nawa główna była wprost zalana światłem wpuszczanym do wnętrza przez bajeczne witraże w strzelistych oknach. Jednak zamiast ławek dla wiernych czy konfesjonałów pod ścianami ujrzał… wygodne sofy i fotele, jakie zwykle umieszcza się w salonach zamożnych domów. Przez schodki wiodące na ambonę można było dotrzeć na wąziutką galerię i dalej na półpięterko nad kruchtą, gdzie zapewne kiedyś mieściły się organy i miejsce dla chóru. Teraz jednak nawet z dołu można było dostrzec szafę, tremo i ogromne łoże. Zamiast obrazów czy płaskorzeźb na ścianach wisiało mnóstwo półek, stało też kilka szaf i kredensów zapełnionych klepsydrami wszelkich rozmiarów i kształtów. Niektóre puste, inne wypełnione najróżniejszymi płynami, a może gazami. Każda inna, każda niebanalna, począwszy od tych maleńkich, zbudowanych jakby z metalowej siateczki, aż po tę ogromną kryształową zajmującą ścianę między dwoma oknami. Zawartość tej ostatniej klepsydry podejrzanie bulgotała.

„Hmm… Jeśli to nie halucynacje, facet ma ciekawe hobby albo psychozę lepszą od mojej” – pomyślał.

Zerknął na kadzielnicę wiszącą koło jego głowy i wydzielającą słodki zapach. Poczuł go, więc uznał, że bulwa została odetkana dostatecznie dobrze, by mógł zamknąć usta i oddychać normalnie. Wciągnął aromat i natychmiast odczuł ulgę. Upojony cudowną wonią nie zauważył, że po chwili nos przybrał swój normalny kształt i kolor, opuchlizna z powieki zeszła, a ból minął. Rozejrzał się znowu. Kadzielnic też było podejrzanie sporo. I jakichś dziwnych rurek… może fletów? Zawieszone, gdzie tylko się dało, kołysały się miarowo.

„Nie ma migreny, więc nie ma halucynacji. Ciekawy ten dom – pomyślał Richard. – Właściciel rabuje okoliczne kościoły? Tylko po co?”.

Pogrążony w swoich domysłach, nie zauważył, że dwie kadzielnice są podobne. Różniły się tylko wielkością; każdą z nich zdobiły niepowtarzalne wzory, ale tylko jedna, ta znajdująca się tuż koło jego głowy, wydzielała intensywny żywiczny zapach.

Wiedziony ciekawością podniósł się i ruszył w stronę nawy poprzecznej oraz prezbiterium. I tam zaskoczenie na moment odebrało mu mowę, gdy ujrzał, że jeden koniec transeptu wypełnia niewielka oranżeria. Do jej wnętrza można było wejść przez małe, szklane drzwi. Richard zatrzymał się na chwilę, by nasycić oczy urodą tego miejsca. Wśród burzy roślinności i kilku meandrycznych alejek dostrzegł jedną większą, wiodącą przez kolejne drzwi w następnej szklanej ścianie na zewnątrz budynku.

„Genialne!”.

Richard wspomniał, jak jego wzrok padł na drugi skraj nawy poprzecznej. Ujrzał tam coś w rodzaju minibiblioteki połączonej z antykwariatem i pokojem muzycznym. Pod jedną ze ścian stał ciężki fotel, a obok, na stoliku o nogach rzeźbionych w motywy roślinne, chwiała się sterta książek i różnych papierzysk wyglądających na dość wiekowe. Było też kilka szaf wypełnionych mapami i zwojami tak starymi, że zrezygnował z ich dotknięcia w obawie przed zniszczeniem. Pod drugą ze ścian stał niewielki fortepian. Zdobiony kwiecistymi wzorami musiał być kiedyś piękny, lecz teraz łuszcząca farba nadawała mu żałosny wygląd.

„Interesujące. Niebanalna aranżacja wnętrz. Wszystko dopracowane, wypielęgnowane, masa bibelotów w artystycznym nieładzie. Ten, kto tu mieszka, ma oryginalny gust i sporo kasy, ale czemu zgadza się na śmierć tego instrumentu? Piękny ten fortepian. Szkoda, naprawdę go szkoda”.

Przeniósł wzrok na prezbiterium, gdzie teoretycznie powinien znajdować się ołtarz i tabernakulum, ale żadnej z tych rzeczy nie dostrzegł. Czemu wcześniej nie zwrócił uwagi na to miejsce? Przecież było centralnym punktem tego budynku.

A przynajmniej powinno być.

„Dobra, co my tu mamy?”.

Zerknął na niski, miedziany pojemnik stojący na podniesieniu ołtarza. Naczynie, wielkości dwuosobowej wanny o dziwacznych zdobieniach i kolistych uchwytach przechodzących przez otwarte paszcze jakichś zwierząt, najwyraźniej stanowiło ochronę dla… ogromnego brunatnego kołtuna?!

„Co u licha?!”.

Podszedł bliżej. Ze zmarszczonymi brwiami uważnie zlustrował zasuszone kłaki. Bezwiednie dotknął ich koniuszkami palców − spoconych z wrażenia i ciągle brudnych od własnej krwi palców! Kropelka mieszaniny zwilżyła to przedziwne sianko, a ono w sekundzie nabrało soczyście zielonych odcieni, rozprostowało się, zadrżało i wydało z siebie rozkoszne westchnienie! Richard odskoczył i pośliznął się na stopniu. Chwilę potem, klnąc i zbierając się z podłogi, rozcierał bark i patrzył spode łba na roślinę. Bo już nie miał wątpliwości, że paskudny kołtun musi być sukulentem należącym do którejś z odmian reaktywnych na płyny.

„Gdzie ja widziałem tę roślinę?”.

Dalsze rozważania przerwał mu cichutki chichot dobiegający gdzieś od drzwi prowadzących do zakrystii. Spojrzał w tamtą stronę. Dałby głowę, że tej kobiety i jej dwóch psów – piaskowej chihuahua i ciemnego niczym otchłań rozpaczy mastifa – jeszcze chwilę temu tam nie było. Na dodatek miał wrażenie, że to nie ona chichotała, ale… któreś ze zwierząt! Wyprostował się, otaksował gospodynię. Z szacunkiem skinął głową. Odkłoniła się. Niespiesznie ruszyła w jego kierunku.

– Witaj, Richard. Ocknąłeś się. Jak miło.

Strumień łagodnego szeptu popłynął ku jego uszom. Wypowiedziała te słowa na głos czy może usłyszał je we własnej głowie? W milczeniu przyjrzał się kobiecie uważniej. Coś było nie tak. Nie potrafił określić jej wieku. Nie mógł się też zdecydować, czy jest ładna. Jej skóra to była gładka i rumiana, to zmarszczona i matowa. Włosy upięte w luźny kok na karku raz błyszczały odmianami złota, innym razem zdawały się szare niczym popiół w wypalonym ognisku. Sylwetka o kształcie klepsydry, podkreślona dobrze skrojonym żakietem, i pełne gracji ruchy przyciągały wzrok. Szerokie zielono-brązowe nogawki spodni falowały wokół jej kostek przy każdym kroku, a wtedy wypukłe hafty sprawiały wrażenie targanych wiatrem kłosów zboża. Patrzył na tę przedziwną istotę i miał wrażenie, jakby oglądał wiele hologramów przedstawiających tę samą osobę na różnych etapach życia. Na dodatek nałożonych jeden na drugi.

Tymczasem kobieta podeszła, okrążyła go, uśmiechnęła się i gestem zaprosiła z powrotem na sofę. Zadrżał pod wpływem spojrzenia nieznajomej, z jakiejś przyczyny podekscytowany niczym nastolatek na pierwszej randce. Posłusznie wrócił, usiadł i zamarł w oczekiwaniu. Psy zajęły miejsca pod jedną z kolumn, jednak nawet na moment nie spuściły go z oczu.

– Jak samopoczucie? – odezwała się w końcu.

Sama nie usiadła, lecz zaczęła krążyć między kolumnami, przyglądając się klepsydrom. Od czasu do czasu dotykała tej czy tamtej, przestawiała, poprawiała łańcuszki czy pokrywki kadzielnic. – Wczoraj nie wyglądałeś zbyt dobrze.

– Dziękuję, teraz już jest nieźle. Może to dziwnie zabrzmi, ale jak się tu znalazłem? Wczoraj w motelu niechcący kogoś obraziłem i dostałem za swoje. Więcej nie pamiętam. Pani wybaczy…

– Evangeline. Tak możesz do mnie mówić, Richard – łagodnie wpadła mu w słowo. – Po prostu Evangeline lub Evan, jeśli wolisz. I nie musisz za nic przepraszać. Mój ogrodnik znalazł cię na skraju posiadłości. Dość logiczne, że musiał cię tu dostarczyć, prawda? Potrzebowałeś pomocy…

– I bardzo za nią dziękuję. Proszę wybaczyć, jeśli w jakikolwiek sposób zachowałem się niestosownie. Chyba muszę coś wyjaśnić. Cierpię na potworne bóle głowy. Czasami, tak jak wczoraj, są takie mocne, że tracę świadomość. Zdarza mi się wtedy robić różne rzeczy, a potem budzić w nieznanych miejscach i…

– Trwa to już wiele lat – znów wpadła mu w słowo. – Byłeś wielokrotnie badany, ale żaden lekarz nie zdołał postawić trafnej diagnozy. Podczas ataków miewasz czasem halucynacje. Z reguły te same. O kobiecie, która cię torturuje. Wtedy cierpisz jeszcze bardziej. Leki nie pomagają. W młodości kilka razy próbowałeś popełnić samobójstwo. Nigdy ci się to nie udało, co znaczy, że tak naprawdę tego nie chciałeś. Jednak z tego powodu rodzina zamknęła cię w szpitalu psychiatrycznym, z którego dawno temu uciekłeś. W trakcie ucieczki doszło do pożaru. Stąd twoje liczne blizny, kłopoty z pamięcią i utykanie na prawą nogę, gdy się zdenerwujesz.

Richard wytrzeszczył oczy. Kobieta kontynuowała wpatrzona we wnętrze jednej z klepsydr.

– Szpital spłonął doszczętnie. Ubolewasz, że mimo to informacje na twój temat przetrwały. Nie jesteś pewien, ale zdaje się, że uciekając, zabiłeś lub przynajmniej poważnie raniłeś kilka osób. Sądząc po zainteresowaniu konstabli palatyna, raczej to pierwsze. Poszukujesz lekarstwa. Na ból, halucynacje, emocjonalną chwiejność. I odpowiedzi. Na wiele interesujących pytań. Na przykład: co naprawdę wydarzyło się w tamtym szpitalu? Skąd poczucie alienacji, przymus wędrówki i poszukiwań? Zadajesz sobie pytania, czego, oprócz lekarstwa, jeszcze szukasz. Po co ryzykujesz nieustanną wędrówkę po Palatynacie? Zwłaszcza że sam ciągle jesteś poszukiwany. I tak dalej… – Przeniosła wzrok na Richarda.

– Ale….

– Za wszystko płacisz gotówką. – Pomału ruszyła ku niemu. – Z rodziną się nie kontaktujesz, bo nie chcesz ich narażać. Poza tym ciągle masz do nich żal, że cię zamknęli w szpitalu. Z sieci korzystasz tylko w miejscach publicznych. Zdołałbyś za jej pomocą zapełnić swoje konto cudzymi pieniędzmi, lecz myśl, że miałbyś komuś coś ukraść, wzbudza w tobie obrzydzenie. Wolisz więc głupio, lecz uczciwie zapracować na swe utrzymanie, imając się dorywczych robót, co akurat podważa teorię, że ktoś taki jak ty mógłby zabić tych wszystkich ludzi w tamtym szpitalu. Jesteś niczym kot samotnik unikający kłopotów i jak kameleon, który sztukę kamuflażu oraz przetrwania opanował do perfekcji. Dzięki temu egzystujesz tak już wiele lat…

– Skąd?!…

– To było w twoim bagażu. – Wskazała na opasły notes o mocno wytartych okładkach leżący na stoliczku koło kanapy. – Po jego lekturze wiem, że nie muszę się ciebie obawiać. I wybacz, że do niego zajrzałam, ale wymagałeś pomocy. Musiałam się dowiedzieć, kim jesteś i kogo zawiadomić lub NIE ZAWIADAMIAĆ – powiedziała, akcentując ostatnie słowa.

Wzburzenie, jakie odczuł na myśl, że grzebano w jego najbardziej intymnych zapiskach, teraz zmieniło się w przerażenie. Przez własną słabość pozwolił, by postronna istota dowiedziała się o nim tak wiele.

Zerknął z niepokojem na kobietę. Ta w końcu podeszła do niego, uśmiechnęła się i usiadła obok. Tak cudownie pachniała… lasem piniowym i… górskimi potokami?! Czule, niczym matka, pogładziła go po głowie. Z otchłani umysłu nadpłynęły wspomnienia rytmu wygrywanego na werblach, słodkiej melodii skrzypiec i poczucia beznadziei, których zwyczajnie mieć nie mógł, bo niczego podobnego nie przeżył. Zapatrzył się w przedziwne, szafirowe, nakrapiane srebrem tęczówki oczu Evan i nagle… wszelkie obawy zniknęły!

Powinien się zbierać do drogi, wiedział to. Powinien też prosić kobietę o dyskrecję lub skręcić jej kark. Jednak z jakiegoś powodu nie umiał ruszyć się z tej kanapy! No i czuł – choć miał świadomość, jakie to głupie – że Evangeline jest jedyną istotą, jakiej może bezgranicznie zaufać. Jak gdyby była siostrą bliźniaczką, bratnią duszą doskonale rozumiejącą wszystkie jego rozterki, myśli i odczucia.

– Nie zdołali ci pomóc – dobiegł go pełen współczucia szept – Nie mogli…

– Ale ty możesz… – Czy to z jego ust wyszło tak stanowcze stwierdzenie? Nieważne. W tym momencie absolutnie pewien był tylko jednej rzeczy: że właśnie ta kobieta może tego dokonać.

Zamrugała gwałtownie, jakby się ocknęła. Wstała, przygładziła fałdy spodni. Rozejrzała się po wnętrzu kościółka jak istota widząca je po raz pierwszy. Nie patrząc na Richarda, powiedziała:

– Niedługo będzie zmierzchać. Nierozsądnie wałęsać się po okolicy nocą. Możesz spać tam. – Wskazała pięterko z łożem. – A na razie zapraszam do jadalni. – Spojrzała na drzwi do zakrystii. – Kolacja powinna już być gotowa. Będzie mi miło, jeśli zjesz ze mną.

Kuchniojadalnia urządzona była w wiejskim stylu, lecz jej centralny punkt zajmował stół o szklanym blacie ułożonym na szerokiej niskiej… klepsydrze. Znajomo wyglądająca ciemnoskóra gosposia podała świetne steki i wino. Wieczór wypełniła długa, przemiła pogawędka z gospodynią, choć szczegółów rozmowy nie był w stanie sobie później przypomnieć. Nie pamiętał też, aby Evangeline cokolwiek jadła. Gdzieś w podświadomości utkwił jedynie obraz jej palców bawiących się kieliszkiem wina. Kolacja dobiegła końca, gdy Richard poprosił Evangeline, by zagrała coś na fortepianie. Nagle klepsydra będąca podstawą stołu zaczęła jakby głośniej i szybciej przesypywać błyszczący piasek. Kobieta wymieniła dyskretne spojrzenia z gosposią i uśmiechnęła się.

– Nie. Nie dziś. Fortepian to zabytkowy instrument. Tylko na specjalne okazje. Wybacz, jestem nieco zmęczona i chyba już się położę. Tobie też sen dobrze zrobi. Jeśli zechcesz, możesz zostać tu dzień czy dwa, nabrać sił przed dalszą wędrówką. Przyda nam się odrobina towarzystwa, a kto wie, może i pomocy? Miłych snów, Richard.

Zanim zniknęła w przejściu łączącym zakrystię z oranżerią, zdążył odnotować, że ponownie przygładziła spodnie, a te zafalowały. Odcienie brązu i zieleni zdały się intensywniejsze, a haft bardziej wyraźny. Zerknął ku oknom, przez które ciągle wpadało sporo światła, i pomyślał, że przecież do zmroku zostało jeszcze sporo czasu. Miał zamiar sprawdzić, gdzie i w jakim stanie jest jego willys, ale gosposia gdzieś przepadła, więc nie miał kogo spytać o jeepa.

Gdy wrócił do wnętrza kościoła i ruszył nawą główną ku głównemu wyjściu, nogi – jakby należące do obcej istoty – same zawiodły go na antresolę z łożem. Patrzył na nie chwilę, bijąc się z myślami. Od tak dawna nie było mu dane spać w normalnym łóżku.

Nawet w motelach zawsze spał w śpiworze na karimacie, ponieważ uważał, że nic tak nie wyrabia charakteru i czujności jak spartańskie warunki. Tu jednak śpiwora nie było, a ciemności i senność zdawały się z sekundy na sekundę osaczać go coraz bardziej. Uniósł ociężałe powieki ku witrażom w oknach. Pomyślał jeszcze, że mrok nadciąga podejrzanie szybko i jakieś dziwne cienie tańczą na wyblakłych szybkach.

„Nocleg w kościele. Ciekawie się zapowiada”.

Z trudem zdjął ubranie, lecz nie zdołał go już porządnie poskładać ani nawet się wykąpać. Powieki skleiło znużenie i mężczyzna osunął się na materac pachnący lasem piniowym. Od dawna nie dane mu było spać tak głębokim odprężającym snem. Tylko dwa razy tej nocy budził go huk piorunów i odgłosy burzy. Na moment otwierał wtedy oczy, unosił głowę i rozglądał się nieprzytomnie. Zdawało mu się, że gdzieś w dole fortepian gra znajomą melodię, czyjś cień tańczy między kolumnami kościółka, piasek w klepsydrach przesypuje się dziwnie głośno, kadzidła upajają aromatem, a łodyżki sukulentu wiją się i syczą. Uśmiechał się do własnych marzeń sennych i ponownie zamykał oczy usypiany szumem ulewy.

Następnego poranka obudził się w dobrym nastroju i jak nigdy wypoczęty. Szybko wykąpał się i ogolił w przyległej do sypialni łazience, porządnie zaścielił łóżko i, wiedziony zapachem jabłek i cynamonu, ruszył ku zakrystii.

„Mógłbym tu zostać na zawsze – pomyślał, idąc nawą główną. – Cisza, spokój i jakieś takie wewnętrzne ukojenie. Wymarzony azyl dla kogoś takiego jak ja. I jeszcze te zapachy! Kadzidło, a teraz jabłka i cynamon!”.

– Jak zachować dobre maniery, mając taką wyżerkę przed nosem? – mruknął na widok sterty pachnących naleśników i dzbanka herbaty czekających na niego na stole w jadalni. Tuż koło nakrycia zobaczył karteczkę, na której ktoś drżącą ręką napisał:

Nie spiesz się ze śniadaniem, ale gdy skończysz, przyjdź, proszę, do ogrodu (przez oranżerię, tylko po płytach z czerwonego kamienia, nie pomyl ścieżek!).

Smacznego!

E.

– Okej, ma być bez pośpiechu, to będzie. – Zatarł ręce i z uśmiechem nałożył sobie sporą porcję naleśników. – Zaczyna mi się tu coraz bardziej podobać. Na Onyksową Harfę! – sapnął z rozkoszy, gdy pierwszy kęs rozpłynął się na języku – Brenda twierdziła, że jedzenie jest lepsze niż seks i pierwszy raz w życiu muszę się z nią zgodzić! Uch! To jest obłędne!

Wzdychając raz po raz, wsuwał naleśnik za naleśnikiem. Gdy nasycił pierwszy głód, rozejrzał się z ciekawością. Część kuchenna zakrystii była niczym żywcem przeniesiona z wiejskich domów, pełna ciężkich mebli z ciemnego drewna, w które wmontowano sporych rozmiarów piec. Pod oknem Richard dojrzał biały, ceramiczny zlew. Było tu mnóstwo poczerniałych ze starości belek oraz półek obwieszonych patelniami, rondlami, ale też wieńcami suszonych grzybów, ziół, warkoczami czosnku i cebuli. Wiejskiego uroku dodawały wnętrzu metalowe pojemniki na chleb, mąkę czy inne produkty, słoiki, w których zamknięto chyba wszelkie możliwe przetwory, oraz kolorowe kubki na herbatę wiszące na haczykach pod półkami.

Richard zamoczył usta w swoim kubku. Przymknął oczy, długą chwilę delektował się owocowym naparem i wszechobecnymi aromatami ziół oraz grzybów.

„Na Onyksową Harfę! Może i jestem staroświecki, ale swoją kuchnię urządziłbym dokładnie w ten sposób – rozmarzył się. – Dom, prawdziwy dom. Żona, dzieciaki, zwykłe, proste życie… Ile bym dał za coś takiego…”.

Oczami wyobraźni niemal ujrzał to wszystko. Uśmiechnął się do swych marzeń. Z błogostanu wyrwało go ciche warknięcie. Pod oknem, tuż przy drzwiach wiodących do oranżerii, siedział maleńki płowy piesek. Gapił się na Richarda, jakby niezadowolony, że ten jeszcze nie skończył śniadania. Uniósł główkę, chwilę intensywnie niuchał, a potem podbiegł do mężczyzny, usiadł i szczeknął.

– Też lubisz naleśniki? Dobra, cwaniaku, masz, ale nie chwal się, że ci go dałem.

Rozejrzał się, czy nikt go nie widzi, odkroił kawałeczek i położył tuż przed pyskiem zwierzaka. Ten powąchał, zerknął z pogardą, podniósł nogę, obsikał podarunek, warknął i pobiegł ku drzwiom do oranżerii!

– A niech cię, mały zasrańcu! I bądź tu, człowieku, dobry dla zwierząt – mruknął zdegustowany Richard. – Dobra, idę, idę! – rzucił, bo zwierzak darł się jak nawiedzony.

Gdy tylko podniósł się od stołu, pies natychmiast zniknął w drugim pomieszczeniu. Mężczyzna szybko posprzątał dowody zbrodni małego niewdzięcznika i podążył za nim do oranżerii. Tuż za progiem natknął się na niewielki, wyłożony granitem przedsionek, oddzielony od właściwej szklarni przezroczystymi ścianami. W jednej z nich ujrzał kolejne drzwi, teraz uchylone, wiodące do interesującego go pomieszczenia. Panowała w nim tak wysoka wilgotność i temperatura, że w jednej chwili ubranie Richarda zaczęło kleić się do ciała. Ruszył ścieżką wyłożoną czerwonymi płytami. Każda przy najmniejszym dotknięciu lekko chybotała. Zupełnie jakby stąpał po taflach ułożonych na wodzie. Rośliny wiły się, a nawet przez chwilę Richard dałby głowę, że usłyszał ich syczenie!

„Tiaa, jasne, syczenie. – Uśmiechnął się pod nosem. – I co jeszcze? Śpiewanie? Może od razu cały koncert? No, ale ta halucynacja przynajmniej jest miła” – uznał i pozwolił czerwonemu chodnikowi wyprowadzić się z kościółka na zewnątrz, wprost między rabaty kolorowych kwiatów.

Z daleka zobaczył niewielką postać w brązowo-zielonym kombinezonie, jakby… rozmawiającą z kwiatami? Wydającą im… polecenia?!

„Gada z roślinami? Hmm, dziwna staruszka, ale widziałem większych świrów” – pomyślał.

– Cześć – rzucił i uśmiechnął się do kobiety.

– Tylko po czerwonych, Richard, pamiętaj – odparła, nawet nie odwracając głowy.

– Myślałem, że masz ogrodnika…

– Mam. Ale wiesz, jaka to frajda móc samemu zasadzić drzewko lub krzaczek i obserwować, jak rośnie?

Podszedł bliżej.

– Dzięki za nocleg, za śniadanie i…

– Zanim zapędzisz się w niepotrzebne podziękowania, popatrz tu. – Wskazała roślinę o podłużnych, mięsistych liściach poprzecinanych fioletowymi żyłkami – To…

– Nitherus rothariensis, uzdrowiciel królów – rzucił bez namysłu.

– Zgadza się. – Kiwnęła głową z uznaniem. – Moja duma. Ten tutaj to wyjątkowo rzadki okaz. Odmiana purpurowa. Niewiele już ich zostało. A tamten, ten duży… – Przezroczysta dłoń wystrzeliła w kierunku zielono-białego cuda.

– Augesius lingualis, języcznik złocisty. Evan, to jakiś test?

– Nie. Czemu? Chciałam się tylko pochwalić hodowlą. Nie wiedziałam, że trafię na znawcę. Nic o tym nie było w twoim notesie.

„Też jestem w szoku” – pomyślał.

– A właściwie jak to się stało, że mieszkasz w kościele? To raczej dość dziwne miejsce na dom, nie uważasz? – palnął, nim zdążył ugryźć się w język.

Zerknął na kobietę. Nie obraziła się. Pogładziła jakiś kwiat.

– Już ci to wczoraj przy kolacji mówiłam. Hmm, zapomniałeś. Zdaje się, że w tamtym motelu oberwałeś mocniej, niż sądziłam – zakpiła, jednak natychmiast spoważniała. – Wybacz. Głupi żart. Rodzina mojego męża przybyła tu jakieś dwieście lat temu. Razem z innymi uciekinierami ze starego świata. Ciężkie to były czasy. Wszelkich kataklizmów, erupcji wulkanów, trzęsień ziemi tak wielkich, że przesuwały góry całe. Tsunami tak wysokich, że zatapiały miasta… – Wpatrzyła się ponuro w inną roślinę.

Richard poczuł się nieswojo.

– Nie opowiadaj, jeśli nie chcesz…

– Co? – Evangeline wyglądała jak ktoś wyrwany z głębokiego nieprzyjemnego snu. – A nie, spokojnie, już potrafię o tym rozmawiać…

– Już?

– To znaczy, bez problemu mogę o tym mówić, choć naszą rodzinę spotkało wiele tragicznych zdarzeń.

– Chyba rodzinę twojego męża? – poprawił ją łagodnie.

– Kochałam ją jak moją własną. A w tamte dni nie było nikogo, kto by nie ucierpiał. – Uśmiechnęła się i zaczęła swą nostalgiczną opowieść, jednocześnie zbierając kwiaty do kosza. – Tak, w tamtych czasach ludzie tracili nie tylko majątki, zdrowie czy życie, ale także, a może przede wszystkim, wiarę. Jak elfy się ujawniły, zrobiło się jeszcze gorzej… Ludzie myśleli, że żyją na tej planecie sami. Otoczeni opieką wszechmocnej siły, którą nazwali Bogiem. Nagle wszystkie ich dokonania, to, w co wierzyli, wzięło w łeb, ot tak. – Pstryknęła palcami. – Z dnia na dzień stali się banitami. Spotkanie z elfami nie do końca wyglądało tak romantycznie, jak to opisują podręczniki. Oni też uciekali. Głodni, brudni, obdarci. Jedyne, co im towarzyszyło, to rozpacz, strach, poczucie beznadziei i cierpienie. Musieli opuścić swoje ustronne i bezpieczne dotychczas kryjówki, ujawnić się, bo rozumieli, że przetrwają tylko wspólnie z ludźmi. Razem dotarli aż tu. Palatynat jest dziełem ich starań, ale o tym nauczyli cię w szkole, prawda? W podręcznikach nie znajdziesz jednak informacji, że to elfy uświadomiły ludziom, że ich Bóg to mrzonka. Mit pielęgnowany przez tysiąclecia. Zbudowali wspólne państwo, to prawda, ale na wskroś ateistyczne, za to przepełnione magiczną kulturą elficką.

– I wtedy kościoły stały się niepotrzebne – powiedział cicho Richard.

– Znalazły inne zastosowanie. – Evan znów się uśmiechnęła. – Ludzie musieli gdzieś mieszkać, a ocalałych budynków mieszkalnych było jak na lekarstwo. Zamieniono je też w muzea czy urzędy. No i elfy zaprotestowały przed ich wyburzaniem. Przekonały pierwszego palatyna, że są dziedzictwem kulturowym, a o dziedzictwie nie wolno zapominać! – rzuciła dobitnie. – Rodzina mojego męża zasiedliła ten konkretny kościółek. Mieliśmy tu mieszkać tylko chwilę. Dbać o niego do czasu wybudowania czegoś innego. Jak widzisz, zostaliśmy na zawsze…

– A te wszystkie bibeloty? Te klepsydry i kadzielnice?

Evangeline zaśmiała się. Machnęła ręką.

– Ach, takie tam. Zwariowane hobby pielęgnowane przez kolejnych panów domu. – Zachichotała. – Gdy tylko słyszeli o kolejnym opustoszałym kościółku, rzucali wszystko i natychmiast biegli ratować sprzęty przed rozkradaniem. Przez te dwa stulecia zrobili z naszego domu istne muzeum swojej namiętności i obsesji. Mój świętej pamięci małżonek wcale nie był lepszy. A ponieważ nie dane nam było mieć dzieci…

– Przykro mi…

– …na mnie scedował nie tylko obowiązek dbania o całą kolekcję, ale też poszerzania jej.

– A co, kiedy ty…

– Kiedy umrę? Moja rodzina należy do długowiecznych, a ja cieszę się dobrym zdrowiem, więc jeszcze nieprędko. Ale dobrze, że pytasz. O tym potem. Teraz chodź, oprowadzę cię po okolicy i jeszcze trochę poopowiadam.

Przez następne pół godziny spacerowali, podziwiając szklarenkę pełną dorodnych pomidorów, pasiekę wypełnioną brzęczeniem owadów, sad z soczystymi gruszami, ale też dumali na pobliskim cmentarzyku i przy stawie okolonym modrzewiami.

– Zostań jeszcze dni kilka – powiedziała Evangeline w pewnym momencie. – Ty potrzebujesz odpoczynku, a mnie przydałoby się towarzystwo i pomoc kogoś, kto, jak ty, ma sporą wiedzę o roślinach.

– Masz ogrodnika…

– I gosposię, i jeszcze parę osób służby. Monotonia, Richard. To jest to, co mi dolega. MONOTONIA. Niedosyt interesujących rozmów, ciekawego towarzystwa. Zostań. Proszę.

Następnych kilka dni Richard spędził więc na przycinaniu gałęzi, porządkowaniu alejek, próbowaniu kolejnych odmian miodów czy naprawianiu kurnika, ale przede wszystkim na dotrzymywaniu towarzystwa Evangeline, która okazała się równie interesującą rozmówczynią co gościnną panią domu. Nocami znów śnił o muzyce wygrywanej przez kogoś na fortepianie, a cienie tańczyły między kolumnami kościółka, kadzidła pachniały oszałamiająco, sukulent zaś wił się i syczał. Rankami budziły go odgłosy ptaków za oknem i smakowite zapachy dolatujące z zakrystii. Śniadania jadał samotnie. Evangeline zazwyczaj krzątała się już po posesji, a jej gospodyni wraz z maleńką chihuahua gdzieś znikała.

Gospodyni. Jego rówieśniczka. Niewysoka kobieta o pełnych biodrach i skórze koloru café latte. Nikogo więcej ze służby poza nią Richard nie spotkał (nawet tamtego dzieciaka). Czy dlatego tak wiele jego myśli – a potem coraz mniej cenzuralnych snów – krążyło wokół niej? Wmawiał sobie, że po prostu zbyt długo był sam. Że po tak długim poście fizycznym patrzyłby głodnym okiem na każdą kobietę. Że wystarczy, jeśli podjedzie do miasteczka, a garścią monet zaspokoi potrzeby ciała i być może, choć na chwilę, zniweczy też niedosyt uczuć. Że wcale nie myśli o łagodnych ciemnych oczach zerkających na niego z dziwnym smutkiem. O smukłych delikatnych dłoniach tak niepasujących do pracy, jaką wykonywała. Że nie czeka na jakiekolwiek rzucone przez nią słowo, byle tylko usłyszeć tembr jej głosu, nie marzy, żeby rozpuściła zawsze tak gładko zaczesane włosy, nie fantazjuje na temat miękkości jej skóry. Nigdy nie powiedziała słowa, a przecież bez pudła odgadywał wszelkie jej życzenia. Jedno spojrzenie i już wiedział, że kolacja gotowa lub że Evangeline na niego czeka. Jeden gest i domyślił się, że maść zostawiona na blacie kuchennym ukoi cierpienia i wygładzi blizny, jakich nabawił się w pożarze tamtego szpitala.

Raz – jeden jedyny raz – otworzyła usta, a on zamarł w oczekiwaniu. Tamtego dnia, gdy wiedziony ciekawością zaczął przeglądać zawartość szaf w nawie z fortepianem. Zobaczył ją stojącą w drzwiach do zakrystii. Rozejrzała się z przestrachem, uniosła dłoń, ruchem głowy zakazała szperania w bibliotece. Szybko oddaliła się nawą główną, a on potrafił jedynie stać tam i przyglądać się zmysłowym ruchom jej bioder…

Wiele razy próbował zamienić z nią słowo, jednak napotkanie jej zdawało się graniczyć z cudem. Dni mijały, a bezimienna gosposia zajmowała coraz więcej miejsca w jego umyśle i sercu. Czasem nieświadomie zastanawiał się, czy przypadnie jej do gustu kolor ławki ogrodowej, którą właśnie pomalował. Innym razem, czy będzie zadowolona z naprawy szafki albo nowych półek w spiżarni. Potem duma go rozpierała, gdy widział aprobatę w ciemnych oczach kobiety i jeszcze wzmagał wysiłki, by zasłużyć na kolejną bezgłośną pochwałę. Łapał się też na spostrzeżeniach, że miło byłoby w końcu przestać uciekać. Osiąść gdzieś na stałe.

„Może tutaj? Dom. Proste, wiejskie życie, ona…”.

Nadzieja nieśmiało rozkwitała w sercu bijącym wewnątrz pokrytej bliznami piersi. Nigdy dotąd nie dane mu było tak solidnie wypocząć mimo tak dużej ilości pracy. Migreny, a co za tym idzie halucynacje, nie prześladowały go prawie wcale i noga też zdawała się dokuczać jakby mniej, choć czuł irytujące mrowienie stóp. Ze zdumieniem odkrył także, że czuje się tu… niemal szczęśliwy!

Sielanka skończyła się równie nagle, jak się zaczęła. Pewnego dnia, zajęty przycinaniem krzewów w jednej z alejek, usłyszał rozmowę Evangeline z jakimiś mężczyznami.

– …powtarzam jeszcze raz: to mój krewny. Przyjechał w odwiedziny kilka dni temu z Sirens Bay z wybrzeża Morza Trytonów.

Richard przykucnął za jakimś krzaczkiem. Serce biło mu gwałtownie. Nieświadomie ze zdenerwowania przełknął ślinę i niemal przestał oddychać, by nie uronić ani słówka z podsłuchiwanej rozmowy.

– Ochranianie niebezpiecznego zbiega jest…

– Przestępstwem, tak wiem – rzuciła spokojnie Evan.

– Szukamy go, szanowna pani, z rozkazu palatyna.

– SZANOWNY PANIE – zadrwiła Evangeline. – Nie wątpię, że macie rozkazy odnalezienia JAKIEGOŚ przestępcy, ale z pewnością nie jest nim nikt z mojej rodziny. Zapewniam, że szukacie kogoś innego. Jutro osobiście poproszę komendanta Terraneya o wyjaśnienie waszych insynuacji…

– Ale…

– …i przeproszenie mnie za panów niestosowne zachowanie. Teraz będziecie tak łaskawi, pożegnacie mnie i pojedziecie w stronę Metropolii. Nie wątpię, że tam właśnie znajdziecie swojego zbiega. Miłego dnia, panowie – ucięła rozmowę.

Richard usłyszał jeszcze mamrotanie tamtych, szuranie nóg po żwirowej ścieżce i pełen służalczości szept:

– Oczywiście, łaskawa pani. Najmocniej przepraszamy za najście. Z pewnością pojechał do Metropolii. Tak, tam na pewno go znajdziemy. Jeszcze raz przepraszamy…

Richard westchnął z ulgą. Wyjrzał z ukrycia. Evangeline wyglądała, jakby opędzała się od much, a tamtych dwóch służbistów, mnąc w dłoniach czapki, posłusznie i w ukłonach wycofywało się z posesji! Chwilę potem wsiedli do służbowego wozu i, lekkim zygzakiem, opuścili posiadłość.

Na odgłos kroków na żwirowej ścieżce Evan odwróciła się w stronę Richarda.

– Miałem nadzieję, że tu mnie nie znajdą. Ta dziewczyna w tamtym motelu… Cóż, widać jej ego zostało mocniej naruszone niż moja gęba. To cudowne miejsce, ale czas na mnie.

Kobieta nie odpowiedziała. Patrzyła na niego uważnie.

– Będzie mi brakowało tego kościółka, pasieki, wszystkiego. – Teraz gadał już tylko po to, żeby wypełnić czymś tę dziwną ciszę, jaka zapadła między nimi. – Zostałbym dłużej, ale…

– Mam dla ciebie propozycję – przerwała mu nagle, a zrobiła to tak zimnym i stanowczym tonem, że aż się wzdrygnął. – Wzajemnie możemy sobie pomóc. Siadaj. – Wskazała ławeczkę pod jednym z modrzewi. Gdy posłusznie wypełnił polecenie, usiadła obok. – Pamiętasz, jak ci mówiłam, że nie mam dzieci ani żadnej rodziny? Nikogo, kto by po mnie dziedziczył tę posiadłość? To nie do końca prawda. Jest ktoś… – zawahała się, zerknęła na niego niepewnie – …pewna osoba, mój bliski krewny… Może to trochę dziwnie zabrzmi, ale nie bardzo wiem, gdzie mieszka. Nie do końca też wiem, kim jest. Nigdy się nie spotkaliśmy. Wiem tylko, że informacji o nim należy szukać w pobliżu Kryształowych Wodospadów, a ja MUSZĘ go odnaleźć. Z pewnych względów – nie pytaj dlaczego – sama nie mogę ruszyć w tę podróż ani załatwić tego przez żaden urząd. Oto propozycja: jedź do Kryształowych Wodospadów, odszukaj potrzebne mi dane, a ten kościółek stanie się twoim dożywotnim azylem. Domem, którego nie masz. Przestaną cię nękać koszmary, migreny czy halucynacje. Uleczę cię z nich. Może się zdziwisz, ale potrafię to zrobić. NAPRAWDĘ…

– Sam nie wiem… Detektyw ze mnie kiepski.

– Ale uciekinier wyśmienity. Jesteś jak kameleon. Potrafisz się inteligentnie kamuflować.

Z tym argumentem nie mógł się nie zgodzić.

– Nie jestem pewien, czy powinienem… Zaskoczyłaś mnie.

– Nie masz ochoty przestać uciekać? – weszła mu w słowo. – Nie kusi cię wizja spokojnego życia tutaj? – Gestem wskazała otoczenie. – W pobliżu osoby, która być może też jest tobą zainteresowana? Nie zaprzeczaj, bo widziałam, jak na nią patrzysz, i wiem, jak między wami iskrzy. Nie chciałbyś sprawdzić, czy z tych iskier zapłonie ognisko?…

Serce mu zamarło.

– Ona?…

– Nie powiedziała tego wprost, jednak zdaje się… – Evan się uśmiechnęła. – Nigdy wcześniej nie gotowała tak dobrze i z takim zapałem. Maya. Tak ma na imię. Zastanów się, Richard, przemyśl to. Wrócimy do tej rozmowy przy kolacji – rzuciła lekko i wróciła do swojej krzątaniny wśród rabat.

Resztę dnia spędził na rozmyślaniach. Rozważał wszelkie za i przeciw. Ryzyko szwendania się po Palatynacie jak zwykle było spore, jednak czy mógł oprzeć się tylu argumentom? Czy mógł nie poddać się urokowi szafirowych nakrapianych srebrem oczu? Pokusa była tak silna…

Kiedy wieczorem wszedł do zakrystii, jego nozdrza zaatakował zapach świeżo upieczonego chleba. Na szklanym blacie stołu pyszniły się też soczyste ogórki oraz pomidory, masło domowej roboty. Na kolejnym półmisku Richard dojrzał pęczek dorodnej rzodkiewki tuż obok poszatkowanej cebulki i jabłek muśniętych słońcem. Miał wrażenie, że wszystkie dobra ogrodu przyniesiono na tę kolację specjalnie dla niego. Aromatyczne zapachy ziół, chleba mieszały się z cynamonową wonią szarlotki.

„Kolejny argument” – pomyślał i uśmiechnął się w duchu.

Evangeline nie było. Była za to… Maya. Bez słowa usiadł przy stole. Obserwował ją kilka chwil. Starannie udawała, że tego nie widzi. Zaparzyła owocowej herbaty, postawiła cały jej dzban tuż przed nim. Z jednej z półek zdjęła słój złocistego miodu.

– Evangeline powiedziała mi, że masz na imię Maya…

Kobieta nie odezwała się słowem. Tylko jej ruchy stały się szybsze, jakby bardziej nerwowe.

– Jestem Richard. Ale tyle już wiesz… – Ze zdenerwowania oblizał usta, gdy nie patrzyła. Zrobiło mu się głupio, kiedy znów nie doczekał się odpowiedzi. Zastanowił się, czy sugestie Evangeline na temat zainteresowania Mai jego osobą były uzasadnione.

Tymczasem kobieta nalała mu herbaty, podała miód i gestem zachęciła do posłodzenia.

– Dzięki. Jeśli nie chcesz rozmawiać, to w porządku, rozumiem…

Ciemne oczy spojrzały na niego. Znów pełne były smutku. Rozejrzała się, jakby upewniając, że są sami. Palcem wskazała najpierw na siebie i na własne usta. Wykonała gest jakby podcinała gardło. Potem dotknęła ucha i uniosła kciuk ku górze.

– Nie mówisz, ale słyszysz! Uch, co za ulga, bo już myślałem, że wolisz inteligentne konwersacje z szarlotką od pogaduszek z tak paskudnym facetem jak ja.

Uśmiechnęła się, zaprzeczyła ruchem głowy. Z jednego z talerzy wzięła ser i zaczęła kroić na cienkie plastry. Chwilę patrzył na jej dłonie. Niespiesznie podniósł się od stołu, stanął tuż za nią.

– Świetnie gotujesz, wiesz? Zwłaszcza naleśniki. Te z jabłkami. Są obłędne…

Proste zdania wyszeptanie niemal do ucha zabrzmiały niczym najbardziej zmysłowa pieszczota.

– Dawno chciałem ci to powiedzieć.

Kobieta zadrżała. Położyła dłoń na piersi i skłoniła głowę w podziękowaniu, potem jednak wróciła do krojenia.

– Evangeline zaproponowała mi, żebym tu zamieszkał…

Przyjrzał się Mai. Jej oddech przyspieszył. Kostki dłoni zrobiły się białe, tak mocno zacisnęła palce na nożu do sera. Poluzowała uścisk, gdy nakrył jej rękę swą własną. Odwróciła głowę, lecz dłoni nie cofnęła.

– Powiedziała, że jeśli pojadę do Kryształowych Wodospadów i sprowadzę tu jej krewnego, będę mógł tu zostać. Zastanawiałem się, czy… – Westchnął, nie bardzo wiedział, jak rozmawiać z kobietami. – Czy miałabyś coś przeciwko?

Wyswobodziła palce spod dłoni Richarda i położyła na jego ustach, zmuszając do milczenia. Gwałtownie zaprzeczyła.

– Długo tu pracujesz? – wykrztusił, gdy w końcu pozwoliła mu mówić.

– Urodziła się tutaj i, jak już wiesz, jest niemową. Jej matka służyła naszej rodzinie – usłyszał czyjś dźwięczny głos dobiegający od drzwi.

Gwałtownie odsunął się od Mai, a ona natychmiast wróciła do krojenia sera, jak gdyby nic się nie wydarzyło. Tymczasem Evangeline chrząknęła i powiedziała już dużo łagodniej:

– Maya, bądź tak uprzejma i podaj mi wino. Dziękuję, moja droga.

Po chwili gosposia wyszła, a kobieta usiadła naprzeciw niego z kieliszkiem w dłoni. Znów nie piła. Jedynie dłonie bawiły się szkłem. Obracała je w palcach, przyglądając się wirowaniu rubinowego płynu.

– Dokonałeś dziś cudów w ogrodzie. Dawno nie był taki zadbany.

– Ten ogrodnik… Na pewno istnieje? – zażartował.

– Jasne, głuptasie. – Uśmiechnęła się, upiła łyczek wina i oblizała usta. – Po prostu wziął kilka dni wolnego. Zdaje się, żona mu zachorowała. Świetnie go zastępujesz, wiesz? Ale dość o nim. No jedz. – Przesunęła w jego stronę deskę z cudownie pachnącym chlebem.

Nie wykonał żadnego ruchu. Wpatrzył się jedynie w półmisek z owocami. Uśmiechnęła się. Odstawiła kieliszek, wzięła nóż i zaczęła kroić bochenek.

– Nie, dzięki – rzucił. Pociągnął łyk herbaty i od razu przeszedł do rzeczy: – Konkrety, Evangeline. Zaintrygowałaś mnie. Przedstawiłaś kuszącą ofertę i nie twierdzę, że się nie zgodzę. Ale najpierw chcę poznać szczegóły.

Odsunęła chleb, odłożyła nóż, dłonie złożyła jak do modlitwy. Opuszki palców musnęły usta. Teraz ona chwilę patrzyła gdzieś w przestrzeń za oknem. Westchnęła i zerknęła na mężczyznę. Życzliwie, niemal jak matka.

– To tak nie działa, Richard. – Ton głosu wcale życzliwy nie był. – Wprost przeciwnie. Zanim zdradzę ci, o co chodzi, to ty musisz wyrazić zgodę i przysiąc na swoje życie, że niezależnie od tego, jaki jest cel i co się wydarzy, dotrzymasz umowy. Tak po prostu. W ciemno – szepnęła. – Wymagam pełnego zaufania. I całkowitej dyskrecji. Jak w transakcji handlowej. Coś za coś.

– Żartujesz? – Popatrzył na nią zdumiony.

Przez przeszklony blat kobieta zatopiła wzrok w materii gulgoczącej w klepsydrze stanowiącej podstawę stołu. Substancja przelewała się leniwie niczym powoli gotujący się kisiel, w niczym nie przypominając błyszczącego piasku, jakim była do tej pory. Evangeline zapadła w głęboką zadumę, uśmiech przycupnął w kąciku jej ust. Wreszcie ponownie skierowała szafirowe spojrzenie na mężczyznę.

– Chyba nie sądzisz, że byłeś pierwszy?

Zmarszczył brwi.

– Słucham?

– Poprosiłam już kiedyś pewnego człowieka o wykonanie tego zadania. Nigdy nie dotarł do Kryształowych Wodospadów. Zniknął i on, i moje pieniądze. DUŻE pieniądze. Wybacz, ale niezależnie od tego, jak bardzo cię lubię, drugi raz nie dam się nabrać.

Ciepłe spojrzenie szafirowych oczu stało się nagle lodowate.

– Odrobiłam lekcję, wyciągnęłam wnioski. Ty też musisz podjąć decyzję. Zapewniłam ci miesiąc pobytu tutaj bez bólu i halucynacji…

„Miesiąc?! Na Onyksową!… Na pewno nie kilka dni?!”.

– Kiedy czas płynie tak leniwie i beztrosko, przestajemy go liczyć. Tak, Richard, jesteś tu już cztery całkiem sympatycznie spędzone tygodnie – odparła, jakby umiała czytać w myślach. – Może być ich więcej, ale to tylko od ciebie zależy. I tak jak obiecałam, żadnego bólu, halucynacji, a w bonusie czysta kartoteka policyjna.

– Wyczyścisz moje akta? – Spojrzał na nią podejrzliwie. – Jak? To niemożliwe! Obejście wszystkich zabezpieczeń zajmuje więcej czasu, niż namierzenie tego, kto to robi. Wiem, bo kilka razy próbowałem. Na POŻYCZONYCH urządzeniach w publicznych miejscach. Moje dane nie zniknęły, a policja spacyfikowała właścicieli sprzętu. Do tej pory zastanawiam się, jakim cudem udało mi się umknąć obławie w ostatniej chwili. Ale to już wiesz, bo czytałaś mój pamiętnik. No więc?

– Masz rację, centralne dane są mocno chronione – odparła zapatrzona w kieliszek z winem. – Jeśli nie możesz złamać zabezpieczeń, dotrzyj do człowieka, który je stworzył.

– Znasz taką osobę?!

– Tego nie powiedziałam. Ujmijmy to tak: pewna osoba ma wobec mnie dług. Jeśli ładnie poproszę o przysługę, nie odmówi.

– Tą przysługą będzie wyczyszczenie mojej kartoteki? I ta osoba ma taką możliwość?! Więc czemu ona nie pomoże ci odnaleźć tego krewnego?

– Bo nie do końca o krewnego chodzi. A przynajmniej nie bezpośrednio.

– Tak? A o co? Co jest tak ważnego, ryzykownego i nielegalnego, że składasz mi tę ofertę i zmuszasz do przysięgi na własne życie? I skąd mam wiedzieć, że mnie nie nabierasz?

– Wracamy do sedna, Richard. Za-u-fa-nie, pamiętasz? Musimy sobie wzajemnie zaufać. A właściwie to ty musisz zaufać mnie. Dyskretnie wykonać zadania i uwierzyć mi na słowo, że dotrzymam obietnicy. Bezwarunkowo. Dopiero wtedy dowiesz się, o co chodzi.

– Zapomnij!

– Przemyśl to jeszcze. To może być najważniejsza decyzja w twoim życiu. Rozważ wszystkie za i przeciw.

– A co tu rozważać? To jak zaproponować bezdomnemu włożenie ręki do worka i oświadczyć, że to, co wyjmie, należy do niego. Tyle że nie wiadomo, czy biedak wyciągnie kobrę, czy kuferek klejnotów. Wybacz, twoja propozycja za bardzo śmierdzi mi jadem kobry.

– Skoro tak uważasz… Cóż, będę musiała zadzwonić do Terraneya. Drugi raz pewnie do szpitala cię nie wsadzą. A tam, dokąd pójdziesz, raczej nie spotkasz tak miłej dziewczyny jak Maya. Mogę sobie tylko wyobrazić tych wszystkich spoconych mężczyzn, z którymi będziesz prowadził niskich lotów konwersacje na pięści, zanim zrozumiesz, że to oni tam rządzą. – Jej głos nagle stał się bezwzględny i do bólu szczery. – W pokoiku o wymiarach dwa na dwa widoku na park z modrzewiami też nie uświadczysz. A wsuwając breję, zwaną poetycko gulaszem, będziesz wspominał zapach naleśników z jabłkami i cynamonem. Rano obudzi cię wrzask strażnika, a wieczorem, słuchając pierdnięć kompana z celi, będziesz starał się zasnąć, wyklinając jednocześnie moment, w którym odrzuciłeś moją propozycję. Po jakimś czasie zapragniesz umrzeć. A ponieważ z twojej winy zginęło kilku gliniarzy, jest możliwość, że to ich koledzy cię wykończą…

– Szantaż? Evangeline, NAPRAWDĘ skompromitujesz się w tak trywialny sposób? Nie stać cię na nic bardziej oryginalnego? Na przykład na: Richard, proszę, pomóż?

– Dla mnie sprawa jest zbyt ważna, by prosić. Prosiłam poprzednio. Źle się to skończyło. Teraz wolę użyć starego jak świat dobrego szantażyku. Albo metody kija i marchewki. To bardziej sprawdzona strategia. Sądzisz, że nie doniosę, gdzie jesteś? W tej chwili jesteś przekonany, że blefuję, bo uważasz, że poznałeś mnie aż nadto dobrze. Samotna starsza pani mieszkająca wraz z gosposią w ustronnym kościółku. Życzliwa, pielęgnująca kwiaty, lubiąca psy. Czy taka osoba jest zdolna do szantażu? Chwilowo ciągle uważasz, że nie.

– Mógłbym skręcić ci kark i nikt…

– Próbować możesz, czas pokaże, czy ci się udało – gdzieś z kąta dobiegło go warknięcie.

„Jakim cudem go nie zauważyłem?! I, zaraz! On powiedział?!” – pomyślał zszokowany na widok ulubionego mastifa Evangeline.

Zwierzę przestało szczerzyć zębiska, mlasnęło, a potem nieco ochrypłym głosem… zwróciło się do swojej pani:

– Może jednak zakończę sprawę? Za dużo gada i zbyt uparty. Do tego kombinator. Będą z nim tylko kłopoty.

Kobieta się uśmiechnęła i zaprzeczyła ruchem głowy.

– Richard to pojętna istota. Zrozumie, że z naszej umowy popłyną korzyści dla obydwu stron. Musimy mu tylko dać odrobinę czasu.

– Jak pani sobie życzy – warknęło zwierzę.

– On?!… – Richard wskazał mastifa. Ręka mu drżała.

– Mówi, jeśli o to chciałeś zapytać. – Evangeline uśmiechnęła się pod nosem – Kazałam jej wszczepić syntezator głosu. Ma na imię Fidel i jeśli nie zauważyłeś, jest płci żeńskiej. Jednak nie sądź, że nie odgryzie ci ręki, gdy o to poproszę. Przeszła tresurę i nie wiem, czy bardziej jest posłuszna, czy może lojalna. A w tej chwili od rzucenia się tobie do gardła dzieli ją jedynie moje polecenie. Wracając do naszej umowy…

– A co jeśli nie dam rady wykonać zadania? Jak nie odnajdę tego, kogo szukasz? Nie boisz się, że ucieknę? Czemu nie wybierzesz kogoś innego?

– Bo wierzę w twoje możliwości. Bo choć o tym nie wiesz, obserwowałam cię uważnie wiele dni. Widzę, na co cię stać. Odnajdziesz, ja to wiem. A gwarantem naszej umowy będzie właśnie Fidel. Zabierzesz ją ze sobą. I szczerze radzę nic nie kombinować, bo jest świetnym tropicielem i sprawnym zabójcą. Nie popełnij błędu twojego poprzednika. Nie zlekceważ jej. Litość, pobłażanie to nie są pojęcia jej znane.

– Terraney albo ona? – Kiwnął głową w stronę suki. – I to ma być wybór?

– Ludziom nie sposób dogodzić. Pozwalasz takiemu decydować, a ten jeszcze fochy stroi – zakpiła. – Richard, rozchmurz się i popatrz na to z innej strony: kilka tygodni spędzisz jak do tej pory. W drodze. Tyle tylko, że tym razem z mapą w dłoni i konkretnymi zadaniami do wykonania. Przecież to nic nowego dla ciebie, więc o co chodzi? Nagrody już poznałeś. Konsekwencje odmowy też. Teraz czas powiedzieć, na co się decydujesz. I jeśli cię to uszczęśliwi, to mówię: Richard, proszę, pomóż.

Odstawił kubek, podniósł się, kilkakrotnie przemierzył jadalnię. Wreszcie stanął przy oknie. Założył ręce do tyłu. Evangeline obserwowała go w milczeniu. Kiedy po dłuższej chwili odwrócił się ku niej, zobaczyła, że podjął decyzję.

– Tylko nie każ mi nikogo zabijać.

Odetchnęła z ulgą.

– I nie licz, że zostanę tu na wieczność. Nie po tym, jak mi groziłaś. Żądałaś mojej zgody. Masz ją…

– Przysięgi – poprawiła go. Wskazała miejsce przy stole. Usiadł, dłonie wsparł na blacie. Nakryła je własnymi. – Śmiało – zachęciła z uśmiechem. – Tylko kilka słów dzieli cię od największej przygody życia.

Zgrzytnął zębami.

– To dziecinada. Jak z kiepskiej bajki. – Ale zaraz westchnął z rezygnacją. – No dobrze, przysięgam na własne życie. Szczęśliwa? Teraz czekam na wyjaśnienia.

Na chwilę jej dłonie stały się lodowate. Richardowi zdało się, że dotyka dwóch zmrożonych brył. Potem opowieść popłynęła.

Kiedy kobieta w końcu przestała mówić, na chwilę zapadła cisza. Richard wlepił natarczywy wzrok w Evangeline, zamrugał, sapnął raz czy dwa, a potem…

– Słucham?! – ryknął z niedowierzaniem, ale z mocą rozwścieczonego drapieżnika. – Jesteś szurnięta czy zwyczajnie jaja sobie ze mnie robisz?!

Kobieta nie zareagowała. Fidel warknęła, lecz tym razem Richard zlekceważył ją.

– Evan! – Trzasnął pięścią w blat, zerwał się i zaczął krążyć po kuchni, żywiołowo gestykulując. – To jakaś kpina?! Cały ten teatralny wstęp, tyle gadania, gróźb, podłego szantażu i debilnych przysiąg, tylko po to, żebym się zgodził… ukraść dla ciebie jakieś cztery PIEPRZONE klepsydry?! Serio?! CZTERY?! – Rozcapierzone palce dłoni niemal podetknął Evangeline pod nos. – Groziłaś mi więzieniem, mało tego, śmiercią dla takiego nic niewartego gówna?!

Kobieta ciągle siedziała niewzruszona. Testowała go? Fidel warknęła.

– Siad, suko, i morda w kubeł, a nie, to wypad szukać zgniłych kości w śmietniku! – wydarł się na psa, a ten niespodziewanie… cofnął się! Za to Evan zerknęła na niego z niepokojem, ale i… uznaniem? – A ty – znów zwrócił się do kobiety – mam nadzieję, że świetnie się bawiłaś, robiąc ze mnie idiotę, ale na tym koniec! Dzięki za gościnę. Na wikt i opierunek, zdaje się, zapracowałem z nawiązką. Reszty nie trzeba. Było miło. Pa! – Utykając, ruszył do wyjścia, a będąc już niemal przy drzwiach, rzucił: – Aha, i możesz dzwonić do Terraneya, osobiście teraz mam to gdzieś!

Niespodziewanie uniosła rękę w jego stronę.

– Na kolana! – wyszeptała z mocą.

Dłonie Richarda natychmiast wpiły się w czaszkę. Ból niemal go zamroczył. Cierpienie, na podobieństwo wrzącej lawy, arteriami rozlało się po organizmie, docierając do jego najdalszych zakamarków. Mężczyzna zawył i runął, jakby podcięto mu nogi.

Evan podniosła się, po czym ruszyła ku niemu. Dłonią skinęła w stronę jednej z półek, a wtedy kilka warkoczy czosnku oderwało się i poszybowało ku nim. Połączyły się w locie, potem transformowały w kremowy sznur. Ten, uformowany na podobieństwo pętli, opadł na szyję mężczyzny i gwałtownie się zacisnął, natychmiast pozbawiając go tchu. Richard stęknął, szarpnął się. Jednak im bardziej starał się zerwać z szyi morderczy postronek, tym mocniej ten zaciskał się i dusił. Fidel popatrzyła na niego ponuro, a potem szybko wycofała się ku drzwiom, cichutko skamląc.

Kobieta bez pośpiechu, z wyciągniętą dłonią, podeszła do klęczącego. Nie dotknęła go, a jedynie wykonała gest, jakby chciała złapać za brodę i unieść, i w tym momencie głowa Richarda posłusznie wykonała rozkaz. Ręce opadły i przywarły do tułowia zupełnie jak skrępowane niewidzialnymi linami. Jednocześnie postronek podciągnął ciało mężczyzny ku górze. Niemal wisząc, Richard rozpaczliwie próbował zaczerpnąć tchu.

Nagle, tuż przed jego oczami, zmaterializowała się postać w ciemnych szatach, bohaterka jego najbardziej przerażających halucynacji. Z jej całkowicie zakwefionej twarzy widział tylko oczy, ale to wystarczyło, by spanikowany zaczął się szarpać jeszcze mocniej. Istota ruszyła w jego stronę. Podniosła rękę. Promień zachodzącego słońca odbił się od ostrza noża. Niespodziewanie dla samego siebie Richard spojrzał na nią z pogardą. Splunął.

– Wciąż tylko na tyle cię stać?! – wychrypiał. – Zabij mnie w końcu albo wypieprzaj obciągać bezpańskim vivernom!

Zacisnął szczęki, żaden krzyk bólu nie opuścił już jego ust. Tylko spod zaciśniętych powiek spływały łzy, jedyna oznaka cierpienia. Nie wiedział, że Evan z uznaniem skrzywiła usta. Jeszcze chwilę patrzyła na niego z uwagą.

– Masz dość? – dobiegł go jej szept i nagle pętla na szyi zniknęła.

Uwolnione ciało runęło pod własnym ciężarem na kamienne płyty podłogi, by znów zastygnąć w pozycji klęczącej. Richard otworzył oczy. Jęknął. Kilka długich chwil łapczywie nabierał powietrza. Pomału zaczęło docierać do niego, co zrobiła. Twarz miał opuchniętą, z nabrzmiałymi żyłami, czerwoną.

– To jak? Będziesz już grzeczny?

Z ogromnym trudem skinął głową. Evangeline podeszła jeszcze bliżej. Przyjrzała mu się badawczo. Z kieszeni spodni wyjęła purpurowy flakonik. Zawartością zwilżyła chusteczkę i podstawiła ją Richardowi pod nos. Opary musiały być ostre, bo gwałtownie odrzucił głowę do tyłu. Tymczasem kobieta natarła mu kark i skronie.

– Tak, Richard, to był test – szeptem potwierdziła jego podejrzenia. – Ostatni sprawdzian charakteru, ale też nauczka, żebyś w końcu zaczął traktować mnie poważnie.

Pomału mężczyzna uspokajał się, jego oddech odzyskał zwykły rytm. Twarz wróciła do normalnego wyglądu. Zerknął spode łba na kobietę.

– Wróćmy do naszej rozmowy. Jak widzisz, mogę podarować ci śmierć lub życie. A to tylko dwa z możliwych wariantów. Czy wiesz, na ile sposobów mogłabym cię zabić? Nawet ja tego nie wiem. – Zachichotała jak po usłyszeniu świetnego dowcipu. – Ale potrzebny mi jesteś żywy. Choć od ciebie zależy, jak to życie będzie wyglądało. Tu znowu możliwości jest wiele. Mogę na przykład dodać ci cierpień albo cię uleczyć – szepnęła. – Chciałbyś wyzdrowieć, Richard? Tak całkowicie? Przedsmak tego już miałeś. Choć o tym nie wiesz, miesiąc zażywałeś moje leki. Jeśli je odstawisz, ból wróci ze zdwojoną siłą – szepnęła mu wprost do ucha. Grzbietem dłoni pogładziła jego policzek. Znów twarz miała nieprzeniknioną, zupełnie beznamiętną. – Zakładam, że nie jesteś masochistą. A może się mylę?

Milczał, bo czy odpowiedź nie była oczywista? Evangeline zaczęła przechadzać się po kuchni z rękoma założonymi z tyłu. Rozmyślała. Milczała. A on nadal klęczał niezdolny do najmniejszego ruchu.

– Wybaczam ci to niestosowne zachowanie. Nie zrozumiałeś moich intencji – mruknęła w końcu. – Wziąłeś je za idiotyczny żart. Trudno. Z drugiej strony wykazałeś się charakterem. To akurat cenna cecha. I choć moje wyjaśnienia przekraczają możliwości pojmowania przez twój maleńki ludzki mózg, jedyne co musisz wiedzieć to, że potrzebuję tych klepsydr. BARDZO. Jedna z nich, choć przyznaję, nie wiem która, skrywa brakujące elementy układanki dotyczące mojej rodziny. Nieistotne, co o tym myślisz. Po prostu przywieź mi je wszystkie, a uznam zadanie za dopełnione i nagroda cię nie minie. Masz na to moje słowo.

– Nawet nie wiem, jak wyglądają – wykrztusił – ani gdzie ich szukać.

– Ach tak, namiary. Ależ gapa ze mnie – zachichotała. – Momencik.

Machnęła dłonią i zniknęła w drzwiach zakrystii. Richard spróbował się podnieść.

– Kto by pomyślał, że miła starsza pani okaże się taką psychopatką – mruknął. – I jeszcze ta hipnoza… Kurczę, a nie wierzyłem, że może tak obezwładnić człowieka.

„Czas wiać, zanim ta wariatka wróci. A jeśli mówiła prawdę o tym lekarstwie? Pieprzyć lekarstwo! Równie dobrze to babsko może zaraz zmienić zdanie i dla zabawy poderżnąć mi gardło!” – dokończył w myślach.

Szarpnął się raz czy drugi, jednak za nic nie był w stanie podnieść się z tej cholernej podłogi. I tak tkwiąc na kolanach z rękoma złożonymi jak do modlitwy i przekleństwem na ustach, kilka następnych minut czekał na powrót Evangeline.

– No i jak? Nabrałeś szacunku dla swego Boga? – zakpiła, ponownie ukazując się w drzwiach. W ręku trzymała plik starych dokumentów i jakąś mapę. Rozłożyła to wszystko na stole. – To zapraszam. – Uśmiechnęła się, a Richard poczuł, jakby opadły z niego niewidzialne kajdany.

Podniósł się z trudem. W myślach naubliżał sobie od tchórzy – nie szczędząc przy tym wulgarnych zwrotów potocznie określających damskie genitalia – jednak ataku na Evangeline nie podjął.

„Dobra, niech myśli, że zwyciężyła. Ale przy pierwszej okazji… Udowodnię, że się jej nie boję!”.

Zgrzytnął zębami, znowu usiadł przy stole i zerknął na karteluszki. Tego, co stało się potem, nie potrafił racjonalnie wytłumaczyć. Najpierw zdało mu się, że pergamin jakby zafalował, a potem cały świat zniknął. Pozostały rysunki czterech klepsydr oraz jedna mapa, które zaprzątnęły jego umysł na cały następny kwadrans! Był absolutnie przekonany, że tym razem Evangeline nie zrobiła nic, by zmusić go do posłuszeństwa i uwagi, a jednak nie potrafił ruszyć się od tego stołu ani oderwać oczu od dokumentów! Studiował je bez słowa, z obsesyjnym zapałem, choć bez najmniejszej emocji na twarzy. Cztery niewielkie kartki. Cztery różnorakie klepsydry. Jeden człowiek. On. Dałby sobie dłonie odrąbać, że już widział te – lub przynajmniej podobne – przedmioty! Zafascynowały go, kompletnie zawładnęły jego myślami i nie do końca potrafił sprecyzować dlaczego. Rysunki tak szczegółowe, jakby były fotografiami. Na dodatek precyzyjnie opisane.

Pierwsza z klepsydr była raptem wielkości cytryny. Szklane barwione na zielono pojemniczki na piasek wyglądem przypominały idealnie wyszlifowane szmaragdy ustawione jeden nad drugim. Podstawy z rzeźbionego ciemnobrązowego drewna połączono ośmioma spiralnie skręconymi kolumnami, na których gdzieniegdzie doczepiono miniaturowe listki, przez co klepsydra wyglądała niczym klejnoty oplecione winoroślą.

Druga, wyższa i szersza, tylko z pozoru zdawała się zwyczajna. Ot, dwie pospolite banieczki wypełnione przelewającą się substancją. Niezwyczajne były jednak łączenia obu podstaw – postaci elfów odwrócone do siebie plecami. Jeden dzierżył miecz, a drugi mierzył do kogoś z kuszy, nad nimi zaś, na zwieńczeniu pojemniczków, spał smok zwinięty w kłębek. Richarda zastanowił brak logiki w budowie tej klepsydry, bo po odwróceniu jej do góry nogami nie było najmniejszej szansy, by utrzymała się w pionie.

Trzecia z klepsydr miała pojemniki w kształcie dwóch pąków jakichś kwiatów połączonych szypułkami. Łodyga oraz listki jednego z pąków łagodnie biegły wzdłuż płatków drugiego i kończyły się w podstawie przypominającej ziemię. O ile pąki były szklane, łodygi, listki i podstawy wykonano z jakiegoś srebrnego metalu.

I jeszcze ostatnia. Równie ciekawa jak pozostałe. Niczym szklany zwój jakiegoś dokumentu, opleciona srebrzystym rzemykiem i zapieczętowana grudką srebra, wypełniała… brzuch siedzącego szkieletu odzianego w poszarpane szaty! I znów Richard zastanowił się, jak ma działać coś tak pięknego i tak precyzyjnie, choć nielogicznie wykonanego. Wszystkie klepsydry na jednej z podstaw naznaczono tajemniczym symbolem przypominającym falujący trójząb.

– To twój cel, Richard. – Czyjś szept przywrócił mu jasność umysłu.

Spojrzał na kobietę jak wybudzony ze snu, lecz emocje starannie ukrył pod maską obojętności. Wyciągnął dłoń. Evangeline uścisnęła ją.

– Od tego należało zacząć – powiedział cicho.

– Widziałeś już je? – zapytała podejrzliwie. – Wiesz coś na ich temat?

– Absolutnie nic. – Czemu czuł, że musi skłamać? Przecież naprawdę nie widział tych przedmiotów wcześniej. – Po prostu jestem facetem, który lubi intrygujące zagadki i niebanalne przedmioty, a te zdają się dość ciekawe. Ich zdobycie nie wydaje się trudne. Oczywiście o ile ciągle istnieją, bo widzę, że są dość wiekowe. Potrzebuję…

– Co tylko zechcesz.

– Nie kuś! Na początek wystarczy trochę gotówki i kilka tygodni czasu. No i sprzęt, żebym mógł korzystać z sieci. Suka zostaje. Tylko by mi przeszkadzała.

– Nazwij mnie jeszcze raz suką…

– Fidel jedzie – rzuciła twardo Evangeline. – To akurat nie podlega negocjacjom.

Zgrzytnął zębami.

– Nie ma mowy! Taki pies jak mastif za bardzo rzuca się w oczy.

– Jest po wielu szkoleniach i ma więcej talentów, niż myślisz. Jak chce, potrafi stać się niewidzialna. Nie sprawi kłopotu. Zresztą czasy są takie, że ludzie mają sporo dziwniejszych zwierzaków, a poza tym na mastify ostatnio, zdaje się, jest moda?

Richard spojrzał na Evan. Z jej miny wywnioskował, że tu kończą się negocjacje. Sapnął.

– Dobra, niech będzie, jedzie. Ale tylko jako obserwator. Jeśli spróbuje…

– NIE SPRÓBUJE, zaręczam, o ile ty nie spróbujesz mnie wykiwać. Tak jak powiedziałam, Fidel będzie gwarantem naszej umowy. Nie znajdź się w jej menu.

– No to mamy jasność. Cudownie – powiedział z ironią. – W takim razie wytłumacz jej zasady, bo nie będę miał żadnych skrupułów, żeby skręcić jej kark. JA TAKŻE umiem zabijać…

Evan się uśmiechnęła. Chyba nie bardzo uwierzyła w ten blef. Wyciągnęła ku niemu rękę. Zacisnął usta, wzrok skierował ku jej dłoni. Zbyt stanowczo i demonstracyjnie ujął ją i nią potrząsnął.

Tamtego wieczoru umowa została zawarta.

* * *

Teraz, stojąc pośrodku kuchni wynajętego domu z kubkiem kawy w garści i wspominając tamten dzień oraz ich niepisany kontrakt, Richard popadł w zadumę. Zamierzał dotrzymać warunków. Nie dlatego że obawiał się Fidel. No dobra, z tego powodu też. Jednak głównie chodziło o Mayę.

– Jeśli przy okazji pozbędę się tych cholernych bóli głowy, tych halucynacji, jeśli moje akta policyjne zostaną wyczyszczone, to świetnie – szepnął jakby do siebie, zupełnie zapominając o obecności suki, która na moment przestała chłeptać swą kawę. Nie spojrzała jednak na niego, poruszyła tylko niespokojnie uszami. Po chwili z powrotem zanurzyła pysk w misce.

„Maya i ja. Moglibyśmy razem… Nie pożegnałem jej… Szkoda. Jak znam Evangeline, pewnie specjalnie wymyśliła jej jakieś zajęcie z dala ode mnie. Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy. Kolacja w jej towarzystwie byłaby… Na Onyksową Harfę, ależ chciałbym ją znowu zobaczyć!”.

Westchnął. Pociągnął kolejny solidny łyk kawy. Omiótł niewidzącym spojrzeniem Fidel, a potem blat kuchenny, na którym postawił swoje trofeum – trzeci artefakt – i wtedy się ocknął.

Klepsydry. Tak jak przypuszczał, trzy z nich już zdobył, w mniej lub bardziej podły, choć łatwy sposób. Szmaragdy oplecione winoroślą zwinął pewnemu jubilerowi wprost z lady. Jego salon mieścił się w niewielkim centrum handlowym kilkadziesiąt kilometrów na wschód od Sleepy Graves. Wykorzystując niedzielny nawał klientów, uruchomił bramki antykradzieżowe i podczas gdy starsza zamożna klientka, łkając, tłumaczyła ochronie, że nie ma pojęcia, jakim cudem pewien pierścionek znalazł się w jej torebce, on jak gdyby nigdy nic przeszedł obok nich z łupem, wtapiając się w tłum.

„Tiaa, tamten jubiler chyba nie miał pojęcia, jak cenna jest ta klepsydra. No, przynajmniej dla mnie. Tak po prostu ozdobił nią ladę? Na Onyksową Harfę! Głupota niektórych nigdy nie przestanie mnie zadziwiać”.

Z drugą, tą kwiecistą, poszło mu nieco trudniej, no i zdecydowanie dłużej jej szukał. Przekopanie zasobów sieci, by namierzyć jej położenie, zajęło mu niemal tydzień. Wytypował sześć potencjalnych lokalizacji, a potem spędził kolejny tydzień, objeżdżając je i coraz bardziej tracąc cierpliwość, gdy raz za razem natykał się na falsyfikat. Zadanie było tym trudniejsze, że musiał poświęcić sporo czasu i uwagi na omijanie wszelkich posterunków i patroli, których w miarę zbliżania się do Kryształowych Wodospadów było coraz więcej. Tym bardziej zaskoczył go widok oryginału wprawionego w… nagrobek ślicznej dziewczyny (obok klepsydry wtopione było też zdjęcie) na pewnym cmentarzyku przykościelnym w przedostatnim punkcie. Okradanie grobów było ostatnią rzeczą, na jaką miał ochotę.

Wspomniał, jak zżymając się na to, co robi, najpierw sprawdził, czy nikt go nie widzi, potem delikatnie chwycił klepsydrę i pociągnął ku sobie. Tak jak podejrzewał, była solidnie umocowana. Przygotowany na taką ewentualność dobył z plecaczka kilka przezornie zabranych narzędzi i po chwili, uzbrojony w niewielki młotek oraz dłuto, natarł na płytę nagrobną. Zbyt głośny, w jego mniemaniu, odgłos kucia zaniepokoił go. Rozejrzał się spłoszony. Nadal nikogo nie było w pobliżu, podjął więc nerwową pracę. Nagle gdzieś niedaleko zachrzęścił żwir! Chwila paniki i dekoncentracji zaowocowała ześliźnięciem się dłuta!

„By to elfia zaraza!”.

Trącony liść z fragmentu klepsydry… ustąpił pod naciskiem, a potem cała klepsydra po prostu wyjechała do przodu na specjalnych prowadnicach! Tymczasem zza kępy krzewów wyłonił się zgarbiony starszy mężczyzna w towarzystwie potężnego rudego kundla. Plakietka na piersi i klucze przy pasku nie pozostawiały wątpliwości, czym zajmuje się na tym cmentarzu. Richard przypomniał sobie, jak wtedy sapnął i znieruchomiał. Szansa na to, że tamten go NIE zobaczy, była równie duża jak prawdopodobieństwo zmartwychwstania tej dziewczyny z okradanego właśnie grobu. W pierwszym momencie dziadek stanął jak wryty. W następnym Richard usłyszał ostrą komendę: „Tyron, żarcie!”, a potem… kundel wystartował. Jakim cudem zdołał umknąć jego zębiskom, na dodatek bez dziur w portkach oraz z plecakiem i klepsydrą w garści, nad tym Richard głowił się jeszcze długo potem.

„Adrenalina. Na pewno. Oby tylko ten facet mnie nie rozpoznał. Jak mogłem sądzić, że tak wcześnie rano nie będzie nikogo na cmentarzu? Ależ ze mnie idiota”.

Zszokowany kradzieżą dziadek zapamiętał jedynie, że złodziej mocno utykał na prawą nogę. No i Tyron, pies stróżujący, gdzieś przepadł. Tyle i aż tyle zeznał konstablom palatyna, odpalając trzęsącymi się ze zdenerwowania rękoma jednego papierosa za drugim. O tym, że kundla pogonił ogromny, czarny niczym bezgwiezdna noc mastif, a potem ścierwo spłynęło pobliską rzeką, wiedzieć już nie mógł. Richarda o tym fakcie poinformowała natomiast Fidel, która potem dogryzała mu przy każdej okazji, nie ukrywając satysfakcji, że uratowała mu tyłek.

Dwa pierwsze artefakty zdążył odwieźć do Evan. Pamiętał, że ekscytację w jej oczach zastąpiło rozczarowanie, gdy tylko przyjrzała się klepsydrom. Wzdychając ciężko i mrucząc: „Tak, to oryginały, ale nie o te chodzi”, umieściła je wewnątrz jednej z szaf w nawie bocznej. Potem zaopatrzyła Richarda w kolejną porcję lekarstwa, poklepała po ramieniu, ba, nawet uśmiechnęła się pocieszająco i… wysłała na poszukiwanie reszty bibelotów!

Miejsca ukrycia pozostałych klepsydr były blisko siebie, a zarazem najdalej od Sleepy Graves, na terenach Kryształowych Wodospadów. Był to rejon szczególnie mocno kontrolowany przez konstabli i wojsko, więc Richard ustalił z Evan, że wróci do jej kościółka najdalej za miesiąc, nawet gdyby nie udało mu się osiągnąć celu. Od wizyty u Evangeline minął tydzień, a jemu już udało się zdobyć kolejny artefakt. Miał więc powody do zadowolenia i sporo czasu w zapasie.

Tej trzeciej z klepsydr, szkieletu ze szklanym zwojem w brzuchu, pewien roztargniony wykładowca używał jako przycisku do papierów. Zorientował się, że zniknęła dopiero, gdy wróciwszy po mile spędzonym weekendzie do pracy, uchylił okno i zasiadł przy biurku, by sprawdzić zaległe prace studentów. Papiery nadal leżały w idealnym porządku, szkieletu nie było. Profesor nijak nie powiązał tej straty z wizytą kuriera, który dostarczył mu nieistotną przesyłkę kilka dni wcześniej. Zapytana o przedmiot sprzątaczka ograniczyła się do wzruszenia ramionami i burknięcia: „Ja tam nic nie wiem”.

„Nic w przyrodzie nie ginie. Na szczęście to nie było coś wartościowego, choć lubiłem patrzeć na te kościska” – pomyślał wtedy mężczyzna i uznawszy, że pewnie sam gdzieś ją ukrył i niedługo odnajdzie, zapomniał o sprawie.

Teraz patrząc na tę klepsydrę, Richard zastanawiał się, czy powiedzieć Fidel, co znalazł w środku.

„Kto umieszcza wewnątrz klepsydr wiersze? Jak to szło?”.

Do Wietrznych Katedr ku świętemu Trybularzowi cię powiodę,

Jeno przybądź ku mnie, wyśpiewaj imię moje,

W tańcu zawiruj, na aulosie zagraj,

a obdaruję cię armillą i nie odmówię niczego…

„Nie, Fidel doniesie Evangeline. Chwilowo nie musi nic wiedzieć. Dopóki nie upoluję ostatniej klepsydry, tej z elfami. A potem się zobaczy…”.

Z kubkiem kawy w dłoni podszedł do okna. Uważnie spojrzał na wzgórze z intrygującymi ruinami klasztoru.

„Dobra, czas przestać zachwycać się architekturą i odwiedzić sklep z antykami. Na Onyksową Harfę! Mam nadzieję, że ta klepsydra nadal tam jest i że okaże się oryginałem. A jak już ją zdobędę, Evangeline będzie musiała…”.

Coś mokrego trąciło go w łydkę. Spojrzał w dół na piaskową chihuahua, która przycupnęła tuż obok. W pysku trzymała maleńkie pudełeczko.

– Dzięki, Radar. – Uśmiechnął się do psa i pogładził go po główce. – Dobrze wiedzieć, że są tu istoty, które interesuje coś więcej niż wykonanie zadania. Moje zdrowie TEŻ jest ważne. – Spojrzał wymownie na Fidel i otworzył puzderko.

– Śmiało, nie krępuj się, zażywaj i niech ci się nadal tak wydaje – prychnęła i obrażona wyszła na taras.

– Rozumiesz baby, przyjacielu? – zaśmiał się Richard i znów zerknął na Radara. – Bo ja za cholerę. Niezależnie jakiego są gatunku.

Piesek spojrzał na niego jakby z politowaniem i podążył za Fidel.

– Męska solidarność, co? – mruknął zdegustowany Richard. – I to by było tyle, jeśli idzie o troskę o moje samopoczucie. Kto by pomyślał, że dwa byle jakie kundle mogą być gorszymi nadzorcami niż więzienni klawisze. Dzięki! – krzyknął za nimi, ale odwróciły się ostentacyjnie i usiadły na najwyższym stopniu schodków. Obserwując tych dwoje, dałby głowę, że coś ustalały! Znowu.

„Śmieszne. To tylko psy – skarcił sam siebie w duchu. – Czas skończyć zadanie, a nie przejmować się głupotami”.

Ostrożnie uchylił pokrywkę pudełeczka. Na dnie ujrzał stertę drobinek czegoś przypominającego zmielony bursztyn. Wrzucił jedną do kubka z kawą. Odczekał chwilę, a potem uniósł kubek do ust.

Musiał przyznać, że lekarstwo Evan było świetne. A co najważniejsze, niewyczuwalne w smaku. Zastanowił się przelotnie, z czego ona je robi, ale szybko odgonił tę myśl, bo znów poczuł znajome mrowienie nóg. Czyżby efekt uboczny leku? Zerknął w dół, na własne stopy.

Zmarszczył brwi, bo zobaczył, że paznokieć w najmniejszym palcu pękł, a sam palec zrobił się siny. Jednak kiedy przyjrzał się uważniej, stwierdził, że tylko mu się zdawało. Rozmasował stopę. Odrętwienie na szczęście mijało. Ostatnim, czego potrzebował, były kontuzje, choroby i konieczność odwiedzenia lekarza.

„By to elfia zaraza! Mam nadzieję, że nie będę musiał”.

Chwilę później ruszył na pięterko, skąd wrócił ubrany i gotowy do dalszych działań. Przed wyjazdem do Fenaby posilił się jeszcze kilkoma kanapkami z resztką konserwy i sporządził listę zakupów, uwzględniając na niej środki przeciwbólowe. Jakiś czas potem ruszając swoim willysem z podjazdu, rzucił Fidel i Radarowi kpiące: „Bądźcie grzeczne, dzieci. Tatuś niedługo wróci” i tyle go widzieli. Mgła zdążyła opaść, więc gdy jechał drogą wzdłuż jeziora, mógł w końcu podziwiać i usiane głazami lesiste wzgórza, i samo jezioro.

„Pięknie tu – pomyślał, wjeżdżając do miasta tak innego od Sleepy Graves i tych wszystkich miejsc, jakie poznał, z Metropolią włącznie. – Zielono, urokliwie, cicho i jeszcze te wszystkie śliczne domki, jakby żywcem wyjęte z kiczowatych pocztówek. Jednak… mógłbym tu mieszkać. Pasuje mi to miejsce. Nie, po tym, co zrobię, wynajmą mi co najwyżej pokoik z okienkiem w kratkę” – ofuknął się w duchu i zaczął krążyć w poszukiwaniu miejsca do zaparkowania. Znalazł je w uliczce opodal rynku, tuż koło niewielkiej piekarni.

Wczoraj, skoncentrowany na znalezieniu jakiegokolwiek noclegu, przyjrzał się miastu pobieżnie. Dziś jednak postanowił to nadrobić. Niczym znudzony turysta penetrował uliczki Fenaby, chcąc zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Niskie, jednopiętrowe białe domki o konstrukcjach poprzecinanych ciemnobrązowymi belkami oraz spadzistych dachach przylgnęły do zbocza góry niczym dziecko wtulone w ramiona matki. Dwie połowy miasta przeciętego rzeką uwięzioną w kamiennym korycie łączyło kilka urokliwych mostów. Na jednym końcu wyłożonego płytami rynku przycupnęło parę straganów z warzywami oraz kwiatami, drugi zasiedliły stoliczki niewielkiej kawiarenki o dziwacznej nazwie Fenobar. Pierwsi klienci już raczyli się kawą, przeglądając poranną gazetę, straganiarki głośno zachwalały towar, zapachy świeżo upieczonego chleba dolatywały z pobliskiej piekarni.

„Łał, ale kicz! Miasto jak z tandetnej pocztówki, ale – cholera! – naprawdę fajne. Nie myślałem, że jeszcze takie istnieją. I że będą mi się podobać”. – Richard uśmiechnął się do własnych myśli. Usiadł przy jednym ze stoliczków i zamówił zieloną herbatę. Obok kluczyków od samochodu położył mapę okolic, plecaczek z dokumentami, ale też zdjęciami klepsydry oraz aparat fotograficzny. Złudzenie, że jest zwyczajnym bezimiennym turystą, musiało być wiarygodne.

„Fenaby. Dziwna nazwa dla miasta – pomyślał. – Zresztą to bez znaczenia, długo tu nie zabawię. Dwa, góra trzy dni, a potem nagle zostanę niby odwołany do Metropolii. A jak już wrócę po wszystkim do Sleepy Graves, zabiorę Mayę na randkę. Taką prawdziwą, z koszem owoców, winem i piknikiem pod gwiazdami. Oklepane? Co z tego, skoro przyjemne? Na pewno się zgodzi. Na Onyksową, ale za nią tęsknię!”.

Oczy leniwie błądziły po fasadach kamieniczek. Na jednej ścianie rynku znalazło się miejsce dla księgarni, rzeźnika, sklepu z pamiątkami, kolejnej piekarni i drogerii. Dalej ujrzał minimarket, serwis sprzętu wszelakiego, niewielką aptekę oraz coś, co było skrzyżowaniem sklepu sportowo-wędkarskiego z ogrodniczym, o czym poinformował go szyld z wdzięczną nazwą Fenobranie umieszczony pod wizerunkiem czapli w locie. Richard się uśmiechnął.

„Feno-menalnie – zakpił w myślach z nawyku mieszkańców, by w każdym szyldzie nawiązywać do nazwy miejscowości. – Dobra, koniec lenistwa, czas namierzyć dwa elfy i jednego smoka”.

Przeniósł wzrok nieco dalej i wtedy ujrzał cel swej wyprawy. U styku dwóch ścian, wciśnięte w róg rynku niczym ubogi krewny, znajdowało się wejście do małego sklepiku. Okienka z niewielkimi szybkami, latarenka nad wejściem i – stylizowany na starą wiszącą na łańcuchach księgę – szyld z fantazyjnym napisem „antykwariat” nie pozostawiały wątpliwości, że jest to miejsce, którego tak szukał.

Dokończył herbatę. Od niechcenia strzelił kilka fotek. Zerknął na mapę, niby czegoś szukając. Potem położył na stole parę monet i ruszył przez rynek, od czasu do czasu zatrzymując się, by udawać, że podziwia zabytki. W końcu dotarł do celu. Ponownie zlustrował otoczenie. Z pewnym zdumieniem stwierdził, że witryna i szyld, które wziął za stylizowane na antyk, NAPRAWDĘ były wiekowe.

„Kto by pomyślał?”.

Przez nieco zakurzone szybki dojrzał wystawę zapełnioną nie tylko książkami o pożółkłych kartkach i tłoczonych okładkach naruszonych zębem czasu. Dostrzegł też jeden czy dwa sporo starsze woluminy oprawne w najwyższej jakości bogato zdobione skóry, trochę rycin, obrazek w pozłacanej ramce i kilkanaście monet. Nieco dalej stało parę kubków wykonanych z najdelikatniejszej porcelany, a tuż koło nich starodawna menora, siedmioramienny świecznik żydowski. Były też miedziane czajniczki, pucharek stylizowany na stare srebro, klaser pełen znaczków z przyblakłymi motylami oraz makatka z ręcznie wyhaftowanym hasłem „Gość w dom…”.

Richard nacisnął klamkę. Podświadomie spodziewał się skrzypnięcia drzwi i klangu dzwonu, gdy tylko je otworzy. Spodziewał się także niewielkiego sklepu ze zwykłą ladą i niezwykłym towarem. Tymczasem gdy przekroczył próg, poczuł się niemal jak w staroświeckim salonie zamożnego domu – ogromnym salonie! – pachnącym stęchlizną i kulkami na mole. Lady sklepowej nie było. Każdy, najmniejszy nawet fragment ściany wypełniały obrazy, wypchane zwierzęta, kandelabry, znów obrazy, półki z figurkami, książkami i kolejne obrazy. Podobnie podłogę do ostatniego centymetra zajmowały różnorakie komody, lampy, biureczka, kredensy, lustra, a nawet ogromne paradne łoże. Na środku ujrzał wygodną skórzaną kanapę. Tuż przed nią stał niski intarsjowany w różane motywy stolik kawowy, a obok niego wiklinowy fotel bujany, w którym drzemał… Pan Sęp?! Richard rozejrzał się niespokojnie. Nikogo innego nie było. Błyskawicznie rozważył kilka wariantów z morderstwem starszego pana włącznie.

„Na Onyksową Harfę! Co za głupoty chodzą mi po głowie? Oczywiście, że nikogo nie zabiję. A już na pewno dla takiej bzdury jak klepsydra. Hmm, Smithard śpi, antykwariusza nie ma. Dziwne…”.

Zrobił krok w przód i zamarł, bo tym razem podłoga skrzypnęła. Nieznacznie, ale jednak. To w zupełności wystarczyło, żeby starszy pan drzemiący w fotelu otworzył oczy. Zerknął na Richarda. Niezgrabnym ruchem dobył z kieszeni chusteczkę. Chuchnął na szkła bez oprawek, dokładnie je przetarł i z powrotem osadził na nosie.

– Pan to zapewne Richard Dee-Zander, nowy rezydent Sosnowej Zatoczki.

– Słucham?!

– Jestem Thomas Smithard. – Starszy pan podniósł się z fotela, poprawił granatowy sweter i podał Richardowi rękę. – Ben, mój brat bliźniak, prowadzi agencję nieruchomości. A przynajmniej udaje, że to robi. Chwalił mi się wczoraj, że w końcu zdołał wynająć tę ruderę nad jeziorem – zaśmiał się dziadek. – Bez urazy, panie Dee-Zander, ale to jednak małe miasto. Wszyscy już wiedzą o pana przyjeździe. Zwłaszcza że Sosnowa Zatoczka, choć ładna, nie ma szczęścia do najemców.

– Aha – bąknął Richard zamiast powitania czy odpowiedzi, ale w myślach zaklął i dodał: „Pięknie. Jeszcze się nie rozpakowałem, a już jestem lokalną gwiazdą!”.

– Będzie pan fotografował Fenaby, hę? – Smithard wlepił w Richarda oczy na podobieństwo prawdziwego sępa. – Ben twierdził, że jest pan fotografem.

Richard opanował zaskoczenie i przywołał na twarz najmilszy z uśmiechów.

– Nic wielkiego. – Machnął ręką, udając lekceważenie. – Robię fotoreportaż na zlecenie jednej gazety. Zażyczyli sobie czegoś w rodzaju sentymentalnej podróży do miasteczek pamiętających dawne dzieje. Wie pan, czasy powstania Palatynatu i takie tam. Chyba chcą to wykorzystać przy najbliższym Święcie Srebrzystych Kaganków, tak myślę – kłamał jak z nut. – A skoro dobrze płacą, to jeżdżę i strzelam fotki. Byłem już w Maryport, Kinloss, Sirens Bay. Teraz jestem tu, a potem zamierzam odwiedzić Oakley, Fairlie i jeszcze kilka innych. Listę mam długą, nudzić się nie będę.

– Dobrze pan trafił. Fenaby ma to wszystko, czego pan szuka. Historii jest tu tyle, że co krok będzie się pan o nią potykał – zaśmiał się dziadek. – Co ja mówię, potykał. Będzie się pan o nią przewracał. Ot co!

Obaj wybuchnęli śmiechem.

– Co prawda to nie pora, ale mam nadzieję, że nie pogardzi pan filiżanką carajillo?

– Kara?… Czego?

– Carajillo. – Smithard znowu zachichotał. Tym razem z powodu głupiej miny Richarda. – Któryś z moich przodków podobno wywodził się z dawnej Hiszpanii, jeszcze sprzed czasów Palatynatu. To pewnie bujda, ale zaszczepił w naszej rodzinie zwyczaj picia, jak to mówią trywialnie, kawy z prądem. Niewielki kubeczek smoły z dodatkiem brandy, choć po prawdzie ja dodaję czegoś jeszcze lepszego. Powinno się ją pić raczej po południu, ale kto by tam zwracał uwagę na takie bzdury? To co, ma pan ochotę? Nic tak człowiekiem nie potrzepie jak ociupinka carajillo z rana. Zresztą zaraz sam się pan przekona.

Pan Sęp numer dwa zniknął na zapleczu. Richard odłożył plecaczek na stolik. Nawet nie zdążył się rozejrzeć, a starszy pan już był z powrotem i wciskał mu do ręki maleńką filiżaneczkę. Aromat ciemnego płynu natychmiast zaatakował nozdrza. Richard nie był pewien, czy powinien tego skosztować. Spojrzał podejrzliwie na Smitharda.

– Jak mawiał mój dziadek, carajillo to napój dla mężczyzn, co mają wielkie cojones – powiedział z uśmiechem dziadek i upił łyczek. – Piję codziennie, od wielu lat, ale muszę przyznać, że nadal nic o tym nie wiem. Na zdrowie, młody człowieku!

Richard mało nie parsknął śmiechem, ale już dłużej nie dał się prosić i pociągnął tęgi łyk. W następnej sekundzie zakrztusił się, zaklął i omal nie zwymiotował. Otworzył usta i zaczął gwałtownie łapać powietrze. Oczy zaszły mu łzami. Język i całe gardło z przełykiem paliło go niczym oblane żrącym kwasem. A kiedy zaczął się krztusić, był niemal pewien, że zaraz zobaczy kłęby dymu uchodzące mu uszami i nosem. Smithard zarechotał i zdzielił go w plecy. Teraz Richard już nie był pewien, co boli go bardziej: przełyk od żrącej cieczy, plecy od nadspodziewanie silnego ciosu czy urażona godność, że okazał się takim mięczakiem.

– Nie wyplułeś! Dzielny chłopak! Będą z ciebie ludzie! – huknął dziadek z uznaniem.

Richard otarł łzy.

– Dzięki, panie Smithard, za ten dość…hmm… niecodzienny poczęstunek – wykrztusił.

– Będę cię nim częstował codziennie przez cały czas twojego pobytu w Fenaby – zapewnił dziadek i znów wybuchnął śmiechem, gdy zobaczył przerażenie w oczach gościa. – Żartowałem, Richard. I mów mi Tom. Ostatecznie zabawisz u nas trochę, a ja mam nadzieję, że zrobisz naszemu Fenaby pięęękne zdjęcia. Mogę do ciebie mówić Dee? Wiesz, Richard brzmi jakoś tak oficjalnie, a Dick… Hmm, cóż, nie muszę mówić, prawda?

– Ehm, jasne.

Nagle zza jakiejś komody dobiegło ich warczenie, potem drobne stuknięcie, jakby błysk światła, i wreszcie obłoczek dymu. Richard zerknął w tamtym kierunku zaintrygowany, a Smithard… zirytowany!

– Struan! Ile razy mówiłem, żeby nie bawić się ogniem w pobliżu mebli?! To niebezpieczne! Struan! Proszę natychmiast wyjść! Stru! OJCIEC do ciebie mówi! – wrzeszczał piskliwie Pan Sęp Drugi, a po jakiejś chwili z kącika, człapiąc niezdarnie na swych krzywych łapkach, wytoczył się… maleńki vivern!

Richard własnym oczom nie wierzył. Zobaczył zwierzątko wielkości indyka o czarnych połyskliwych łuskach, intensywnie żółtych tęczówkach z pionową źrenicą i okrągłym pyszczku hojnie przez naturę obdzielonym wyrostkami. Małe błoniaste skrzydła zakończone pazurami oraz spore uszy upodabniały je do przerośniętego nietoperza. Teraz podeszło do starszego pana, podrapało pazurkami jego but, zakwiliło i zerknęło na niego tak… niewinnie!

„Ja nie mogę! Jeszcze chwila i zrzuci winę na młodszego brata! Kto by pomyślał, że ten mały drań może być takim manipulantem?”. – Richard omal nie wybuchnął śmiechem.

– Tatuś się gniewa – oświadczył Pan Sęp surowo.

Na te słowa Struan… zamrugał, jakby miał się rozpłakać! Chwilę potem wlazł do jakiejś klateczki i ustawił pyszczkiem do ściany. Z jakiegoś powodu Richard nie miał żadnych wątpliwości, że to zwyczajowa kara, bardziej na pokaz niż na serio, i że zaraz się skończy. Taki rytuał.

– Kilka razy zaprószył mi ogień – mruknął starszy pan. – Klientów jak na lekarstwo, a rachunki płacić trzeba. Ostatnia rzecz, o jakiej marzę, to widok płomieni trawiących dorobek mojego nędznego żywota.

– Aha… – bąknął Richard, starając się ukryć kpiący uśmieszek błąkający mu się na ustach. W duchu sam siebie pytał, czy długo zdoła utrzymać powagę.

Starszy pan musiał to dostrzec, bo biegając wśród mebli i sprawdzając, czy nic się nie tli, zaczął się tłumaczyć:

– Jestem dla niego jak ojciec. – Zerknął za komodę. – Od sześćdziesięciu pięciu lat. – Zajrzał pod sofę.

„Matko! Czyli ile lat masz teraz?!”.

– Nie mam żony ani własnych dzieci, a Stru jest dla mnie… – Smithard się zasapał, ale nie przerywał inspekcji. – No, w każdym razie… Wykluł się u mnie. Znam go od jajka. I w ogóle…

– Tom! – przerwał mu Richard. – Zrozumiałem. I nic mi do waszych, ehm, niecodziennych relacji.

Smithard się wyprostował i znów poprawił sweter.

– Jedni trzymają w domu papużki, inni tak jak ty psy, a ja…

– Wielu ludzi ma viverny, Tom. Serio. To ostatnio bardzo modne. Wiem, bo jestem w Metropolii na każdych targach. Co Święto Srebrzystych Kaganków, to pojawiają się zupełnie nowe odmiany. Uwierz mi, Tom, niedługo to ja z moimi psami będę w mniejszości. Teraz na przykład modne są miniaturowe jednorożce czy utopce, a na ostatnich targach rekordy popularności biły gadające feniksy. Więc jeśli mówię, że taki vivernik w domu to nic specjalnego, to wierz mi na słowo. – Poklepał starszego pana po ramieniu, a ten westchnął z ulgą.

– W Metropolii pewnie tak, ale tu… Trochę uchodzę za dziwaka…

Richard uśmiechnął się pod nosem.

– Nie ty jeden, zaręczam – powiedział cicho. – Pozwolisz mi się tu rozejrzeć? I zrobić kilka fotek?

Smithard pacnął się w czoło.

– No jasne! Przez tego małego gamonia omal nie zapomnieliśmy, po co tu jesteś!

Chwilę potem migawka aparatu Richarda rozćwierkała się na dobre. Następne pół godziny starszy pan cierpliwie oprowadzał go po sklepie, co rusz chwaląc się tym czy tamtym przedmiotem lub opowiadając jego historię. Parę razy zapozował do fotografii na tle jakiejś urokliwej komódki czy szafy szczęśliwy, że dzięki fotoreportażowi Richarda jego sklep i całe Fenaby już niedługo staną się sławne.

W pewnym momencie coś zachrobotało i śmignęło pod ścianą. Sekundę potem zostało pogonione przez coś zdecydowanie większego i cięższego. Richard zdążył usłyszeć jeszcze:

– Struan, nie!

Lecz było już zdecydowanie za późno. Przepiękne lustro w rzeźbionych posrebrzanych ramach, trącone przez rozpędzonego w pogoni za myszą viverna, zachybotało i z hukiem przygrzmociło o stojącą opodal komodę. Richard zdążył pchnąć Toma za pobliską szafę. Sam okręcił się na pięcie i osłonił głowę rękoma. Odłamki lustra wystrzeliły niczym srebrne pociski. Poczuł kanonadę odbijającą się od kurtki. Kiedy wszystko ucichło, Smithard wyjrzał zza szafy.

– Jesteś cały, Dee?

Richard sprawdził stan swoich ciuchów. Spodnie i skórzana kurtka wydawały się w porządku. Aparat fotograficzny zawieszony na pasku na szyi też.

– Tak, wszystko okej, tylko tego lustra szkoda.

– Żebyś wiedział jak! Łuski powyrywam temu gagatkowi, a rany solą posypię! Przysięgam! Struan! Struuuan! Natychmiast do mnie! – wrzasnął czerwony z wściekłości Smithard. – TAKIE lustro! Masz pojęcie, Dee, jakie było cenne? Pal sześć pieniądze, ale jego historia! – Wściekłość przeszła w biadolenie, a dalej niemal w płacz. – Połamaną ramę może bym i sklecił, ale samo lustro? Nigdzie nie znajdę tak idealnej tafli. To była unikatowa robota! Już ja temu…

Nagle stanął jak wryty przed Richardem, zmarszczył brwi. Mężczyzna zobaczył niepokój w oczach staruszka.

– Tom? Coś się stało? Tom?

– Mam nadzieję, że się nie boisz widoku krwi – mruknął Smithard. – Szczęście, że lustro mamy potłuczone – palnął, a Richard w zdumieniu uniósł brwi. – Raczej wolałbyś nie oglądać własnej buźki, bo śliczny w tej chwili nie jesteś. Chodź na zaplecze. Trzeba to odkazić. I miejmy nadzieję, że obejdzie się bez szycia. Choć chwilowo wygląda, jakbyś miał mózg na wierzchu.

Teraz to Smithard pociągnął go za rękaw. Richard nie bardzo rozumiał potrzebę takiego pośpiechu, bo czuł się świetnie, choć musiał przyznać, że przeraziły go słowa Pana Sępa.

– Tom, no nie przesadzaj, nic…

– Nic się nie stało? To zerknij na ramię.

Mężczyzna obejrzał się, ale niczego nie dostrzegł.

– Nie to! – huknął dziadek i pociągnął go jeszcze mocniej, zmuszając niemal do biegu. – Masz jeszcze drugie, chłopcze. No, zasuwaj! Nie będę cię targał z podłogi, jak mi tu zaraz zemdlejesz.

Richard zerknął na drugie ramię i zaklął w myślach. Kołnierz kurtki zdążył całkiem przyzwoicie nasiąknąć krwią. Jego własną! Wolną ręką dotknął głowy. Poczuł lepkość na palcach i dziwnie odstającą od czaszki skórę.

„Jakim cudem?” – pomyślał zaskoczony faktem, że nie zauważył tej rany. Pamiętał tylko, że na widok upadającego lustra zrobiło mu się gorąco. Wszystko działo się tak szybko. Widać jednak nie zdążył na czas osłonić się przed odłamkami.

Smithard wprowadził go na zaplecze i usadowił na krześle. Zakazał się ruszać, a sam zaczął nerwowo przeczesywać szafki w poszukiwaniu czegoś, co pomogłoby zatamować krwawienie. W końcu znalazł czysty ręcznik.

– Przyciskaj! – rozkazał i znów rzucił się szukać czegoś, czym mógłby zdezynfekować głowę mężczyzny. W innej szafce znalazł resztkę wody utlenionej, pudełko chusteczek oraz kilka szczelnie zamkniętych opatrunków. Rozdarł opakowania bandaży. Chusteczkami nasączonymi wodą utlenioną przemył Richardowi ranę. Ten syknął. – Wybacz, chłopcze – mruknął dziadek. Nadzwyczaj sprawnie i mocno obwiązał kilka razy głowę Richarda bandażami.

– Siedź tu i się nie ruszaj. Ja sprowadzę lekarza, żeby cię zobaczył, a jak będzie po wszystkim, połamię skrzydła temu małemu…

– Obydwaj wiemy, że tego nie zrobisz – powiedział cicho Richard. – I nie chcę, żebyś chodził po jakiegoś lekarza. Aż tak poważnie ranny nie jestem.

– A co ty możesz o tym wiedzieć? Widziałem tę ranę. Jak nic będzie wymagała szycia, więc nawet mnie nie proś…

– Nie zrozumiałeś, Tom. Nie pójdziesz po żadnego lekarza. I to NIE JEST prośba.

– Czyś ty zwariował, chłopcze? Od tak głębokiej rany można się wykrwawić. Nie będę słuchał takich głupo…

– A ja po raz ostatni mówię: nie waż się wołać żadnego lekarza! – warknął Richard, a staremu aż ciarki przeszły po plecach.

– Dee, czy ty… Czy masz coś do ukrycia? – Dziadek popatrzył na niego z niepokojem.

– Ja? Nie. Ale ty raczej nie chcesz się chwalić posiadaniem takiej kolekcji jaj olbrzymich vivernów. NIELEGALNEJ kolekcji. – Wskazał uchylone drzwi do kolejnego pomieszczenia, przez które było widać kilka szafek pełnych brunatno-żółtych jaj wielkości sporych dyń.

Wymienili szybkie spojrzenia. Przez chwilę obaj milczeli, gorączkowo rozmyślając, jak wybrnąć z tej dziwnej sytuacji.

– Zdaje się, obydwaj mamy coś na sumieniu – szepnął w końcu staruszek. – Nie wiem, jakie są twoje grzeszki, ale muszą być spore, skoro unikasz rozgłosu. Zgoda, zajmę się tą raną, bo to poniekąd moja wina. Ty w zamian nikomu nie powiesz o moim małym… ehm… hobby. – Wskazał drugie pomieszczenie. – Mówiłem, czasy ciężkie, klientów mało, a rachunki…

– …płacić trzeba – skończył za niego Richard i się uśmiechnął. – Jednak coś za coś. Szukam czegoś konkretnego, a ty, zdaje się, to masz…

– Jeśli chodzi o antyk, to musisz sprecyzować który, bo mam ich wiele. Co miałoby to być?

– Najpierw rana. Zajmij się nią, a potem o wszystkim ci opowiem. Może nawet na tym zarobisz.

Tom posłał mu długie spojrzenie.

– Czemu czuję, że to będzie bardziej nielegalne od tamtego towaru? – Kciukiem wskazał drzwi do pokoju z jajami.

– Nie będzie – odparł stanowczo Richard.

Chwilę mierzyli się wzrokiem, w końcu staruszek lekko się skrzywił.

– Dobra, zobaczmy, czy to krwawienie choć trochę się zmniejszyło. Ale ostrzegam, jeśli nadal będzie tak obfite, z naszej umowy nici. Wolę siedzieć za nielegalny handel niż domniemane zabójstwo. Słaby jesteś. Czekaj i nie waż się podnosić tyłka z tego krzesła, póki nie wrócę. – Szybko zamknął drzwi do pomieszczenia z szafkami i ruszył do wyjścia.

– Tom?!

– Idę tylko do apteki, chłopcze! Trochę zaufania, tak? – burknął, i tyle go widziano.

„Dobry moment na… Nie, nie okradnę Toma. Zresztą nawet nie wiem, czy w ogóle ma tę cholerną klepsydrę i gdzie jej szukać. No i polubiłem tego starego drania. – Richard uśmiechnął się pod nosem. – Robię się sentymentalny, żeby nie powiedzieć mięczak. Najpierw dałem się sponiewierać Evangeline, teraz idę na układ z Tomem. Jak na faceta, który zabił tyle osób w psychiatryku, kompromitacja. Co dalej? Zacznę dokarmiać bezdomne koty?”.

Rozejrzał się po kantorku. Zasadniczo pomieszczenie nie różniło się zbytnio od sklepu. Te same ściany z gołych cegieł obwieszone do ostatniego centymetra wszelkimi bibelotami, które walały się też w każdym kącie i na każdym blacie. Nawet w aneksie kuchennym tuż koło czajnika, zlewu oraz półmiska z ciastkami Richard dostrzegł niewielką prawosławną ikonę opartą niedbale o ścianę. Miłość Toma do antyków zdawała się graniczyć z szaleństwem. Zakurzone księgi piętrzyły się pod oknem, gabloty ledwo domykały się pod naporem zastaw stołowych, a kiedy Richard chciał wstać, by zajrzeć do pomieszczenia z jajami vivernów, zatoczył się i wyrżnął głową w kryształowy żyrandol. Jeszcze bardziej zaczęło wirować mu przed oczami.

„Pięknie! – pomyślał i usiadł z impetem na krześle. – Jakby mi było mało jednej dziury we łbie, zawsze mogę sobie sprawić kolejną! Dobra, żarty na bok. Chyba straciłem więcej krwi, niż mi się zdawało. Rozsądniej będzie nie ruszać tyłka z miejsca. Tylko gdzie ten Tom? Jeśli mnie zdradzi…”.

Doszedł do wniosku, że Tom jednak jest nieszkodliwy, i znów rozejrzał się po kanciapie.

„Tyle tu klamotów, rupieci. To już nie sklep, ale magazyn staroci, a nawet, powiedziałbym, muzeum. Pewnie dostałbym w mordę, gdybym zaproponował kupno czegokolwiek – zaśmiał się w myślach. – I jeszcze te jaja vivernów. Ale przelewać miłość na przedmioty i zwierzęta? Facet musi być bardzo samotny. Może nawet tak bardzo jak ja… – pomyślał ze współczuciem Richard, po czym znów spojrzał na drzwi do sąsiedniego pokoju. – Dobra, tylko zerknę”.

Zaintrygowany podniósł się z krzesła. Niepewnym krokiem ruszył ku pomieszczeniu, a chwilę później wsparty o futrynę długo stał w drzwiach, patrzył i własnym oczom nie wierzył…

Świadomy nieszkodliwego, choć nie do końca legalnego hobby starszego pana, spodziewał się tu ujrzeć kilka szafek z jajami. Ten pokój okazał się jednak co najmniej dwa razy większy od poprzedniego. Całą powierzchnię ściany, od ziemi do sufitu, zajmowały nie tyle szafki, co jedna ogromna przeszklona szafa podzielona na boksy − każdy zaopatrzony w mierniki temperatury, wilgotności i tym podobną aparaturę. W centrum każdego położone było oczywiście jajo!

– O w mordę! – szepnął. – Inkubator! Olbrzymi inkubator! Rachunki trzeba płacić, co, Tom? Wygląda na to, że ty nie musisz się obawiać o dopływ gotówki.

Podszedł bliżej. Na drzwiczkach każdego boksu widniał szczegółowy opis jaja wraz ze zdjęciem dorosłego viverna. Gatunek, rasa, od kiedy inkubowane, przewidywany czas klucia. Wszystko. Ruszył wzdłuż boksów. Ze zdenerwowania nieświadomie zaczął utykać.

– Judasz żółtołuski. Trzy metry wysokości, dwie i pół tony, ogon z kolcem jadowym, twardość pazurów klasa A plus. Pluje kwasem na odległość dwunastu metrów, poziom agresji siedem! – szeptem przeczytał opis na pierwszym boksie, zawierającym jednolicie ciemnozielone jajo wielkości strusiego, i poczuł, że włos jeży mu się na karku. Z wrażenia zaschło mu w ustach. Przeszedł do kolejnego boksu. Zielono-białe jajo wielkości małego arbuza nie zrobiło na nim wrażenia, do czasu aż przeczytał:

– Bazyliszek krótkopyski?! – Sapnął i złapał się za głowę. – Siedem metrów długości, cztery tony, hipnotyzowanie ofiar, poziom agresji sześć i pół…

Szedł od boksu do boksu, coraz mocniej utykając.

– Skalny wąskoskrzydły… Diablik szary… Niemożliwe! Vivern diabelski?! – szeptał jak w gorączce. – By to elfia zaraza! Same ogromne zabójcze odmiany! A to co znowu?

Przyjrzał się szafie z boksami. W połowie ściany była wnęka, w której mieściło się kilka półek na wszelkie potrzebne przyrządy, a pod nimi stół zapełniony księgami najwyraźniej traktującymi o hodowli tych niebezpiecznych gadów. W drugiej części szafy, za wnęką, w boksach też było kilka jaj. Na pierwszy rzut oka wyglądały nieszkodliwie. Ot, wszystkie zwyczajnych rozmiarów, błękitne, czarno nakrapiane.

„Jedno małe jajo w jednym inkubatorze? Nieekonomiczne, chyba że…” – zastanowił się.

Podszedł do boksu tuż przy oknie. Jedynego, na którym był opis. Aż sapnął, gdy przeczytał:

– By to elfia… Phoenix interceptor! Przechwytujący. Feniks morderca! Zionięciem spopiela szybciej i skuteczniej niż smoki. Wielkości strusia, rozpiętość skrzydeł do pięciu metrów! Poziom agresji osiem! To normalnie żywa latająca bomba!

Jakby dla kontrastu pod oknem ujrzał niewielkiego feniksa purpurowo-złocistego wczepionego pazurami w ognioodporne siedzisko. Ta łagodna pospolita odmiana była dość popularna, mimo że oprócz pięknego wyglądu nie posiadała innych pożytecznych cech.

– Nasza umowa… Ciągle obowiązuje?

Usłyszał spokojny głos dobiegający od drzwi, a wtedy purpurowo-złocisty ptak zerwał się z żerdzi i przefrunął tuż koło jego głowy. Richard ledwo zdążył się uchylić.

– Ty mi powiedz… – Odwrócił się gwałtownie w stronę Toma.

Smithard stał oparty o futrynę i spokojnie, ale bardzo uważnie mu się przyglądał. Feniks przysiadł na górnej krawędzi obitych blachą drzwi, pochylił się ku staruszkowi i zakwilił, domagając się uwagi.

– Jak na reportera nieźle znasz się na vivernach, Dee… – rzucił Pan Sęp. Sięgnął ku jednej z półek po grube ognioodporne rękawice. Feniks sfrunął mu na rękę, gdy tylko je włożył. Starszy pan uśmiechnął się do ptaka, pogładził go, a potem ponownie zerknął na Richarda. W oczach Toma już nie było uśmiechu, lecz oczekiwanie. Na odpowiedź, rzecz jasna.

– Mówiłem, jeżdżę na każde targi, na wszystkie Święta Kaganków…

– Tiaa. Tyle że tych odmian nie spotkasz na targach. Od ponad dziesięciu lat. Niektórych jeszcze dłużej. – Pan Sęp wykonał lekki zamach ręką. Feniks ponownie przeleciał koło Richarda, by znów wylądować na siedzisku pod oknem. Smithard spojrzał wnikliwie na gościa. – Kim jesteś, Dee? – zapytał po prostu. – Na pewno fotoreporterem?…

Ze zdenerwowania Richard oblizał spierzchnięte usta. Przez głowę przebiegła mu myśl, by rzucić się na Smitharda. Tamten jednak kurduplem nie był, na dodatek skutecznie tarasował wyjście z pokoju. Osłabienie urazem głowy też nie pomagało, a misja wymagała dyskrecji.

– Podpowiem ci, Richard, czy jak ty się tam zwiesz. Jesteś złodziejem.

Mężczyzna przełknął ślinę, a dziadek spokojnie kontynuował:

– Nie najwyższej klasy, ale wystarczająco dobrym, by stać się obiektem westchnień konstabli palatyna. Zakładam, że to ty stoisz za serią kradzieży zabytkowych klepsydr. Tamten stróż z cmentarza w Maryport zapamiętał kulejącego na prawą nogę mężczyznę. Białego, szatyna, słusznej postawy, około czterdziestki – powoli wyrecytował Tom. – Opis pasuje jak ulał do ciebie. Może i mieszkam w dziurze zabitej dechami, ale gazety tu docierają, a ja mam wystarczająco dużo czasu, by je czytać. Zwłaszcza gdy dotyczą kradzieży zabytków. – Spojrzał znacząco na Richarda. – Musisz bardziej uważać, chłopcze, jeśli nie chcesz, żeby cię złapano. To wypadło z twojej torby. – Podał mu kilka zdjęć klepsydry z elfami.

– No, to zdaje się, że mamy pat. – Richard znów oblizał usta, potem głową wskazał szafy z jajami. – Pytanie: co zrobisz z wiedzą na mój temat?

– A ty na mój…

Chwilę taksowali się wzrokiem.

– Rozumiesz znaczenie słów: zaufanie i współpraca, młodzieńcze?

Richard niespiesznie kiwnął głową.

– Dokładnie to proponuję – powiedział pomału i z namysłem Smithard. – Pomogę ci znaleźć to, czego szukasz, a ty nie piśniesz słówka, co tu widziałeś, zgoda?

– Po co ci te viverny, Tom? Musisz wiedzieć, jakie są niebezpieczne.

– A tobie po co klepsydry? Dee, nasza umowa obejmuje zero pytań i jeszcze mniej odpowiedzi.

– Zaufanie i współpraca. Jak mam zaufać komuś, kto ma produkcję broni masowego rażenia na zapleczu swojego sklepu? Ja jedną klepsydrą krzywdy nikomu nie zrobię, ale ty swoim hobby jesteś w stanie unicestwić ludzkość Tom! I…

– Zrozumiałem!

– Więc?

– Rachunki trzeba…

– Tom!

Smithard głośno wciągnął powietrze przez nos.

– Podejdź do okna – rozkazał. – Spójrz w niebo i powiedz mi, co widzisz. Nic, prawda? – burknął, gdy Richard wypełnił polecenie. – Absolutnie nic! Żadnego smoka, viverna, feniksa interceptora! A teraz spójrz tu. – Wskazał wnękę z półkami. – No, śmiało, podejdź. Nie zatłukę cię książką ani nie rzucę bazyliszkowi na pożarcie. Właśnie pracuję nad poprawą naszego wzajemnego zaufania, Dee – zakpił dziadek.

Richard zacisnął szczęki. Pomału dotarł do stołu. Tom zdjął jeden z woluminów z którejś z wyższych półek. Huknął nim o blat i otworzył na chybił trafił.

– Czytaj!

Mężczyzna pochylił się nad stronicami. Oczy przebiegły linijki drobno zapisanego tekstu. Podniósł głowę i spojrzał z niedowierzaniem na Smitharda.

– Handlujesz nimi już trzydzieści lat?! – wykrztusił.

– Dużo dłużej, chłopcze!

– Ale!… − Richard wytrzeszczył oczy. Jedyne, co potrafił, to stać z otwartymi z zaskoczenia ustami i wskazywać niebo za oknem.

– Ale nadal nic nas nie zeżarło i świat ciągle istnieje. To chciałeś powiedzieć? – Stary się zaśmiał. – Nie zawsze to, co widzisz, jest tym, co się wydaje. Pozory, Dee. Potrafią cholernie mylić. Te jaja rzeczywiście pozwalają mi nieźle zarobić, ale nie tak, jak myślisz. Jedyne, o czym mogę cię zapewnić, to że choć ich hodowla jest nielegalna, nikomu z tego tytułu nie dzieje się krzywda i nigdy się nie wydarzy, póki mam nad nią kontrolę. Tyle musisz wiedzieć i o więcej nie pytaj. A teraz zamknij w końcu dziób, bo sobie muchy urządzą w nim siedlisko – uciął dziadek.

Podniósł rękę. Teraz miał w niej torbę pełną gazików, świeżych bandaży i maści antyseptycznych.

– Opatrunek – przypomniał. – Zmienimy go?

Chwilę potem Richard ponownie usiadł na krześle pośrodku kanciapy. Tom umył ręce i zabrał się do zdejmowania poprzedniego opatrunku. Odwinął ostatni bandaż, starannie zamknął go w foliowym woreczku, a potem schował w szufladzie. Przemył zaschnięte od krwi włosy mężczyzny. Przyjrzał się ranie uważnie.

– Hmm, nie jest źle. Czas się przekonać… Tak, inaczej się nie dowiemy – mruknął. – Przytrzymaj ten gazik – zakomenderował i poszedł do pokoju z inkubatorami.

Po chwili wrócił, trzymając w dłoni fiolkę z przezroczystą zawartością. Richard spojrzał na niego pytająco.

– Spokojnie, to maść na zakażenia. Ma też działanie zasklepiające. Jak klej zamknie tę ranę. No przecież nie wyjdziesz na ulicę w zakrwawionym bandażu na głowie! – burknął zirytowany niedowierzaniem Richarda.

– Niech będzie, smaruj.

Tom rozchylił Richardowi włosy.

– Ciekawe. Dałbym głowę, że ta rana… – mruknął.

– Co z nią?

– Pół godziny temu przysiągłbym, że jest do szycia.

– Teraz już nie jest? Może jestem jak jaszczurka, której odrasta ogon? Mam zawrotne tempo regeneracji? – zakpił Richard.

– Chciałbyś – odparł kwaśno dziadek. – Raczej to mój wzrok już szwankuje. Stary jestem. Wydawało mi się. Ale i tak opatrzymy tę ranę.

Zawahał się, oczyścił włosy z resztek krwi, w końcu nabrał odrobinę maści i przeciągnął wzdłuż rany. Pozostałość wody utlenionej zużył na doczyszczenie pokrwawionych ciuchów Richarda. Przyjrzał mu się uważnie. Wykrzywił z uznaniem wargi.

– Nie jest źle. Wyglądasz niemal normalnie.

Richard wstał. Tym razem obyło się bez zawrotów głowy. Podszedł do najbliższego lustra. Obejrzał się z każdej strony. Uniósł włosy w miejscu rany. Tłusta maść pozlepiała je w paskudne strąki, jednak śladu po ranie nie było! Pewnie rzuciłby Tomowi jedną czy dwie złośliwe uwagi na temat konieczności odwiedzenia okulisty, gdyby nie fakt, że przecież sam widział plamę krwi na własnym ramieniu oraz na stercie chusteczek.

„Ech, ten Tom… Panikarz z niego większy ode mnie. Z byle ranki zrobił aferę” – uznał Richard i spojrzał z pobłażaniem na Pana Sępa.

– Chodź, pomogę ci zebrać resztki tego lustra. Klienci nie powinni oglądać sklepu w takim stanie.

Następne kilka minut zgodnie zbierali srebrne odłamki do znalezionego naprędce wiadra.

– Tom – powiedział nagle Dee – jeśli idzie o hodowlę…

– Ty znowu o tym? Mówiłem, zero pytań!

– Ale czekaj! Mnie interesuje tylko, skąd bierzesz zasilanie. Te inkubatory muszą przecież pochłaniać ogromną ilość energii.

– Panel słoneczny na dachu.

– Aha. A cała reszta? No wiesz, dystrybucja, pozyskiwanie klientów, te sprawy… Poza tym przez tyle lat nikt w sąsiedztwie nie zorientował się, co tu masz?

Tom rzucił mu spojrzenie mówiące „nie przeginaj, młody”. Skrzywił się, westchnął, pokręcił głową zniecierpliwiony.

– No dobra, ale to już ostatnie pytania, na jakie odpowiadam. Hmm, dystrybucja… Wiesz, jak się jest antykwariuszem, jeździ do klientów, na targi staroci, to akurat nie jest problemem. Czasem klienci przyjeżdżają do mnie. I chyba nie sądzisz, że handluję dorosłymi smokami?

– A panel słoneczny? Nikogo nie zaciekawiło, po co ci on?

– Jestem starym ramolem, Dee, ale to nie oznacza, że nie mam kompletnie żadnych znajomości ani kontaktów. Parę osób mi pomogło.

– Ben?

– On? W życiu! Mój kochany braciszek od kilkudziesięciu lat nie ma o niczym pojęcia i niech tak zostanie – zarechotał stary.

– Jakim cud…

– Takim, że mnie nie odwiedza. Nigdy.

– Ale mówiłeś, że od niego wiesz o moim przyjeździe.

Tom znowu westchnął. Kontakty z bratem chyba nie były jego ulubionym tematem do rozmów.

– Ben dzwoni do mnie kilka razy w tygodniu. Spotykamy się też u niego lub na mieście. Nigdy tutaj.

Zauważył uniesione zainteresowaniem brwi Richarda, więc dodał:

– Panicznie boi się zwierząt, szczególnie vivernów. A Struan nigdy nie opuszcza sklepu.

– Czemu?

– Tak ciężko się domyślić? Trauma z czasów dzieciństwa. Wtedy nie było jeszcze Dekretu o Częściowym Zakazie Hodowli i Używania Zwierząt Mitycznych ani całej reszty tych popieprzonych restrykcyjnych przepisów. Nasz ojciec miał kilka nieco większych egzemplarzy. Ben był roztrzepany, nie zachował odpowiedniej ostrożności i vivern go zaatakował. W sumie nic wielkiego się nie wydarzyło. Ot, tylko stracił palec, ale uraz psychiczny został mu na całe życie. Za żadne skarby tu nie wejdzie, a ja za nic nie pozbędę się Struana. Aha, tylko ty się przed nim nie wygadaj.

– Hej, jesteście bliźniakami! Niby jak mam was odróżniać?

– Nie słuchałeś, chłopcze, a to niedobrze – zganił go Tom. – Tyle co powiedziałem, że Bena w dzieciństwie zaatakował vivern. Stracił palec. Mały palec w prawej ręce. Czasem ukrywa to pod rękawiczkami. Zawsze patrz na dłonie. Dobra, skoro niemal wzięliśmy ślub, czas żebyś wyjawił mi wszystkie grzeszki przeszłości. Małżonkowie nie powinni mieć przed sobą tajemnic – zarechotał stary. – No już, mów o tej klepsydrze.

Richard przygryzł wargi.

– Jest klient, który potrzebuje tych klepsydr…

– Tych? To ile ich jeszcze masz ukraść?

– W sumie cztery. Trzy zdobyłem. Została tylko ta jedna. Nie pytaj po co, bo nie wiem. Jak ją dostarczę… – zerknął z wahaniem na Pana Sępa – …obiecano mi, że dostanę lekarstwo. Wiem, że to dziwnie zabrzmi, ale…

– A do tej pory brzmiało mało dziwnie?

– …jestem chory. Migrena. I halucynacje.

– Robisz to dla lekarstwa na zwykły ból głowy? – W oczach Toma pojawiło się najpierw zaskoczenie, a zaraz potem rozbawienie.

– Zwykły? ZWYKŁY?! – W Richardzie wszystko się zagotowało. – Wiesz co? Upij się do nieprzytomności, a jak będziesz wykończony, na kosmicznym kacu, jak będzie cię męczyć światłowstręt, a żołądek zechce sprawdzić, jak to jest potańczyć na zewnątrz, poproś, żeby ktoś ci włożył wiadro na głowę, a potem z całych sił walił w nie młotkiem. Dobra? Dopiero wtedy poznasz NAMIASTKĘ tego, przez co ja przechodzę za każdym razem. Aha, wspominałem o różnych halucynacjach? To taki miły, cholernie realny dodatek. Leżysz, nie potrafisz się ruszyć. Dostrzegasz bandę zamaskowanych zwyrodnialców i czujesz, jak powoli nożami rozpruwają ci brzuch. Nad tobą wisi lustro i dokładnie widzisz, co z ciebie wyciągają. Ale najfajniejsze jest to, że cierpisz jak najbardziej realnie. Podoba się? Dalej uważasz, że to zwykły ból głowy?!

– W porządku, nie miotaj się tak, pojąłem. Ale nie łatwiej pójść po prostu do lekarza?

– Ech, jakby to było takie proste… Byłem. Przebadali mnie tak, że niemal znam każdy zwój mózgowy w mojej czaszce, z pamięci mogę odtworzyć mapę ukrwienia mięśnia sercowego, a nerkom nadałem imiona. Łatwiej powiedzieć, jakich testów mi nie robili. Na koniec stwierdzili, że fizycznie jestem zdrowy! Świetny dowcip, co? Dla świętego spokoju coś mi tam zapisywali, ale te lekarstwa były…

– Jasne. A osoba, ta, dla której szukasz tej klepsydry, takie skuteczne lekarstwo ma – stwierdził Smithard.

– Miesiąc mnie nim faszerowała, nadal je biorę i czuję się świetnie, więc musi działać. Ta dzisiejsza rana…

– Jesteś przekonany, że to ten lek pomógł ją zasklepić? Raczej się z tobą nie zgodzę. Takich leków nie ma, a ja po prostu mam słaby wzrok. Ale wracając do twoich motywacji… Chodzi tylko o lekarstwo? Serio? Sam mógłbym cię skontaktować z niezłym medykiem i wtedy nie musiałbyś… Więc? Jakie są inne powody? – Stary spojrzał wyczekująco.

Richard poczuł mrowienie stóp. Na dodatek skóra w miejscu zranienia na głowie dziwnie zaczęła go swędzieć. A może po prostu była to reakcja na niewygodne pytania, których wolałby uniknąć?

– Dobra – powiedział zrezygnowany. – Kartoteka. Będzie wyczyszczona.

– Nooo – mruknął stary z uznaniem. – Zaczynasz w końcu mówić ludzkim głosem. Miło wiedzieć, że ty też pracujesz nad poprawą naszego wzajemnego zaufania. Ale jeszcze nie widziałem, żeby ludzie palatyna z taką gorliwością szukali zwykłego złodzieja. Dee, no nie każ mi z siebie wyciągać wszystkiego po słówku.

Nim ostatni srebrny okruch znalazł schronienie w wiadrze na śmieci, Tom był już z grubsza wprowadzony w sprawę.

– Ta kobieta. Evangeline – odezwał się w pewnym momencie. – Nigdy o niej nie słyszałem, a znam wszystkich największych kolekcjonerów staroci. Ciekawe… Dochodziły mnie co prawda słuchy o znikaniu eksponatów, ale nie zwróciłem na to większej uwagi. Pewnie dlatego, że zdarzało się rzadko i zawsze dotyczyło drobiazgów.

– Nie słyszałeś? Twierdziła, że jej rodzina mieszka w Sleepy Graves od powstania Palatynatu i od początku gromadzi te przedmioty. Tylko kościelne. Chociaż nie. Było tam też trochę starych dokumentów i fortepian. Piękny, choć wymagający renowacji.

– Fortepian… Hmm, robi się coraz ciekawiej – mruknął Tom w zamyśleniu, jednak rzucił Richardowi uważne spojrzenie. – I nie wiesz, po co jej to?

Dee tylko pokręcił głową i wzruszył ramionami.

– Mówiła, że to rodzinne hobby. Że mąż zobowiązał ją do kontynuowania tego wariactwa. Wspominała, że dzięki tym klepsydrom trafi na ślad jakiegoś krewnego, który podobno gdzieś tutaj mieszka. Objaśnienia, przyznaję, były dość mętne, a ja nie wnikałem w szczegóły.

Smithard spojrzał na niego pytająco.

– Zgoda, to egoistyczne z mojej strony – pospieszył z wyjaśnieniem – ale kradzież kilku mało wartościowych klepsydr nie wyrządzi nikomu straty. Evangeline będzie uszczęśliwiona, ja dostanę swoje lekarstwo i całkiem nowe życie, a Maya… – Rozejrzał się po sklepie, nieświadom, że teraz już myśli na głos.

– No tak. Mogłem się domyślić, że jest jeszcze jakaś kobieta. Ładna?

– Śliczna… – szepnął ciągle zamyślony. Usłyszał chichot Toma i to przywróciło mu świadomość. – Cco? Eee… Dobra, lubię ją, okej? To gosposia Evangeline. Nie wyciągaj zbyt pochopnych wniosków, to tylko znajoma.

– Skoro tak twierdzisz. – Staruszek się uśmiechnął. – Wracając do klepsydry… Wiesz co? Zrobię dla nas herbaty, siądziemy i spokojnie obejrzę te zdjęcia. Przez kilkadziesiąt lat widziałem wiele zabytków. Może ten też.

– A sklep? – przypomniał Richard. – Nie będę ci przeszkadzał?

– No tak. – Tom swoim zwyczajem pacnął się w czoło. – Jak mogłem zapomnieć? Czekaj, zawołam Stru, żeby obsłużył te tłumy klientów. Przecież nie mogę być stratny. Rachunki trzeba…

– …płacić – dokończył Dee i wspólnie wybuchnęli śmiechem.

Parę chwil później rozsiedli się na kanapie pośrodku antykwariatu i wspólnie pochylili nad kilkoma fotografiami przedstawiającymi różne ujęcia tej samej klepsydry. Patrząc na ogromne oczy Smitharda, widoczne za specjalnym szkłem powiększającym, Richard pomyślał, że Tom wygląda niczym wielka zamyślona mucha. Tak bardzo starszy pan skupiony był na studiowaniu detali przedmiotu.

– Gdzie ja to?… – szeptał do siebie. – Hmm…

Tom przeglądał zdjęcie za zdjęciem. Richard cierpliwie czekał, popijając herbatę. Nagle, oglądając jedno ze zdjęć, Pan Sęp zmarszczył brwi, spojrzał na Dee niemal gniewnie, wstał, zniknął na parę minut w kantorku. Wrócił, taszcząc w ramionach stos ksiąg. Niosąc je, sprawnie lawirował między kolejnymi sprzętami.

– Mogłeś mówić. Pomógłbym – mruknął Richard.

Zastanowiło go dziwne zachowanie starszego pana. Szybko odebrał od niego część woluminów z chwiejnego stosu i położył je na stole, reszta znalazła schronienie w fotelu obok. Wszystkie wyglądały identycznie. Przypominały przerośnięte zeszyty w sztywnych, ciemnobrązowych okładkach związanych tasiemką. Na wierzchu każdego z nich widniała jasna nalepka z dokładnym opisem i numeracją. Staruszek usiadł z impetem, wziął jeden z tomów. Nerwowo mrucząc coś pod nosem, zaczął go przeglądać kartka po kartce.

– Przez chwilę myślałem, że potrzebujesz tylko pomocy eksperta – wypalił w końcu. – Kogoś, kto cię naprowadzi na ślad JAKIEJŚ klepsydry. Powie, gdzie jej szukać. Teraz w końcu zrozumiałem. Przyjechałeś do Fenaby, żeby to MNIE okraść. Dobrze przygotowałeś się do tematu. Namierzyłeś konkretny przedmiot, właściwe miasteczko i antykwariat. Wymyśliłeś też niezłą bajeczkę dla tubylców. Ale nic z tego, bratku! Przyznaję, długo zajęło mi, żeby się tego domyślić, ale starość nie oznacza kompletnego skretynienia, chłopcze. Z początku niemal dałem się nabrać na ten tekst, że robisz fotoreportaż. Niemal. Bo widzisz, w całym przeklętym Palatynacie NIKOGO nie interesują takie dziury jak Fenaby! A tu nagle zjawia się fotoreporter z samej Metropolii? Tiaa, jasne! Szczęście, że nie zacząłeś udawać letnika. To dopiero byłaby sensacja!

Dee ciężko westchnął. Przez chwilę obydwaj milczeli.

– Tom, nie wiem, co po…

– Tylko nie mów przepraszam, bo stracę do ciebie resztki szacunku! – huknął Tom. – A wiesz, co jest najśmieszniejsze? Że nie wziąłeś pod uwagę, że zwyczajnie może jej tu już nie być. Tak, dzieciaku, nie mam jej.

– By to elfia zaraza!

– Cały kamuflaż na nic, co? – zadrwił Pan Sęp. – No, nie krzyw dzioba, bo cię ta panna nie zechce. Jak to mówią: takie życie.

Richard zgrzytnął zębami, potem jednak odparł z pokorą:

– Idiota ze mnie, że chciałem cię tak podejść, ale, Tom, serio potrzebna mi ta klepsydra…

Starszy pan przyjrzał mu się uważnie. Jednym haustem wychylił kubek herbaty, z hukiem odstawił go na blat. Nerwowo pociągnął nosem, potem raz czy dwa sapnął gniewnie, ale w końcu dużo spokojniej oświadczył:

– Nie musi mi się podobać, że chciałeś mnie obrobić. Ważne, że mamy układ. Choć jeśli spróbujesz go złamać, nakarmię tobą interceptory, gdy tylko się wylęgną. I niech ci się nie wydaje, że tego nie zrobię. To byłby najmniejszy z moich grzeszków. Dobra, znajdę ją dla ciebie, chłopcze. Nie mam jej, ale MIAŁEM. Jestem o tym absolutnie przekonany. Uwierz lub nie, ale zdarza mi się sprzedawać to czy tamto. Muszę tylko przypomnieć sobie, kto ją kupił. I te zeszyty mi w tym pomogą. No co? Chyba nie sądzisz, że pamiętam wszystkich klientów z ostatnich kilkudziesięciu lat?

– Powiedz, jak szukać. Będzie szybciej, jeśli pomogę.

– Nie. – Tom machnął ręką. Wzrok znowu wlepił w kartki. – Nie dasz rady. Wieki by minęły, zanim odczytałbyś moje zapiski.

– Piszesz dość wyraźnie…

– Nie o to chodzi. Przez lata wypracowałem sobie system zapisu poszczególnych transakcji, żeby był jasny tylko dla mnie.

– To się szyfr nazywa. – Dee spróbował żartem rozładować sytuację i udało się, bo Tom w końcu się uśmiechnął, pokręcił głową, ale tłumaczył dalej:

– Chodzi o to, że pod pewnymi określeniami kryją się konkretne gatunki smoków, które sprzedałem, ale pod innymi są naprawdę antyki. Za długo trwałoby objaśnianie twojej obolałej łepetynie niuansów. Poza tym nasze MAŁŻEŃSTWO nie będzie trwało aż tak długo, bo jestem przekonany, że jak tylko znajdziesz tę swoją klepsydrę z dwoma elfami, przeprowadzimy szybki rozwód. No i moje uczucia do ciebie, młody, nie są aż tak głębokie, żebym miał ci się zwierzać z tajemnic całego życia – odgryzł się Pan Sęp.

– Dobra, to co proponujesz?

– Idź pozwiedzać, strzel parę fotek. Trzeba uwiarygodnić twój pobyt w Fenaby, tak? I zrób zakupy. Poszukiwania mogą potrwać do wieczora, a tobie i twoim zwierzakom przyda się jakiś posiłek. Bo chyba zamierzałeś je nakarmić? Różne rzeczy będę tolerować, ale nie zaniedbywanie inwentarza. – Starszy pan popatrzył wymownie na Dee. – Zadzwoń wieczorem, to dam znać, jak mi poszło.

– A dostanę numer telefonu?

– Po co?

Richard spojrzał na niego jak na wariata.

– Aaa, no tak, jeszcze się nie zorientowałeś, co?

– W czym?

– Że wszystkie stare budynki nie mają numerów, tylko są opisane albo wywoływane głosem. O, popatrz tu. – Wskazał tablicę przy zabytkowym aparacie telefonicznym, który okazał się częścią wyposażenia sklepu, a nie towarem na sprzedaż. Tablica była w miarę nowoczesna. Rzeczywiście widniał na niej rząd przycisków opatrzonych napisami „ratusz”, „apteka”, „szpital”, „parafia”, „kwiaciarnia”, „Ben” i wiele innych. – Na swojej tablicy powinieneś mieć przycisk z napisem „antykwariat”. Wystarczy, że go naciśniesz.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

This edition © copyright by Wydawnictwo „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2018

Text © copyright by A.R. Reystone 2018 by arrangement with Syndykat Autorów

Ilustracje na okładce: Aleksandra Rak

Projekt okładki i typografii: Marta Weronika Żurawska-Zaremba

W przygotowaniu:

Tom 2 i Tom 3

Redaktor prowadzący: Katarzyna Piętka

Redakcja: Magdalena Adamska

Korekta: Ewa Mościcka, Magdalena Szroeder

Korekta pliku po konwersji: Irmina Garlej

ISBN 978-83-10-13384-7

Plik wyprodukowany na podstawie Wietrzne Katedry Tom 1,

Warszawa 2018

www.naszaksiegarnia.pl

Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA Sp. z o.o.

02-868 Warszawa, ul. Sarabandy 24c

tel. 22 643 93 89, 22 331 91 49,

faks 22 643 70 28

e-mail: naszaksiegarnia@nk.com.pl

Konwersję wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wietrzne katedry. Tom 1 Dziewiąty Mag 2 Zdrada Dziewiąty mag 1 Dziewiąty Mag 3 Dziedzictwo 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona